Strona główna » Czasopis » Nr 05/10 (MAJ/ ТРАВЕНЬ 2010) » Trzecie ciało
Trzecie ciało
Tamara Bołdak-Janowska
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

1. Mejlujemy z M. Aniołem. Łączy nas trzecie ciało, Internet. Było to nie do pomyślenia za mojej młodości.

Właściwie dlaczego w Narejkach i okolicy nie ma łączności z Internetem? Pod tym względem jest, jak było — kulejąca infrastruktura.

Mój mejlowy rozmówca spytał mnie: a czym dla ciebie jest białoruskość?

Odpowiedziałam w skrócie: to se ne vrati. Ne vrati. Ne vrati.

Rozmawiamy serio. Nie wygłupiamy się.

Spytał, czy byłam na Białorusi. Nie, nie byłam. Moją Białoruś w kształcie „to se ne vrati” mam tu, nad Świsłoczą. W wersji mniej niż szczątkowej.

Pisząc to, jakbym słyszała płacz Sokrata. To se ne vrati.

Sokrat mi przy uchu płacze.: „Nas już nie ma”.

Odpisałam, że dzieciństwo, tłum Białorusinów dookoła, rozmowy w języku białoruskim.

I ścieżki, wydeptane na skróty do Mostowlan, gdzie nasza świątynia i nasz wiekowy cmentarz. Ścieżki te był jak wypolerowane, twarde. Szło się nimi luksusowo, lekko. Nawet obcasy stukały. Te ścieżki człowieka niosły. Przyjemnie było iść pomiędzy zbożami. Minąć dziką gruszę, dzikie wiśnie, krzak leszczynowy. Po tym wszystkim nawet śladu nie ma. Wszędzie ugór. Pobladła roślinność.

Cóż. Nie da się przytrzymać starego świata jak końskiej grzywy.

Ale zdanie wyczytałam w Internecie: „Rosjanie uważają, że białoruskość to podstępny polski spisek”

Życie przeniosło się na tranzyt przez Bobrowniki. Po nowej nawierzchni jedzie się przyjemnie, jeśli nie ma wielu tirów.

Tranzyt dudni przez całą dobę obok mojej pamięci.

Pamięć dudni po swojemu. Nie daje spokoju.

I więcej mam wspomnień, niż przyszłości.

To cokolwiek straszne.

M. Anioł przysłał mi następującą historyjkę życiową, przytaczam za jego pozwoleniem w całości, a przytaczam dlatego, że pasuje mi do moich tematów, pogranicza i rozmijania się światów:

„To taka historia rodzinna, autentyczna. Mamy rodzinę na Litwie. 40 lat temu pojechała tam moja babcia, spotkała się z nimi i poznała dwóch chłopców, jakichś tam kuzynów, siostrzeńców, kupiła im jakieś prezenty i wróciła po paru dniach do Polski. Minęło 25 lat. Mój ojciec i ja mieliśmy pojechać na Litwę i odwiedzić rodzinę. Moja babcia, najwyraźniej nieświadoma upływu lat, przypomniała sobie, że było tam dwóch chłopców, więc mój tata kupił prezenty, zabawkowe pistolety, jakieś samochodziki i takie tam. Po przyjeździe na Litwę wręczyliśmy, zakłopotani, zdumionym 35-letnim już wtedy chłopcom te pistolety i inne zabawki. Minęło kolejne 10 lat. Postanowiłem wybrać się do krajów nadbałtyckich i Finlandii, razem z kolegą. Mieliśmy zahaczyć o tę moją rodzinę. Babci znów się przypomniało, że było tam dwóch chłopców. Ja nie bardzo chciałem kupować im prezenty (szkoda mi było pieniędzy, byłem studentem, oszczędzałem jak się dało), więc babcia zniesmaczona moją postawą, sama kupiła dla tych dwóch chłopców jakieś gadżety (uważam, że też oszczędzała, sądząc po tych prezentach). Potem przypomniałem sobie, jak mój ojciec przy tym chichrał, ale nic nie powiedział. Przyjechaliśmy zatem na Litwę. Chłopiec miał jakieś 45 lat, a drugi już nie żył. Wszystko mi się przypomniało, ale z kamienną twarzą wręczyłem mu prezenty, przeklinając w duchu śmiech ojca i szwankującą pamięć babci. Nie wiem, co oni tam o nas muszą myśleć, jak wyobrażają sobie to, co my najwyraźniej myślimy o nich”.

Ta historia ma coś wspólnego z moją dawną wizytą u krewnych nad Wołgą, niedaleko Uljanowska i w samym Uljanowsku, tylko poniekąd na odwyrtkę i skierowaną prezentami w drugą stronę.

Akurat wtedy w Polsce nigdzie nie można było kupić kaloszy, takich z cholewką, na deszcz. Powiedziałam o tym krewnym i oni zaczęli znosić nam kalosze, dla mnie, męża, ojca, matki, kuzynek i kuzynów. Ostatecznie w każdej walizce mieliśmy po kilka par kaloszy w różnych kolorach, brązowe, czarne, czerwone, liliowe. Wciśnięte na wierzchu ubrań, układały się płasko. Na granicy celnik pyta: szto wieziotie? My: nic takiego. Zażądał otwarcia walizek. Otwieraliśmy. Z każdej walizki wyskakiwały kalosze, jak zające, sprężynujące i skaczące po podłodze przedziału, a celnik się zadziwił: wiezdie odin sowieckij riezin? Nuuu.

Do dziś pamiętam jego okrągłe ze zdziwienia oczy.

Potem się okazało, że kalosze nie pasują na żadną nogę. Jedne o pół numeru za małe na każdą damską nogę, a drugie o cztery numery za duże na każdą męską nogę. Ostatecznie jakoś się je wkładało. Pamiętam, że te dla mnie cisnęły w palce. Inne damskie też cisnęły w palce każdą kobietę, która je przymierzała. Ojciec wkładał cztery skarpety i jakoś chodził w tych za dużych kaloszach do lasu po grzyby. Kalosze te były niezniszczalne. Nie pękały, nie brzydły, nie traciły połysku. Przez cały czas były jak nowe. Solidny okazał się ten „sowieckij riezin”.

Losy i gusta biegną przez cały czas równolegle, a o sobie wiemy najczęściej byle jak.

Kontakt z rodziną z Rosji urwał mi się. Daleko żyją. Jedzie się pociągiem ok. 40 godzin w jedną stronę, z przesiadką w Moskwie. Byłam młoda, to nie męczyłam się podróżą. Obecnie już bym się nie zdecydowała jechać aż tak daleko. Samolot nie wchodzi w grę. Boję się latać i jest to dla mnie niebezpieczne ze względu na coraz słabszy układ krążenia. Boję się, że dostanę zawału albo wylewu.

Nieważne, czy się lata, czy jeździ — w cudze historie przebrać się nie można, nawet jeśli są to rodzinne historie

W literaturze — przy próbie opisu w ten sposób, że nagle chcemy wskoczyć w ten drugi los, ale bez znajomości jego codziennych chwil, od razu wyczuwa się fałsz, zarazem — ogólną wielką nieznajomość rzeczy, często bardzo bliskiej. Coś ekstra na ten temat: śmiać mi się chce, kiedy znajomy młody pisarz (wybitny) próbował opisać jeden dzień z życia prawosławnego proboszcza, będąc przekonanym, że on nie może być żonaty, a wobec tego sam sobie gotuje grochówkę. Mówię: nie twierdzę, że prawosławny proboszcz nie może sam sobie ugotować grochówki, tylko zwracam uwagę na okoliczności — on musi być żonaty. Pisarz się zdziwił: jak to? A tak to. Nie inaczej. Chyba że byłby to wdowiec. Opisywany proboszcz wdowcem jednak nie był, a myśl pisarza wędrowała utartym rzymskokatolickim szlakiem. W ogóle nie chciał przyjąć do wiadomości, że prawosławny proboszcz jest żonaty.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Andrzej Ćwiertnia
Comment
nostalgia
Komentarz #1 wysłany 2010-05-25, 23:48:18
Czy warto dzisiaj żałować tego, czego wcale nie ceniliśmy, nie zauważaliśmy gdy istniało obok nas, gdy było potokiem naszego meandrującego życia ? I nie wróci do nas jak tylko wspomnieniami ?
Ale jak daleko mogą sięgać nasze wspomnienia, a czy równie ceniliśmy to co przed nami utracili nasi dziadkowie i za czym oni wzdychali starzejąc się?
Tłumaczę to sobie tym, że jest w nas przyrodzona potrzeba nostalgii, która rodzi żal za minionym, utraconym światem. I albo mamy gdzie powracać myślą do czegoś czego nam żal, albo żałujemy że nie mamy i też czujemy to samo.
Mój dziadek rodem spod Brześcia w swych ostatnich latach wyrażał zadowolenie, że współczesna jakość życia pozwoliła mu w spokoju i otoczeniu najbliższych dożyć 96 lat i całę życie chodzić boso.
Gdy odwiedziłem go nie omieszkałem udać się w miejsca, które zapamiętałem z dzieciństwa, gdzie stała bielona drewniana chata, gdzie zagajniki i lasy. I popłynęły łzy rozczarowania bo lasu nie było, zagajnik był już lasem, a chaty ani nawet studni przy niej już nie było.
Tyle lat pamiętaną cudną woń lasu i łąk zagłuszył mi zapach spalin motorynki a wrażliwość na te rozkosze przyrody przytępił łyk wódki, której nie znałem w czasach spędzonej tam młodości.
Wspomnienie, z którym rozstałem się ze świadomością bezpowrotnej utraty przestało być ważne gdy odkryłem że moje dzieci też mają takie swoje wyidealizowane miejsca dokąd je zabierałem i wspomnienia wydarzeń, gdzie ludzie dobrzy i czysta i przyjazna przyroda dała im na całe życie punkt odniesienia, definicję raju na ziemi. Tak jak punkt przywracania komputera do stanu pierwotnego po możliwych zawirowaniach.
Mieszkam teraz na Dolnym Śląsku gdzie były moje szkolne lata i niedawno odnalazł mnie Rosjanin, Sasza z Moskwy, który w tym samym mieście spędził swoją młodość i nie może się z nią rozstać. Musi odnaleźć dawnych kumpli, ulice, miejsca, tych niemych świadków przez niego tylko zapamiętanych zdarzeń. Pisze swoje wspomnienia, prostuje tło i wydarzenia filmu Mała Moskwa, który psuje mu jego obraz tamtego świata, spiera się z historykami.
Nostalgia także boli. Trzyma za gardło, dławi, dusi, nie puszcza. Zwłaszcza za granicą, gdy brak nadziei na powrót. Spytać trzeba tych co musieli wyjechać albo nie mogli wrócić. Wielu takich mamy przypisanych do polskiej ziemi.
I jeszcze jeden wątek, który sprowokował mnie do odezwania się. Odkryłem, że czeski jest łatwy do przyswojenia, że ma mnóstwo słów niegdyś używanych w polszczyźnie, że odkrywam jakby dawno zapomniane światy, spotykam słowa których znaczenie rozumiem nie wiem skąd, tylko ludzie chłodni, obcy, owszem życzliwi ale mało serdeczni. "to se ne vrati" stale obecne w ich codzienności. Bardzo przywiązani do swej historii, która wiązała ich z całą prawie Europą. Są prawie wszędzie u siebie. To dopiero komfort..
Czasopis.pl na Facebook