Strona główna » Czasopis » Nr 04/10 (KWIECIEŃ/ КРАСАВІК 2010) » Od redaktora
Od redaktora
Jerzy Chmielewski
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Na doroczne spotkanie wojewody z przedstawicielami zamieszkujących region mniejszości narodowych udałem się w przekonaniu, iż gorących tematów tam nie będzie. I rzeczywiście, początkowo miało ono dość spokojny, a nawet sympatyczny, charakter. Jako że zwołano je 8 marca, nie zabrakło też życzeń pod adresem pań, choć mniejszości w przeważającej mierze reprezentowali panowie. Wojewoda Maciej Żywno w słowie powitalnym unikał już pod ich adresem suchych i kurtuazyjnych sformułowań, ale starał się wypowiadać rzeczowo i konkretnie. Podkreślił, iż relacje mniejszości z rządem od kilku lat prawnie są uregulowane w ramach specjalnej ustawy. Uwzględniając postulaty z poprzednich spotkań, które dotyczyły problemów lokalowych oraz jak zawsze finansowych, przedstawił idące w sukurs temu własne propozycje. Poinformował, iż w ubiegłym roku białostockiemu magistratowi przekazał kamienicę po byłym szpitalu dermatologicznym z przeznaczeniem jej głównie na siedziby organizacji pozarządowych. Obecna na spotkaniu pełnomocnik prezydenta Białegostoku zachęcała przedstawicieli mniejszości do ubiegania się o lokale w tym budynku. Zasadą jednak będzie użytkowanie ich wspólnie z innymi organizacjami naraz i to w określonych godzinach (w mieście zarejestrowanych jest ponad siedemset stowarzyszeń, z czego czterysta działa aktywnie). Z kolei przedstawicielka białostockiego ośrodka wspierania organizacji pozarządowych zaprezentowała możliwości pozyskiwania przez organizacje mniejszościowe funduszy ze środków unijnych. Zastrzegła jednak, że procedury formalne są rozbudowane i długotrwałe.

Prowadzący spotkanie pełnomocnik wojewody do spraw mniejszości, Maciej Tefelski, oświadczył, że zdążył już poznać główne bolączki poszczególnych środowisk i także stara się w miarę możliwości im przeciwdziałać.

Przybyły z Warszawy dyrektor departamentu mniejszości w MSWiA, Józef Różański, poinformował, że w tym roku z budżetu państwa zostanie przeznaczonych ponad 12,8 mln zł na wsparcie finansowe ponad trzystu projektów, realizowanych przez organizacje skupiające mniejszości narodowe. Zapowiedział pewne zmiany procedur wewnątrzministerialnych, związanych z przyznawaniem dotacji i ich rozliczaniem. Poinformował też o zaplanowanej na maj konferencji w Lublinie, poświęconej pięcioleciu ustawy o mniejszościach narodowych.

Wszystkie te wystąpienia wśród zaproszonych liderów nie wywołały — jak to bywało w latach poprzednich — ani ożywionej dyskusji, ani postulatów. Głosu nie zabierał nawet przewodniczący BTSK Jan Syczewski, który poprzednio za każdym razem wygłaszał długą i płomienna mowę, narzekając na niesprawiedliwe traktowanie jego organizacji przy przyznawaniu dotacji z budżetu państwa. Z tego powodu zarzucał polskim władzom nawet dyskryminację naszej mniejszości. Teraz szef BTSK najwidoczniej jest już usatysfakcjonowany przyznawanym przez MSWiA dofinansowaniem, albo nie widzi możliwości „zawalczenia o więcej”.

I kiedy już się wydawało, że spotkanie zakończy się bez ekscytujących wystąpień, o głos poprosił Jan Mordań z Haciek koło Bielska, przewodniczący działającego tam Towarzystwa „Haj”. Przybył wraz z dwójką przedstawicieli swej organizacji, by domagać się wsparcia przez rząd rolników z Rajska i sąsiednich wsi w ich staraniach o powiększenie areału swych gospodarstw. Cała sprawa zaczęła się dziesięć lat temu, kiedy Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa zaczęła wyzbywać się tam państwowych gruntów na rzecz osób z zewnątrz, robiąc to za plecami miejscowych (nie informując ich o przetargu). W ten sposób ponad 200 ha zostało wydzierżawionych rolnikowi z innej gminy. Towarzystwo „Haj” protestuje do dziś, śląc skargi i petycje do różnych urzędów i instytucji, powołując się też na bezcenne przyrodniczo walory krajobrazowe swych okolic, narażone na zniszczenie poprzez wielkoobszarową gospodarkę rolną.

Jakby tego było mało, kolejne 115 ha ze swych zasobów rządowa agenda, nie pytając nikogo z miejscowych o zdanie, przekazała prawosławnej diecezji lubelsko-chełmskiej jako zadośćuczynienie za grunty po wojnie odebrane Cerkwi na Lubelszczyźnie. To już był prawdziwy kij w mrowisko. Mieszkańcy Rajska i okolic — w większości też prawosławni — tę decyzję odebrali jako „naprawianie starych krzywd nowymi” (tak napisali w petycji, którą w grudniu ub.r. wystosowali do rządu w Warszawie, żadnej odpowiedzi dotąd nie uzyskali). Grunty przekazane lubelskiej diecezji spokojnie dzierżawi teraz od niej tenże rolnik — katolik z sąsiedniej gminy.

Przedstawiciele władz i instytucji, do których trafiły skargi podbielskich rolników — Białorusinów, jednym głosem twierdzą, że prawo nie zostało złamane. Nawet w Sejmie, na posiedzeniu podkomisji, sprawa ta nie zyskała zrozumienia. Żale tych rolników zignorowano, powołując się na ustawodawstwo, zabraniające stwarzania preferencji mniejszościom przy zakupie gruntów. Ale na spotkaniu u wojewody Jan Mordań zacytował artykuł 5 ustawy o mniejszościach narodowych, jednoznacznie zakazujący „stosowania środków mających na celu zmianę proporcji narodowościowych lub etnicznych na obszarach zamieszkałych przez mniejszości”. Dyrektor departamentu MSWiA do całej sprawy nie zechciał się jednak ustosunkować, twierdząc że podniesionego problemu nie reguluje ustawa o mniejszościach, lecz inna ustawy — o stosunku państwa do Kościołów.

Szkoda tylko, że protestujący rolnicy w żadnym z pism (ich fragmenty publikujemy w dziale listów) nie wyjaśnili, w jaki sposób tak lekką ręką wyzbywane teraz przez agencję grunta trafiły we władanie skarbu państwa. Ich poprzednimi prawowitymi właścicielami byli bowiem Białorusini — ci, którzy po wojnie przesiedlili się za wschodnią granicę i późniejsi emeryci i renciści, którzy w czasach PRL przekazali państwu swe gospodarstwa. Jak na dłoni widać, gdy się uwzględni te okoliczności, radykalną zmianę proporcji narodowościowych na tym terenie. Polskie państwo zamiast wspólnie z autochtonami próbować ten proces zahamować (do czego zobowiązują też rygory unijne), przykłada tylko rękę do jego pogłębienia.

Сапраўды, з кожным годам нашы этнічныя землі на Беласточчыне паволі страчваюцьь свой карэнны беларускі характар. Прычына тут не толькі ў экспансіі сюды не-аўтахтонаў. Мы самі ж дабравольна ад дзесяцігоддзяў пазбываемся ад матэрыяльнай і духоўнай уласнасці сваіх продкаў. Кінулі вёску за кошт цывілізацыйнага авансу. У горадзе, на жаль, заставацца беларусамі нам намнога цяжэй. Заклікаць да вяртання ў вёску, калі тая наогул знікае ўжо на нашых вачах — цалкам без сэнсу. Але трымацца родных сяліб у якасці „дачаў” яшчэ можна і варта гэта рабіць. Спатрэбілася б, аднак, фінансавая дапамога з боку дзяржавы. Патрэбны былі б субсідыі на захаванне традыцыйнага беларускага характару не толькі самой архітэктуры, але і ўсяго краявіду. Тады польская дзяржава мела б адказ на пытанне — скажам, з Бруселя — пра садзеянне ахове этнічнай тэрыторыі беларускай меншасці. Хаця наш лёс, зразумела, і так залежыць перадусім ад нас саміх.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook