U Wacława w Węgajtach. Wpatruję się w ogień w kominku. Słyszę w nim uruchomiony silnik samochodowy. Ten sam rytm. Spokojny, nie dychawiczny. I lecą do góry gwiazdki. Mówiono już, że ogień liże, pełznie, kwitnie, posiada jęzory.
Ten jedzie i słychać silnik. Usiłuję poznać kolory ognia. Pomarańczowy i niebieski w środku. Podobny z kształtu do gwiazdy o tańczących ramionach. Nic nowego o ogniu powiedzieć już się nie da. Podobny do korony, pełgającej na siwej kości. Lub jest taki, jakby gwiazda wkładała kilka kaftanów naraz na gołe ramiona i nie mogła trafić ani razu. Wiją się nagie ramiona i dłonie. Domowy ogień jest dobroczynny.
Jest mała wystawa na podłużnym niskim stole: pierniki. To projekt: krojenie nożem w cieście, wydobywanie rzeźb, bardzo mocno powiązanych z życiem, z problemami. Czyli pełganie ostrzem nad i w cieście, a zarazem zaznaczanie problemu. Przerobić problem na rzeźbę w cieście i osiągnąć rezultat: miniwystawę na podłużnym niskim stole. Taka gra towarzyska.
Nożami zostały wyrzeźbione następujące „problemy”, wyliczam niektóre: lipa, zwykła piła, piła motorowa, pilarz, wójt jako jamnik, aleja przydrożna, na której po jednej stronie drzewa rosną, a po drugiej leżą, zdrowe, ale ścięte, flądra, drzewko choinkowe, pingwin, siekiera, wiatr jako piernik ze szczelinami, no i pachnica dębowa — niedawno odkryty tutaj chrząszcz, rzadki cenny gatunek, a gdzie on egzystuje, tam są wszelkie inne chrząszcze i owady. W tle tej gry towarzyskiej, tego rzeźbienia, tkwi główny problem: wołanie o ochronę alei przydrożnych. Powstały również wiejskie stowarzyszenia w tej sprawie. A decydenci robią swoje: 28 zdrowych drzew przeznaczyli do wycięcia w pobliżu i chcą się rzucać z piłą na dorodne brzozy, na aleję brzozową. Ludzie swoje, a władze swoje. W tle tej gry towarzyskiej pozostawała konferencja kopenhaska, dotycząca ochrony Ziemi przed nieodpowiedzialnymi ludźmi.
Wacław mówi, że i na cmentarzach wycina się wiekowe dorodne drzewa, że ta inicjatywa księży jest przerażająca. Mówię, że na prawosławnych też, przynajmniej tu i tam są takie plany i że to chyba idzie z góry, a nie od księży. Ludzie swoje, a decydenci swoje. Zamiast dbać o drzewa, pilnować, czy konary w porządku, lepiej wyciąć w pień i nasadzić lastriko i polać asfaltem? To prowincja do kwadratu. Porażone nią mieszczuchy neofici. Oni chcieliby z cmentarzy zrobić kafelkowane łazienki i pralnie miejskie. Albo rzeźnie czy hipermarkety. Ani jednego suchego liścia. Nie chce się sprzątać. Cmentarze bez drzew najbardziej przypominają czyste kostnice. Niemiły widok.
Ratujmy drzewa przed tą prowincją do kwadratu!
Pachnica dębowa to największy chrząszcz w Europie, bardzo rzadki, chroniony, i ma swoje siedliska właśnie w tych starych, a nawet wiekowych, alejach przydrożnych, w dziuplastych drzewach. Lipowe, topolowe, kasztanowe, brzozowe, klonowe aleje, to są zabytki klasy zerowej. Pozostają wciąż dorodne. I przecież służby drogowe muszą tylko o nie dbać, a nie rzucać się z piłą. Paranoja. Służby drogowe każde dziuplaste drzewo uważają za chore!
Pachnica dębowa jako piernikowa rzeźba, mniej więcej wielkości dziecięcej dłoni — oglądam i oglądam. Wacław wyświetla mi filmy o chodzeniu po allelui, to znaczy po wołoczebnem. Chciałby, aby folklor, często już zapomniany, posłużył do form bardziej wyrafinowanych, stąd Wiejski Teatr pracuje z maskami. Oglądam maski smoka, na głowie i obu rękach, wszak smoki zawsze są wielogłowe. Rodzi się prosta genialność, tuż przy folklorze. Przypominam białoruskie słowo „wołoczonoje” (jajko wielkanocne), choć klimaty mamy zimowe. Filmy żyją własnym życiem, bez względu na to, o jakiej porze roku je zrobiono. Stare słownictwo i stare obrzędy na główne święta — to się jeszcze utrzymuje na Podlasiu.
A chrząszcza oglądam w Internecie. Okrągły, żółwiowy kształt. W życiu nie widziałam takiego chrząszcza. Ma wielkość kasztana. Jest jakoś miły w wyglądzie. Powiększony na fotografiach, staje się podobny w jakiś sposób do miłej przytulanki, nawet jakby uśmiechniętej. Kiedy w słoneczne dni chodzi po powierzchni drzewa, wydziela szczególny zapach, piżmowy, stąd jego nazwa: pachnica. Zapachy wydzielane przez owady zwą się feromony. Mój internetowy rozmówca, M. Anioł, zwrócił uwagę, że naukowcy ostatnio wykryli zjawisko znaczenia ścieżek przez mrówki przy pomocy feromonów. Przypominam sobie, że w powieści „Profesor Maa” znakomitego autor Stefana Themersona mowa o feromonach, wydzielanych przez termity. Naukowcy obecnie pracują nad feromonami, wydzielanymi przez korzenie roślin. Ludzie również wydzielają feromony. Noworodek trafia do matczynego sutka, ponieważ matczyna pierś wydziela odpowiedni feromon. Feromony człowiek odbiera podświadomie.
Decydenci nie chcą uznać faktu, że człowiek i przyroda to są części integralne. I znowu: wyłazi z nich prowincja. Oni chcieliby wszystko mieć z połyskiem, a może nawet na wysoki połysk i bez liści i owadów. A tu drzewa mało że liśćmi, to jeszcze chrząszczami śmiecą.
Mąż nagle wygłasza dowcipną opinię: ten, kto nienawidzi alei przydrożnych, powinien mieszkać w kraju, gdzie są same drogi i więcej nic. Taki kraj byłby ideałem dla piratów drogowych i Hołowczyca. Trupów byłoby nawet więcej, a żadnego drzewa nikt by nie postawił w stan oskarżenia.
Ja wysnuwam taki pogląd: wycinacze alei przydrożnych to w gruncie rzeczy kryminaliści, złodzieje zabytków. Nieuki bez wyobraźni. Nie potrafią ani zaprojektować, ani zbudować nowych dróg, ani pozyskać na nie funduszy.
Popieram obrońców tych pięknych drzew z całej mocy.
Kto nie słyszy drzew, nie słyszy nic.
Podobnie: kto nie słyszy folkloru, nie słyszy muzyki poważnej. Muzyka poważna zawsze przerabiała folklor, doprowadzając go do wyrafinowanych kształtów. To folklor najpierw opowiadał, co człowiekowi w duszy gra. I ziemia również to czyniła, szumiąc drzewami na przykład.
Trwa niekontrolowana wycinka alei przydrożnych. To jest ważne, alarmujące: niekontrolowana. I co więcej: drogowcy postanowili wyciąć wszystkie aleje przydrożne!!!
Dobrze, że mieszkańcy wsi zaczynają bronić krajobrazu. Już zrozumieli, że tu wcale nie chodzi o bezpieczeństwo drogowe. Żaden rozumny człowiek nie jeździ alejami powyżej 80km/godz. Po tych drogach nawet bez alei nie da się jeździć szybciej, Kto chce pruć co najmniej 120km/godz., powinien domagać się budowy autostrad, wymuszać to. A tak, to głupiego robota: zabytek wycięty w pień, a trupy walają się po rowach. A bo nie ma drzew, to już można pędzić. Taka to kretyńska postawa. Jeździmy, to widzimy. Stan dróg nie zmienia się przez fakt wycięcia alei przydrożnych. Pozostają tak samo wąskie, z dziurami, zaniedbane. Wycinanie alei ma coś z zaklinania rzeczywistości i pustej nienawiści do drzew. Przez aleje nigdy nie ma wielkiego ruchu. Na niektórych nie ma żadnego, szczególnie na tych pomiędzy wioskami. Jedno, dwa, trzy auta najwyżej. Przez kilkanaście minut żadnego.
My to również Ziemia. Za oknem domu i samochodu. My to nie tylko nasze pudełka.
Do Wacława prowadzi polna droga, przy które nie ma ani jednego drzewa. Polna droga, jak to polna — wyboista, wąska, piaszczysta. Z lewej pola, w prawej pola. Patrzymy, a tu krzyż, świeżo postawiony, znicze. Rok temu go nie było. Gdyby były drzewa, byłyby winne tej śmierci? Nie wiemy, kto tu zginął i jak, nie pytamy. Dobrze widzimy, że to nie przez drzewa. Widzimy zresztą, że krzyży przybywa tam, gdzie nie ma żadnych drzew. Rozejrzyjcie się i zobaczcie, że tak jest.
Obrazek: wąska droga z Olsztyna do Dywit, którą jeździmy na cmentarz. Nie ma drzew, stanowiących aleję. Tir wleciał na podwórko przydrożnego gospodarstwa, rujnując solidne ogrodzenie. Po prawej: wygięta bariera mostu nad rzeką Wadąg — ktoś w to walnął, pędząc na oślep. Świeży znak czyjejś głupoty całkowicie spoza alei przydrożnej. Podobny znak w Olsztynie na pomoście kolejowym: mocno wgnieciona część poręczy — prawie wisi nad przepaścią z torami, jak jakieś drzwi powietrzne. Mocna widać była ta bariera, skoro niewybita na wylot. Skrzydlaty most. Tzn. most ze złamanym skrzydłem, smętnie zwisającym.
Stosowna ustawa, której art. 20 mówi o sadzeniu drzew i należytym utrzymaniu już rosnących, nie dopuszcza masowej wycinki alei przydrożnych, za wyjątkiem drzew, rosnących na łukach dróg. Nie ma mowy o wycinaniu alei na prostych odcinkach!!! Decydenci zatem naruszają prawo. I to w biały dzień. Ot, tak sobie, po prostu, w Polsce można latać z piłą i siekierą poza prawem.
Aleje przydrożne, prócz tego że zdrowe, wiekowe, piękne, że są to ponadstuletnie zielone zabytki, przynoszą ludziom pożytek z następujących względów: zapobiegają oślepianiu kierowców przez jadących z przeciwka, zawiewaniu i zaśnieżaniu dróg; strzegą przed hałasem mieszkających w pobliżu dróg, zapobiegają zanieczyszczeniu powietrza, wody i gleby i osuwaniu się poboczy.
Ponadto: dobro piratów drogowych i pijanych w sztok nie jest żadnym dobrem, panie Hołowczyc!!! Zwracam się do pana wprost: czy pan jest głupi, czy głupiego udaje?
I co to za albo-albo dla mydlenia oczu tu się wymyśla! Na przykład „take mundrości”: Albo drzewo, albo człowiek.
„Take mundrości” to trujące „mundrości”. I już ich wystarczy na litość boską.
Istnieje dziś coś takiego, jak zacofane pojmowanie nowoczesności — dorównywanie temu, od czego kraje cywilizowane odchodzą, a odchodzą właśnie od łupienia zieleni.
Nasi zacofani ponadto udusili kolej, a bo im się zdała nienowoczesnością. Drogi zatkali tirami.
Co tu zresztą mówić wobec następującej wiadomości: pijanych kierowców zatrzymują pijani policjanci drogowi. Ot, nowoczesność.
Zapewnianie bezpieczeństwa drogowego w sposób naciągany, jest w istocie jego zwiększaniem. Obwinianie drzew o wypadki drogowe to właśnie załatwianie problemu w sposób naciągany.
Naprodukowaliśmy zacofanych decydentów.
Nowoczesność to między innymi: rozwój kolei; budowa dróg tranzytowych; ochrona krajobrazu, zieleni; dbanie o integralną więź architektury z regionem.
Pseudonowoczesność to działalność prowincjusza z kompleksami — za wszelką cenę pragnie unowocześnić wszystko dookoła, podczas gdy pozostaje niedocywilizowany. Chce dogonić nowoczesność, która dawno przebrzmiała w normalnych państwach. Małpuje w istocie patologie, z którymi normalne państwa walczą skutecznie.
Ale jest w tym wszystkim sprawa najgorsza, rozbój w biały dzień: drzewa wycinają firmy prywatne, które biorą te drzewa dla siebie i na nich zarabiają!!! Oczywiście aleje dębowe czy bukowe to cenny materiał dla tych kanciarzy, co bredzą o bezpieczeństwie drogowym!!! Tak więc do pseudonowoczesnego ględzenia zakompleksionego prowincjonalnego typa dodajmy jeszcze zwykłe cwaniactwo pseudobiznesmenów z ich pierdołami o „drzewach-zabójcach” i to w miejscach, gdzie się nikt o drzewo nie zabił. Mają za darmo tony cennego drewna. Powtórzę: za darmo! I tu już trzeba bić na alarm. Wytworzyła nam się mafia alejowa.
Wpatruję się w dobroczynny domowy ogień u Wacława. Odbija się w zimowej białej szybie tak dokładnie, jakby stał tam drugi taki sam kominek. Za oknem straszny mróz.
Wracamy, marznę w samochodzie, choć mam na sobie gruby kożuch, grube legginsy, grubą czapkę uszatkę, grube potrójne skarpety. Od garażu do domu idzie się kilkanaście minut. Marznę. Zaczynam zamarzać na stojąco. Doświadczam stanu zimowej bezdomności, dobrze że chwilowej — mówię do Antoniego. Gruby kożuch na nic. Wzmaga się mróz i wzmaga się chłód w moim ciele. Kostnieję w sensie dosłownym, ze smakiem piernikowej wystawy w ustach.
Zamarzło strasznie dużo ludzi w Polsce podczas tego pierwszego mrozu w tym roku. Zamarzanie ludzi w 21 wieku to jest dopiero przeżytek — mówię. Bezdomność, bezrobocie — to są przeżytki. To 19 wiek, przewleczony w nasz.
Czuję słodko-korzenny smak piernika w ustach — podzieliliśmy się nim u Wacława jak opłatkiem.
Mutka mówiła, że pierniki z wystawy piernikowej na podłużnym niskim stole będą dopiero dojrzewać.
Przejechaliśmy przez piękną aleję brzozową za Jonkowem. To na nią ktoś już się rzuca z siekierą i piłą. Na tej alei pomiędzy wioskami nie ma żadnego ruchu, dwa samochody. Dopiero teraz zwróciłam na nią uwagę, dopiero po wyroku śmierci na każdą brzozę. Jakie grube, zdrowe, piękne te brzozy! Ich pnie w niebieskim śniegu i ołowianym niebie zdają się żółte. Dopiero wyroki śmierci otwierają oczy.
Wichury nie szkodzą alejom przydrożnym, ponieważ drzewa te zwykle tworzą zwarty szpaler, ciasno spleciony konarami i gałęziami i są porządnie ukorzenione. Stają się groźne dopiero wtedy, gdy zostają ponad miarę przerzedzone. Służby drogowe oczywiście powinny o nie dbać, obserwować, usuwać suche konary, itd., to przecież należy do ich obowiązków, ale im się po prostu nie chce pracować!
Zatrzymujemy się przed niestrzeżonym czynnym przejazdem kolejowym. Żadnej widoczności, a szczególnie nocą. Czarna paszcza na lewo, czarna paszcza na prawo, obie zasłonięte nasypami i lasem i pokryte czarną gęstą manną zakrętów, to nic, że lekkich — wystarczy, że na lekki zakręt wbiegnie nasyp. Takich przejazdów, wciąż czynnych, z żadną widocznością, jest dużo. Będzie więcej trupów. Nikogo to nie martwi. Dróżnicy zostali powyrzucani z pracy. Ajajaj, jak mamy nowocześnie.
Na torach kolejowych od Białegostoku do Zubek Białostockich porosły grube brzozy, na samym środku torów. Tu drzewa biegną, gdzie chcą. Tańczą rozkosznie. Jakże szybko to się staje. To też nienormalność, na odwyrtkę. Po województwie warmińsko-mazurskim hulają wycinacze alei przydrożnych, a po skraju Podlasia hasają nowe aleje, wycinające ludzi. Upiorny postkolejowy pejzaż.
Gdzie jest u nas normalnie?

