Od kilku miesięcy siedzę nad przewodnikiem po Puszczy Białowieskiej i regionie. Nie jestem ani historykiem, ani przyrodnikiem, staram się napisać zbiór esejów na tematy z pogranicza kultury i przyrody z perspektywy kogoś, kto dziwi się nieustannie, poznając kolejne sprzeczności tego pięknego regionu, z którym zresztą mocno się utożsamiam, bo jest on poniekąd mój z wyboru. Zmobilizował mnie do tego inny przewodnik, który zawiera przeogromną ilość informacji, lecz moi odwiedzający Podlasie znajomi nie umieli wyciągnąć z niego tych informacji, które ich interesowały i szukali wielokulturowości w lokalnych bibliotekach. Też z różnym skutkiem.
Zabrawszy się do roboty, sięgnąłem do wielokulturowych projektów i po napisaniu pierwszych szkiców wysłałem ludziom tu urodzonym, zajmującym się historią swoich ziem, do konsultacji. I oto dzwoni telefon a w słuchawce słyszę: Wiesz, to fajnie, że młodzież napisała nazwy miejscowości po białorusku, ale musisz wiedzieć, że tutaj nikt tak nie mówi. Bo to jest język literacki, a tutaj mówiło się zawsze gwarą, nikt nie mówił „Mora” tylko zawsze „More”.
Masz babo placek! Ja tu chcę promować dwujęzyczność i w przewodniku pisać nazwy po polsku i w brzmieniu lokalnym, a nie ma zgody co do tego, co tym lokalnym brzmieniem jest. Co gorsza, już widzę niekończące się spory, których rezultatem będzie kolejny raz zaniechanie działań ku podtrzymaniu kultury lokalnej.
Mój białoruski przyjaciel, mieszkający w Mińsku ale pochodzący znad Niemna, mówi pięknym, białoruskim językiem, który dla moich sąsiadów jest zupełnie obcy. Ale on w dzieciństwie mówił po rosyjsku! Dopiero w miarę, jak rodziło się w nim poczucie tożsamości narodowej, dokonał wyboru języka. To temat rzeka. Dla mieszkańców tych stron być może to wszystko oczywiste, ale nie dla turysty na przykład.
Kiedyś przysłuchiwałem się audycji redakcji białoruskiej, podczas której grupa miejscowych też nie mogła się porozumieć co do owej dwujęzyczności i poprawnego brzmienia nazw. W gruncie rzeczy nie chodzi nawet o dwujęzyczność (której jestem zwolennikiem, nawet gdyby miała oznaczać wprowadzanie brzmień literackich — bo jednak zawsze jest to działanie w kierunku zachowania kultury, a nie gubienia jej pod walcem globalizacji), ale o to, co będzie się działo z wielokulturowością pogranicza. Jakie są sposoby jej zachowania?
Wielokulturowość sama stwarza wiele kłopotów w sytuacji globalnej wioski. Kiedy znajomemu Amerykaninowi powiedziałem, że mieszkamy tu na pograniczu kultur, od razu zaripostował: Zaściankowość przez was przemawia. Dzisiaj pogranicze jest wszędzie, ale rozumiem — tu się uśmiechnął — musicie pisać projekty, żeby od Unii dostać pieniądze, a „pogranicze” i „wielokulturowość” są cool. Nie ma czegoś takiego jak tereny pogranicza, chyba, że chcemy opisywać dwa dzikie plemiona w Nowej Gwinei, które na granicy dolin się przepędzają — dodał. Trzeba mówić o ksenofobii, nacjonalizmach, podziałach na swoich i obcych, które są przyczynami wojen, a nie o pograniczu.
Zapytałem go, czy w wielonarodowych Stanach nie mają aby kłopotu ze swoją tożsamością? — Oczywiście, że nie, bo wszyscy płacimy podatki państwu, które ma nam zapewnić nasze prawa i dlatego utożsamiamy się z tym państwem. Nie przeszkadza mi, że jestem pół Włochem, bo ojciec był Włochem, i nawet wystąpiłem o paszport włoski, więc niedługo będę też obywatelem Unii Europejskiej — wybuchnął śmiechem.
A język, nazwy? — kontynuowałem, choć znałem już odpowiedź, bo kiedy wiele lat temu przyleciałem do Stanów i pomieszkałem tam trochę, uderzyły mnie takie słowa jak plaza, których na lekcjach angielskiego nie poznałem. — Wiesz — usłyszałem w odpowiedzi — jest dużo miejsc w Ameryce, gdzie przeważają inne niż angielski języki. Jest też wiele nazw w innych językach i wcale nie jako drugie tablice, a jako jedyne! Macie tu wieś, gdzie wszyscy mówią po białorusku? To niech napisy będą tylko po białorusku, po co to gadanie o wielokulturowości i pograniczu. Albo coś żyje, albo jest tylko „projektem”. Nie byłem pewien, czy mnie prowokuje, żartuje, czy mówi na serio.
No, dobrze, ale to jednak Ameryka, kraj kolonizatorów, mieszanka etniczna, nieporównywalny z Europą i jej historią. Ale z tymi „projektami” jest coś na rzeczy. Zamiast tworzyć swoją kulturę wielu zdolnych ludzi wymyśla „projekty”, które pasują do oczekiwań wymyślonych przez specjalistów od wielokulturowości, którzy sami często nie reprezentują żadnej kultury. Przypomina mi się odpowiedź pewnego autora, zapytanego przez odwiedzającego różne kultury studenta o wartość tych podróży: „Jesteś typowym dobrze wykształconym bogatym nowoczesnym młodzieńcem wielkiego miasta, który znudzony i zniechęcony uniwersalną cywilizacją postanowił poznawać cywilizacje inne. W wędrówce, rozumianej czasami bardzo głęboko, nie ma nic złego. Często jednak ludzie myślą, że są jak motyle, latają z jednego kwiatka na drugi, wybierając te najbardziej kolorowe, najbardziej oryginalne lub nieznane. Myślę jednak, że są oni raczej podobni do much, które lecą z jednych śmieci na inne i nigdzie się nie zatrzymują”.
W czasach, kiedy wszystko jest na sprzedaż, wystarczy atrybut kultury, żeby przyciągnąć owe „muchy”. Taki swoisty „folklor”, który kulturą jeszcze nie jest i zniknie, kiedy sponsor zmieni priorytety i trzeba będzie pisać projekty nie wielokulturowe, a na przykład łączące języki w jeden uniwersalny, nadający się do jednej sieci komunikacyjnej. Regionalne wartości, różne kultury, różne krajobrazy i przyroda mają szansę przetrwać dłużej, kiedy będą miały swoich strażników, którzy potrafią się określić w stosunku do swojego miejsca i do innych, a nie będą świecić światłem odbitym.

