Panie Redaktorze!
Brak adnotacji, że szkic „Hasta maniania” i ankieta pt. „Co dobrego było w peerelu?” z mojej książki pt. „Co dobrego było w peerelu” były publikowane w wersji skróconej w „Czasopisie” to częściowo moja wina czy też nieuwaga; byłam pewna, że mówię o tym we wstępie. Szkic „Co dobrego...” był publikowany również (w innej wersji) w olsztyńskim piśmie „VariArt”. Nie mam pojęcia, w jaki sposób zdanie o tym wypadło mi ze wstępu. Teraz dopiero widzę, że wypadło i jest mi przykro wobec „Czasopisu” i „VariArtu”. Tak się stało również z powodu pośpiechu — książka miała być obecna na Regionalnych Targach Książki w Olsztynie, a tu nie można było jej wyrwać od osoby, która ją składała.
Jeszcze raz przeczytałam Pańskie „Od Redaktora” i dodam: w Olsztynie na forum gazeta.pl z upodobaniem są atakowani Ukraińcy, ofiary akcji „Wisła”. Olsztyn dusi kulturę, nie pielęgnuje talentów. Miasto staje się martwe kulturowo, choć kultura tu mogłaby wrzeć. Tu mamy naprawdę wybitnych pisarzy. Upada pismo „Portret”. Pismo „Borussia” nie ma charakteru literackiego, a jedynie historyczny. Wydawnictwo „Borussia” działa na zasadzie wolontariatu — dobrze, że jest. W całej tej sytuacji pismo „Czasopis” to ewenement.
Uniwerek olsztyński nie przyczynia się do fermentu kulturowego, i nie pomoże w tym filologia ukraińska. Uniwerek separuje się od mieszkańców, żyjąc sam sobą. Stagnacja kulturowa w Olsztynie jest porażająca. Ludek żyje stereotypami. Ludek nie chce fermentować myślą. Młodzi uciekają za granicę i to jeszcze bardziej pogłębia stagnację. Potrzeba tu prężnego wydawnictwa, ale kiedy próbowałam to zrobić, miałam na karku całą armię urzędników. Płać na ZUS, i to ile. To już dobija na wstępie wydawniczą przedsiębiorczość, a nie powinno tak być. Nigdy w Polsce nie zostało podtrzymane to, co było w kulturze nowe. Nawet nie udrożniono innych mecenatów niż państwowy. A przecież w cywilizowanych krajach biznesmeni oddają obowiązkowy i niemały procent swoich zysków na kulturę, czyli przy państwowym mecenacie drożne są mecenaty prywatne.
Nie zgadzam się z opinią, którą kiedyś wygłosił pan Redaktor, komentując histerię wokół nazw dwujęzycznych. Nie wystarczy skwitować takich wypowiedzi stwierdzeniem, iż wypisują to jakieś oszołomy. Taki jest właśnie stan głów! To nic innego, jak podlaska „świadomość społeczna” przemawia na tych forach. To nasza „opinia publiczna” w pigułce.
Dzięki telewizji i prasie Białoruś nie kojarzy się Polakom dosłownie z niczym poza Aleksandrem Łukaszenką i perypetiami ZPB. Toteż i na forach Podlasia i na każdym innym forum w Polsce głos wstawiający się za sprawą białoruską spotka się natychmiast z koronnym kontrargumentem o prześladowaniu na Białorusi Polaków (bo tylko taką kliszę wbiła do głów polska telewizja i prasa).
Szanowny Panie Redaktorze!
W siedzibie Białoruskiego Frontu Ludowego w Mińsku natrafiłem na „Czasopis” z października 2009 r. i przeczytałem Pański tekst о zjeździe (a raczej spędzie) rozłamowego ZPB pana Łucznika w Grodnie.
Szkoda, że nie był Pan na zjeździe w Grodnie w marcu 2005 r. oraz późniejszym spędzie w Wołkowysku w sierpniu. Ja byłem na obu zjazdach. W marcu 2005 r. wybory w Grodnie 20 głosami wygrała pani Borys, ale zaraz potem rozróbę wszczął były prezes Kruczkowski i przekonał on władze Białorusi, że ZPB pod nowym kierownictwem przekształci się w ostoję opozycji.
Doprowadziło to do tego, iż władze spędziły do Szczuczyna część wyselekcjonowanych członków Rady Związku, którzy zwołali nowy zjazd. „Delegatów” zapraszano wpierw do siedzib obwodów, gdzie odbywano z nimi nasiadówki i pouczano, kogo mają wybierać. Ba, na dwa dni przed zjazdem miałem już listę nowego zarządu, sporządzoną oczywiście po rosyjsku.
Wokół Wołkowyska rozstawiono patrole milicyjne, które sprawdzały samochody na zamiejscowych numerach. Mnie udało się dojechać z mojego majątku autostopem.
Na zjazd w Grodnie mógł wejść każdy, kto chciał, ale na zjazd w Wołkowysku wchodzili tylko wyselekcjonowani. Mnie, jako członka związku i dziennikarza, nie wpuszczono. Spęd ochraniało 38 funkcjonariuszy KGB — można było ich policzyć, gdyż po całym wydarzeniu wszyscy wsiedli do stojącego nieopodal domu kultury autobusu i odjechali w kierunku Grodna.
Pisze Pan, że „delegat z Mińska” przemawiał w Grodnie po białorusku. Szkoda, że nie podał Pan jego nazwiska. Chętnie bym się też dowiedział, w jakim języku przemawiał pan Siemaszko, obecny prezes prołukaszenkowskiego związku, bo mówi się, że polskiego nie zna.
Mamy teraz konflikt i pytanie o to, со dalej. Mówiąc szczerze, nie należę do zwolenników Andżeliki Borys, którą władze Białorusi wykreowały na „Emilię Plater dla ubogich”. Dlatego, gdybym został prezydentem, rozwiązałbym oba związki i nakazał powtórne ich zorganizowanie, poczynając od miejscowości, w których działają lub działały.
Nie może jednak być tak jak w Iwieńcu w styczniu, gdzie spędzono do Domu Kultury po kilkadziesiąt osób z zakładów pracy i stwierdzono, że to są członkowie ZPB.
Niech Polacy wybiorą sobie zarządy i delegatów na nowy zjazd, który by wybrał nowe władze z tym wszakże zastrzeżeniem, że ani pani Borys i jej świta, ani panowie Łucznik, Siemaszko i jego świta oraz ci, którzy występowali w antypolskich filmach nie mieliby prawa przez jedną kadencję zasiadać we władzach odrodzonego związku.
Na koniec zapytam, czy chociażby jeden z 200 członków izby niższej białoruskiego parlamentu i 50-osobowego senatu deklaruje się jako Polak? Nie, choć zapewne niejeden jest Polakiem, ale przyznawanie się do polskości nie popłaca, a nawet niweczy szanse awansu zawodowego.
Давярай, але і правярай
Так мяне вучылі савецкія афіцэры. Як свет-светам, заўсёды існуюць праблемы ў кантактах аўтар — рэдакцыя, аўтар — карэктар, аўтар — выдавецтва. А за ўсё гэта церпіць той першы. Бываюць сітуацыі, якія даводзяць аўтара да „шавецкага шалу”. Але акрамя дрыготак сэрца нічога не даб’ешся.
Я ў сямідзесятыя гады пісаў у „Кантрасты” апавяданні пад загалоўкам „Было”. Там друкавалі таксама з памылкамі, а я маўчаў. Але аднойчы, выпадкова, я сустрэў рэдактара Францішка Пянткоўскага і ў размове аб усім і нічым
у канкрэтнасці, я сказаў яму аб памылках у маіх тэкстах. Той параіў, каб аўтарызаваць. Але дзе ж я пайду выпраўляць рэдактараў?! Але хіба Ф. Пянткоўскі не забыўся пра гэта сказаць каму трэба, бо калі я ішоў у рэдакцыю „Нівы”, сустрэла мяне сакратар „Кантрастаў” і сказала: „O, dobrze, że ja pana widzę, proszę przyjść do nas i przeczytać „szczotkę”. Я зайшоў і чытаючы свой тэкст даведаўся, ні прышыў ні прылатаў, што „Niemcy przyjechali do wsi po jajka Wasi, żeby się napić”. Кропка.
Я ёй прачытаў уголас і запытаў,
што гэта такое. Пані сакратар сказала, каб я выправіў. Калі паказаўся нумар, а ў ім мой адрэзак, я прачытаў: „Niemcy przyjechali do wsi po jajka Wasi, żeby się napić”. З гэтага вынікае, што рэдакцыя рэдакцыяй, а карэктура карэктурай, але аўтар павінен чытаць да друку апошнім, каб не здараліся вось такія „кветкі” замест „пан ліснічы” напісана было „пані слінічы”, або „Іванюк сказаў: То ж але, каб яна згарэла. Ён сказаў: „То ж але, коб вона згорыэла”. Няўжо я напісаў гэта па-беларуску? Супраць увядзення ў апавяданне рэгіянальнай мовы ніхто ж не пратэстуе.
Акрамя ўсяго, выгляд і змест кнігі „Крышынкі” падабаецца ўсім, хто яе прачытаў. Ніхто не крытыкуе за памылкі, хаця гэта непахвальна карэктару. А наадварот — мая дачка Аня, філолаг, сказала: „Кніжка добрая, а памылкі неістотныя”. Замовіла яе сваім дочкам — лекарцы Еве ў Варшаву і менэджэру Улі ў Брайтан. Прафесар Васіль Белаказовіч прыслаў мне пахвальнае пісьмо за „цудоўную кніжку”. Прафесар быў першым з тых, хто пахвальна адгукнуўся на тэму „Крышынак”. Ды ўжо грубай няпраўдай ёсць тое, што я нібыта сказаў „Gdyby tak zdarzyło się za czasów PRL — zwierzył się nam rozgoryczony — to poszedłbym na skargę do komitetu partii. A tak prapało...”
Рабяты, я Вас усіх люблю і шаную. Тады не „падстаўляйце” мяне адзін аднаму!

Komentarz #1 wysłany 2010-03-05, 15:58:12