Oglądałam audycję w rosyjskiej telewizji, po której osłupiałam. Wystąpił w niej znany komik, który przystąpił do dyskredytacji języków narodowych Ukrainy i Białorusi. Bo najpierw ktoś coś mówi po ukraińsku czy białorusku, a potem i tak zaraz musi tłumaczyć na ludzki język, rosyjski. No to po co to męczenie ludzi? — spytał komik.
Używanie języków narodowych w byłych republikach radzieckich jest męczeniem ludzi?!
Taki pogląd mają Rosjanie. Jest to wielkoruskie ślepe spojrzenie na bogactwo języków słowiańskich! Jakaś sowiecka zaszłość! Resztki imperializmu!
Wcale mi się nie chciało śmiać z takiego dowcipu, choć publiczność, zgromadzona w studiu, śmiała się nieumiarkowanie. W zasadzie było to wyśmiewanie się.
Po co jakiś tam białoruski, jakiś tam ukraiński, kiedy można gadać po ludzku, znaczy się po rosyjsku.
A ja mam ciągle wrażenie, że języki słowiańskie ubożeją, kiedy chcą istnieć same sobie, bez przenikania się z językami sąsiedzkimi.
W porę albo nie w porę odkryłam twórczość Mariana Pankowskiego. Ależ on nasycił polszczyznę wschodnimi słowami! Jaka bogata polszczyzna. Nie mówi „osełka”, mówi — „brus”. Mówi po kresowemu: „musi młode” („chyba młode”). W powalający sposób odbrązowił polską emigrację. Antoni wygrzebał utwory Pankowskiego z magazynu naszej biblioteki wojewódzkiej. Aha, znaczy trzymają go z dala od czytelnika. Czytelnicy go nie chcą? Ależ nie. Pisarzy wybitnych trzyma się u nas w magazynach. A mogliby wywiesić plakacik: „Czytajcie Pankowskiego!”. O Pankowskim jednak ostatnio sporo pisano. Tym niemniej jest on źle obecny. Krytycy chwalą szmirę.
Wielką przyjemność sprawia lektura dzieł Pankowskiego, bo jego język polski nie wisi w powietrzu, a jest oparty o inne języki słowiańskie, ja już nawet nie wiem, jakie — białoruski, ukraiński? Chyba o oba. Rozpoznaję słowa białoruskie.
To jest prawdziwe życie Mowy. Pełnia języka. Nic a nic nie zestarzały się jego utwory.
Zrobiłam jakiś cholerny błąd, unikając słów białoruskich w polszczyźnie, to znaczy używałam ich sporadycznie. Jeszcze mogę to naprawić. Zrobię to. Słówka z innych języków słowiańskich są wciąż obecne w języku polskim, przynajmniej na Podlasiu. Przeciągnąć je do literackiej polszczyzny, osadzić, byłoby wielką sprawą. Nie chodzi wcale o zachowanie ludowości, wiejskości. Chodzi o barwność polszczyzny. To na styku Zachodu ze Wschodem jest wciąż barwnie. Zamiast „poskakał” powiem „podzygał”. Zamiast „zając” — „filip”. Zamiast „nachylił się nad kartką”, powiem — „nałebił się”. Zamiast „pierdoły” powiem — „tryndoły”. Byłoby to męczeniem ludzi? Język polski, wyrwany z korzeniami ze styku kultur, staje się jedynie językiem urzędowym, nawet u pisarzy. Sztywnieje. Ja to wciąż widzę. Boże, jaka strata, to przesunięcie Polski z miejsca, gdzie była nadzwyczaj żywa! Kolejny raz to smutno stwierdzam.
Pankowski nie męczy ludzi swoją barwną polszczyzną, a zdaniem rozległym, rozpasanym. Jest to stary człowiek, który wciąż jest u siebie, na styku kultur. A w rosyjskiej telewizji twierdzą, że języki słowiańskie, inne niż rosyjski, męczą ludzi. Zmęczyło mnie to, ta rosyjska audycja.
Na naszym II zjeździe rodzinnym grała orkiestra z Gródka. Przedstawili się jako „Chutar Haradok”. Ale miałam ucztę. „Kupalinka”, „Biełarusaczka”. Polki białoruskie. Czy było to męczenie ludzi?
Tańczyliśmy. Tak postanowiłam, żeby było przyjemnie, choć z powodu śmierci Agaty z Sydney część rodziny obowiązywała żałoba. Sądziłam, że Agata będzie obecna, że też zatańczy. To taka głupia myśl.
Głupia? Po powrocie do Olsztyna pierwszej nocy Agata mi się przyśniła. Powiedziała: Ale się natańczyłam.
Ja wiem, że to nic nie znaczy, jednak obecność, choćby we śnie, jest obecnością. Niekoniecznie musimy to ignorować. Być może nauka rozwiąże problem nośników zdarzeń. Podobno są takie nośniki. Podobno będzie można widzieć czas przeszły, jego tajemnice, i przyszły, choć nie będziemy mogli w to ingerować. Podobno zdarzenia chodzą po swoich arteriach i arterie te mogą stawać się dla nas uchwytne, bo są to energie, jeszcze nienazwane. Ja już opisywałam moje doświadczenia obserwacji przyszłych zdarzeń, a teraz nauka zabiera się do tego samego. Powstały zdjęcia, na których widać światło na ludzkiej skórze, głowie, dłoniach. Ja od dawna widzę takie światło. Nie w sposób stały, ale od czasu do czasu. No więc się nie myliłam, takie światło jest.
Na naszym stole mieszały się potrawy podlaskie z wielkopolskimi. Kuzyn Jan Damasiewicz z Krotoszyna własnoręcznie przyrządził nam wędliny. Sucha kiełbasa, sucha szynka, boczek wędzony, boczek faszerowany. Na drugi dzień, w Zubkach, parzył kluchy wielkopolskie, u nas zwane pampuchami, a u niego pod Poznaniem są to kluchy parowane lub kluchy na łachu. Moja matka takie przyrządzała. Bardzo nam to wszystkim smakowało. Bardzo dobrze nam się mieszał język polski i język białoruski, a także słowa wielkopolskie. Jan przywiózł cudowne nalewki wielkopolskie, na wiśni i aronii, to znaczy robiła je kuzynka Krystyna i bratowa żony Jana, obie z Wrocławia. Jan mówi, że owoce pochodziły z sadów bez oprysków. Pyry i warzywa były od Jana z Zubek. Zaryzykowałam wychylenie pięciu kieliszków, choć alkohol niedobrze miesza się z lekami, które biorę od czasu śmierci córki. Po nalewkach nic mi jednak nie było. No tak, to się czuje, że owoce pochodziły z sadów bez oprysków. Były to zatem nalewki ekologiczne. Jan był kiedyś pięknym chłopcem o migdałowych czarnych oczach. Teraz jest siwy, ale nadal przystojny. Mieliśmy przystojnego kucharzyka tego dnia.
Moja córka skądś zdobyła ruszniki białoruskie, białe, lniane, ozdobione długimi zębatymi koronkami i skromnym haftem. Powiesiła je wysoko na werandzie; powiewały. Była atmosfera białoruska jak diabli.
Tańczyłam z moją wnuczką polki białoruskie.
I znowu rozjechaliśmy się.
Chyba tym razem za mało rozmawialiśmy.
Za rok będzie lepiej. Może przygotujemy jakieś teatralne wystąpienie. Tak będziemy istnieć raz na rok. Razem, nie męcząc się.
Dla mnie męcząca jest monokultura. Jedynie słuszna monokultura, wylewająca się w naszych mediów.
To jest męczenie ludzi!


Komentarz #1 wysłany 2010-03-04, 19:20:20
Komentarz #2 wysłany 2010-03-05, 12:21:01
Komentarz #3 wysłany 2010-03-31, 09:02:20