Mejlując z M. Aniołem, który mieszka w Amsterdamie i stamtąd przysyła mi cudne zdjęcia, dostrzegam martwotę naszych zimowych ulic. Stają się brudnoszare. Chyba że nasypie śniegu i wtedy jest uroczyście — wyglądają jak świąteczne stoły, na które jeszcze nic się nie wylało ani nikt na nie barwnie się nie wyrzygał. M. Anioł też widzi brudną szarość naszych ulic i jeszcze dodatkowo zwraca uwagę na ponure miny przechodniów. Przyjechał na święta do Polski i nie widział ani jednej uśmiechniętej osoby.
Rzeczywiście. Nie ma roześmianych przechodniów (ani młodych, ani starych) na naszych ulicach. Zwracam uwagę na szarość ubrań, nawet na kobietach. Każdy przechodzień przygarbiony, z nosem w ziemi. Co jest? Ludzie ponowne pokurczyli się z powodu systemu?
Że nasze ulice nie tętnią życiem, to już od dłuższego czasu dostrzegam. W Olsztynie co roku są te same świąteczne dekoracje. Nudzą mnie, gdy tylko na nie spojrzę. Żadnej artystycznej inwencji. Na drzewach i słupach wiszą te same szarozłote siatki i to wszystko. Gdzieniegdzie jakaś lampka. Jak zwykle obleśna choinka w centrum — jak zwykle znikają z niej ozdoby, lampki. U dołu niezmiennie jest okradana. Na chwilę ożyło Stare Miasto, gdy odbył się świąteczny jarmark. Na chwilę! Potem znowu wszystko poczerniało i poszarzało. Dekoracje te wieszane są z musu. Mają być, i tyle. To takie coroczne urzędnicze odbębnianie takiej pięknej sprawy, jak święta Bożego Narodzenia. Jakbym się cofała o rok, i znowu o rok. Przecież co roku plastycy mogliby twórczo popracować przy tych dekoracjach. Przecież dekoracje mogą stawać się prawdziwymi dziełami sztuki. Przecież co roku powinny być inne, pełne inwencji, niezwykłe, następnie fotografowane jako niepowtarzalne.
I już po świętach.
W perspektywie mam jeszcze prawosławne. Pójdę na nabożeństwo i to będą moje święta. I będzie tak, jakbym się poruszała po innym terytorium, lecz ze szczerej chęci, a nie z musu.
Przypomniał mi się nasz stary dom, a temu obrazowi towarzyszyła myśl: jeśli w dzieciństwie za sprawą rodziców często zmienia się miejsca pobytu, domy, mieszkania, to pierwszy dom blednie we wspomnieniach, w zasadzie bledną wszystkie, jakby je śnieg przykrył.
Mój pierwszy dom to był właściwie domek, taki mały, kolejowy, dla dróżnika, a może przed wojną służbowy dla zawiadowcy stacji, murowany z białej cegły, otynkowany, co najmniej stuletni. Też był brudnoszary z zewnątrz, ale wewnątrz posiadał piękne detale, jak grube brązowe belki u sufitu, podłogi z szerokich grubych desek, grube drzwi wejściowe, grube drzwi wewnętrzne, wysokie progi, duże klamki, szerokie grube parapety, wyłożoną kaflami ścianę w pokoju, która grzała, gdy się rozpalało ogień w kuchni. Mieliśmy telefon i prąd. W mojej pamięci odżywał stale drugi dom, który stanął obok. Ten pierwszy wyburzono. Ten drugi był drewniany. Po pierwszym została cementowa plama, rozlana pod gankiem. Jest tam do dziś. Niebawem zje ją zieleń. Oba domy zostały mi tylko na zdjęciach.
Dziś chciałabym mieć ten pierwszy dom, szczególnie jego zabytkowe wiekowe wnętrze. Ganek tego pierwszego był jasny, gładki. Ganek drugiego był ziarnisty, kruszył się, choć był nowy.
Dom, ten pierwszy, miał jakieś 50 metrów kwadratowych, ale na wsi przedłużenie domowej przestrzeni stanowi podwórze, sad, ogród, łąka, pole, a nawet okolica. W każdej chwili można wyfrunąć i pooddychać dalą, rozkoszować się przestrzenią. Raniutko można wybiec w nocnej koszuli, a jeśli mieszkamy na odludziu, to w każdej chwili.
Idę po brudnoszarych ulicach i niosę w pamięci mój pierwszy dom. Miałam dziesięć lat, kiedy go zburzono. Z niego przeniosłam do wieżowca kilka rodzinnych pamiątek, fisharmonię i skrzypce ojca, stary krótki widelec, bardzo zjedzony, kilkanaście choinkowych bombek, jeszcze sprzed II wojny światowej i kilkanaście przedwojennych fotografii rodzinnych i moje zdjęcia z dzieciństwa, a także przedwojenny aparat fotograficzny i kilka bardzo starych książek, jeszcze z 19 wieku, po dziadku, i dwa duże brązowe guziki z eleganckiego przedwojennego kloszowego płaszcza matki. Ostatnio otrzymałam od kuzynki rodzinne fotografie z początków 20. wieku: babka i dziadek, wystrojeni, stosunkowo jeszcze młodzi, piękni — zdjęcie zrobiono w Warszawie na samym początku 20. wieku:
I drugie zdjęcie. Siedmioletni ojciec na koniku, wystrojony, blondyn, aż prawie nie widać włosów; babka, wystrojona, trzyma na kolanach mego kilkumiesięcznego stryja i od razu widać, że to ten stryj, ze względu na duży garbaty nos. Babka z dzieckiem upozowana jest na Bogurodzicę z Dzieciątkiem. Po prawej stoi siostra babki:
To zdjęcie zrobiono w Petersburgu w 1919 roku (dziadek, wysoki urzędnik kolejowy, został tam służbowo przeniesiony z Warszawy). Oba zdjęcia to już zabytki. I mam zdjęcie mego pierwszego domu, zrobione w 1947 roku. Mam rok, siedzę w trawie. Na domu widzę lekko zapadnięty dach. Przy ganku stoi matka. O ścianę domu oparty jest rower ojca. Dom wygląda marnie, ma postrzelane okna. Są w nim, również postrzelane, małe boczne okienka, przez które obserwowało się pociągi. Takich służbówek dla kolejarzy już nigdzie nie ma. Zdjęcie to również ma charakter zabytku. Uwidoczniona została na nim również degradacja losu w wyniku wojny (tu I światowej): z Petersburga rodzina trafia do małej kolejowej służbówki przy Narejkach — już nie do poprzedniego miejsca w Warszawie. Nie było tak źle, ale jednak urodziłam się w losie zdegradowanym przez wojnę. Są fundatorzy i są degradatorzy — pozwalam sobie na ten dziwaczny neologizm, bo dlaczego nie. Mieliśmy więcej degradatorów niż fundatorów. Generałowie od wojen przesuwali nas z miejsca na miejsce, a urzędnicy w nowych miejscach oczekiwali pełnej asymilacji, również wyznaniowej. Zdjęcia z Warszawy i z Petersburga są fragmentami naszej historii. Świadczą o tym, że nie chodziliśmy wyłącznie w łachmanach i na bosaka. Jednak z pokolenia na pokolenie żyliśmy coraz gorzej, aż rach ciach, wykształciliśmy się, wzbogaciliśmy się i rozwialiśmy się po świecie...
Rodzice, dziadkowie — wszyscy ostatecznie spoczęli na cmentarzu w Mostowlanach. Potomkowie siostry babki żyją obecnie w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i pojedynczo w Białymstoku i Krynkach. Zobaczymy się na kolejnym zjeździe rodzinnym.
Mój pierwszy mały dom… Tak mi odżył ten pierwszy dom w pamięci, jakbym miała go filmować. Boże mój, jak to dawno było! Tego domu nikt już nie pamięta, a jeśli, to nie zawraca sobie tym głowy.
Niedawno wypadły mi listy od matki i ojca, kiedy wyszarpałam dawno nieczytaną książkę ze stosu innych, tak samo dawno nieczytanych. Zapisana kartka żyje dłużej niż człowiek. Matka pisała cyrylicą, po białorusku, ojciec — wyłącznie po polsku.
Kiedy wracam z brudnoszarego miasta do mego mieszkania, czuję, że wracam do niebezpiecznego lokum i że te pamiątki rodzinne w jednej chwili mogę utracić, i obym ja uszła z życiem. Przed tygodniem jakaś obca napita młodzież w wieku gimnazjalnym bawiła się na półpiętrze, nie powiem, ładnie — podpalała opakowania po chipsach, osmoliła ściany. Pogoniłam ich i postraszyłam policją. Zrobiłam to grzecznie, ale stanowczo. Idźcie pod swój próg bawić się ogniem. Pod moim zabraniam, raz na zawsze. Już się nie zbierają. Była wśród nich małolata o zwiędłym wyglądzie, jakoś brudnoszara i wymizerniała.
Idę po brudnoszarych ulicach i zaczynam myśleć o istocie tłumu. Ot, tak sobie, za święta i Nowy Rok, funduję te rozmyślania. Tłum ptaków. Sypnięte, wycięte, bez talii. Niektóre jak siwe bunkry. Podrygują. Dyga gołąb. To tłum piękny. Jeśli istnieje zbiorowy mózg tłumu, a istnieje, to znaczy, że zawartość myślowa poszczególnych mózgów wbiega do centrum, czyli do prowodyra, wodza, mówcy, organizatora z hasłami, i pod to centrum się podczepia, i zaczyna chodzić jak na sznurkach — powstaje jeden mózg.
Wokół idei czy utopii tworzy się zbiorowy mózg.
Czasem zbiorowy mózg nazywany jest owczym pędem — tu mogą powstawać i powstają dwa, wrogie sobie, mózgi zbiorowe, jak to się dzieje np. na stadionach — w ruch idą pięści i kije bejsbolowe. Jeden zbiorowy mózg napierdala drugi zbiorowy mózg.
Zbiorowym mózgiem są stolice. Ten zbiorowy mózg ogarnięty jest myślą, że poza stolicą w ogóle nie na ludzi, a jeśli jacyś są, to niemodni. Kołnierzyk nie ten, buty nie te. W cywilizowanych państwach stolice nie mają już tak dobrze — inne miasta są także centrum, prężnym kulturowo, a buty czy kołnierzyki zależą od indywidualnego stylu.
Tkwiąc w zbiorowym mózgu, niezależność zachować trudno, ponieważ występuje tu efekt zasysania i zachowujemy się „jak wszyscy”, ale najzupełniej nieświadomie, machinalnie.
Jeśli jesteśmy świadomi efektu zasysania, to powstaje myśl: skoro wszyscy to czynią, to ja też, zwłaszcza jeśli jestem pojedynczą osobą z odmiennym zdaniem. Druga myśl: boję się tego tłumu, więc zastosuję sztukę kamuflażu, będę jak oni, a w domu powiem, co zechcę. Teraz jestem z wami, przecież biegnę w tym samym kierunku.
Nie jest to wielka sztuka, kamuflaż, ale uprawiana nagminnie.
To sztuka nieszczerości, a powstaje z tchórzostwa. Człowiek myślący chowa się w domu, w prywatnej przestrzeni, samoredukuje się. W domu jest człowiekiem uczciwym, odważnym, prawdziwym, rozważnym.
I już. Mamy nowy totalitaryzm.
Idę po brudnoszarej ulicy i myślę, jak łatwo powstaje totalitaryzm.
Niosę słowa dziewczyny z Bydgoszczy, a poznałam ją u Wacława: „U nas nie ma praktycznie wolnej przestrzeni, gdzie można by realizować kulturowe projekty, niepodpięte sztucznie pod żaden duży projekt, a więc bez narzucania tematu. Dosłownie nie ma gdzie uprawiać krytyki! Nie ma niezależnych fundacji, które finansowałyby niezależną aktywność w dziedzinie kultury. Inne państwa, te kulturotwórcze, takie fundacje mają. Dziś sztuka musi być ściśle związana z życiem, a tego też nie ma. Wyparto z niej tzw. zaangażowanie na rzecz jakiejś sztuki dla sztuki, kompletnie oderwanej od życia. A co się stało z poezją, to aż się nie chce mówić”.
Idę po brudnoszarej ulicy i niosę własne myśli, sprzeczne z głównym nurtem. Myślę nagle, że granica jest czymś przerażającym, zwłaszcza ustanawiana sztucznie po nie moich wojnach. Granica to przeżytek, ciągle poprawiany. Rozbija więzi rodzinne, kulturowe, niszczy infrastrukturę komunikacyjną, ustalaną wiekami. Tak się stało z naszymi wioskami, Mostowlanami, Świsłoczanami, odciętymi od głównych arterii komunikacyjnych. Nowoczesne przejścia graniczne, jak np. w Bobrownikach, to wolność dla tirów, załadowanych towarami przeznaczonymi do żarcia i wydalania. Taki tranzyt nie tworzy więzi kulturowych. Wymusza wyłącznie noclegi i ubikacje.
Nasypało w nocy trochę śniegu. Zmieszał się z szarością. Świeci słońce. Jest mniej więcej ładnie.
Granica, ta moja, przy Gobiatach, uczepiła się moich myśli. Przeżytek ciągle poprawiany, przenoszony, pilnie strzeżony w nowym miejscu.
Pilnie strzeżona granica, a przenikają przez nią swobodnie bandyci, mafiosi, złodzieje, recydywa. Przed kim jest tak pilnie strzeżona, przede mną?
Nadal nie mogę pojechać swobodnie do Grodna, Wołkowyska. Pójść do lasu, do którego chodzili moi rodzice. Siłą mi wykręcają politycy głowę na Zachód, gdy ja ciągle pragnę swobodnego przejścia w moje strony, na Wschód, który wcale nie jest Wschodem — białoruskość nie jest Wschodem. Chciałabym tam powędrować przed siebie, swobodnie, bez paszportu i zawczasu zamawianych hoteli, bez uciążliwych wizyt u urzędników, fotografowania się, wypełniania ankiet, oczekiwania na nowy paszport, podejrzeń ze strony straży granicznej i celników i może wręczania po drodze niezliczonych łapówek.
Wieczór. Zaraz będzie ranek. Niebo prószy białymi kulkami, nie płaskimi śnieżynkami, i te kulki się toczą. Robi się ładniej i raźniej, bo grudzień staje na swoim miejscu.
Człowiek na swoim miejscu to człowiek trzymający się zasady fair play. Zasada fair play nie może być martwa. Tego chciałabym życzyć nam wszystkim na cały nowy rok, i na zawsze. Tylko tyle: zasady fair play. W każdej dziedzinie. Czy to pobożne życzenie? Znam kilkoro ludzi, którzy pragną tego samego wraz ze mną, a to już coś.
I jest wczesny ranek. Jestem w domu. Za oknem mam białą bajkę. Pięknie. Drzewa ubrane w kryształowe białe sukienki i marszczone kryzy Arlekina. Grudniowy szydełkowany porządek.
Za chwilę drzewa poczernieją.


Komentarz #1 wysłany 2010-02-21, 12:09:48