W naszych małych domach mieliśmy drzwi paradne. Otwierane tylko raz, w dzień ślubu. Potem były zamykane, zabijane na głucho. Znajdowały się od frontu, zwykle pomiędzy dwoma oknami. Szkoda, że nowe domy nie mają takich drzwi. Nie ma nas w naszych wioskach, to i nie ma ślubów, nie ma drzwi paradnych.
Chwila wejścia do domu przez drzwi paradne zawsze była taka piękna.
Przez mój życiorys przeorała się nowa epoka, nowa cywilizacja, o której nikt nic nie wie, albo wiedzieć nie chce, albo jesteśmy zmuszani do milczenia na te tematy. Ma okazałe drzwi paradne ta nasza globalizacja, a na nich hasła — swobodny przepływ kapitału, rozwój małego biznesu przy okazji, i inne takie tam. Bajkowe drzwi. Już na wstępie drzwi te poprowadziły w stronę kryzysu.
Moi przodkowie z Ciszewskich z Zubek brali udział w Powstaniu Styczniowym, które zresztą organizowali głównie Białorusini. I co ja z tego mam? „Mniejszości powinny znać swoje miejsce!” — oto co mam. A Zubki traktowane mają być jak jakaś tam kacapska wioseczka, najzupełniej nieważna? To bardzo wiekowa wioska. Tętniło tu życie, prawosławne, unickie, katolickie. Kolej zbudowano tu w 19. wieku. Historia ma być zakłamaną bajką, pełną wyskrobanych imion dla własnej chwały? To żywy wciąż fragment Wielkiego Księstwa Litewskiego, moje Zubki, moi Ciszewscy. Natrafiłam w internecie na szkolne opracowanie historii tych okolic, i właśnie Zubek, i pojawiło się tam to nazwisko, Ciszewscy, i wzmianka o braniu przez nich udziału w Powstaniu Styczniowym, o czym opowiadał mi ojciec. Trzech uczniów SP z Gródka (na alei Chodkiewiczów), Mikołaj Nos, Mateusz Adamczyk i Krzysztof Tarasewicz — trzech małoletnich autorów tego opracowania, dało mi więcej, niż podręczniki historii, razem wzięte, a pisane przez dorosłych. Rarytas po prostu, z elementem rodzinnym. Moment, gdy historia byłego WKL przestała być bezpańska lub przerobiona na polską z amputacjami, tj. z wyskrobanymi imionami. Wielkie brawa dla mgr Ireny Nos i mgr Moniki Jaroszuk za opiekę dydaktyczną nad tą trójką uczniów. Nie mogłam znaleźć daty powstania tej znakomitej uczniowskiej pracy. W każdym razie zyskuje ona u mnie miano wiekopomnej.
Drzwi paradne, otwierane tylko raz, są wszędzie w przyrodzie.
Białoruski dom, mały, skromny, z drzwiami paradnymi, był kamieniem filozoficznym — można rzec. Metaforą ludzkiego losu. Aby żyć, we dwoje, z dziećmi, i jak dobrze pójdzie, to również z wnukami, wchodzisz tylko raz. Jak jeszcze lepiej pójdzie, to pożyjesz przez chwilę z prawnukami, ale to się zdarza niezmiernie rzadko i nie wiadomo, czy ty tego doświadczysz. Wejście w dzień ślubu to była wspaniała ceremonia. Zabijanie na głucho tych drzwi również było wspaniałą ceremonią. Od wewnątrz były okładane balami, jeśli ściany były z bali, lub dodatkowo tynkowane, jeśli bale były tynkowane. Na zewnątrz pozostawał ślad: wyraźne drzwi — ślepe, bez klamki. Ceremonie te były możliwe, gdy żyliśmy razem w małych społecznościach wewnątrz obyczaju, u siebie. Takich nas już nie ma. Dzieci uciekają jak najdalej od rodziców, dziadkowie czasem w ogóle nie znają wnuków. Dzieci i wnukowie podczas takich ucieczek tracą tożsamość, pamięć, szacunek dla obyczaju przodków. Stają się świeżo upieczonymi obywatelami nowego świata, pieniądza i kojącej, usypiającej rozrywki, bajania o raju. Zdało mi się nagle, że to lalki. I przypomniał mi się cykl wierszy G. Grassa o lalce Nanie. Co powie lalka Nana?
Zdarza się, że zegar trzy kroki zrobi,
a Nana: Nana Nana Nana powie.
Zbyt często mam wrażenie, że człowiek, niepotrafiący smakować własnej tożsamości, mówi właśnie to: „Nana Nana Nana”.
I tu natychmiast mam obraz małp z reklamy, zażerających banany, i ich szczebiotliwe słowa: a my, co? My tylko banana, banana, banana.
Jestem mieszańcem, stoję pomiędzy kulturami, ale fakt istnienia białoruskich drzwi paradnych wzruszał mnie. Drzwi paradnych do świata nie mam. Istnieję w wąskiej przestrzeni dwukulturowej i można rzec, że mam po połówce jednych i drugich drzwi, które rzadko kto składa dla mnie w całość. Taka ojczyzna.
Nowe domy nie mają takich drzwi. Nie miały ich domy stawiane przez małżeństwa po pożarach czy z powodu rozsypywania się starych domów.
Drzwi paradne stanowiły nasze duchowe egzystencjalne piękno.
O drzwiach paradnych w białoruskich domach nic nie mogłam znaleźć w internecie. Mowa tam tylko o dworskich drzwiach paradnych, a to zupełnie inne drzwi, zawierające całkiem inny sens: wpuszczano przez nie jedynie zacnych gości, a dla mniej zacnych przeznaczano kuchenne drzwi, tylne. Czyli te drzwi dzieliły ludzi na lepszych i gorszych, a otwierane było wielokrotnie. Były to gościnne, ale piętnujące drzwi, w pełni kastowe. Był to wyraz segregacji społecznej. Takie drzwi mnie brzydzą, choć na pewno były okazałe i zrobione fachowo, pięknie. Niektóre istnieją do dziś, można je podziwiać. Inne, zrujnowane w czasie wojny, zostały pieczołowicie zrekonstruowane. Niedawno weszłam przez takie drzwi do Zamku Królewskiego w Warszawie do pięknej Sali Wielkiej, z okazji 20-lecia mego SPP.
Nie dają mi spokoju te nasze drzwi paradne. Mocny był to symbol. Równał wszystkich: raz tylko wchodzimy w życie.
Nasze przyjaźnie rozsypały się wraz z odejściem obyczajów i tych drzwi, które równając wszystkich, stwarzały intymną bliskość poprzez podstawowe doznanie: przemijamy i ja, i ty, i on, zatem musimy stawać się przyjaciółmi w jak największym gronie, ponieważ przez ten fakt przemijania jesteśmy identyczni. Inne rzeczy nas różnią, ale ta nie, nigdzie i nigdy.
W związku z upadkiem obyczajowej więzi jest mi smutno, nieswojo.
Zamiast wiadomości w internecie o białoruskich drzwiach paradnych, znalazłam słowo „kałamaszka”. Pochodzi z białoruskiego (kałamażka), a oznacza mały wóz, ciągnięty przez jednego konia. Szlachta, polska, ta uboga, jeździła takimi wózkami. Słowo to w polszczyźnie upadło już w 19. wieku. Nie przypominam sobie, aby było używane w języku białoruskim. Znalazłam też słowo „biedka” — tak nazywano dwukółki. Mąż mówi, że pod Toruniem „biedka” była nazywana „biedą”.
Przy okazji przypomniało mi się białoruskie słowo „kałaszman”, „kałaszmanik”. Tak wołali rodzice do dziecka, które nie dbało o garderobę lub gdy nie było wyjścia — musiało nosić ubrania po starszym rodzeństwie. I majtały mu się za długie nogawki, za długie rękawy, porozrywane i ubrudzone. „Kałaszman” było słowem pieszczotliwym.
A nasze drzwi paradne upadły w połowie 20. wieku. Na starych chałupach jeszcze je widać. Ktoś przez nie wszedł — raz. Jeśli dom przeszedł w inne ręce, to kolejny ktoś wszedł — raz.
Zdumiewający symbol. Sądzę, że jednak jest wyrazem naszej mentalności i dzisiaj, choć poznikał z domów. Wciąż jesteśmy uczuleni na dzielenie ludzi na lepszych i gorszych.


Komentarz #1 wysłany 2010-02-21, 11:33:18
Komentarz #2 wysłany 2010-02-22, 11:18:19
Komentarz #3 wysłany 2010-02-22, 16:14:12