Spośród pocztówek z życzeniami świąteczno-noworocznymi, których znów otrzymaliśmy niemały stosik, szczególnie miło było wziąć do ręki pięknie udekorowane kartki od gminnych bibliotek. Część z nich od lat nasze pismo prenumeruje, niektórym — z uboższych gmin — wysyłamy je bezpłatnie. Wśród bywalców bibliotek mamy całkiem spore grono swoich czytelników.
I oto dowiaduję się, iż ministerstwo kultury aż czterokrotnie obniżyło w tym roku dofinansowanie tych placówek. Takie radykalne posunięcie zmierza do pozostawienia ich wyłącznie na garnuszku samorządów. Jednak według nieoficjalnych jeszcze informacji jest już gotowy rządowy projekt nowelizacji odpowiedniej ustawy, zwalniający gminy z tego obowiązku. Skąd takie rewolucyjne przymiarki? Otóż biblioteki publiczne (a także domy kultury, które czeka podobna rewolucja) dla obecnych władz są pozostałością minionego systemu i reliktem odchodzącego świata.
Oficjalny argument jednakowoż jest inny — to z roku na rok postępujący spadek czytelnictwa. Władze najwyraźniej chcą wykorzystać przyczyny obiektywne. Bowiem w dzisiejszym świecie, cyberprzestrzeni zdominowanej przez nowoczesne technologie z internetem na czele oraz zagonionym stylem życia pod dyktando masowych produkcji telewizyjnych, jest coraz mniej miejsca (i czasu) na obcowanie z tradycyjnym nośnikiem informacji i kultury, czyli słowem drukowanym. Tylko czy rządzący powinni temu jedynie wtórować, a może jednak jakoś przeciwdziałać? Na Zachodzie biblioteki cały czas funkcjonują i wciąż mają się całkiem nieźle, a korzystających z nich aż tak bardzo nie ubywa.
Jakieś działania w sferze czytelnictwa są wszakże nieodzowne. Mimo ekspansji internetu liczba wydawanych tytułów książkowych wcale nie spada. Tyle że zdecydowana większość z nich sprzedaje się słabo, albo wcale. Dziś książkę może wydać każdy. Nie trzeba zezwoleń ani rekomendacji. Wystarczy mieć pieniądze na druk. A że wielu ma takie ambicje, to fundusze znajduje, w ostateczności wykłada własne. Nikt się przy tym nie przejmuje ani poziomem książki, ani tym, czy ktoś ją przeczyta.
W naszym środowisku również każdego roku ukazuje się cała masa książek, często nawet wartościowych, ale przeważnie bez większego odzewu. Pełną garścią korzystamy z możliwości pozyskiwania na ten cel publicznych pieniędzy, stawiając na ilość, nie na jakość. Nasi wydawcy nie przykładają większej wagi tak do starannej redakcji tych książek, jak i ich poziomu technicznego. Nie przejmują się też dystrybucją, z reguły niemal cały nakład (drukuje się przeważnie 200-300 egz.) przekazują autorowi jako honorarium. Autor później nie wie za bardzo co z tym zrobić. Trochę rozdaje rodzinie, znajomym, wysyła do bibliotek... Niektórym kilka egzemplarzy udaje się czasem sprzedać przy okazji białoruskich imprez.
Najnowszym przykładem takiej „produkcji” są „Kryszynki” Wasila Pietruczuka, wydane na początku roku przez stowarzyszenie „Białowieża”. Są to wspomnienia, które od kilku lat były w odcinkach drukowane w „Cz”, ale o tym wydawca nawet nie wspomniał. Ba, jakimś cudem do druku trafiła pierwsza, robocza, wersja sprzed korekty. Gdyby tylko nas poproszono, udostępnilibyśmy tekst wyczyszczony nie tylko z literówek, ale i z uwzględnieniem przeinaczonych faktów, które zauważył autor. Książka została wydana dość siermiężnie, niezgodnie ze sztuką drukarską. Czyta się ją niezbyt komfortowo, gdyż w wielu miejscach druk jest nienaturalnie rozstrzelony i niewyraźny. Ta niezwykle cenna książka, bo drobiazgowo dokumentująca przedwojenną nędzę naszej białoruskiej wsi, ale i jej bogaty folklor, w niczym nie zasłużyła na taką ignorancję. Autor nie może przeboleć, że wydano ją z tyloma błędami. Gdyby tak zdarzyło się za czasów PRL, zwierzył się nam rozgoryczony, to poszedłby na skargę do komitetu partii. A tak, liczy, prapało...
Okazuje się, że dzięki publikacjom w „Cz” nasi autorzy z powodzeniem wzbogacają swój wydawniczy dorobek także w formie książkowej. „Kryszynki” nie są wyjątkiem. Ukazało się już kilka książek — m.in. Alesia Czobata i Sokrata Janowicza — które najpierw drukowaliśmy w odcinkach w „Cz”. W ubiegłym roku Tamara Bołdak-Janowska wydała od razu dwie książki, zamieszczając w nich m.in. swoje szkice, znane z naszych łamów. Umożliwiło to jej stypendium ministra kultury. Książki opublikowało olsztyńskie stowarzyszenie „Borussia”. Ale i ono, tak jak „Białowieża”, o „Cz” słowem nawet nie wspomniało. Czytelnik nie dowiaduje się też, że ma do czynienia z autorką silnie akcentującą swoje białoruskie pochodzenie i broniącą białoruskich spraw. Czyżby przyznawać się do tego w Olsztynie było niewygodne? Bo chyba z tym nie jest tak, jak w jednej z tych książek („Co dobrego było w peerelu?”) opowiedział o Ameryce mąż („sekretarz”) malarki Tamary Tarasiewicz, przebywający od kilkunastu lat na emigracji w USA:
„U nas w Ameryce (podkr. — red.) to normalne, że jak jakiś pisarz jest zbyt przenikliwy, że jak się dokopie do jakiejś obrzydliwej prawdy, to gruby Bolek sprawi, że zamilknie na zawsze. Najpewniejszy sposób to sprokurowanie samobójstwa”.
Калі гаварыць пра бібліятэкі, дык прыйшоў для іх сапраўды нялёгкі час. Інтэрнэт адбірае ім усё больш карыстальнікаў — перад усім вучняў і студэнтаў, якія раней гарталі ў бібліятэках энцыклапедыі, слоўнікі і даведнікі. Цяпер усю інфармацыю хуценька знаходзяць не выходзіўшы з хаты, праз камп’ютар. Але бібліятэкі — гэта і храмы літаратуры, малыя культурныя цэнтры. Нельга іх ліквідаваць от так сабе, трэба ім дапамагчы. Не іх жа віна, што людзі перастаюць чытаць кніжкі і часопісы, задавальняючыся бяздушным тэкстам на маніторах камп’ютэраў. Электронныя літары ніколі не дараўняюць тым раздрукаваным на паперы. А інтэрнэтам таксама трэба ўмець пакарыстацца. Пашыраецца ў ім прымітывізм і паўторны анальфабетызм, непісьменнасць. Па-беларуску ад сябе мала хто там выказваецца. Ёсць, праўда, нямала беларускамоўных сайтаў, але ўсе яны даволі штучныя. А каментары на інтэрнет-форумах пішуць найчасцей моўныя калекі.
Пра лёс друкаванага слова я аднак спакойны — яго аматары не знікнуць нам, бо яно перавышае электроннае слова не толькі эстэтыкай, але і мацатою. Як прыклад магу падаць тэкст у студзеньскім „Часопісе”, у якім пералічылі мы сёлетнія датацыі беларускім арганізацыям. Інфармацыю пра датацыі можна знайсці і ў інтэрнэце, але толькі калі мы надрукавалі яе на паперы, тады і выклікалі зацікаўленасць чытачоў. Мелі нават адгалоску, што ўрэшце пачынаем дзейнічаць пры „адкрытай заслоне”...


Komentarz #1 wysłany 2010-02-04, 09:13:02
Komentarz #2 wysłany 2010-02-14, 17:49:01
Komentarz #3 wysłany 2010-02-16, 01:29:27
Komentarz #4 wysłany 2010-02-19, 11:24:15