Wiejskie chłopcy, co z wojska wracają, czołgów polskich na oczy nie widzieli, nie było ich na żadnych manewrach, w których oni uczestniczyli. Samoloty też ćwiczących nie „bombardują”. Wojsko w dzień kolumnami maszeruje. Nikt z tutejszych w wojskach lotniczych nie służył, ani w artylerii przeciwlotniczej. Żołnierze na urlopach i świeżo zdemobilizowani o wojskach technicznych pojęcia nie mają, nie wiedzą, jak czołg atakuje i jak go zniszczyć można. Praporszczyk przywoływał własne doświadczenia z samolotami, aż dwa razy miał je nad głową. Komenda: „padnij” czy „w rozsypkę”, to obrona bierna. Teraz podobno jest komenda: „lotnik — kryj się”, a powinna być komenda: „ognia”, nawet z karabinu. Carska armia amunicji żałowała więcej jak ludzi; leżeli więc i czekali, aż ta śmierć fruwająca naboje swoje wystrzela, bomby pozrzuca i odleci. Turek samolotów mało miał i nie mógł wojska zdemobilizować. Mówiono im, że w samolocie nie Turek, a Niemiec siedzi. Miało to jakieś znaczenie propagandowe, ale i tak po każdym nalocie duch bojowy padał. Żołnierz nie może być bezradny i biernie na wroga patrzeć. Żołnierz potrzebuje przekonania, że jego armia ma broń skuteczną, zdolną zniszczyć wszystko, czym wróg atakuje, a gdy tego brak, gdy żołnierz wie, że jego broń jest nieskuteczna, to już jest źle. Pięścią bohatera nie wskrzesisz, nawet jak mu zęby wybijesz, gdy wojsko z placu boju w panice ucieka. Wojsko, co tu na manewry przychodzi, nic się nie maskuje, biwakuje tak, jak oni to w poprzedniej wojnie czynili. Samolotu też tu nad ćwiczącymi nie widziano, chociaż przypędzali tu i kilka pułków. Samolot nigdy ich nawet pomidorami nie obrzucił. Ćwiczenia robią takie, jak za dawnych lat, a przecie jakieś samoloty państwo posiada. Widujemy tu taki samolocik o podwójnych skrzydłach, gdy przy dobrej pogodzie z zachodu na wschód leci. Nauczyciel objaśnia, że pocztę państwową z Warszawy do Wilna wiezie, albo i urzędnika ważnego. Samolot leci wolno, terkoce ze dwadzieścia minut, zanim z oczu zejdzie. Jest on zupełnie inny od tych, jakie „Robotnik” na zdjęciach z wojny w Hiszpanii pokazuje. Podobno w Polsce też takie bojowe samoloty są, ale nikt ich tu nie oglądał.
Był tu taki bezrobotny na noclegu, który opowiadał, że gdy on w wojsku służył, to samoloty nasze zbombardowały, a później oni to wszystko naprawiali. Ćwiczono podobno, jak szybko skutki bombardowania usuną. Nie na tory bomby spadały, a obok. Tak słaba celność była. W budynek stacji też tylko dziesiąta bomba trafiła. Chłopi uważali, że to prawda być nie może, by stację rozbijano dla sprawdzenia zdolności wojska do jej odbudowy. Bezrobotny twierdził, że jednak tak było, jak mówi.
Tuż po sprawie Litwy, szczęściem bez wojny zakończonej, bo Litwa posła i korespondenta gazety do Polski dała, Polska w rozbiór Czechosłowacji wplątała się. Zabraliśmy Czechosłowacji pewien obszar, Zaolziem zwany, a Hitler zajął całe Czechy, a wina za czyn jest wspólna, chociaż Polska dostała mały palec, a Niemiec rękę z tułowiem, jak to przykładowo stary August określił.
W tej hańbiącej akcji Wojska Polskiego posłanego tam przez głupi rząd, uczestniczył szef Falangi z miasteczka. Jako podchorąży tam poszedł, a podporucznikiem wrócił. W dzień targowy powitanie specjalne mu urządzono, pomimo że od tygodnia już po rynku się włóczył. Władza cała z miasteczka na rynek wyszła i ksiądz był, a chłopi z daleka od wozów swoich na to patrzyli. Burmistrz coś tam głosił i kierownik szkoły, ale ich słychać nie było, lecz gdy dali głos honorowanemu, darł się on na rynek cały, jakby tu najmądrzejszym był. Krzyczał, że zniszczyli to państwo heretyków, co bolszewika za sojusznika sobie wzięło, co czerwoną zarazę w głąb Europy wpuścić chciało, co ze Stolicą Apostolską w nieładzie żyło, a teraz na gruzach tej herezji duch Niemiec faszystowskich powiewa i na Zaolziu orzeł polski króluje. Słowację ksiądz katolicki tworzy, który na pewno komunę wypleni i naszym sojusznikiem będzie. Wspólnie z Niemcami, Słowacją wolną i Węgrami, a może i Rumunią potęgę stanowimy, a jak Litwa do nas nie dołączy, to wspólnie z Niemcami ją rozszarpiemy. Bolszewik Litwie nie pomoże, bo i Czechom nie pomógł, chociaż zobowiązanie miał i w ogóle Bolszewik to taki tygrys z kartonu, a jego czołgi i samoloty z drewna są i on oficer dziwi się, że Polska po swój Smoleńsk, Połock i Kijów jeszcze nie idzie. Takie to brednie ten nowy oficer głosił, a ci co wokół niego stali, „wiwat” krzyczeli.
Falanga awans szefa swego jako własne wyróżnienie przyjęła, policja, w dystansie dalekim od tego oficera, już prawie nie reagowała na mołojców wyczyny. Ludzie mówili, że banda łobuzów miasteczkiem rządzi i tak było do czasu, gdy Hitler wrogiem państwa polskiego okazał się. Mołojcy oklapli, ich przyjaciel żąda, by Polska korytarze mu dawała i wojną straszy. Podobno Żyd Rubin, którego Falanga jeszcze niedawno na rynku sponiewierała, teraz w mordę tego faszystę zdzielił i był to pierwszy znany przypadek obrony czynnej.
Gazeta „Robotnik” mapki drukowała, jak to teraz granice Polski wyglądają przez Niemców otoczone z trzech stron. Praporszczyk Baj mówił, że w podkowie niemieckiej siedzimy, a jak kto woli, to może nazwać, że w podwójnych kajdankach. Podkowy tej Wojsko Polskie nie złamie, bo Niemców nie zdołali złamać Rosja, Anglia, Francja i Ameryka siłami wspólnymi i wojnę skończono bez okupacji, a na granicy z Francją i Belgią wojska zwycięskie zatrzymały się. Utratę Zagłębia Ruhry i Sary Hitler zlikwidował, straty Austrii w Czechach też już nie ma. Sprawy ziem Pomorza i granicy z Polską teraz Hitler podnosi.
Taki bezrobotny tu był, co historię Polski zna. Opowiadał, że król Kazimierz Wielki i Stefan Batory jakąś linię graniczną z Niemcami ustanowili, która ma obowiązywać, bo sam papież ją zatwierdził. Od tej linii na zachód są ziemie Rzeszy Niemieckiej przez Anglię, Francję i Amerykę w Wersalu uznane, gdy pokój po wojnie stanowiono. Podobno Hitler chce, by w poznańskim tak granica stała, a nie jak plebiscyt ustanowił.
Król Kazimierz Wielki zrzekł się Pomorza na rzecz zakonu Krzyżaków za tytuł fundatora Zakonu i to też zobowiązuje, bo Prusy teraz z Niemcami są i do Trzeciej Rzeszy należą, którą Hitler robi. Zawiłe te sprawy i nikt o nich przedtem nie mówił, nawet nauczyciel. Możliwe, że i on o tym nie wiedział, bo tylko polską szkołę miał, a ten bezrobotny podobno niemieckie szkoły ukończył i tam o tym głośno.
Słowacy też przy Hitlerze stoją i też pretensje do ziem polskich mają, o wioski jakieś tam idzie, które kiedyś sam papież Węgrom przyznał, a Słowacja po dawnych Węgrach nastała, więc i prawa te ma. Tak to Falanga zamiast sojusznika ze Słowacji wroga ma. Wrzaski „na Berlin Wodzu prowadź!”, albo powiedzonko „guzika nie oddamy”, to może i dobre dla ducha, ale w praktyce niewiele znaczy. Wojny z Niemcami Polska mieć nie powinna, lepiej część ustąpić, jak stracić wszystko.
Państwo ogłosiło zbiórkę na fundusz obrony. Praporszczyk Baj połowę swej renty miesięcznej dał, to kropla potrzeb, a ta zbiórka żeliwa po wsiach to też na wroga lawiny ognia artyleryjskiego nie zapewnią, chociaż na pewno coś pożytecznego zrobić można i akcja zbiórki jest słuszna. Wieś oddała stare garnki żeliwne do lutowania niezdatne, stare żelazka na duszę uszkodzone i już do użytku nieprzydatne, wiadra dziurawe i to wszystko. Dwa zaprzęgi zabrano, ale ciężar to wielki nie był. Metale do kucia nadające się kowal dawno spożytkował. Heronim młotem ze starego lemiesza podkowę robił, a ze starej podkowy okucie okładką wzmacniające i tak żelazo kuł aż do zużycia całkowitego. To tylko na obronę dano, co w warunkach wsi do niczego już się nie nadało.
Zbiórkę potraktowano jako czyn patriotyczny wychowawczy i nauczyciel z uczniami ją przeprowadził. Przybył też sekretarz gminy, przemówił do dzieci i cukierkami częstował po kilka sztuk dla każdego. Złom żelaza, a właściwie żeliwa, do gminy zawieziono. Tam przy szopie taką hałdę usypali, bo w okolicy całej zbiórka była. W kilka lat później Niemcy ją wykorzystali, bo nasi jakoś na tym etapie pozostali, że do kupy to żelastwo zwieźli.
Dnia któregoś wiadomość przyszła, że Niemcy Litwie port zabrali, Kłajpedą zwany. Polska jednak przeciwko Litwie nie wystąpiła, więc sojusz z Niemcami tylko Czechosłowacji dotyczył.
Młodzież wyprawiła „Noc Rekruta”, to na pożegnanie tych, którzy do wojska szli. Nie była to noc pijacka, bo nauczyciel tradycję wprowadził zabaw bez alkoholu, a nawet wesel „na trzeźwego”. Choć szeptano, że wesela bez alkoholu to tylko konspira komunistyczna forsuje i niebezpiecznie ich naśladować, to wódki we wsi wypijano mało, a pijanego za durnia uważano. Wódka była bardzo droga, jak na dochody tutejszych gospodarzy i tutejszej młodzieży, faktycznie bezrobotnej. Lata późniejsze pokazały, że apetyt na wódkę jednak był, a szczególnie gdy w każdym obejściu bimber robiono, ale to były już czasy królowania śmierci. „Noc Rekruta” to korowód pieśni i tańca. Śpiewano tu setki piosenek ruskich, białoruskich, polskich, a także cygańskimi zwanych. Pieśni młodzież przywiozła ze wszystkich stron Rosji, przynieśli je żołnierze carscy i żołnierze polscy, ale znano też piosenki rewolucji, a śpiewać je niebezpiecznie było, ale śpiewano.
