Jakoś na początku grudnia zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że w naszej najstarszej organizacji, Białoruskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym, trwa właśnie okres sprawozdawczo-wyborczy. Pewna pani z jednego z zespołów z Gminnego Centrum Kultury w Gródku zapytała mnie, czy będę na „walnym zebraniu białostockiego oddziału BTSK”. Początkowo nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo w jakim charakterze miałbym w nim uczestniczyć? Przecież nie w roli delegata, chyba że jako dziennikarz. — To pana, panie dyrektorze, nie zaprosili?! — zdumiała się chórzystka. Bo ją i członków innych zespołów zaproszono (telefonicznie), a mnie, kierującego ośrodkiem kultury z tradycjami białoruskimi, już nie.
Ta rozmowa, jak też przekazane mi świeżo po zjeździe wrażenia pań z Gródka, doskonale oddają obecny styl działania i wizerunek BTSK. Bo jak się okazuje, to środowisko wciąż żyje przeszłością. Za czasów PRL zjazdy tej organizacji były na Białostocczyźnie wielkim białoruskim świętem. Wówczas, według skrupulatnie prowadzonych rejestrów legitymacji, należało do niej kilka tysięcy członków, skupionych w ponad stu kołach. Istniało blisko dziesięć oddziałów terenowych, nawet w głębi kraju — w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie... Po 1989 r. z dnia na dzień wszystko to się rozsypało. Mimo to szefostwo BTSK z megalomanią trwa przy swoim, uporczywie trzymając się sztucznych wyobrażeń o sile organizacji.
Przed czterema laty na zebraniu sprawozdawczo-wyborczym w Hajnówce przewodniczącego Jana Syczewskiego zapytano o liczebność BTSK. Odpowiedział, że dokładnie nie wie, ponieważ... nie da się tego policzyć. Przyznał się, że od dawien dawna nikt już nie płaci składek, ani nie składa deklaracji członkowskich.
Na jakiej zatem podstawie pan Syczewski, podobnie jak jego polityczni sympatycy, przy każdej okazji powtarza, że BTSK to dziś jedyna masowa organizacja białoruska w Polsce? Odpowiedź na to pytanie daje przyjęta metoda przeprowadzania co cztery lata zjazdów. Wówczas okazuje się, iż niejako z klucza do BTSK należą członkowie chórów i zespołów białoruskich, finansowanych przez samorządy, oraz wójtowie, burmistrzowie i dyrektorzy ośrodków kultury w „białoruskich” gminach, tudzież kilku biznesmenów, a nawet naukowców. Grono to jest wszakże skrupulatnie dobierane, według kryterium lojalności. Nic przeto dziwnego, że i stale się kurczy. Ten sztywny model organizacyjny sprawił, że coraz więcej osób zaczęło się od kierownictwa dystansować. Jest publiczną tajemnicą, że większość białoruskich kapel nie dało rady ułożyć sobie z BTSK współpracy i dlatego na imprezach Towarzystwa nie występują (jeśli już, to z rzadka). To tylko jeden z sygnałów, że w BTSK konieczna jest zmiana pokoleniowa. Do organizacji, zwłaszcza jej kierownictwa, już dawno powinni wejść młodzi, bo teraz szefostwo i młodzież dzieli... pół wieku. Sęk w tym, że młodzież do BTSK się nie garnie, bo z natury rzeczy środowisko statecznych pań i panów nie jest dla niej zbyt atrakcyjne. I tu kółko się zamyka.
BTSK chcąc nie chcąc do wymogów obecnych czasów dostosować się musi. Trudno to jednak zrobić bez nowych twarzy. Ale sądząc po przebiegu zrelacjowanego mi zebrania przedzjazdowego w Białymstoku, możliwe że jakieś zmiany nastąpią. Bo nie wszyscy w tym środowisku już się godzą na uprawiany tam styl z przewagą formy nad treścią.
Otóż zebranie zwołano, by wyłonić piętnastu delegatów na zjazd. Uczestniczyło w nim nieco ponad trzydzieści osób. Wymaganego kworum nie było, odczekano zatem pół godziny, by zebranie w drugim terminie było prawomocne. Ciekawe jednak, że do liczenia kworum był nawet punkt odniesienia — siedemdziesiąt osób. Najprawdopodobniej tylu zaprosiła — telefonicznie — pani sekretarz, kierując się oczywiście własnym wyborem, bo przecież jak publicznie przyznał się sam szef, rejestru członków się nie prowadzi. I pewnie poszłoby wszystko zgodnie z planem, gdyby nie niepokorne moje panie z Załuk. Otóż nie zgodziły się one ani na głosowanie zaoczne (ktoś nie był obecny, ale... dał pisemną zgodę na kandydowanie), ani na zamkniętą listę — tylu kandydatów, ilu delegatów. W rezultacie uszanowano demokrację, której znów nie omieszkał skrytykować Jan Syczewski, wypominając obecnemu ustrojowi wstrzymanie na trzy lata dotacji dla BTSK.
Zmiany w tej organizacji (i nie tylko tej) w dużym stopniu może wymusić właśnie ten, który ją finansuje. I nie chodzi wcale o sankcje finansowe, które w tym przypadku były mało zasadne, ale o właściwe kryterium przydzielania dotacji i konsekwentne egzekwowanie ich wydatkowania zgodnie z przeznaczeniem. Bo do tej pory o przydzielaniu dotacji decydowały nieraz względy polityczne lub wstawiennictwo wpływowych osób, zaś otrzymane środki nie zawsze traktowano jako wsparcie inicjatyw białoruskich. Wygląda na to, że na takie praktyki przyzwolenia już nie będzie. W departamencie mniejszości MSWiA zakończono właśnie procedurę rozpatrywania wniosków i minister w połowie grudnia, a więc miesiąc-dwa wcześniej niż poprzednio, dokonał ostatecznego podziału dotacji na 2010 rok. Kilka tygodni wcześniej wnioskujące organizacje i instytucje otrzymały jasno określone zalecenia, iż zgłaszane przez nie inicjatywy mają mieć jednoznacznie białoruski (w naszym przypadku) charakter i powinny służyć „podtrzymaniu i rozwojowi tożsamości kulturowej mniejszości białoruskiej”. W szczególności chodzi np. o to, aby oprawa graficzna i konferansjerka imprez były po białorusku lub ostatecznie dwujęzyczne — po białorusku i po polsku.
BTSK do pary z Towarzystwem Kultury Białoruskiej na ten rok otrzymało dofinansowanie w wysokości prawie 400 tys. zł. Aby wydać je zgodnie z zaleceniami, konieczne będą chociażby inne plakaty, dotąd informujące o białoruskich imprezach wyłącznie po polsku. To samo dotyczy napisów nad sceną.
Добра ведаю, што гэтым тэкстам у старшыні і сакратара БГКТ ніякай прыхільнасці я не заслужу. А я ж хачу, каб было добра. І каторы ўжо раз паўтараю — наш „Часопіс” не вораг БГКТ. Падказваем толькі, што можна яшчэ зрабіць, каб вакол таварыства было менш сваркі і недаразуменняў, а больш згоды і шчырасці ў працы на карысць аўтэнтычнай беларускай культуры. На жаль, абняўшы пасаду дырэктара гарадоцкага Дома культуры, рад няволя я ўвайшоў і ў даўнюю сварку паміж БГКТ і гміннай ўладай. Таварыства па сёння не можа дараваць, што Гарадок рашыўся узяць забраныя міністэрствам ад БГКТ грошы на „Сяброўскую бяседу”. Мабыць, у сварцы вінаватыя два бакі, якія не ўмелі тады паразумецца, але цяпер ужо ведаю, што беручы тую датацыю Гарадок зрабіў добра. Наўрад ці атрымаў бы яе пасля таго ж трохгадовага перапынку. Напэўна знайшліся б іншыя „кліенты”.

