Ile razy słyszymy, że nic się nie da zrobić, że brakuje nam środków, możliwości, pomysłów, a w ogóle to warunki są niesprzyjające. Tymczasem w liceum w Hajnówce od kilku lat udaje się coś, czego nie ma w programie i na co nie ma środków. David Orr, znany w świecie publicysta i autor, profesor wielu uniwersytetów, jeden z teoretyków edukacji, często krytykuje szkoły w krajach cywilizacji zachodniej za zbyt mały nacisk na poznanie najbliższej okolicy. Uczymy o historii kraju, o sprawach światowych, a brakuje wiedzy o historii miejsca, w którym żyjemy. Zdaniem Orra edukacja powinna zawsze nawiązywać do najbliższego regionu przyrodniczego i kulturowego.
Ala Pietraszek jest wicedyrektorką liceum w Hajnówce, uczy języka polskiego. W roku 2003 założyła koło etnograficzne. Poza spotkaniami w szkole organizowała wyjazdy, żeby poznawać okolicę, stare domy, świątynie, cmentarze. Uczniowie odwiedzali także rezerwaty przyrody, a zaprzyjaźniony nauczyciel historii, Piotr Omeljaniuk, służył im informacją historyczną. Granice obszaru penetracji wyznacza w naturalny sposób środek lokomocji, którym dla grupy młodych etnografów są ekologiczne rowery. Od kilku lat Ala organizuje też w szkole wystawy etnograficzne. Przed pięciu laty postanowiła zainteresować młodzież z koła wyszukiwaniem w swoich domach dawnych tkanin. Chciała je wypożyczyć na jakiś czas do szkoły i zorganizować wystawę. Serwetki, kapy, dywany, ręczniki o tradycyjnych dla regionu wzorach pojawiły się w szkolnym wnętrzu, ale młodzież zaczęła przynosić także różne lokalne, tradycyjne przedmioty i wystawa się rozrosła.
Pytam Alę, czy ta działalność wynika z planów szkolnych i odbywa się w ramach zajęć? Nie — odpowiada. — Przez lata była to po prostu moja inicjatywa, realizowana z grupą zapaleńców po zajęciach szkolnych. Były lata, kiedy trafiali się uczniowie bardzo zainteresowani, niektóre uczennice przychodziły nawet kilka razy w tygodniu, niektóre nauczyły się starych pieśni i na otwarciu wystawy wystąpiły ze śpiewem. Odnoszę jednak wrażenie, że w ostatnim czasie zaangażowanie młodzieży spada. Jest jednak kilkunastoosobowa grupa tych, którzy chcą poznawać swoje kulturowe korzenie.
Zapomniane, odszukane, odnalezione — czyli aktualna wystawa, była przygotowywana przez pół roku. Ala zachęcała uczniów, by pytali rodziców i dziadków o skarby przechowywane w szafach i na strychach. Dzisiaj mówi, że szczególnie cenne jest to, że wystawa dla uczniów ma bardzo osobisty charakter. Żadne z odszukanych przedmiotów nie były nigdy pokazywane w muzeach czy na wystawach. Poszukiwanie skarbów przyczyniło się do zaangażowania członków rodzin, zdarzało się na przykład, że już w trakcie wystawy uczennice donosiły kolejne przedmioty, gdyż mama coś jeszcze znalazła, wyprała i wyprasowała na wystawę. Wzruszyłam się, kiedy na tę wystawę przyszła babcia jednej z uczennic i skomentowała, że bardzo jej się podoba — dodaje.
Na otwarciu byli uczniowie i nauczyciele, później, na godzinach wychowawczych, zwiedzały ją kolejne klasy. Ala zaprosiła też położone po sąsiedzku przedszkole, gimnazjalistów z białoruskiego liceum, uczniów z podstawówki.
— Przyglądając się pięknym przedmiotom myślę, że gdyby nie koło etnograficzne, prawie nikt by ich nie oglądał! Uczniowie bardzo niewiele wiedzą o swoim regionie — mówi Ala. — Kiedy opowiadam o ręcznikach czy makatkach, spełniających niegdyś rolę obrazów, ktoś sobie nagle przypomina: — Tak! Coś takiego u mnie w domu też było. Ale bywają i zabawne komentarze. Jeden z uczniów powiedział na krosna, że to dawny model maszyny do szycia. Dzieci, które mają jeszcze na wsi dziadków, wiedzą więcej, te z miasta często nie rozumieją nawet nazw. Ktoś na kołowrotek powiedział, że to wrzeciono, bo pamiętał bajkę o śpiącej królewnie, ale nie wiedział, do czego służy. Młodzież nie mogła uwierzyć, że obrus lniany powstawał w domu od początku do końca.
Wystawa nie sprowadza się tylko do zgromadzenia i pokazywania dawnych przedmiotów. Ala stara się przybliżyć ich zastosowanie, przekazać towarzyszące im rytuały, zwyczaje. Między przedmiotami odnalezionymi i zebranymi są też wytwory uczennic, zainspirowanych wystawą — obrazek i dwie serwetki, wyszyte według wzorów przekazanych przez babcie. Ala opowiada, że przed trzema laty wystawa była nawet większa od obecnej, a ponieważ szkołę odwiedziła wtedy młodzież z Finlandii, Niemiec i Węgier, zgromadzone przedmioty zyskały nazwy w trzech językach. Uczniowie oprowadzali zagranicznych rówieśników starając się im opowiedzieć, co do czego służy.
Ala chciałaby wystawę i poszerzyć o warsztaty rękodzieła, by uczniowie osobiście mogli poznać dawne umiejętności. W programie szkoły średniej takich zajęć nie ma. Jest za to tzw. ścieżka regionalna, realizowana na poszczególnych przedmiotach, np. na historii można nawiązać do wydarzeń w regionie lub na języku polskim opowiedzieć o miejscowym twórcy. Ale jak opowiedzieć o wyszywaniu czy o śpiewie, skoro nie ma przedmiotów artystycznych? A przecież nasza lokalna kultura to także na przykład potrawy i kiedy opowiadamy o zwyczajach, zwykle kończy się to przygotowaniem tradycyjnych potraw i ich degustacją.
Nie zapytałem Ali, dlaczego to robi, bo odpowiedź może być tylko jedna: ta kultura jest jej bliska. Jeżeli coś jest dla nas ważne, jeżeli coś naprawdę kochamy, to nie ma niesprzyjających okoliczności i potrafimy znaleźć dla tego czegoś przestrzeń. Podobno niektóre uczennice Ali, dzisiaj dorosłe, same przekazują dzieciom lokalną kulturę...
