Strona główna » Czasopis » Nr 7-8/09 (ЛІПЕНЬ-ЖНІВЕНЬ 2009) » Trudna wolność
Trudna wolność
Janusz Korbel
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Mój przyjaciel zadzwonił z opowieścią o tym, jak to jechał pociągiem w towarzystwie pewnej Białorusinki i jeszcze jednej starszej pani — Polki. Ta Białorusinka, okazało się, też była z pochodzenia Polką, a zarazem dyrektorką jakiegoś zakładu w Mińsku i krytycznie odnosiła się do Andżeliki Borys, a także całej opozycji białoruskiej. Krytykowała UE, mówiąc że kiedyś u niej też była „unia” i można było bez granic przejechać aż na Kamczatkę. U nas nic się nie mówi o żadnym kryzysie, a u was wszystkie media tylko o tym piszą — dodała na temat obecnej sytuacji. Próbowała przekonać mojego przyjaciela, że wolność to trzeba mieć wewnętrznie, w sobie. Z jej plastikowej torebki wystawała paczka kawy, jaką wiozła z Polski do domu.

Marzena Rusaczyk w rozmowie ze mną dla „Cz” użyła sformułowania „eurokołchoz”. Marzena jest młoda i jej życie przebiegało w zupełnie innej sytuacji politycznej niż większość mojego. Różni nas przede wszystkim to, że ja wiele lat żyłem w socjalistycznym kołchozie, znałem też autentyczne kołchozy z autopsji — jeden z wujów nawet w takim pracował — i dobrze wiem co to słowo znaczy. Ale gdybym się urodził wtedy, kiedy Marzena, pewnie nie widziałbym niczego niewłaściwego w tym określeniu. Wiem też, że podróże można było odbywać w ZSRR nawet na Sołowki czy Sachalin i to za darmo, tyle tylko że w niezbyt komfortowych warunkach i trudno było stamtąd wrócić. Białoruska Polka, z pociągu, na pytanie przyjaciela o doniesienia w sprawie pobicia opozycjonistów tłumaczyła, że oni sami się pobili, a poza tym jeden z opozycjonistów nie żyje z własną żoną! („a u was biją Murzynów” — mówiło się za PRL-u, jak ktoś z Ameryki czepiał się przestrzegania praw człowieka w państwach komunistycznych). Kiedy studiowałem w Krakowie, pewien student też „sam” spadł ze schodów i się zabił, bo był opozycjonistą i przebywał w złym towarzystwie, a Milicja Obywatelska lubiła przepuszczać zatrzymanych delikwentów przez tzw. „ścieżki zdrowia” (między dwoma szeregami milicjantów, którzy okładali przechodzącego pałkami), dla dobra socjalistycznej ojczyzny oczywiście. To były uroki naszej dawnej „unii”, nazywanej poniekąd słusznie „obozem” (państw socjalistycznych). Starsza pani z pociągu, Polka z Polski, wyraźnie sympatyzując z białoruską rodaczką, dodała jeszcze komentarz ekonomiczny: „Ja dobrze pamiętam, że w roku 1984 można było wszystko kupić. Tylko trzeba było kilka godzin postać...” Dla niej cała różnica między PRL a obecną Polską sprowadzała się właśnie do tego postania w kolejce.

Nie chcę nikogo przekonywać, kiedy było lepiej i dlaczego. To już kwestia gustu. Zwykle lepiej było wtedy, kiedy byliśmy młodzi. O różnicy między perspektywą Polaków dla czasów przemian politycznych (szczególnie Polaków z centrum i południa kraju) a Białorusinów z Podlasia przekonująco pisali w poprzednich numerach „Cz” Michał Stepaniuk i Sławomir Iwaniuk. Podlasie było inne. W Gliwicach, gdzie wtedy pracowałem, Solidarność to był ponadnarodowy, ponadreligijny zryw ludzi, którzy chcieli wreszcie prawdy i wolności od sekretarzy, komitetów i esbecji. Którzy chcieli być wolni. W mojej katedrze pracowali ludzie różnych wyznań i ateiści, i czuliśmy się solidarni, bez żadnych narodowych czy religijnych konotacji. Bardzo dawno temu w Białymstoku w rozmowie w środowisku polskim usłyszałem słowa szczerej niechęci, wręcz wrogości do „Ruskich”. Tak mnie to zabolało, że zapamiętałem tę rozmowę do dzisiaj. A wtedy mówiąca takie rzeczy osoba przedstawiła się jako szczera patriotka i gorliwa katoliczka. Prawdopodobnie szczerze pragnęła wolności dla swojego kraju, tylko niezauważała przy okazji Innych. Może zaskoczę czytelnika, ale też uważam, iż wolność to przede wszystkim sprawa wewnętrzna, chyba, że chodzi nam o wolność kupowania, która potrzebuje tylko porozumień handlowych. Z wolnością wewnętrzną wiąże się odrzucenie dualizmu, bo trudno być wolnym tylko wewnętrznie, a zewnętrznie pozostawać niewolnikiem, co rozbudza wrogie uczucia wobec innych. To jak z dawnym sporem — czy najpierw trzeba modlitwą osiągnąć stan oświecenia, by w doskonały sposób zająć się gaszeniem pożaru, czy też zacząć od gaszenia, żeby było w ogóle gdzie się modlić.

Schodząc na ziemię, stajemy przed pytaniem: ile możemy zrobić dla swojej kultury, tożsamości, dla wartości, które wyznajemy, niezależnie od tego w jakim żyjemy kraju i w jakim systemie. Lubię analogię z wodą, która nią pozostaje, niezależnie od kształtu naczynia, do jakiego ją wlejemy. W tzw. wolnym kraju ludzie sądzą często, że teraz już tylko trzeba zarabiać pieniądze. Są przecież odpowiednie ministerstwa, inspektoraty, prawo itd. „Skoro są instytucje, to niech działają! Co mi do tego?”. Kolega z uniwersytetu pisze, że obserwuje u nas postępującą stagnację w działaniach społecznych. Jeszcze trochę ludzi zajmuje polityka, ale tylko z nadzieją „załapania się” na władzę i płynące z niej profity. Wszyscy socjolodzy mówią to samo — polskie społeczeństwo jest wyjątkowo bierne społecznie, politycznie. Wręcz apatyczne. I skutki tego widać. Środki przekazu, szkoła, studia idealnie wykonują swoją robotę — wychowują biernych konsumentów dla społeczeństwa rynku. Oszczędność jest cnotą, wręcz duchową. Tymczasem z chwilą, kiedy ludzie zaczynają mniej kupować, zaczyna się kryzys wolnej cywilizacji! Dokąd taka cywilizacja prowadzi!? Zapytałem kolegę z uniwersytetu, czy jego studenci są tak zajęci, że już na nic nie mają czasu? A on odpisał, że mieszka w mieście pełnym studentów. Widzi, że czasu wolnego to oni trochę mają, ale akurat działalność publiczna, społeczna jest ostatnim możliwym sposobem jego spędzania. Zastanawia się wręcz, czy w ogóle możliwy jest wolny ruch społeczny, kulturalny oparty na własnej pracy? Czy w dzisiejszych czasach to zawsze musi wiązać się z uzależnieniem od kanalizowanych przez ośrodki decyzyjne dotacji, takich czy siakich, projektów itp.? Właściwie jest to pytanie — czy możliwe jest inne, wolne społeczeństwo? Jeśli nie, to ratunku dla tradycyjnej kultury — a i przyrody, takiej jaką znamy — zdaniem znajomego filozofa nie ma. Dopiero życie w społeczeństwie poza dyktaturą ukazuje, jak bardzo możemy być wewnętrznie zniewoleni. Wydaje mi się, że powszechne zauroczenie przyjezdnych Podlasiem dotyczy nie tylko tutejszej przyrody czy drewnianych wsi, ale też przeczucia pewnej wolności, także tej wewnętrznej, którą w wielkich miastach wolnych społeczeństw właśnie straciliśmy, a której obietnicę dostrzegamy w harmonijnym krajobrazie i duszy Wschodu. Ale tylko obietnicę, bo wolność jest bardzo trudna. Odmienność, którą tu zauważamy, wypływa nie z wyboru, a z tzw. zacofania. Przyjdą pieniądze — i szybko zniknie. Kiedyś za granicą, w ośrodku treningu zen, byłem świadkiem rozmowy dwóch mnichów, tradycji katolickiej i buddyzmu zen. Katolicki mnich chciał być sympatyczny i w duchu ekumenizmu powiedział, że zen jest jak źródlana woda, której każdy może się napić. Usłyszał w odpowiedzi: Ale jeśli zmieszasz tę wodę z winem — nie będzie to ani dobra woda, ani dobre wino. Podobnie jest z każdą tożsamością, wolność więc jest naprawdę trudnym wyzwaniem.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook