Strona główna » Czasopis » Nr 7-8/09 (ЛІПЕНЬ-ЖНІВЕНЬ 2009) » Ciężki los bieżeńców
Ciężki los bieżeńców
Michał Mincewicz

Niedługo minie sto lat od bieżeństwa. Szacuje się, że z całego obszaru zachodniej Białorusi wyjechało wówczas ponad milion czterysta tysięcy prawosławnych Białorusinów. Pod względem demograficznym była to ogromna strata dla tych terenów, w tym i dla Podlasia, większa nawet niż poniesiona podczas drugiej wojny światowej.

Do bieżeństwa nakłaniały władze carskie, które wmawiały ludziom, że wraz z wejściem niemieckiej armii nastąpi istny kataklizm, a jedynym sposobem na jego uniknięcie jest ucieczka w głąb Rosji. Prawosławni duchowni również podgrzewali ten niepokój, głosząc że niemieccy żołnierze będą nieludzko znęcać się nad prawosławną społecznością: kobietom obcinać piersi, dzieciom nosy i uszy, mężczyzn zaś oślepiać i w ogóle masowo wszystkich zabijać. Ludzie ogarnięci psychozą strachu porzucali swoje wioski, mimo że — co może budzić zdziwienie — sami rosyjscy żołnierze odradzali ludziom wyjazdy. Ci jednak pakowali się i wyjeżdżali w nieznane. Opustoszałe zabudowania Kozacy podpalali. Tysiące kilometrów od domu dane było bieżeńcom przeżyć niejednokrotnie głód i chód (albo upał), a także piekło rosyjskiej rewolucji. Wielu straciło tam swoich bliskich.

Po latach bieżeńcy wracali do domów. Ale jakże inny od pozostawionego niegdyś był to teraz świat. Przed ucieczką każdy miał swoją gospodarkę, dom, zabudowania gospodarskie, dobytek, narzędzia rolnicze — dorobek wielu pokoleń przodków. Po powrocie z Rosji jedynym majątkiem tych nieszczęśliwców była zdziczała ziemia i zgliszcza po dawnych zabudowaniach. Ich życie zaczęło przypominać bytowanie ludzi epoki kamiennej. Większość powracających żyła w ziemiankach lub prowizorycznie skleconych szopach nawet przez kilka lat. I znów u siebie — tak jak wcześniej w Rosji — doświadczali nędzy, głodu i chorób. Odbudowywanie zniszczonych gospodarstw zajęło bieżeńcom niemal całe międzywojenne dwudziestolecie.

Poniżej przytaczam wspomnienia nieżyjących już dziś bieżeńców, których wypowiedzi utrwaliłem przed laty na taśmie magnetofonowej.

Paraskiewa Jefimczuk z Moskiewiec, rocznik 1904:

— Na bieżeństwo wyjeżdżaliśmy w 1915 roku, rodzice, siostra i ja. Tu dobrze nam się żyło, ale ludzi straszono... Mama do cerkwi chodziła, a tam batiuszki mówili, że jak przyjdą Niemcy, to będą dzieci do studni wrzucać, a ich matkom poobcinają piersi. Zajechaliśmy konnym wozem do wsi Borysowszczyzna koło Kajdanowa (bydło wcześniej zdaliśmy koło Baranowicz). Tam mieszkał nasz dziadek, który woził prowiant na front. I nam wyznaczyli chatę. Tato pracował w młynie. Ja uczyłam się w szkole, która działała po chatach. Wróciliśmy z bieżeństwa w 1918 roku, też furmanką. Nawet krowę ze sobą przyprowadziliśmy. Było to przed świętem Trójcy. Wieś zastaliśmy w większości spaloną. Przez jakiś czas byli tu jeszcze Niemcy, którzy wyznaczali ludzi do pracy w polu. Nasza chata ocalała, ale brakowało jedzenia. Widzieliśmy też takich ludzi, którzy z głodu puchli. Gdzieś po roku zmarli tato i dziadek. Ja przez pewien czas nie mogłam chodzić, bo miałam chorą nogę. To była męczarnia, nie życie.

Dymitry Załuski z Czech Zabłotnych, rocznik 1908:

— Do szkoły poszedłem w wieku 14 lat, bo otwarto ją dopiero w 1921 roku. Chodziłem tylko zimą, bo trzebaż było pracować w polu. Ukończyłem tylko dwie klasy, na dalszą naukę byłem za stary.

Na bieżeństwo nie wyjeżdżaliśmy, gdyż nasz ojciec Dymitr się nie zgodził. Na 35 domów około dziesięć rodzin nie wyjechało. Matka Sofia płakała, bo prawie wszyscy wyjeżdżali, a myśmy zostali. Było nas pięciu braci. Bieżeńcy, którzy wracali z Rosji „hoły i bosy”, to pytali ojca, skąd on wiedział, że nie warto było wyjeżdżać?

Jak tu było za Niemca w pierwszą wojnę światową? Można powiedzieć, że było dobrze, bo wszystkim, kto tu został, dawali chleb. Obrabialiśmy pole „pół pana” Sidora Żukowskiego. Bydła nie było — wcześniej je powyrzynano, tylko skóry się walały. Jak Niemcy szli na Ruskich, to mówili: „Zemla horeła”. Kozacy palili wsie, na przykład Wólkę Wygonowską. Tylko Czechy Zabłotne zostały całe.

Jan Drużba z Krywiatycz, rocznik 1910:

— Swego ojca Ignacego nie pamiętam — nie było nawet jego fotografii — bo miałem wtedy niecałe cztery lata, jak go w 1914 roku zabrali do ruskiego wojska. I już nie wrócił. Dla matki Marty przysłali tylko z pułku wiadomość, że zaginął. Próbowała potem go szukać, ale bez rezultatu. Przysyłali nam po trzy ruble, ale ponieważ w wojenną zawieruchę wszelkie dokumenty zaginęły, to po ojcu żadnej pensji nie dostawaliśmy.

Na bieżeństwo wyjechała cała wieś Krywiatycze (co ciekawe, prawie wszyscy mieszkańcy przyległej wsi Morze pozostali w swoich domach — M. M.). Z naszej rodziny pojechali: dziadkowie — Roman i Makresia, matka, moja sześcioletnia siostra Aksenia i ja — pięciolatek. Mieliśmy parę koni i źrebaka, to zaprzęgliśmy je i ruszyliśmy. Jak dojechaliśmy pod Koryciski, matka postanowiła wrócić, bo uznała, że czegoś z domu zapomniała. A tam we wsi pełno już było sołdatów, którzy namawiali ją, żeby została z rodziną w domu i nigdzie nie wyjeżdżała. Przekonywali, że Niemcy nie są tacy straszni, że „nie obcinają kobietom piersi”. Jednak pojechaliśmy — tak daleko, jak się dało końmi. Potem trzeba było wszystko zostawić i wsiąść do pociągu. A z pociągu jeszcze na „parachod” i dalej, do ciepłych krajów — w Aszkabad. Z Krywiatycz wyjeżdżaliśmy późną jesienią, a tam gdzie dojechaliśmy, upał był nie do zniesienia. Po krótkim czasie w tym klimacie zaczęły bardzo chorować i umierać małe dzieci. Rodzice prosili więc, żeby przesiedlić stąd bieżeńców w chłodniejsze rejony. I tak znaleźliśmy się w saratowskiej guberni — wolski ujezd, dierewnia Kryżym. Było tam półtora tysiąca gospodarzy, poczta, gmina, cerkiew. Rodzicom nie dawali żadnej pracy, to chodziliśmy pobirati — na żebry — i ludzie tamtejsi nam pomagali, sami przynosili chleb i mleko. Siostra poszła do szkoły. W czasie rewolucji przez dwa lata nie było urodzaju, panowała susza i zaczął się głód. Ludzie umierali. Wujka ze strony ojca wzięli do wojska, ale zachorował na gruźlicę, to go puścili, ale po pół roku zmarł. Zmarli też dziadkowie.

Z bieżeństwa do Krywiatycz wróciliśmy w 1922 roku, przed Petrom i Pawłom. Nasza chata była spalona. Inne domy były ograbione. Mama wynajęła się do pracy w Koryciskach, gdzie mieszkała jej ciotka. Bywało, że jak pójdzie w poniedziałek rano, to wróci aż w sobotę. A my, dzieci, czekaliśmy z niecierpliwością, bo wtedy przynosiła nam chleb. Trochę pochodziłem też do szkoły, ale zaraz mama pokierowała mnie do pasienia bydła u ludzi. Nie mieliśmy swego domu i mama musiała sprzedać pół dziesięciny pola, żeby kupić kawałek komory w Koryciskach. Dołożyliśmy kawałek spichlerza — to, co nie spłonęło — i z tego zbudowaliśmy malutką chatkę, a z resztek chlewika sień. I tak żyliśmy przez długi czas, aż nie zbudowaliśmy nowej chaty.

Anna Klim, z domu Murawska, z Krywiatycz, rocznik 1902:

— Zawieźli nas aż za Samarę, koło Taszkientu. Pojechała cała rodzina: rodzice, trzy siostry i brat. Dwie starsze siostry wyszły za mąż i już tam zostały. W połowie pobytu zmarł nasz ojciec. Brata (był starszy ode mnie) zabrali na wojnę i trafił do niemieckiej niewoli.

Z bieżeństwa wróciliśmy do opustoszałych, ograbionych Krywiatycz. Splądrowali je ludzie z sąsiedniej wsi, którzy nie wyjeżdżali. Po powrocie poszłam na służbę do rabina, do Orli. Razem ze mną służyły u niego jeszcze dwie dziewczyny z Redut. Mieszkaliśmy tam. Moja siostra służyła u Żyda piekarza. Czasem przynosiła mi bułki. Ludzie szli do roboty za chlebem, bo najważniejsze było nie głodować.

Piotr Żyrczuk z Paszkowszczyzny, rocznik 1913

— Podczas bieżeństwa kilka rodzin zostało na miejscu, nie wyjeżdżali i przeżyli jakoś. A my tołklisia czort znaje de! Nasza rodzina — ojciec Iwan, matka Ulana, trzy siostry: siedmioletnia Handzia, sześcioletnia Tekla i najmłodsza, trzyletnia Tatiana i ja, dwuletni malec, osiedliliśmy się w mieście Saropol na prawym brzegu Kamy. Tam były mrozy. Ciężko było. Był głód, łobodu jeli. Wróciliśmy, to nasza wieś była spalona. Do szkoły wcale nie chodziłem, bo jej tu nie było. Dopiero po drugiej wojnie byłem na kursach, żeby się chociaż umieć podpisać.

Iraida Dobosz, z domu Treska, z Redut, rocznik 1914:

— Na bieżeństwo w 1915 roku udali się prawie wszyscy mieszkańcy Redut. Mnie wtedy nie było jeszcze i jednego roku. Moja mama, Tekla, okutała mnie w płachtę, zarzuciła na plecy i zaczęła zbierać się w drogę. W naszym domu byli już ruskie sołdaty i oni radzili, żeby nigdzie nie jechać. W tym czasie tato, Chilimon, był zabrany na front. Na bieżeństwo do Rosji udali się wtedy: 17-letni brat Artem i trochę młodsi Andrzej i Jan oraz siostra Aksenia. Osiedlili nas w Kałudze i, jak opowiadała mama, żyć było tam nieźle. Mój najstarszy brat był muzykantem i graniem zarabiał na życie. Drugi brat pracował w olejarni (poganiał konie) i przynosił do domu olej. Siostra służyła u batiuszki, a mama zajmowała się mną. Rok przed powrotem odszukał nas tata. Rozpytywał o nas na stacji kolejowej i jakoś trafił na naszego sąsiada.

Proponowali nam zostać w Rosji i dziwili się, że chcemy wracać. A my odpowiadaliśmy, że tam, w Redutach nam „steżoczka pachne”. Wróciliśmy na jesień 1922 roku. Do domu jechaliśmy bryczką zaprzężoną w parę koni. Korzystaliśmy z tej bryczki jeszcze w Redutach. Przywieźliśmy też z bieżeństwa nawet kawałek słoniny, bo tam, gdzie byliśmy, hodowano dużo świń. W Redutach nasze zabudowania były spalone, a podwórko zarośnięte dzikim zielem, samosiejem. Brzozy, wierzby były już całkiem spore. Miałam wtedy osiem lat i zapamiętałam, jak mama pokazywała, gdzie stał nasz dom. Przez pewien czas zamieszkaliśmy w maleńkiej dziadkowej chatce. Spaliśmy na podłodze, wszędzie było pełno wszy. Ludzie często chorowali na tyfus. Niedługo po naszym powrocie, na Boże Narodzenie, na zapalenie płuc zmarł tato. Ciężko było żyć. Nawet nas na buty nie było stać. Kiedy w 1935 roku wyszłam za mąż za Siemiona Dobosza, to mąż kupił mi od razu haleszy (buty) i ubranie, bo niczego porządnego nie miałam.

Do szkoły chodziłam wszystkiego jeden rok. Teraz (rozmowa była nagrywana w 1977 r. — M. M.) to nawet zapomniałam, jak mam się podpisywać.

Szymon Dobosz z Redut, mąż Iraidy, rocznik 1908:

— Mego ojca Nikitę wzięli na front jeszcze przed wyjazdem na bieżeństwo. Zginął pod Osówkiem. W 1915 roku do Rosji udali się: matka Hanna, brat Panteleon, siostry Oksenia, Helena i Krystyna, i ja — siedmioletni chłopczuk. Żeleźniakiem (konny wóz na drewnianych, okutych żelazem kołach — M. M.) zaprzęgniętym w jednego konia dojechaliśmy do Baranowicz i tam wszystko zostawiliśmy. Pociągiem zawieźli nas najpierw do Katierosławia na Ukrainie, a potem przesiedlili do Kujbyszewa. Nie było tam dla nas żadnej pracy i żyliśmy ze skromnej renty po ojcu. Potem zapanował głód z powodu suszy. W Rosji ukończyłem dwie klasy szkoły powszechnej.

Do domu wracaliśmy jesienią 1921 roku. Do Simbirska jechaliśmy wozem konnym, tam konia sprzedaliśmy i dalej podróżowaliśmy pociągiem towarowym. Pamiętam, że po drodze było dużo przesiadek. W Redutach po naszej chacie śladu nie zostało. Tu, gdzie stała przed tym jak spłonęła, wyrosła osina, reszta porośnięta była trawą i krzakami. Widać było jeszcze ścieżkę do kołodecia (studni).

Zamieszkaliśmy u wujka, a żyliśmy z proszonoho, czyli z żebrania. Matka jak przeszła trzy wsie, to jakoś zbierała produkty na jeden obiad. Braliśmy też u Żydów krew z uboju krów, z której gotowaliśmy obiady. Matka smażyła taki pryśniak (placek) z łopuchu (łopianu) i obierek kartoflanych, które wyprosiła u ludzi. Ten łopuch nazywali wtedy hołod.

Siostra Oksenia poszła na służbę do Orli, do Żyda Moszka, który handlował końmi, a druga siostra do Szczyt, do batiuszki. Przyznano nam wkrótce drewno na dom w Jelonce, ale żeby je przywieźć, trzeba było wynajętym ludziom przygotować obiad (pracowali wtedy najczęściej za jedzenie). Nie mieliśmy na obiad i ludzie nie chcieli jechać. Jak minął termin odbioru drewna, połowę przydziału oddaliśmy do Jelonki. Resztę ja, wówczas 15-letni młodzieniec, wywoziłem z matką z Jelonki do Redut. Kiedy w końcu nazbieraliśmy pieniędzy, jeden majster postawił nam dom, a któryś z Żydów zrobił stolarkę.

Gdy podrosłem, zacząłem sam zarabiać pieniądze. Robiłem wyplatane, drewniane brony: kabłąk był z łozy, z jałowca chluby, a zęby — grabowe. Woziłem je do Bielska na rynek. Za jedną bronę płacili 1,80-2 złote (dobre buty kosztowały 20 złotych). Powoli zarabiałem, a gdy sprzedałem Żydowi źrebaka i zaorałem wszystkie odłogi, to wtedy poczułem się jak „pan”.

Wzięli mnie do wojska. Służyłem w 25 pułku kawalerii konnej w Prużanach. Powołani otrzymywali tam przyuczone konie, a na następny rok my sami przygotowywaliśmy nowe konie dla młodych żołnierzy. Potem, w cywilu, jeszcze dwukrotnie powoływano mnie do wojska na miesięczne wojenne szkolenie. W 1935 roku ożeniłem się z dziewczyną ze swojej wsi — Iraidą Treską. Gdy 1 listopada 1957 roku spłonęło w pożarze w Redutach 13 gospodarstw, nasze znalazło się w tej nieszczęśliwej grupie. Latami przyszło nam budować nowy dom. Oszczędzaliśmy na wszystkim. U nas nawet i teraz (w 1997 r. — M. M.) nie ma telewizora, tylko radio.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
wsewołod
Comment
bieżeństwo
Komentarz #1 wysłany 2010-02-05, 12:10:06
Nie tylko prawosławni mieszkańcy, ale również ludzie spod Warszawy (katolicy) uciekali na Syberię. Osoby, które tam dotarły (sporo ich zmarło z powodu epidemii cholery), „Ziemia obiecana” przyjęła po macierzyńsku: nakarmiła, ubrała, dała pracę. Uchodźcy jedli tam chleb biały, którego dotąd nie znali. Potem wracali na swoje, chociaż nie było do czego, jak to opisano w artykule, ale ojcowizna była ich Ojczyzną -- to było swoje.
Ojczyzna jednak nie pomogła w ponownym zagospodarowaniu się. W Ojczyźnie był głód, wszy, pluskwy, krwiożercze karaluchy, brak pracy, a do tego wojna polsko-ruska dodatkowo pogłębiła eksodus tych ludzi ruskojęzycznych. Legioniści bili ich -- mój ojciec jako 16-letni chłopak był bity w lesie przez żandarmów karabinem do nieprzytomności za to tylko, że nie mówił po polsku, -- szykanowali, uważali za komunistów (jest to okres rodzenia się komunizmu). Prześladowania wieńczyły się wysyłką do łagrów Berezy Kartuskiej, a kres „berezakom” następował w gestapo -- w latach 1939-45, kiedy to zostali zamordowani.
„Bieżeństwo” nawet i dzisjaj nie uległo zakończeniu. Prezydent Kaczyński nie chce powrotu pozostałych na Syberii rodzin, nie może dać tym Polakom domów -- stać go jednak na amerykańskie rakiety i ich zamorską obsługę, tzw. tarczę antyrakietową.
Rząd polski powinien uhonorować Syberię, jakiś pomnik postawić w Omsku lub Tomsku -- za „bieżeństwo”. Tam przecież byli Polacy.
Ostatnio edytowany: 2010-02-21, 01:42:04 przez admin  
Czasopis.pl na Facebook