Czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego w naszym regionie, podobnie jak w całym kraju, miały wyraźne znamiona politycznego plebiscytu. Z góry narzucone ścisłe ramy działania europosłów i skomplikowana ordynacja utrudniała klarowne, przemyślane i sprecyzowane oddanie głosu na wystawionych przez partie kandydatów. Dlatego stosunkowo niewielka była także frekwencja. Do udziału w głosowaniu nie skłaniała też zaserwowana przez komitety niejasna kampania wyborcza. Potwierdziło się spostrzeżenie prof. Olega Łatyszonka z poprzedniego numeru „Cz”, że programy wyborcze nie są dziś wcale istotne, bo one do nikogo już nie przemawiają. Liczy się wizerunek kandydatów, a raczej ugrupowań, jakie ich wystawiają. Nic zatem dziwnego, że pół setki przypadających Polsce mandatów europosłów podzieliły między siebie najsilniejsze partie, i to w zasadzie tylko dwie — PO i PiS.
W naszych gminach i powiatach czerwcowy „plebiscyt” miał od lat ten sam charakter, czyli głosowania na „swoich”. Na mieszanych wyznaniowo i narodowościowo terenach znów dał się zauważyć wyraźny rozdźwięk preferencji politycznych społeczności katolickiej i prawosławnej. Pierwsza zagłosowała na PiS, a druga, czyli my, na SLD lub PO. Było to szczególnie widoczne w powiatach hajnowskim, bielskim i sokólskim. Ale już w większych miastach i samym Białymstoku aż takiego podziału nie było. W dużych aglomeracjach społeczność katolicka, szczególnie młodzież, wyraźnie postawiła na PO, która swój polityczny sukces osiągnęła również dzięki głosom oddanym przez prawosławnych. PiS, nadal wywyższając na każdym kroku przede wszystkim polsko-katolicki patriotyzm, przełamać oporów mniejszości nie zdołał, a nawet nie próbował.
Na listach kandydatów na europosłów było dwóch wyraźnych przedstawicieli naszej społeczności. Obaj znaleźli się na tej samej, czwartej, pozycji list wyborczych. Byli to prof. Antoni Mironowicz — kandydat Platformy oraz przewodniczący BTSK Jan Syczewski, wystawiony przez SLD. Sądząc po osiągniętych przez nich wynikach — odpowiednio 8,1 i 3,5 tys. głosów — daje się zauważyć stopniowe odbieranie lewicy przez PO naszego elektoratu. Ten przepływ nie wynika jednak z atrakcyjniejszej oferty politycznej (programów, powtarzam, nikt nie czyta), ale z kryzysu, w którym od lat pogrążony jest SLD. Nie bez znaczenia jest też odwieczna cecha naszego narodu — lojalność wobec władzy. Każdej władzy. Dlatego PO jako partia rządząca ma u nas rosnący, choć powoli, kredyt zaufania.
Prof. Antoni Mironowicz swą kandydaturą w czerwcowych wyborach te dotychczasowe lody nieufności wyraźnie przełamał. Byłem na jednym z jego spotkań wyborczych, gdzie padło m.in. pytanie, dlaczego nie wystartował z list lewicy. Profesor odpowiedział, że poglądy lewicowe są mu bliskie, lecz partie, które tak się określają, w rzeczy samej takimi nie są. — Tymi ugrupowaniami kierują liberałowie, bogacze, biznesmeni i bankierzy — odpowiedział Mironowicz. — Oni doli prostych ludzi już nie rozumieją — dodał. Wyjaśnił, że skorzystał z oferty centrowej Platformy Obywatelskiej, gdyż jest to ugrupowanie stosunkowo przyjaźnie nastawione do mniejszości i zdaje się rozumieć jej problemy.
Jak widać, takim stwierdzeniem przekonał dość sporą rzeszę wyborców, głosujących dotychczas na SLD, chociaż ugrupowanie to utrzymało silną pozycję w wielu naszych gminach, przede wszystkim na Hajnowszczyźnie.
Tak się złożyło, że w przeddzień wyborów byłem właśnie w Hajnówce. Wraz z Sokratem Janowiczem pojechaliśmy tam zaproszeni przez Towarzystwo Ochrony Krajobrazu, skupiające miejscowych „lokalnych patriotów”, w większości naszych osobistych przyjaciół. Na spotkanie nie przyszło zbyt wiele osób, co — jak nas poinformowano — jest w Hajnówce normą. To miasto stało się społecznie pasywne i obojętne. Nawet spotkania z ludźmi z pierwszych stron gazet już tam mało kogo interesują. Odnosząc się do tego, postawiłem nawet tezę, że przyczyną jest brak w tym mieście kreującej jego wizerunek elity. Ale inaczej być nie może, bo jak mi odpowiedziano — lokalnym włodarzom na tym wcale nie zależy. — Bo to są wciąż chłopi, którzy zjechali z okolicznych wsi — dodał po swojemu Sokrat Janowicz.
Najgorsze jest to, że tak dziś nam potrzebnej — nie tylko w Hajnówce — konsolidacji i aktywizacji społecznej nie sprzyjają obecne czasy. Demokracja, która nastała dwadzieścia lat temu, podryfowała w zupełnie innym kierunku niż to sobie kiedyś wyobrażaliśmy. Dziś na lokalne inicjatywy jest coraz mniej miejsca i chęci. Kiedyś, pamiętam, do wyborów szliśmy z hasłem „Pra swaje sprawy budziem hawaryć sami”. Ale weź i pogadaj, gdy za wszystkim dziś stoją — nawet w gminach i powiatach — duże partie polityczne, utrzymujące więź z mieszkańcami tylko poprzez telewizyjne ekrany lub... porozklejane gdzie tylko się da plakaty. Dobitnie to pokazały czerwcowe wybory do europarlamentu.
W następnym roku czekają nas wybory samorządowe. Zmieniona po dwóch-trzech kadencjach ordynacja i na najniższym, lokalnym, szczeblu władzy na powrót niejako wprowadziła centralizację. Powinniśmy już zapomnieć o reprezentacyjności, która onegdaj cechowała wyłaniany przez mieszkańców samorząd. Mimo to tylko w gminach i powiatach możemy jeszcze powalczyć o swoje, o zachowanie własnej żywej kultury, białoruskiej tożsamości, która w dużych miastach rozpływa się w morzu anonimowości. Szansą jest też wymiana pokoleń. Po przyszłorocznych wyborach samorządowych odejdą ze stanowisk — głównie z racji podeszłego wieku, ale i narzucania coraz większego tempa pracy — wójtowie, burmistrzowie i starostowie tzw. starej daty. Chciałoby się, by ich miejsce zajęli młodsi, nie obciążeni jak tamci balastem minionej epoki i nie lekceważący tutejszych spraw białoruskich.
Характэрным для нядаўніх выбараў у еўрапарламент на Беласточчыне стала тое, што гэтым разам не было падзелу на кандыдатаў беларускіх і праваслаўных. Наогул, царкоўнае асяроддзе на гэты раз сваіх проста не прапанавала. У папярэдніх выбарах — ці то парламенцкіх, ці самаўрадавых — за галасы беларуска-праваслаўнага электарату заўсёды змагаліся як мінімум два камітэты. Царква пераважна рабіла стаўку на левых, а кандыдаты Беларускага выбарчага камітэта некаторымі вернікамі бачыліся як нейкія раскольнікі. Цяпер беларусы — прафесар Антон Мірановіч і Ян Сычэўскі атрымалі галасы праваслаўных, таксама тых, якія за беларусаў і не падаюцца. Але недавер, асабліва да спадара Мірановіча, у царкоўных кругах надалей утрымліваецца. Сам я быў сведкам, як адзін наш бацюшка сумняваўся, ці ён — абы напэўна... праваслаўны.
Прафесар Мірановіч яшчэ моцна падтрымлівае айца Гаўрыіла, які з’яўляецца вялікім маральным аўтарытэтам для штораз большай часткі праваслаўных на Беласточчыне. Нядобра сталася, што быў ён прымушаны цалкам пакінуць cупрасльскі манастыр. Яго пустэльня ў Адрынках пад Нарвай памалу ператвараецца ў альтэрнатыўны праваслаўны цэнтр. А павінна быць філіялам Супраслі, як гэта было на пачатку, у часы фундатара графа Хадкевіча, пра што архіўную звестку знайшоў у Кракаве менавіта прафесар Антон Мірановіч.


Komentarz #1 wysłany 2009-07-08, 09:00:57