Oto wspomnienia pani Lidii Murawskiej, z domu Nesterowicz, z Orli, rocznik 1936, która przez ponad 40 lat była rusycystką w szkołach podstawowych, średnich i na wyższej uczelni. Pracę rozpoczynała w Dubinach i Hajnówce, potem wraz z mężem — zawodowym wojskowym, lekarzem w stopniu pułkownika — przenosiła się do różnych miast w całej Polsce. Najdłużej, bo w latach 1977-1996, mieszkali w Lublinie, gdzie pracowała na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej.
Moi nauczyciele
— Dokładnie pamiętam moment, gdy jako mała dziewczynka poszłam do szkoły. Moją wychowawczynią w klasach I-IV była pani Cierzuchowa. Szczególnie podobało mi się w niej to, że cały czas była z nami — swoimi uczniami. Nigdy nas nie zostawiała, nawet na przerwy wychodziła z nami, razem bawiła się. Uczyła piosenek, które chętnie śpiewaliśmy, na przykład „Poszedł dudek z sową w taniec”. Śpiewaliśmy, tańczyliśmy… A mnie do tańca brał zawsze Aleksander Murawski, mój późniejszy mąż. Tak, to była miłość od małego dziecka. Zresztą nie jedyna. Janek Wojno, nasz sąsiad, zawsze wszystkie swoje rysunki robił dla mnie. No i Igor Timofiejuk ze Szczyt Nowodworców, późniejszy zetempowiec, taki „zawsze do przodu”, zdolny orator…
Potem, w starszych klasach, mieliśmy już różnych nauczycieli. Był między innymi Mikołaj Nesterowicz (ojciec znanego filmowca), także Bazyli Łoszkiewicz, fantastyczny gość, który zawsze przytaczał nam znaną bajkę Iwana Kryłowa pt. „Dwie boczki”. W bajce tej występowały dwie beczki — jedna była pusta, a druga pełna — które toczyły się, wydając charakterystyczne dźwięki. Bajka nawiązywała do pustego gadania. Pamiętam, jak wzywał nas do odpowiedzi, a potem mówił: „Nu, pustaja boczka, sadiś”. W szkole była też religia, ale w tamtych czasach batiuszkę traktowano bardzo źle. Nasz batiuszka nazywał się Cechan — wszyscy go ignorowali i naśmiewali się z niego. W jednej klasie uczyli się ze mną Halinka Piszczatowska, Irena i Tamara Chmielewskie, dwóch Aleksandrów Murawskich, Tania Bogacewicz.
W Orli nawet siedmiu klas nie skończyłam. Po sześciu klasach, widząc moje zdolności manualne, mama zdecydowała, że powinnam uczyć się krawiectwa (ja chciałam być dentystką). Oddała mnie na nauki do Bielska. Dyrektorką mojej nowej szkoły była pani Wielgus. Po roku nauki krawiectwa zdecydowałam się pójść do szkoły pedagogicznej. Były wtedy takie czasy, że do egzaminu dopuszczano wszystkich bez problemu — nauczycieli bardzo potrzebowano. Dyrektorem tej szkoły był Konoszyński, potężny mężczyzna, a niejaki Skok uczył białoruskiego. Oprócz nich prawdziwymi osobowościami nauczycielskimi byli polonistka Tokarzewicz i matematyczka Marczukowa, która potrafiła nauczyć największego nawet głąba; historii uczyli Karaczunowie. Ta polonistka mówiła czystą polszczyzną, dobrze uczyła i była powszechnie szanowana. W ogóle uczniowie w tamtych czasach inaczej traktowali nauczycieli, a i nauczyciele inaczej podchodzili do swojej pracy. Jak ta pani Cierzuchowa z podstawówki, która wychowywała nas pod każdym względem. Uczyła nas jeść, spać, mówić, patrzeć na człowieka… A dziś, weź i znajdź takiego nauczyciela, który by tyle czasu poświęcał uczniom. W podstawówce dawali nam tran, a potem też masło czekoladowe z UNRA. Takiej wychowawczyni jak pani Cierzuchowa nie spotkałam nigdy więcej. Jako pedagog uważałam ją za swój wzór do naśladowania i kto wie, czy nie dzięki temu uważano mnie za dobrego nauczyciela.
Zostałam nauczycielem
W liceum pedagogicznym musiałam jeździć na praktyki do szkół i zaliczać wszystkie przedmioty. Trafiałam przeważnie do wsi i małych miasteczek, gdzie szczególnie potrzebowano nauczycieli. Podczas praktyk w Dubinach zakochał się we mnie młody nauczyciel matematyki, pomagał mi w przygotowywaniu się do lekcji. Przyjeżdżał nawet do mnie do Krakowa, gdy zaczęłam tam studiować.
Po skończeniu studiów zaczęłam pracować w szkole w Hajnówce. Była to placówka prowadzona przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci (TPD). Zaraz po wojnie sporo było takich szkół. Hajnowska szkoła była bardzo piękna. Mieściła się w podwórku, w miejscu, gdzie jest dzisiaj białoruskie liceum, naprzeciwko tartaku. Pracowali w niej przeważnie młodzi nauczyciele, ale byli też i starsi. Dyrektor szkoły miał żonę z Orli — Zinę Fiedorowicz, która też chyba była nauczycielką. Mnie, jako młodej nauczycielce, przydzielono w-f dziewcząt — byłam sprawna fizycznie, wysportowana. Zawdzięczałam to swojej aktywności w wieku szkolnym — zimą jeździliśmy w Orli na nartach, jeździłam też na różne zawody lekkoatletyczne, obozy sportowe. W tej hajnowskiej szkole TPD, oprócz lekcji w-f dali mi rosyjski (białoruskiego tam nie było). Bardzo lubiłam swoją pracę, a bycie nauczycielem sprawiało mi wielką przyjemność. Zawsze starałam się pomagać słabszym uczniom, podtrzymywać ich, motywować do nauki.
Na studia do Krakowa
Po jakimś okresie pracy w Hajnówce dowiedziałam się, że jest nabór na filologię rosyjską w Krakowie. Nie miałam wówczas jeszcze przepracowanych trzech lat tak zwanego nakazu pracy — w tamtych czasach obowiązywał młodych nauczycieli taki system pracy. Uniknąć tego obowiązku mogła tylko „komsomolska” młodzież — rozmaici aktywiści, których na studia wysyłały szkoły, gdzie pracowali. Pozostałych obowiązywały trzy lata nakazu pracy. Ja przepracowałam właśnie dwa lata i na wakacjach dowiedziałam się o jesiennym naborze do Krakowa. Poszłam ze swoją sprawą do dyrektora szkoły, ten jednak umył ręce i powiedział, że nic nie może zrobić. To samo powiedzieli w kuratorium — trzy lata nakazu pracy i ani dnia mniej. W tej sytuacji sama zdecydowałam, że jednak na egzamin do Krakowa pojadę. I pojechałam, a po pewnym czasie przyszła do mnie wiestoczka, że jestem przyjęta. Pobiegłam z tą wiadomością do swojej szkoły, ale tam nawet słyszeć nie chcieli o opuszczeniu przeze mnie pracy. Zaryzykowałam więc i samowolnie podjęłam decyzję, że pojadę na studia. Dyrektor rozłożył tylko ręce i powiedział: — No cóż, ja zatrzymać pani siłą nie mogę. Potem, gdy byłam już na uczelni w Krakowie, przyszło do mnie pismo z kuratorium z Warszawy, w którym napisano, że za samowolne opuszczenie stanowiska pracy, do mojego stażu pracy nie będą brane pod uwagę dwa lata zatrudnienia w Hajnówce. Taka kara była dla mnie… Ale ja machnęłam na nią ręką. I, o dziwo, potem mi te dwa lat jednak zaliczono. Podczas studiów wyszłam za mąż za Aleksandra Murawskiego z Orli — tego kolegę z podstawówki. Po skończonych studiach podjęłam pracę jako rusycystka w szkole podstawowej w Łodzi; mąż studiował tam wówczas na Wojskowej Akademii Medycznej.
Zawsze starałam się w swojej pracy wspomagać słabszych uczniów. Kiedyś w jednej ze szkół w Lublinie, takiej wielobranżówce, gdzie nie było zbyt wielu zdolnych uczniów, dyrektor po jednej z hospitacji mojej lekcji powiedział innym nauczycielom, że powinni uczyć się ode mnie podejścia do uczniów. Szczególnie do tych traktowanych zazwyczaj „per noga”, bo są ze wsi — bezprizornych. Podkreślał, że w każdym dostrzegać trzeba coś wartościowego. Z rozczuleniem wspominam tamten moment. Było to bardzo miłe.

