Strona główna » Czasopis » Nr 11/09 (LISTOPAD/ ЛІСТАПАД 2009) » Moje czarnoruskie ścieżki
Moje czarnoruskie ścieżki
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

Rozmowa z pisarzem Eugeniuszem Kabatcem

Kiedy przed rokiem wziąłem do ręki „Czarnoruską kronikę trędowatych” i usiadłem z tą książką na wiklinowym krześle w swoim ogrodzie, nie wiedziałem, że przykuję się do tego niezbyt wygodnego fotelika na wiele godzin. Przecież to kryminał! Czyta się jednym tchem...

Eugeniusz Kabatc: — Sprawia mi pan podwójną radość, tak właśnie odbierając „czarnoruską kronikę”. To moje zeznanie, jednego z „trędowatych”, w sprawie moich związków, myśli i wiedzy dotyczących naszych wschodnich najbliższych kresów, miało wywołać taką właśnie reakcję zdziwienia, zaskoczenia, a nawet zaprzeczenia. Pewna magia drogi do sedna sprawy może czytelnika zaniepokoić, a owo meritum historiozoficzne sprowokować do karalnych moralno-patriotycznych wykroczeń, na co mało kto dzisiaj ma ochotę, wierzę jednak, że jest to potrzebne i że do wielu moich rodaków dotrze jako przesłanie, także dzięki wykorzystanej tu dramaturgii rodzinnej i dochodzeniowo-historycznej.

Odniosłem wrażenie, że chciał pan swoją książką poddać w wątpliwość, czy bieg historii Polski i Litwy, a raczej Białorusi, a może Rusi Czarnej, był sprawiedliwy, a już na pewno nie konsekwencje biegu zdarzeń...

— Moje wątpliwości co do interpretacji naszej historii narodowej i wartości naszej polityki wschodniej są raczej oczywiste i są nie tylko moim udziałem; łatwo tu odwołuję się do tych ambitnych działaczy i pisarzy publicznej sprawy, którzy mieli odwagę i wiedzę, by formułować idee niezgodne z polityczną poprawnością w państwie polskim dominującą, która zawsze wspiera się silniej na filarach mitów niż prawdy. Usiłowałem, słowem, dowieść, że realizacja polsko-litewskiej koncepcji unijnej nie przyniosła żadnej ze stron zdecydowanych sukcesów, a Litwini i Rusini, wiążąc się z mocną kulturowo i zaborczą wyznaniowo Koroną Polską, na wieki utracili swoją tożsamość. Teraz, kiedy ją częściowo odzyskali i okazują wobec Polski swoją etniczną i narodową odrębność, warto zastanowić się, dlaczego tak późno i w sposób tak mało jednoznaczny to się stało. Czy myśli pan, że ktokolwiek z poważnych historyków przyjął to wyzwanie? Owszem, mogę się mylić, mogę przyjąć, że moja wizja wspólnej, wolnej Biało-Czarno-Czerwonej Rusi, ustanawiającej kordon sanitarny, ubezpieczający pomost chrześcijansko-prawosławny ku niezmierzonym przestrzeniom groźnego wschodu, była historycznie nie do urzeczywistnienia, może trzeba było przeżyć te wieki inkorporacji, zawieść się na asymilacyjnych pokusach aneksji kresowej, przecierpieć wszystkie wojny „wyzwoleńcze”, by dojrzeć wreszcie do świadomości nieodzownego, samodzielnego bytu, by dokonała się owa sprawiedliwość dziejowa wobec naszych sąsiadów, którą tak boleśnie — jako niesprawiedliwość i zdradę losu — odczuli nie tylko nasi kresowi Polacy... Tak czy inaczej, pora już najwyższa, najpilniejsza cywilizacyjnie na rewizję mentalną w polskiej kulturze i polityce, oczekiwanej cierpliwie przynajmniej od czasów Stanisława Brzozowskiego i jego ideowych przyjaciół.

Podzielam zdanie Brzozowskiego, gdy na przykład krytykuje Sienkiewicza za jego zaściankowość myśli, ale chociaż szanowany przez Miłosza, dla wielu pozostaje postacią kontrowersyjną, wciąż lubimy grzebać w dzielącej historii. W jednym miejscu pisze pan „Nawet idąc przez trzęsawisko zostawiasz ślady”. Przypomina mi to wschodnią mądrość, która na Dalekim Wschodzie przybiera postać doktryny karmy — przekonania, że nawet odległe czyny są przyczynami skutków, które dotykają następne pokolenia. Adam Ważyk napisał, że „tylko śnieg pada bez echa”. Jakie były najważniejsze przyczyny, pana zdaniem, że obecnie rodzinna kraina pana i wielu z nas — mieszkańców pogranicza kultur — doświadcza tak ahistorycznego losu?

— Nie ma wydarzeń czystych semantycznie, na każde składa się wiele przyczyn, nawarstwiających się także czasowo, nieraz pokoleniowo i wielowiekowo. A wszystkie te łańcuszki przyczynowo skutkowe nieustannie obrastają interpretacją i odbierane są w kolejnych, niepowtarzających się kontekstach. Przepraszam, że o tym przypominam, ale odwołał się pan tajemniczo do wschodniej karmy, a ta mądrość przynależy i nam, Europejczykom. A do historii, o której rozmawiamy, odnosi się w sposób wręcz sensacyjny. Coraz dotkliwiej doświadczamy, że przeszłość nie zamiera w historii, lecz wciąż się staje i podlega nieustannej aktualizacji. Wszędzie, także tutaj, na granicy kultur, której strefa limitroficzna zaczyna się u nas od Wisły, od Warszawy. Ale nie wywołujmy wilka z lasu, nie sięgajmy więcej ani do Aktu Wołkowyskiego, ani do Unii Lubelskiej, ani do Brzeskiej, gdyż przyszły potem powstania, rzezie i wojny, wojny kończące się groźną, rozbiorową polityką rosyjską lub nieroztropną, kresową polityką polską; a na pobojowiskach, na pogorzeliskach nigdy nie zbierze się ziarna, by zasiać je ponownie, ani nie uratuje dość silnego fundamentu, by na nim wznieść nowy dom; łańcuch tradycji zostaje zerwany. Dopiero, gdy potykamy się o własne korzenie, budzi się świadomość przegranej, ale i niezgoda na osamotnienie. Wtedy człowiek szuka sąsiada.

Na ile te sprawy są ważne także dla Polaków?

— Cień rzuca cień. Polacy nie doceniają wartości swojego wschodniego oblicza. Śnią o Śródziemnomorzu, a wikłają się w sprzecznościach w przedwczorajszej historii kresowej, gdy współczesność skrzeczy i domaga się przetrząśnięcia starych, zapyziałych mitów narodowych, by móc odsłonić pogodniejszy, życzliwszy sobie nawzajem, bardziej perspektywiczny i odpowiedzialny paradygmat naszych stosunków ze wschodem, tego partnerstwa wschodniego, za którym tak optujemy w polityce oficjalnej, ale nazbyt często inaczej rozumiemy i wypaczamy w naszej zaklętej zawziętości, zupełnie niezdolni do ustępstw. A jedynie takie kroki, ku sobie we współpracy, mogą zapewnić ów święty pokój wieczysty, o który modlą się — w kościołach, w cerkwiach, pod niebem otwartym — prości ludzie po obu stronach granicy... Polacy są różni, ale zasada dobrego sąsiadowania powinna być prawem dla wszystkich Polaków. I dla naszych sąsiadów najzwyczajniej, o co powinniśmy zabiegać nieustannie, a w niepowodzeniach lepiej ich rozumieć. Kto nie rozumie sąsiada, ten nie rozumie siebie, powiedziane.

Mam wrażenie, że spośród kilku ważnych dla pana obszarów szczególnie bliska jest przyroda, duchowość ale w znaczeniu uniesień, wątpliwości i rozterek i niewątpliwie sprawy białoruskie. Czy uważa pan, że o kulturze, nawet mniejszości, powinniśmy mówić tylko w aspektach głębokich pytań, spraw uniwersalnych, Przyrody przez duże P?

— Obawia się pan, że jest to wszystko nazbyt ogólne? Ależ opowiedzieliśmy sobie tę rzeczpospolitą pogranicza na kilku zaledwie stroniczkach! Tysiące książek i ksiąg temu poświęcono w przestrzeni i czasie! Ileż z nich jest utkanych z krajobrazów zielonych lasów, ukwieconych łąk, domów z pachnącego drewna i ludzi w nich, obok nich, z krzyżami miłosierdzia lub nienawiści. Ja już nie mówię o swojej książce, w której aż się pieni od zmysłowych i duchowych doznań człowieka w naturze rzeczy i w tej konkretnej przyrodzie naszej puszczy, której pan poświęca swój życiowy czas, z której ja się rodzinnie wywodzę i do której nieraz wracam, by wraz z moimi braćmi stryjecznymi z Hajnówki i z Białegostoku przeżywać ich sztukę w dramatach dębów i sosen lub w kopułach nowych cerkwi, pod którymi rozbrzmiewają prawosławne pieśni... A potem następuje jednanie — aż po „Młyn nad Narewką”, opowieść o czarnoruskim domu dziadka, skąd ród nasz, zmagający się z burzliwymi zakrętami historii, jest i jeszcze trwa.

W darze od naszego wspólnego przyjaciela i guru, Sokrata Janowicza, otrzymaliśmy podczas jubileuszowego Trialogu w Łapiczach pod Krynkami, niezwykłą, w czterech językach publikację, nazwaną Księgą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czy miał pan już czas, by się zapoznać z tym imponującym dziełem?

— Przeczytałem ją od deski do deski, z wielkim wzruszeniem obejrzałem dokumentalne reprodukcje. Ta zachwycająca pod każdym względem księga, opublikowana po angielsku, białorusku, litewsku i polsku, wydana niezwykle starannie przez Fundację Pogranicze przy współpracy wielu instytucji pomocowych i sponsorskich, określona podtytułowo jako „wspólna publikacja naukowców i pisarzy z Białorusi i Polski”, skierowana ideowo „ku europejskim tradycjom wspólnotowym” — jest jednym wielkim, bibliofilskim świadectwem miłosnej kontrowersji wokół naszej jagiellońskiej historii. Jej ideator, mistrz Andrzej Strumiłło, zdążył jeszcze wykorzystać dla tego epokowego zamysłu — obok Tomasa Venclowy — naszego noblistę Czesława Miłosza, ogłaszając wspólny list intencyjny, w którym ci trzej wybitni ludzie sztuki wyrażają przekonanie, że ta Wielka Księga Wielkiego Księstwa „przypomni naszym narodom klęski i chwałę minionych pokoleń, pozwoli prawdziwie zrozumieć sens naszej wspólnej historii”. Gdy w podzięce za to nadzwyczajne dzieło pozwoliłem sobie przesłać panu Andrzejowi moją Czarnoruską kronikę, traktując ją jako swoisty appendix (uzupełniający rzecz inaczej), otrzymałem w odpowiedzi bardzo piękny list, z którego dwa zdania ośmielam się zacytować. Zaczyna p. Andrzej: „Wiele racji składa się zwykle na rzeczywistość historyczną”, co, jak pan zapewne zauważył, jest prawdą także z mojego podwórka. A potem pada stanowcze: „Uparcie podtrzymuję pogląd, że WXL było możliwie optymalnym i jedynie realnym rozwiązaniem interesów wielu nacji w jego składzie”. Tego ja akurat nie jestem pewien. Ale tę kontrowersję najchętniej próbowałbym rozstrzygnąć przy wspólnym winie. Tymczasem, mając przed sobą i księgę, i list (opublikowałbym go — za zgodą Autora — cały i w rękopiśmienniczym oryginale, tyle w nim uroku treści i formy), składam hołd sprawie i wyrażam najwyższe uznanie tej sprawy szlachetnym piewcom, sam pozostając wszelako jej „upartym” adwersarzem.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Rozmawiał Janusz Korbel

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook