II zjazd rodzinny rozciągnął się nam w czasie. Najpierw dwa tygodnie przed właściwym zjazdem odbył się zjazd mniejszy, na który przyjechała kuzynka Krystyna ze Szwajcarii, instalując się u ciotki w Krynkach, a wpadając na dzień do Zubek. Zebraliśmy się u mego kuzyna, Jana Cimochowicza w górnych Zubkach. Kuzynka ze Szwajcarii przyjechała z Krynek ze swoją ciocią, bardzo starą. Oczy. Nasze oczy. Tyle że niebieskie, ale płonące. Wykrój płonących oczu nasz, rodzinny.
Krystyna opowiada o Szwajcarii, a Jan o Cyrylu Ciszewskim, naszym krewnym po kądzieli. Po kądzieli jesteśmy z Ciszewskich. Prowadził dzienniki, okazuje się. Jan odczytuje spolszczone białoruskie słowa, którymi posługiwali się Polacy i każe nam zgadywać, co one znaczą. Na ogół zgaduję. Brzmią prześmiesznie, ale swojsko. Mój mąż i córka przypominają śmieszne słowo „zapluszczyć”. Zapluszczyć oczy do snu.
No więc jestem u siebie. Język białoruski miesza nam się z polskim i z niemieckim, którym na co dzień w Szwajcarii posługuje się Krystyna. Przypomina nam: „wihajster” pochodzi od „wie heisst er”(dosłownie: „jak nazywa się on”). Dobrze jest, możemy żartować i śmiać się.
Krystyna chce tu kupić dom. Urodziła się w Olsztynie, miała ojca Niemca, mieszka w Szwajcarii, ale i ją ciągnie do korzeni rodzinnych. Kiedyś napisałam, że nasze stare wioski posłużą nam za umieralnie i chyba tak się właśnie zaczyna dziać. Ale jeszcze coś: nikt u nas nie śledzi linii żeńskich w małżeństwach, a te są bardzo często białoruskie. Kobiety nasze wchodzą do polskich rodzin, tracąc rodowód, a to przez zmianę nazwiska, a to wyznania. Nie zmienia to jednak stanu rzeczy: linie żeńskie w Polsce nie są monokulturowe. Swoją inność jednak dzieciom przekazują. Jak gdyby nielegalnie?
Pejzaż wokół naszych wiosek jest piękny, garbaty. Nasze niewielkie domki są piękne. Żeby to ujrzeć w całej pełni, najpierw należy utracić?
Tak, to ten mechanizm.
Szwajcaria składa się z 25 kantonów i 2890 gmin. Każdy kanton ma własną konstytucję, własny miniparlament! Są to jednostki w pełni autonomiczne. Języki: włoski, niemiecki, francuski, serbsko-chorwacki, portugalski, hiszpański, angielski, romansz (retoromański). Każdy z tych języków ma własne odmiany, dialekty w gminach, wciąż żywe, wciąż używane, po prostu na ulicy, no i w domu. Ludzie mówią w takim języku, w jakim mogą najlepiej wyrazić swój los. Języki są zatem: dozwolone, aprobowane, przekazywane potomkom. Żyją!
Są cztery języki urzędowe — niemiecki, francuski, włoski i romansz. Krystyna wybrała na miejsce zamieszkania kanton z językiem niemieckim. Mówi, że przez jakiś czas wpadały jej do ucha różne odmiany języka niemieckiego. Posługuje się szwajcarską odmianą niemieckiego, zwaną Swyz. Jeśli rozmówcy nie rozumieją się, mówią w Hochdeutsch, literackim niemieckim. Książki są tworzone na ogół w języku niemieckim lub francuskim. Słynni pisarze to np. Max Frisch, Friedrich Dürenmatt. Myśliciele: Jung, Nietzsche.
Książki w Polsce są tworzone po polsku i po białorusku. Ta druga literatura, tworzona po białorusku, nie ma dla siebie właściwego miejsca ogólnopolskiego, to znaczy nie pojmuje się jej jako opisującej Polskę. Lepiej jest w plastyce. Leon Tarasewicz pracuje dla kultury polskiej. W plastyce nie ma podziału, tu dzieło polskie, a tam białoruskie. Nie budzi się demon durnego wymogu: a to drugie, obce, po co nam?
Język angielski jest używany w Szwajcarii jedynie w świecie reklamy, mniej w biznesie. Nie dominuje. Nie szkodzi innym szwajcarskim językom.
Szkoły podstawowe i średnie są bezpłatne! W wielu kantonach nawet obiady i podręczniki są bezpłatne! Krystyna uważa jednak, że przy bardzo sprawnie zorganizowanym szkolnictwie, komisje zbyt wcześnie kierują dzieci do nauki zawodu, a nie do liceum. Takie komisyjne rozeznawanie zdolności dzieci, aby nimi pokierować, odbywa się co trzy lata. Nie jest to złe, ale czasami dziecko rozwija skrzydła w późniejszym wieku.
Szwajcarzy znają co najmniej trzy języki, którymi mówi się w ich ojczyźnie!
Marzenie. Jak bardzo pragnę, aby w Polsce słyszalny był język białoruski! Aby każdy ze słowiańskich języków, używanych w Polsce, był słyszalny. Abyśmy byli kilkujęzyczni w taki sposób, jak Szwajcarzy — nie ignorując się. Abyśmy rozumieli języki słowiańskie naszej ojczyzny. Przecież one jeszcze ciągle są! Dostrzegam w tej chwili złą naszą dwujęzyczność: kaleki angielski i ubożejący polski, już prawie kaleki. To ogólna uwaga. Wyjątki oczywiście są, jak to przy regule.
Krystyna mówi, że szwajcarskie szkoły mają bardzo wysoki poziom. Dyplomy uczelni prywatnych nie są uznawane przez państwo. Są cenne jedynie dla prywatnych pracodawców. O tym zresztą można poczytać w Internecie. Szwajcaria to interesujący kraj, bardzo dobrze urządzony.
Szwajcarzy mają wspólny cel: utrzymać demokrację bezpośrednią i ogólny dobrobyt. Piękny cel.
I jakoś autonomie trzymają się razem. Ojczyzna jakoś nie rozlatuje się z powodu różnorodności! Nie dominuje jedno wyznanie. Żaden z kościołów nie dąży do panowania nad innymi. Nie ma takiej dominacji. No i ta wspaniała kilkujęzyczność. Jaki dobry stan ojczyzny! Sytuacja komfortowa dla wszystkich. Nikt nie dzieli ludzi na swoich i obcych. Egzystencjalny wielonarodowy luksus.
Zubki przedziela rzeczka i gaj, duży jak park.
Przyszło mi do głowy, że agroturystyka miałaby się tutaj dobrze. Ten gaj można pięknie przerobić na wiejski park.
Faceci z Zubek i chyba okolic, bo w samych Zubkach mało ich, mają melinę. Melina w tak zabytkowym domu! — wykrzyknęła Krystyna. Meliniarze ci stoją pod sklepem od rana do nocy i strasznie hałasują. Tak było w PRL. Też tak stali, Antoni nie może się nadziwić, że faceci tak potrafią się przekrzykiwać. Bo może baby tak hałasują, ale żeby faceci? Czegoś podobnego w życiu nie widział.
Mówię, że tutaj tak jest.
Przyszło mi do głowy, że ci faceci marnują życiową energię na picie wódy. Mogliby coś lepszego zrobić dla Zubek. Wódczana przedsiębiorczość! Głęboki tutejszy PRL. Mogliby zrealizować pomysł z dziedziny kultury, jakieś wiejskie śluby na ludowo, wesela, no choćby jakiś teatrzyk, kawiarnię, skoro cierpią na ból istnienia. Mogliby choćby z tego gaju pomiędzy częściami Zubek coś zrobić, uporządkować, na coś przeznaczyć dla turystów, na oazę letniego, a nawet zimowego spokoju, na sylwestrowe zabawy z miejscem do tańców. Chętnie bym tu przyjechała na Sylwestra. Chyba za dużo chcę.
Nie. Nie podobają mi się meliny i już.
Ale niech tam, niech się faceci bawią sobą.
Jeden z nich nazbierał kurek i maszerował środkiem wioski. Kurki te kupiła Krystyna, płacąc z sowitym napiwkiem, ponieważ zbierał je przez cały dzień. Na co wyda te pieniądze? No to masz na pół litra — krzyknął jego kompan spod sklepu. No tak. Cała energia w promile.
Miło było u Jana. Tutejsza kiełbasa była taka dobra. Nieprzyzwoicie szybko zniknęła z półmiska. Taką robił mój ojciec.
Wszędzie po łąkach niekoszone trawy. Kiedyś rosły tu wszystkie możliwe zioła, kwitły różnobarwnie. Rozrasta się nawłoć. Wszędzie wiszą jej baldachimy, żółte kwiaty. Nawłoć jest żarłoczna. Tłumi rozrost ziół. Nawet pod lasami opanowuje teren. Ale i tak jest ładnie.
Nasz II Zjazd odbył się 22 sierpnia 2009 w Narejkach. Moja rodzina jest porozsiewana po stolicach Europy, miastach Polski i Australii. Postanowiliśmy co roku 22 sierpnia urządzać zjazd rodzinny w Narejkach. Pamiętamy: wioska istnieje od XVI wieku i dziś, jak wszystkie wioski przy tej granicy, tak samo stare (Świsłoczany, Mostowlany), jest zadbaną, piękniejącą wioską, ale umarłą — mieszka w niej kilkoro emerytów, ale służy nam, potomkom dawnych mieszkańców jako daczowisko lub wracamy tu, aby umrzeć. Nasz pierwszy zjazd odbył się rok temu, pisałam o nim. Zebraliśmy się wtedy z Londynu, Madrytu, Warszawy, Wrocławia, no i Olsztyna.
Teraz w Narejkach przygrywała nam przysłana przez naczelnego „Czasopisu”, dyrektora domu kultury w Gródku, Jerzego Chmielewskiego, kapela „Chutar Haradok”. Słuchaliśmy, jedliśmy (m.in. nieznane w Olsztynie pyszne sery podlaskie), piliśmy (m.in. wspaniałe nalewki podlaskie), wspominaliśmy, tańczyliśmy. Kapela grała i śpiewała stare, kochane przez nas pieśni i piosenki białoruskie, w tym kołomyjkę. Krewni z Wrocławia byli wzruszeni tym, że po raz pierwszy w życiu zostali powitani przez żywą orkiestrę — marszem weselnym, a następnie naszym „Mnohaje leta”.
Będziemy się starzeć, a nasi potomkowie rosnąć, ale przeważnie gdzieś tam, w świecie. Będzie nas ubywać. Polska jest barwna, wielokulturowa, wielowyznaniowa, obwarzankowa. Będziemy chronić nasz barwny obwarzanek poprzez nasze zjazdy. W tym roku gościem specjalnym była Iwona Łazicka-Pawlak, dyrektor departamentu kultury Urzędu Miejskiego w Olsztynie. Powiedziała: „Naprawdę jest do czego tęsknić”. Dziękuję za te słowa.
Następnego dnia spotkaliśmy się w Zubkach. Nagle zaczęłam się zastanawiać, co się dzieje z moją rodziną ze strony matki. Moja siostra cioteczna tej strony, matczynej, mieszka z Zubkach, w rozwalającym się domeczku. Wali się płot, a chwasty na podwórku osiągnęły wielkość wieżowców świata roślinnego!
Pozostałe domki pięknieją. Tu — ruina.
Ta kuzynka ma Alzheimera.
Moja ciotka, a jej matka, miała Alzheimera.
Moja matka miała świeży umysł do końca, prawie do dziewięćdziesiątki.
Co się dzieje? Alzheimera dziedziczymy po matce?
Druga siostra cioteczna po tej samej ciotce zmarła w styczniu, też miała Alzheimera.
Wszystko po mojej ciotce, a ich matce! Ciotka miała Alzheimera, i to jakiego! Pamiętam, że nie sposób było z nią rozmawiać. W pewnym momencie zaczęła coś mówić o odbieraniu ludziom chleba przez rząd. Będą chodzić po domach i szukać chleba. U kogo znajdą, tego aresztują.
Rany! Należy jeść dużo orzechów i soczewicy, i nie mieszkać samotnie, na wszelki wypadek — takie sposoby nieco chronią od tej strasznej choroby. Ćwiczyć umysł, czytać, rozmawiać, na wszelki wypadek. Bronić swoich racji, śledzić mechanizmy czasu. Nadal sprawdzać w słowniku trudne słowa. Nie zapominać języków obcych. Grać w szachy. Kłócić się na argumenty. Doczytać wreszcie książkę po angielsku. Nie jeść chemicznej żywności. Złościć się. Pisać listy otwarte w sprawie, która złości, a następnie przygnębia. Dokonywać tego w nadziei, że adresat przeczyta i zdrętwieje z powodu złych rzeczy, do których się przyczynił.
Kuzynka z Zubek mieszka z psami i kotami. W Alzheimera po prostu się zapada. Z kim ma grać w szachy, ze zwierzętami? Na pewno gada sobie z nimi, ale rozmowy ze zwierzętami to nie to. Nie w tym wieku. Jest sporo starsza ode mnie. W rozmowach ze zwierzętami ona na pewno zatraca się całkowicie.
Strasznie capi od mojej kuzynki. Brudna! Brudne rozpuszczone włosy. Podfarbowane jednak na beżowo. Nikogo nie wpuszcza za próg. Jeden pokój zajęty przez psy i koty. Dziewięć kotów. Nie wiem, ile psów.
Nas — mnie, męża i Krystyny — nie wpuszcza do domu, Starannie zamyka drzwi, zasłania. Nie poznaje mnie. Dla niej nie istnieję. Cała nasza trójka dla niej nie istnieje. Moją matkę pamięta. Helena. Tak. Była taka Helena. Ona przecież jeszcze żyje. Niedawno ją widziałam.
Nie usiłuję przekonywać, że moja matka dawno zmarła.
Schudła, zmalała ta moja kuzynka. Wymizerniała. Wyrosły jej wąsy i broda. Rany. To rodzinna ozdoba. Najpierw meszek, a potem solidna gęstwina. Na mojej brodzie pojawia się od pewnego czasu kilka kruczoczarnych włosków. Wyrywam, odrastają. Rany boskie, jeśli umrę, a przedtem będę otępiała, to, proszę, aby ktoś z „Czasopisu” mi tę brodę powyrywał, gdyby oczywiście mnie odwiedził w tym czasie.
Głośno wyrażam mój niepokój o przyszłość mojej brody. Iwona mówi, że tylko babom z jajami rośnie broda w pewnym wieku. Antoni, że nie jest jeszcze tak źle, są gorsze babskie brody, niż moja i kuzynki. Mówię — skądże, te nasze brody są niemal jak męska bródka u Arka Łuby. Tyle że u mnie czarna. U kuzynki biała, jak u Arka.
Zawczasu pójdę na laserowe usuwanie mojej brody. Nie jest gęsta. Wyjdzie tanio.
Antoniemu moja kuzynka jednak odpowiada logicznie na pytanie, dlaczego mieszka samotnie: jestem sama, bo kto tu zechce być przez cały rok? Tu jest smutno.
Jednak to ona, to ta sama osoba — mówi Antoni.
Nie. Nie ta sama. Potężne luki w pamięci.
Od dawna jest wdową. Ma dwoje dzieci, córkę i syna. Córka, żyjąca w mieście, przyjeżdża raz na miesiąc, zabiera matce część emerytury. Koty jedzą szyneczki. Wszystko wydałaby na koty. No i na psy.
Broda podwórka jest rozwichrzona na wszystkie strony.
Mieli mi to uporządkować — mówi kuzynka. Kto? Oni.
Zabiorą wkrótce stodołę, żeby obciąć mi podwórko. Będą zmniejszać. Kto? Oni. Nie mam dzieci. Była tu dziewczynka, ale nie moja. Nie. Nie mam syna. Mąż mi umarł.
Rozmawiamy po polsku. Spytałam ją głupio, co słychać. Spytałam po białorusku. Chciała po polsku.
Żegnamy się przez podanie dłoni. Jak obcy. Żadnego uczucia na jej twarzy. Nic. Potem myję rękę. Myję i myję. Lewą dłonią myję prawą dłoń. Chcę zmyć zwierzęce zarazki. Boję się, że się zarażę jakimiś robakami. Głupio robię? Mamy zasiąść do obiadu w domu, który należał kiedyś do babki Pauli. Teraz dom należy do mojej siostry stryjecznej, do jej męża i córki. Przyjeżdżają tu z miasta.
Przy stole nie rozmawiamy o kuzynce z Alzheimerem. Tylko Jan wspomina, że w zasadzie nie można jej pomóc, ponieważ otrzymuje emeryturę i ma dzieci. Oczywiście powinna znaleźć się w porządnym domu opieki.
Tak czasem wygląda nasze powolne konanie w naszej umieralni, w którejś z wiosek.
Starsza krewna, ładna zadbana kobieta, wypowiedziała w Narejkach coś, co mnie poruszyło. Coś, z czym się zgadzam: jeśli wcześniej umarłby mąż, a tak się przecież zdarza, to szukałabym jakiegoś mężczyzny, wdowca, ale nie do łóżka, to już nie ten wiek. Chciałabym znaleźć przyjaciela, mężczyznę, który pomógłby mi przetrwać ten trudny okres w życiu człowieka: zbliżanie się do grobu. Żeby był obecny. Żebyśmy rozmawiali. Żebyśmy byli mniej więcej w tym samym wieku. I żebyśmy nie byli od siebie zależni finansowo. On ma swoją emeryturę, a ja swoją. Nie mogę polegać na dzieciach, bo one mają swoje życie. Nie mogę obciążać dzieci sobą. A gdyby nie wyszło z mężczyzną, a byłabym niedołężna i cierpiąca, to poprosiłabym o eutanazję, a gdyby była nadal zakazana, to samobójstwo też jest wyjściem. I chciałabym, żeby to wyjście było świadomą moją decyzją. Nie należy obciążać młodych bliskich swoją osobą. Nigdy.
Czy są jeszcze tacy mężczyźni, którzy na starość nie oglądaliby się za gówniarami, w nadziei, że łóżko z taką wyleczy ich ze śmiertelności? Tacy, którzy myślą o tym samym: późnej przyjaźni, aby przetrwać straszny okres zbliżania się do grobu?
Są. Znam taki przypadek. Ale to nie tu. To w Warszawie.
Grzebię w brodzie. Nie, nie odrosła. Odrośnie za kilka dni. Akurat tego jestem pewna jak śmierci w życiorysie.
Tym razem na nasz II zjazd rodzinny ściągnęłam kuzynkę ze strony matki. Nosi moje imię, Tamara. Urodziła się w Warszawie, tam kończyła szkoły i studia. Jej dziadek, a mój wuj, brat matki, mieszkał w Zubkach. Ojciec był wysokim oficerem. Rodzice się rozwiedli. Sprzedała mieszkanie w Warszawie, aby kupić dość duży dom pod Michałowem. Jej matka, a moja siostra cioteczna, Maria, miała Alzheimera. Tamara mówi, że to był dobry wybór, matka odżyła, wychodziła na zielone podwórze.
Tamara jest samotna. Sens jej życia polegał na opiece nad umierającą matką. W styczniu matka zmarła. Tamarze skończyły się pieniądze. Zna kilka języków obcych — francuski, angielski, rosyjski, niemiecki. Pracy dla niej w tamtych okolicach nie ma. Mogę być sprzątaczką — mówi. Pracy jednak nie ma. Samotna pięćdziesięcioletnia osoba z tyloma językami obcymi, będzie dogorywała gdzieś pod Michałowem, dziwaczejąc i kto wie, czy sama nie zapadnie na tego nieszczęsnego rodzinnego Alzheimera. Ktoś mówi, że ma za dużo kotów. No tak. Koty, samotność. Nie ma pieniędzy na Internet. Po śmierci matki nie może odnaleźć sensu życia.
Jest bardzo podobna do kuzynki ze strony mego męża. Podobieństwo jest tak duże, że chwilę o tym z mężem rozmawiamy. Nie ma to jednak większego znaczenia dla tego wieczoru. Ja wiem, że Tamara tęgo kiedyś popijała, a zaczęła jeszcze w liceum. Trochę u nich pomieszkiwałam, kiedy studiowałam na UW. Byli dobrze sytuowani. Mieszkali w śródmieściu. Zastanawiamy się, jak pomóc tej mojej kuzynce. Przypuszczamy, że jeśli zbierzemy dla niej trochę pieniędzy, to kupi za to alkohol albo wyda na koty. Praca, to byłoby wyjście. Nie pytam o to, czy ma jakąś emeryturę czy rentę i co zrobiła z olbrzymią sumą pieniędzy, otrzymanych za warszawskie mieszkanie, przecież dom kosztował tylko 80 tysięcy. Mogłaby żyć z rentierstwa przecież. Może po prostu żyły z matką za te pozostałe pieniądze, aż się wyczerpały?
Jan z Zubek mieszka ze starutką matką, opiekuje się nią. Zgięta w pół matka pracuje razem z synem w ogrodzie. Piękne kwiaty.
Taciana z Narejek z pomocą syna uprawia gospodarstwo. Syn dojeżdża z miasteczka. Podwórko Taciany tętni życiem. Kury. Sad.
Są osoby całkiem samotne. Dzieci wyjechały daleko.
Samotne stare i starzejące się osoby w pustych wioskach, z opieką syna, córki lub nie. To nasze oblicze. Przykłady można by mnożyć. Część z tych dogorywających ludzi nie ma nawet renty.
W niedzielę wstępujemy do cerkwi w Mostowlanach. Biją dzwony! Znowu biją dzwony! A był okres, kiedy milczały po śmierci starego dzwonnika.
Mostowlańskie dzwony mają piękny dźwięk. Rytmiczna melodia rozchodzi się daleko ze świątynnego wzgórza. Jest przez chwilę jak w dzieciństwie. Tyle że nie ma tłumu wiernych, jak przed laty.
W przeddzień moja katolicka rodzina nakupiła świeczek za zmarłych prawosławnych przodków i krewnych. Zajęty cały świecznik. Dostawiam jedną, bo jest tylko jedno miejsce. Teraz wszystkie płoną. Imponująca gęstość symbolicznego ognia nad smukłą sylwetką naszych świeczek. Świecący się rząd zmarłych na prostokącie świecznika.
Pięknie śpiewa chór. Dzieci proboszcza tak śpiewają? Matuszka?
Ministrant ma może cztery lata. Uroczy obrazek. Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Służył sprawnie. Uśmiechamy się do siebie z Iwoną. Piękne! Malutki człowieczek z płonącą świeczką.
Wierni to sami starcy, staruszki. Mówię memu gościowi z Olsztyna, Iwonie, że to są właśnie ostatni mieszkańcy wiosek. Nowi będą inni. Pewnie już nieprawosławni. Może jednak coś się zmieni. Znowu myślę: może my tu jeszcze wrócimy. Ktoś odnawia domy, buduje nowe, wyższe, większe. Tradycyjne, drewniane. Doskonale dopasowane do krajobrazu.
Myślę, że nie mam miejsca dla siebie ani tu, ani w Olsztynie.
Jestem niczyja.
Kuzynka Tamara była bardzo zdolnym dzieckiem. Nauka nie sprawiała jej najmniejszych trudności. Byłam studentką. Tamara miała wtedy dziesięć lat. Mieszkali na Królewskiej. Świetnie mi się z nią rozmawiało. Włóczyłyśmy się po Warszawie. Dużo czytała. Myślałam, że zrobi jakąś fajną karierę, tu skończyła na tym, że się zaszyła w lesie pod Michałowem wraz z kotami, a przedtem z umierającą matką. Niechybnie dopadnie ją Alzheimer, skoro wszystkich z tej rodziny dopada.
Rodzina mojej matki po prostu się rozpadła. Nie pielęgnujemy więzi. Dawno temu ta rodzina rozjechała się po miastach. Kobiety z tej rodziny źle powychodziły za mąż. Za wcześnie, nawet w wieku siedemnastu lat. Nie chrzciły dzieci. Powychodziły za mąż, bo ciotka pchała je do tego. Zięciowie z reguły byli wysokimi oficerami gdzieś z drugiego krańca Polski. Taki nagły styk kultur w małżeństwie nie jest dobrą sprawą. Skoro dzieci nie były chrzczone, to znaczy, że małżeństwo nie mogło się zdecydować co do tożsamości, własnej i dzieci. No to niech lepiej tak, bez żadnej kulturowej tożsamości. Nijak. W naszej sytuacji niechrzczenie dzieci nie jest wyborem wolności od religii, tylko rezygnacją z tożsamości kulturowej na rzecz zawieszenia w próżni. Ani to polskość, ani białoruskość. Nic. Nawet się o tym nie rozmawia w domu. I nie są to warunki ateistyczne jako świadomy wybór wychowania. A te niechrzczone dzieci i tak są traktowane jako kacapy, „kacapice” przez katolickich mężów. Być może w przyszłości nie będzie to miało znaczenia, wszystko się wymiesza, ale teraz znaczenia ma.
Tamara zawsze była samotna, to pamiętam. Z nikim się nie przyjaźniła. Rodzicom nie podobały się koleżanki. Nie podobali się koledzy. To było złe, moja rodzino.
Zdaje mi się, że los Tamary jest zmarnowanym losem bardzo inteligentnej osoby. Czy w Michałowie nie potrzebują lekcji francuskiego, niemieckiego? Chyba nie, skoro wszyscy lecą na angielski. Inne europejskie języki nagle nie są w cenie. Wśród uczniów nie ma głodu poznawania języków europejskich. To straszne zawężenie umysłu!
Tamara nie ma rodzeństwa. Brak rodzeństwa i brak rodziny — niedobrze tak być samotnie na starość.
Może by jaką agroturystykę? Może. W Starych Kuchmach, gdzie mieszka, są piękne chałupy agroturystyczne. Ale ona straciła sens życia po śmierci matki.
Nie ma sensu życie bez mężczyzny. Nie ma sensu życie bez dzieci. Nie ma sensu życie bez rodzeństwa. Nie ma sensu samotne życie, takie jak Tamary. Nie ma sensu ojczyzna, w której nie ma pracy dla Tamary. Kto zatrudni zresztą pięćdziesięcioletnią kobietę z depresją po śmierci matki?! Mogłaby chociaż zafundować sobie nieślubne dziecko! W obecnych czasach nie potrzeba do tego szczególnej odwagi.
Dobrze jest pozostać z tym samym mężczyzną do samej śmierci. Dobrze jest umrzeć jednego dnia. Umrzeć mniej więcej w tym samym czasie.
Polska jest źle rządzona. Opieka społeczna działa ociężale. Może by tak oprzeć ją również na wolontariacie, sprawnie zorganizowanym? Wśród młodych ludzi nie brakuje osób wrażliwych. Tak nie może być, żeby stare czy starzejące się osoby, schorowane, z depresjami, samotne, były zostawiane same sobie! Nie trzeba ich wywozić do hospicjów czy upychać po DPS-ach, mają przecież domy. Wystarczy przyjechać, nakarmić, umyć, porozmawiać.
Każdy myśli u nas wyłącznie o robieniu wielkiej forsy. Po trupach. Nie tylko młodzi dzicy są ważni na tym świecie. Niedługo będziemy obojętnie przechodzić obok trupów starych i starszych kobiet, walających się wszędzie? Tak ma być?
Potem wracaliśmy i w pewnym momencie droga rozwidlała się. Na lewo jedzie się do Michałowa. Tam, za lasem, żyje nieszczęśliwa Tamara z Warszawy. Las jest ciemny, milczący. Patrzę i patrzę w lewo. Jest bezwietrznie. Nie kołyszą się gałęzie. Cisza.

