Dość nieoczekiwanie dane mi było kilka godzin przysłuchiwać się obradom prołukaszenkowskiego Związku Polaków na Białorusi. O akredytację wystarał się dla mnie konsul Michał Alaksiejczyk, rozdrażniony wybiórczością białostockich dziennikarzy w opisywaniu sporu wokół tej organizacji. Kiedy przed kilkoma laty obejmował placówkę, oczekiwał, że przynajmniej tutaj, przy granicy, przedstawiany w mediach obraz Białorusi nie będzie tak jednostronny i jednoznacznie negatywny, jak w Warszawie czy Gdańsku, skąd przybył. Natknął się jednak na tę samą, co wszędzie w kraju, nierzetelną dziennikarską praktykę podejmowania białoruskiej problematyki przez autorów w ogóle nieobeznanych z tematyką, którzy jakże często w Białorusi sami nawet nigdy i nie byli. Dlatego przed wrześniowym zjazdem tej kłopotliwej dla Warszawy organizacji konsul zaoferował białostockim redakcjom swą pomoc w oddelegowaniu tam dziennikarzy, by wysłuchali i drugiej strony konfliktu. Z tej propozycji, jak się okazało, nikt oprócz mnie jednak nie skorzystał.
Do Grodna pojechałem też ze zwykłej ciekawości. Ostatni raz byłem tu zanim rozpoczął się wielki remont starówki i centralnych ulic w mieście. Ta przebudowa wzbudzała wtedy niepokój i protesty środowisk uczulonych na wartości historyczne i przyrodnicze (pod topór poszły niemal wszystkie stare drzewa). Być może to pomogło, bo Grodno zostało odnowione z architektonicznym umiarem. Mimo wyburzenia niektórych wiekowych kamienic i modyfikacji układu przestrzennego miasto zachowało swój zabytkowy charakter. Dla porównania, przebudowany w tym samym czasie plac miejski wokół białostockiego ratusza pod tym względem wygląda o wiele skromniej. W Grodnie zwracałem uwagę na detale, chociażby gustowne i solidne słupy ogłoszeniowe. Nie to co walce — atrapy na ulicach Białegostoku.
— Чысценька у вас — zagadnąłem przechodnia, pytając o drogę. Sympatyczna kobieta w średnim wieku do rozmownych nie należała (zwłaszcza, kiedy zapytałem ją, jak się teraz u nich żyje), ale zaczęła z ożywieniem opowiadać, jak każdego ranka komunalne służby pucują ulice i chodniki, elewacje fundamentów czyszczą na mokro. Zwłaszcza liczne błyszczące buroczerowone płyty marmurowe, na których kurz jest zaraz widoczny. Ten wystrój kłuje trochę w oczy, bo przypomina... nagrobki na naszych cmentarzach.
Gołym okiem widać, że przebudowa Grodna pochłonęła ogromne fundusze. Jeśli dodać do tego podobne prace przeprowadzone z rozmachem na obszarze całego kraju, można sobie uzmysłowić, jak wiele Białoruś straciła na niedawnych zmianach narzuconych przez Moskwę. Rekonstrukcję miast finansowano bowiem ze specjalnego funduszu prezydenta państwa, pochodzącego z odsprzedaży za granicę przerobionych surowców naftowych kupowanych za bezcen w Rosji. Dziś o tym jednak nikt nie mówi, za recesję obwiniając tylko ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Prezydent Łukaszenko ma więc mocne alibi.
Zjazd związku Polaków odbywał się w okazałym biurowcu zakładów azotowych. Na obrady dotarłem w chwili, gdy swoje sprawozdanie czytał prezes Józef Łucznik. Ogromna sala widowiskowo-konferencyjna była zapełniona tylko w niewielkiej części. Naliczyłem jakieś dwieście osób, skupionych w pierwszych rzędach — wśród nich, jak potem się dowiedziałem, było 135 delegatów. Dla mnie ani jednej znajomej twarzy, poza ministrem kultury Pawłem Łatuszką.
Już pierwsze słowa, które dotarły do mych uszu zza stołu prezydialnego, pokazały, że sytuacja białoruskich Polaków (określenie „mniejszość polska” nie padło ani razu) jest bardziej złożona, niż przedstawia się to w Polsce. Oficjalnie działają 72 oddziały organizacji, najwięcej na Grodzieńszczyźnie. Po konflikcie w 2005 r. ich aktywność znacznie zmalała. Powodem stało się wstrzymanie wsparcia, jakie płynęło dotąd szerokim strumieniem z Warszawy. W dramatycznej sytuacji znalazło się 16 domów polskich, wybudowanych i utrzymywanych za te fundusze. Wciąż należą do związku, lecz kosztem wynajmu pomieszczeń na cele handlowo-usługowe. Pracownicy — głównie nauczyciele mieszczących się tam polskich szkół — opłacani już są przez rząd białoruski. Pomoc z Warszawy nie do końca jednak ustała. Nadal wsparcia udzielają Wspólnota Polska, wiele samorządów, a nawet firm prywatnych.
Oprócz prezesa przemawiali szefowie największych oddziałów. Nie kryli swego rozgoryczenia sytuacją w związku, w całości obwiniając za to polski rząd, wypominając z ogromnym żalem, że popiera i twardo preferuje tylko grupę skupioną wokół Andżeliki Borys. Między słowami dało się wyczuć, że odłam ten mimo szykan ze strony białoruskich władz ma się całkiem nieźle i jest dość liczny. Duże znaczenie ma tu ważny instrument polskiego rządu — wizy. Z ich otrzymaniem nie tylko działacze, ale i szeregowi członkowie „reżimowego” związku często mają problemy. Z tego powodu niektórzy nie posyłają nawet swych dzieci do polskich szkół.
Wszystkie wystąpienia na mównicy wygłaszano w lepszej lub gorszej polszczyźnie. Jedynie szef oddziału w Mińsku zbytnio się nie wysilał i przemawiał po... białorusku. A w kuluarach rozbrzmiewał już oczywiście niemal wyłącznie obszczeponiatnyj, czyli rosyjski.
Będąc w Grodnie w ogóle cały czas się wsłuchiwałem kto jak rozmawia, bardzo chcąc usłyszeć białoruski. Udawało mi się czasem wyłapać pojedyncze słowa (np. паўгадзіны, a nie пол часа). W trolejbusie lektor po białorusku zapowiadał kolejne przystanki. Wokół dużo było też białoruskojęzycznych napisów, a nazwy ulic ciągle są tylko po białorusku. Udało mi się usłyszeć nawet rozmowę w żywej białoruszczyźnie. Było to w „gastronomie”, czyli osiedlowym sklepie spożywczym, gdzie młoda ekspedientka wdała się w filozoficzną dysputę o życiu z jakąś sędziwą klientką („ze wsi”). Zatem może nie wszystko jeszcze stracone?
Нядаўна пазнаёміўся я з цікавым маладым чалавекам, родам ад нас, які жыве цяпер у Варшаве. Упершыню спаткаў я кагосці з гэтага пакалення, хто так шчыра і да болю заклапочаны лёсам беларускасці. Хлопец свядомы таго, што калі памруць яго бабулі — апошнія носьбіты тае жывой традыцыі, назаўсёды страціць штосьці надта цэннае. Каб не дапусціць да гэтага, прыдумаў выкарыстаць інтэрнет — самы магутны цяпер сродак масавай камунікацыі. Гэты хлопец не абы-хто, бо — уласнік фірмы, якая працуе для такіх гігантаў як Onet, Wirtualna Polska ці Wprost. І тагога кшталту партал хацеў бы ён запусціць для нашай грамады на Беласточчыне. Калі, як кажа, не ўдаецца нам стварыць Цэнтра беларускай культуры як установы, то можам мець яго ў інтэрнеце. Хлопец гатовы ўзяць на сябе усе тэхнічныя справы і нават нейкі час утрымліваць партал за свае грошы. Узнікае толькі адна праблема — людзі (рэдактары) да працы. Менавіта з гэтай просьбай і звярнуўся да мяне. Але, на жаль, нічога іншага я не мог прыдумаць, як толькі даць яго прапанову пад шырэйшы роздум на старонках нашага выдання, якое дарэчы таксама мае свой е-варыянт. Чытайце ліст...

