Strona główna » Czasopis » Nr 09/09 (WRZESIEŃ/ ВЕРАСЕНЬ 2009) » Pamiętnik z niewoli
Pamiętnik z niewoli

W domu rodzinnym w Jaryłówce z niezwykłą pieczą latami przechowywano wojenny dziennik dziadka Pawła Kozłowskiego. Chronologicznie obejmuje on czas między 31 sierpnia 1939 r. a 22 lipca 1944 r., zawarty w dwóch zeszytach. W 1999 r. był pokazany w Gdańskiej Galerii Fotografii na wystawie poświęconej 60. rocznicy wybuchu II wojny światowej. W tymże roku fragment dziennika opublikowało Chojnickie Towarzystwo Kulturalne w „Zeszytach Chojnickich” (1999, nr 3, s. 61-70). W zasadzie jest to chyba jedyny zapis z pierwszych dni wojny w tym rejonie. Obecnie służy sympatykom militariów do odtwarzania wojny obronnej w tym miejscu.

Dlaczego dziadek pisał dziennik w latach wojny? Może uważał, że wojna przejdzie do historii i będą uczyć o niej w szkołach? I chciał zostawić jej świadectwo swoim najbliższym? W okresie międzywojennym był zawodowym podoficerem wojska polskiego, w stopniu sierżanta. Urodził się w 1902 r. w Skroblakach w powiecie białostockim. W latach 1915-1921 przebywał w bieżeństwie w Saratowie nad Wołgą. Tam kształcił się w szkołach rosyjskich i grał w teatrze amatorskim. Po powrocie z Rosji kształcił się w Szkole Podoficerskiej w Brześciu nad Bugiem. Służył w 55 pułku piechoty. W 1926 r. ożenił się z Ksenią Szapiel z Jaryłówki w powiecie sokólskim. 7 sierpnia 1927 r. urodziła się córka Helena, a 13 lipca 1931 r. syn — Witalij (mój tatko). Beztroskie życie w Brześciu rodzinie Kozłowskich przerwano wiosną 1939 r., kiedy w marcu 35 i 55 pułki piechoty z Brześcia nad Bugiem ewakuowano w rejon Borów Tucholskich na Pomorzu — do Kęsowa, gdzie zastała je wojna. Kartki z dziennika są smutnym dowodem na bezradność polskiej armii — już 3 września znaleźli się w niewoli niemieckiej. Opis pierwszych dni wojny pokazuje nierówność uzbrojenia armii polskiej i niemieckiej, tragiczne przeżycia z powodu obrazu wojny.

Ponieważ mój dziadek zostawił ten zapis następnym pokoleniom, uważam, że warto z okazji 70. rocznicy wybuchu wojny przypomnieć, jakie były drogi Białorusina z Białostocczyzny w okresie 1939-1944. Gdzie Pomorze, gdzie Brześć, a gdzie Białostocczyzna! Ale tak, jak Janka Bryl brał udział w obronie Gdyni, tak mój dziadek bronił Polski w Borach Tucholskich. Janka Bryl pisał: „У марской пяхоце, як і ва ўсіх іншых часцях, што размяшчаліся ля заходняй граніцы Польшчы, беларусаў служыла шмат — туды іх па плану бралі як найбольш: найдалей ад Саветаў. Народ цягавіты і смелы, яны не агіналіся і на вайне — пакуль стаялася, стаялі добра, не горш, а то і лепш за другіх палякаў” („Птушкі і гнёзды”, Мінск 2006, s. 57-59).

Po wojnie dziadek pracował w Urzędzie Gminy w Gródku jako pisarz. Zmarł tam 8 kwietnia 1958 r. i spoczął na cmentarzu prawosławnym na zawsze.

Helena Kozłowska

Dnia 31 sierpnia 1939 r., gdzieś o godz. 16.00, wywieszono plakaty o ogłoszeniu powszechnej mobilizacji w Polsce. Kwaterowaliśmy całym pierwszym batalionem 35. pułku piechoty w miejscowości Kęsowo, powiat Tuchola. Ludność cywilna, jak i wojskowi, zbierali się grupkami i szły komentarze na temat wojny — będzie czy też nie. Udaliśmy się wieczorem — jak zwykle — do jedynej karczmy na dziennik radiowy, który nic nowego nie przyniósł. Tylko był ogłoszony rozkaz szyfrem, który się odnosił do wszystkich panów dowódców. Po dzienniku — jak zwykle — piwo, bo wódki nie było. Ja i kolega plutonowy Piotrowski wypiliśmy po dwa kieliszki jakiejś „Jajkowej”, którą po raz pierwszy, a może i ostatni, piłem. Rozeszliśmy się do spokojnego snu.

W dniu 1 września o godz. 5.00 rano „alarm”. Pierwsza kompania naszego baonu z plutonem z naszej kompanii i pluton karabinów maszynowych już stali na stanowiskach bojowych.

Pół godziny później kompania gotowa była do wymarszu i stała w podwórzu gospodarstwa rolnego. Tabor wyjeżdżał na tyły.

Słychać pierwsze strzały armatnie, których nie słyszałem od wojny światowej. Rozpoczyna się też strzelanina pierwszej kompanii. Na razie nie wiadomo, co się dzieje? Wojna-nie wojna — wszyscy sobie lekceważymy.

Kompania nasza cofnęła się do dworu i tu przywieźli zaplombowane skrzynie. Po zerwaniu plomb zobaczyłem po raz pierwszy w Polsce karabiny przeciwpancerne, których było trzy na kompanię i otrzymali je strzelcy wyborowi — po jednym na pluton. W praktyce później okazały się bardzo dobre, gdyż czołg przebijały na wylot.

Oficerowie, zwłaszcza rezerwa pierwszej kompanii, potracili głowy. Jak w czasie spokojnym byli wysocy, tak teraz są malutcy. Spotkałem oficera płatnika baonu. Podpisałem listę płacy i chciałem pobrać żołd, lecz nie pobrałem. Po tym płatnik odjechał po pieniądze.

Cały batalion wymaszerował do wsi Tuchułka i tam kompanii wydałem śniadanie. Po wydaniu śniadania tabor batalionu wyruszył na tyły, nie wiadomo gdzie. Oficer prowadzący tabor zaprowadził nas i ustawił koło toru kolejowego, obok mostu, na gołym polu. Aż dopiero nadjechał jakiś pułkownik i rozkazał stamtąd taborowi odjechać.

Tabor wyruszył. Ja zaś udałem się do sąsiedniej wsi do oficera żywnościowego. Tu spotkałem tabory ludności cywilnej, która uciekała przed nieprzyjacielem, ale nie wiadomo gdzie. A jechali sami starzy, mali i kobiety. Rowerów było pełno. Dopiero nasunęły się mi wspomnienia z 1915 r., kiedy to sam, jako czternastoletni chłopiec, też uciekałem przed Niemcem.

Po załatwieniu spraw u oficera żywnościowego udałem się z powrotem do kompanii, którą znalazłem w lesie na stanowiskach, okopującą się.

Po wydaniu obiadu udałem się do płatnika po gażę dla wszystkich i żołd dla żołnierzy. We wsi Mędromierz spotkałem sierżanta Kaliszewskiego, który — siedząc na wozie — popijał wino przed kościołem. We wsi ani jednego cywila — opuścili swoje zagrody, swój dobytek i pouciekali ku lepszemu jutru.

Wieczorem wiozłem prowiant dla kompanii. Oficer żywnościowy dał mi wóz, na który załadowałem chleb, mięso i inne artykuły. Miałem teraz zmartwienie, bo nie wiedziałem, gdzie kompania i nikt z batalionu tego nie wiedział. Naokoło jak okiem sięgnąć pożary. Palą się sterty zboża, zabudowania i inne, i tu dopiero przedstawił się obraz wojny. Naokoło kanonada z armat i gra karabinów maszynowych. Spotkałem plutonowego Rutkowskiego z 9 kompanii telegraficznej, który zwijał manatki i miał maszerować w kierunku Tucholi.

Ja udałem się z prowiantem na przód po szosie, do miejscowości Poledno. Ujechałem około 10 km, spotkałem tabor 3 kompanii i 1 karabinów maszynowych. Powiedzieli mi, że tabor naszej kompanii znajduje się na starym miejscu w lesie. Wracam, konie chłopskie ledwo ciągną, ale po szosie jakoś idzie. Gdy skręciliśmy z szosy, dalej nie mogą iść. Byłem zmuszony zostawić wóz, a sam rowerem udałem się do lasu. Nareszcie dojechałem. Stoi tabor, woźnice jadą konie poić. Godzina — gdzieś 2.00 w nocy. Kucharze zaś popijają wino. Dobrali się gdzieś do wsi i zdobyli aż 3 gąsiory. Wypiłem i ja coś ze trzy szklanki. Przyciągnęliśmy ten wóz i niedługo przyszedł rozkaz wyjazdu.

Dnia 2 września 1939 r. tabory całego batalionu ruszyły naprzód (ale w tył). Cofamy się w Bory Tucholskie. Przeprawiliśmy przez Brdę i jedziemy dalej. Ujechaliśmy jakichś 3-4 km i wracamy. Tu spotkałem kaprala Gawareckiego, który przeprawił się przez rzekę i jest nagi, bo ubrania nie miał czasu zabrać, gdyż gonili go Niemcy.

Cofamy się dalej. Słyszałem rozkaz, że mamy zdobyć stację Bruchniewo, bo nie będziemy mieli chleba. Ano, jedziemy. Czołgi niemieckie za nami, i takież przed nami. Otworzyły mi się oczy, w jakiej znajdujemy się sytuacji. Okrążeni jesteśmy przez Niemców. Wjeżdżamy w las. Błota po kolana. Deszcz leje, jak z cebra. Na polance, a raczej na skrzyżowaniu szos, stoją samochody sztabu dywizji. Tabor się zatrzymał, kuchnie gotują obiad. Mięso, które pobrałem, kazałem wyrzucić, bo już śmierdziało. Natomiast kazałem się wziąć za oprawę dwóch wieprzków i gęsi. Ugotowaliśmy trzy kotły fasolówki na wpół z mięsem. Na wspomnienie teraz aż mi ślinka ciecze. Nadszedł dowódca baonu i każe taborowi posuwać się naprzód. Ujechaliśmy może ze 600 m — rozkaz: „Stać”! Zawracamy. Dowódca pułku prowadzi tabor za las, na polanę. Mamy szykować obiad do wydawania. Zrobiło się ciemno. Otrzymałem rozkaz wydawać jeść wszystkim oddziałom, jakie tylko się zgłoszą. Po wydaniu obiadu — raczej kolacji — dowiedziałem się, że zostali ranni: dowódca kompanii porucznik Poczobut, podporucznik Czapliński, podchorąży służby czynnej, których sierżant Cierocki ma transportować. Mocno ranni, których nie dało się zabrać z pola walki: podchorąży rezerwy Kubiak, kapral Właźliński i wielu innych oraz moc zabitych. Jednym słowem kompanie zostały zdziesiątkowane.

Dowódca pułku zarządził, by kompanie maszerowały i kuchnie przy kompaniach także. Tabor batalionu zaś ma ruszyć za kolumną.

Nareszcie ruszyliśmy około godz. 24.00. Nie wiem, kto tym taborem kierował. Dość, że odłączyliśmy się od kolumny wojska. Wjeżdżamy do wsi i naraz dostajemy krzyżowy ogień z karabinów maszynowych. Jeden zaś strzela z dachu domu jakieś 100 m od nas. Ja, sierżant Kaliszewski i wielu strzelców zaczęliśmy strzelać pociskami świetlnymi do tego domu, ale nic nie skutkuje — maszynka gra dalej. Znalazło się dwóch wojaków, którzy byli przy tym domu. Wdarli się do środka i wrzucili parę granatów. Po wybuchu ogień ustał.

Świt — 3 września. Jak wieś ta się nazywała, nie wiem. W każdym razie blisko stacji Błądzin. Ruszamy ze wsi, by jechać — sami nie wiemy gdzie. Dopiero zobaczyło się skutki nocy: moc trupów, wozów połamanych, koni itd. Gdzieś koło godz. 9.00 wyjechaliśmy na szosę. Tu prawdziwe pole zniszczenia: ludzie, konie, wozy, kuchnie, tornistry kupami leżą, płaszcze itp. rzeczy, wzdłuż całej szosy. Koło jakiegoś zabudowania zatrzymujemy się. Zobaczyłem palące się akta naszego pułku. Zacząłem grzebać i znalazłem fotografię sierżanta Kwiatkowskiego z rodziną.

Pojawiają się samoloty niemieckie — około dziewięciu. Zszedłem z szosy w bok pod drzewo i siedzę z plutonowym Grzesiakiem. Słychać wybuchy bomb wzdłuż szosy i zbliżają się w naszym kierunku. Nareszcie zaczynają walić po nas. Po rzuceniu kilku bomb samoloty odleciały. Po wyjściu na szosę zobaczyłem szczątki wozu przykuchennego i trupy koni.

Ruszamy dalej. Na szosie istne piekło. Żadnego porządku — jak kto chce, tak jedzie. Po jakiś 3 km zjeżdżamy z szosy w las. Niedaleko słychać trajkot karabinów maszynowych i strzały pojedyncze oraz okrzyki „hura!”. Zaczyna się popłoch, ale po jakimś czasie wojsko poszło naprzód. Około godz. 4.00 wozy zaczynają wyjeżdżać z lasu i jechać naprzód bez ładu, bez porządku — każdy na własną rękę. Więc i ja wyciągnąłem na szosę swoje wozy, i po jakimś czasie ruszyłem naprzód.

Ujechaliśmy około 800 m i dalej jechać nie można, gdyż na szosę po taborze zaczynają walić karabiny maszynowe z samolotów i tankietek, które pokazały się z prawej strony i jadą w naszym kierunku.

U nas — jak wiadomo — przy taborze żadnej broni cięższej. Jedną armatę ustawili na szosie i strzelają do czołgów. Wozy naturalnie wszystkie zakręcają i cofają się do lasu. Moje dwa wozy zatrzymałem między zabudowaniami i czekam.

Czołgi posuwają się coraz to bliżej szosy — już około 200 m. Wiedząc, że nasze wojska znajdują się w przodzie, razem z kapralem Gawareckim poza stodołą, dalej pagórkiem, posuwamy się, raczej biegniemy, aby dopaść rowu, znajdującego się na łące.

Nareszcie zastaliśmy w rowie chwilę odpoczynku. Patrzę — a przed nami wieś i na jednym z domów powiewa czarna chorągiew. Po paru minutach czołgamy się rowem dalej. Po przejściu jakichś 50 m leci pocisk armatni. Przykucnęliśmy, a on pada z trzaskiem w to miejsce, gdzie przedtem siedzieliśmy. Byłem już wyczerpany i upadałem z sił tak, że płaszcz byłem zmuszony zostawić.

Nareszcie dobrnęliśmy do skraju wsi, dalej idziemy przez pola do wsi następnej, odległej około 2 km, gdzie słychać mocną strzelaninę. Na łące spotykamy wóz, naładowany rzeczami. Obok krowy pasą się — część leży zabita. W rowie zaś siedzi około 10 osób — cywilów i jęczą wniebogłosy. Dwie kobiety leżą w rowie zabite.

Dobrnęliśmy nareszcie do wsi Przysiersk. Na szosie cała kupa wozów i batalion 50 pułku piechoty. Dowodzi podpułkownik. Ze wszystkich stron padają strzały. Także z wieży kościelnej, oddalonej około 800 m. Na lewo, około 1,5 km, posuwają się niemieckie czołgi. Porucznik Świerzb, mając jedno działko przeciwpancerne, wali do tych czołgów. Strzały celne, bo za drugim, trzecim strzałem ilość czołgów maleje. Tu spotkałem sierżanta Kaliszewskiego, który pilnował jeńców niemieckich, i plutonowego Grzesiaka. Zaczyna się zmrok i Niemcy nacierają. Kapitan Wojsznarowicz siedzi pod domem, podporucznik Haliczko lata z zabandażowaną głową, gdyż był ranny w szczękę.

Co za wojsko było w tym 50 pułku piechoty, to wprost moje pojęcie przechodzi. Zobaczyli 30 Niemców i wszyscy jak jeden zaczęli wiać. Oficerowie naturalnie też. Dopiero na interwencję moją, sierżanta Kaliszewskiego, porucznika Świerzba i księdza kapelana — do czego zmuszeni byliśmy używać pistoletów — poszli naprzód i naturalnie Niemcy zaraz zwiali. Zaczyna być za ciasno. Ze wszystkich stron nieprzyjaciel. Mówię sierżantowi Kaliszewskiemu: „Idziemy naprzód do swego pułku”. On zgadza się. Zaopatrzyliśmy się w karabiny, które zabraliśmy woźnicom, w naboje, granaty i chcemy iść naprzód. Schodzimy do rowu obok szosy — leży pełno żołnierzy. Mówimy: „Idźcie naprzód”. Oni ani rusz. Dopiero, gdy przeszliśmy po nich, ruszyło za nami może z dziesięciu.

Ogień różny ze wszystkich stron. Posuwamy się skokami. Nad nami latają zygzaki świetlnych pocisków — i armatnich, i karabinowych. Szczęście było nasze, że ogień, tj. pas działania, nie był szeroki. Zupełnie już ciemno. Kulki koło nas już nie gwiżdżą. Pozostaliśmy z tyłu i tu dopiero zobaczyłem żniwo ognia: ludzie, konie, wozy — wszystko razem. Jęk rannych nie daje spokoju. Wciąż słychać: „dobijcie mnie”, „wody”... Na całej szosie armaty, wozy, jeszcze i konie — wszystko zmieszane i poprzewracane. Idziemy już spokojniej. Koło jakiejś chałupy stoją cywile i mówią: „Panowie nie idźcie dalej, bo tu są Niemcy”. Pytamy: „Gdzie?” — „O, tu, jakieś 200-300 m”. Faktycznie spotykamy kaprala Perdenię z 3 kompanii i mówi, że kapitan Pietrzak cały tabor oddał do niewoli. Później spotykamy jakiegoś podporucznika rezerwy. Pytam: „Co jest panie poruczniku?”. Odpowiada, że jesteśmy w niewoli — kapitan Pietrzak tak załatwił. Mówię do Kaliszewskiego: „Idź, zobacz, gdzie on jest”. Aż tu widzimy przed nami żołnierzy niemieckich. Leon, jako umiejący mówić po niemiecku, idzie i rozmawia z Niemcami. Mówi, że chcemy widzieć kapitana Pietrzaka. Niemcy nas już okrążyli i mówią, że kapitan Pietrzak „weg” (nie ma go), bo pojechał z oficerami. Zaczynają pojedynczo nas rozbrajać i grupami odprowadzają. Jednym słowem zostaliśmy niewolnikami. Kazali nam rzucić karabiny, pas z pistoletem, hełm itd. Prowadzą nas, a ja mówię do Leona, że mam w torbie karty żołdu, listy i różne dokumenty. On mówi, że też ma. Zaczynamy po drodze to niszczyć i tu jedno głupstwo palnąłem, bo zniszczyłem wspólną fotografię — jedyną pamiątkę z domu, no i legitymację.

Paweł Kozłowski

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Piotr Wojsznarowicz
Comment
Re: Pamiętnik z niewoli
Komentarz #1 wysłany 2010-07-11, 16:41:37
Jestem wnukiem kapitana Antoniego Wojsznarowicza. Będę wdzięczny za jakiekoliwiek informacje i publikacje dotyczące Jego osoby z okresu wojny obronnej 1939 roku i póżniejszego pobytu w niewoli.
Czasopis.pl na Facebook