Porozmawiajmy o obliczu Białegostoku. Jego obecne władze, które Panowie reprezentują, próbują nadać mu nowy wizerunek. Jednak dla kogoś z zewnątrz Białystok wciąż nie jest miastem z jakimś szczególnym klimatem. Ot, aglomeracja jakich w Polsce wiele. Wyróżnia ją jedynie położenie przy wschodniej granicy i — raczej już dla wnikliwych — prawosławie oraz mieszkający tu polscy Białorusini. Co miejscowe władze robią, by stworzyć niepowtarzalny klimat, charakter w tym mieście?
Tadeusz Arłukowicz: — Rzeczywiście, Białystok potrzebuje nowego otwarcia. I po to w pierwszej kolejności intensywnie przebudowujemy jego infrastrukturę. Na nowo wytyczamy trasy komunikacyjne, budujemy drogi, a przed nami też rozwiązanie problemu śmieciowego i wielu innych spraw komunalnych. Powstał plac miejski, który już nadał nowe oblicze centrum Białegostoku.
Wraz z tą zakrojoną na szeroką skalę przebudową miasto bezpowrotnie traci jednak swój dawny koloryt. Po historycznej zabudowie nie ma już niemal śladu. A właśnie to w głównej mierze decyduje o klimacie każdego miasta. Tymczasem tak urokliwe niegdyś białostockie Bojary, a teraz Piaski, zamieniają się w dzielnice jak wszędzie — ze sztampowych katalogów architektonicznych.
Aleksander Sosna: — Klimatu Białegostoku nie da się zbudować w ciągu kilku lat, na to potrzeba całych dekad. Jego kształtowaną wiekami tożsamość brutalnie przerwała II wojna światowa. Do tamtych więzi powrócono po 1989 r., ale długo nie przywiązywano do tego należnej wagi. Dopiero obecne władze przywracają co się jeszcze da z dawnej świetności Białegostoku. To prezydent Tadeusz Truskolaski postanowił, że przyszłość miasta trzeba budować na jego przeszłości i w żadnym razie nie zrywać z historią. Jeszcze kilka lat temu o cmentarzu ewangelickim na ul. Produkcyjnej nikt nawet nie słyszał. A my go uporządkowaliśmy, podobnie jak cmentarz żydowski przy ul. Wschodniej, na którego renowację z kasy miejskiej przeznaczyliśmy 400 tys. zł. Drugi kirkut, przy ul. Bema, zaczęliśmy również porządkować. W mieście stanęły tablice, przypominające o dawnej zabudowie. Do tego trzeba dodać ścieżkę esperanto. To też jest powrót do tradycji. Twórca tego języka, Ludwik Zamenhoff, tu się przecież urodził, a dotąd nikt tym nawet jakoś specjalnie się nie chwalił. Tego typu działania sprawiają, że Białystok zaczyna być postrzegany jako rzeczywiście miasto wielokulturowe. Można wreszcie otwarcie mówić, że oprócz Polaków mieszkają tu inni, nawet Żydzi.
T.A.: — Białystok jest stolicą województwa, które jako jedyny w Polsce region zachowało naturalnie, historycznie ukształtowaną wielokulturowość. Wszyscy, którzy tu mieszkamy, jesteśmy ze wschodu, bo tak postrzegają nas z zewnątrz. I tej identyfikacji musimy nadać większe znaczenie, odwołując się jednocześnie do wizerunku z przeszłości, do tutejszej historii.
I dlatego m.in kandyduje pan do europarlamentu?
— W europarlamencie chciałbym pracować w komisjach rozwoju regionalnego, transportu, turystyki, kultury i edukacji. Uważam, że mam kompetencje, żeby dobrze reprezentować w Brukseli nasze wielokulturowe Podlasie i tym samym pomóc stworzyć w naszym regionie jak najlepsze warunki do życia.
Wracając do Białegostoku, tu wciąż cieniem kładą się zaszłości historyczne, polityczne, a nawet społeczne. Sokrat Janowicz, który w tym mieście przemieszkał ponad czterdzieści lat, do dziś postrzega je jako ogromnych rozmiarów wieś. Nie da się ukryć, że 90 proc. mieszkańców ma chłopskie pochodzenie i mieszka tu dopiero w pierwszym, drugim, najdalej trzecim pokoleniu. Czy nie w tym tkwi główny problem z kształtowaniem się oblicza miasta, uwolnionego od wiejskich kompleksów jego mieszkańców?
T.A.: — Sokrat Janowicz jako człowiek niezwykle mądry i przenikliwy rzeczywiście dostrzegł ważki problem Białegostoku. W wyniku wojny jego ludność skurczyła się aż o trzy czwarte. Drastycznie została zaburzona struktura społeczna mieszkańców. Ci którzy budowali miejskość Białegostoku — fabrykanci, rzemieślnicy, kupcy — nagle zniknęli. Zniknęła żydowska przede wszystkim klasa robotnicza. Napłynęli ludzie — przeważnie młodzież — z całej chłopskiej Białostocczyzny oraz tzw. repatrianci ze wschodu. To miasto powstawało jakby od nowa. Białystok swój pierwotny charakter zatracił dawno temu.
Wychowałem się w rodzinie wywodzącej się ze wschodu. Moja mama urodziła się na terenie obecnej Republiki Białoruś, w rejonie brasławskim, tata urodził się w Wilnie. Babcia, która mną się opiekowała, rozmawiała po naszemu. Na dzisiejszy białostocki świat patrzę przez pryzmat doświadczeń swej rodziny i uważam, że powinniśmy nie tyle budować, co odbudowywać, tożsamość tego miasta. Na tych terenach zawsze ludzie żyli w narodowościowym kotle, ale było im z tym dobrze.
Bardzo dobrze, że miasto nawiązuje do swej historii, do dawnej wielokulturowości. Przywracanie śladów przeszłości dotyczy jednak społeczności, których już praktycznie nie ma. Dziś o wielokulturowości miasta świadczą jednak i żywi ludzie. Ale gdyby nie cerkwie, to przyjezdni pewnie nawet nie by zauważyli, że mieszkają tu prawosławni, Białorusini. Miasto jakby tym się nie szczyci...
T.A.: — Nie do końca z tym się zgadzam. Być może rzeczywiście zbyt małe akcenty kładzione są na wielokulturowość naszego miasta. Robimy to na tyle silnie, na ile oczekują tego od nas te środowiska. Staramy się przede wszystkim wspierać organizacje imprez o charakterze wielokulturowym. W tym roku z kasy miejskiej na jeden tylko festiwal Podlaska Oktawa Kultur przeznaczyliśmy 140 tys. zł. Dofinansowujemy też imprezy i przedsięwzięcia działających w mieście organizacji mniejszościowych. Miasto mocno otwiera się także na oświatę tych środowisk. Po pewnych zawirowaniach, nie do końca przez nas zrozumiałych, udało nam się wreszcie ułożyć właściwe relacje z Bractwem św.św. Cyryla i Metodego, którego priorytetem jest teraz prowadzenie niepublicznej szkoły podstawowej, jedynej tego rodzaju w mieście, a nawet w kraju. Chcemy pomóc w takim zakresie, na jakie pozwala prawo, by ta placówka mogła istnieć i się rozwijać. Cieszymy się również, że w Białymstoku funkcjonuje już pełen system — od przedszkola po szkołę średnią — nauczania języka białoruskiego...
To jednak głównie zasługa zaangażowania i determinacji tego środowiska.
— My jako władze miasta nie przypisujemy sobie oczywiście zasług w tej dziedzinie. Ale ważne, że takie placówki działają, co świadczy, że klimat do tego rodzaju działań jednak istnieje. Miasto jest otwarte na współpracę ze środowiskami mniejszościowymi. W ramach wiodącego w Radzie Miejskiej klubu Platformy Obywatelskiej w sposób spokojny, zgodny i przyjacielski działają też radni związani z Cerkwią i mniejszością białoruską. To jest dowód, że tę współpracę można ułożyć właściwie.
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społeczności prawosławnej od przyszłego roku regulaminowo rozwiążemy w końcu problem z dniami wolnymi w szkołach podczas świąt prawosławnych. O ile tylko będzie dobra wola ze strony dyrekcji szkół i rad pedagogicznych.
Myślę zatem, że klimat zrozumienia i chęci współpracy władz miasta ze środowiskami mniejszości jest teraz dobry jak nigdy dotąd i powoli będziemy odbudowywać to, co w pewnym sensie zostało zatracone.
Organizacje białoruskie wskazują jednak chociażby na charakter dorocznych Dni Białegostoku, w których akcentów mniejszościowych nie ma prawie wcale. Rok temu Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne zaproponowało, że w ramach tej centralnej miejskiej imprezy zorganizuje występ swego chóru. Odpowiedziano, że owszem, ale na własny koszt...
T.A.: — Dni Białegostoku mają taką formułę, że wielokulturowości aż tak bardzo się na nich nie eksponuje. Układając program tej imprezy staramy się, by był atrakcyjny dla jak najszerszego kręgu mieszkańców, nie traktując poszczególnych imprez w sposób wybiórczy.
A.S.: — Coraz częściej spotykamy się z propozycjami różnych środowisk, nie tylko mniejszościowych, chcących dołączyć się do organizacji dużych imprez, jak Dni Białegostoku, czy zaplanowany na lipiec Światowy Kongres Esperantystów. Ale nie mogą przychodzić z tym za pięć dwunasta. Przygotowania do czerwcowych Dni Białegostoku rozpoczynają się już we wrześniu. Należy zatem przestrzegać procedury, można też składać oferty w ogłaszanych przez nas konkursach na dofinansowanie przedsięwzięć kulturalnych. Tylko trzeba to robić odpowiednio wcześniej. Trzymając się tej zasady zaplanowaliśmy program lipcowego kongresu esperantystów tak, aby w czasie jego trwania Białystok mógł przed tak szacownym międzynarodowym gremium poszczycić się także wielokulturowością regionu. Odbędzie się specjalny koncert, na którym wystąpią m.in. bielska „Małanka”, „Czeremszyna” i chór cerkiewny z katedry św. Mikołaja.
W tych działaniach widać rękę jednego z wiceprezydentów, którym po raz pierwszy chyba w historii został przedstawiciel środowiska cerkiewnego, nie skrywający przy tym swej przynależności do mniejszości białoruskiej. Tymczasem władzę w mieście sprawuje Platforma Obywatelska. Czy Pan (pytanie do prezydenta Sosny) zapisał się już do tej partii?
A.S.: — Takiej propozycji nikt mi dotąd nie złożył. Ale proszę zauważyć, że najważniejszy włodarz miasta, czyli prezydent Tadeusz Truskolaski, także nie jest członkiem PO. Bo istotą tej partii jest właśnie to, że jest platformą dla wszystkich. I mnie to jak najbardziej odpowiada. Moje wstąpienie do PO to ewentualnie kwestia przyszłości. Nigdy nie byłem działaczem politycznym. Utożsamiam się ze środowiskiem prawosławnym i zawsze starałem się być coś robić dla swojej społeczności, bo ona jest bierna. To nie jest często tak, że to władze nie chcą pomóc mniejszości, ale ona sama nie potrafi się zorganizować, by chociażby występować o dotacje, czy wykorzystywać inne możliwości.
Mniejszość jest nie tyle niezorganizowana, co — ze swej natury — po prostu słaba i wymaga wsparcia, nie tylko finansowego, przede wszystkim potrzebuje właśnie klimatu do działania. By nie chować się, jak teraz, ze swoją odmiennością.
A.S.: — Mniejszość będzie się rozwijać samodzielnie, tylko nie należy jej w tym przeszkadzać. Do Białegostoku bardziej pasuje określenie nie wielokulturowy, ale różny. Powinniśmy dążyć do modelu amerykańskiego, który godzi ze sobą ponad dwieście narodowości. Chciałbym, aby podobnie było u nas. By każdy powiedział najpierw, że jest białostoczaninem, a potem dopiero, że Polakiem, Białorusinem, prawosławnym...
Pytanie do prezydenta Sosny. Oczekiwania Cerkwi i mniejszości, których niejako jest Pan reprezentantem, nie zawsze są zgodne z polityką władz miasta i Platformy Obywatelskiej. Siłą rzeczy w Pana pracy muszą pojawiać się na tym tle dylematy. W ubiegłym roku w centrum miasta odbyła się manifestacja przeciwko uznaniu przez Polskę niepodległości Kosowa. Władze Białegostoku, jak wiadomo, tę deklarację poparły jako jedne z pierwszych w kraju. To z pewnością nie było po myśli prawosławnego wiceprezydenta, podobnie jak wspieranie z budżetu miasta festiwalu muzyki cerkiewnej, nieuznawanego przez Cerkiew.
A.S.: W manifestacji nie brałem udziału, bo odbywała się w godzinach urzędowania. Ale jako członek Bractwa św.św. Cyryla i Metodego, jego sekretarz, organizowałem koncert „Dzieci dla Serbii”. Gdybym zaś nadgorliwe podzielał oficjalne stanowisko polskich władz w sprawie Kosowa, mógłbym wysłać straż miejską, by nie dopuścić do tej manifestacji.
Ta manifestacja była legalna.
T.A.: — Powód zawsze by się znalazł (śmiech).
A.S.: — Odnośnie muzyki cerkiewnej — miasto wspiera oba festiwale...
Ale nie w równych proporcjach.
A.S.: — To prawda. Z uwagi na to, że festiwal Mikołaja Buszki jest organizowany w Białymstoku, wspieramy go jako ważną dla miasta imprezę kulturalną. Natomiast festiwal organizowany przez stowarzyszenie o. Niegierowicza odbywa się w Hajnówce, w Białymstoku są tylko koncerty. Różna formuła obu imprez ma swoje odzwierciedlenie w sposobie ich dofinansowania przez budżet Białegostoku.
A jak władze miasta odebrały ujawnioną niedawno współpracę hierarchów Cerkwi, w tym jej zwierzchnika metropolity Sawy, ze Służbą Bezpieczeństwa w czasach PRL?
T.A.: — Nie wolno tamtych czasów oceniać tylko poprzez pryzmat suchych doniesień zachowanych w teczkach, które trafiły do IPN. Życie człowieka, moim zdaniem, podlega tylko ocenie boskiej. Historycy mają oczywiście prawo zabierać głoś w tych sprawach, ale nie powinni tego robić pochopnie.
A.S.: — Jako syn prawosławnego duchownego postanowiłem w tej sprawie głosu nie zabierać. Dla ilustracji problemu podam przykład z własnej pracy zawodowej. Jako wiceprezydent Białegostoku w ramach oficjalnej wizyty przyjąłem delegację dowództwa Grodzieńskiego Okręgu Wojskowego. Następnego dnia z samego rana byłem już u oficera kontrwywiadu, który mnie wypytał co, jak i gdzie. Nie donosiłem, tylko z racji pełnionej funkcji zdałem relację ze spotkania. Czy jestem tajnym współpracownikiem?

