Natalla Gierasimiuk urodziła się w Brześciu na Białorusi. Przed wojną było to terytorium Polski, dlatego jak wiele osób z obecnego pogranicza ma rodzinę zarówno w Polsce, jak i w Białorusi. W Polsce ma ciotkę i ciotecznych braci. W Białorusi skończyła studia i tam podjęła pierwszą pracę — pięć lat uczyła w szkole. W młodości mogła do Polski przyjeżdżać tylko raz na dwa lata. W czasach Związku Radzieckiego przekraczanie granic nie było mile widziane. Na stałe przyjechała w 1993 roku. — Poszłam za mąż i już nie wróciłam — żartuje. Jej pierwszym miejscem pracy było Muzeum Kultury Białoruskiej w Hajnówce. Przepracowała tam 9 lat. Od trzech lat związana jest z białoruskim Radiem Racja w Białymstoku.
Czy po 16 latach mieszkania w Polsce coś cię jeszcze tutaj dziwi?
— Tak, nadal jestem zdziwiona, kiedy pomagając komuś w błahych sprawach, na przykład gdzieś podwożąc, słyszę pytanie: „Ile się należy?”. Tego ciągle nie mogę zrozumieć. Kiedy miałam jeszcze małe dzieci, poprosiłam sąsiadkę, by zerknęła, czy wszystko w z nimi porządku, bo sama chciałam wyjść na chwilę do sklepu. A ona wtedy mnie zapytała: „Za ile?”. Ja jej na to: „Za chwilę”. Tymczasem ona mnie pytała, ile za to zerknięcie, czy dzieci się bawią, ja jej zapłacę!
A co ci się tutaj podoba w porównaniu z Białorusią?
— Można w Polsce otwarcie mówić, co się myśli, można sobie organizować spotkania, manifestacje, spontanicznie, bez pytania kogokolwiek o pozwolenie, nikogo za takie rzeczy się nie karze. W Białorusi można być ukaranym nawet za zebranie się pod choinką w Nowy Rok.
Od wielu lat, a na stałe mieszkasz w Hajnówce, do rodziców jeździsz do Wysokiego. Przed sześćdziesięciu laty był to jeden kraj, zamieszkiwany przez takich samych ludzi, w większości Białorusinów. Jak zmienili się ludzie, jakie procesy zaszły po obu stronach granicy, która ich rozdzieliła?
— Zmieniło się dużo, bo od tego czasu wyrosło kilka nowych pokoleń. I chociaż historia i mentalność były wspólne, to dzisiaj ludzie się różnią. Uogólniając, można powiedzieć, że na wschód od granicy ludzie żyją z ciężkim bagażem ZSRR, a na zachód z bagażem Polski Ludowej, których jednak nie można porównywać. Przyłączenie zachodniej Białorusi do ZSRR oznaczało koniec prywatnej własności. W Polsce, chociaż komunistycznej, chłopi pozostali enklawą kapitalizmu. W Polsce rolnik nie czekał, aż władze nakażą mu zaczynać sianokosy, bo gospodarował na swoim. To zasadnicza różnica. Kolejna wynika z przerwania tradycji religijnej. W Polsce od pradziada do wnuków przechodziła tradycja chodzenia do cerkwi, nawet jak zmienił się system. W Białorusi sowieckiej nastała przepaść. W pierwszych latach powojennych niszczono cerkwie, a chodzenie do kościoła było zabronione. Pamiętam z dzieciństwa, że podczas świąt religijnych po nielicznych czynnych cerkwiach chodzili nauczyciele i komitety rodzicielskie, sprawdzając, czy jakiś uczeń lub uczennica nie przyszedł na służbę. Jeśli kogoś zauważono w cerkwi lub tylko w pobliżu, miał ogromne nieprzyjemności. Ja sama z Cerkwią zetknęłam się po raz pierwszy dopiero na studiach, dzięki lekcjom ateizmu naukowego. Miałam się dowiedzieć, dlaczego Boże Narodzenie wierzący obchodzą zawsze tego samego dnia, a Paschę w różne dni. Po odpowiedź poszłam do batiuszki! Nawet się z nim zaprzyjaźniłam, a potem w szkole uczyłam jego dzieci. Ale nastał czas odwilży w samym Związku Radzieckim i radzieckiej Białorusi. Byłam niechrzczona, gdyż moja matka, nauczycielka, nie mogła ochrzcić swoich dzieci. Kiedy już można było, w 1988 roku, mając 21 lat, razem z młodszym o dziesięć lat bratem poszliśmy, z ciekawości bardziej niż wewnętrznej potrzeby, do cerkwi poprosić o ochrzczenie nas. Nastała moda na chrzty. Do sąsiadki przyjechał wówczas zięć, mający 45 lat, i też się ochrzcił, a ja, o połowę młodsza, byłam jego matką chrzestną. Dzisiaj uważam, że religia nie powinna być sprawą mody, lecz głębokiej świadomości, ale wtedy był to masowy ruch w reakcji na zniesienie represji ze strony władz. Dzisiaj bliższe są mi zapomniane tradycje przedchrześcijańskie niż postawy wielu chrześcijan, którzy traktują religię jako tylko formułę, a postępują zupełnie inaczej.
Co dzisiaj różni ludzi żyjących po obu stronach granicy?
— Mogę na to odpowiedzieć, posługując się przykładem dwóch braci z mojej najbliższej rodziny. Mój dziadek, który był do szpiku kości komunistą, wierzył w idee lepszego życia i socjalizmu, wyjechał w 1946 roku do radzieckiej republiki Białoruś, a jego brat postanowił pozostać w Polsce. Ten pierwszy nigdy się nie przyznał, że żałuje, iż wyjechał, choć lekko mu nie było. Drugi, gospodarz na swojej ziemi, też nie chciał się porównywać do brata. Jednak stosunek do pieniądza u obu zmienił się ogromnie. Dla mojego dziadka pieniądz to był tylko środek płatniczy. Nie przywiązywał do niego większej wagi, o co w systemie komunistycznym było nietrudno. Dla jego brata pieniądz stawał się podstawową wartością. Można to uogólnić
Zyskując w gospodarce rynkowej wolność, jakąś cząstkę wolności zarazem tracimy?
— Być może tak właśnie jest, ale to już zależy od nas samych, nie od przymusu ze strony systemu.
Gdzie jest więcej Białorusi? W Polsce postępuje polonizacja...
— ...a tam rusyfikacja. Etnicznej Białorusi na pewno jest więcej po wschodniej stronie granicy, ale to w Polsce się więcej mówi o procesach związanych z zachowaniem tożsamości. Moim zdaniem Białorusin, podobnie jak Litwin czy Francuz, nie musi nikomu udowadniać, kim jest. Jestem Białorusinką i nic tego nie zmieni. Nie ma żadnego zagrożenia. Nie muszę na każdym kroku o tym mówić, bo nie mam kompleksów.
To może rację mają ci, którzy są przeciw dwujęzycznym nazwom, wracaniu do brzmień historycznych, związanemu z tym zamieszaniu?
— Nie, to zupełnie inny temat. Dbałość o język i historyczne nazwy to nasz obowiązek. Nam, Białorusinom mieszkającym w Polsce i będącym obywatelami Polski, po prostu należy się to samo co Polakom. I tyle. Nie musimy niczego udowadniać. Oczywiście, należą nam się także nazwy po białorusku! Natomiast wielu lokalnych polityków w okresie przedwyborczym nagle przypomina sobie o swoich korzeniach, a po wyborach marginalizują postulaty i obietnice przedwyborcze, przypomną sobie o nich przed kolejnymi wyborami. To manipulacja. Każdy z nas może zrobić bardzo dużo, poczynając od swojej rodziny. Zamiast deklarować białoruskość, lepiej nauczyć swoje dzieci rodzinnej mowy. Rozmawiać z nimi w swoim języku. Kulturę i tożsamość zaczynamy pielęgnować od własnego gniazda. Dlatego do władz samorządowych miałabym tylko jeden apel — niech nie przeszkadzają lokalnej kulturze. Na siłę jej nie podtrzymamy, ale możemy też zaszkodzić, przypominając sobie o białoruskich korzeniach tylko przy okazji wyborów.
Już trzeci rok pracujesz jako reporterka białoruskiego radia, nadającego z Polski. Jakie masz doświadczenia wynikające z tej pracy?
— Robię reportaże nie tylko z polskimi Białorusinami, także z mieszkańcami Białorusi i z Polakami, a także z Białorusinami zamieszkującymi inne kraje. Kiedy zaczynałam pracę w Muzeum Kultury Białoruskiej w Hajnówce, wydawało mi się na początku, że mam misję zachowania tutaj białoruskości. Tymczasem okazało się, że środowisko białoruskie w Polsce nie jest takie znowu słabe. Jest tygodnik i miesięcznik, są książki, są inne media i wiele twórczych środowisk. Pracując w terenie widzę, że życie białoruskie tutaj istnieje, nie trzeba go animować, wystarczy się tylko dołączyć, więc się dołączyłam. Ani Litwini w Polsce, ani Rosjanie staroobrzędowcy, ani żadne mniejszości nie muszą się samoreklamować — trzeba być, z poczuciem przynależności. To wystarczy, żeby zachować swoją tożsamość nie na pokaz, a dla siebie.
A gdybyś mogła jakoś magicznie wpłynąć na świat, co byś chciała zmienić?
— Chciałabym takich zmian w Białorusi, żeby ona dołączyła do Europy. Wbrew eurosceptykom daje ona najlepsze gwarancje i dla mniejszości, i dla języków, i dla kultur. To zupełnie co innego niż niegdysiejszy Związek Radziecki z jednym językiem i jedną przewodnią rolą partii, która z łaski utrzymywała pozory republiki białoruskiej. Ale jest i inny powód. W Białorusi mieszkają moi rodzice i chciałabym móc ich odwiedzać co tydzień, nie przekraczając uciążliwej granicy z UE. Chcę móc pojechać do mamy na herbatę i za chwilę wrócić do domu, tak normalnie, bez przybijania pieczątek w paszporcie.
Na koniec muszę zadać pytanie o Muzeum Kultury Białoruskiej w Hajnówce, gdzie zostawiłaś część swojego serca. Wróciłabyś tam dzisiaj?
— Zostawiłam tam moje dziecko — bibliotekę, ale jakiś osad na duszy mi pozostał. Nie wróciłabym tam, bo nie wraca się dwa razy w to samo miejsce, ale gdyby zaszły jakieś zmiany, na pewno bym pomagała ożywić to miejsce.
Granica na odcinku od Puszczy Białowieskiej po Bug podzieliła jednorodny kulturowo i społecznie obszar, odcinając wsie od cerkwi, cmentarzy. Po niektórych wioskach w pasie granicznym pozostały tylko fundamenty, sady, cmentarze, zarys pól. Tak się stało z Tokarami, Wólką, Bobinką. Wioska Hola to dzisiaj tylko miejsce, gdzie do pociągu wchodzą pogranicznicy. Ludzie, którzy ją pamiętali, już odeszli. Nowe pokolenia tylko z opowieści wiedzą, że kiedyś ciągnęła się kilometrami i że cmentarz po tej stronie granicy należał do wsi, która została po drugiej stronie.

