W marcu ukazała się wreszcie publikacja Instytutu Pamięci Narodowej, która na długo przed drukiem wprawiła w ogromne zakłopotanie naszą Cerkiew, a szczególnie stojącego na jej czele metropolitę Sawę jako głównego negatywnego bohatera przygotowywanego wtedy jeszcze opracowania. O sprawie zrobiło się głośno pod koniec roku. Po zautoryzowaniu przez władykę Sawę rozmowy z historykami IPN, w której ustosunkował się on do swych wieloletnich kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa w czasach PRL, niespodziewanie „Gazeta Wyborcza” z hierarchą (najwidoczniej na jego prośbę) pośpiesznie przeprowadziła na ten temat obszerny wywiad, który ukazał się tuż przed prawosławnymi świętami Bożego Narodzenia. Ta próba załagodzenia sytuacji jednak się nie powiodła. Tydzień później w dzienniku „Rzeczpospolita” ukazał się druzgocący artykuł, z którego wyraźnie wynikało, że w czasach PRL Służba Bezpieczeństwa w dużym stopniu miała władzę nad Polskim Autokefalicznym Kościołem Prawosławnym, a większość biskupów była zarejestrowana jako tajni współpracownicy. W świetle zachowanych akt sprawy obiektowej „Bizancjum” najbardziej gorliwy był właśnie arcybiskup Sawa, któremu nadano pseudonim TW „Jurek”.
Komentarze i dyskusje wokół tego smutnego dla nas tematu, który obiegł prasę ogólnopolską i długo nie schodził z łam gazet białostockich, nie milkną do dziś. Oczywiście niebawem wszystko ucichnie, ale uszczerbek na autorytecie naszej Cerkwi pozostanie pewnie na długo. Bo czy może być jakimś pocieszeniem lub usprawiedliwieniem to, że wśród tajnych współpracowników SB bardzo licznie figurowali również duchowni Kościoła katolickiego, i także z prominentnych kręgów?
Opracowanie, które zanim się ukazało, narobiło tyle szumu, opublikowano w najnowszym tomie serii IPN „Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944-1989”, który niemal w całości jest poświęcony działaniom bezpieki wobec Kościołów i związków wyznaniowych. Pracowało nad tym kilkunastu historyków (także spoza instytutu). Związkom Cerkwi z SB poświęcono dwa artykuły — W kręgu „Bizancjum” i Sprawa księdza Jana Lewiarza (zwerbowanego do współpracy duchownego związanego ze społecznością ukraińską, choć uważającego się za Polaka). Pierwszy tekst jest bardzo obszerny (został napisany przez dwóch autorów), liczy prawie 80 stron i szczegółowo analizuje mechanizmy kontroli i podporządkowania struktur cerkiewnych przez ówczesne władze, a przede wszystkim służby specjalne. Najwięcej uwagi poświęcono ponaddwudziestoletniej (od 1965 r.) działalności TW „Jurka”. W artykule roi się od cytatów z zachowanych materiałów operacyjnych. Wynika z nich niezbicie, że arcybiskup Sawa, jak też inni duchowni i hierarchowie, z funkcjonariuszami SB kontaktowali się niezwykle często, również z własnej nieprzymuszonej woli. Tymi bardzo kontrowersyjnymi metodami, nierzadko w sprzeczności z zasadami religii, za wszelką cenę robiono w Cerkwi kariery, a nawet prowadzono różnorakie interesy.
Teraz wmawia się nam, że inaczej być nie mogło. Bo żeby kupić choćby symboliczny woreczek cementu na załatanie kawałka odpadającego tynku wewnątrz cerkwi, należało układać się z władzami. Nie mówiąc o pozwoleniach na większe remonty, na budowę nowych nie wspominając. Czy była to jednak — jak twierdzi dziś władyka Sawa — aż „gra z bezpieką o życie Cerkwi”? Tym bardziej, że z publikacji IPN wyłania się jeszcze jeden smutny obraz. To samoniszczenie pod nadzorem SB najmniejszych przejawów ożywienia narodowościowego wśród wiernych — u nas białoruskiego, a na południu ukraińskiego. I mamy dziś to, co mamy. Czyli „brak zapotrzebowania na nabożeństwa w językach narodowych”.
Po tej lekturze skłonny wszak jestem władyce Sawie uwierzyć, iż współpracując z SB nie poczuwał się do bycia wówczas agentem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Miał po prostu taki swój twardy styl i bezwzględny charakter, uwarunkowany jednakowoż doświadczeniem życiowym i ówczesnymi realiami. Być może inaczej nie dało się zdyscyplinować duchowieństwa i zaprowadzić porządków w parafiach (władyka Sawa jak najbardziej dał się poznać jako bardzo dobry gospodarz). Ale te metody, stosowane w naszej Cerkwi po dziś dzień, może należałoby w końcu zmienić i powrócić do źródeł, czyli autentycznej modlitwy i budowania wspólnoty, poczucia więzi z wiernymi, których z każdym rokiem wciąż przecież ubywa.
Takich rozważań w artykule W kręgu „Bizancjum” oczywiście nie znajdziemy. Sprawdziły się moje obawy, wyrażone w tym miejscu w numerze lutowym. Historycy IPN mnie zawiedli. Wgłębiając się w zawartość teczek, zapomnieli o realiach codziennego życia w tamtym okresie. Z racji najpewniej swego młodego wieku tamtych lat nie pamiętają, wskazane byłyby zatem jakieś dodatkowe studia lub przynajmniej konsultacje. Bo czyż można mierzyć przeszłość współczesnymi miarami?
Z dwójki autorów szczególnie zastanawia mnie jeden — białostoczanin dr Krzysztof Sychowicz. Nazwisko brzmi dość swojsko, ale nawet jak na historyka przystało zbyt mocno dystansuje się on do społeczności, którą jako naukowiec się zajmuje. Między zdaniami można nawet odczuć pewną do nas, Białorusinów, niechęć. A już szczególnie do Sokrata Janowicza, któremu poświęcił drugi zamieszczony w najnowszym tomie „Aparatu Represji...” artykuł — TW „Kastuś” i Służba Bezpieczeństwa a środowisko białoruskie na Białostocczyźnie. Tu również brak jest jakiejkolwiek analizy podłoża społecznego opisywanego okresu. Sokrat Janowicz przedstawiany jest z całej mocy jak bohater jednoznacznie negatywny. Jego heroiczne zerwanie współpracy z SB w artykule jest wręcz zmarginalizowane. I o ile w pierwszym tekście nie omieszkano zauważyć, że niechrześcijańskie postępowanie prawosławnych hierarchów nie przeszkodziło im w robieniu późniejszych karier, to o wzbiciu się Janowicza — wyłącznie dzięki swemu wielkiemu talentowi i niesamowitemu uporowi — na wyżyny literatury i o cenie, jaką musiał za to zapłacić, nie wspomina się nawet słowem.
Трэба было мне крыху сысці на другі бок, каб адчуць, што тое, чым займаюцца нашы беларускія дзеячы, і што прэзентуюць нашы прэс-, радыё- ці тэлежурналісты, да людзей звычайна не даходзіць. Працуючы штодзень дырэктарам Дому культуру ў Гарадку, на свае вочы бачу, што беларуская мяншыня такою беларускацю, якая прапагандуецца з Беластока (не гаворачы пра надалей савецкую Беларусь), проста не жыве. Таму няма ў народзе гордага беларускага самаадчування.
Гэта можна памяняць толькі быўшы разам з народам. Але ні ў якім разе так, як тое робіць часам „Ніва”, пасылаючы польскамоўнага журналіста ў нашу вёску. Пасля з’яўляецца артыкул, нават цікавы (і то на экспанаванай старонцы!), але ці няма ўжо сярод нашых калег кагосьці, хто запісаў бы выказванні, звяртаючыся да людзей па-свойму? А так, — узнікае проста нейкае кабарэ. Пазбягаймы такога.

