W tym roku mija dwadzieścia lat od wydarzeń, będących dziś synonimem przemian ustrojowych w Polsce. Chociaż oblicze kraju coraz odważniej kształtują dziś pokolenia, które Okrągły Stół i pamiętne wybory w czerwcu 1989 r. znają tylko z podręczników historii i opowiadań rodziców, to poprzednia epoka ciągle ma spory wpływ na zachowanie społeczeństwa, a szczególnie jego postawy polityczne. Aż nadto widoczne jest to wśród naszej mniejszości, gdzie resentymenty z czasów PRL są nadzwyczaj silnie zakorzenione. A to dlatego, iż powojenne półwiecze, uchodzące często w Polsce za okres smuty i zniewolenia, dla nas, Białorusinów, było czasem olbrzymiego skoku cywilizacyjnego. Pokolenia, które tego doświadczyły — dziś ludzie od pięćdziesiątki w górę — są twardo przekonane, że tamten system był wybawieniem. Gdyby nie „komuna”, po dziś dzień żyliby w biedzie niczym ich przedwojenni przodkowie. Ten absurdalny pogląd oczywiście dawno już upadł, choć są tacy, którzy pewnie będą trzymać się go do samej śmierci. Pozostając głusi na argumenty, że wychodząc z podobnej powojennej miernoty (i ciemnoty) inne kraje, niekomunistyczne, dokonały znacznie większego skoku cywilizacyjnego niż ten, który dokonał się u nas. I dopiero w ciągu minionych dwudziestu lat zaczęliśmy ten dystans nadrabiać.
Przy ocenie czasów PRL umyka nam jeszcze jedno. Wraz z tak chwalonym awansem społecznym wcale nie szło w parze umacnianie się i rozwój białoruskiej tożsamości. Wielkim nadużyciem jest powtarzane w kręgach BTSK twierdzenie o niesamowitym wręcz rozkwicie kultury białoruskiej w tamtych czasach. Przywoływane do dziś statystyki, mówiące o setkach rocznie festynów, spotkań autorskich, spektakli i różnych imprez, a także idących wówczas w tysiące nakładach „Niwy”, „Kalendarzy Białoruskich” oraz książek literackich — mimo że prawdziwe, dziś brzmią jak zwyczajna propaganda. I w rzeczy samej w dużym stopniu nią były. Ten mit prysł nie dlatego, że nastały nowe czasy, bo w państwie zmienił się ustrój, ale dlatego, że zabrakło energii, która by to nadal napędzała. Wieś, będąca w okresie PRL podstawowym nośnikiem białoruskości na Białostocczyźnie, zaczęła zamierać na długo przed rokiem 1989. Obecna rzeczywistość też nieobca jest od wad, również tych, które uderzają w działania ku zachowaniu przez nas swej tożsamości. Często są one jednak natury obiektywnej. Bo z kultywowaniem tradycji narodowościowej we współczesnych realiach podobne trudności jak my mają wszystkie — oprócz Niemców i Litwinów — mniejszości w Polsce. Jednak mimo olbrzymiego naporu procesów asymilacyjnych nasza mniejszość aż tak bezwiednie im się nie poddaje. Nieskromnie uważam, że jest w tym także zasługa „Cz”, który — co warto przypomnieć — narodził się właśnie na fali przemian w Polsce po 1989 r. Najświeższym takim osiągnięciem jest nasz wkład w dyskusję, mającą na celu przekonanie samorządów gmin „białoruskich” do wprowadzenia u siebie oficjalnej urzędowej dwujęzyczności. Wójtowi i radnym Orli należą się słowa uznania za to, iż w lutym przyjęli wreszcie stosowną ustawę, dając przykład innym. Nieprzypadkowo stało się to zaraz po konferencji, którą w tej sprawie zorganizował w Hajnówce Związek Młodzieży Białoruskiej, a my na swych łamach to nagłośniliśmy, akcentując korzyści i rozwiewając obawy. Już dawno zadbaliśmy, by wójtowie naszych gmin co miesiąc otrzymywali nasz miesięcznik wprost na swoje biurka. A gospodarz Orli, dobrze o tym wiemy, jest naszym szczególnie wnikliwym czytelnikiem.
Kiedy dowiedziałem się, iż orlański samorząd zdecydował się na przyjęcie uchwały o dwujęzyczności, przypomniałem sobie wielki żal pochodzącego z tej miejscowości posła Eugeniusza Czykwina, gdy bezskutecznie zainspirował takie działania tam jakieś pięć lat temu. Jako poseł-sprawozdawca w Sejmie ustawy o mniejszościach narodowych, kiedy weszła ona w życie, zadeklarował nawet, że pokryje wszystkie koszty ustawienia w Orli tablic z dwujęzyczną nazwą miejscowości. Jest to przykład, jak niesprzyjające realizacji cennej skąd inąd inicjatywy może być jej zbytnie upolitycznienie.
Podczas spotkania, pod koniec stycznia, przedstawicieli środowisk mniejszościowych z Podlasia u wojewody można było usłyszeć głosy — nie pierwszy raz — iż nasze postawy są wyłącznie roszczeniowe. Bowiem i sami po części jesteśmy winni, że niedostatecznie pielęgnujemy własną tożsamość, przez co łatwo się asymilujemy i dobrowolnie polonizujemy. Na łamach „Cz” niejednokrotnie pisaliśmy — co prawda po białorusku — że to też jest problem, aczkolwiek decyduje atmosfera — czy sprzyja, czy też nie przeciwdziałaniom podejmowanym przez mniejszości. Ale zgadzam się co do jednego — nasze organizacje ciągle zbyt małą wagę przykładają do pracy w środowisku, szczególnie w tzw. terenie, czyli gminach i powiatach. Byłoby z tym łatwiej, gdybyśmy na miejscu mieli więcej swoich reprezentantów na urzędach i stanowiskach. Mając to między innymi na uwadze na prośbę swych przyjaciół z Gródka przystąpiłem do konkursu na dyrektora tamtejszego Gminnego Centrum Kultury. Moja kandydatura i przedstawiona przeze mnie wizja działania placówki zdecydowanie zwyciężyła i z dniem 1 marca zostałem powołany na jej dyrektora. Na prośbę mych kolegów z redakcji zachowałem funkcję redaktora naczelnego „Cz”, w związku z czym nieco zmieni się dotychczasowy charakter pracy naszego zespołu i pojawią się w nim nowe twarze. Wierzę, że pismu wyjdzie to tylko na dobre.
Апошнім часам падрыхтаваў я да друку дзве кніжкі, якія паказваюць нашае — беларусаў з Беласточчыны — жыццё пры Народнай Польшчы і наогул на працягу ўсяга пукутніцкага XX-га стагоддзя. Аўтары іх вядомыя са старонак „Ч”. Першы гэта — Васіль Петручук, які напісаў на польскай мове аўтабіяграфічную кніжку „Blizny”, дзе распавядае пра свой сірочы лёс і кар’еру ў польскіх спец-службах, якую закончыў у званні майёра Службы Бяспекі (SB). Найбольш распавядае, аднак, пра людзей, з якімі прыйшлося яму працаваць. І хаця многія як ён былі гэта беларусы родам з розных вёсак на Беласточчыне, то як адзін хаваліся са сваім паходжаннем. Узнікалі з гэтага неаднойчы дзіўныя і камічныя сітуацыі.
Зусім іншай ёсць навейшая кніжка Сакрата Яновіча „Хатняе стагоддзе”, што друкавалася ў фрагментах у „Ч” (у 2004-2006 г.г.). Гэта — амаль эпапея, манументальны аповед пра лёс беларусаў на Беласточчыне на працягу ўсяго мінулага, як жа багатага ў гістарычныя падзеі, стагоддзя. Аўтар перадае нашчадкам своеасаблівы, бо хатні, вобраз жыцця некалькіх пакаленняў тае эпохі. І хаця апісаў краявіды, людзей і здарэнні, якія бачыў яшчэ сваймі вачыма, то кніжка мае ўжо гістарычнае значэнне. Бо таго свету няма, а яго хатні вобраз прапаў нават у мясцовай памяці. Больш таго, многія сёння і чуць пра гэта не хочуць. Апісанае ў кніжцы мабыць памятаюць яшчэ толькі тыя крынскія вулічкі (на змешчаных у ёй фатагафіях таленавітага Паўла Грэся), што нязменна больш за два стагоддзі збягаюць уніз з геніяльна апланаванага шасціканцовага рынку.
Сапраўды, дзіўны гэта лёс, але мабыць таму і чароўны, магічны...

