Kiedy zaczęła wychodzić na jaw agenturalna współpraca z SB duchowieństwa katolickiego, było wiadomo, że prędzej czy później problem lustracji dotknie też naszą Cerkiew. Nieoficjalne informacje o niezwykle silnej jej inwigilacji przez służby specjalne PRL krążyły od dawna. Dziennikarze, mając dostęp do teczek przechowywanych przez IPN, dość szybko natknęli się choćby na akta głośnej sprawy obiektowej „Biznacjum”. Bardzo długo nikt nie miał jednak odwagi ich upublicznić, jako niezwykle kłopotliwych dla Cerkwi i jej hierarchów.
„Czasopis” nie ucieka od trudnych tematów, nawet tak drażliwych jak ten. Jakiś czas temu opublikowaliśmy cykl „Cerkiew pod lupą bezpieki”, napisany na podstawie kwerendy dokumentów operacyjnych, sporządzanych przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we wczesnych latach PRL, głównie w okresie stalinowskim. Podjęliśmy też głośny temat zagadkowej śmierci o. Popławskiego w połowie lat 80.
Nasza redakcja od dawna posiadała informacje o powiązaniach z SB duchownych i hierarchów polskiej Cerkwi, w tym jej obecnego zwierzchnika arcybiskupa Sawy. Było nam jednak niezręcznie pierwszym o tym pisać. Ale oto na początku roku temat w końcu wypłynął w mediach ogólnopolskich, psując wielu prawosławnym nastrój świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Najpierw „Gazeta Wyborcza” opublikowała długi wywiad z metropolitą Sawą o jego „grze z bezpieką o życie Cerkwi”. Jak się niedługo okazało, nasz Władyka chciał w ten sposób uprzedzić IPN i „Rzeczpospolitą” — ich publikacje, jednoznacznie ukazujące go jako świadomego tajnego współpracownika SB. Na nic to jednak się zdało. Artykuł w „Rzeczpospolitej” w połowie stycznia okazał się wręcz szokujący. Dziennikarz, który go napisał, przez trzy miesiące studiował akta operacyjne przechowywane w IPN. Wynika z nich niezbicie, że Służba Bezpieczeństwa w dużym stopniu przejęła władzę nad Polskim Autokefalicznym Kościołem Prawosławnym, traktując arcybiskupa Sawę jako jednego z najbardziej gorliwych tajnych współpracowników o pseudonimie „Jurek”. Negatywny wizerunek hierarchy opisany w artykule wywołał wśród prawosławnych przygnębiające refleksje. Wierni podzielili się w ocenie zwierzchnika. Jedni poczuli się zdruzgotani tak dużą skalą przekazywania informacji o Cerkwi i duchownych funkcjonariuszom SB, inni usprawiedliwiali metropolitę, że nie było wyjścia i musiał iść na takie kompromisy. Władyka Sawa, który w wywiadach dla „GW” i „Rz” podkreślił, że nigdy nie podpisał żadnych zobowiązań do współpracy z SB, przyznał, że jego postępowanie w tamtym czasie może dziś budzić zgorszenie. Publicznie przeprosił za to i poprosił o wybaczenie.
Znamienne jest to, że metropolitę Sawę w obronę wzięli przede wszystkim ci, którzy dzięki Cerkwi majętnie ułożyli sobie życie, porobili polityczne i urzędnicze kariery. Ci zaś, którzy przez dziesięciolecia organizowali tak perfidną inwigilację polskiego prawosławia, doprowadzając hierarchów i duchowieństwo do niecnych zachowań, dziś żyją sobie spokojnie, mają wysokie emerytury.
To jeszcze nie koniec. W połowie lutego ma się ukazać obszerna publikacja IPN, całościowo traktująca powiązania polskiej Cerkwi z SB w świetle zawartości zachowanych teczek. Dopiero po jej lekturze będzie można ustosunkować się do treści i ocenić autorów. Wiadomo jednak, iż historycy IPN — przeważnie są to młodzi gorliwi naukowcy — w swych publikacjach koncentrują się na zawartości akt, na które się powołują, nie uwzględniając w pełni realiów życia w minionej epoce. Ludziom, którzy tamte lata mają jeszcze świeżo w pamięci, trudno zaakceptować stwarzany przez tę instytucję ponury obraz bezwzględnych potężnych instytucji PRL, używających wszelkich możliwych sposobów, by podporządkować sobie społeczeństwo. Większość aż takiego zniewolenia nie odczuwała. Ale żeby radzić sobie w życiu, rzeczywiście nieraz trzeba było uciekać do niecnych w dzisiejszym rozumieniu metod i sposobów. Dziś niewielu stać na to, by do tego się przyznać. A dotyczy to i apoleogotów nowych czasów, którzy nie chcą pamiętać, kiedy i jak zdobyli wykształcenie i zaczynali kariery, także przecież idąc na przeróżne układy i kompromisy z ówczesną władzą.
W artykule w „Rz” rzuca się w oczy duża fachowość autora i skrupulatna znajomość podjętego tematu, nieraz wyższa nawet niż historyków (i nie tylko) bezpośrednio związanych z polskim prawosławiem. Ani sam negatywny bohater tekstu, ani nikt inny, nie był w stanie zaprzeczyć podanym informacjom, zarzucając tylko sposób ich interpretacji. Wychwycono jedynie jedną nieścisłość. „Rz” napisała, że w sierpniu 1986 r. młodzież prawosławna, nie mając zgody władz cerkiewnych, skorzystała z nieobecności zwierzchnika diecezji i zorganizowała pielgrzymkę na Świętą Górę Grabarkę. W rzeczywistości abp Sawa, wówczas ordynariusz białostocki, wprowadził w błąd SB co do swojej niewiedzy w tej sprawie, bo pierwsza pielgrzymka odbyła się za jego błogosławieństwem (w donosie zachowanym w aktach TW „Jurek” zanotowano jego wypowiedź, że nic nie wiedział o pielgrzymce, gdyż był w tym czasie w Finlandii). Mimo to z lektury artykułu wyłania się smutny obraz robienia karier w Cerkwi — i nie tylko przez duchownych — bardzo kontrowersyjnymi metodami, w sprzeczności z zasadami swojej religii. Okazuje się, że SB szła na to, bo korzyści były obopólne — w zamian aparat miał zapewnioną pełną kontrolę nad tym środowiskiem. Służby szczególnie były wyczulone na najmniejsze chociaż przejawy utożsamiania się Cerkwi z narodowymi tradycjami wiernych — u nas białoruską, na południu kraju ukraińską. Jak widać zastosowane metody okazały się skuteczne. Dziś już na wszystko za późno. Jedno po drugim wyrosły pokolenia prawosławnych Polaków, którym o tradycji przodków przypominają już tylko... piosenki białoruskie i te na wschodnią nutę, wciąż bliską ich sercom.
Часам некаторыя папракаюць нас у тым, што ў нашым выданні пераважаюць, аднак, польскамоўныя тэксты. Няважна, што змест і дух — адназначна беларускія. Закіды ў бок нібыта паланізатарскага аблічча „Ч” выказваюцца, праўда, найчасцей жартам, або — у крайнім выпадку — як праява чыёйсьці зласлівасці, бо апублікавалі мы штосьці, што камусьці не спадабалася (напрыклад, не падтрымалі штучнага на Падляшшы ўкраінства). Кажуць, калі хтосьці хоча набіць сабаку, калок заўсёды знойдзе. І так ёсць у гэтым выпадку. Бо жывем у такі час і ў такіх абставінах, што слова напісанае па-беларуску ня мае ўжо жывой сілы. Хтосьці заўважыў, што па-беларуску можна крытыкаваць заўгодна каго і за што, нават абражаючы, бо і так з боку крытыкаваных аніякіх водгукаў не будзе. Доказам на гэта ёсць хаця б часам вострыя артыкулы ў поўнасцю беларускамоўнай „Ніве”, пасля якіх няма палемікі і аніякага рэха. Таму чытачы просяць нас нават, каб пра некаторыя справы — асабліва жывыя і сур’ёзныя — пісаць, аднак — па-польску. Але з беларускасцю мы ж не здаемся, намагаючыся шмат чаго публікаваць і па-беларуску.
Трэба мець надзею, што Беларусь зменіць калісь, аднак, сваю моўную палітыку. Няўжо нашы суродзічы не бачаць, што іх краіна — адзіная на постсавецкай прасторы, якая не падняла яшчэ тытульнай мовы сваёй нацыі? Не задумоўваюцца хаця б над тым, чаму ва ўлюбёных імі расейскамоўных тэлеканалах ужо нават выказванні ўкраінскіх палітыкаў — як падчас нядаўняга газавага крызісу -гучаць у перакладзе, а ў тэлебачанні з Масквы толькі ў рэпартажах з Беларусі яшчэ няма такой патрэбы?

