Tego jeszcze Narejki nie widziały. Odbył się nasz zjazd rodzinny. To byli krewni ze strony ojca. Tłumne spotkanie po wielu latach z woli drogich gości przerodziło się w mój wiejski wieczór autorski i targi o książki, których wzięłam za mało. Z siostrami i braćmi stryjecznymi i ciotecznymi nie widzieliśmy się od ponad trzydziestu lat! Zjechali się z zagranicy, Madrytu, Londynu, z dużych polskich miast, Wrocławia, Warszawy. Z dziećmi i wnukami. No i przybyły pobliskie Zubki, obecnie szczątkowe, a mniej szczątkowe latem. Cała przyjezdna rodzina nocowała w Zubkach, mając do dyspozycji kilka domów, traktowanych przez innych nieobecnych krewnych jako letnie dacze lub nawet letnie rezydencje — domy są unowocześniane, odnawiane, mają werandy.
Nikt nie chciał alkoholu. Rozmowy okazały się istotniejsze. Coś niebywałego.
Mam rodzinę rozsianą po świecie. Większość to rodziny mieszane, najpierw białoruskie-polskie, a następnie jeszcze raz i jeszcze raz zmieszane, na przykład z Hiszpanami i już o fizjonomii hiszpańskiej, o urodzie jakby wzmożonych Bołdaków. Czarne migdałowe oczy. Nie przybyła rodzina z Australii. Kuzynka, tam mieszkająca, ma raka.
Okazało się, że połowa mojej rodziny pisze, że kuzynka z Australii przez całe życie prowadziła dziennik, a ja pamiętam jej licealny talent literacki i jestem tych dzienników autentycznie ciekawa, i myślę o ich publikacji w Polsce. Okazało się też, że cała rodzina to czytelnicy, ale wybredni, wcale nie wierzący w sztuczne medialne rozgłosy. Krytyczni.
Mój mąż był zdziwiony, że ja w ogóle nagle mam jakąś rodzinę. No tak. Rozsiani po świecie. Zgromadzeni, i to częściowo, za sprawą internetu. Łączy nas wszystkich cmentarz w Mostowlanach i wspólni dziadowie, i babka Paula. I nostalgia.
Trudno mi opisać ten zjazd rodzinny, bo było w nim tyle uczuć, tyle wspomnień, więc zatrzymam się na kilku sprawach, które mnie poruszyły.
Moja krewna, bardzo stara, nagle powiedziała swój wiersz, po białorusku. To był świetny wiersz, w zasadzie wierszyk, kilka wersów. Zapomniałam go, i tyle pamiętam, że była w nim mowa o rwaniu hreczki. Szkoda, że go nie zanotowałam. Powinnam stale mieć przy sobie dyktafon. Jednak wierszyk, to jeszcze nic w porównaniu w pewną myślą, którą wygłosiła: „Do głowy przychodzą gotowe myśli, od razu jako wiersz, jako początek utworu, ale jeśli tego nie zanotujesz, to przepadło, za nic się nie odtworzy i nie będzie żadnego rozwinięcia, żadnego tekstu, który by się z tego wyłonił”.
Ta myśl jest w istocie dojrzała pisarską myślą. Każda osoba pióra dobrze to wie. Niebywałe, że ja to usłyszałam w Narejkach. Za te myśl, za tę pokrewność, dziękuję. Zarazem nie godzę się na stwierdzenie Olgi Tokarczuk w wywiadzie, że ludzie prości lub analfabeci żyją wyłącznie własnym życiem. Wcale nie. To teoretyzowanie. Prosty człowiek lub analfabeta żyje życiem ludzkim tak samo rozległym, jak u pisarza wybitnego, a pisarz wybitny jest ustami tego człowieka. Mówię to z podstawowego powodu — ta teoria Olgi nie pasuje do Białorusinów, prostych lub analfabetów, do tych, których ja znałam i których znał Konwicki. Przypomnę jego zdanie: Prości Białorusini posiadają mądrość profesorów. Nie jest tak, że człowiek prosty lub analfabeta ma zadekretowany brak racji w sposób absolutny. Rzecz jasna, jeśli jest się analfabetą na sposób białoruski, to znaczy jeśli się było analfabetą na sposób białoruski — byliśmy zmuszani do niekształcenia się przez takie czy siakie reżimy narodowe. Stań się Polakiem, zmień wyznanie na słuszne i wtedy kształcić się możesz. Nie możemy tego zapomnieć. Starsi i bardzo starzy nasi Białorusini to ludzie prości lub analfabeci. Analfabetym tutaj był osobliwy: ludzie sami uczyli się czytać. Pisać zazwyczaj ledwie umieli albo i tu byli samoukami. Czytali jednak przeważnie biegle i orientowali się w świecie.
Pokrewna czy też podstawowa sprawa: opisując dziecko, opisujemy kompletnego analfabetę, ale przecież ciekawego świata. Jakbyśmy nie wykręcali tematu, dziecko pozostanie człowiekiem prostym i analfabetą.
Ta stara kobieta to matka kuzyna Jana, córka siostry mojej babki. Nie jest osobą wykształconą. Jej zdanie było zdaniem pisarskim, ale też profesorskim — dokładnie w tym znaczeniu, jakie miał na myśli Konwicki. A Jan przeniósł się z miasta do Zubek, do rodzinnego domu. Pochodzi z rodziny mieszanej, polsko-białoruskiej, katolik, ale z przyjemnością mówi po białorusku. I czyta „Czasopis”. Pytam, jak często mówi po białorusku. Odpowiada, że przez cały czas. Rozmawia po białorusku z nielicznymi osobami, mieszkającymi wZubkach, w tym z inną moją kuzynką, która na starość również przeniosła się z miasta do rodzinnego domu. Dziękuję ci, Janie, że przez cały czas mówisz po białorusku w Zubkach.
Inaczej z kuzynami z Warszawy. Po białorusku mówić nie chcą. Napomnienie: Mów po polsku. Mówcie po polsku. Nie. Lepiej rozmawiajmy dwujęzycznie. Mnie brakuje zbyt często białoruskich słów. Od lat nie mam z kim rozmawiać po białorusku. Tu przynajmniej mogłabym się wsłuchać w białoruski i w moje językowe braki. Według kuzynów z Warszawy, język z Zubek nie jest językiem białoruskim i jest brzydki. Mówię, że nie, że to prawie literacki język białoruski. Że język białoruski jest językiem pięknym. No chyba że w czyichś ustach więcej słów wulgarnych niż normalnych. Ale niech tam. Radość ze spotkania jest silniejsza od tego czy innego języka. Przy okazji dowiaduję się, że o Zubkach, przedzielonych rzeczką Kołodzieżanką, mówi się: Warszawa i Praga. Część Zubek leży na wzniesieniu, część w dolinie. Mieszkańcy przenieśli się do Warszawy. W tym część moich krewnych, na zjeździe nieobecnych. No więc Zubki to Warszawa i Praga. To nawet dowcipne.
Wypytuję rodzinę o to, co dobrego było w peerelu, bo chcę z tego materiału, częściowo publikowanego w „Czasopisie”, zrobić książkę. Przy okazji coś sprostuję. Pan Korbel zauważył, że jeden z moich rozmówców, dziennikarz, był piewcą stanu wojennego. Ależ nie. To taki zbieg okoliczności. Jest dwóch dziennikarzy o tym samym imieniu i nazwisku. Mój rozmówca nie był piewcą stanu wojennego. To ten drugi.
Kuzynka z Madrytu: Co dobrego w peerelu? Nic. Jedzenie było na kartki. Jan z Zubek: Szkoły. Inny kuzyn Jan, z Krotoszyna: Zdążyłem postawić dom, a co najważniejsze, spłacić kredyt i nie wpaść w tak zwaną pułapkę kredytową. A jeszcze pamiętam, a pracowałem w zakładach mięsnych, że Solidarność wtedy zawróciła mięso, wiezione pociągami do ZSRR, a było opakowane w worki z nadrukiem „Cement”. Słowo, w worki z nadrukiem „Cement”. Myśmy to rozładowywali.
Śmiejemy się.
Kuzynka z Australii. Ma na imię Agata. Jaki bliski los, jaka podobna do mojej tragedia osobista. Jeden z jej synów bliźniaków pewnego dnia wyszedł z domu i nie wrócił. Nie wiadomo, co się z nim stało, czy żyje. To się zdarzyło w Australii — istniały przypuszczenia, że został porwany przez mafię, zajmującą się handlem narządów, porywaniem i uśmiercaniem ludzi. Kilkanaście lat temu takie przypuszczenia nie istniałyby. A być może było to samobójstwo — skok z wysokiej skarpy do oceanu. Mają taką skarpę samobójców. Nikt nigdy nie odnajduje zwłok.
Obie żyjemy jakoś tam po stracie dziecka. Czy to Australia, czy to Madryt, czy Olsztyn, uczucia są identyczne wobec takiej tragedii.
Kuzynka z Wrocławia, Krystyna. Świetnie rozpoznająca się w literaturze. Ukończyła stiudium teatralne w Warszawie. Jej córka mieszka w Australii. Pytam, czy pamięta, jak się najadłyśmy przed laty świńskiej zupy u babki Pauli. Pamięta oczywiście. Babka Paula akurat pojechała do Białegostoku, a nam zostawiła jedzenie w piecu. Znalazłyśmy garnek z zupą. To była zupa dla świń. Agata nie tknęła, ale ja z Krystyną jakoś to zjadłyśmy. To nie takie złe, jedzcie — stwierdziła Krystyna. W tej zupie, pamiętam, pływały kawałki sera i jeszcze coś drobnego i szarego. Ale rzeczywiście nie było to takie złe. Smak był odpowiedni. Jak to w zupie.
Śmiejemy się.
Podwórko ledwie nas mieści. Ledwie mieści nas weranda. Ja pamiętam, że taki tłum tutaj obecny był dawno temu na weselu. Nie pamiętam, czyje to było wesele. Pamiętam, że w tym domu wtedy tańczono, a do tańca grał na akordeonie mój ojciec. Teraz to letni dom mojej starszej córki. Wewnątrz unowocześniony, z kanalizacją, ale utrzymany w stylu rustykalnym.
Życie. Takie drobne sprawy, takie tragedie. Wspólne źródło pochodzenia. W tle dawno niesłyszany język białoruski. Ciężko jest pamiętać, a nie pamiętać jeszcze ciężej. To nasze wspólne uczucie.
I przychodzi mi już wtedy pewna pieśń rosyjska, pamiętana niekompletnie: Nastojaszczich ludiej tak niemnogo, nastojaszczich ludiej oczeń mało. A na Rossiju odna moja mama, no szto ona możet odna.
Potem, już z O., wysyłam ten fragment Krystynie. Czy rozumie rosyjski? Rozumie, oczywiście. Odpisuje mi, że to piękna pieśń.
Rzeczywiście piękna. Nie pamiętam, kto ją śpiewał. A na wsiu Polszu odna moja mama, no szto ona możet odna. Odna moja mama, no szto ona możet odna.
Ta pieśń zawsze pcha mi się do głowy, ilekroć coś wspominam, a jeśli coś wspominam, jak żywa staje mi przed oczami matka. Jest autentycznie żywa pod tę pieśń. Rzadko coś wspominam — przeraża mnie liczba ludzi umarłych, stojących przed oczami jak żywi. I oni są naprawdę żywi w pamięci.
Krystyna chce mi coś opowiedzieć. Opowiada o jedzeniu u mojej matki, a swojej ciotki. Musi to opowiedzieć. Opowiada barwnie. Powtarzam to teraz po niej. Z Zubek do nas szło się torami. Kuzynki mieszkały wtedy u babki Pauli, ponieważ moja ciotka, a ich matka, siostra mego ojca, znalazła się w bardzo trudnej sytuacji jako wdowa, więc dzieci oddała pod opiekę swojej matki, naszej babki Pauli, i braci, moich stryjów — przyjechały spod Poznania do Zubek. Do nas szło się torami i zawsze krok nie za bardzo pasował do podkładów. Trzeba było stawiać kroki albo za małe, albo za duże. Zwykle szło się krokiem spętanym, drobnym, aby trafić w każdy podkład. Czasem brało się po dwa podkłady, ale męczyły się wtedy nogi. . Szpały — tak nazywaliśmy podkłady. I była wtedy wokół głęboka, świeża, umyta deszczem zieleń. Ta głębia zieleni rosła wraz ze zbliżaniem się do naszego domu. Widziało się ogród najpierw. Wtedy oszałamiająco zielony. U babki Pauli z jedzeniem było dość skąpo. U mojej matki zawsze było świetne jedzenie. Świeży chleb, upieczony przez nią. I masło z rosą. Czy to pamiętasz? Byłaś wtedy studentką.
Pamiętam. I tę głęboką zieleń po deszczu pamiętam. I chleb, i masło z rosą. I ogród. Zawsze zadbany, aż spuchnięty od warzyw.
Tyle życia. I odna moja mama. No szto ona możet odna.
I pamiętam, że wtedy, będąc studentką, chyba na trzecim roku, zachorowałam na nostalgię za Narejkami. Za moim kolejowym domem. I tą zielenią, i tym ogrodem. I masłem z rosą. Dziękuję, Krystyno, za to wspomnienie.
Taki zjazd już się nie powtórzy. Szkoda, że nie został sfilmowany.
Nie mogłam rozpoznać mojej siostry stryjecznej, młodszej ode mnie o prawie trzydzieści lat, bo stryj się późno ożenił. Już nie żyje.
A potem chcieliśmy mieć wspólne zdjęcie i nie mieściliśmy się w kadrze.
Przyjechała z Gródka moja szkolna koleżanka, Lenka z mężem. Przywiozła kopiasty talerz domowych chrustów. Zniknęły błyskawicznie. Miłe to było. Hiszpańskie dzieci jadły chrusty i jeszcze wzięły do samochodu. Kuzyn Jan, ten drugi, ich dziadek, zdziwił się: Przecież one nie jedzą ciastek, a tu jedzą.
Lenka: A my mówimy po białorusku w naszym Gródku. Pytam, czy od czasu do czasu. Nie. Przez cały czas.
Moja rodzina jest piękna. Jest inteligentna. Jest zaradna.
Dobrze, że tak się stało, że nagle Narejki zatętniły życiem.
Mój zięć przypuszczł, że na pewno, jak się tylko pojawi w Narejkach, przyjedzie do niego straż graniczna i będzie wypytywała, co się stało, co to za zgromadzenie było, takie ludne, niespotykane od lat.
Moim hiszpańskim krewnym ten białoruski zakątek Polski podobał się bardzo. Bo taki zabytkowy i cichy. Koniecznie chcieli zobaczyć granicę z Łukaszenką i sfotografować ją. Ostrożnie — mówię. To starannie strzeżona granica Unii Europejskiej.
Z Hiszpanami żegnam się po hiszpańsku. „Hasta”. „Hasta maniana”. Wiem, że to optymistyczne, ale nieprawdziwe pożegnanie.
Zjazd rodzinny był zjawiskiem jednorazowym.
Drogocenne jest to, co niepowtarzalne a przyjemne. Tragedie powtarzają się przez pamięć, więc ciągle żyją. To, co przyjemne a niepowtarzalne, inaczej żyje w pamięci — jako utracone — i zaciera się pierwotny wybuch radości. Może przed samą śmiercią to się przypomni na twarzy pojawi się uśmiech.
Sokrat Janowicz napisał w „Czasopisie”: „Nie ma nas”.
Pewnego dnia, a było to w sierpniu 2008, Narejki nas widziały. Tych, którzy są Polakami i katolikami po ojcach, ale przez cały czas mówią po białorusku. I tych, których mocno się trzyma mostowlański obraz grobów białoruskich przodków. I tych, którzy w Gródku przez cały czas mówią po białorusku. I tych, którzy są Hiszpanami, a Narejki ich zachwyciły. Można rzec: dokonało się użycie białoruskości.
Trudno. Rozbiegliśmy się. To nie jest jakaś szczególna cecha osób z rodowodem białoruskim. Dziś w podobny sposób rozbiegają się wszyscy. Tylko po nas to bardziej widać, wszak nie było nas wielu. To rozbiegnięcie się nie jest tym samym, co asymilacja pozostałych na miejscu. Poszukiwanie osobistego szczęścia po świecie to odwieczna sprawa. To niemal prawo konieczne. Podobnie — mieszanie się narodowości jest niemal koniecznością, a może koniecznością bez słowa „niemal”, inaczej podstawowe ludzkie uczucie, miłość, nie miałoby sensu, a sensem byłoby jakieś zadanie narodowe, z uczuciem teoretycznym, „spełniania zadania podtrzymania przy życiu własnej narodowości” i poślubiania wyłącznie swoich, co przecież zawsze grozi zubożeniem genów i potęgowaniem cech negatywnych własnego sosu, a przede wszystkim zamyka najpierw w getcie i folklorze, a następnie znowu powoduje jednak rozpraszanie się — ucieczkę z getta i folkoru. Mniejszość białoruska w Polsce miała jakiś rodzaj getta i folkloru, gdy skupiała się od wieków w tych samych wioskach, a była ignorowana przez większość.
Dzisiejsza asymilacja natomiast tych, co pozostali na miejscu, nie jest żadną koniecznością. Jest jakby zjawiskiem przemysłowym, podczas gdy rozsiewanie się po świecie w poszukiwaniu osobistego szczęścia nie zawiera cechy przemysłowości. Mówiąc „przemysłowość” mam na myśli taśmowość przerabiania się na większość. Ta taśmowość, ta nowa przemysłowość bez użycia maszyn, ludzka — w sferze duchowej, powoduje utratę naszej pierwszej cechy — profesorskości w sensie użytym przez Konwickiego. Najpierw się boimy, a potem już nie umiemy mówić o naszych sprawach. Nawet o życiu już nie umiemy mówić. Bo musielibyśmy zahaczyć o nasze pochodzenie i białoruskości użyć. A przede wszystkim boimy się jak ognia bycia w podwójnej tożsamości i to taka tożsamość jest najbardziej podejrzana przez większość, ponieważ nie wiadomo, co się za tym kryje, może jakaś szatańska ciemność, jakaś narodowa zdrada i temu podobne domniemane dyrdymały. W czasie naszego rodzinnego zjazdu nie byłam w ten sposób podejrzana i było to dobre, jak stworzenie nieba i ziemi przez Jahwe.
To zresztą nie białoruska mniejszość wymyśliła zrównanie obywatelstwa i narodowości jako rodzaj asymilacji bezbolesnej.
Zjazdy rodzinny to coś znacznie lepszego niż zjazdy szkolne. Może powinniśmy urządzać zjazdy wiosek co roku? W Narejkach, Zubkach? To byłoby dobre. Wspaniałe.
W każdym razie: „Hasta”. „Hasta maniana”. Jak to pięknie brzmi. Równie pięknie brzmi co innego: Adiós. „Adijos’.
