Pamiętam z dzieciństwa, czym były białoruskie pasidziełki. Kobiety zbierały się w jednym z domów, aby pogadać o życiu. Nic poza gadaniem o życiu wtedy nie robiły — nie łuskały fasoli ani grochu, ani nie darły pierza. Tylko gadały. Czasem jadły coś dobrego, ciasto, popijając herbatą. Nie było zwyczaju poprzestawania tylko na herbacie — służyła do popijania. Nie pito kawy. Delektowano się samym gadaniem. To był rodzaj odpoczynku i zarazem psychoterapii. Tyle się wtedy nasłuchałam o wojnie, że nie chcę słyszeć o żadnej wojnie! Najpierw na pasidziełkach kobiety rozmawiały wyłącznie o strasznej wojnie. Stopniowo opowieści wojenne ustępowały miejsca opowieściom z życia w pokoju i nabrały charakteru losowego. Nasi rodzice nie wyszli z wojny z łupami, zostali ogołoceni dosłownie ze wszystkiego. Opisałam to w prozie, a teraz chcę coś opowiedzieć o najzwyklejszych pasidziełkach, w czasie których kobiety rozmawiały, o czym chciały.
Mężowie uciekali z domu, nie było to dla nich interesujące, te babskie pokojowe pasidziełki, a w dodatku co to za rozmowy bez kielicha. Mężowie mieli swoje zakrapiane pasidziełki, zwane biasiedami. Być może w innych okolicach te słowa oznaczały co innego, nie tak jednoznacznego ze względu na płeć, ale ja poprzestanę na tym, co było mi znane. Na babskich pasidziełkach były obecne dzieci, a na zakrapianych męskich biasiedach — nie. Te zakrapiane męskie biasiedy w pewnym momencie przeradzały się w bełkot, a następnie w walanie się po krzakach. Zakrapiane biasiedy były organizowane przez stałą grupę mężów, niewielką, która ostatecznie ukształtowała się jako grupa alkoholików. Liczba kobiet w pasidziełkach zmieniała się — trudno to nazwać zbieraniem się zaprzyjaźnionych sąsiadek, aby poplotkować.
Teraz babskie pasidziełki to tylko wspomnienie. Zastąpił je internet i babskie pasidziełki zmieniły się w fora planetarne, a życiowe problemy są podbudowywane intelektualizmem, historyzmem, poszukiwaniem słowiańskiej przeszłości, utraconej babskiej duchowości, sprawdzaniem, czy któraś z wiar jest jeszcze nośna dla kobiet, i dlaczego patriarchalna kultura nie może dziś być uznana za kulturę przyjazną kobiecie, i co w niej należy zmienić koniecznie. Te internetowe babskie pasidziełki są oczywiście atakowane przez internetowych szczekaczy, młodocianych i wiekowych. Całe szczęście, że od jakiegoś czasu trzeba się zarejestrować, aby dawać komentarze na tych żeńskich forach, to i szczekacze milkną. Teraz babskie pasidziełki to ważkie szkice, artykuły, blogi.
W dawnych naszych białoruskich pasidziełkach uczestniczyły kobiety w różnym wieku, ale były to kobiety zamężne. Często przychodziła jakaś staruszka, zdrowa, żwawa, pełna życia, z ciętym dowcipnym językiem. Z całą pewnością do późnej starości dożywały tylko najsilniejsze — te, które przeżyły dziecięce choroby i liczne porody. Nie plotkowały. Opowiadały o szczęściu i nieszczęściu, własnym i cudzym. O mądrych i głupich babach, ale nie po plotkarsku. O uczciwych i nieuczciwych mężach, ale nie po plotkarsku — zawsze okazywało się w konkluzji, że mąż ma czystą duszę, tylko na przykład nie umie jeszcze żyć. Wszystko, co opowiadały, miało związek z ich własnym życiowym doświadczeniem i zawierało puentę, ważką myśl dla siebie i innych kobiet na przyszłość. Opowiadały sobie sny, które zawsze się sprawdzały. Poza tym żartowały, śmiały się. Czuły się w pełni u siebie. To one wyhodowały całą moją prozatorską twórczość. Stare kobiety zawsze opowiadały, jak było kiedyś. Mój ojciec nazywał te całe pasidziełki „zebraniami plotkar”. Politykowania na pasidziełkach nie było.
Szczególnie mocno pamiętam jedno określenie na rodzinę, która sobie nie radzi w życiu i zarazem odpowiedź na pytanie — dlaczego? Bo tam „aboja raboja”, co się po polsku wykłada jako „oboje są siebie warci”.
W tym powiedzeniu „aboja raboja” zawarta była nagana za brak odpowiedzialności ze strony kobiety i mężczyzny. On kłótliwy i pijaczyna, ona kłótliwa i też popijająca. Albo co innego. On kłótliwy i ona kłótliwa, a oboje durni, leniwi i zaniedbujący dzieci.
Tak sobie myślę czy dziś relacje damsko-męskie na świecie da się zamknąć w tym powiedzeniu, że „aboja raboja”?
„Aboja raboja” — jedno zapomniało swoich bajek mocy, a drugie zachowuje je w zamierzchłej całości. Ona żyje jego bajką. Niech sobie żyje, tylko jeśli wraz z nim chodzi na zabijanie i pomaga mu urządzać państwa w relacjach przemocy i wykluczeń, to już nie jest to takie zabawne.
Pamiętam z dzieciństwa młodzieżowe, koedukacyjne pasidziełki. Zabierały mnie na nie starsze kuzynki. Te pasidziełki miały inne nastawienie — chodziło o przeżywanie bezstroskich chwil lat szczenięcych. Nie było na nich chlania i ćpania. Nie było też chamstwa. To tak można było? — tak, teraz dziwię się. Chce się powiedzieć: jakże byliśmy młodzieńczo naiwni bez wspomagania procentami, prochami, marychą! Tyle sami z siebie wydzielaliśmy radości życia.
Nasze pasidziełki nie wrócą. Było to coś unikalnego — było to samo życie, nagle po ciężkiej pracy w gospodarstwie powołane do bycia przez żeńską mowę. Kobiety, które pamiętam z pasidziełek, nie były nieszczęśliwe, nie skarżyły się na mężów ani na ciężką pracę. Tak było, ponieważ kobiety z nieudanych małżeństw, określanych jako „aboja raboja”, nie brały w nich udziału i pewnie nie miałyby nic mądrego do powiedzenia, bo skoro „aboja raboja”...
Kobiety z pasidziełek nie podpierały się poglądami mężów na życie, mówiły same z siebie i o swoich sprawach. Ich mowa rozbłysła dla mnie i raz na zawsze została daleko za mną — to było przed rokiem sześćdziesiątym, po którym wioski zaczęły masowo się wyludniać i nie wiem, czy jakaś forma naszych pasidziełek przetrwała w miejskich domach, czy też kobiety zostały całkowicie pochłonięte przez patriarchalny system wyścigowy do kariery i dla więzi siostrzanych nie mają nawet sekundy. A nasze pasidziełki miały ten właśnie charakter — siostrzany. Tamte kobiety były piękne, nawet jako staruchy. Starość nie była dla nich nieszczęściem, lecz koniecznością z natury. Pamiętam, że wcale nie były pomarszczone, że miały zęby i sylwetkę. Nawet skłonna jestem przypuścić, że w ziemi nad Świsłoczą tkwią prastare energie, zapobiegające zmarszczkom na starość, jakby to był naturalny salon odnowy. Coś musi być na rzeczy, skoro po dwutygodniowym pobycie w Narejkach czuję się odmłodzona o dziesięć lat, a kiedy patrzę na nasze narodowe resztki, na wiekowe kobiety, żyjące tam do dziś, to przecież widzę, że pomarszczone nie są. Czy tutaj w ziemi wciąż znajdują się miejsca mocy, zwane modnie czakramami natury? Muszą być, skoro twarze starych kobiet pozostają gładkie — przyjemnie na nie popatrzeć.
Pamiętam, że w czasie naszych siostrzanych pasidziełek kobiety bardziej martwiły się o to, aby mężowie nie zmienili się w tępych, odrażających, śmierdzących pijaków, niż o sprawy łóżkowe, bez których, jak twierdziły, można żyć, a które po latach małżeństwa nudzą się, i tak jest dobrze. Natomiast z odrażającym pijakiem żyć nie można. Twierdziły zgodnie, że seks to sprawa młodości. Wyglądały na szczęśliwe pod tym względem. Zdrabniały imiona mężów i uśmiechały się przy tym. Z pewnością ich małżeństwa były zawierane z miłości. Z pewnością seks bez uczuć w grę nie wchodził. One jeszcze nie miały pojęcia, że o miłości człowiek popkultury powie, że to wymysł romantyków. Nie wiedziały nawet, że było coś takiego, jak epoka romantyzmu. Z pewnością były przekonane, że miłość to uczucie odwiecznie ludzkie. Z pewnością nadrzędnym pytaniem było: czy z tym oto człowiekiem będzie można raźniej przejść przez życie? Nieszczęśliwe małżeństwa, kwitowane określeniem „tam aboja raboja”, nie były przedmiotem rozważań i tak też było dobrze. „Aboja raboja” — takie pary zatem przeżywały swój chybiony los na marginesie tamtej egzystencji — w podwójnej samotności, unieszczęśliwiając się nawzajem.
Taki był nasz ład. To se ne vrati. Omówiłam pewną linię generalną, główną drogę, omijając ślepe zaułki życiowych dramatów z cyklu „aboja raboja”. Tak nasza pamięć układa przeszłość, że bardziej obchodzą ją sprawy dobre. W naszych pasidziełkach brały udział kobiety zamężne, które przedtem urodziły nieślubne dziecko lub same były nieślubnym dzieckiem, a ich matki wyszły za mąż. .Jak widać, nasi mężczyźni nie robili problemu z nieślubnymi dziećmi — żenili się z kobietą z dzieckiem z powodu uczucia do kobiety. Uczucie miłości istniało i to ono wyznaczało rytm życia.
Obecnie na kraje prawosławne najechała zachodnia popkultura, a przedtem zostały wytrzebione przez komunizm ze wschodniej duchowości. Zrobiło się fizjologicznie seksualnie, seksistowsko, strasznie duszno — również z tego powodu, że bez uczuć. Dziś uczucie, w tym uczucie miłości, uważane jest za przestarzałość, za coś krępującego, za coś, co uczeni sprowadzają do chemii w dosłownym sensie — coś tam się w organizmie dzieje, a na oczach wytwarzają się różowe okulary i to wszystko — nie ma miłości, bo to są zwykłe procesy chemiczne. Ponadto ludzie zaczęli tworzyć zamknięte grupy, ze względu na upodobania seksualne, tu geje, tam lesbijki, a hetero w kącie. Hetero nie mają innego lobby niż patriarchalne?
Nie wiem, w jakim stopniu nasza mniejszość, już miejska, uległa temu najazdowi. Chyba nie tak bardzo, skoro uczestniczymy tłumnie w naszej arcyduchowej liturgii.

