Zespół Czeremszyna z Czeremchy obchodzi w tym roku swoje 15-lecie. Z tej okazji 15 listopada w tamtejszym domu kultury odbył się koncert, a po nim miałem okazję porozmawiać z niektórymi członkami tej znanej szeroko kapeli folkowej.
Na początku zapytałem Basię i Mirka Samosiuków, liderów zespołu, o ich stosunek do „Czeremszyny”.
Basia: — Czeremszyna to kawał mojego życia. Ten zespół jest dla mnie czymś bardzo osobistym. Miałam szczęście, że trafiłam na Mirka, dla którego granie i śpiewanie jest tak samo ważne. Nie jesteśmy takim zespołem, który po prostu spotyka się na próbie, potem jedzie na koncert, a potem wraca do innych spraw. Nie, żyjemy tym zespołem cały czas, kiedy z Mirkiem jesteśmy w domu dalej rozmawiamy o naszej muzyce. Gramy już piętnaście lat i ciągle spotykamy się z nowymi oczekiwaniami ze strony odbiorców muzyki. To również wpływa na całe życie.
Jesteście świadomi tego, że dzięki wam trwa jakaś część kultury, chociaż coraz bardziej niszowa?
— Tak, na najnowszej płycie wszystkie utwory śpiewane są w naszej gwarze, śpiewają je jeszcze panie w okolicznych wioskach. Kiedyś je nagraliśmy, a teraz zrobiliśmy do tego takie aranżacje, że można tego przyjemnie słuchać. Mam też nadzieję, że kiedyś, po nas, nadal będzie się śpiewało te pieśni. My nie jesteśmy zespołem folklorystycznym, tylko korzystamy z folkloru. W naszym zespole są teraz także ludzie nie związani z Czeremchą ani nawet z tą okolicą, po prostu weszli w miejscowy klimat.
Nie jesteście zespołem z Czeremchy?
— Jesteśmy, ale nie wszyscy stąd pochodzimy, na przykład Asia Grabowska jest z Warszawy, Krzysiek Sawicki mieszkał przez jakiś czas w Czeremsze, a teraz mieszka i pracuje w Białymstoku na uniwersytecie, Romek Rakowski, grający na perkusji, pochodzi z Hajnówki, skrzypek z Białegostoku a Gosia, skrzypaczka, z Warszawy. Magda Zinkow, Mariola, druga Magda, Mirek czy ja jesteśmy z Czeremchy i dla nas jest to w specyficzny sposób coś bardzo osobistego. Ale okazuje się, że dla pozostałych osób melodia i słowa naszych utworów są też bardzo bliskie. Pewnie wszyscy mamy słowiańską duszę!
Mirek: - Czeremszyna to połowa mojego życia. To nie tylko zespół, ale także coroczne, międzynarodowe spotkania folkowe, to wydawanie płyt, to warsztaty i różne projekty, jak z białoruskim artystą Todarem dla Puszczy Białowieskiej, czy niedawno z kabaretem Widelec. Cały czas staramy się budować markę o nazwie Czeremszyna.
Maria Zdrajkowska: — A dla mnie Czeremszyna to przede wszystkim oderwanie się od rzeczywistości. Już od 15 lat, bo trafiłam do zespołu, kiedy miał zaledwie dwa miesiące. Teraz mieszkam i pracuję w Białymstoku. Kocham śpiewanie, daje mi ono okazję wyładowania złej energii, odreagowania, po koncercie powrotu do codzienności znowu z pozytywnym nastawieniem. Mam też poczucie, że coś zachowujemy, że coś jest kontynuowane, bo można też zadeptać wszystko i być nieuważnym, ale tak nie jest dobrze. Coraz trudniej już nam rozmawiać w mowie, jakiej używali nasi rodzice, ale śpiewając w tej mowie, zachowujemy ją. Czeremszyna nie pozwoli niczego zadeptać i zniszczyć.
Dorota Sawczuk: — Byłam w zespole Czeremszyna wiele lat, teraz mieszkam od kilku lat na północy Anglii. Kiedy słyszę te piosenki, serce mi mocniej bije. Gdy dzisiaj wywołano mnie na scenę, ogromnie się wzruszyłam. Gdyby tylko nadarzyła się okazja, chciałabym wrócić do zespołu, bo nadal jest mi bliski. Jeżdżąc do pracy słucham ciągle płyt Czeremszyny i śpiewam sobie w aucie te piosenki. Przypomina mi to i dom i bliskich ludzi, których znałam, wśród których się wychowałam i na sercu robi się cieplej.
Magda Waszczuk: — Muzyka ludowa jest związana z moim życiem od maleńkości. Pamiętam, że podczas różnych uroczystości domowych, kiedy miałam zaledwie cztery latka, tata brał akordeon, mama tamburyno i śpiewaliśmy całą rodziną. Śpiewaliśmy te same piosenki, które dzisiaj graliśmy na koncercie. Dlatego muzyka, którą wykonuję, kojarzy mi się z rodzinną atmosferą, towarzyszącą świętom i uroczystościom.
Jak tę muzykę odbierają wasi rówieśnicy, czy jest dla nich atrakcyjna?
Magda: — Dla niektórych tak, jest. Czasami bardziej dla ludzi, którzy wcale nie znają jej z domu, jak ja. Młodzieży z Czeremchy czasami piosenki ludowe wydają się śmieszne, mówią mi — ty grasz w Czeremszynie, to takie ludowe, kojarzy się z wsią. A dla innych to odkrywanie, że jest też inna od popularnej wszędzie muzyka, a więc i inna kultura, inny folklor. Ludzie lubią się przy nim bawić. A przede wszystkim jest to jednak sprawa osobista. Ta muzyka jest tak bliska mojemu sercu, że nie wyobrażam sobie, żeby mogło jej zabraknąć.
Krzysztof Sawicki gra od dwóch lat w zespole na gitarze i mandolinie. Kiedy pytam go o skojarzenia związane z zespołem, zaczyna jednak od miejscowości:
— Przede wszystkim Czeremszyna kojarzy mi się z Czeremchą, gdzie mieszkałem przez siedem lat, do dziesiątego roku życia. Zapamiętałem Czeremchę jako dużą miejscowość z dużymi domami i szerokimi ulicami. Dzięki Basi i Mirkowi wróciłem po kilkudziesięciu latach do dzieciństwa i okazało się, że te domy wcale nie są takie duże, a ulice takie szerokie.
Dlaczego grasz akurat tę muzykę?
— Bo kojarzy mi się ona z ogromnym wigorem i energią, a to lubię. W świecie, w którym często pędzi się z jednego miejsca w inne, potrzeba dużo energii i zespół mi to daje. Chciałbym też, żebyśmy nagrywali kolejne płyty i w ten sposób mieli skromny udział w ocalaniu od zapomnienia tego, co ludzie śpiewają sobie jeszcze prywatnie gdzieś po domach w wioskach, żeby nasze dzieci i dzieci naszych dzieci wiedziały co znaczy Podlasie.
Czego życzycie innym?
Magda: — Chciałabym, żeby każdy mógł sam spróbować, sam poczuć tę muzykę, bo czym innym jest słuchanie płyty, czym innym koncertu, a czym innym udział w nim. Bardzo bym chciała, żeby każdy miał choć raz w życiu okazję pobyć z tą muzyką sam na sam. Wtedy o jej przyszłość byłabym spokojna.
Maria: — Chciałabym, żeby jak najwięcej ludzi śpiewało. Nauczyć można się wszystkiego, ale śpiewanie i słyszenie muzyki to jest pewien dar. Nie każdy go posiada, więc gdybym mogła, chciałabym wszystkich nim obdarować.
Zdradź czytelnikom Czasopisu najbliższe plany.
Mirek: — Chciałbym dokończyć projekt z Todarem „Dla Puszczy i ludzi”, bo rozpoczęty już jakiś czas temu nie doczekał się zakończenia i to trochę się jątrzy, jak niezaleczona rana. Chciałbym, aby płyta się wreszcie ukazała, najlepiej przed najbliższymi spotkaniami folkowymi w czerwcu 2009 roku.
Basiu, czego byś życzyła sobie i zespołowi na następne lata?
— Żebyśmy zawsze mieli tyle energii co teraz i żebyśmy zawsze mogli ludziom dużo dawać. Może nie jesteśmy jakimiś supermuzykami, ale na scenie lubimy się, lubimy razem grać i dla nas to jest ważniejsze nawet od innych aspektów i chyba czuje się, że dajemy w ten sposób coś ludziom. Cóż może być piękniejszego? Chciałabym, żeby tak było zawsze. Możemy się czasami pokłócić, możemy mieć inne zdanie, ale kiedy wyjdziemy na scenę, niech to będzie wspólna radość, którą podzielimy się ze słuchaczami, niezależnie od tego, czy zagramy dla jednej osoby, czy dla tysięcy.
Trudno było nie zapytać wójta gminy Czeremcha o zespół, dzięki któremu gmina jest znana szeroko w kraju.
Michał Wróblewski: — Jak się nie cieszyć z zespołu, który przez 15 lat promuje i rozsławia gminę, a także województwo a nawet i kraj! Bo Czeremszyna występowała wielokrotnie za granicą. Piętnaście lat temu młode dziewczyny i chłopaki odważyli się założyć zespół, żeby śpiewać piosenki swoich rodziców i dziadków — w języku tutejszym i używanych na Podlasiu kilku jego odmianach. Bez korzeni nie można przetrwać, a ci młodzi dają nam bardzo dużo, bo to są dobrzy ludzie! Śpiewając trudno być złym człowiekiem, bo pokazuje się wtedy radość duszy.

