Strona główna » Czasopis » Nr 12/08 (GRUDZIEŃ/ СНЕЖАНЬ 2008) » Od redaktora
Od redaktora
Jerzy Chmielewski
Kliknij by zobaczyć obraz w pełnych rozmiarach...

No i stało się. Marzenie Briana Scotta, wypowiedziane w wywiadzie w poprzednim numerze „Cz”, spełniło się. W listopadowych wyborach prezydenckich w USA zwyciężył kandydat demokratów Barack Obama. To historyczny moment w dziejach Ameryki, po raz pierwszy najwyższy urząd w państwie obejmie tam ciemnoskóry obywatel.

Mimo sondaży od miesięcy wskazujących na zdecydowane zwycięstwo Obamy, jego triumf wywołał w świecie zaskoczenie. Nie wierzył w to i nasz kolega Janek Maksymiuk, znawca Amerykanów chociażby z uwagi na wykonywaną dla nich pracę analityka problematyki wschodniej przy Radiu Svaboda w Pradze. Latem, kiedy go odwiedziłem, był przekonany, że nowym prezydentem USA zostanie McCain. — Jeszcze za wcześnie, jeszcze nie teraz — zapamiętałem jego słowa. A jednak — ostatnia rasowa bariera w USA została zburzona właśnie teraz. Na Obamę głosowali przecież nie tylko kolorowi.

Aby w dającej się przewidzieć przyszłości coś podobnego nastąpiło w Polsce, nie ma co nawet się łudzić. I nie tylko dlatego, że mniejszości w całej populacji kraju niemal się nie liczą, bo to najwyżej trzy procent wszystkich obywateli. A choć przejawy otwartego rasizmu są coraz rzadsze, to wciąż co jakiś czas w społeczeństwie uwidoczniają się postawy nietolerancji i ksenofobii. Niestety, także na naszym Podlasiu. Ostatnio przez lokalną prasę przetoczyła się fala artykułów o nasilających się w Białymstoku atakach na obcokrajowców, szczególnie o ciemnym kolorze skóry. Wzbudziło to, co zrozumiałe, niepokój także wśród innych mieszkających tu mniejszości, także nas Białorusinów, prawosławnych. Na szczęście przypadki tej chorobliwej agresji społeczeństwo, jako ogół, zdecydowanie potępia. Niemniej na fanatyków trzeba uważać.

Płynąca z USA, ale też z Unii Europejskiej, tendencja otwierania się na innych w Polsce przyjmować się będzie z opóźnieniem. Polskie społeczeństwo wciąż jest bowiem hermetyczne. W Ameryce, na co mało kto zwraca uwagę, nie ma przywiązania ani do rodzinnych korzeni, ani miejsca zamieszkania. Amerykanie bez najmniejszych oporów bardzo często odbywają życiową wędrówkę od stanu do stanu, od miasta do miasta. Bo tak każe im firma lub sami nieustannie szukają dla siebie lepszego miejsca. Podobne zjawisko daje się też już zauważyć w Europie Zachodniej, gdzie z roku na rok coraz mniej jest domów, które od pokoleń nie zmieniły swych właścicieli. Pod tym względem my — Białorusini na Białostocczyźnie — bardziej jednak jesteśmy podobni do Polaków. Bo tak jak oni — preferujemy swoich. Podstawowym kryterium przy wyborze np. wójta, czy nawet posła na Sejm, jest to, czy kandydat jest „nasz”, czy nie. W ostatnich wyborach samorządowych w niemal stu procentach prawosławnej gminie Orla o urząd wójta ubiegał się m.in. polsko-katolicki działacz z Hajnówki. Jego start z góry był skazany na porażkę, choć trochę głosów autochtonów zdobył. Podobnie pochodzący z tejże Orli poseł Eugeniusz Czykwin jest niejako skazany niemal wyłącznie na elektorat prawosławnych. Wyjątkiem jest drugi „nasz” poseł — Jarosław Matwiejuk, który jako lider listy lewicy zdobył też głosy wyborców z katolickich Suwałk czy Łomży. Ale sympatycy lewicy jak wiadomo nie przywiązują dużej wagi do przynależności religijnej, jakiejkolwiek.

Wszystko to się zmienia i będzie zmieniało. Pozytywnym przykładem jednakowoż jest Białystok. Nikomu dziś nie przeszkadza, że jednym z wiceprezydentów miasta jest prawosławny, w dodatku aktywny działacz cerkiewny, otwarcie identyfikujący się ze społecznością białoruską. Jest oceniany nie przez pryzmat przynależności narodowościowej i religijnej, tylko z tego, za co w mieście odpowiada, czyli ze spraw związanych z bezpieczeństwem, miejską architekturą, mieniem komunalnym, gospodarką śmieciową itp.

Jak się okazuje, „naszych” na ważnych urzędach i posadach jest w regionie niemało. Z reguły są powszechnie akceptowani i szanowani. Nie zawsze jednak sprzyjają, tak jakby mogli i powinni, sprawie społeczności, z której pochodzą. Szczególnie boli ignorowanie kultury białoruskiej przez niektórych wójtów. Na łamach „Cz” takie przypadki wielokrotnie opisywaliśmy. Ostatnio chociażby zasygnalizowaliśmy, że niektóre festyny białoruskie przybierają niepokojąco obcą formę. Takie lekceważące podejście lokalnych włodarzy uderza czasem i w nasze pismo. Ostatnio zatelefonował do mnie czytelnik z jednej z przygranicznych gmin, uchodzącej w województwie za bogatą. Był zaniepokojony, że w swojej gminnej bibliotece, gdzie zwykł czytać „Cz”, nie mógł znaleźć nowego numeru. Co więcej, z tym samym problemem zadzwonił też kierownik biblioteki, gdyż o „Cz” dopytywali się jeszcze inni czytelnicy. Tej i kilkunastu innym bibliotekom w regionie od jakiegoś czasu wysyłamy co miesiąc nasze pismo, mimo że zaprzestały — „z uwagi na cięcia w budżecie gminy” — opłacania prenumeraty. Szukając pod koniec roku oszczędności, musieliśmy jednak nieco ograniczyć wydatki na opłaty pocztowe. Filozofia rządzenia w tej gminie, a podobnie jest wszędzie, jednak mnie zadziwia. W ciągu roku organizuje się tam bowiem kilka drogich pokazowych imprez, spraszając na nie nawet gwiazdy dużego formatu. Za byle poczęstunek — organizowany prawie co tydzień — z budżetu gminy hojną ręką wydaje się pieniądze, które z powodzeniem starczyłyby na roczną prenumeratę dziesięciu takich pism jak nasze. Tymczasem tamtejsza biblioteka nie kupuje żadnego tytułu mniejszościowego. Bo nie ma pieniędzy. Ale na kolorowe tygodniki z Warszawy fundusze są.

Wójt ten publicznie szczyci się przy tym wielokulturowością gminy, bogatej w tradycje itd. Tak to w praktyce wygląda odzew na apel szefa Związku Białoruskiego w RP, który co roku w swym przemówieniu z okazji 25 Sakavika nawołuje do patriotyzmu, podkreślając że w obecnych realiach jest tym również чытанне нашых выданняў і кніжак.

У лістападзе сваё 15-годдзе адзначыла Беларускае гістарычнае таварыства. Так склалася, што і я — асабліва на пачатку — прыклаў руку да некалькіх яго выданняў як іх тэхнічны рэдактар. На пачэсным месцы ў сваёй хатняй бібліятэцы трымаю нумары „Беларускіх гістарычных сшыткаў”. Для мяне яны — невычэрпная крыніца ведаў пра нашае мінулае як беларусаў з Беласточчыны. У спалучэнні з іншымі кніжкамі, якіх шмат выйшла на працягу пятнаццаці гадоў, гэты перыёдык замацоўвае гістарычную праўду пра адвечную тут нашу прысутнасць. Як вядома, некаторым польскім калегам гісторыкам гэта перашкаджае. Яны ў сваіх кніжках прамоўчваюць тое, аб чым пішуць аўтары з Беларускага гістарычныга таварыства, або ствараюць штучны вобраз zakorzenionej polskości na Wschodzie. Такая „ціхая вайна” будзе, пэўна, трываць яшчэ доўга. І хаця гістарычная праўда на нашым баку, то, на жаль, да шырокага грамадства яна ўсё ж не даходзіць. Каб так сталася, нашым гісторыкам трэба працаваць не толькі навукова, але намагацца ўключаць свае веды ў праграмы навучання ўсіх відаў школ.

Kliknij, by wyświetlić formularz...Kliknij, by ukryć formularz... Napisz komentarz
  • Wymagane pola zostały oznaczone *.
  • Komentarze są publikowane po przeczytaniu przez moderatora serwisu.
  • Prosimy Państwa o staranne wpisywanie adresów e-mailowych — Państwa adresy nie są ani publikowane, ani komukolwiek ujawniane, jednakże w niektórych przypadkach prawidłowy e-mail jest nam niezbędny do wyjaśnienia z autorem kwestii, które mogą budzić nasze wątpliwości w nadesłanym przez niego komentarzu.
  • Moderator jest w 100% człowiekiem, a nie programem komputerowym, więc publikacja może potrwać czas jakiś — cierpliwości.
  • Komentarze nie na temat — jest on zadany przez powyższy artykuł — będą odrzucane.

* Kod:
 
Wpisz ten kod (dwie litery i dwie cyfry) w odpowiednie pole formularza podczas wysyłania komentarza. Jeśli nie możesz go odczytać, spróbuj wygenerować inny...
Czasopis.pl na Facebook