Białorusin w Białymstoku (2) – Ewa Zwierzyńska

poprzednia część reportażu 

felietonisci-07Z Białorusi do „Londynu” i „Szanghaju”. Akademik Politechniki w Białymstoku nie grzeszy zbyt wysokim standardem: na cztery pokoje przypada jedna łazienka, ściany ponuro świecą mocno przybrudzą żółtą lamperią, a w większości drzwi wykonanych z lichej płyty pilśniowej widnieją powybijane dziury, jednak Natasza Wierbicka*, studentka I roku logistyki, jest nim zachwycona, bo – jak twierdzi – na Białorusi trudno znaleźć taki pokój w hotelu, jaki ona ma w zwykłym akademiku.

Natasza urodziła się i wychowała w Soligorsku, małym miasteczku pod Mińskiem, i chociaż posiada Kartę Polaka to Polką się nie czuje. – Jestem Białorusinką, a moja ojczyzna to Białoruś – podkreśla z dumą. Polskie korzenie odziedziczyła po ojcu i matka zadecydowała bez wahania: na studia pojedziesz do Polski, tam ci będzie lepiej. O Polsce nie wiedziała prawie nic, nawet języka nie znała, ale zdecydowała się na przyjazd, ponieważ chciała zobaczyć i przeżyć w życiu coś nowego. Bała się tego wyjazdu. Matka ciągle płakała: Natasza, wyjedziesz tak daleko! I rzeczywiście. W ciągu roku pojechała do domu tylko trzy razy. Rodzice przywieźli ją do Białegostoku samochodem razem z koleżanką, z którą mieszka teraz w pokoju.

Pierwszy dzień był bardzo ciężki. Trzeba było załatwić mnóstwo formalności – pierwsze zapoznanie się z uczelnią, przydzielenie akademika, cała masa dokumentów. Mamie Nataszy przypadł do gustu koronkowy budynek politechniki, a także całe miasteczko studenckie. Najbardziej to, że poszczególne dzielnice miasteczka miały światowo brzmiące nazwy, jak Londyn czy Szanghaj. Nataszy się nie spodobało. Chciała studiować anglistykę na uniwersytecie, ale mama przekonywała, że po logistyce będzie miała lepszą pracę. Gdy rodzice odjeżdżali, stały we dwójkę i machając im na pożegnanie płakały.
– Jesteśmy jeszcze dziećmi – tłumaczy Natasza. – Na Białorusi zdajemy maturę w wieku 17 lat i od razu jesteśmy rzucani na głębokie wody. Tęsknię za domem, za przyjaciółmi, ale teraz moje życie toczy się tutaj. Mam tu znajomych, koleżanki, nauczyłam się języka. Już nie jest tak ciężko jak na początku. Poza tym politechnika to dobra uczelnia, dużo lepsza niż uczelnie białoruskie, a to bardzo ważne. Polscy wykładowcy mają zupełnie inną mentalność niż nasi. Jeśli czegoś nie rozumiesz, zawsze możesz zapytać, skonsultować się. U nas między nauczycielami a studentami jest bariera. Za każdą sesję poprawkową trzeba zapłacić. Tutaj wszyscy chcą być pomocni. Możesz przyjść kiedy chcesz, jak chcesz, bylebyś tylko poprawiła. Słabo znasz polski? To zdawaj po rosyjsku, zrozumiemy. We wszystkim idą na rękę.

Natasza jest jedyną Białorusinką w swojej grupie, ale jest zadowolona z atmosfery i polskich koleżanek. – Są fajne i pomagają mi we wszystkim – mówi. – Wieczorami toczy się życie studenckie, chodzimy razem na imprezy, na koncerty. Integrujemy się, chociaż głębszych przyjaźni z Polkami nie nawiązałam, tyle co kontakty na uczelni.
Mimo że zaaklimatyzowała się w Białymstoku, po skończeniu nauki nie chce tutaj zostać. – Marzy mi się Warszawa, Kraków, Wrocław. Białystok jest zbyt mały! Ciągle spotykam te same twarze, za gęsta atmosfera po prostu. O Polsce nic nie mogę powiedzieć, bo widziałam tylko Białystok. Nie podoba mi się to miasto. Może w Warszawie byłoby mi lepiej? Warszawa to podobno najpiękniejsze miasto w Polsce.

IMG_0308

Miasteczko akademickie Politechniki Białostockiej. W Białymstoku studiuje około stu studentów z Białorusi, fot J. Chmielewski

– W teatrze jeszcze nie byłam, ale do klubów zaglądam, chodzimy tam z Polakami, z Białorusinami. Jest bardzo fajnie, ale polskich chłopaków zupełnie nie rozumiem. Oni są całkiem inni niż Białorusini. Miałam jednego chłopaka Polaka i zapytałam go – co chcesz od swego życia? A on na to: nie wiem. Jak to tak? Studiujesz już cztery lata i nie wiesz czego chcesz? Na Białorusi każdy chłopak dokładnie powie, o co mu w życiu chodzi. Polacy są mało dojrzali, mało odpowiedzialni. Białorusini poważniej myślą o życiu, ale dla kobiet Polacy są o wiele milsi. Są uczynni, szarmanccy, chętnie pomagają. Na Białorusi nie zdarza się, że facet tak po prostu pomoże kobiecie. Inaczej też wyglądają stosunki międzyludzkie. Jest tu dużo ciepła, serdeczności. Gdy przychodzę na uczelnię przytulamy się do siebie, cieszymy, całujemy na powitanie. Na Białorusi tego nie ma.
Mimo wszystko wolałabym się związać z Białorusinem. Polski chłopak przychodzi do dziewczyny, poprzytula, pochwali, a potem nie odzywa się przez dwa tygodnie i w końcu zadzwoni jakby nigdy nic: hej! co u ciebie? Na Białorusi, gdy chłopakowi podoba się dziewczyna, to on do niej codziennie przychodzi, przynosi prezenty. Zabiega jak o królewnę.
Białorusinki też chcą wyglądać jak królewny i to odróżnia je od Polek. Są bardzo piękne, ubierają się elegancko, lubią sukienki, buty na wysokich obcasach, makijaż. Polki noszą się bardziej na sportowo, na co dzień wkładają adidasy, no i bardziej romansowe są, lubią flirtować i potrafią to robić z wieloma chłopakami na raz. Białorusinki inaczej – mają jednego chłopaka i wystarcza im, pilnują się go. Niestety w drugą stronę to nie działa. Białoruscy chłopcy mają wiele dziewczyn, a Polacy to już w ogóle, koszmar jakiś! Potrafią mieć siedem dziewczyn w jednym czasie i wszystkim mówią to samo – że „cię kocham” i „jesteś moim życiem”, i wszystkim to samo po kolei. Może bierze się to z łatwiejszego życia?
Mam chłopaka na Białorusi, jestem z nim od czterech lat. Ach, jak on o mnie zabiegał! Aniołem był przez dwa lata. Teraz to już trochę się zmieniło. Mieszka w Grodnie. Też ma polskie pochodzenie. Nazywa się Mirosław. Ma 21 lat, a już pracuje i utrzymuje całą swoją rodzinę, pomaga staremu ojcu, młodszej siostrze. O ślubie jeszcze nie rozmawiamy, ale to poważny związek, chociaż jest moim pierwszym chłopakiem. Na Białorusi młodzież bardzo wcześnie wstępuje w związki małżeńskie, nawet w wieku 16-17 lat. Taka moda nastała, niezależnie czy na wsi, czy w mieście. Moje trzy koleżanki z klasy już mają mężów i dzieci. Nie uważam, żeby to było zbyt mądre. Czy są szczęśliwe? Albo to przyznają się? Narzekania nie usłyszysz, ale kto wie, co sobie myślą w sercu. Szybko chcą stać się dorosłe. Na Białorusi życie niebieskiego ptaka nie jest w modzie, tak jak tutaj. Chciałabym wyjść za mąż w wieku 21 lat, tak jak moja mama. Dłużej nie chcę być panienką. Lubię ciepło rodzinne. Kariera oczywiście też mnie interesuje i to teraz jest najważniejsze. Chcę najpierw skończyć studia, mieć pracę, poukładane życie i dopiero wtedy ślub.
Nienawidzę białoruskiej polityki. Jeśli pójdę na wybory prezydenckie, to zagłosuję przeciw Łukaszence. Ten prezydent siedzi dwadzieścia lat na tym samym miejscu i nic nie zrobił, tylko jakieś żarty wymyśla typu – chcesz jechać po zakupy do Polski, to płać 100 dolarów. Nie mogę powiedzieć, że na Białorusi jest ciężkie życie, ale trzeba tam dużo się uczyć i bardzo ciężko pracować. Oczywiście tym, którzy nie chcą pracować a wszystko mieć, rzeczywiście może wydawać się, że jest ciężko. Studia na Białorusi są teraz odpłatne, trzeba zapłacić ok. 2 tys. dolarów za rok, nawet jak są to studia dzienne. A tutaj? Studia darmowe, ucz się ile chcesz, nawet całe życie. Niektórzy Białorusini, którzy studiują w Białymstoku, podejmują jednocześnie pracę, żeby na przykład móc wynająć mieszkanie, a nie gnieździć się w akademiku. Traktują studia poważniej. Niczego mi nie brakuje, wszystko mam, utrzymują mnie rodzice, chociaż ojciec, by podołać wszystkiemu, musi pracować na dwa etaty. Mama pracuje 9 godzin dziennie, ma swój malutki sklep odzieżowy, ojciec jest inżynierem, kończy o 17 pracę państwowa i dorabia, reperując samochody, do 23. Dziesięć lat ojca praktycznie nie widziałam. On wyjeżdża –ja śpię, on wraca, ja już śpię. Tylko w weekendy mogłam go zobaczyć.
Białoruś jest biedna. Chciałabym, aby Białorusią rządził ktoś inny. Mieszkam tylko osiemdziesiąt kilometrów od granicy z Polską i widzę ogromną różnicę między oboma krajami, inny jest wygląd ulic, miast, wiosek. Gdy przejeżdżasz przez wieś białoruską, aż żal patrzeć, jak wszystko się wali. Sklepy wyglądają jak jakieś odrapane magazyny. Poziom życia jest odczuwalnie niższy. Moje marzenia? Trudno o tym mówić. Pierwsze marzenie: zaliczyć ten rok na uczelni i wyjechać nad morze do Turcji. Chcę odpocząć, bo ten rok był dla mnie bardzo trudny. A w perspektywie pięciu lat – mieć męża, dziecko, dom, samochód. Tak jak każda dziewczyna. Do Białorusi nigdy już nie wrócę. Nie chcę takiego życia, jakie mieli moi rodzice.

***
Na końcu korytarza, błyszczącego nową beżową terakotą, urządzono kącik dla palaczy. Puszka po kukurydzy wypełniona jest niedopałkami po brzegi. Na przeciwległej ścianie ktoś namalował mazakiem wielkie, czerwone serce, ktoś inny podpisał na zielono: „Dla kogo to serce? Dla mnie?”. Akademikowej atmosfery dopełniają muzyka, dudniąca z któregoś pokoju, i głośne śmiechy. Pawła Romańchuka, studenta pierwszego roku mechaniki budowy maszyn, zastałam pogrążonego w nauce przy komputerze. Jest on jednym z około stu studentów z Białorusi, uczących się na białostockich uczelniach. Paweł ma polskie pochodzenie. Tata, dziadek, babcia – wszyscy byli Polakami. Rodzina Pawła ma herb szlachecki i rozrysowane całe drzewo genealogiczne. Ojciec w dzieciństwie dużo opowiadał mu o polskości, uczył patriotyzmu. Dzisiaj Paweł uznaje się za Polaka, chociaż twierdzi, że jest w nim też coś białoruskiego.
– Bardzo chciałem studiować w Polsce – opowiada – głównie z powodów finansowych, ale też prestiżowych. Na Białorusi za studia trzeba sporo zapłacić, za darmo mogą studiować tylko prymusi. W Polsce życie lepsze, o tym wszyscy wiedzą. Na Białorusi nie mam czego szukać. Wielu moich znajomych, ukończywszy uniwersytet, ma trudności ze znalezieniem pracy. Oczywiście tych z najwyższą średnią wezmą, ale ich jest niewielu. Reszta pójdzie do colle-
ge’u, po skończeniu trafi do jakiegoś do przedsiębiorstwa, ręce czarne, zarobione po łokcie, a dostaną grosze. Ja tak nie chcę. Nam, którzy kończymy naukę, trudno znaleźć pracę. Trzeba mieć dobre układy i znajomości, a ja mam całą rodzinę tutaj, w Polsce. Wcześniej przyjeżdżałem do Polski na zakupy, na koncert, odwiedzałem wujka w Warszawie. Wybrałem Białystok, bo bliżej mam do domu. Cały wrzesień uczyłem się jeszcze na uniwersytecie w Grodnie, a w październiku przyjechałem na Politechnikę Białostocką.
Pierwszą różnicą, którą zauważyłem, było to, że na Białorusi masz obowiązek notować na wykładzie. Kiedy tego nie robisz, wykładowca może zwrócić ci uwagę i poprosić o opuszczenie sali. W Polsce możesz robić co chcesz, bylebyś zdał potem zaliczenie. Jestem zadowolony z akademika, mamy jedną łazienkę na cztery pokoje, ale u nas na Białorusi jeszcze gorzej jest, karaluchy chodzą, nie wolno na własną rękę robić remontu w pokojach. O 12 w nocy już wychodzić nie możesz, a tutaj wracasz o której chcesz, może cię nie być nawet całą noc. Na początku często podchodziłem z prośbą o pomoc do wykładowców, we wszystkim mi pomagali. Jestem jedynym studentem z Białorusi w grupie. Stosunki w grupie układają się bardzo dobrze, z postawami nieżyczliwymi nie spotkałem się, niektórzy tylko są na „dzień dobry” i „do widzenia”. Na początku miałem pewien problem z nazwiskiem, bo pisze się Romańchuk a czyta Romańczuk. Wykładowcy mieli problemy z odczytywaniem. Nie zauważam większej różnicy pomiędzy młodzieżą polską i białoruską. Integrujemy się bez problemów, chodzimy razem do miasta, do sklepu, do galerii. Byliśmy też na rynku. Chcieliśmy odwiedzić muzeum, ale jakoś czasu nie było. Bardzo mi się tu podoba, myślę że nie wrócę na Białoruś. Wolałbym zostać w Polsce, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego.
Polskie pochodzenie ma także jego kolega – Eugeniusz Trocki, student II roku energetyki.
– Moi rodzice są Polakami, chociaż urodzili się i mieszkają na Białorusi. Tradycje polskie były w mojej rodzinie bardzo ważne. Od dzieciństwa obchodziliśmy wszystkie święta, czasem rozmawialiśmy po polsku w dni powszednie, a na święta to zawsze. Chodziłem do kościoła co tydzień. Stryjeczny brat mojej babci to arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz, miński metropolita. To zadecydowało o wyborze Polski na miejsce studiów, lepsze perspektywy na przyszłość, więcej możliwości znalezienia pracy, ułożenia sobie dobrego życia. Nie mam zamiaru wracać. Chciałem spróbować życia w Polsce, być bliżej Polski, polskości. Ani razu nie żałowałem, że tutaj przyjechałem. Nie uważam Białorusi za swoją ojczyznę. Grodno jest moją małą ojczyzną, tam się urodziłem, tam wyrosłem, ale to tutaj czuję się w ojczyźnie. Tęsknię tylko za rodziną. Na uczelni nie mam żadnych problemów, mam tutaj wielu kolegów, znajomych. Wrosłem już, gramy z chłopakami w piłkę nożną. Lubią wysłuchać mnie, pytają, dlaczego tu przyjechałem, dla nich to jest interesujące. Traktują mnie normalnie, nigdy nie miałem żadnych przykrości. Nie wiem jeszcze, co chciałbym robić w życiu, nie mam sprecyzowanych planów. Za pięć lat? Chcę skończyć studia, to najważniejsze, i znaleźć dobrą pracę w Polsce. Dziewczyny nie mam, ale chciałbym, aby była Białorusinką. Białorusinki są piękniejsze.

* imię i nazwisko bohaterki zostały zmienione

Ewa Zwierzyńska – Pomagać mimo wszystko

felietonisci-07Codziennie od siedmiu lat gotuje gar zupy: kapuśniak, kartoflanka, ogórkowa, co tam jest pod ręką. Czasem talerz z tą zupa leci jej prosto w twarz, czasem leci cegła, a niekiedy tylko złe słowa. Nie załamuje jej to. Siostra Sancja uważa, że trzeba pomagać mimo wszystko. Jej wzorem jest Matka Teresa z Kalkuty.

Zabytkowy kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w Grodnie wygląda jak przerośnięte dziecko wciśnięte w kojec okalającego go wysokiego muru. Ktoś, kto idzie ulicą Karola Marksa i nie podniesie głowy, może nie tylko nie zauważyć przepięknych arabeskowych zdobień na jego frontowej ścianie, ale w ogóle przeoczyć fakt, że stoi tutaj kościół. XVII-wieczny mur obronny, flankowany dwiema wieżyczkami, odgradza dwa światy – ten pełen wielkomiejskiego szumu i klaksonów ciągnących się sznurem samochodów, i ten wyciszony, klasztorny rytm życia sióstr nazaretanek, które przy kościele znalazły swoją siedzibę. Oba te światy łączy barokowa brama, przez którą chyłkiem przenikają ludzkie postacie. Szarobure, drżące, na codzień jakby przezroczyste dla reszty społeczeństwa, kłapiącego obcasami po grodzieńskich brukach w drodze do swoich biur i szkół. Tuż za murem znajdują się zwykłe, niepozorne drzwi pomalowane beżową farbą, jakby żywcem wyjęte z filmów o socjalistycznych zakładach pracy. Na drzwiach przybita jest tabliczka: „Stołówka dla ubogich”.

Codziennie przed tymi drzwiami ustawia się kolejka chętnych do zjedzenia zupy. Są wśród nich – bezrobotni, alkoholicy, byli więźniowie, bezdomni, ale wszystkich łączy jedno – brakuje im pieniędzy na chleb. Ten chleb dostają tutaj za darmo, do zupy, po dwie kromki. Na Boże Narodzenie otrzymują cały bochenek, a na Wielkanoc dodatkowo święcone jajko. Każdego dnia stołuje się tutaj około stu osób. Kuchnię prowadzi siostra Sancja. Codziennie o 14 otwiera drzwi stołówki i nalewa zupę do aluminiowych misek.

Białoruś – czysta, uporządkowana, z rozwiniętą opieką socjalną i niskim wskaźnikiem przestępczości, bez kłujących w oczy żebraków i bezdomnych – taki obraz odmalowywany jest przez władzę, taki przekaz ma iść w świat. Białoruś ma być krajem, w którym wszyscy żyją jeśli nie dostatnio, to przynajmniej wystarczająco dobrze, z wypłatą pozwalającą godnie przeżyć kolejny miesiąc, z darmową opieką medyczną i edukacją, z zasiłkami socjalnymi i tanimi mieszkaniami dla młodych. Miasta bijące po oczach czystością, opasane nową kostką brukowa, lśniące świeżymi tynkami. Z ich bocznych zaułków, ze schowanych przed wzrokiem klatek schodowych, z kątów wysprzątanych dworców wyziera ukradkiem życie, które nie daje się ujarzmić. Wypełza wstydliwie, odwracając oczy od przypadkowych przechodniów, oddychając ciężko pijackim snem, obciążając swoją bezradnością i rozpaczą.

ez1

Siostra Sancja w klasztornej jadłodajni w Grodnie

Mieczysław uśmiecha się nieśmiało, chowa głowę w ramiona, wciska w kąt. Mimo że przychodzi tu od dziesięciu lat, wciąż się tego wstydzi. – U nas tak ludzie są wychowani, że to wstyd przyjmować pomoc, przychodzić do takich miejsc. Krzywo się na takich patrzy, jak na pasożytów. Niektórzy uważają, że przychodzimy tu jak do kawiarni, dla przyjemności. Inni też czują się skrępowani, gdy tu przychodzą po pomoc. Uważają, że być może wiążą się z tym jakieś zobowiązania, że oczekuje się od nich czegoś, na przykład przychodzenia do kościoła. Nie pracuję, bo to mi się nie opłaca. Lata do emerytury mam wypracowane, tylko wieku jeszcze nie osiągałem. Pomagam czasem sąsiadom, znajomym a to w remoncie, a to samochód naprawię. Przychodzę do kuchni pomagać, czysto fizyczna robota. Gar z zupą przyniosę, ostatnio wodę w wiadrach tacham, bo ze względu na remont wodociągów wody w kranie nie ma, zimą odgarniam śnieg, jesienią liście. Pomagam, dlaczego mam nie pomagać, jeśli mogę? Przychodzę tu codziennie. Znam prawie wszystkich bezdomnych w Grodnie. Mieszkają po klatkach schodowych, na dworcu autobusowym. Zimą to nawet półoficjalnie pozwalają tam koczować. Milicja nie zwraca na nich uwagi. Tylko z centrum miasta przeganiają, szczególnie sprzed budynków państwowych czy urzędów, aby władza nie musiała na nas patrzeć, jak idzie do pracy.
Nie wszyscy jednak, którzy przychodzą tu się stołować, należą do tzw. marginesu. Cześć z bywalców to emeryci, tak jak Ajdyn, muzułmanin pochodzący z Kaukazu. Do stołówki przychodzi od kilkunastu lat. – Dostaję milion dwieście rubli emerytury (ok. 400zł), nie da się za to godnie przeżyć. Buty, kurtka, koszula, spodnie, to wszystko dostałem od sio0stry Sancji – błyska szerokim uśmiechem, kiedy pokazuje swoje ubranie – dzięki niej wyglądam jak człowiek. Czasem dostaję też trochę chleba, który zostaje w kuchni. Czy to duża pomoc? Ogromna!

Siostra Sancja ma 29 lat i ciemne włosy, które niesfornie wypadają spod klasztornego czepca. Jej rodzice byli ateistami, kontakt z kościołem miała jedynie na wakacjach, gdy przebywała u dziadków. Nurtowało ja pytanie: dlaczego dziadkowie są wierzący, a jej rodzice nie? Gdy w wieku 16 lat oświadczyła, że chce przyjąć pierwszą komunię i chodzić do kościoła, rodzicom bardzo się to nie spodobało. O ile jej wizyty w kościele ograniczały się do niedzielnej mszy, mogli jeszcze zachować neutralność, ale gdy córka odwiedzała kościół kilka razy w tygodniu, zaczynały się problemy. – Bali się, że będę chciała zostać zakonnicą, że stracą córkę – tłumaczy siostra Sancja – i ich obawy nie były bezzasadne. Gdy w wieku 18 lat dziewczyna podjęła decyzję o wstąpieniu do klasztoru, w domu rozpętała się burza. Rodzice nie chcieli o niczym słyszeć. Sancja uciekła z domu, zostawiając na stole krótki list. Wstąpiła do zgromadzenia nazaretanek. Skierowano ją do Grodna. Tu, po złożeniu pierwszych ślubów, trafiła do stołówki. Nie lubi gotować, ale lubi pomagać ludziom, szczególnie tym biednym i starszym. Decyzji nie żałuje, chociaż praca bywa niewdzięczna. Bezdomni są obowiązani do przynoszenia zaświadczeń o braku gruźlicy i wszawicy, nie wszyscy chcą ich dostarczać, i wtedy pojawiają się konflikty. Niekiedy dochodzi do bójek między nimi, trzeba wzywać policję, czasem przyjdzie ktoś z zaburzeniami psychicznymi i narozrabia, trzeba wzywać karetkę pogotowia, jak wówczas gdy zaburzona kobieta ciskała w Sancję cegłami wyrwanymi z muru. Na szczęście udało się w porę zamknąć drzwi i cegła szczęśliwie nie trafiła w głowę siostry. Sancja opowiada o tym rzeczowo, bez zbędnych uczuć. Przyzwyczaiła się do twardego życia, do posłuszeństwa. W jej życiu liczą się konkrety, czyny, nie słowa. – Staram się w każdym człowieku widzieć Chrystusa i tak pojmuję swoje powołanie. Pomagając im, pomagam samemu Chrystusowi. Inaczej nie mogłabym pracować. Ale nie zawsze jest źle. Jej podopieczni potrafią też okazać wdzięczność. Gdy spotykają na ulicy inne siostry ze zgromadzenia, zawsze przekazują pozdrowienia dla Sancji. – Niektórzy wychodzą z bezdomności, kończą się ich kłopoty, znajdują pracę, ich życie się normalizuje. Przychodzą wtedy podziękować.

ez

Ubogich zawsze mieć będziecie (Mt 26:11)

Sancja zakasuje rękawy klasztornego habitu i nalewa zupę do misek z wielkiego, parującego gara. Mieczysław roznosi chleb. Stołówka to niewielka salka, w której stoją trzy drewniane ławy pokryte ceratą. Nie wszyscy mogą się tu zmieścić na raz, więc grupy wpuszczane są po kolei. Jedzą szybko, w milczeniu. Zjedzenie zupy z mięsem zajmuje im 5-10 min., i w tym czasie pani Ania musi zmieścić się ze swoim krótkim kazaniem. Tleniona blondynka w średnim wieku i wytartych dżinsach przychodzi tu codziennie od kilku lat, by głosić słowo boże. Dzisiaj czyta fragment ewangelii mówiący o tym, jak Piotr idący po wodzie do Jezusa zobaczył wielkie fale i wiatr i przestraszywszy się, zaczął tonąć, wołając: Panie, uratuj mnie. – Pierwszą reakcją człowieka, w którego życiu podnosi się burza, jest strach, panika – powoli i wyraźnie wyjaśnia przeczytany fragment, akcentując każde słowo – w naszym życiu też pojawiają się takie sytuacje, których nie rozumiemy, wtedy chwyćmy się bożego słowa, które jest w stanie pomóc nam odzyskać spokój i wyjść z najtrudniejszych sytuacji.

Pierwsza grupa ubogich wychodzi, Mieczysław zbiera talerze, siostra Sancja wyciera stoły. Już przychodzą następni, też będą jeść, słuchając słów Anny przy brzęku aluminiowych łyżek. Potem rozejdą się, każdy w swoją stronę. Jutro wrócą, jeżeli akurat nie zapiją. Niektórzy nie wracają już wcale. Pojawiają się nowi, tacy jak 35-letni Dmitrij, który do stołówki przychodzi od tygodnia. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę i czarne dżinsy odstaje wyglądem od masy szaro-burych kurtek. Jego kłopoty zaczęły się od momentu, gdy w afekcie pobił człowieka. Rodzina poszkodowanego domagała się wysokiego odszkodowania. Nie był w stanie uzbierać takiej sumy. Bliscy i przyjaciele odwrócili się od niego. Musiał opuścić dom. Szemrana firma od pożyczek udzieliła mu kredytu, którego nie jest w stanie spłacać. Miał wybór – albo więzienie, albo spłata kredytu. Do więzienia iść nie chciał. Od dwóch tygodni nocuje w miejskiej noclegowni. Na szczęście ma pracę, jest piekarzem. Każdy grosz składa na spłatę kredytu. Ma nadzieję, że z czasem spłaci wszystko i jego problemy się rozwiążą. Dmitrij opowiada o wszystkim spokojnie, nawet mechanicznie, bez cienia emocji. Ożywia się, gdy wspomina usłyszane przed chwilą kazanie. – Ta dziewczyna, która czytała Biblię, dzisiaj powiedziała, że problemy mogą dotknąć człowieka kiedy najmniej się ich spodziewa, w każdym momencie życia. Żyjesz sobie normalnie i nie spodziewasz się, co przyniesie jutro. Tych ludzi, z którymi dzisiaj tutaj jestem, wczoraj jedynie mijałem na ulicy. Dzisiaj z nimi jem.

Mova nanova – kursy patriotyzmu Ewa Zwierzyńska (Cz 9/2014)

Ewa Zwierzyńska

Celem naszych spotkań jest nie tyle nauka języka białoruskiego, co kształtowanie światopoglądu. Język białoruski – tak jak każdy zresztą język – tworzy swój odrębny świat. Jest to świat paralelny do świata języka rosyjskiego, dominującego w naszym kraju. Chcemy ludziom stworzyć możliwość dołączania do świata białoruskiego – mówi Ihar Kuźminicz, który wraz z Volhą Astrouską prowadzi w Grodnie kursy języka białoruskiego „Mova nanova”.

Niewielka salka zapełniona jest po brzegi, spóźnialscy tłoczą się koło drzwi, pozostały im już tylko miejsca stojące. Na spotkanie przyszło ok. 50 osób, w większości młodzież, ale jest też kilka osób starszych, a nawet całe rodziny. Od czasu rozpoczęcia spotkań, czyli od marca bieżącego roku, kursy cieszą się niesłabnącą popularnością. Na sali panuje swobodna, radosna atmosfera. Swój udział mają w tym prowadzący – entuzjastyczni i pełni zapału do pracy. Białoruskość rozlewa się w powietrzu jak elektryczność. Wszyscy mówią po białorusku, oddychają wolnością, w której mogą bez skrępowania rozmawiać w swoim ojczystym języku. Tą radość można przyrównać do radości z powrotu do własnego domu.

Każde spotkanie ma swój temat wiodący, dzisiejsze poświęcone będzie poezji, ale najpierw blok dla najmłodszych. Dzieciaki oglądają „Świnkę Pepę” po białorusku, potem uczą się słów grzecznościowych: dzień dobry, dziękuję, przepraszam. Każde z nich dostaje rysunek do pokolorowania. Powtarzają nazwy pór roku i miesięcy, a potem układają wierszyki o dniach tygodnia. Prowadzący przygotowali mnóstwo multimedialnych materiałów: filmy, pliki audio, piosenki. Grupa młodzieży przygotowała swoje wystąpienie, poświęcone białoruskiemu poecie Ryhorowi Baradulinowi. Podczas czytania jego poezji w pewnej chwili wszyscy uczestnicy powstali i zjednoczyli się recytując jego wiersz: „Hatowy usio addać, i tym bahaty, my-Biełarusy, My-narod taki”. Na sali zapanowała podniosła, uroczysta atmosfera. Słowa Ihara Kuźmicza o zanurzaniu się w białoruski świat nie okazały się pustym frazesem. Te spotkania to nie tylko nauka języka ale też białoruskiego patriotyzmu.

fot. Ewa ZwierzyńskaBezpłatne, społeczne kursy języka białoruskiego dla wszystkich chętnych rozpoczęły się w styczniu 2014 roku w Mińsku. Pomysłodawcami byli filolog Alesia Litwinouskaja i dziennikarz Hleb Łabadzienka. W założeniu kursy mają być nauką języka, prowadzone w sposób ciekawy, lekki i nieformalny, na zasadzie interakcji z uczestnikami i z pomocą nowoczesnych środków multimedialnych. Od początku cieszyły się ogromnym powodzeniem. Na cotygodniowe zajęcia w Mińsku przybywa każdorazowo kilkaset osób. W krótkim czasie podobne kursy zorganizowano w innych większych miastach Białorusi: Baranowiczach, Grodnie, Bobrujsku, Nieświeżu i Homlu. Na portalach społecznościowych kursy reklamują się jako „modne”. To świadomy zabieg organizatorów, którzy chcą przełamać negatywne stereotypy nagromadzone wokół języka białoruskiego, uważanego przez większość Białorusinów za język „gorszy” kojarzony z wsią i kołchozami, i wykreować modę wśród młodzieży na język białoruski, jako na język inteligencji, ludzi światłych, przywiązanych do swego dziedzictwa kulturowego. Kursy „Mova nanova” pojawiły się jako odpowiedź na zapotrzebowanie tej części społeczeństwa białoruskiego, jaka jest zainteresowana pielęgnowaniem swojej narodowej tożsamości.

Sytuacja języka białoruskiego jest katastrofalna i nieustannie pogarsza się. Język białoruski został uznany przez UNESCO za jeden z języków zagrożonych wyginięciem. W ciągu dziesięciu lat pomiędzy dwoma spisami powszechnymi – w 1999 i 2009 roku odsetek osób używających języka białoruskiego w domu spadł z 37 do 23%. Podczas ostatniego spisu język białoruski jako ojczyzny wskazało 53% Białorusinów, czyli o 20% mniej niż w poprzednim. Odsetek osób stale rozmawiających po białorusku jest jeszcze mniejszy: w przeciągu ostatnich 3 lat obniżył się z 5,8 do 3,9%. Pomimo, iż język białoruski jest oficjalnym językiem państwowym obok rosyjskiego, w praktyce został całkowicie przez niego zdominowany. W życiu publicznym, w urzędach państwowych, w mediach i na ulicach używa się prawie wyłącznie języka rosyjskiego. Podobnie rzecz ma się w szkołach, gdzie język białoruski posiada status równy językowi obcemu.

Tylko 16,4 proc. uczniów na Białorusi uczy się w języku białoruskim – wykazał sondaż przeprowadzony przez główny urząd statystyczny Biełstat, a do białoruskojęzycznych przedszkoli uczęszcza jedynie 11,4% dzieci. Na uczelniach jest jeszcze gorzej, zaledwie 700 studentów uczy się w języku ojczystym, co stanowi jedynie 0,2%. To mniej niż 3 lata temu, kiedy po białorusku uczyło się 20% dzieci w wieku szkolnym, a studiowało 0,9%.

Ostracyzm i brak przyzwolenia społecznego nie zachęcają do używania języka białoruskiego na co dzień. Ihar Kuźminicz mówi wprost o dyskryminacji języka białoruskiego – Język białoruski nie jest oczywiście zabroniony, oficjalnie jest uznawany za język państwowy, ale w praktyce z jego używaniem wiążą się różne problemy np. w państwowych urzędach proszą, by nie przynosić dokumentów napisanych po białorusku, nie odpowiadają na skargi złożone w języku białoruskim, i wiele innych, drobnych spraw, które składają się na to, że w ostatecznym rachunku język białoruski spychany jest na gorszą pozycję. W Grodnie nie ma ani jednej szkoły, ani nawet klasy, w której prowadzone byłoby nauczanie w języku białoruskim. Aby stworzyć taką klasę wymaganych jest co najmniej 20 podpisów rodziców. Nam udało się zebrać o wiele więcej, a jednak taka klasa nie została utworzona. Już sam fakt, że w białoruskim państwie wymagane jest zbieranie podpisów, aby dzieci mogły uczyć się po białorusku świadczy o dyskryminowaniu tego języka. Ja rozmawiam wyłącznie po białorusku, nawet jeśli ktoś do mnie zawraca się po rosyjsku. Z wyraźnie negatywną reakcją spotkałem się tylko raz, w urzędzie. Urzędniczka zapytała mnie, czy nie wstyd mi, że uparcie odpowiadam po białorusku, skoro ona rozmawia ze mną po rosyjsku. Wtedy ja ją zapytałem, czy to ona nie wstydzi się rozmawiać ze mną po rosyjsku skoro ja zwracam się do niej po białorusku? To moja ziemia, gdzie ja mam rozmawiać po białorusku jak nie w swoim własnym kraju? Dla niej to był szok. Po raz pierwszy dotarło do niej, że mam prawo w swoim własnym kraju rozmawiać w ojczystym języku.

fot. Ewa Zwierzyńska

fot. Ewa Zwierzyńska

Jak w społeczeństwie przyjmowane są osoby posługujące się na co dzień językiem białoruskim? Z reguły obojętnie, ale wciąż używanie języka białoruskiego wymaga przełamania się i wewnętrznej odwagi. Młodzież, która przychodzi na kursy „Mova nanova” to mali bohaterowie, tacy jak Hanna i Kasia, 19-letnie studentki medycyny – Chcemy przeciwstawić się dominującemu na Białorusi poglądowi, że język białoruski to mowa albo kołchoźników, albo opozycjonistów, którzy nie cieszą się w społeczeństwie dobrą sławą. Chcemy pokazać, że wykształceni ludzie z miast też rozmawiają po białorusku, i że jest to dla nas nobilitacja. Podejmujemy od czasu do czasu próby rozmowy w języku białoruskim na co dzień , ale jest to bardzo trudne, ponieważ całe nasze otoczenie jest rosyjskojęzyczne, a to stanowi niemałą barierę.

– Ja podjęłam próbę rozmawiania na uczelni tylko po białorusku – opowiada Kasia – zwracałam się tak do kolegów, w tym języku odpowiadałam na pytania wykładowców, ale wytrzymałam tylko dwa tygodnie. Wszystkie podręczniki napisane są po rosyjsku, dlatego używanie języka białoruskiego wymagało dodatkowego wysiłku. Reakcje otoczenia były różne, wykładowcy na ogół reagowali pozytywnie, koledzy również, niektórzy sami nawet zaczęli zawracać się do mnie po białorusku, ale zdarzały się też reakcje agresywne, domagano się, bym rozmawiała „tak jak wszyscy”, czyli w języku rosyjskim.

23-letni Vadim, student historii, który na kursy „Mova nanova” przyszedł po raz pierwszy, sam siebie określa jako żywy dowód na odradzanie się języka białoruskiego. Po białorusku rozmawia z babcią na wsi, i czasem z kolegami, ale chce rozmawiać częściej. – Jestem Białorusinem i powinienem rozmawiać po białorusku, jak powiedział nasz poeta Franciszak Bahuszewicz: „Nie pakidajcie movy naszaj naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”. Jeśli zapomnimy swój język, to zapomnimy i o swojej tożsamości, o tym kim jesteśmy – dodaje. – Młodzież, która tutaj przychodzi, to osoby szczególnie, wyjątkowe – dzieli się swoimi wrażeniami Volha Astrouskaja – nastawieni są bardzo entuzjastycznie, oni naprawdę chcą rozmawiać po białorusku! To oni stają się moim natchnieniem do dalszej pracy, dla takich ludzi chcesz dawać coraz więcej i więcej, nasze zajęcia samonakręcająca się maszyna wspólnego dawania i brania. Język białoruski jest tak bogaty, że można z niego czerpać bez końca, jak ze studni bez dna, zawsze będzie o czym opowiadać, i co pokazywać. Widzę to, kiedy przygotowuję kolejne zajęcia, tematów nigdy nie zabraknie! Kiedy poruszam jeden temat, zaraz zaczyna wyłaniać się kolejny, pojawiają się wciąż nowe pomysły. Zobaczyłam w tym wielki potencjał również dla mego osobistego rozwoju. Przede wszystkim chcemy przekazać młodzieży, aby nie bali się rozmawiać po białorusku. Oni na tym miejscu nie boją się, nie wstydzą, a potem wychodzą na ulicę i zauważam, że w dalszym ciągu rozmawiają, przenoszą ten język do sklepów, do bibliotek, do domów. Najważniejsze, żeby stali się dobrymi ludźmi. My takie pojęcia jak białoruskość, Białorusin nie chcemy rozpatrywać wyłącznie w wąskiej, nacjonalistycznej kategorii, ale uważamy, że być Białorusinem to być dobrym człowiekiem. Chcemy opowiadać im o wybitnych Białorusinach, o ich sposobach życia, postępowania, aby z jednej strony zachowywali swój język i białoruskość, a z drugiej pamiętali o wartościach i moralności. Nasze szkoły starają się wychowywać młodzież w duchu patriotyzmu, ale ten patriotyzm opiera się trochę na innej płaszczyźnie, głównie na kulcie „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”.

Kursy językowe „Mova nanova” to jedna z największych, i najpopularniejszych inicjatyw na Białorusi promująca ojczysty język, ale nie jedyna. Pojawiło się kilka jaskółek zwiastujących narastające zainteresowanie językiem białoruskim. W 2012 roku została wprowadzona ustawa, zgodnie z którą urzędnik musi pisemnie odpowiadać petentowi w języku, w jakim zostało złożone pytanie. Ministerstwo handlu nakazało, aby we wszystkim restauracjach menu było dostępne również w języku białoruskim. Pojawiają się inicjatywy prywatne, jak ta prowadzona przez prywatnego przedsiębiorcę z Homla produkującego meble „Slavia”, który obiecuje 10 proc. rabatu dla każdego kupującego, jeśli zamówienie zostanie złożone w języku białoruskim. Społeczności internetowe propagują akcję zostawiania książek w języku białoruskim w komunikacji miejskiej w każdy czwartek, by pasażerowie mogli je czytać. Sporo dla popularyzacji języka białoruskiego robi też kampania „Budźma Biełarusami”, która co roku organizuje m.in. festiwal reklamy białoruskojęzycznej. Ten trend zaczyna być coraz bardziej popularny, po białorusku zaczęły reklamować się takie firmy jak Adidas, Samsung i Renault. Za reklamę języka białoruskiego wzięło się również Ministerstwo Kultury, od kilku lat usiłuje przekonać Białorusinów do używania ojczystej mowy poprzez billboardy na których pojawiają się hasła „Mama = mowa. Kochasz mamę?”. Ihar Kuźminicz krytycznie ocenia wpływ, jaki mogą one wywierać na świadomość młodego pokolenia, upatrując w nich jedynie chęć zademonstrowania poparcia dla języka białoruskiego, bez praktycznych działań na jego rzecz. – Takie plakaty oczywiście są pozytywnym zjawiskiem – mówi – jednak bez wbudowania ich w szersze działania niemożliwym jest, by mogły coś zmienić. Realną zmianę może przynieść jedynie zmiana systemu edukacji na wszystkich poziomach: przedszkolnym, szkolnym i uniwersyteckim, a także zmiana nastawienia mediów do języka białoruskiego, a tego niestety brak.

Czy te 50-100 osób które pojawia się na zajęciach w 300-tysięcznym Grodnie to mało, czy dużo? Volha i Ihar nie mają wątpliwości: – Wszystko wielkie zaczynało się od małego. Można powiedzieć, że ta grupa która przybyła dzisiaj, to niedużo, ale Chrystus także miał tylko dwunastu uczniów, a zdołali oni przewrócić cały świat! Siła tych ludzi polega na tym, że po wyjściu z tej sali nie przestają rozmawiać w ojczystym języku, ale przekazują go dalej. Nie zajmowalibyśmy się działalnością, która byłaby pozbawiona sensu.

fot. Ewa Zwierzyńskafot. Ewa Zwierzyńska