Ewa Zwierzyńska. „Święta Ruś” na bagnach

Kładka przez bagna do skitu – pustelni o. Gabriela (Фота Міры Лукшы)

 

 

  1. Skit w Odrynkach

Kładkę z każdej strony oblewa woda, podobnie jak i całą wysepkę, na której ojciec Gabriel zbudował skit, czyli prawosławną pustelnię. Dopiero teraz, na wiosnę, widać, że pustelnia naprawdę zbudowana jest na bagnach. Nad wodą lecą gęsi, pierwszy znak zbliżającej się wiosny, zza grubych chmur pobłyskuje od czasu do czasu słońce, odbijając promienie w złotych kopułach cerkwi. Przed wejściem na kładkę, na niewielkim parkingu w sosnowym lasku, stoi kilkadziesiąt samochodów. Większość ma rejestracje białostocką, ale są też z daleka, z Warszawy, z Poznania. Mimo że Odrynki są wsią prawie całkowicie wymarłą, na niedzielne nabożeństwo przyjeżdża wiele osób. Ściąga ich sława tego miejsca, może duchowe tęsknoty, poszukiwanie duchowej głębi. Coś sprawia, że zamiast do swojej cerkwi w Hajnówce czy w Narwi wolą przyjechać tutaj, do ojca Gabriela.

Jestem trochę spóźniona, w cerkwi trwa nabożeństwo. Uczestniczy w nim około stu osób. Cerkiewka kilka miesi­cy temu została częściowo spalona, prawdopodobnie było to celowe podpalenie. Uważa się, że zrobili to polscy nacjonaliści, którym nie w smak obecność prawosławnych na Podlasiu. Wcześniej ojciec Gabriel był nachodzony, straszony, grożono mu. Kilka lat temu pustelnia została zdemolowana przez nieznanych sprawców. Dzisiaj po pożarze nie ma już śladu. Cerkiew została obudowana, drewniane ściany lśnią nowością, a nowe ikony złotem. Przyglądam się im. Próżno w cerkwi szukać ikon unickich, których pełno w starych cerkwiach Podlasia. Nie znajdziesz tu barokowych aniołków i zlatynizowanych Madonn. Wszystko ma być prawowierne, zgodne z kanonem. Po lewej stronie zatem carskich wrót na wiernych patrzy  bizantyńska Bogurodzica, po prawej wizerunek Chrystusa wzorowany na ikonie z klasztoru św. Katarzyny na Synaju.

Po nabożeństwie pora na ogłoszenia cerkiewne. Pustelnię czeka moc inwestycji, ale ojciec nie chce o nich mówić, bo jak się za dużo wie, to głowa zaczyna boleć. Dość wiedzieć, że w Odrynkach ma być wylany asfalt. Poza tym ojciec chce podzielić się z wiernymi swoimi przemyśleniami na temat przyjmowania uchodźców. – Otóż uchodźcy nie są nam do niczego potrzebni – mówi. – Powinniśmy jako obywatele być przeciwni ich przyjmowaniu. Widzimy co dzieje się w krajach, do których przybyli – niepokoje, konflikty, same problemy. Muzułmanie przyjeżdżają, zabierają nam nasze chrześcijańskie świątynie i zamieniają je w meczety, niszczą naszą kulturę. Jeśli ich przyjmiemy – zniszczą także nas, a my, prawosławni, chcemy po prostu nadal żyć tutaj w spokoju i chodzić spokojnie do cerkwi, jak nasi przodkowie. Władze naszego kraju powinny wzorować się na Putinie. Jeśli chcesz uchodźco zamieszkać w Rosji, to tylko na wizę turystyczną i co dwa dni obowiązkowo meldować się na policji. Ci, którzy uciekają przed wojną, niech szukają pomocy u swoich, na przykład u nafciarzy z Arabii Saudyjskiej. Tak, ci mają pieniądze, by ich przygarnąć i im pomóc. Byle dalej od nas, bo my im pomagać nie chcemy – wnioskuję, że archimandryta miał na myśli uchodźców wojennych z Syrii.

Skit w Odrynkach gromadzi coraz więcej sympatyków. – Chciałem żyć w pustelni i w biedzie – kontynuuje ojciec Gabriel, a przyszło się żyć z ludźmi i w bogactwie. Miejscowe kobiety przychodzą pomagać ojcu we wszystkim, jedna z nich co niedzielę gotuje wielki gar zupy, by po liturgii każdy mógł dostać miskę gorącej strawy. To sympatyczny gest ze strony gospodarza, wyraz gościnności. Mężczyzna zajmujący się sprzedażą świec przyjeżdża tu z Bielska Podlaskiego. Służy też za przewodnika całkiem sporej grupie turystów, jaka się tu zgromadziła. Prowadzi ich do mniejszej cerkiewki i opowiada: – Pięknie rzeźbiony ikonostas z drewna dębowego powstał w Kursku w Rosji. Wszystkie ikony zostały napisane przez siostry zakonu w Zwierkach na Podlasiu. Wszystko jest nasze i wykonane przez prawosławnych, za prawosławne pieniądze. Ojciec Gabriel ani złotówki nie wziął od obcych, bo z Zachodu idzie samo zło i zepsucie, jak na przykład małżeństwa partnerskie czy bezstresowe wychowanie dzieci – są to jak wiadomo nauki od demona, dlatego na terenie całego skitu nie znajdziecie tablicy, że cokolwiek w tym miejscu zostało dofinansowane przez Unię Europejską.

Nabożeństwo skończone, zupa zjedzona, wierni wracają do domów.

Poglądy ojca Gabriela są surowe i grubo ciosane, podobnie jak bale, z których wybudował na bagnach swoją cerkiewkę. Gdyby wypowiedział je jakiś zwykły, niewykształcony zjadacz chleba na ulicy – można byłoby je skwitować wzruszeniem ramion, gdy wypowiada je kapłan, który naucza swoje owieczki – wzbudzają niepokój, a gdy mówi je archimandryta, którego pustelnia wyrasta na drugi – obok Grabarki – ośrodek promieniowania prawosławia na Podlasiu – wymagają reakcji. Ojciec Gabriel w niuanse się nie bawi. Prosty czarno-biały świat jest łatwiejszy do ogarnięcia i wytłumaczenia. Zagłębienie się w temat wymaga bowiem jakiegoś wysiłku, chociażby intelektualnego, a po co tracić siły i czas tak potrzebne do budowania prawowitego prawosławnego świata w Odrynkach. Wszystko od wieków jest bowiem jasne i wiadome, więc i analizować zbytnio nie ma czego. Do jednego worka wpadają więc imigranci zarobkowi, uchodźcy wojenni, Putin i bezstresowe wychowanie – mix tyle kuriozalny, co mało oryginalny, z logiką opartą na dychotomii myślenia i starej jak świat figurze „swój-obcy”. Wyłania się z tego twarz dość ponura, zamknięta w sobie i ksenofobiczna, ale przede wszystkim – mocno wystraszona. Słowa archimandryty o uchodźcach skupiają w sobie jak soczewce lęki nie tylko Podlaszuków, żyjących gdzieś na rubieżach naszego kraju, są odbiciem dyskusji, jakie na ten temat przetaczają się w ogólnopolskich mediach. I nie chodzi o to, czy lęki te wydają się być przesadzone w sytuacji, gdy polski rząd nie chce słyszeć o przyjęciu żadnego imigranta, bardziej o to, jaką postawę prezentujemy my, przedstawiciele mniejszości narodowej i potomkowie bieżeńców wobec hipotetycznego „obcego” który może stanąć na naszym progu i naszej pomocy potrzebować. Co tak naprawdę różni postawę polskiego nacjonalisty, który podpala prawosławną cerkiew, prezentując niechęć do ludzi według niego „obcych”, ludzi „innej wiary”, których on uważa za zaburzających jednolity i jedynie słuszny obraz katolickiej i prawowiernej Polski,
a postawą jednoznacznej niechęci do „obcego” i „innej wiary” uchodźcy, który może zaburzyć nasz spokojny podlaski, prawosławny świat. Może tylko skala, gdyż w pierwszym przypadku posunięto się do czynów, w naszym obracamy się wciąż w sferze słów i deklaracji. Zawsze jednak i każda sprawa rozpoczyna się od słów. Słowa tworzą rzeczywistość. Niechęć, zarówno w jednym jak i w drugim wypadku, ma to samo źródło. Jest nim strach i brak akceptacji dla „innego”.

 

  1. Uchodźcy – problem stary
    jak sama ludzkość

Uchodźca był zawsze, nawet przez samą swoją obecność, problemem dla otoczenia, w którym się znalazł. Człowiek wygnany, człowiek w potrzebie, chociażby to był żebrak na ulicy, stwarza w nas dyskomfort już przez samą swoją obecność. Działa na nasze sumienie. Wytrąca nas z naszej strefy komfortu. Domaga się naszej reakcji. Nie lubimy żebraków i nie lubimy uchodźców, bo nie lubimy, gdy sytuacja zmusza nas do przekroczenia własnego egoizmu i oddania czegoś innemu człowiekowi zupełnie bezinteresownie. Dlaczego nie pójdzie do pracy – myślimy – a niech kto inny mu pomoże, dlaczego akurat ja, a co robi opieka społeczna, są chyba jakieś powołane do tego organizacje, niech oni się tym zajmą. Ja mam swoje życie, swoją rodzinę i swoje problemy. Być może tak, ale uważanie się za chrześcijan chyba do czegoś nas zobowiązuje. A jeśli dodatkowo sami uważamy się za potomków uchodźców wojennych, którzy przetrwali dzięki pomocy innych – zobowiązuje nas podwójnie. Niedawno hucznie świętowaliśmy setną rocznicę bieżeństwa. Odbyło się mnóstwo wykładów, wystaw, została wydana książka. Uchodźstwo wojenne z 1915 roku stało się jednym z najważniejszych  wydarzeń, wokół których krystalizuje się tożsamość prawosławnej ludności Podlasia. Mamy pewien moralny obowiązek, być może nawet dług do spłacenia. Naszych pradziadów obcy ludzie przyjmowali pod dach, dzielili się swoim chlebem. Dzisiaj nikt nie wymaga od nas, żebyśmy kogokolwiek przyjmowali pod swój dach. Może wystarczyłaby jedynie deklaracja, że w razie gdyby, że jakby hipotetyczny ktoś w hipotetycznym kiedyś, ktoś kto jest w rozpaczliwie sytuacji życiowej, potrzebowałby jakiejś, choćby symbolicznej pomocy, to przynajmniej nie byłby u nas aż tak niemile widziany. Widać, nawet to bywa za trudne.

Pamięć ludzka szybko zaciera szczegóły. Przejawiamy jako ludzie skłonność do mitologizacji i idealizacji własnej przeszłości. Dokumenty historyczne przekazują, że „nasi” bieżeńcy nie byli jakimiś wyjątkowymi uchodźcami. Nie okazywali się być bardziej szlachetni czy lepsi od innych uchodźców w dziejach. Podobnie reakcje otoczenia powielają pewne uniwersalne schematy. Okazuje się, że bieżeńcy spotykali się nie tylko z sympatią i pomocą ludności rosyjskiej. Fala uchodźców wyzwoliła różne, czasem skrajnie negatywne postawy. W 11(3012) numerze tygodnika Polityka (15.03-21.03.2017) pisze o tym Aneta Prymaka-Oniszk, autorka książki „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”: „W 1915 roku rosyjskie imperium zalała kilkumilionowa fala uchodźców m.in. z polskich ziem. Ich tragedia wyzwoliła niespotykaną obywatelską pomoc. Ale też niechęć. Mówiono, że niosą zarazę i przestępczość, nie chcą pracować i są roszczeniowi. (…) Mieszkańcy mijanych miejscowości szepczą, że są oni gorsi niż szarańcza. Po ich przejściu zostaje tylko kupa końskiego nawozu i ludzkich odchodów. Do tego kradną. Pasą zwierzęta na cudzej trawie, zabierają snopy i siano ze stogów, kopią ziemniaki i warzywa, wycinają drzewa i łamią płoty na ogniska. „Widzi pan – nigdy nie kradłem, byłem uczciwym człowiekiem. A teraz stałem się złodziejem” – mówi bieżeniec przyłapany na kradzieży drewna (na ognisko, by ogrzać rodzinę). Jego towarzysz nie kaja się: „No i co z tego, że wzięliśmy? A czy naszego dobra nie zabrał Niemiec?” – pyta. Gdy mijana wieś sama szykuje się do wyjazdu, nikt raczej nie broni bieżeńcom brać, co chcą. Ale dalej od frontu dwory wystawiają straże z widłami i psami. Lokalne gazety donoszą o demoralizacji bieżeńców i złości miejscowych, donoszą, że nastroje są tak napięte, że może dojść do zamieszek, że może polać się krew. (…) W głębi imperium nikt nie jest przygotowany na przyjęcie milionów schorowanych, głodnych ludzi. Nie ma infrastruktury szpitalnej ani mieszkaniowej; brakuje jasnych wytycznych i rozwiązań prawnych. Lokalne władze bezskutecznie próbują odmawiać przyjęcia bieżeńców. Także zwykli ludzie, wśród których uchodźcy mają żyć, są pełni obaw. Czy nie zarażą nas swoim tyfusem? Czy nie zjedzą całych zapasów żywności? Kto ich będzie utrzymywać? Ponoć nie chcą pracować! Ponoć nie chcą pić kawy z mlekiem, żądają śmietanki! W gazetach pisze się o uchodźcach, którzy najmują się na służbę, a w nocy uciekają z majątkiem gospodarzy. Przecież wraz z normalnymi ludźmi ewakuowano też więzienia! Pisze się o prawdziwych bieżeńcach, biednych i uczciwych, oraz o „rzekomych bieżeńcach”, bieżeńcach w cudzysłowie”.

Skit schowany na bagnach w Odrynkach gromadzi coraz więcej sympatyków o. Gabriela (Фота Міры Лукшы)

 

  1. Ewangeliczne przesłanie

Chrześcijaństwo od swego zarania było i pozostało religią moralnie niezwykle wymagającą  i w swej istocie – rewolucyjną. Jego uniwersalizm nieuchronnie prowadził do zderzenia wartości, które uznajmy za wielkie, z jeszcze większymi, i do rezygnacji z tych pierwszych w imię miłości do Boga i bliźniego. Kto jest moim bliźnim? – zapytywał Chrystusa pewien pobożny i uczony w zakonie bożym Żyd. W odpowiedzi Jezus przytacza opowieść o miłosiernym Samarytaninie, która ma dowodzić, że bliźnim naszym jest każdy człowiek który potrzebuje naszej pomocy, niezależnie od swej narodowości i wyznania. „Mi­osierdzia chcę, a nie ofiary” – poucza swoich apostołów Chrystus. Uniwersalizm i głęboki humanizm chrześcijaństwa dobrze odczytali współcześni Chrystusowi przywódcy religijny narodu żydowskiego, arcykapłani, którzy następnie podjęli decyzję o wydaniu go na śmierć Rzymianom, a czynili to powodowani troską o dobrostan swego narodu i wiernością wobec religijnej tradycji, o czym wspomina ewangelia Jana 11: 48: „Cóż uczynimy? Człowiek ten dokonuje wielu cudów. Jeśli go tak zostawimy, wtedy przyjdą Rzymianie i zabiorą naszą świątynię i nasz naród. Lepiej jest dla nas, żeby jeden człowiek umarł za lud, niż żeby wszystek ten lud zginął”. Przesłanie uniwersalnej miłości przypieczętował apostoł Paweł, który w Liście do Galacjan pisał: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie”. Dla wielu jego współczesnych, szczególnie dla Żydów przywiązanych do idei narodu wybranego, zrównanie w prawach wszystkich ludzi, w tym nieczystych w ich oczach pogan, okazało się nie do przyjęcia i stało się jednym z powodów, dla których naród żydowski odrzucił chrześcijaństwo. Przywiązani do swoich tradycyjnych wartości, na których zbudowana była ich narodowa tożsamość, nie byli w stanie przekroczyć wewnętrznych, psychologicznych ograniczeń, w tym poczucia wyższości wobec innych, i wykluczyli samych siebie ze wspólnoty „Nowego Izraela”, czyli szybko rozrastającego się Kościoła chrześcijańskiego, w którym każdy, niezależenie od statusu społecznego, płci i narodowości mógł stać się bliski Bogu. Ostatecznie bowiem wszystkie wartości, do których jesteśmy przywiązani tu na ziemi,  narodowe i religijne tradycje, w których wyrośliśmy, rodzaj obrzędów, w których uczestniczymy, nie mają żadnego znaczenia przed Bogiem, dla którego jedynym wyznacznikiem prawdziwej duchowości jest nasz stosunek do bliźniego.

 

  1. Bizantyński kosmopolityzm

Skoro nie w ewangelii, to gdzie tkwią korzenie prezentowanej filozofii i postawy życiowej? Myśli mimowolnie wędrują do Bizancjum, do którego prawosławie tak ochoczo nawiązuje. Trop ten, jakkolwiek atrakcyjny, wiedzie donikąd, bowiem Bizancjum w swej istocie pozostawało kosmopolityczne. Stanowiło wielkie wielonarodowe imperium, otwarte na przybyszów z zewnątrz, więcej – w ich obecności upatrywało szansę na rozwój. Jan Tzetzes, filolog z XII wieku, opisuje w wierszu stolicę Konstantynopol, witając w nim gości z różnych stron świata i popisując się jednocześnie swoją znajomością języków: „Znajdziecie mnie Scytą pośród Scytów, łacinnikiem pośród łacinników, także do Persów zwracam się po persku, do Alanów mówię w ich języku: Dzień dobry, mój panie, moja archontisso, skąd przybywacie? Tapanchas mesfili chsina korthi kanda i tak dalej (…). Do Arabów, jako że są Arabami, zwrócę się po arabsku, powitam też Rusinów wedle ich zwyczaju, Sdraste, brate, sestrica, mówię, i dobra deni, Do Żydów odezwę się jako przystoi po hebrajsku (…)”. Fragment ten daje nam wyobrażenie o kulturowym i narodowościowym tyglu, zamieszkującym imperium, a nie wspomniał on przecież o wielu grupach, takich jak na przykład Waregowie, służący w gwardii cesarskiej, Niemcy, Skandynawowie, Aglosasi, Katalończycy, którzy służyli nie tylko w armiach, ale budowali potęgę gospodarczą kraju, jako kupcy czy wykwalifikowani robotnicy, przybywali też handlarze z Mezopotamii, Babilonu, Persji, Egiptu i Palestyny. Ówczesne cesarstwo bizantyńskie odznaczało się o wiele większą tolerancją i otwartością na obcych niż ówczesna Europa Zachodnia, ogarnięta religijnym fanatyzmem i prześladująca mniejszości. W Bizancjum też, w przeciwieństwie do cesarstwa zachodniego, każdy cudzoziemiec, niezależnie od warstwy, z której pochodził, miał szansę na karierę, która sta­a otworem przed każdym, o ile wykazywał się zdolnościami i wykształceniem. Chociaż pochodzenie zawsze miało znaczenie, to w większym stopniu o awansie decydowały względy merytoryczne. Zdolni rusińscy niewolnicy, złapani gdzieś w gęstych puszczach Polesia czy na terenie obecnej Polski, nierzadko robili wielkie kariery na cesarskim dworze, dochodząc do wcale znacznych stanowisk. Kobiety, nawet ze stanów najniższych, miały szansę do poprawę swojej sytuacji poprzez dobre zamążpójście, mogły stać się nawet żonami cesarza. Silna tożsamość, poczucie własnej wartości i kulturowej atrakcyjności, ufność we własne siły w przypadku Bizancjum – podobnie jak i w każdym przypadku – sprzyjały otwartości i tolerancji. Postawy ksenofobiczne i zamykanie się w oblężonej twierdzy świadczą jedynie o poczuciu własnej słabości, niezdolnej do stawienia czoła wyzwaniom współczesnego świata.

Poglądy ojca Gabriela są surowe i grubo ciosane, podobnie jak bale, z których wybudował na bagnach swoją cerkiewkę (Фота Міры Лукшы)

 

  1. Kim jest prawosławny Chrystus?

Narracja ojca Gabriela nie jest przypadkiem odosobnionym. Podobne postawy czy wypowiedzi miałam okazję nieraz obserwować tu i tam pośród prawosławnej społeczności Podlasia i jej duchowych przewodników. Jej źródła odnajduję w mentalności prawosławnego wschodu, a ściślej rzecz ujmując – w rosyjskim nacjonalizmie i słowianofilstwie. Alain Besançon, francuski filozof i historyk, w swoim genialnym eseju „Święta Ruś” dokonuje szczegółowej wiwiseksji tego oglądu świata i mentalności, u zarania moskiewskiej, następnie rosyjskiej, a w końcu przejętej przez sowietów i kontynuowanej w Rosji współczesnej. Chociaż religijne fundamenty Rosji powstały w Bizancjum, zostały zmodyfikowane i dostosowane do odmiennych okoliczności historycznych. „Rosja długo była krajem słabym i zagrożonym. Nie chodziło tutaj o ataki ze strony Zachodu, który zazwyczaj pozostawiał Rosję w jej lasach. Nacjonalistyczna historiografia bardzo przesadnie eksponuje zagrożenie zachodnie” – pisze Besançon. Do ukształtowania się mitu „świętej Rusi” jako ziemi wybranej przez Boga dochodzi w wieku XV, wraz z objęciem tronu przez wielkiego księcia moskiewskiego Iwana III Srogiego, dziadka pierwszego cara Iwana Groźnego. Upadek Konstantynopola i małżeństwo Iwana Wasiljewicza z bizantyńską księżniczką Zoą Paleolog sprawia, że Moskwa uznaje się za jedyną prawowierną spadkobierczynię Bizancjum, a Filoteusz z Pskowa wypowiada słynne słowa: „Dwa Rzymy upadły, ale trzeci trwa i czwartego nie będzie. Pod całym niebem jest jeden car u chrześcijan… w Moskwie”.

Autorytaryzm Iwana Groźnego doprowadził do przekształcenia się państwa moskiewskiego w sektę, która zamknęła się w sobie na całe stulecia. Na jej terenie nie mogli przebywać katolicy ani Żydzi. Zmarginalizowana na własne życzenie Ruś była biedna, niedoinwestowana i słabo zaludniona, panował w niej terror, barbarzyńskie obyczaje i pijaństwo, nie przeszkadzało to jednak Rusinom pławić się w nieprawdopodobnej megalomanii, uznając swoje państwo za jedyne królestwo boże na ziemi oraz jedynego spadkobiercę imperium cesarzy. Car-kat uznawany był za dar boży dla ludu, za jego bicz, smagaj­cy za nieprawości i grzechy (co lud winien znosić w pokorze i milczeniu), podczas gdy sam car staje ponad prawem. Autorytarne tradycje kontynuują następnie wszyscy rosyjscy władcy. Nie ujmuje to niczego ludowi, wręcz przeciwnie, upodabnia do go cierpiącego Chrystusa. Im bardziej cierpi, tym lepiej, gdyż tym większa dosięga go łaska, więcej – im bardziej nurza się w grzechu, tym lepiej, gdyż łaska zbawienia i miłosierdzia okazuje się tym większa. Pojawiają się twierdzenia typu „Ogromu cierpienia narodu rosyjskiego nie może nikt zrozumieć, trzeba je poczuć” lub „W Rosję trzeba wierzyć”. Rosyjska dusza, tkliwa i sentymentalna, łatwo roni łzy wzruszeń, co nie przeszkadza jej za chwilę przechodzić obojętnie wobec ogromu krzywd innych. W świadomości ludu nigdy nie nawiązała się zależność zbawienia od moralnego postępowania. Wiara prawosławnego Rosjanina nie polega na jurydycznym wypełnianiu dobrych uczynków. Etyka i moralność mają znaczenie drugorzędne. Większą rolę odgrywają emocje, mistyka, poczucie „zjednoczenia w Bogiem”, duchowa kontemplacja – rzeczy nie poddające się żadnym opisom i nieosiągalne dla zracjonalizowanych zachodnioeuropejskich umysłów. Takie stanowisko w historii nie jest niczym nowym ani oryginalnym, gdyż zbliża to duchowość prawosławną do systemów gnostyckich, obecnych w łonie chrześcijaństwa niemalże od samego początku.

 

  1. Szeroka dusza rosyjska kontra
    zachodni racjonalizm

„Cudzoziemców zawsze dziwiły sprzeczności, jakie rozdzierają człowieka rosyjskiego – pisze Besançon. Zaskakuje ich pobożność, napady łagodności, hojność, niewielkie przywiązanie do dóbr tego świata. Z drugiej strony szokuje ich brutalność, napady okrucieństwa, łupieżcze skąpstwo (…), ich materializm i spirytualizm. Anioł i bestia w jednym człowieku (..). Literatura rosyjska czerpie dumę z tych kontrastów. Pogardza złotym środkiem, rozsądnym stylem bourgeois, który jest jej wstrętny, a opiewa „szeroką duszę” rosyjską, skłonną do skrajnych wahań. To właśnie dlatego Rosja cieszy się, że nie jest częścią Europy. Czuje się z niej wykluczona zarówno przez swoją naturę, jak i przez łaskę. Głośno przeklina porządek europejski, jednocześnie czując wobec niego zazdrość. Nierzadko widzi się Rosjanina przyjmującego postawę uniżenia, nawet wobec cudzoziemca. W żaden sposób nie zmienia to jednak poczucia wyższości ontologicznej w porządku chrześcijańskim, gdyż żywa świadomość własnej grzeszności pozwala czuć mu się w sensie mistycznym lepszym od letniego cudzoziemca z jego bezużytecznymi cnotami”.

Przekonanie, iż Rosjanie są narodem wybranym, jest sta­łym wątkiem twórczości rosyjskich słowianofilów, do których zalicza się takich pisarzy jak Puszkin, Dostojewski czy Tołstoj. Idea ta, kontynuowana przez Kirejewskiego, który swoją twórczość koncentruje na krytyce i odrzuceniu kultury europejskiej i udowadnianiu, iż jedynie w narodzie rosyjskim  a przede wszystkim w Świętej Cerkwi Prawosławnej, tkwią żywe źródła. Dostrzega on, iż pomimo tego cywilizacja nie rozwinęła się w Rosji tak samo bujnie jak w Europie, ale znajduje na to prostą odpowiedź: bo Rosjanie zamiast kultywować swoje tradycje nieustannie starają się ową Europę naśladować. Wątki słowianofilskie w takiej formie powracają potem nieustannie w twórczości m.in. Chomiakowa, Askakowa, Danilewskiego, Leontiewa. Doprowadziło to do ukształtowania literatury rosyjskiej, która często podejmuje temat przebóstwienia rosyjskiego ludu, lecz „Chrystus zmieszany z rosyjskim ludem staje się bożkiem. Chrystus jest ikoną, synem Rosji, nie Boga” – uważa Besançon – „Chrystus i Duch Święty zostali znacjonalizowani, ponieważ mogą zostać prawidłowo zrozumiani jedynie przez Kościół wschodni i rosyjski”.Tradycje te w mniejszym lub większym stopniu pozostają obecne w Rosji do dziś. Bierdiajew, kolejny rosyjski słowianofil, analizował pod tym kątem nawet komunizm. Uważał, że komunizm z jego totalitaryzmem, szpiegomanią, państwem policyjnym był w istocie powtórzeniem rządów rosyjskich carów. Jednocześnie czuje wobec Lenina i Stalina wdzięczność, gdyż uważa, że komunizm uchronił Rosję od wpływów „zgniłego kapitalizmu” i przyjęcia burżuazyjno-liberalnych europejskich wartości, co poczytywałby jza największą hańbę.

 

Podsumowanie

Myśl słowianofilska zakorzeniła się głęboko w literaturze i mentalności człowieka wschodu. Powraca ona nieustannie i jest podejmowana na nowo przez różne, nie tylko literackie, środowiska. Nie ewoluowała ona jakoś szczególnie przez całe stulecia, raczej powtarzając monotonnie w różnych formach jeden i ten sam temat. Może więc nie to jest jej celem. Na pewno przechowała pewną tradycję. Tropienie korzeni tych tradycji wydaje mi się fascynujące. Zawsze bowiem warto bardziej świadomie podchodzić do tego, co w wydaje nam się ważne w otaczającej rzeczywistości, otaczającej nas z każdej strony jak ocean, nieustannie falującej, zmieniającej się i niosącej kolejne wyzwania. Niezależnie od niestabilnych czasów czy zmieniającej się sytuacji społeczno-politycznej, wyzwania, przed którymi przychodzi stawać kolejnym pokoleniom, są w swej naturze podobne. Profesor Władysław Bartoszewski, który przeżył czas wojny i był więźniem Auschwitz, zapytany o to, w jaki sposób w skomplikowanych warunkach podejmować właściwe decyzje, odpowiedział: „Na wszelki wypadek zawsze warto postępować przywozicie”. I niech to pozostanie mottem tego artykułu.

 

Ewa Zwierzyńska

Białorusin w Białymstoku (2) – Ewa Zwierzyńska

poprzednia część reportażu 

felietonisci-07Z Białorusi do „Londynu” i „Szanghaju”. Akademik Politechniki w Białymstoku nie grzeszy zbyt wysokim standardem: na cztery pokoje przypada jedna łazienka, ściany ponuro świecą mocno przybrudzą żółtą lamperią, a w większości drzwi wykonanych z lichej płyty pilśniowej widnieją powybijane dziury, jednak Natasza Wierbicka*, studentka I roku logistyki, jest nim zachwycona, bo – jak twierdzi – na Białorusi trudno znaleźć taki pokój w hotelu, jaki ona ma w zwykłym akademiku.

Natasza urodziła się i wychowała w Soligorsku, małym miasteczku pod Mińskiem, i chociaż posiada Kartę Polaka to Polką się nie czuje. – Jestem Białorusinką, a moja ojczyzna to Białoruś – podkreśla z dumą. Polskie korzenie odziedziczyła po ojcu i matka zadecydowała bez wahania: na studia pojedziesz do Polski, tam ci będzie lepiej. O Polsce nie wiedziała prawie nic, nawet języka nie znała, ale zdecydowała się na przyjazd, ponieważ chciała zobaczyć i przeżyć w życiu coś nowego. Bała się tego wyjazdu. Matka ciągle płakała: Natasza, wyjedziesz tak daleko! I rzeczywiście. W ciągu roku pojechała do domu tylko trzy razy. Rodzice przywieźli ją do Białegostoku samochodem razem z koleżanką, z którą mieszka teraz w pokoju.

Pierwszy dzień był bardzo ciężki. Trzeba było załatwić mnóstwo formalności – pierwsze zapoznanie się z uczelnią, przydzielenie akademika, cała masa dokumentów. Mamie Nataszy przypadł do gustu koronkowy budynek politechniki, a także całe miasteczko studenckie. Najbardziej to, że poszczególne dzielnice miasteczka miały światowo brzmiące nazwy, jak Londyn czy Szanghaj. Nataszy się nie spodobało. Chciała studiować anglistykę na uniwersytecie, ale mama przekonywała, że po logistyce będzie miała lepszą pracę. Gdy rodzice odjeżdżali, stały we dwójkę i machając im na pożegnanie płakały.
– Jesteśmy jeszcze dziećmi – tłumaczy Natasza. – Na Białorusi zdajemy maturę w wieku 17 lat i od razu jesteśmy rzucani na głębokie wody. Tęsknię za domem, za przyjaciółmi, ale teraz moje życie toczy się tutaj. Mam tu znajomych, koleżanki, nauczyłam się języka. Już nie jest tak ciężko jak na początku. Poza tym politechnika to dobra uczelnia, dużo lepsza niż uczelnie białoruskie, a to bardzo ważne. Polscy wykładowcy mają zupełnie inną mentalność niż nasi. Jeśli czegoś nie rozumiesz, zawsze możesz zapytać, skonsultować się. U nas między nauczycielami a studentami jest bariera. Za każdą sesję poprawkową trzeba zapłacić. Tutaj wszyscy chcą być pomocni. Możesz przyjść kiedy chcesz, jak chcesz, bylebyś tylko poprawiła. Słabo znasz polski? To zdawaj po rosyjsku, zrozumiemy. We wszystkim idą na rękę.

Natasza jest jedyną Białorusinką w swojej grupie, ale jest zadowolona z atmosfery i polskich koleżanek. – Są fajne i pomagają mi we wszystkim – mówi. – Wieczorami toczy się życie studenckie, chodzimy razem na imprezy, na koncerty. Integrujemy się, chociaż głębszych przyjaźni z Polkami nie nawiązałam, tyle co kontakty na uczelni.
Mimo że zaaklimatyzowała się w Białymstoku, po skończeniu nauki nie chce tutaj zostać. – Marzy mi się Warszawa, Kraków, Wrocław. Białystok jest zbyt mały! Ciągle spotykam te same twarze, za gęsta atmosfera po prostu. O Polsce nic nie mogę powiedzieć, bo widziałam tylko Białystok. Nie podoba mi się to miasto. Może w Warszawie byłoby mi lepiej? Warszawa to podobno najpiękniejsze miasto w Polsce.

IMG_0308

Miasteczko akademickie Politechniki Białostockiej. W Białymstoku studiuje około stu studentów z Białorusi, fot J. Chmielewski

– W teatrze jeszcze nie byłam, ale do klubów zaglądam, chodzimy tam z Polakami, z Białorusinami. Jest bardzo fajnie, ale polskich chłopaków zupełnie nie rozumiem. Oni są całkiem inni niż Białorusini. Miałam jednego chłopaka Polaka i zapytałam go – co chcesz od swego życia? A on na to: nie wiem. Jak to tak? Studiujesz już cztery lata i nie wiesz czego chcesz? Na Białorusi każdy chłopak dokładnie powie, o co mu w życiu chodzi. Polacy są mało dojrzali, mało odpowiedzialni. Białorusini poważniej myślą o życiu, ale dla kobiet Polacy są o wiele milsi. Są uczynni, szarmanccy, chętnie pomagają. Na Białorusi nie zdarza się, że facet tak po prostu pomoże kobiecie. Inaczej też wyglądają stosunki międzyludzkie. Jest tu dużo ciepła, serdeczności. Gdy przychodzę na uczelnię przytulamy się do siebie, cieszymy, całujemy na powitanie. Na Białorusi tego nie ma.
Mimo wszystko wolałabym się związać z Białorusinem. Polski chłopak przychodzi do dziewczyny, poprzytula, pochwali, a potem nie odzywa się przez dwa tygodnie i w końcu zadzwoni jakby nigdy nic: hej! co u ciebie? Na Białorusi, gdy chłopakowi podoba się dziewczyna, to on do niej codziennie przychodzi, przynosi prezenty. Zabiega jak o królewnę.
Białorusinki też chcą wyglądać jak królewny i to odróżnia je od Polek. Są bardzo piękne, ubierają się elegancko, lubią sukienki, buty na wysokich obcasach, makijaż. Polki noszą się bardziej na sportowo, na co dzień wkładają adidasy, no i bardziej romansowe są, lubią flirtować i potrafią to robić z wieloma chłopakami na raz. Białorusinki inaczej – mają jednego chłopaka i wystarcza im, pilnują się go. Niestety w drugą stronę to nie działa. Białoruscy chłopcy mają wiele dziewczyn, a Polacy to już w ogóle, koszmar jakiś! Potrafią mieć siedem dziewczyn w jednym czasie i wszystkim mówią to samo – że „cię kocham” i „jesteś moim życiem”, i wszystkim to samo po kolei. Może bierze się to z łatwiejszego życia?
Mam chłopaka na Białorusi, jestem z nim od czterech lat. Ach, jak on o mnie zabiegał! Aniołem był przez dwa lata. Teraz to już trochę się zmieniło. Mieszka w Grodnie. Też ma polskie pochodzenie. Nazywa się Mirosław. Ma 21 lat, a już pracuje i utrzymuje całą swoją rodzinę, pomaga staremu ojcu, młodszej siostrze. O ślubie jeszcze nie rozmawiamy, ale to poważny związek, chociaż jest moim pierwszym chłopakiem. Na Białorusi młodzież bardzo wcześnie wstępuje w związki małżeńskie, nawet w wieku 16-17 lat. Taka moda nastała, niezależnie czy na wsi, czy w mieście. Moje trzy koleżanki z klasy już mają mężów i dzieci. Nie uważam, żeby to było zbyt mądre. Czy są szczęśliwe? Albo to przyznają się? Narzekania nie usłyszysz, ale kto wie, co sobie myślą w sercu. Szybko chcą stać się dorosłe. Na Białorusi życie niebieskiego ptaka nie jest w modzie, tak jak tutaj. Chciałabym wyjść za mąż w wieku 21 lat, tak jak moja mama. Dłużej nie chcę być panienką. Lubię ciepło rodzinne. Kariera oczywiście też mnie interesuje i to teraz jest najważniejsze. Chcę najpierw skończyć studia, mieć pracę, poukładane życie i dopiero wtedy ślub.
Nienawidzę białoruskiej polityki. Jeśli pójdę na wybory prezydenckie, to zagłosuję przeciw Łukaszence. Ten prezydent siedzi dwadzieścia lat na tym samym miejscu i nic nie zrobił, tylko jakieś żarty wymyśla typu – chcesz jechać po zakupy do Polski, to płać 100 dolarów. Nie mogę powiedzieć, że na Białorusi jest ciężkie życie, ale trzeba tam dużo się uczyć i bardzo ciężko pracować. Oczywiście tym, którzy nie chcą pracować a wszystko mieć, rzeczywiście może wydawać się, że jest ciężko. Studia na Białorusi są teraz odpłatne, trzeba zapłacić ok. 2 tys. dolarów za rok, nawet jak są to studia dzienne. A tutaj? Studia darmowe, ucz się ile chcesz, nawet całe życie. Niektórzy Białorusini, którzy studiują w Białymstoku, podejmują jednocześnie pracę, żeby na przykład móc wynająć mieszkanie, a nie gnieździć się w akademiku. Traktują studia poważniej. Niczego mi nie brakuje, wszystko mam, utrzymują mnie rodzice, chociaż ojciec, by podołać wszystkiemu, musi pracować na dwa etaty. Mama pracuje 9 godzin dziennie, ma swój malutki sklep odzieżowy, ojciec jest inżynierem, kończy o 17 pracę państwowa i dorabia, reperując samochody, do 23. Dziesięć lat ojca praktycznie nie widziałam. On wyjeżdża –ja śpię, on wraca, ja już śpię. Tylko w weekendy mogłam go zobaczyć.
Białoruś jest biedna. Chciałabym, aby Białorusią rządził ktoś inny. Mieszkam tylko osiemdziesiąt kilometrów od granicy z Polską i widzę ogromną różnicę między oboma krajami, inny jest wygląd ulic, miast, wiosek. Gdy przejeżdżasz przez wieś białoruską, aż żal patrzeć, jak wszystko się wali. Sklepy wyglądają jak jakieś odrapane magazyny. Poziom życia jest odczuwalnie niższy. Moje marzenia? Trudno o tym mówić. Pierwsze marzenie: zaliczyć ten rok na uczelni i wyjechać nad morze do Turcji. Chcę odpocząć, bo ten rok był dla mnie bardzo trudny. A w perspektywie pięciu lat – mieć męża, dziecko, dom, samochód. Tak jak każda dziewczyna. Do Białorusi nigdy już nie wrócę. Nie chcę takiego życia, jakie mieli moi rodzice.

***
Na końcu korytarza, błyszczącego nową beżową terakotą, urządzono kącik dla palaczy. Puszka po kukurydzy wypełniona jest niedopałkami po brzegi. Na przeciwległej ścianie ktoś namalował mazakiem wielkie, czerwone serce, ktoś inny podpisał na zielono: „Dla kogo to serce? Dla mnie?”. Akademikowej atmosfery dopełniają muzyka, dudniąca z któregoś pokoju, i głośne śmiechy. Pawła Romańchuka, studenta pierwszego roku mechaniki budowy maszyn, zastałam pogrążonego w nauce przy komputerze. Jest on jednym z około stu studentów z Białorusi, uczących się na białostockich uczelniach. Paweł ma polskie pochodzenie. Tata, dziadek, babcia – wszyscy byli Polakami. Rodzina Pawła ma herb szlachecki i rozrysowane całe drzewo genealogiczne. Ojciec w dzieciństwie dużo opowiadał mu o polskości, uczył patriotyzmu. Dzisiaj Paweł uznaje się za Polaka, chociaż twierdzi, że jest w nim też coś białoruskiego.
– Bardzo chciałem studiować w Polsce – opowiada – głównie z powodów finansowych, ale też prestiżowych. Na Białorusi za studia trzeba sporo zapłacić, za darmo mogą studiować tylko prymusi. W Polsce życie lepsze, o tym wszyscy wiedzą. Na Białorusi nie mam czego szukać. Wielu moich znajomych, ukończywszy uniwersytet, ma trudności ze znalezieniem pracy. Oczywiście tych z najwyższą średnią wezmą, ale ich jest niewielu. Reszta pójdzie do colle-
ge’u, po skończeniu trafi do jakiegoś do przedsiębiorstwa, ręce czarne, zarobione po łokcie, a dostaną grosze. Ja tak nie chcę. Nam, którzy kończymy naukę, trudno znaleźć pracę. Trzeba mieć dobre układy i znajomości, a ja mam całą rodzinę tutaj, w Polsce. Wcześniej przyjeżdżałem do Polski na zakupy, na koncert, odwiedzałem wujka w Warszawie. Wybrałem Białystok, bo bliżej mam do domu. Cały wrzesień uczyłem się jeszcze na uniwersytecie w Grodnie, a w październiku przyjechałem na Politechnikę Białostocką.
Pierwszą różnicą, którą zauważyłem, było to, że na Białorusi masz obowiązek notować na wykładzie. Kiedy tego nie robisz, wykładowca może zwrócić ci uwagę i poprosić o opuszczenie sali. W Polsce możesz robić co chcesz, bylebyś zdał potem zaliczenie. Jestem zadowolony z akademika, mamy jedną łazienkę na cztery pokoje, ale u nas na Białorusi jeszcze gorzej jest, karaluchy chodzą, nie wolno na własną rękę robić remontu w pokojach. O 12 w nocy już wychodzić nie możesz, a tutaj wracasz o której chcesz, może cię nie być nawet całą noc. Na początku często podchodziłem z prośbą o pomoc do wykładowców, we wszystkim mi pomagali. Jestem jedynym studentem z Białorusi w grupie. Stosunki w grupie układają się bardzo dobrze, z postawami nieżyczliwymi nie spotkałem się, niektórzy tylko są na „dzień dobry” i „do widzenia”. Na początku miałem pewien problem z nazwiskiem, bo pisze się Romańchuk a czyta Romańczuk. Wykładowcy mieli problemy z odczytywaniem. Nie zauważam większej różnicy pomiędzy młodzieżą polską i białoruską. Integrujemy się bez problemów, chodzimy razem do miasta, do sklepu, do galerii. Byliśmy też na rynku. Chcieliśmy odwiedzić muzeum, ale jakoś czasu nie było. Bardzo mi się tu podoba, myślę że nie wrócę na Białoruś. Wolałbym zostać w Polsce, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego.
Polskie pochodzenie ma także jego kolega – Eugeniusz Trocki, student II roku energetyki.
– Moi rodzice są Polakami, chociaż urodzili się i mieszkają na Białorusi. Tradycje polskie były w mojej rodzinie bardzo ważne. Od dzieciństwa obchodziliśmy wszystkie święta, czasem rozmawialiśmy po polsku w dni powszednie, a na święta to zawsze. Chodziłem do kościoła co tydzień. Stryjeczny brat mojej babci to arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz, miński metropolita. To zadecydowało o wyborze Polski na miejsce studiów, lepsze perspektywy na przyszłość, więcej możliwości znalezienia pracy, ułożenia sobie dobrego życia. Nie mam zamiaru wracać. Chciałem spróbować życia w Polsce, być bliżej Polski, polskości. Ani razu nie żałowałem, że tutaj przyjechałem. Nie uważam Białorusi za swoją ojczyznę. Grodno jest moją małą ojczyzną, tam się urodziłem, tam wyrosłem, ale to tutaj czuję się w ojczyźnie. Tęsknię tylko za rodziną. Na uczelni nie mam żadnych problemów, mam tutaj wielu kolegów, znajomych. Wrosłem już, gramy z chłopakami w piłkę nożną. Lubią wysłuchać mnie, pytają, dlaczego tu przyjechałem, dla nich to jest interesujące. Traktują mnie normalnie, nigdy nie miałem żadnych przykrości. Nie wiem jeszcze, co chciałbym robić w życiu, nie mam sprecyzowanych planów. Za pięć lat? Chcę skończyć studia, to najważniejsze, i znaleźć dobrą pracę w Polsce. Dziewczyny nie mam, ale chciałbym, aby była Białorusinką. Białorusinki są piękniejsze.

* imię i nazwisko bohaterki zostały zmienione

Ewa Zwierzyńska – Pomagać mimo wszystko

felietonisci-07Codziennie od siedmiu lat gotuje gar zupy: kapuśniak, kartoflanka, ogórkowa, co tam jest pod ręką. Czasem talerz z tą zupa leci jej prosto w twarz, czasem leci cegła, a niekiedy tylko złe słowa. Nie załamuje jej to. Siostra Sancja uważa, że trzeba pomagać mimo wszystko. Jej wzorem jest Matka Teresa z Kalkuty.

Zabytkowy kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w Grodnie wygląda jak przerośnięte dziecko wciśnięte w kojec okalającego go wysokiego muru. Ktoś, kto idzie ulicą Karola Marksa i nie podniesie głowy, może nie tylko nie zauważyć przepięknych arabeskowych zdobień na jego frontowej ścianie, ale w ogóle przeoczyć fakt, że stoi tutaj kościół. XVII-wieczny mur obronny, flankowany dwiema wieżyczkami, odgradza dwa światy – ten pełen wielkomiejskiego szumu i klaksonów ciągnących się sznurem samochodów, i ten wyciszony, klasztorny rytm życia sióstr nazaretanek, które przy kościele znalazły swoją siedzibę. Oba te światy łączy barokowa brama, przez którą chyłkiem przenikają ludzkie postacie. Szarobure, drżące, na codzień jakby przezroczyste dla reszty społeczeństwa, kłapiącego obcasami po grodzieńskich brukach w drodze do swoich biur i szkół. Tuż za murem znajdują się zwykłe, niepozorne drzwi pomalowane beżową farbą, jakby żywcem wyjęte z filmów o socjalistycznych zakładach pracy. Na drzwiach przybita jest tabliczka: „Stołówka dla ubogich”.

Codziennie przed tymi drzwiami ustawia się kolejka chętnych do zjedzenia zupy. Są wśród nich – bezrobotni, alkoholicy, byli więźniowie, bezdomni, ale wszystkich łączy jedno – brakuje im pieniędzy na chleb. Ten chleb dostają tutaj za darmo, do zupy, po dwie kromki. Na Boże Narodzenie otrzymują cały bochenek, a na Wielkanoc dodatkowo święcone jajko. Każdego dnia stołuje się tutaj około stu osób. Kuchnię prowadzi siostra Sancja. Codziennie o 14 otwiera drzwi stołówki i nalewa zupę do aluminiowych misek.

Białoruś – czysta, uporządkowana, z rozwiniętą opieką socjalną i niskim wskaźnikiem przestępczości, bez kłujących w oczy żebraków i bezdomnych – taki obraz odmalowywany jest przez władzę, taki przekaz ma iść w świat. Białoruś ma być krajem, w którym wszyscy żyją jeśli nie dostatnio, to przynajmniej wystarczająco dobrze, z wypłatą pozwalającą godnie przeżyć kolejny miesiąc, z darmową opieką medyczną i edukacją, z zasiłkami socjalnymi i tanimi mieszkaniami dla młodych. Miasta bijące po oczach czystością, opasane nową kostką brukowa, lśniące świeżymi tynkami. Z ich bocznych zaułków, ze schowanych przed wzrokiem klatek schodowych, z kątów wysprzątanych dworców wyziera ukradkiem życie, które nie daje się ujarzmić. Wypełza wstydliwie, odwracając oczy od przypadkowych przechodniów, oddychając ciężko pijackim snem, obciążając swoją bezradnością i rozpaczą.

ez1

Siostra Sancja w klasztornej jadłodajni w Grodnie

Mieczysław uśmiecha się nieśmiało, chowa głowę w ramiona, wciska w kąt. Mimo że przychodzi tu od dziesięciu lat, wciąż się tego wstydzi. – U nas tak ludzie są wychowani, że to wstyd przyjmować pomoc, przychodzić do takich miejsc. Krzywo się na takich patrzy, jak na pasożytów. Niektórzy uważają, że przychodzimy tu jak do kawiarni, dla przyjemności. Inni też czują się skrępowani, gdy tu przychodzą po pomoc. Uważają, że być może wiążą się z tym jakieś zobowiązania, że oczekuje się od nich czegoś, na przykład przychodzenia do kościoła. Nie pracuję, bo to mi się nie opłaca. Lata do emerytury mam wypracowane, tylko wieku jeszcze nie osiągałem. Pomagam czasem sąsiadom, znajomym a to w remoncie, a to samochód naprawię. Przychodzę do kuchni pomagać, czysto fizyczna robota. Gar z zupą przyniosę, ostatnio wodę w wiadrach tacham, bo ze względu na remont wodociągów wody w kranie nie ma, zimą odgarniam śnieg, jesienią liście. Pomagam, dlaczego mam nie pomagać, jeśli mogę? Przychodzę tu codziennie. Znam prawie wszystkich bezdomnych w Grodnie. Mieszkają po klatkach schodowych, na dworcu autobusowym. Zimą to nawet półoficjalnie pozwalają tam koczować. Milicja nie zwraca na nich uwagi. Tylko z centrum miasta przeganiają, szczególnie sprzed budynków państwowych czy urzędów, aby władza nie musiała na nas patrzeć, jak idzie do pracy.
Nie wszyscy jednak, którzy przychodzą tu się stołować, należą do tzw. marginesu. Cześć z bywalców to emeryci, tak jak Ajdyn, muzułmanin pochodzący z Kaukazu. Do stołówki przychodzi od kilkunastu lat. – Dostaję milion dwieście rubli emerytury (ok. 400zł), nie da się za to godnie przeżyć. Buty, kurtka, koszula, spodnie, to wszystko dostałem od sio0stry Sancji – błyska szerokim uśmiechem, kiedy pokazuje swoje ubranie – dzięki niej wyglądam jak człowiek. Czasem dostaję też trochę chleba, który zostaje w kuchni. Czy to duża pomoc? Ogromna!

Siostra Sancja ma 29 lat i ciemne włosy, które niesfornie wypadają spod klasztornego czepca. Jej rodzice byli ateistami, kontakt z kościołem miała jedynie na wakacjach, gdy przebywała u dziadków. Nurtowało ja pytanie: dlaczego dziadkowie są wierzący, a jej rodzice nie? Gdy w wieku 16 lat oświadczyła, że chce przyjąć pierwszą komunię i chodzić do kościoła, rodzicom bardzo się to nie spodobało. O ile jej wizyty w kościele ograniczały się do niedzielnej mszy, mogli jeszcze zachować neutralność, ale gdy córka odwiedzała kościół kilka razy w tygodniu, zaczynały się problemy. – Bali się, że będę chciała zostać zakonnicą, że stracą córkę – tłumaczy siostra Sancja – i ich obawy nie były bezzasadne. Gdy w wieku 18 lat dziewczyna podjęła decyzję o wstąpieniu do klasztoru, w domu rozpętała się burza. Rodzice nie chcieli o niczym słyszeć. Sancja uciekła z domu, zostawiając na stole krótki list. Wstąpiła do zgromadzenia nazaretanek. Skierowano ją do Grodna. Tu, po złożeniu pierwszych ślubów, trafiła do stołówki. Nie lubi gotować, ale lubi pomagać ludziom, szczególnie tym biednym i starszym. Decyzji nie żałuje, chociaż praca bywa niewdzięczna. Bezdomni są obowiązani do przynoszenia zaświadczeń o braku gruźlicy i wszawicy, nie wszyscy chcą ich dostarczać, i wtedy pojawiają się konflikty. Niekiedy dochodzi do bójek między nimi, trzeba wzywać policję, czasem przyjdzie ktoś z zaburzeniami psychicznymi i narozrabia, trzeba wzywać karetkę pogotowia, jak wówczas gdy zaburzona kobieta ciskała w Sancję cegłami wyrwanymi z muru. Na szczęście udało się w porę zamknąć drzwi i cegła szczęśliwie nie trafiła w głowę siostry. Sancja opowiada o tym rzeczowo, bez zbędnych uczuć. Przyzwyczaiła się do twardego życia, do posłuszeństwa. W jej życiu liczą się konkrety, czyny, nie słowa. – Staram się w każdym człowieku widzieć Chrystusa i tak pojmuję swoje powołanie. Pomagając im, pomagam samemu Chrystusowi. Inaczej nie mogłabym pracować. Ale nie zawsze jest źle. Jej podopieczni potrafią też okazać wdzięczność. Gdy spotykają na ulicy inne siostry ze zgromadzenia, zawsze przekazują pozdrowienia dla Sancji. – Niektórzy wychodzą z bezdomności, kończą się ich kłopoty, znajdują pracę, ich życie się normalizuje. Przychodzą wtedy podziękować.

ez

Ubogich zawsze mieć będziecie (Mt 26:11)

Sancja zakasuje rękawy klasztornego habitu i nalewa zupę do misek z wielkiego, parującego gara. Mieczysław roznosi chleb. Stołówka to niewielka salka, w której stoją trzy drewniane ławy pokryte ceratą. Nie wszyscy mogą się tu zmieścić na raz, więc grupy wpuszczane są po kolei. Jedzą szybko, w milczeniu. Zjedzenie zupy z mięsem zajmuje im 5-10 min., i w tym czasie pani Ania musi zmieścić się ze swoim krótkim kazaniem. Tleniona blondynka w średnim wieku i wytartych dżinsach przychodzi tu codziennie od kilku lat, by głosić słowo boże. Dzisiaj czyta fragment ewangelii mówiący o tym, jak Piotr idący po wodzie do Jezusa zobaczył wielkie fale i wiatr i przestraszywszy się, zaczął tonąć, wołając: Panie, uratuj mnie. – Pierwszą reakcją człowieka, w którego życiu podnosi się burza, jest strach, panika – powoli i wyraźnie wyjaśnia przeczytany fragment, akcentując każde słowo – w naszym życiu też pojawiają się takie sytuacje, których nie rozumiemy, wtedy chwyćmy się bożego słowa, które jest w stanie pomóc nam odzyskać spokój i wyjść z najtrudniejszych sytuacji.

Pierwsza grupa ubogich wychodzi, Mieczysław zbiera talerze, siostra Sancja wyciera stoły. Już przychodzą następni, też będą jeść, słuchając słów Anny przy brzęku aluminiowych łyżek. Potem rozejdą się, każdy w swoją stronę. Jutro wrócą, jeżeli akurat nie zapiją. Niektórzy nie wracają już wcale. Pojawiają się nowi, tacy jak 35-letni Dmitrij, który do stołówki przychodzi od tygodnia. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę i czarne dżinsy odstaje wyglądem od masy szaro-burych kurtek. Jego kłopoty zaczęły się od momentu, gdy w afekcie pobił człowieka. Rodzina poszkodowanego domagała się wysokiego odszkodowania. Nie był w stanie uzbierać takiej sumy. Bliscy i przyjaciele odwrócili się od niego. Musiał opuścić dom. Szemrana firma od pożyczek udzieliła mu kredytu, którego nie jest w stanie spłacać. Miał wybór – albo więzienie, albo spłata kredytu. Do więzienia iść nie chciał. Od dwóch tygodni nocuje w miejskiej noclegowni. Na szczęście ma pracę, jest piekarzem. Każdy grosz składa na spłatę kredytu. Ma nadzieję, że z czasem spłaci wszystko i jego problemy się rozwiążą. Dmitrij opowiada o wszystkim spokojnie, nawet mechanicznie, bez cienia emocji. Ożywia się, gdy wspomina usłyszane przed chwilą kazanie. – Ta dziewczyna, która czytała Biblię, dzisiaj powiedziała, że problemy mogą dotknąć człowieka kiedy najmniej się ich spodziewa, w każdym momencie życia. Żyjesz sobie normalnie i nie spodziewasz się, co przyniesie jutro. Tych ludzi, z którymi dzisiaj tutaj jestem, wczoraj jedynie mijałem na ulicy. Dzisiaj z nimi jem.

Mova nanova – kursy patriotyzmu Ewa Zwierzyńska (Cz 9/2014)

Ewa Zwierzyńska

Celem naszych spotkań jest nie tyle nauka języka białoruskiego, co kształtowanie światopoglądu. Język białoruski – tak jak każdy zresztą język – tworzy swój odrębny świat. Jest to świat paralelny do świata języka rosyjskiego, dominującego w naszym kraju. Chcemy ludziom stworzyć możliwość dołączania do świata białoruskiego – mówi Ihar Kuźminicz, który wraz z Volhą Astrouską prowadzi w Grodnie kursy języka białoruskiego „Mova nanova”.

Niewielka salka zapełniona jest po brzegi, spóźnialscy tłoczą się koło drzwi, pozostały im już tylko miejsca stojące. Na spotkanie przyszło ok. 50 osób, w większości młodzież, ale jest też kilka osób starszych, a nawet całe rodziny. Od czasu rozpoczęcia spotkań, czyli od marca bieżącego roku, kursy cieszą się niesłabnącą popularnością. Na sali panuje swobodna, radosna atmosfera. Swój udział mają w tym prowadzący – entuzjastyczni i pełni zapału do pracy. Białoruskość rozlewa się w powietrzu jak elektryczność. Wszyscy mówią po białorusku, oddychają wolnością, w której mogą bez skrępowania rozmawiać w swoim ojczystym języku. Tą radość można przyrównać do radości z powrotu do własnego domu.

Każde spotkanie ma swój temat wiodący, dzisiejsze poświęcone będzie poezji, ale najpierw blok dla najmłodszych. Dzieciaki oglądają „Świnkę Pepę” po białorusku, potem uczą się słów grzecznościowych: dzień dobry, dziękuję, przepraszam. Każde z nich dostaje rysunek do pokolorowania. Powtarzają nazwy pór roku i miesięcy, a potem układają wierszyki o dniach tygodnia. Prowadzący przygotowali mnóstwo multimedialnych materiałów: filmy, pliki audio, piosenki. Grupa młodzieży przygotowała swoje wystąpienie, poświęcone białoruskiemu poecie Ryhorowi Baradulinowi. Podczas czytania jego poezji w pewnej chwili wszyscy uczestnicy powstali i zjednoczyli się recytując jego wiersz: „Hatowy usio addać, i tym bahaty, my-Biełarusy, My-narod taki”. Na sali zapanowała podniosła, uroczysta atmosfera. Słowa Ihara Kuźmicza o zanurzaniu się w białoruski świat nie okazały się pustym frazesem. Te spotkania to nie tylko nauka języka ale też białoruskiego patriotyzmu.

fot. Ewa ZwierzyńskaBezpłatne, społeczne kursy języka białoruskiego dla wszystkich chętnych rozpoczęły się w styczniu 2014 roku w Mińsku. Pomysłodawcami byli filolog Alesia Litwinouskaja i dziennikarz Hleb Łabadzienka. W założeniu kursy mają być nauką języka, prowadzone w sposób ciekawy, lekki i nieformalny, na zasadzie interakcji z uczestnikami i z pomocą nowoczesnych środków multimedialnych. Od początku cieszyły się ogromnym powodzeniem. Na cotygodniowe zajęcia w Mińsku przybywa każdorazowo kilkaset osób. W krótkim czasie podobne kursy zorganizowano w innych większych miastach Białorusi: Baranowiczach, Grodnie, Bobrujsku, Nieświeżu i Homlu. Na portalach społecznościowych kursy reklamują się jako „modne”. To świadomy zabieg organizatorów, którzy chcą przełamać negatywne stereotypy nagromadzone wokół języka białoruskiego, uważanego przez większość Białorusinów za język „gorszy” kojarzony z wsią i kołchozami, i wykreować modę wśród młodzieży na język białoruski, jako na język inteligencji, ludzi światłych, przywiązanych do swego dziedzictwa kulturowego. Kursy „Mova nanova” pojawiły się jako odpowiedź na zapotrzebowanie tej części społeczeństwa białoruskiego, jaka jest zainteresowana pielęgnowaniem swojej narodowej tożsamości.

Sytuacja języka białoruskiego jest katastrofalna i nieustannie pogarsza się. Język białoruski został uznany przez UNESCO za jeden z języków zagrożonych wyginięciem. W ciągu dziesięciu lat pomiędzy dwoma spisami powszechnymi – w 1999 i 2009 roku odsetek osób używających języka białoruskiego w domu spadł z 37 do 23%. Podczas ostatniego spisu język białoruski jako ojczyzny wskazało 53% Białorusinów, czyli o 20% mniej niż w poprzednim. Odsetek osób stale rozmawiających po białorusku jest jeszcze mniejszy: w przeciągu ostatnich 3 lat obniżył się z 5,8 do 3,9%. Pomimo, iż język białoruski jest oficjalnym językiem państwowym obok rosyjskiego, w praktyce został całkowicie przez niego zdominowany. W życiu publicznym, w urzędach państwowych, w mediach i na ulicach używa się prawie wyłącznie języka rosyjskiego. Podobnie rzecz ma się w szkołach, gdzie język białoruski posiada status równy językowi obcemu.

Tylko 16,4 proc. uczniów na Białorusi uczy się w języku białoruskim – wykazał sondaż przeprowadzony przez główny urząd statystyczny Biełstat, a do białoruskojęzycznych przedszkoli uczęszcza jedynie 11,4% dzieci. Na uczelniach jest jeszcze gorzej, zaledwie 700 studentów uczy się w języku ojczystym, co stanowi jedynie 0,2%. To mniej niż 3 lata temu, kiedy po białorusku uczyło się 20% dzieci w wieku szkolnym, a studiowało 0,9%.

Ostracyzm i brak przyzwolenia społecznego nie zachęcają do używania języka białoruskiego na co dzień. Ihar Kuźminicz mówi wprost o dyskryminacji języka białoruskiego – Język białoruski nie jest oczywiście zabroniony, oficjalnie jest uznawany za język państwowy, ale w praktyce z jego używaniem wiążą się różne problemy np. w państwowych urzędach proszą, by nie przynosić dokumentów napisanych po białorusku, nie odpowiadają na skargi złożone w języku białoruskim, i wiele innych, drobnych spraw, które składają się na to, że w ostatecznym rachunku język białoruski spychany jest na gorszą pozycję. W Grodnie nie ma ani jednej szkoły, ani nawet klasy, w której prowadzone byłoby nauczanie w języku białoruskim. Aby stworzyć taką klasę wymaganych jest co najmniej 20 podpisów rodziców. Nam udało się zebrać o wiele więcej, a jednak taka klasa nie została utworzona. Już sam fakt, że w białoruskim państwie wymagane jest zbieranie podpisów, aby dzieci mogły uczyć się po białorusku świadczy o dyskryminowaniu tego języka. Ja rozmawiam wyłącznie po białorusku, nawet jeśli ktoś do mnie zawraca się po rosyjsku. Z wyraźnie negatywną reakcją spotkałem się tylko raz, w urzędzie. Urzędniczka zapytała mnie, czy nie wstyd mi, że uparcie odpowiadam po białorusku, skoro ona rozmawia ze mną po rosyjsku. Wtedy ja ją zapytałem, czy to ona nie wstydzi się rozmawiać ze mną po rosyjsku skoro ja zwracam się do niej po białorusku? To moja ziemia, gdzie ja mam rozmawiać po białorusku jak nie w swoim własnym kraju? Dla niej to był szok. Po raz pierwszy dotarło do niej, że mam prawo w swoim własnym kraju rozmawiać w ojczystym języku.

fot. Ewa Zwierzyńska

fot. Ewa Zwierzyńska

Jak w społeczeństwie przyjmowane są osoby posługujące się na co dzień językiem białoruskim? Z reguły obojętnie, ale wciąż używanie języka białoruskiego wymaga przełamania się i wewnętrznej odwagi. Młodzież, która przychodzi na kursy „Mova nanova” to mali bohaterowie, tacy jak Hanna i Kasia, 19-letnie studentki medycyny – Chcemy przeciwstawić się dominującemu na Białorusi poglądowi, że język białoruski to mowa albo kołchoźników, albo opozycjonistów, którzy nie cieszą się w społeczeństwie dobrą sławą. Chcemy pokazać, że wykształceni ludzie z miast też rozmawiają po białorusku, i że jest to dla nas nobilitacja. Podejmujemy od czasu do czasu próby rozmowy w języku białoruskim na co dzień , ale jest to bardzo trudne, ponieważ całe nasze otoczenie jest rosyjskojęzyczne, a to stanowi niemałą barierę.

– Ja podjęłam próbę rozmawiania na uczelni tylko po białorusku – opowiada Kasia – zwracałam się tak do kolegów, w tym języku odpowiadałam na pytania wykładowców, ale wytrzymałam tylko dwa tygodnie. Wszystkie podręczniki napisane są po rosyjsku, dlatego używanie języka białoruskiego wymagało dodatkowego wysiłku. Reakcje otoczenia były różne, wykładowcy na ogół reagowali pozytywnie, koledzy również, niektórzy sami nawet zaczęli zawracać się do mnie po białorusku, ale zdarzały się też reakcje agresywne, domagano się, bym rozmawiała „tak jak wszyscy”, czyli w języku rosyjskim.

23-letni Vadim, student historii, który na kursy „Mova nanova” przyszedł po raz pierwszy, sam siebie określa jako żywy dowód na odradzanie się języka białoruskiego. Po białorusku rozmawia z babcią na wsi, i czasem z kolegami, ale chce rozmawiać częściej. – Jestem Białorusinem i powinienem rozmawiać po białorusku, jak powiedział nasz poeta Franciszak Bahuszewicz: „Nie pakidajcie movy naszaj naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”. Jeśli zapomnimy swój język, to zapomnimy i o swojej tożsamości, o tym kim jesteśmy – dodaje. – Młodzież, która tutaj przychodzi, to osoby szczególnie, wyjątkowe – dzieli się swoimi wrażeniami Volha Astrouskaja – nastawieni są bardzo entuzjastycznie, oni naprawdę chcą rozmawiać po białorusku! To oni stają się moim natchnieniem do dalszej pracy, dla takich ludzi chcesz dawać coraz więcej i więcej, nasze zajęcia samonakręcająca się maszyna wspólnego dawania i brania. Język białoruski jest tak bogaty, że można z niego czerpać bez końca, jak ze studni bez dna, zawsze będzie o czym opowiadać, i co pokazywać. Widzę to, kiedy przygotowuję kolejne zajęcia, tematów nigdy nie zabraknie! Kiedy poruszam jeden temat, zaraz zaczyna wyłaniać się kolejny, pojawiają się wciąż nowe pomysły. Zobaczyłam w tym wielki potencjał również dla mego osobistego rozwoju. Przede wszystkim chcemy przekazać młodzieży, aby nie bali się rozmawiać po białorusku. Oni na tym miejscu nie boją się, nie wstydzą, a potem wychodzą na ulicę i zauważam, że w dalszym ciągu rozmawiają, przenoszą ten język do sklepów, do bibliotek, do domów. Najważniejsze, żeby stali się dobrymi ludźmi. My takie pojęcia jak białoruskość, Białorusin nie chcemy rozpatrywać wyłącznie w wąskiej, nacjonalistycznej kategorii, ale uważamy, że być Białorusinem to być dobrym człowiekiem. Chcemy opowiadać im o wybitnych Białorusinach, o ich sposobach życia, postępowania, aby z jednej strony zachowywali swój język i białoruskość, a z drugiej pamiętali o wartościach i moralności. Nasze szkoły starają się wychowywać młodzież w duchu patriotyzmu, ale ten patriotyzm opiera się trochę na innej płaszczyźnie, głównie na kulcie „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”.

Kursy językowe „Mova nanova” to jedna z największych, i najpopularniejszych inicjatyw na Białorusi promująca ojczysty język, ale nie jedyna. Pojawiło się kilka jaskółek zwiastujących narastające zainteresowanie językiem białoruskim. W 2012 roku została wprowadzona ustawa, zgodnie z którą urzędnik musi pisemnie odpowiadać petentowi w języku, w jakim zostało złożone pytanie. Ministerstwo handlu nakazało, aby we wszystkim restauracjach menu było dostępne również w języku białoruskim. Pojawiają się inicjatywy prywatne, jak ta prowadzona przez prywatnego przedsiębiorcę z Homla produkującego meble „Slavia”, który obiecuje 10 proc. rabatu dla każdego kupującego, jeśli zamówienie zostanie złożone w języku białoruskim. Społeczności internetowe propagują akcję zostawiania książek w języku białoruskim w komunikacji miejskiej w każdy czwartek, by pasażerowie mogli je czytać. Sporo dla popularyzacji języka białoruskiego robi też kampania „Budźma Biełarusami”, która co roku organizuje m.in. festiwal reklamy białoruskojęzycznej. Ten trend zaczyna być coraz bardziej popularny, po białorusku zaczęły reklamować się takie firmy jak Adidas, Samsung i Renault. Za reklamę języka białoruskiego wzięło się również Ministerstwo Kultury, od kilku lat usiłuje przekonać Białorusinów do używania ojczystej mowy poprzez billboardy na których pojawiają się hasła „Mama = mowa. Kochasz mamę?”. Ihar Kuźminicz krytycznie ocenia wpływ, jaki mogą one wywierać na świadomość młodego pokolenia, upatrując w nich jedynie chęć zademonstrowania poparcia dla języka białoruskiego, bez praktycznych działań na jego rzecz. – Takie plakaty oczywiście są pozytywnym zjawiskiem – mówi – jednak bez wbudowania ich w szersze działania niemożliwym jest, by mogły coś zmienić. Realną zmianę może przynieść jedynie zmiana systemu edukacji na wszystkich poziomach: przedszkolnym, szkolnym i uniwersyteckim, a także zmiana nastawienia mediów do języka białoruskiego, a tego niestety brak.

Czy te 50-100 osób które pojawia się na zajęciach w 300-tysięcznym Grodnie to mało, czy dużo? Volha i Ihar nie mają wątpliwości: – Wszystko wielkie zaczynało się od małego. Można powiedzieć, że ta grupa która przybyła dzisiaj, to niedużo, ale Chrystus także miał tylko dwunastu uczniów, a zdołali oni przewrócić cały świat! Siła tych ludzi polega na tym, że po wyjściu z tej sali nie przestają rozmawiać w ojczystym języku, ale przekazują go dalej. Nie zajmowalibyśmy się działalnością, która byłaby pozbawiona sensu.

fot. Ewa Zwierzyńskafot. Ewa Zwierzyńska