Przygoda z Melchiorem Wańkowiczem

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Rozmowa z dr Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, sekretarką pisarza w latach 1972-1974, spadkobierczynią jego archiwum, autorką książek o nim

 

Helena Głogowska: – Poznała Pani  znanego i cenionego reportera i pisarza jeszcze jako studentka. Jak się zaczęła przygoda z Melchiorem Wańkowiczem?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: – Piszę o tym w kilku książkach – w pierwszej „Blisko Wańkowicza”,  w „Na tropach Wańkowicza po latach” i we wspomnieniowej „Ulica Żółwiego Strumienia”. Także w książce wydanej w Stanach Zjednoczonych, gdzie ukazała się monografia  „Melchior Wańkowicz. A Poland’s Master of the Written Word” .

Jak się więc zaczęło?

–  Napisałam do Wańkowicza, że piszę pracę magisterską (byłam wówczas na IV roku filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim) na temat jego twórczości. W odpowiedzi zaprosił mnie do Warszawy. Przyjął mnie, zastrzegając, że ma mało czasu dla studentów czy dziennikarzy, nie czuje się dobrze, a chciałby jeszcze napisać książkę. Spytał, które z jego książek znam. Odpowiedziałam, że wszystkie i pokazałam mu swoje prace zaliczeniowe, wymagane przed napisaniem pracy magisterskiej. Zaczął je czytać, starannie, wolno. Po skończeniu powiedział, odkładając je na bok: – Umie pani myśleć krytycznie. Pisze pani o sprawach, o których już zapomniałem… Z wizyty, zapowiedzianej przez niego na 45 minut, zrobił się cały wieczór. Opowiedział mi m.in. o swoich planach pisarskich, o problemach z wydaniem „Wojny i pióra” i zaproponował, bym przywoziła mu materiał do powstającej książki, do której dostałam plan zagadnień. Miała być, najogólniej mówiąc, o tym, czym jest twórczość.

I tak się zaczęło. Czytałam książki biograficzne dotyczące pisarzy, artystów, wypisywałam fragmenty, które mogły go zainteresować. Przyjeżdżałam co dwa tygodnie z nowym materiałem. Gdy skończyłam studia, poprosił, bym zaczęła u niego pracę. Z researcherki przejęłam dodatkowo funkcje asystentki i sekretarki.

Jakim człowiekiem był w codziennych relacjach?

– Znałam go – od tego pierwszego spotkania – dwa lata i trzy miesiące. Poznałam Wańkowicza 20 maja 1972 roku, najpierw dojeżdżałam z Łodzi do Warszawy, potem – około roku – pracowałam już na miejscu. Zmarł 10 września 1974 roku.

Przeszedł ciężką operację, miał duże problemy zdrowotne, ale wciąż pisał, wciąż miał plany. Nie trzymał otoczenia w atmosferze choroby, swojego odchodzenia. Dom był nieraz pełen dowcipów. Piszę o tym w swoich książkach, o których wspominam wcześniej.

Na czym polegało Pani „sekretarzowanie”? Czy łatwo przyszło podjęcie decyzji o związaniu młodzieńczego losu ze starym, schorowanym pisarzem?

– Czułam się bardzo wyróżniona. Zbierałam materiał do wspomnianej książki o pisarstwie, którą nazwał „Karafka La Fontaine’a”, sprawdzałam różne źródła w Bibliotece Narodowej. Książka się rozrosła, ostatecznie powstały dwa tomy. Drugi tom zadedykował, trochę przekornie, mnie  (…bez której oddanego współpracownictwa zapewne byłaby to jeszcze gorsza książka).

Przed wyjazdem na operację do Anglii Wańkowicz zapisał mi w testamencie swoje archiwum. To wielki dowód zaufania, bardzo zobowiązujący.

Pisanie było dla niego ważną sprawą, całożyciowym oddaniem, pasją i miłością. To się pięknie udzielało. Nie narzucał atmosfery choroby. Sześć miesięcy po trudnej operacji zmarł.

Jaki był jego stosunek do otaczającej go rzeczywistości? Jak ją oceniał u schyłku swego życia?

– Powtarzam, skupiony był na pisaniu, chciał skończyć książkę. Uważał, że praca to sprawa dla niego najważniejsza. Odwiedzali go m.in. Jan Olszewski, Jan Józef Lipski, Stanisław Szczuka. Rozmawiali o sytuacji politycznej w Polsce. Wańkowicz finansowo wspierał obronę ludzi represjonowanych z powodów politycznych, o czym jest obszerna wypowiedź Jana Olszewskiego w mojej książce „Na tropach Wańkowicza po latach”.

Aleksandra Ziółkowska i Melchior Wańkowicz

Czym zaskarbiła sobie Pani Jego zaufanie i przyjaźń?

– Myślę, że oddaniem pracy i rozumieniem, że to jest najważniejsze w jego życiu. Nie było normowanych godzin, weekendów. Pracował całymi dniami. I ja także. Byłam młoda i rozumiałam, jak to jest ważne. Poddałam się temu rytmowi i temu niezwykłemu zaangażowaniu w pracę pisarską.

Czy opowiadał o swym dzieciństwie na Białorusi? O Kalużycach?

– Nie opowiadał. Napisał o tym okresie w książce „Szczenięce lata”, ale nie wracał do tej tematyki czy wspomnień.

Jak wyglądały jego relacje rodzinne w ostatnim okresie życia?

– Jego starsza córka Krystyna zginęła w Powstaniu Warszawskim (w książce „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści” jest rozdział „Ostatnie dni Krystyny Wańkowiczówny. Opowieść Gryfa”; żałuję, że pisarz go nie znał). Młodsza, Marta, mieszkała w Stanach Zjednoczonych, od czasu do czasu odwiedzała Polskę.

Z kim się przyjaźnił?

– Nie miał bliskich przyjaciół, miał tłumy czytelników. Cenił swoje znajomości z dziennikarzami, młodymi reporterami.

Po śmierci pisarza Pani odziedziczyła jego archiwum. Co w nim się znajdowało? Jak je Pani wykorzystała? Jakie jeszcze niespodzianki ono kryje?

– To archiwum jest wciąż w moim posiadaniu. Wykorzystałam je w książkach, które wymieniam wcześniej. Nadzorowałam serie jego dzieł. Osobno ukazała się dwutomowa korespondencja z żoną, zatytułowana „King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów”, także korespondencja z Jerzym Giedroyciem, z córkami. W prasie ogłosiłam listy z Czesławem Miłoszem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem, Marią Dąbrowską.

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia zainteresowanie Melchiorem Wańkowiczem w Polsce? Na Litwie? Na Białorusi?

– Nie wiem, czy interesują się Wańkowiczem na Litwie czy Białorusi, w Polsce ma ustaloną pozycję klasyka, choć wśród młodzieży nie jest rozpoznawalnym nazwiskiem.

Czy można powiedzieć, że Wańkowicz w pewnym sensie zaprogramował Pani przyszłość? Na ile pozostaje on „żywy” w Pani obecnym życiu? Co jeszcze można zrobić dla jego pamięci?

– Nie wydaje mi się, by zaprogramował mi życie. Rok pracy z pisarzem, gdy miałam 24 lata, nauczył mnie na pewno dyscypliny pracy. Byłam „pracusiem z polonistyki”, miłość do książek wyrobił we mnie ojciec, wielki miłośnik historii. Po śmierci pisarza na Uniwersytecie Warszawskim obroniłam doktorat z twórczości Wańkowicza (zaczęłam u profesora Juliana Krzyżanowskiego, po jego śmierci przejęła naukową opiekę nad nią profesor Janina Kulczycka-Saloni).

Napisałam wiele książek, trzy z nich o Wańkowiczu.

Pokolenie młodych ludzi nie zna, niestety, jego twórczości. Może się to zmieni, pisarz wróci do lektur. Oby to nastąpiło.

Młodsze pokolenie kojarzy mnie z książkami na temat amerykańskich Indian czy poświęconymi losom Polaków – emigrantów z piętnem drugiej wojny, których spotkałam w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze inni kojarzą mnie z książką o aktorce Ingrid Bergman (bliskiej kuzynce mojego męża), czy z książką o… kotach („Podróże z moją kotką”), która i w Polsce, i w Stanach, miała wznowienia.

Jakie ma Pani plany odnośnie Wańkowicza i jego spuścizny?

– Po śmierci pisarza nadzorowałam wydanie serii „Dzieł wybranych”, w wydawnictwie Prószyński i S-ka w latach 2009-2011 ukazała się 16-tomowa seria „Dzieł wszystkich”. Do każdego tomu (liczącego ponad pięćset stron) pisałam posłowia, zamawialiśmy wstępy. Po raz pierwszy np. ukazały się teksty poświęcone tematyce żydowskiej czy na temat Wołynia.

Co się stało z jego warszawskim domem? Czy jest na nim jakiś ślad, że mieszkał tam Wańkowicz?

– Pisarz mieszkał w nim niecały rok, nie skończona była np. budowa tarasów. Córka Wańkowicza, Marta Erdman, po jego śmierci przez kilka lat wynajmowała ten dom, potem sprzedała. Jakiś czas potem parterowy dom został rozbudowany. Nie ma tablicy, nie ma śladu, że mieszkał w nim wielki pisarz.

Na ile Pani pisarstwo jest kontynuacją metodologii mistrza?

– Mogę powiedzieć, że wiele zaczęło się od Wańkowicza, ale potem już poszło własną drogą i wysiłkiem (pisarz mi z nieba nie dyktuje książek…). Nie poruszam tematów, które byłyby kontynuacją tematyki Wańkowicza. Metodologia, jak Pani określa i o którą pyta, jest moja własna. Dzięki doktoratowi znam warsztat naukowy, w kilku moich książkach są przypisy, bibliografia.

Wańkowicz miał własny, charakterystyczny styl. Jego język, z bogatym kresowym słownictwem, kolorytem, jest jak mocne perfumy. Trudny do naśladowania czy kontynuacji. Mój styl jest wyciszony, unikam mocnych przymiotników, chcę, by czytelnik sam wyciągnął wnioski i się przejął. Nie pokazuję, gdzie ma to nastąpić.

Czy Pani emigracja związana była z Wańkowiczem?

– Nie wyemigrowałam z Polski i nie czuję się emigrantką. Wcześniej, przebywając na stypendium w Kanadzie, napisałam dwie książki na temat emigrantów. Ukazały się w języku angielskim (potem po polsku „Kanada, Kanada…”, „Senator Haidasz”). W grudniu 1981 roku zastał mnie tam stan wojenny i przedłużyłam pobyt do ponad dwóch lat. Polakom ofiarowano pobyt stały, ale nie zostałam w Toronto, wróciłam do Polski.

Kolejno dostałam kilka stypendiów amerykańskich, m.in. dwa razy Fulbrighta (i nagrodę). W Stanach napisałam książkę na temat współczesnej sytuacji amerykańskich Indian, „Otwarta rana Ameryki”. Ukazała się także po angielsku, sponsorowali ją Apacze, recenzowały pisma indiańskie. Wielu bohaterów swoich książek spotkałam w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Są o nich książki „Amerykanie z wyboru”, „Korzenie są polskie”. Kilka książek napisałam na temat losów Polaków, których biografie,  naznaczone drugą wojną światową, to nieraz wielkie dramaty. Są to książki „Kaja od Radosława”, „Dwór w Kraśnicy”, jak i „Lepszy dzień nie przyszedł już”, „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”.

Poznałam swojego męża Normana i w 1990 roku zamieszkałam w Stanach – nie zrywając związków z Polską. Mam tu własne mieszkanie i regularnie w nim bywam (mieści  się w nim archiwum pisarza). Mam rodzinę, wydaję książki, mam kontakt z wydawcami, czytelnikami. Mieszkam i w Stanach, i w Polsce, w obu krajach wydaję książki, mają wznowienia. Zawsze Polska będzie mi najbliższa, to mój kraj i moje najdroższe miejsce na ziemi.

Spotkałyśmy się w Wilnie na Poetyckim Maju nad Wilią, poświęconym 125. rocznicy urodzin Melchiora Wańkowicza. Jak Pani ocenia inicjatywę uczczenia pamięci Melchiora Wańkowicza przez Romualda Mieczkowskiego? Jakie wrażenia wywiozła Pani z Litwy i z Wilna?

– Nikt inny poza Romualdem Mieczkowskim nie zwrócił uwagi na 125. rocznicę urodzin pisarza. Bardzo mnie to ujęło i z radością włączyłam się w tegoroczny „Maj nad Wilią”. Ślady Melchiora Wańkowicza znalazłam bardziej „w powietrzu” niż gdziekolwiek indziej. Pojechaliśmy w miejsce, gdzie być może leżał majątek Jodańce… Pola i łąki, sadzawka.

Wilno bardzo mnie zaciekawiło i ujęło swoim pięknem. Byłam pierwszy raz na Kresach, rozmawiałam z wieloma uczestnikami naszej wyprawy – szczególnie rozmowy z Polakami mieszkającymi na Litwie pozwoliły mi spojrzeć na kilka zagadnień z innej perspektywy.

 

Fot. ze zbiorów Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

Юрыю Баену – 60

Юрый Баена нарадзіўся 24 сакавіка 1957 года ў Бельску-Падляшскім. Родам ён з вёскі Мокрае на Бельшчыне. Паэт, настаўнік, грамадскі дзеяч.

Юрый Баена (Фота Міры Лукшы)

Выпускнік Агульнаадукацыйнага ліцэя з беларускай мовай навучання ў Бельску-Падляшскім (1976). Закончыў геаграфію ў Люблінскім універсітэце ім. М. Кюры-Складоўскай. Шматгадовы настаўнік геаграфіі Комплекса школ з дадатковым навучаннем беларускай мовы ў Бельску-Падляшскім (раней Пачатковая школа н-р 3).

Дэбютаваў на старонках «Нівы» ў 1973 г. Аўтар зборнікаў вершаў «Лісты блакітных успамінаў» (Бельск-Падляшскі, 1991), «Вечар над светам» (Беласток., 1998), «Крык дзікай ружы» (Беласток, 2003), «Пад нашым небам» (Беласток, 2007), «Бераг надзеі» (Беласток, 2013), «Шкатулка святла» (Беласток, 2013), «Вочы зялёнай душы» (2016).

Ю. Баена з’яўляецца арыгінальным пісьменнікам сярод творцаў Беларускага літаратурнага аб’яданння «Белавежа», яго вершы вылучаюцца асацыятыўнасцю і незвычайнай вобразнасцю. «Навізна паэзіі Юркі Баены – у глыбокай творчай здольнасці аўтара шукаць і знаходзіць на старыя пытанні не старыя адказы, насычаць іх новымі шматзначнымі ўяўленнямі пра свет, уласнымі назіраннямі, вопытам дарог, грамадзянскай мудрасцю пазнання яго набалелых праблем і шчаслівых радасцей» – пісаў Сярей Чыгрын, паэт, публіцыст і краязнавец са Слоніма.

Старшыня Бельскага аддзела Саюза польскіх настаўнікаў (ад 1994 г.). Радны Гарадской рады Бельска-Падляшскага (1990 – 2010) і Рады павета Бельск-Падляшскі (2010 – 2014). Дзеяч Беларускага грамадска-культурнага таварыства (намеснік старшыні Галоўнага праўлення 2005 – 2013).

Узнароджаны Крыжам заслугі, Медалём Камісіі нацыянальнай адукацыі, адзнакамі «Заслужаны Беласточчыне» і «Заслужаны для польскай культуры».

 

Міра Лукша: – Раскажы, адкуль ты родам, з якой Ты сям’і, з якой вёскі, і які гэта мела ўплыў на тое, што стаў Ты пісаць.

Юрый Баена: – Нарадзіўся я 24 сакавіка 1957 г. у Бельску, родам я з вёскі Мокрае, куды і вярнуўся. Тут жылі мае бацькі – Зінаіда і Уладзімір, а таксама дзяды з матчынага боку – Сцепаніда і Рыгор Прафірукі. Бацька штодня ездзіў у Бельск, дзе працаваў пераважна ў будаўляных прадпрыемствах. Дзед, баба і мама займаліся сельскагаспадарчымі і хатнімі справамі. Дадаткова дзед быў кавалём. У кузню прыходзілі аднавяскоўцы і прыязджалі некаторыя сяляне з суседніх вёсак. Вялі пры нагодзе звыклыя размовы, але і аповеды пра бежанства, Кастрычніцкую рэвалюцыю, Другую сусветную вайну, пра Польшчу, Расію і Амерыку.

Бабулін бацька, а мой прадзед Васіль Юзвюк пайшоў на Першую сусветную вайну, невядома калі і дзе загінуў, асіраціўшы траіх малых дзетак. Раз толькі з фронту прыбыў пешшу дадому, пераначаваў, а ўжо перад узыходам сонца вярнуўся ў сваю ваенную часць. Было гэта яго апошняе развітанне з сям’ёй, якая праз некалькі дзён падалася ў бежанства, у глыб Расійскай імперыі. Вельмі магчыма тое, што загінуў ён у баі недзе на Бельшчыне.

Бабулін дзед, а мой прапрадзед Мікіта Філіпюк (цесць Васіля Юзвюка) быў апошнім царскім войтам тэрытарыяльна разлеглай гміны ў Дубяжыне. Памёр у бежанстве ва ўсходняй Беларусі ў снежні 1918 года.

Другая баба – Ольга – жыла ў вёсцы Сабятын Сямятыцкага павета. Дзеда Ігната Баену, ураджэнца вёскі Жэрчычы, я ніколі не бачыў, бо раптоўна памёр ён у горадзе Прушкаў 5 сакавіка 1953 года (дарэчы, у той самы дзень памёр Іосіф Сталін). У Прушкаў дзед паехаў да замужняй там сястры. Сястра пахавала брата на каталіцкіх могілках.

У мае вучнёўскі гады ў Мокрым існавала 4-класная пачатковая школа. У першым класе ўсе прадметы вяліся на беларускай мове, а польскі «Элемэнтаж» уваходзіў у другім класе. Макрэнская моладзь і старэйшыя людзі мелі беларускую нацыянальную свядомасць. Зімой пры нагодзе школьнай навагодняй ёлкі маладыя жыхары вёскі выступалі ў беларускіх «камедыйках» – пастаноўках такіх вядомых беларускіх п’ес як «Дзесяць гектараў», «Мікітаў лапаць», «Конская кніжка» або «Пярэстая красуля».

Памятаю добра, як у маленстве дзед Рыгор браў мяне на калені і чытаў пры стале або перад печкай казкі
і вершы рускіх аўтараў. Памятаю таксама, як матуля, перш-наперш па-беларуску, вучыла чытаць. Разам мы рысавалі і лічылі.

Мама памерла 1 студзеня 1973 года. Меў я ўсяго 15 гадоў. Была гэта найвялікшая драма ў маім жыцці. Бацька неўзабаве другі раз ажаніўся, а я застаўся ў родным Мокрым, разам з бабай і дзедам. Пакута, боль, туга звязаныя з заўчаснай росстанню з матуляй спарадзілі патрэбу ратунку – напісання верша. З гэтага моманту
і пачалася мая прысутнасць у паэзіі.

Неўзабаве адбыўся твой сур’­ёзны дэбют.

– Дэбютанцкі верш «Дом» з’явіўся на белавежскай Літстаронцы 1 красавіка 1973 года. Быў я тады вучнем першага класа белліцэя. Публікацыя вершаванага твора падняла мяне на духу, акрыліла і прыдала ўпэўненасці ў выбранай творчай дарозе.

Бася Гаральчук (таксама аўтарка вершаў) частуе Юрыя Баену прысмакамі на фэсце ў іх роднай вёсцы (Фота Міры Лукшы)

Твой жыццёвы і працоўны шлях меў несумненны адбітак у тваёй творчасці.

– У гадах 1968 – 72 вучыўся я ў Пачатковай школе
ў Дубяжыне (класы V– VIII). У 1976 г. зкончыў Агульнаадукацыйны ліцэй з беларускай мовай навучання імя Браніслава Тарашкевіча ў Бельску-Падляшскім як яго найлепшы вучань. Вышэйшую адукацыю атрымаў на факультэце геаграфіі Люблінскага ўніверсітэта імя М. Кюры-Складоўскай. Настаўніцкую працу пачаў у 1980 годзе ў Пачатковай школе ў Красным Сяле. Адзін год адслужыў у арміі – у Кашаліне і Голдапі. У афіцэрскай школе ў Кашаліне заспела мяне ваеннае становішча.

У чарговы раз працаваў я ў Пачатковай школе ў Дубяжыне. З 1983 г. шмат часу я вучыў геаграфіі ў Комплексе школ з дадатковым навучаннем беларускай мовы ў Бельску- Падляшскім, ранейшай «тройцы». У 1994 г. выбралі мяне старшынёй Бельскага аддзела Саюза польскіх настаўнікаў (гэтыя абавязкі выконваю я да сёння). 24 гады быў я радным Гарадской рады Бельска-Падляшскага (5 кадэнцый) і Рады Бельскага павета (1 кадэнцыю). Дзейнічаю ў Беларускім грамадска-культурным таварыстве, быў намеснікам старшыні ГП ад 2005 да 2013 года. Я член Беларускага літаратурнага аб’яднання «Белавежа» і ганаровы сябра Саюза беларускіх пісьменнікаў. Аўтар сямі паэтычных кніг.

Жанаты я. Усе мае дзеці (чацвёра) ведаюць беларускую мову. Кожны з іх вучыўся ў Бельскім белліцэі. Зараз я таксама дзед сваіх унукаў.

Дзякуючы асабістаму ўдзелу ў грамадскім жыцці гарызонты маёй творчасці намнога расшырыліся. Люблю я прыглядацца людзям, аналізую іх імкненні і паводзіны, стараюся заглянуць у глыбіню чалавечай душы. Шляхам гадоў на польска- беларускім памежжы ў няпросты перыяд сацыяльна-палітычных змен змяняўся
ў народзе падыход да маральна-этычных каштоўнасцей, да нацыянальнай спадчыны. Таму, як паэту, хочацца сказаць так: Разам з сябрамі з Літаб’яднання «Белавежа» родным словам здаўна я чытачам чарчу карту пагоды.

Чым для Цябе ёсць верш?

– Верш – гэта найбольш скандэнсаваня форма выказвання. Заўсёды хочацца, каб была яна поўная асацыятыўнай шматзначнасці.

Верш нараджаецца ад жаху або ад захаплення. Узнімае ён у сэрцы і розуме пачуццё халявання і роздуму, праменна пранікаючы да іхніх глыбінь. Дазваляе таксама захаваць светласць сэрца, жыццялюбства, веру
ў чалавека і надзею на лепшае.

Верш – зялёны лісток душы, мае крылы, зямля, неба, споведзь і малітва да Бога. У паэтычных словах шукаю адказаў на простыя і складаныя пытанні. У вершах павінна быць усё – ад кропелькі расы па космас. Дзякуючы тварэнню кожны раз мой свет адраджаецца, каб у бляску і красе лунаць усімі колерамі вясёлкі.

Кожнага паэта радуе першы крык новага верша. Малаважная колькасць паэтычных твораў, найбольш істотная іх якасць. Разлічваю на надыходзячы добры час для творчай самарэлізацыі. Мне ўжо пахне папера наступных томікаў.

Якія ў Цябе літаратурныя і жыццёвыя планы?

– Хачу пісаць таксама лірычную прозу. Гэта вельмі надзейны напрамак. Сям’я надалей будзе ў цэнтры ўвагі. Мы ў 2012 годзе перабраліся з Бельска ў Мокрае між іншым таму, каб дзеці і ўнукі мелі добрае месца для адпачынку (і працы, калі захочуць), каб як мага найчасцей былі ўсе мы разам, каб любавацца роднымі краявідамі і каб хадзіць дарогамі дзядоў і прадзедаў.

Няхай так будзе! Дзякуем Табе за размову і віншуем з юбілеем!

 

Размаўляла
Міра Лукша

To skrajna nieodpowiedzialność.

Rozmowa z Agnieszką Romaszewską-Guzy, dyrektorem białoruskojęzycznego kanału Biełsat TV.

 

Od kilku lat krążyły pogłoski o zamknięciu Biełsatu. Niedawno w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski poinformował o tym, a także o przejęciu zadań Biełsatu przez TVP Polonia, wprost. Czy zaskoczyło to Panią?

Dyrektor Telewizji Biełsat Agnieszka Romaszewska-Guzy (TV Biełsat)

– Skłamałabym, gdybym powiedziała, że w ogóle się czegoś takiego nie spodziewałam. Od pół roku docierały do mnie wieści, że coś się w ministerstwie szykuje. Do ostatniej chwili byłam jednak przekonana, że do tego nie dojdzie. Przecież takie informacje przewijają się, odkąd Biełsat istnieje. Tylko go otworzono i zaraz zaczęto zamykać. Sądziłam, że jak co roku uda się decydentów przekonać, by odstąpili od takich zamiarów.

Na razie jest mowa o „reorganizacji”. Co ona oznacza? To przesunięcie pracowników do TVP Polonia? Co to oznacza dla twórców kanału a co dla demokratycznej opozycji w Białorusi?

– Wydaje się, że koncepcja zmian jest fundamentalnie niedopracowana. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych zdają się nie rozumieć, jakim medium jest telewizja. Tu programów nie da się ścinać mechanicznie. Jeżeli jakaś organizacja pozarządowa składa wniosek na serię sześciu seminariów, które chce przeprowadzać przez dwa miesiące, to można ich liczbę skondensować do trzech i też spełnią swoją rolę. Natomiast jeśli budżet telewizyjny zetnie się poniżej pewnego poziomu, praca stacji przestaje mieć sens. To wyrzucone pieniądze. Nieustannie przekonywałam decydentów, że nie możemy liczby pracowników zredukować do piętnastu, dwunastu lub trzech, bo ze zbyt małą grupą pewnych rzeczy zrobić się nie da. Nie rozumieli. Dowodzi tego pomysł włączenia Biełsatu do TVP Polonia. To telewizja powtórkowa i taką musi pozostać, bo nie ma sensu produkować osobnych programów dla Polaków za granicą. Byłoby marnowanie sił i środków. Telewizja Biełsat w całości składa się z programów oryginalnych, dotyczących tematyki białoruskiej. Z archiwów korzystamy w niewielkim zakresie, wyciągając z nich programy ponadczasowe, np. Makłowicza. Te stacje w żaden sposób nie są do siebie podobne. Już bardziej przypominamy TVP Info, czyli stację newsową. Mamy własny newsroom i codziennie przygotowujemy półtorej godziny informacji w studio na żywo. Inna telewizja nie będzie tego robić. Widać, z produkcyjnego punktu widzenia, że autorzy projektu zmian kompletne nie rozumieją, co i jak robimy. W dodatku część naszych pracowników nie zna na tyle polskiego, żeby była w stanie pracować w TVP Polonia.

Czuję się zdezorientowany. Jeżeli pojawiła się inicjatywa działań na rzecz budowy społeczeństwa obywatelskiego w Białorusi i teraz tę misję kończymy, to czy została ona wykonana? Może lepiej byłoby w ogóle jej nie zaczynać, niż kończyć bez sprawdzenia, czy i komu służy?

– Parokrotnie tak mówiłam. Nie ma nic gorszego niż dać nadzieję i ją odebrać, bo jak mówi polskie przysłowie – „Kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera”. Biełsat był bardzo stabilną instytucją. Stabilność nie jest polską specjalnością. U nas co zmieni się rząd czy samorząd, wszystko zaczyna się od początku. A nam udało się przetrwać ponad dziesięć lat, Przez te lata poznałam Białorusinów i białoruski charakter narodowy Niełatwo zdobyć zaufanie tej nacji. Ta nieufność sprawiała, że przez pierwsze lata nikt nie wierzył, że Biełsatowi się uda. Ot, „pobawią się i przestaną”. Tak minął rok, dwa, pięć, a potem zdaliśmy poważny egzamin. To była Płoszcza 2010 roku, zajścia w centrum Mińska po wyborach prezydenckich 19 grudnia 2010 roku. Staliśmy się ważnym i potrzebnym źródłem informacji, bo nikt poza nami nie wiedział, co się dzieje w Mińsku. Nasza rola informacyjna jest nie do przecenienia.
A teraz zamilkniemy. To skrajna nieodpowiedzialność.

Czy ostatnie wizyty ministra Waszczykowskiego i marszałka Stanisława Karczewskiego oznaczają reset na linii Warszawa-Mińsk i zupełnie nowe rozdanie?

– Myślę, że tak. Nigdy nie byłam przeciwniczką tak zwanego resetu. Zawsze uważałam, że utrzymywanie z sąsiednim krajem stosunków skrajnie restrykcyjnych jest niedobrym pomysłem. Przykładem może być Kuba. Nigdy nie byłam zwolenniczką wielkiego zaostrzania kontaktów, wszystko powinno mieć swoją miarę i granice. Trzeba odróżnić odwilż i reset w stosunkach od oddawania wszystkiego.

Wydaje się wręcz, że Łukaszenka dostał więcej niż się spodziewał.

– Też mam takie przekonanie. Co więcej portal Tut.by uzyskał komentarz MSZ Białorusi (rzecznik Dzmitryj Mironczyk mówił w nim o czynniku wzajemności – przyp.red.) na ten temat. Oni tam bardzo są powściągliwi. A jeśli chodzi o TVP Polonia, to rozważą, ale to nie jest ich sprawa.

Odnoszę wrażenie, śledząc białoruski Internet, że plany w sprawie Biełsatu odbierane są przez młodą opozycję jako nóż w plecy.

– Mówiłam o tym ministrowi Waszczykowskiemu, przekonywałam, że zasadniczą cechą polityki jest stabilność, ale nie rozumiana jako bezczynność. Jeżeli już coś robimy, to róbmy dobrze, a przede wszystkim nie zakładajmy, by zdejmować i nie otwierajmy, by zamykać.

Zwłaszcza gdy mówimy o polityce zagranicznej. Wydaje się, że mądra polityka zagraniczna powinna być długofalowa.

– Koncepcja, w której co rok, co dwa wszystko się zmienia, sama w sobie jest zła. Lepsza jest choćby niedoskonała idea, ale konsekwentnie realizowana. Rozumiem to poczucie zdrady. W polityce liczy się siła ekonomiczna, ale istnieje też siła społeczeństw. Uważam ją za jeden z realnych czynników polityki. Możemy teraz uznać, że nam jest wszystko jedno, ze nie musimy wiedzieć kto tam (w Białorusi – przyp.red.) mieszka. To daleko idąca naiwność, przecież to z tymi ludźmi Polska będzie miała do czynienia. Władze polityczne, jak wiemy, zmieniają się. Łukaszenka nawet po najdłuższym życiu kiedyś przestanie być prezydentem. A Białoruś nie przestanie być sąsiadem Polski. Dlatego przynajmniej w elementarny sposób trzeba ludzi, do których kierujemy program, brać pod uwagę, nie wystawiać ich do wiatru. Białoruska elita jest obecnie w kiepskiej sytuacji. Kto się tym przejmuje? Prawie nikt. Taka jest już przykra rzeczywistość polityki międzynarodowej. Generalnie nikt się nimi nie przejmuje, myśmy przynajmniej pozwalali im odczuć, że chociaż trochę się przejmujemy.

Mam wrażenie, że u nas część decydentów jest potwornie źle poinformowana, podejmują decyzje oparte na błędnych przesłankach. Spotkałam się na przykład z opiniami o małych wpływach Andżeliki Borys w środowisku Polaków na Białorusi. A gdyby mnie ktoś spytał, to bym powiedziała, że wygra wybory. Z kolei część opinii publicznej nie ma pojęcia, kto mieszka na Białorusi, wiadomo tylko, że Polacy. A kto poza tym? To wygląda groteskowo. Prowadzimy politykę, która nie wiadomo czego dotyczy.

A może to kwestia złych doradców lub – idąc dalej – jednostki obcego wpływu? Nie da się ukryć, że takim źródłem może być Moskwa i władza Władimira Putina.

– Mogę tylko spekulować. Pod uwagę trzeba wziąć dwa czynniki. Podstawowym jest dramatyczna inercja urzędnicza naszych służb zagranicznych. W jaki sposób prokuratura mogła wydać rachunki Alesia Bialackiego? Urzędnikom trzeba by jasno wyjaśnić, kogo i po co mają chronić. Drugi czynnik to inspiracja – pytanie czyja. Jeżeli się doprowadzi do tego, że Polska będzie miała znacząco pogorszone stosunki ze wszystkimi sąsiadami, od Ukrainy, przez Białoruś po Litwę, nie tylko polityczne, to spełni marzenie Moskwy. Nie widzę nikogo innego, kto mógłby na tym skorzystać. Myślę że to jest działanie nie do końca świadome. Może im tak po prostu wychodzi? To fatalnie, ale znając realia polskiej polityki, bo przyglądam się jej z bliska od lat, wiem ile dzieje się przez przypadek. Urzędnicy patrzą na nas z takim obrzydzeniem, jakby pytali „co to w ogóle jest?”. Z drugiej strony zaniepokoiło mnie, że pan Waszczykowski nie wziął w ogóle pod uwagę aspektu rosyjskiego.

Dobrze to nie wygląda.

– Wygląda to źle i wygląda na słabe korzystanie z know-how wschodnich sąsiadów. Mam poczucie, że kręgom rządowym brakuje elementarnej orientacji w kwestii białoruskiej, a na mnie patrzą jak na dobrą wariatkę, która kocha tych swoich Białorusinów i mówi co myśli,
a przecież mądrzy dyplomaci wiedzą lepiej. Ot, kobiecina ma tych dwudziestu ludzi, żal jej ich.

MSWiA ogłosiło niedawno informację o dotacjach na 2017 rok dla organizacji mniejszości narodowych w Polsce. Środków przyznano mniej niż w ubiegłym roku, także białoruskim organizacjom, w tym Radiu Racja. Czy to się wpisuje w trend promowania to co polskie kosztem mniejszości?

– W budżecie jest bardzo dużo cięć, nie tylko dla mniejszości. Pytanie, dlaczego akurat wybrano Radio Racja. Kwoty dotacji w skali państwa są mało znaczące. Oczywiście duże kwoty składają się z małych, ale i tak to mniej niż kropla. A bardzo psuje relacje. Zadziwia mnie postawa podlaskiego ministra Jarosława Zielińskiego. W ministerstwie zajmuje się policją, ale to jego region. Promowanie polskości przez to, że się trochę krwi popsuje? Żadnych z tego nie ma korzyści. To krótkowzroczne.

Nie da się ukryć, że mniejszości raczej nie były wyborcami ministra Zielińskiego. Być może na tym nie straci.

– Wyborczo na tym nie straci, ale doświadczenie uczy, że zawsze lepiej jest prezentować regionalną solidarność.

Zwłaszcza, że przynajmniej część mniejszości może połączyć cięcia
z sympatyzowaniem władzy z organizacjami narodowymi, jak ONR czy Młodzież Wszechpolska. Takie zielone światło dla skrajnej prawicy, posługującej się hasłem „Polski dla Polaków”. Łatwo taką kalkę z perspektywy mniejszości nałożyć.

– Tak jak mówiłam, korzyści budżetowe z cięć w dotacjach są niewielkie, a szkody wizerunkowe duże. Zwłaszcza, że nieustannie mówi się o tym, że rząd chciałby swój wizerunek poprawić. A w ten sposób go pogarsza.

Dziękuję za rozmowę

 

             Rozmawiał Tomasz Sulima