Tam, gdzie wciąż trwa Wielkie Księstwo (3)

tabliczka-nagrobna-na-cm-prawoslawnym-w-nowym-dworze

Tabliczka nagrobna na cmentarzu prawosławnym w Nowym Dworze (Fot. Mateusz Styrczula)

 


3
. – A jest jakijeś roznicy u haworkach z hetaj akalicy?

– Nie wielikije. Usio biełaruski. Tamaka dzie leżać hetyje dołhije wioski, pry szosi, to haworać kańcouku „sia”. Zrabiłasia. Razliłosia. Paszłosia. A tuta u nas budzie „zrabiłasa”, „paszłosa”. Ćwiordo. Była u nas kiedyści adna baba jakaja hawaryła „je”. Ali tak to haworym „jest”.

– A jak z hetym „kiedyści”? Bywało po inszamu?

– Starejszyje ludzi hawaryli „kaliści”, ale teraz to piereważno „kiedyści” haworacca.

– Tut baczu kryży i katolicki, i prawaslauny pierad wioskaj. Zhodna żywiecca?

– A heto znajecie takaja zhoda jak Ruskije i Czeczeni. U dzień harbatu pjesz, u naczie strelajesz. Tut niekatoryje to takije, jak my każem, zakalionyje kataliki…

Po chwili pan Walik odebrał od listonosza, który zniknął równie szybko jak się pojawił małą przesyłkę. Dokładnie gazetę.

– Ta jakraz u „Niwi” jest artykuł pra świato u Sidercy. Muszu praczytaci.

Wziąłem do rąk otrzymany numer tygodnika i przeczytałem na ostatniej stronie duży tytuł. „Na Jana u Sidercy”. Obok zamieszczono zdjęcie mohiłok. Cmentarna cerkiewka odzwierciedla swą skromną posturą położenie prawosławia w powiecie sokólskim. Raczej w odwrocie. Odłożyłem gazetę. Z radia dobiegały rosyjskie hity z lat 80. Patrząc na stojące na piecu słoiki pełne czereśni, zerkając na ikony ponad nami, przypomniało mi się odwiedzone w 2013 roku Polesie. Wsie koło Turowa, Dawidharadka, Pińska. Ciężko byłoby wskazać w tym momencie jakąkolwiek rzecz, która odróżniałaby te dwa obrazy.

sanktuarium-w-rozanymstoku

Sanktuarium w Różanymstoku (Fot. Mateusz Styrczula)


Na północnym zachodzie nad całą tą mniej lub więcej prawosławną okolicą góruje potężna bryła sanktuarium maryjnego w Różanymstoku. Bliźniaczo podobna do kościoła jezuickiego w Grodnie. Stanowi zarówno punkt odniesienia, jak i wymarzony, malowniczy cel pielgrzyma. Nagrodą dla każdego z nich są barokowe feerie kształtów oraz kopia cudownego obrazu Matki Boskiej, pędzla ucznia Jana Matejki. Było tych pielgrzymów w historii niemało, ale w czas smuty tuż przed, a zawłaszcza po powstaniu styczniowym spełnienie potrzeby religijnej mogło wiązać się również z przykrymi konsekwencjami. Tak np. dziekan grodzieński Józef Majewski został  za pielgrzymkę z samego Grodna w 1861 r. usunięty z parafii i skazany na zsyłkę. Odpowiedzią była przeprowadzona w lipcu tego samego roku manifestacja wiernych z bliższych i dalszych zakątków Sokólszczyzny. Warto pamiętać, że korzenie spotykanego tu i ówdzie antagonizmu między katolikami a prawosławnymi brały swe źródło właśnie w czymś dużo większym niż zatargi maluczkich. Wojna religijna na tym terenie nie przybrała szczęśliwie form znanych choćby z wieku XX na Bałkanach, ale była bezkrwawym elementem całości wielkiej gry Kościoła katolickiego i Cerkwi w ogóle. Unia, kasata, przejmowanie kościołów, przejmowanie cerkwi, polonizacja, rusyfikacja. Wszystko to planowano i przeprowadzano na wysokich szczeblach aktualnej władzy. Wierni byli pionkami. Potrzebnymi, ale w ostatecznym rozrachunku na tyle, na ile żołnierze wojsku.

Wychodząc z sanktuarium natknąłem się na grupę kilkunastolatków. Jeden z chłopaków w centrum zgromadzenia zaczął grać na gitarze. Może przygotowania do światowych dni młodzieży? – pomyślałem. Mówią o mnie w mieście: „Co z niego za typ? Wciąż chodzi pijany, pewno nie wie co to wstyd”. Uśmiechnąłem się. Jednak nie tym razem.

 

  1. Wśród katolików

Nowy Dwór cierpi. Cierpi na podobieństwo każdej wsi i miasteczka, które w dziejowej zawierusze miało pecha zostać odciętym od dającego życie i prosperitę handlu. Przyczyny bywają różne. Dawne królewskie miasto Biecz na skraju Łemkowyny, w południowej Polsce, rozwijało się prężenie, acz przegrywając ostatecznie bitwę o tranzyt na Węgry z niedalekimi Gorlicami dziś jest tylko cieniem samego siebie. Jego zabytki pochodzą niemal wyłącznie z okresu średniowiecza i renesansu. Potem jakikolwiek rozwój zamarł. Funkcjonuje jako duża wieś, podobnie jak od 1934 r. Nowy Dwór w powiecie sokólskim. W przypadku całej „polskiej” części Grodzieńszczyzny dobito ją wytyczaniem nowej granicy. Tym samym skończyło się to, co najnaturalniejsze i odwieczne. Grodno wciąż leży około piętnastu kilometrów od Nowego Dworu, ale równie dobrze mogłoby leżeć tych kilometrów sto. Wyjątkowo przygnębiające wrażenie robi urokliwa skądinąd droga łącząca niegdyś oba miasta. Po bruku nie jeżdżą już ani furmanki, ani nie spacerują piesi. Spomiędzy polnych kamieni, którymi jest wyłożona, wyziera mizerna trawka.

Sam Nowy Dwór przypomina o tym, do kogo przynależał, również swymi nekropoliami. Stary cmentarz katolicki z białą kaplicą pośrodku mami tym co Polacy zwykli nazywać kresowością. Ciężko to nawet jakoś skonkretyzować. Po prostu widząc go, widziałem też Rossę i Łyczakowski. Na kaplicy czytamy „Ś. P. Wincenty Eynarowicz. Obywatel ziemski guberni grodzieńskiej. Ur. 9 stycznia 1809 r. Zm. w Grodnie 30 grudnia 1856 r.”. Stare epitafia, trupie czaszki, ozdobne litery. Przy tym wszystkim jest to odmienne w formie i otoczeniu od Powązek w Warszawie, choć widziałem tam przecież groby z dokładnie tego samego okresu.

Ni to chmurny, ni to słoneczny poranek zwiastował zmienną pogodę. W najładniejszym, a na pewno największym ogródku pełnym kwiatów siedziały, gwarząc, cztery starsze kobiety. Słysząc, że rozmawiają pa prostu podszedłem.

– Dzień dobry. Baczu szto i u Nowym Dwarie haworycca pa prostu. Kali ja nie pieraszkadżaju, to czy można parazmaulać?

– Dzień dobry. No my tutaj rozumiemy po prostu. No, ale tak jak pan mówi to…ja gdy słyszę taki język to, aż mnie tutaj coś dusi. <wskazanie na splot słoneczny>

Zaciekawiony taką reakcją, wszedłem do ogrodu. Przyjaciółki mojej rozmówczyni czmychnęły, spłoszone pojawieniem się tak dziwnego intruza.

– Wie pan, że tak jak pan mówi, to kiedyś tutaj przyjechali tacy. Wszyscy prawosławni się zebrali od nas i nawet batiuszka przyszedł. Sporo ich się zeszło. I zaczęli między sobą tak rozmawiać. „Ja panimaju, panimaju”.

– Kto taki? Kiedy?

– Nie pamiętam już dokładnie. Kilka lat temu. Białorusini jacyś. Może chcieli tu coś rozkręcić. Ja wtedy odezwałam się. „No już naprawdę czyśmy mało wycierpieli tutaj od tych ruskich w historii”. Oni tak spojrzeli po sobie i od tego momentu już na polski przeszli.

– A pani z Nowego Dworu?

– Ja w ogóle to pod Mińskiem urodziłam się. Tutaj od 1944 roku. Mam rodzinę na Białorusi. Oni katolicy, ale wie pan, że wstyd mówić aż. Po rusku też rozmawiają. Ja się ich kiedyś pytam, jak byliśmy u nich z wizytą: Jak wyście tak mogli mowy ojców zapomnieć? A oni „A za cziem nam eta nużne?”.

– Tu dużo prawosławnych?

– Mało już. Coraz mniej ich. Tutaj ci obok <gwałtowne ściszenie głosu> to prawosławni. My tu ich kacapami nazywamy. To pożydowski dom jest. Ja im tylko „dzień dobry” mówię. Oni mi. I tak to wygląda. Ale mało już ich tutaj.

– A katolicy tu po prostu rozmawiają?

– My starsi miedzy sobą to różnie. Raz tak, raz siak. Ale wie pan, my za dużo przeżyliśmy w czasie wojny…

Faktycznie wojna zmienia. Tam, gdzie żyje się zgodnie, w jednej chwili można posiać ziarno podejrzliwości. Nie racjonalnej i nie wprost. Najpierw pewne złe języki na górze sączą jad ku dołowi. Potem przychodzi bolesna konfrontacja, gdzie walczą nie inicjatorzy, a wypychani ku niej prostaczkowie. Na końcu jest ból, poczucie krzywdy. I znowu wiele, wiele podejrzliwości. Po tylu stronach, ile stron konfliktu.

Co jak co, ale prócz już odwiedzonych miejsc szczególnie ciekawił mnie północny, krajni względem mojej podróży, powiatu sokólskiego, a i gwar białoruskich, areał leżący tuż przy Biebrzy. Coś ciągnęło mnie ku tej granicy, jak zresztą do każdej na świecie. W granicy tli się fascynacja drugą stroną. Nie chodzi nawet o przekraczanie jakichś kolejnych rubikonów, ale po prostu o sam fakt zmiany optyki. Znajdując się tuż przy niej, uruchamiamy w naszych głowach wyłącznie skalę makro. Granica definiuje miejscowości leżące w jej pobliżu nie poprzez ich cechy i osobliwości, ale przez siebie samą. Włącza w reguły gry ludzi, przyrodę, zwierzęta. Mówiąc o niej na moment dzielimy świat na pół. Do rzeki – za rzeką. Do lasu – za lasem. Nasze – nie nasze.

wjazd-do-szuszalewa

Wjazd do Suszalewa (Fot. Mateusz Styrczula)

Szuszalewo może nie robi wrażenia absolutnego końca świata, ale niedaleko już do tego stwierdzenia. Ciężkie, ołowiane chmury stykają się z granicą lasu, z jakiego dobiega co rusz krzyk żurawi. Tu zaczynają się bagna. Mijam przydrożny krzyż. „Od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas Panie. Klemens Raducha 1968 r.”. Nazwisko równie miejscowe jak Biebrza. Jestem w katolickiej wsi, ale widząc starszego pana na podwórku, próbuję:

– Dzień dobry. Jak żyjecca u Szuszalewi? Turysty przyjeżdżajuć?

– Nu czasem. Tut usie byli, panie. Halendry ptaki fatahrafawali, inszyje byli… Kładku teraz zrabili to i można o tam ło pajści nawet. <wskazanie ręką>  Ale my to nie majem z toho nic. Renta słabaja. Szto możesz zrabić za osiemset złotych? Piwo wypić. Jak za hetaj Polszczy to niczoho ni dastau. Jedzine szto maju heto ad Gierka. Pracy ni ma, zwierou mała. Usio razpradana. Tolko dobre szto teraz PiS hetym usim kamunistam renty znizić. Pa dwaczterysta majuć, dwasiedemset. I tak pozno. Szto nażyliś to uże nie wierniesz. <śmiech>

– Nu i heto prauda.

– Usio robiać aby nam horsz było. Jak heta epidemia niby była to parszczukie kazali wybiwać. Bo niby afrykański pomor. Heto robiać, żeby na zachadzi mieli, a nie naszyje. A naszych hospodarou jak sługi traktujuć.

– A haworać tut ludzi pa prostu. Maładzioż?

– Haworać usie.

– A co Ty tam! <tu wtrąciła się żona> Młodzież to polsku tylko razmaulaje. Nie chco.

– To niedobre. Jak to jest szto w usiej Polszczy górale daceniajuć swajo, Ślązaki, Kaszuby, a tut nie. Tam doceniajuć gwary.

– No dobrze, ale to polskie gwary, a nie biełaruski.

Na takie dictum ciężko było już coś odpowiedzieć. To co przykuło moją uwagę już czwarty raz podczas wyprawy, to bardzo częsta konotacja przez miejscowych lokalnych gwar z białoruskim. Działo się to mimo kompletnego zarzucenia przeze mnie tego terminu przy rozpoczynaniu rozmowy na rzecz enigmatycznego haworka, czy też pa prostu. Jakaż to jednak różnica w porównaniu do właściwego Podlasia – pomyślałem. Tam języka albo się nie nazywa, bo jest to nazbyt oczywiste, by się jeszcze nad tym pochylać, albo na odwrót – wchodzi w akademickie dyskusje. A że tutaj to bardziej ukraiński, a tam już nie. A że tutaj to mieszany, a że swój, a że chachłacki, a że siaki, owaki. Przy wszystkich swoich podobieństwach, głównie w obserwacji procesów jakim poddane są oba miejsca, ponownie odczułem znaczną od bielsko-hajnowskiego zagłębia różnicę.

Po wizycie w Szuszalewie w końcu przekroczyłem przywoływaną już wcześniej granicę. Przywitał mnie powiat augustowski i miasteczko Lipsk. Lipsk słynny swymi pisankami, zespołem pieśni oraz panią Krystyną Cieśluk. W porę uciekając przed deszczem, skryłem się w jej izbie pełnej wycinanek, wzorów i licznego rękodzieła. Była zaskoczona nie tyle samym pojawieniem się gościa, bo rzecz to u niej dość codzienna, ale raczej nietypowym tematem, jaki zaproponowałem. Poczekałem chwilę, podziwiając ludowe wzornictwo, które wypełniało we wszystkich swych formach jakieś osiemdziesiąt procent izby, a pani Krystyna powróciła po chwili, częstując mnie ciastkami oraz kawą. Co szczególnie interesujące, wyciągnęła na stół pełno starych zeszytów z tekstami spisywanych w regionie pieśni. Deszcz stukał lekko w szyby, a my pogrążyliśmy się w rozmowie.

– Ja powiem tak. W tej chwili w Lipsku nikt już nie używa gwary. Mówią – tak, ale na wschód od miejsca, gdzie jesteśmy. We wsiach takich jak Rakowicze – długa wieś przy samej granicy. Tam to wszyscy. Jak byłam mała, to już bardzo tępili odzywanie się po prostu. Mówiono „zamknij się” do nas,t gdy które coś powiedziało. Ojciec mój mówił dobrze po prostu, matka nie.

– A czy pani spotkała tu kogokolwiek, kiedykolwiek kto określiłby się jako Białorusin, albo Rusin?

– Nie. Nigdy. Tylko najwyżej jako prawosławny.

– Czy pani zdaniem nie jest trochę tak, że ta gwara jest tak tępiona dlatego, że jej „ruskość” kłoci się z katolicyzmem mieszkańców?

– Myślę, że dokładnie tak jest. Nie zapomnę, jak kiedyś wykonywaliśmy tutaj u nas pieśni z fragmentami po prostu i podeszła do mnie moja ciocia i mówi „To wy jeszcze te ruskie pieśni śpiewać będziecie?”. Aż ją trzęsło ze złości. Zespół „Lipsk” dalej je wykonuje, ale raczej jak jedzie gdzieś w Polskę z występami.

– Czyli trochę wylano dziecko z kąpielą. Język dostał rykoszetem.

– Tak jest. Wie pan, to wojenne pokolenie, pamiętające co się tu działo, musi odejść i wtedy łatwiej będzie o tym mówić. Ja sama nie zapomnę, jak przyszedł do nas, jak miałam parę lat, taki żołnierz rosyjski z frontu, sadzał na łóżku, wziął moje ręce i mówi: „Mam w domu taką córeczkę jak ty. Jesteś taka podobna do niej. Będziesz mi ją przypominać”. To są bardzo wzruszające wspomnienia też. Ale zdarzają się przykre sytuacje. Pamiętam, jak kiedyś stałam w kolejce do sklepu i prawosławna z Jałowa, stojąca za mną, musiała na chwilę odejść, a gdy po chwili wróciła, ludzie ze mną krzyknęli „To jeszcze ta ruska będzie u nas kupować?”. Ja tak się wtedy zdenerwowałam. Krzyknęłam: „Co chcecie? Ochrzczona jest. Ona u siebie. Wy u siebie. I co z tego?”. Aż wyszłam wtedy z tych nerwów nic nie kupując.

Sięgnąłem po zeszyty z pieśniami. Jeden nosił datę aż sprzed wojny. Były zapisy miejscowych słówek wraz z objaśnieniami po polsku. I tak: abaroch – stóg siana, kaduszka – beczka, strepienuusa – przestraszył się. Do tego liczne pieśni patriotyczne, religijne i te do zabawy. Większość po polsku. Czasem z mazurzeniem.

– Tutaj widać, że gdzieniegdzie to słowa nawet pozmieniali, tak żeby więcej było polskich. Tam gdzie można było przerobić, to wyrzucano gwarowe celowo.

Pani Krystyna założyła okulary i czytając wybrane fragmenty zaczęła cicho nucić prostą melodię tej ziemi. Kiepski jej los, skoro ostała się głównie w zeszytach, a prócz garstki fanatyków i jednym zespole śpiewać jej nie ma komu. Bo to i niepolityczne, i mało zgodne z przyjętą przez miejscowych postawą.

Poprzedni tekst o tych stronach zacząłem rozważaniami nad melodią Podlasia a melodią Litwy-Sokólszczyzny. Pisałem o jej hipotetycznych i zastanych słowach jako o treści całej krainy i jako o jej esencji. Oczywiście alegorycznie. Ten zaś zakończę mniej poetycko. Cytatem. Wszak to było chyba to, czego szukałem.

Zwinieła kamoreńka, zwinieła
Maładaja dzieuczyna siedzieła
Swaju rusu koseńku czesała
Wielikuju dumańku dumała
Wajszou jaje ojczeńko w kamoru
Pała jana ojczeńku na nohi
A moj żaś ty ojczeńku ni addaj
A maja ty mamańka ni pazwalaj
A majaż ty doczeńka jak cie ni addać
Najechało hościkou choczuć wziać
Najechało hościkuo sto siemdziesiat
Papuszczali koniki w wiszniou sad
Nichaj tyje koniki pachodziać
Maju drobnu ruteńku pabrodziać.

Mateusz Styrczula. Tam, gdzie wciąż trwa Wielkie Księstwo

2. Litwa wciąga. Po poprzedniej wyprawie (patrz Czasopis 7-8/2016) był we mnie jakiś wewnętrzny opór przed powrotem do głośnej codzienności Warszawy. Nieumiejętność błyskawicznego przeskoku w rzeczywistość miasta. Po części zrodził się on z obecnego w większości postindustrialnych społeczeństw mitu wiejsko-sielskiej krainy, w której nurzać się pragną nawet (a może przede wszystkim) ci, którzy jej wcześniej nigdy nie zaznali, ale oczywiście nie tylko. Zrodził z poczucia niedosytu i swoistej fascynacji światem, jaki będąc wciąż kawałkiem planety podlaskich Białorusów, znacznie się od jego obecnego jądra, leżącego na południu województwa, różnił. Był rozmyty, niejednoznaczny, przemieszany. Brakowało mu kantów, znanych choćby z polsko-ruskiej granicy w gminach Boćki czy Bielsk Podlaski. Problem sprawiało już samo wskazanie, gdzie tak naprawdę się znów wybieram? Z Podlasiem sprawa jest już prostsza. Pudlasze, Podlasze, Podlasie – kwestia języka. No a tu? Ruś Czarna. Sokólszczyzna, Grodzieńszczyzna, Jaćwież, Litwa. Wszystkie nazwy są zasadne. Z drugiej strony, czyż solą życia nie jest po prostu spotkanie z drugim człowiekiem i nieśpieszne rozmowy oderwane od kalendarza wyznaczonych spotkań i spraw służbowych? Nawet bez kontekstu badawczego. To wymaga odpowiedniej oprawy, wolnego czasu, chętnych osób. Ziemia sokólska to ma. Czerwcowa włóczęga śladami Wielkiego Księstwa odbiła się na mych podróżniczych priorytetach jak widać dość mocno, toteż następną jej część postanowiłem odbyć niemal równo miesiąc później. Jak jednak wejść drugi raz do tej samej rzeki na tyle zgrabnie, by nie odczuć prostej repryzy? Jeśli znów gryźć jabłko, o którym już wiemy, że jest dość smaczne, to w czym odszukać wrażenie nowości? Jeśli błądzić to jak przez przypadek nie podążać już raz przebytymi szlakami? Postanowiłem nie silić się na oryginalność i miast oczywistej w takiej sytuacji ucieczki w ciszę najmniejszej z najmniejszych wsi wybrałem rolę turysty-nowicjusza. A wiec jeśli powiat sokólski, to co? Zerknijmy do folderów… No tak! W drogę.

meczet-w-bohonikach

Meczet w Bohonikach (Fot. Mateusz Styrczula)


1.Tatarskie atrakcje

Tatarzy mają się dobrze. Tego nawet nie trzeba się specjalnie doszukiwać. To widać, słychać w mediach i czuć. Literalnie czuć. Zapach smacznych potraw, unoszący się z domu pielgrzyma w Bohonikach, dotarł do mych nozdrzy jeszcze przed przekroczeniem jego progu. Niestety. Impreza zamknięta – dowiaduję się od lekko skośnookiego mężczyzny w białej koszuli. Na zaaranżowanym parkingu kilka samochodów. Goście uśmiechnięci, rozgadani, wyczekujący pozostałych. Prócz miejscowych jest i rejestracja z Wielkiej Brytanii. Przed budynkiem błyszczy nowością złotych liter pamiątkowy głaz. „W roku 1679 przywilejem króla Jana III Sobieskiego tatarscy rotmistrzowie, oficerowie i żołnierze otrzymali nadania ziemskie i zostali osiedleni w Bohonikach, Malawiczach Górnych i Drahlach. Obelisk ten ku pamięci wystawili potomkowie. Fundator: Arsłan Mucha herbu Kienia, 2015 rok”. Zaglądam do drewnianego meczetu. Tłoczno. Dobrze utrzymani turyści w średnim wieku, młoda para, rodzina z dziećmi. Starsza pani w kolorowej, tatarskiej tiubietiejce po gospodarsku zachęca do wejścia i zasadza wszystkich po kolei. Na twarzach gości maluje się mieszanina ostrożnego szacunku i zainteresowania. Miękkość ruchów świadczy o niewiedzy, co można dotknąć, gdzie można stanąć, a czego już nie wypada. Po sekundzie już bez skrępowania świszczą obiektywy i piszczą cyfrówki. Dochodzą nowi. Pani powtarza zachęty sprzed chwili.

– Proszę, proszę. Wchodźcie, siadajcie i słuchajcie. Zdjęcia róbcie, żeby na pamiątkę zostało, jak żeście tu u nas byli. Ja wam wszystko zaraz opowiem. Jesteście w wiosce, która każdego przyjmuje, ugości czym ma i zaprasza bez względu na wyznanie.

Przy całym szacunku dla sprawdzonej wielokrotnie podlaskiej gościnności, słysząc tak okrągłe zdania, przesiąknięte bezbrzeżnym ekumenizmem, doznałem lekkiego skrętu kiszek.

– Witam was w tatarskim meczecie w Bohonikach. Jest to zabytek klasy zerowej z XVIII wieku. Nas – Tatarów – jest tu cztery rodziny. Nasi przodkowie dostali tę ziemię za wierność Rzeczypospolitej i za wojowanie dla niej. Niestety szybko straciliśmy język i nasze nazwiska, zastępując je czysto polskimi na -ski i -icz. Np. Boguszewicz. Zachowaliśmy jednak to, co dla każdego Tatara najcenniejsze, czyli wiarę. Ta wiara to islam. Islam swoje początki bierze z czasów proroka Mahometa kiedy to…itp. itd.

Na ścianach meczetu wisiały liczne przedstawienia Mekki, ozdobne cytaty z Koranu oraz rzeczy przywiezione przez przybyłych, jak np. chorągiewka z żółtą tamgą krymskich Tatarów. Przez moment skupiłem się na nich bardziej niż na wypowiadanych przez starszą Tatarkę słowach. Chciałem com miał – pomyślałem. To już jest fabryczna taśma. Intymność dawnych spotkań z nieznanym została zabita przez rutynę na podobieństwo rozpropagowanej od Krakowa po Gdynię góralszczyzny. Tak jak i ona Tatarzy stali się pewnego rodzaju maskotką żądnego egzotyki turysty. Koncesjonowana mniejszość narodowa. Dość niecodzienna, by ciekawić. Na tyle wierna, by nie straszyć. Na tyle mała, by chcieć ją wzmacniać. Toteż przyjeżdżają Polacy, by zobaczyć „naszego” muzułmanina.

W opowieści naszej gospodyni nie pojawiło się niestety słowo o tym, że również Tatarzy na równi z sąsiadami używali tu jeszcze kilkadziesiąt lat temu niemal wyłącznie miejscowej gwary, czy to, że są dziećmi sztucznie rozdzielonego organizmu, jakim była dawna Litwa. Było sporo o zasługach dla Polski i jeszcze więcej o samym islamie. Taki polonocentryzm utwierdzał jednak w przyjezdnych bardzo uproszczony obraz tych stron. Zbyt uproszczony. W sumie czemu się dziwić? Zapytałem jednak o język.

– Czy pamięta pani, kiedy w wiosce przestano rozmawiać gwarą białoruską, tj. po prostu?

– Niedawno. Jakieś dwadzieścia lat temu może. Tu jeszcze czasem rozmawiamy między sobą, ale rzadko. Coraz rzadziej. No wie pan, tutaj Rosjanie tyle razy przechodzili, to i język taki mieszany…

–  A jak jest z waszymi kontaktami z innymi wspólnotami tatarskimi? Lipkowie żyją w trzech państwach. Właściwie to doświadczenie podziału wiąże was z podlaskimi Białorusinami.

– Ci z Litwy nas odwiedzają i my ich również. Nawet z Białorusi przyjeżdżają, kiedy robimy większy zlot, ale to problemy są, bo wizy kosztują. Z dziesięć lat temu chyba byli. Ja tam też mam rodzinę przecież, to wiem. Zresztą teraz to Tatarzy są rozsiani po świecie. Ile rodzin ma synów i córki pracujących na Zachodzie. Nawet tutaj. Ale dzięki temu przywożą pieniądze i wioska się buduje. Proszę zobaczyć, jakie nowe domy. I drogi jakie ładne. Kiedyś to mówili o Bohonikach, ze wiocha zabita dechami, a teraz proszę!

Wizyta zaowocowała pobraniem niemałej wcale sumy 5 zł od każdego gościa. Na stoliku można było zakupić tatarskie periodyki, biżuterię i drobiazgi z krajów islamu. Np. srebrną rękę Fatimy. Turyści zadowoleni. Więcej islamu w islamie niż w takiej Bośni – pomyślałem z lekką ironią. Jeden pan zostawił nawet 10 zł. Ot tak. Na potrzeby wspólnoty. Dobrobyt i zainteresowanie faktycznie widać. Miejscowy mizar uprzątnięty, nowe groby bogate, a te starsze zadbane. Między nimi przemykali ciekawi błyszczących na niemal każdym z nich islamskich półksiężyców turyści. Ze szczytu cmentarnej górki widać było przeciwległy stok. Złoty od dojrzałego żyta. W mej głowie znowu ten powracający turkot mickiewiczowskiej bryczki…

To, że życie obok siebie różnych ludzi o różnych tradycjach i religii nie zawsze oznacza zrozumienie i sielankę, to coś co kłóci się z harmonią turystycznego folderu. Taki przekaz idzie w Polskę zdecydowanie rzadziej, ale w ostatnich paru latach świat usłyszał i o takim Podlasiu. Sporadycznie wrogość tę odczuwa nawet mniejszość tak niegroźna dla dominującego żywiołu katolickiego jak Tatarzy. Po wizycie w Bohonikach, nocując w jednej z sąsiednich wsi podsokólskich, nie wiedziałem, że prężnie rozwijającą się agroturystykę prowadzi młoda Tatarka. Od słowa do słowa zeszliśmy jednak i na temat miejscowych stosunków i jej korzeni.

– Sporo działam w miejscowej wspólnocie. Staram się tutaj uświadamiać lokalną społeczność, czy działać bezinteresownie na tym czy innym polu. Np. potrzeby segregowania odpadów. Nie wszystkim się to podoba. Zawsze jest tak, że na samym końcu, gdy już naprawdę nie ma żadnych argumentów wobec mnie, pojawia się „A bo to Tatarka”. To kończy dyskusję. Na to nie ma odpowiedzi. Czasem mam wrażenie, że staram się bardziej stosować do katolickich przykazań, niż wielu z tych najgłośniejszych katolików. Ze strachem obserwuję to, co się dzieje ostatnim czasem. Np. to pomazanie meczetu w Kruszynianach. Dużo jest tego odradzającego się szowinizmu wokół nas.

Przypomniało mi to o niezwykle barwnej postaci, za jakiej sprawą dziesięć lat temu zrobiło się o Podlasiu głośno. Pewien sokólski zegarmistrz doznał nagłego olśnienia i zaczynając od zapuszczenia charakterystycznego, prostokątnego wąsika skończył na rozprowadzaniu płyt CD z antyżydowskimi tyradami. Fotografując się w niemieckich czapkach wojskowych i ze swastyką na ramieniu z tajnych „punktów dowodzenia”, wzywał do rewolucji i wstąpienia w szeregi jego „armii”. „Hitler z Sokółki” był jednak tylko pewnym bardziej śmiesznym niż strasznym przypadkiem medycznym. Dużo gorszy jest szowinizm powszedni i powszechny. Podlasie nie jest tu gorsze od reszty Polski. Po prostu podobnie jak na pełnej Niemców Opolszczyźnie część społeczeństwa może znaleźć sobie tutaj winnego. Pod Radomiem, czy Sieradzem jest to zwyczajnie trudne i jedyna okazja w przejeżdżających raz na jakiś czas Murzynach.

ikony-w-domu-w-synkowcach

Ikony w domu w Synkowcach (Fot. Mateusz Styrczula)

  1. Prawosławne zagłębie

Stary, brudny PKS lalalalalej / Pa żwiroucy chutko pre lalalalalej / Weź idź pahleń może gdzieś w twojej wioscy też / u razkładzi jest da miasta PKS

Następnego dnia, słuchając w autobusie do Dąbrowy słynnego przeboju prześmiewczego Radia Chlew, zastanawiałem się, dlaczego to właśnie ten utwór wybrałem za muzyczne tło przejazdu z Sokółki. Po pierwsze oczywiście tematyka, czas i miejsce. Trudno o lepszy moment na słuchanie piosenki o starym PKS-ie, śpiewanej przez chłopaków z pad Dubrowy. I to jeszcze z fragmentami pa prostu. Druga refleksja była już jednak poważniejsza. Czy to nie forma sadomasochistycznej tendencji, jaka trapi podróżników stroniących od all inclusive pod każdą szerokością geograficzną? Ta radość, że PKS jest naprawdę brudny, że pasażerowie noszą porozciągane tureckie swetry, że dziadek śmierdzący alkoholem przeklnie pod nosem siarczyście. To piosenka pasująca do tej konwencji. Jest tak fajnie, że jest tak źle. Tak inaczej. Bo czyż nie dlatego Hiszpanie i Francuzi przyjeżdżali w latach 90. do Polski czy Rumunii? Dalejże! Zobaczymy dziki świat! Niedźwiedzie na ulicach. Bezzębni pijacy w uszankach. Rozwalające się chałupy. Ale egzotyka! I tylko nie wiadomo, kto jest dla kogo. Czy ci miejscowi dla turystów, czy na odwrót.

Radio Chlew, czyli piosenki i skecze nagrywane przez kilku chłopaków z Sokólszczyzny krótko po wejściu Polski do Unii Europejskiej, z jednej strony lubowało się w wyciąganiu wszystkiego co stereotypowe, ale i poniekąd prawdziwe. Rolnicze, proste sprawy to i rolniczy, prosty język. Stąd niekończące się żarty o parszczukach, mużykach pjanych jak bura suka, czy zabawach u remizi. Nagrywane materiały krążyły wśród wiernych słuchaczy jeszcze przed epoką masowego internetu, a dziś zdobywają drugie życie. Czy oceniać je z perspektywy czasu jako wulgarne żarty podrostków, jakie już do reszty zohydziły język ojców młodej generacji Sokólszczyzny, czy słuszną krytykę prostactwa i chamstwa? Staram się nie oceniać tego w sposób jednoznaczny. Fakt, że głowa kiwała mi się w takt piosenki nie znaczy, że nie cieszyła mnie zauważalna gołym okiem nieaktualność przynajmniej części z tego przekazu Radia Chlew.

Wysiadłem w jednej z tzw. długich wsi w okolicy Sidry. Wsi o tyle ciekawej, że szczycącej się niespotykanym nawet na ogólnopolską skalę zabytkiem. A kamień z Bierwichy może być z pewnością tak nazwany, mimo że o jego wyjątkowości świadczy tylko wyryty napis: „A. D. 1655 Moskal Litwę splondrował złamawszy mir wieczny”. Część napisu spoczywa wraz z fragmentem kamienia w ziemi, część zaś dumnie pozdrawia sznury przejeżdżających samochodów. Tylko kto wie, że kamień ten strzeże pamięci o srogiej pożodze Litwy już z górą 350 lat? Ani dawnej Litwy już nie ma, ani słowa „mir” w użyciu, ani nawet czasu, by się zatrzymać i poświęcić temu pomnikowi historii minutę.

Cóż było robić. Ruszyłem w region, który podług map Włodzimierza Pawluczuka jawić się miał jako lokalne zagłębie prawosławne. Skoro prawosławne, to pewnie przynajmniej w części białoruskojezyczne. Otóż niczym Don Kiszot walczący z wiatrakami, postanowiłem dołożyć swoją minicegiełkę do zahamowania procesu zanikania miejscowych gwar. Jak można to zrobić? Po prostu pojawiając się i chcąc zagadać. Banalne, ale jeśli jakichkolwiek gości poza najbliższą rodziną brak, to i słowa milkną w krtani. Być może już i na zawsze. W niedalekiej Siderce zatrzymałem starszego pana, który akurat przejeżdżał na rowerze radzieckiej produkcji koło kościoła.

– Dzień dobry. Jak żyjecca u Sidercy? Kolko ludziej?

– A no dażywajem. Ja sam pomniu jak żyło kala dwiestapidziesiat czeławiek. Cipier może osiemdziesiąt, może nie. Adchodziać prosto. Nawet nie toje, szto wyjeżdżajuć. Umierajuć.

– A kolko prawaslaunych, kolko katalikau?

– Prawaslaunych trochu bolsz żywie. A kiedyści to usie prawaslaunyje. Tut hety kaścioł to unicki byu. Hlańcia tam wysoko. Tam na kryżu belku tuju papiarecznu prawaslaunuju pazbiwali młotkom. Jeszcze widny kawałki jest. Patom kaścioł zrabili i tak i astałosa.

– Faktycznie. Wy pomnicie hetu cerkou – wasz prychod u Jaczni szto zharieła razam z ikonoju peuno…

– Szkoda, tak. Ja znaju, jak heto było. Tut niedbalstwo baciuszki dawiało da toho, tak między nami każuczy, nu ali a tym nie haworycca.

– Na mohiłki jedziecie?

– Tak. Hlanu, czy tam wiatr nie powyworoczwał niczoho.

Na wspólnych prawosławno-katolickich mohiłkach mniej więcej pół kilometra za kościołem nie byliśmy jedynymi gośćmi. Spotkałem sympatyczną panią w średnim wieku, która trzymała pod rękę bardzo wiekową matkę w chustce na głowie.

– Dzień dobry. Haworać tut ludzi pa prostu?

– Tak. Haworać. No heto nie taki czysty białoruski. Ja takim mieszanym trochi haworu.

– Panie zsiul?

– Nie. Z Makaulanau. Maci uże 86 liet, dlateho sama nie może iści.

– To i tak dobre trymajecca! A hety mahiłki to baczu takije ekumeniczny majecie.

– Z hetaj strony prawosławny leżać, a tam katolikie. Razom tak.

Niekiedy takie rozmowy urywają się już na samym początku. Nie poprzez odmowę, ale z przyczyn niezależnych od czyichkolwiek chęci. Najzwyczajniej w świecie źle trafisz człowiecze. Tak np. połamałem sobie chwilowo zęby w Grzebieniach, podchodząc do mężczyzny koło czterdziestki, wyprowadzającego na spacer psa. Trafiłem na barierę językową. a po chwili usłyszałem gromki śmiech żony z głębi podwórka.

– Źle pan trafił. On jest z Białegostoku. Nie mówi po białorusku. Niech pan idzie naprzeciwko, o…Jurek! Tu pan chce z tobą po białorusku porozmawiać. <śmiech>

Potężnie zbudowany mężczyzna z lekkim zakłopotaniem wyszedł z obejścia, po czym stanęliśmy, obserwując jego dom. Obok oczywistych różnic krajobrazowych, jakie rzuciły mi się w oczy przy porównaniach Podlasia i Sokólszczyzny, nie mogłem nie zwrócić uwagi i na fakt powszechnego wykorzystania kamienia w tych stronach. Obory, piwnice, a czasem również domy budowane są na fundamentach z dużych bloków kamiennych, które sprzyjają ich solidności, a tu i tam stanowią jedyny trwały ślad dawnej ludzkiej siedziby.

– Fajnu chatu majecie na kamniu pobudowanu. Starenna takaja. Tak jak i usia wioska baczu.

– Tut Unija szcze nie dotarła. Tut usio jest jak było.

Nie mogłem nie przyznać racji. Poza drewnianą chatą z pięknymi okiennicami i kocimi łbami jako drogą nie widać tu było żadnej specjalnej inwestycji. W Dąbrowie, Sokółce, Sidrze – może. Ale tu? Lecz wtem, w tym środku niczego, do sąsiadów zajeżdża niebieskie Volvo na szwedzkich rejestracjach. Odprowadziliśmy je wzrokiem w tym samym momencie. To jak to w końcu jest z tą Unią? Otóż szeroko rozumiana Europa zagląda już wszędzie. Czy chcemy czy nie chcemy, również na Sokólszczyznę. Tu sypnie groszem na ochronę przyrody, tam dofinansuje budowę drogi, gdzie indziej wyremontuje gmach. To bywa i użyteczne, i potrzebne. Wspomniałem w tamtym momencie oglądany swego czasu reportaż. Rzecz o domach Ujgurów z zachodnich Chin i o zmianach, jakie przyniosła ze sobą chińska okupacja. Miasto Kaszgar w prowincji Sinciang było niegdyś pełne wąskich, klaustrofobicznych uliczek przez które z trudem wyminąć mogło się dwóch ludzi. Ulepione z kiepskiego budulca klitki cierpiały przy byle ulewie. Było ciasno i duszno, ale z drugiej strony swojsko. Po naszemu. Przyszły Chiny ludowe i starły pół kaszgarskiej starówki w proch, oferując w myśl polepszania życiowej pozycji społecznych dołów nowe, lepsze domy. Podobnie zresztą wcześniej uczynili z wiekowymi hutongami i ich mieszkańcami u siebie – w Chinach właściwych. Ujgurzy dostali prąd, bieżącą wodę, przestrzeń. I tylko turystom i badaczom dawnej muzułmańskiej architektury Turkiestanu żal. Miejscowym raczej niespecjalnie. To dobrze, czy źle?

Zajrzałem również do wsi Synkowce. Koło prawosławnych i katolickich krzyży przechodził akurat kulawy dziadek.

– Dzień dobry. Tut chto żywie? Prawaslauny?Kryży stajać dwa, baczu.

– Tut pa pałam. Ja pomniu kaliś to tolko adzin kryż stojau a patom dastawili szcze toj druhi.

– Sklep majecie u wioscy?

– Nie. Tolko abwoźny pryjeżdżaje. Nu i dobre. Ja chadzici nie mahu, nie maju siły uże stolko. Chlieb prywoziać, szto trebo.

– A znajecie z kim można mnie parazmaulać?

– Z Walikom pahawarycie, jak jest doma. Treba zahlanuć. Tamtaja chata. Ja z wami podyjdu.

Pan Walik Giczan okazał się świetnym rozmówcą i od razu widać było, że jest to dom nastojaszczoho prawasławnoho. W rogach chaty wyjątkowej urody ikony, na stole „Niwa”, na ścianie kalendarz białoruski, a w radiu grodzieńska rozgłośnia.

– Zrablu hałaśniej. Heto fajnaja audycja. Siadajciaż! Harbaty zrabici?

– Paproszu. Ja wam szczyra skażu, szto nie baczyu dauno tak hożych ikon, jak waszyje.

– Z hetuju wielikuju, to historija zwiazanaja. U 1905 roku jak moj pradzied u armiji carskaj służył, heto japońska-rosijskaj wajna iszła byu, prypadek szto pażar naczausia wialiki. Ta usie kryczać „Kaciaryna, hdzie ty?”. Jon ni wiedau jakaja Kaciaryna, chto taki, ale paszou i z ahnia wywiou jaje. Tady jamu uruczyli udziecznyje ludzi tuju ikonu i cipier jana tuta wisić. Bolsz za sto liet.

– A ja baczyu na chaci wasze nazwisko napisane. Heto musi rzadkie chiba?

– Ta nie. Tut to takije jest. Giczany tu i tut u Synkoucach i Koniuszkach żywuć. I Haradzieńszczyzna. A takije jak Hrynkiewicz i padobnyje to u Nowym Dwarie bolsz.

Cdn

Tam, gdzie wciąż trwa Wielkie Księstwo

Od samego początku coś budziło moje zdziwienie i kazało wybić myśl o sobie na plan pierwszy. Niby to wciąż to same Podlasie, a jednak w powietrzu unosiła się już inna pieśń. Inne słowa, zaś melodia mniej więcej ta sama. A może jednak na odwrót? Właśnie słowa znane na pamięć, a muzyka zapętlona i ze znanej sobie równostajnej przeszła we wznosząco-opadającą nutę sokólskich wzgórz? Trudno było mi stwierdzić od razu. Busły jak usiudy – myślę. Siedzą i niańczą małe łebki swoich młodych, doglądając okolicy z gniazd. Ale już prócz tego wszystko trąciło obrazami bardziej znanymi ze szkolnych lektur niźli zjeżdżonymi, a właściwie schodzonymi dróżkami prawosławnych wsi nadnarwiańskich czy nadbużańskich. Brakuję tylko Pana Tadeusza i jego bryczki dwukonnej. Spojrzeń pełnych ni to rozrzewnienia znaczonego tęsknotą, ni to pierwszego zachwytu. Planów amerykańskich z ekranizacji Andrzeja Wajdy oraz maszerujących wojsk napoleońskich. Polska li to współczesna czy czekająca wyzwolenia Rzeczypospolita?

  1. Suchowola

Sokólszczyzna przywitała mnie cudowną czerwcową pogodą i od razu zasypała gradem pytań i niejednoznaczności. Dokładniej biorąc przywitała mnie jej zachodnia brama – Suchowola. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że wszystko w tym miejscu aspiruje do świętości. Czy to poprzez białą bryłę kościoła w sercu miasteczka, czy poprzez wielką konstrukcję, będącą nie tak dawno częścią ołtarza, gdzie mszę sprawował papież Jan Paweł II, czy w końcu przez wzgląd na syna tej ziemi i pamiątki jemu poświecone – księdza Jerzego Popiełuszkę. Fakt pochodzenia STĄD podkreśla zresztą napis na okazałym pomniku, stanowiącym wraz z kamieniem znaczącym środek Europy punkt centralny miejscowości. I o ile z tego „środka kontynentu” nic w gruncie rzeczy nie wynika i stanowi wyłącznie atrakcję turystyczną, to już postać księdza wykracza poza zwyczajne ramy oddania czci katolickiemu męczennikowi. Jest manifestem społeczności. Jest dowodem na wierność. Wierność Panu Jezusowi, wierność Maryi i w równym stopniu wierność Polsce. Jest ofiarą złożoną, by taki a nie inny charakter tych stron potwierdzić.

Gdy przed 130 laty nawiedzał te strony etnograf Michał Fedorowski (patrz „Czasopis” 5/2016), pisał o miejscowym języku, ludziach i wierzeniach. Świat ten odchodził w niebyt już wtedy, gwara białoruska tych stron polonizowała się, a dawne miejscowe pieśni zastępowały słowa polskich pieśni religijnych, aczkolwiek jeszcze długo utrzymywał się pewien stan przejściowy. Mazurzy, których przodkowie przyszli tu z zachodu i północy, mieszkali i mieszkają ledwie kilka, kilkanaście kilometrów na zachód od Suchowoli. Zgodnie ze świadectwami Fedorowskiego, od wieków jedni i drudzy pamiętali o pewnych różnicach w leksyce czy zaśpiewie sąsiadów. Co bystrzejsi zwracali uwagę na obco brzmiące nazwiska. Zamierzchłą melodię z czasów przednarodowych. Nawet świadomość suchowolan wpierw konstruowała ich religia, a dopiero potem jakakolwiek przynależność etniczna. Znając takie a nie inne realia i oddając cześć bestialsko zabitemu księdzu, należy rozumieć konsekwencje jego męczeństwa również w szerszej perspektywie. Jego posługa, rozgłos jaki uzyskał za życia, a potem wydarzenia 1984 roku ugruntowały to, co jeszcze dawniej można było postawić pod znakiem zapytania – etniczny charakter tych ziem. Ofiara księdza, złożona Kościołowi i Polsce, niejako zakończyła proces budowania tożsamości narodowej i zawiesiła w próżni wszystkie późniejsze pytania, jakie ewentualnie można było postawić. Dziś ktokolwiek, kto próbowałby podważać polskość tych stron, język młodości księdza i jego rodziny nazywał wschodniosłowiańskim, albo zwracał uwagę na fakt, iż nazwisko księdza to nic innego jak białoruskie Папялушка (pol. Kopciuszek), uznany będzie bezsprzecznie za piątą kolumnę, bluźniercę, wroga Polski i Kościoła, a nade wszystko za kogoś, kto obraził samą jego pamięć. Nawet nie dlatego, że nie miałby argumentów świadczących o skomplikowanych wyborach przynależności narodowych dzieci Sokólszyczyzny, co targało tymi stronami przed wojną, ale dlatego, że właśnie ofiara, jaką ksiądz Jerzy złożył w posłudze największemu zrywowi narodowemu polskiego narodu po II wojnie światowej, takich pytań już stawiać po prostu nie pozwala. Nawet nie wśród krakusów czy warszawiaków, skłonnych do akademickich dyskusji czy dzielenia włosa na czworo, ale przede wszystkim wśród samych suchowolan.

Wiedząc powyższe, nie zamierzałem jednak poprzestać na odwiedzinach samego miasteczka, a odwiedzić również wieś rodzinną księdza – leżące cztery kilometry na wschód Okopy.

1-krzyz-w-drodze-do-okopow

Krzyż w drodze do okopów

Droga do wsi, znaczona przez przydroże krzyże i kapliczki, kazała mi przywołać obraz młodego, wątłego chłopca o mądrych oczach, jaki przemierzał tę drogę tysiące razy w życiu. Nie sposób nie zatrzymać się przy wrosłym w potężne drzewo krzyżu, jaki mógł stanowić tak przystanek na krótką modlitwę, jak i osłonić przed deszczem czy słońcem na otwartej przestrzeni. Drzewo stoi dziś przy ładnej asfaltówce, a obok informacji, przywołanej powyżej na doczepionej tabliczce, dumnie powiewają też polskie i watykańskie flagi. Wszystko się zmienia – pomyślałem. Dawniej zamiast tego asfaltu była zapewne szutrówka, a w samej Suchowoli cisza i spokój. Przeszło trzydzieści lat po śmierci księdza ryk załadowanych po ostatni cm3 tirów na litewskich, polskich czy białoruskich rejestracjach, a pędzących tuż obok parafialnego kościoła księdza Jerzego, nie pozwalałby na beztroską zadumę. To jednak Suchowola. Droga do Okopów jest cicha i prócz sporadycznie przemykającego samochodu osobowego ciszy czerwcowego dnia nie mąci żaden huk czy jazgot. Jedynymi moimi towarzyszami były świergolące ptaki, a w zaczynającym się nieopodal lesie już nawet i one zamilkły.

Wiele pięknych wsi mieści mój ulubiony obszar między Narwią a Bugiem, od którego parę lat temu zacząłem poznawanie Podlasia, ale morenowe wzgórza i pagórki, które z lubością obserwowałem już jadąc autobusem z Białegostoku do Augustowa, i które towarzyszyły mi cały czas w dniach następnych, nadają każdej najmniejszej kolonii nimb wręcz bajkowej krainy. Podobnie z Okopami, których nazwa w oczywisty sposób nawiązuje do nierówności terenu. Przy wejściu do wsi kolejny krzyż. Żelazny. Dumny. Z fruwającymi na wietrze wstążeczkami. Co obejście to kapliczka. Co obejście to piwniczka. Drewniana – na podobieństwo małej chatki, albo obrośnięta trawą jak islandzkie domy. Ludzi mało, ale nie wiedziałem jeszcze czy to wskutek żaru, środka tygodnia, czy tych samych przyczyn, co w białoruskich wsiach pod Hajnówką. Starsza pani, z którą początkowo pragnąłem porozmawiać, poszła w kierunku małego potoczku na posesji za chatą, a ja – niezrażony zamkniętą bramą – zagadnąłem starsze małżeństwo siedzące przed chatą obok:

– Dzień dobry. Można z wami pahawaryci?

– A pan kto? Repatriant?

– Nie. Ja pryjechał zapytacca czy tut jest ludzi, katory haworać pa prostu.

– Nie. Ja nie wiem o co chodzi. A pan skąd jest?

– (po namyśle) Z Białegostoku.

– Panie. I pan chcesz powiedzieć, że tak mówią w Białymstoku? Ja byłem kiedyś w Białymstoku i wiem, jak tam się rozmawia. Nie tak na pewno. Tu niczego takiego nie ma. No może bardziej tam bliżej granicy. Tu to różnie mówią, ale nie tak. Pod Sztabin niech pan pojedzie. Tam jak czasem jakieś słowo powiedzą, to ni cholery nie można zrozumieć. Podaj mi cośtam. A ja mówię: czego ty chcesz? Co ci podać? A oni: no to, tutaj. A ja w śmiech. Tak czasem zagadają…

Skierowałem wzrok na siedzącą na zydelku żonę owego pana. Odzywała się rzadziej, miała na głowie chustkę, twarz opaloną i ni to pełen zakłopotania, ni to rozbawienia uśmiech.

– Czyli tu nie mówią państwo po prostu?

– No może by i mówili, ale nie ma z kim… Jak z dziećmi tylko po polsku, to z kim można.

– My tu normalnie rozmawiamy – wtrącił się niezbyt zadowolony mąż.

– A dzieci wyjechały?

– Tu pusta wioska, panie. Tu to ani roboty. Za granicę powyjeżdżali, albo do miasta. I tyle tego.

Na koniec postanowiłem przeczytać napotkanemu małżeństwu spisany przez Michała Fedorowskiego pod koniec XIX wieku fragment dawnej hutorki ze wsi Dryga, leżącej około dziesięciu kilometrów na południe od Okopów.

Kiedy chadziu Buoh pa świeci i z swaimi apostołami, widzić aż na boku z darohi dym kuryć, tak pytajecsie apostoła (niby to nie wiedau): Co tam kuryć? Jeny każuć: heto czort żenie. Może tak mówiono?

– (śmiech) Ja tu nic nie rozumiem, panie…

O ile z pustoszeniem wsi spotykałem się już dziesiątki razy w niemal wszystkich przewędrowanych kątkach południowo-wschodniej części województwa, to jednak odrzucenie pamięci o gwarze mnie zaskoczyło. Ciekawy byłem następnych spotkań i rozmów, bo też jasne stawało się dla mnie, że powtórki z okolic Bielska czy Hajnówki raczej tu nie zastanę.

Pośrodku Okopów stoi murowanka. Przed nią kaplica, ukryta w gęstych gałęziach. Można wejść, usiąść na ławce i pomodlić się. Absolutna cisza. Rozglądam się po małym pomieszczeniu – tu plastikowy Chrystus w czerwonej szacie, tam krzyż drewniany, obok mały obrazek z Jezusem, przypominający wyblakłymi pastelami ołtarzyki spotkane tak w prawosławnych, jak i katolickich chatach. Co najmniej kilkudziesięcioletni. Stoi w towarzystwie nowoczesnej, taśmowej reprodukcji. Zdecydowanie bardziej podoba mi się ten stary. Po prawej sztuczne kwiaty, po lewej duży portret księdza Jerzego i małe zdjęcie zmarłej wiele lat później matki Marianny. Wciśnięte w lewy dolny róg. Tak, by nie przysłonić syna, ani nawet kawałka stuły. Tak, by zająć jak najmniej miejsca. Na usta ciśnie się uwaga o powtórzeniu męki Pańskiej i o Mariannie Popiełuszko jako Maryi. Gdzieś w cieniu syna-męczennika. Wycofanej, niewidocznej.

Rychło wróciłem do Suchowoli. Nie dziwię się, że kościół w miasteczku mógł zachwycać przybywających do niego okolicznych chłopów. Przy całej swojej potędze robi wrażenie przytulnego. Eklektyzm dodaje mu uniwersalności. Figury apostołów są kolorowe, ale nie kiczowate. Buszujące w okolicznych drzewach jaskółki, jakie słychać w pustym kościele mimo grubych murów, cieszą. Mnóstwo światła, jakie dają okna po bokach, potęgują wrażenie obcowania z czymś wielkim a jednocześnie oswojonym, czystym, jasnym. Również i tu ołtarz boczny poświęcony jest księdzu Jerzemu. Klękam i czytam modlitwę dziękczynną za wstawiennictwem błogosławionego: „Boże, Źródło wszelkiego dobra, dziękuję Ci, że w swojej miłości obdarzyłeś błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszkę godnością kapłaństwa. Posłałeś Go, aby gorliwie głosił Twoje słowo, szafował świętymi sakramentami, mężnie działał w Twoje Imię i zawsze był blisko każdego człowieka, wzywając do przebaczenia, jedności i pokoju. Ty obdarzyłeś Go łaską męczeństwa, przez co upodobnił się do Chrystusa na drodze krzyżowej…”.

 

  1. Dąbrowa

Kto pamięta czasy, gdy pociąg dojeżdżał do największych niemal zadupi, na peronie w tychże zadupiach czekała pokaźna liczba pasażerów, a kasa miast być zamkniętą na trzy spusty, pracowała? Ja trochę, ale jak przez mgłę. Przypuszczam, że nie jest to jednak skala znana choćby z lat siedemdziesiątych, kiedy opłacało się jeździć nawet do Szuszalewa. A do Dubrowy jechałem właśnie pociągiem. Podróżni różnego typu, ale spora część to z pewnością turyści. Uśmiechnięci, rozgadani, z wielkimi plecakami i przygodą wypisaną na twarzach. Panie w średnim wieku z koszykami na kolanach podzielały ich entuzjazm jedynie częściowo. Trasa znana zbyt dobrze, a sprawy zbyt przyziemne. Trudno o byle jaką ekscytację. A że podróżny może ekscytować się tym, czym właściwie nie powinien, to wiem po sobie. Np. opuszczonym dworcem. Dworzec zaś dąbrowiański jest w stanie agonii. Pusto, głucho, batona nijakiego nie kupisz, a i o bilecie zapomnij. Tylko u konduktora. Brakuje jedynie uschniętych krzaków, przelatujących w polu widzenia jak na tanich filmach o Dzikim Zachodzie.

Sama zaś Dąbrowa, przy swym nad wyraz malowniczym położeniu, cierpi na podobną wielu miasteczkom Białostocczyzny przypadłość – klockowate bloki upchnięte w najładniejszych jej miejscach. Z tym już nic nie zrobisz. Ludzie mieszkać gdzieś muszą, zaś o konsekwencjach dla krajobrazu niepodobna myśleć przed zaspokojeniem tych najważniejszych z potrzeb w piramidzie Masłowa. Wszak nie dla fotografów, przyjezdnych, ani amatorów estetycznej harmonii budowano je w PRL. Stojąc na wzgórzu przy starym cmentarzu katolickim nie sposób się jednak nie zachwycić perspektywą. Jest tu inaczej niż za Narwią – znów powraca mi ta myśl. Jeśli zwrócimy się w kierunku wschodnim, niemal zobaczymy dawną drogę na Grodno. Furmanki, zaprzęgi, świerzop, dzięcielina, gryka. Po jednorodnej Suchowoli pojawiła się też i pierwsza cerkiew. Stojąca na uboczu, robi wrażenie dość zahukanej. I faktycznie trudno by było inaczej, gdy nad miasteczkiem góruje olbrzymi, a przez swe ulokowanie na wzgórzu robiący jeszcze większe wrażenie, kościół katolicki. Niedaleko zajazdu na kolejnym pagórku widzę wymazany żółtym sprayem napis ONR. Ciekawe czy to przyjezdni czy – co pewniejsze – do szukających wyrazistej tożsamości młodych, dąbrówiańskich katolików dotarła już idea narodowa. Tak głośna i tak widoczna w niedalekiej Sokółce, że o Białymstoku nie wspomnę. Żeby czasem ktoś nie pomyślał, że my inni, żeby czasem nie wyszło, że kacapy, o nie! Właśnie my się od tych kacapów musimy jasno i radykalnie odciąć. Z tego prostego napisu i tych trzech liter bije neofickość. Bije jakiś skrywany kompleks i pragnienie zakrzyczenia niezbyt jasnej tożsamości ojców i dziadów. A zakrzyczeć można głośnym krzykiem: jam Polak – katolik. Co mi zrobicie? Białoruś to tam, proszę bardzo, ale tu jest Polska. Tylko Polska. Skierowałem się zatem „na Białoruś”.

4-tablice-w-ostrowiu

Tablice we wsi Ostrowie

Dobrze mieć towarzysza drogi, a ja miałem takiego począwszy od wsi Ostrowie. Wesoły szczeniaczek o żółtawej sierści to szedł ze mną spokojnie, to wskakiwał w zarośla, to przysypiał pod dębem. Najwięcej radości miał jednak z przegonieniem blisko dwudziestu bocianów, które niby plastikowe posągi wyczekiwały Bóg wie jakiej kulinarnej okazji tuż za wsią. Przemieszany charakter tej i innych osad na Dubrouszczynie widać na każdym kroku. Sohrani nas Gospodi/Wybaw nas Panie proszą dwujęzyczne tablice przy żelaznych krzyżach. Domy prawosławnych, domy katolików, domy mieszane.

Przepraszam. Czy u waszoji wioscy ludzi razmaulajuć pa prostu?

– Oj, ja to słabowato. Rozmawiają, rozmawiają, ale ja przyjezdna. Z Augustowa. Tutaj to wie pan większość wsi to prawosławna. Katolików to na palcach obu rąk nie wiem czy zliczysz. Jak na całym Podlasiu. Wie pan, przemieszane.

– No ja wiem, ale tutaj nie tak jak pod Hajnówką, prawda?

(śmiech i machniecie ręką) Oj, tam to już w ogóle.

Miałem wrażenie, że dla moje rozmówczyni było to już wskazanie na świat tak odległy, jak sama Białoruś. Za moment natknąłem się na dwie panie, szukające cienia przed palącym słońcem u drzwi chaty.

– Haworać tut ludzi pa prostu?

– Nu tak, tak. Ale ja to nie za bardzo. Ale pewno, że haworać.

– A pani stul? Prawosławna?

– Nie. Katoliczka. Mieszkam w Dąbrowie. Tu do cioci przyjechałam. Niech idzie tam dalej popytać (wskazanie na południe).

– Może Hania? Musi u chaci sidzieci – odezwała się starsza z pań.

– O! Pani rozmawia.

– A nie. Ja to słabo. Ja nie wiem.

– A pani prawosławna?

– Nu ja tak.

Moja droga biegła od tej pory już wyłącznie przez szutrówki, wijące się w kierunku wschodnio-południowym. We wsi Harasimowicze rozmowy wyglądały podobnie. Katolicy owszem – przyznawali, że mówi się tu po prostu, ale sami wyraźnie wzbraniali się przed tym, argumentując że mówią słabo, albo jak jeden pan, że „ja katolik”. Również w Harasimowiczach zauważyłem coś, co każe przypuszczać, iż mimo danych ze spisów powszechnych, jakie nie pozostawiają pola do zbytniego optymizmu, kultura białoruska musi cieszyć się tu zainteresowaniem. Na tablicy z ogłoszeniami widniał plakat zapraszający na „IV Dąbrowskie spotkania z kulturą białoruską”, w tym na występ zespołu Ad Rem z Dąbrowy i Grand z Grzebieni. Może więc to znaczenie terenu sprayem przez ONR nie jest takie od rzeczy?

Najpiękniejszym zakątkiem okolicy zdała mi się być jednak wieś tak urokliwa, że dobre pół godziny spędziłem na samym robieniu zdjęć i łapczywej obserwacji. Siedziba parafii prawosławnej okraszona dumnym błękitem kopuł cerkiewnych – Jaczno. Cmentarz leżący dawnym zwyczajem możliwie blisko Boga, a zatem na wzniesieniu obfitował w napisy cyryliczne, ale nie brakowało też mogił, gdzie łacinką pisano już w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jakże różni się to jednak od Bielska czy Hajnówki, gdzie łacinka jest gościem coraz częstszym, ale jednak te trzydzieści lat temu wręcz niespotykanym. Proces adaptacji i polonizacji zaczął się tu więc dużo wcześniej, ale czy dziwić się temu, gdy od reszty żywiołu prawosławnego dzieli północną Sokólszczyznę zwarty pas wsi katolickich? Murowaną cerkiew w Jacznie postawiono już po upadku PRL na miejsce drewnianej, jaka spłonęła w 1985 r., trawiąc wraz z sobą Jaczniańską Ikonę Matki Bożej z XVII wieku. I choć żal, zwłaszcza po ikonie, przeogromny, to współczesna prezentuje się na tyle pięknie, że śmiało może konkurować z cerkwiami w Czyżach czy Narwi.

– Dzień dobry. Haworać tut ludzi pa prostu?

– Dzień dobry. Haworać, haworać…

Coś mówiło mi, że napotkana koło cerkwi staruszka będzie lepszym rozmówcą niż dotychczasowi.

– A wy chto taki?

– Ano jakraz szukaju razmoucau. Interesujusia prostaj mowaj.

– Aha, aha. Nu tut naszych ludziej to jest, ale nie tolko czym była. Tuta naszych prawaslaunych to miesznaje uże.

– A kolko adnych i druhich?

– Nu pa pałowi dzieścika. Ale pryjeżdżajuć da nas pamalicca. Z Siderki tam ło…

– Ale baczu szto jest życie u wioscy. Nie takaja pustota jak pad Bileskam, abo Hajnowkoju. O tut taki choroszy maszyny ralniczy pracujuć…

– A heto tu ło szto tyje maszyny majuć heto Polakie. Jeny uże tut pracujuć u poli tolko.

– Pryjezny, tak?

– Nie. Zsiul. Kataliki.

Uśmiechnąłem się po tej rozmowie, bo też jasne jest, że to już ostatnie przykłady świadomości przednowoczesnej w tych stronach. Ostatni ludzie, jacy prawosławie stawiali w opozycji do polskości. Zapewne moja rozmówczyni nie korzysta z internetu, nie słyszała nigdy o grupie „Prawosławni” na znanym portalu społecznościowym, toteż nie miała możliwości dowiedzieć się, że podług co głośniejszych Polaków-prawosławnych z tych stron to po prostu pozostałości po pierwszym chrzcie w obrządku wschodnim, jaki Polska przyjęła jeszcze przed Mieszkiem. Nie widziała też i pewnie już nie zobaczy alergicznej reakcji, jaką we wzmiankowanym gronie wywołuje każdorazowe wspomnienie, że prawosławie na dzisiejszych krańcach Rzeczpospolitej to po prostu konsekwencja ruskich/rusińskich fal osadniczych, jakie te kilkaset lat temu przyniosły ze sobą i język, i pieśni, i wiarę. W tym przodków mojej rozmówczyni, jej krewnych, dzieci i członków grupy „Prawosławni”. Nie widziała, bo też w mikroojczyźnie mało kto takich informacji potrzebuje. Mikroojczyzny po cichu odchodzą wraz z najstarszymi tych mikroojczyzn życielami. I ani nikt specjalnie ciekawy ich granic i specyfiki, ani też płakać w zglobalizowanym świecie po nich nie zamierza. Dzielny piesek, który dotarł tu wraz ze mną, rozumiał to nie gorzej niż dawni mieszkańcy okolicy. Mając za transport swoje krótkie nóżki, nie mógł liczyć na bardzo dalekie eskapady. Ta fizyczna przeszkoda, polegająca na trudzie pokonywania wielkich odległości, naprawdę związuje. Tu był jego dom i tu też go pozostawiłem.

 

  1. Sokółka

Był czas, że Sokółkę kojarzono przede wszystkim z zacofaniem. Pijanymi rolnikami w kufajkach i śpiewnym akcentem. Być może i dziś wizja ta znajduje miejsce w umyśle przeciętnego Polaka, odgrzewana dodatkowo, jak każdy regionalny stereotyp, przez kabarety, media, a przede wszystkim ludzi, którzy nie mieli okazji być w Sokółce. Przy wszystkich swoich małomiasteczkowych ułomnościach trudno jednak nie przyznać, że Sokółka dziś to miasto czyste, zadbane, a nade wszystko przyjazne w odbiorze. Tablica na placu Kościuszki informuje o naprawdę ważnych zabytkach, reklamy w przestrzeni miejskiej nie przesłaniają ładnych fragmentów miasta, zaś dla zgłodniałych swe podwoje otwiera serwująca wyborne jedzenie „Karczma pod Sokołem”.

Cerkiew i kościół znajdują się w pewnym oddaleniu od siebie i nie sposób nie odnieść wrażenia, że są metaforą całej okolicy. To dwa płuca, pozwalają oddychać tak miastu, jak i całej Sokólszczyźnie. Jedno nie może funkcjonować bez drugiego. Drogi na północ, na południe, na zachód i na wschód. Axis mundi. Może nawet bardziej niż w Suchowoli.

Plac Kościuszki to punkt zborny, jaki poprzedniego dnia wyznaczyłem sobie z fotografem Jerzym Rajeckim. W sumie trudno o spotkanie właściwszego człowieka we właściwszym miejscu. Tu – na rozstajach dróg – spotykam oto osobę, skupiającą w sobie jak w soczewce historię tej ziemi. W tym przypadku multi-kulti to nie wizja przyszłości, a najzwyczajniej w świecie krew w żyłach.

– Długo myślałem o swojej tożsamości, ojczyźnie i powiem ci, po zastanowieniu, że dziś  ojczyzną, jaką noszę w sercu, jest Wielkie Księstwo Litewskie. Wielikie Kniażewstwo Litowskie – o! To jest to, co łączy nas wszystkich tutaj. Zobacz, w mojej rodzinie są Białorusini, Polacy, Niemcy, Żydzi, nawet Tatarzy. Jestem po prostu stąd.

– A masz jakieś swoje ulubione miejsce na Podlasiu? Jedno jedyne? Jakiś region, wieś?

– Chyba tak. Region między Bielskiem a Hajnówką. Znam tam każdy kamień. Zaweży dla mene chustku na hołowie, kob niczoho ne baczyw i tebe powedu de choczesz. Każdy krest, dorohu. Ale i tu wsio znaju. Zjezdił tyje okolice wże kilkanacet let.

– Ty dobre howorysz po swojomu!

– Wże stolko let żywu w Biłostoku i ne miew z kim prosto howoryti po swojemu. Ale wsio pomniu, bo ż i rodom z Hajnowki.

Jechaliśmy, gwarząc tak, w kierunku wiosek na południe od Sokółki i szybko przeszliśmy już zupełnie na hajnowśku howorku. Celem były zaś luźne rozmowy o mniej lub bardziej etnograficznym zacięciu, a przede wszystkim spotkanie z ludźmi. Jak zawsze zresztą. Jerzy Rajecki zjadł zęby i na robieniu ciekawych zdjęć odchodzącego Podlasia, i na samych rozmowach. Prowadząc funpage „Podlaskie klimaty”, zgromadził tam już tysiące zdjęć starych obejść, twarzy mieszkańców, przyrody, sprzętów – słowem wszystkiego, co składa się na podlaską codzienność. Tę, której zaraz już może nie być.

– Do kożnoho czołoweka treba odpowiednio pudyjti. Ne tak szto cyk fotku i jazda. Treba zahoworyti, spytati szto u joho, koli na zhadżajetsia na zdjęcia to ne robiti. Tut ważna rozmowa i sam czołowek. Czołowek zwyczajny. Ne sławny, ne celebryta. Ja stolko wże nahoworywsie, że znaju szto kożny maje cikawy rozkazy.

– Ale toje wsio odchodit.

– Pewno, że tak. Ja i tomu roblu siety znymki. Bo znaju szto za deset’ liet tamtoj chaty może ne bude, toj krest rozwalitsia, a toj czołowek umre. A tak to bude dla potomnych.

Zatrzymaliśmy się we wsi Pawełki, przed domem pana Jana Ancypo – propagatora sokólskich tradycji. Tych kulinarnych przede wszystkim, ale nie wyłącznie. Jak się okazało, trafiliśmy na doskonałego znawcę lokalnych nazw, haworki i jej osobliwości.

– Zobaczysz Mateusz, jak tu Janek fajno zrobiw takuju izbu regionalnu – uprzedził Jerzy.

I rzeczywiście. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wejść na posesję a gospodarz już przywitał nas jeszcze ciepłą kiszką ziemniaczaną. W chacie, do której weszliśmy, było wszystko, co można było odnaleźć na dawnej wsi sokólskiej. Stare narzędzia, koszule, suknie, a nawet rzeczy już zupełnie zaskakujące.

– Nu jak chłopcy dumajecie, szto heto? – pan Jan postawił przed nami ni to kaganek, ni to czarkę. Otworek na górze wskazywałby na to, że służy do picia, ale gdzie zatyczka?

– Ni chaliery nie znajemo.

– Heto na muchy. Tut wliewałoso małako, mucha jak uże raz wlecić to nie maje jak ucieczy i utopicca.

– No proszę! Tut naprawdu usio wy nazbirali. Baczu jakraz soroczki wisiać.

– Tak. Heto dla kobiety takaja. Biełaja.

– A dla mużyka? Takaja z uzoram czerwonym na hrudzi?

– Nie. Takich to tut nie była. Wyszywanok takich tut nie nasili.

Prócz tych nazbieranych w izbie wspaniałości mogłem też zobaczyć, czym jest dbałość o kulinarną spuściznę. Obok izby, w specjalnym pomieszczeniu, w absolutnej ciemności, wisiały solone udźce wieprzowe. Suszący się kumpiak mamił silnym zapachem. Na co komu prosciutto? – pomyślałem.

– Usio robicca tak jak kiedyści.

Zainteresowany tym słowem – swoistą polsko-białoruską hybrydą – zapytałem:

– A haworać ludzi u wioscy pa prostu?

– Mało. Usio razumiejuć, ale kab hawaryli, to nie bardzo. Ja tut hawaru tak naprawdu adzin i haczu kab hetaho ni zabyć.

– A miesna nazwa wioski jakaja budzie? Pawałki?

– Pawiałkie. Bolsz tak. Tut jaszcze problem u hetym, chto skul pachodzić. Adzin moża być rodam z inszaj wioski, ale tut żywie i jak jaho spytacca jak heta wioska nazywajecca, to jon odkaża jak pomnić z dzieciństwa.

– No tak.

Ale tut usie nazwy szcze pomniać: Wajnachie, Ihryły, Padkamianka, Jelenia Hara…

Po wizycie u pana Jana pojechaliśmy do Wierzchlesia, a że wioska niemała, to i ludzi całkiem sporo. Jerzy bywał tu już wiele razy, a z niektórymi mieszkańcami jest nawet po imieniu. Zjeżdżając z całkiem sporej górki zatrzymaliśmy się przed pracującą w ogrodzie panią.

– Dzień dobry. Jak trymajecce tut haworka? Haworać ludzi pa prostu?

– Nu peuna szto tak. Usieńkije. Biez roznicy czy katalik, czy prawaslauny.

– A tut budzie „kiedyści” czy „kaliści”?

– A i tak i tak jest. Pa raznomu. My tut usie sibie razumiejem, ale tam pajadźcia tam ło. Tam to czudakie takije. Zapalniaki.

– Jak?

– Nu zapalniaki. My tak jich nazywajemo. Bo za palami żywuć. Hetyje Knyszewiczy, Harkawiczy, Sukawiczy. Tam to ciekawo razmaulajuć!

– A tut heto Wiarchles, tak każuć?

– Wiarchles, Wiarchles (śmiech)

Tymczasem Jerzy był w swoim żywiole. Mimo tylu lat spędzonych w podlaskich zakamarkach, wciąż odkrywał coś ciekawego. Starą piwniczkę, okienko na poddaszu z ozdobami w kształcie słońca, ramę z roślinnym ornamentem, kapliczkę z Matką Boską, gdzie ktoś położył świeże kwiaty, czy łubin oświetlony wiosennym słońcem. Cyk, cyk – niósł się świst wyzwalacza.

– Dawaj pojedziem szcze do Tolika. Maju nadieju, szto je doma.

Przywitał nas starszy pan o pogodnej twarzy. Pan Anatol dzieli los wielu podobnych sobie na całym Podlasiu. Mieszka sam w kilkupokojowej chacie. Kawaler. Odkąd matka odeszła na wieczny spoczynek, szuka sobie zajęć, by zapełnić czas.

– Słuchaj Tolik. Ty chyba majesz sietu znimku, kotoru ja dla tebe zrobiw koliś, tak?

– A maju, maju. Tuta wisi ło.

Na pooranej bruzdami twarzy widać było iście dziecięcą radość. Portret pana Anatola wisiał na honorowym miejscu w towarzystwie innych obrazków. Nad nimi górowały zaś prawosławne ikony, tradycyjnie strzegące mieszkańców z rogów izby.

– Piękna taja ikona. Tolik, można zrobiti tut znimku?

– Peuno szto można.

– Dawaj, siadaj to szcze razem zrobim pered pieczkoju.

Siedząc tak, uwieczniając te krótkie chwile, rozmawiając o prostych sprawach i ciesząc się z prostych rzeczy nie mogłem nie odnieść wrażenia, że mimo samotności w świecie pana Tolika panował absolutny ład i porządek. Elementy układanki pasowały do siebie. Przyjrzałem się dokładnie mieszkaniu. Prócz chińskiego radyjka nie było chyba ani jednej rzeczy, która pochodziłaby z innego świata niż ten podlaski. Piec kaflowy, krzesła, stół z biało-niebieską ceratą. Wszystko jakby zatrzymane w czasie i związane z miejscem urodzenia. Tutejszość na Podlasiu nie jest zatem tylko konstruktem umysłu, pomocnym do wskazania swego miejsca na ziemi. To jest cała rzeczywistość, jaka tę myśl otacza. Każdy sprzęt codziennego użytku, ikony w pokojach, rośliny za oknem, każdy krok w kierunku kościoła lub cerkwi. Słowem wszystko. Jakże różni się to od nowobogackich willi dorobkiewiczów, albo hipsterskich domostw z wielkich miast. Ludzie ci, żyjąc w innym wymiarze poznania niż mieszkańcy Sokólszczyzny, zdają się mieszkać wszędzie i nigdzie, a łaknąc wszystkiego tracą punkt odniesienia. Posążek afrykańskiego czarownika na stole, sushi na obiad, a w okno zaglądają już nie malwy, a reklama McDonalda.

s2-str42

Atrybuty Wielkiego Księstwa w domu w Zwierżanach

  1. Zwierżany

Śródtytuł może mylić, toteż od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że kolejny dzień zaczynałem jeszcze w Sokółce. A dokładniej spędziłem go na spotkaniu z kimś, czyjej obecności w sporym jak na Podlasie mieście raczej bym się nie spodziewał. Bądź, co bądź świat Białorusów, czy też ostatnich Tutejszych w tych stronach każe nam kierować wzrok, ucho, a nade wszystko kroki raczej na wieś. I to im mniejszą i im bardziej na uboczu, tym lepiej, bo tym pewniejsze, że coś się tam jeszcze zachowało. Podobnie jak to jednak bywa w świecie imigrantów w Europie Zachodniej, jacy w przeciwieństwie do asymilujących się ojców poszukują na nowo jasnej tożsamości, tak coraz częściej do swych korzeni dochodzi się w środowisku miejskim. W nawale informacji wyłapuje się mapy, świadectwa przodków, porównuje języki, po czym dochodzi do własnych wniosków. W tym sensie jest to droga odwrotna od wskazanej w poprzednim akapicie. Kluczem do samoidentyfikacji jednostki staje się nie zakorzenienie oparte o oderwanie od bodźców płynących ze świata, a właśnie wyłapanie z tego szumu tego, co może stać się nową platformą zbudowania własnego ja.

Edwarda Łukasza Holsztyńskiego znałem dotychczas jedynie z rzeczywistości wirtualnej, ale to, iż mówi i pisze po białorusku, a nawet więcej – hanarycca tym, szto jon Biełarus – to wszystko kazało mi zgłębić zagadnienie, jak mając lat 23 i żyjąc w mieście, które lubi przypominać o miejscowych Tatarach, ale już o Białorusach niespecjalnie, nie idzie z prądem, a prędzej pod prąd.

– Pomniu szto kaliś, jak był mały, to jak usie dzietki z Sakołki bolsz smijausia z haworki czym jaje paważau. Pryjeżdżali raznyje babuli na rynak i hawaryli pa prostu, a my heta krychu parodiowali. To był taksama czas Radia Chleu. Słuchałosia hetych pieśniau pra pjanych rolnikau, pra pryjeznych z wiosak, tak szto i nia było czaho paważać. Ale pryjszou taki czas, kali pajechau ja pierszy raz na BAS-y (Basowiszcza) i stau słuchać jak tam ze sceny haworać. Ja baczu, a to usio taja mowa jakuju ja dobra znaju i razumieju bolsz za hetych katory przyjechali dzieś z Polszczy. Tady stau ja dumać pra swaji kareni.

– A szto sionnia twoja ajczyna?

– Ja dumaju szto najlepsz skazaci, szto heta Litwa. Aposznim czasam ja paczau interesawacca Jaćwiahami. Pasłuchaj hetaho: Laban vakran! Majas emenis esti Edwardas. As asmu peisotunas ir as buvina en Sūdavai…

– Hata jaćwieski?

– Tak. Usio z hetaj ziamli. Heta taksama wielmi cikawa. A pry tym ja katalik. Z Ulaj Szubzdaj szto pracuje u Radiu Racyja my śmiajemsia, szto my aposznije Biełarusy-kataliki na Sakolszczynie.

Opowiadając tak Edward zaprowadził mnie na miejsce, o jakim słyszałem, ale nie miałem okazji nigdy widzieć – na sokólski kirkut. Jeszcze jedna nieco zapomniana melodia przeszłości, jaka w świecie mało wyrozumiałych deweloperów i włodarzy miejskich nieraz przypomina gorący kartofel. Nikt tu raczej modlić się nie będzie, a miejsce „niewykorzystane”. Na szczęście z sokólskim kirkutem nie jest jeszcze tak źle jak z wieloma innymi w Polsce. Po założeniu strony w internecie, która ma przypominać o roli tego miejsca w historii miasta i jego dawnych mieszkańcach, przyszła i chęć pomocy ze strony pani burmistrz. Edward jest pełen nadziei, że coś z tego będzie.

– Tut użo krychu wykarczawali i wielmi dobra, bo pierachodzić praz hety hustyja kusty nie lohka. Niekatoryje z hetych mahiłak byli prosta u ziemli, niekatoryja stajać ale treba ich poczyścić. Hałounaje szto jość użo uwaha uladau i moża by tut sztoś zrobim kab wiarnuć hetamu miescy jaki-niebudź paradak.

Cmentarz żydowski w Sokółce został założony już w XVII wieku, a fakt, iż ocalałych macew jest blisko dziewięćset czyni z niego miejsce wręcz krzyczące o zainteresowanie. Leży na urokliwej górce w północno-zachodniej części miasta i przylega do jego żywej tkanki jak zmurszała gałąź do zdrowej części drzewa. Trudno by było inaczej, skoro prócz ogólnego zapuszczenia jest tu i sporo śmieci. Wysokie miejscami do pasa trawy i pokrzywy nie zachęcają, lecz gdy weszliśmy głębiej, naszym oczom ukazały się pokrzywione, u góry półkoliste płyty kamienne. Po trzy, po pięć, po dziesięć w jednym miejscu. Czasem jest to wyłącznie nieczytelna płaszczyzna, ledwo wystająca z ziemi, przez co naprawdę łatwo pomylić ją ze zwykłym kamieniem, a miejscami mierzące po metr wysokości nagrobki, zapisane hebrajskim alfabetem.

– Starajusia pisać pra usio szto zabytaje. Nia tolki pra Habrejau, ale i pra synou Sakolszczyzny. Tych szto stwarali BNR, pra Kastusia Kalinouskaha, dziajaczau, paetau. Tut niedaleko, na Haradzieńszczynie majem i takije historji, szto u adnoji siamji żyła troch bratau i adzin stau Palakam, druhi Biełarusam, treci Lićwinam.

– Naprawdu?

– Tak. Jerzy Iwanowski – polski ministr pierad wajnoj, Waclau Iwanouski – taksama ministr u czas BNR i Tadas Ivanauskas – litouski biolah i wykladczyk.

Ot, trudno chyba o większy paradoks i absurd – pomyślałem. Co tak naprawdę dzieli Wileńszczyznę, Grodno i okolice od tutejszych podsokólskich wsi? Wszak wszystko to dawna Litwa. Pojemna, otwarta, akceptująca. Ze swoim specyficznym rysem, tak pięknie uchwyconym przez Mickiewicza i wielu innych, Wielkie Księstwo zdaje się być najlepszą odpowiedzią na nacjonalizm. Edward zaproponował, by wybrać się do jednego z takich litouskich zakątków w gminie Sidra, gdzie stoi chata należąca do jego rodziny.

7-jacowlany

Jacowlany

Wyszliśmy więc wieczorem na jedną z dróg wyjazdowych z Sokółki, by w miarę możliwości złapać „stopa” przed zmrokiem. Po dosłownie piętnastu minutach drogi wysadzono nas tuż przed Jacowlanami, skąd szliśmy już pieszo. Zmienna aura i chmury o kolorze sino-granatowym nie zmąciły w najmniejszy sposób naszych humorów. Tocząc niekończące się rozmowy i racząc się oranżadą „Krynka” nawet deszcz, jaki po tygodniach suszy spadł na spragnioną sokólską ziemię, uznaliśmy za przyjemną odmianą wobec palącego słońca całego tygodnia. I naprawdę nie przesadzę ani na jotę, jeśli powiem, że zostawiliśmy daleko w tyle współczesną Polskę. Kierując się cały czas na wschód, przechodząc obok stacji kolejowej w Racewie, a potem zostawiając za sobą ostatni sklep, trafiliśmy w inny wymiar. W świat, gdzie nabrzmiałe wodą chmury niemal dotykały zielonych pagórków i przydrożnych krzyży. W świat, gdzie samochód stał się nie lada atrakcją, a miast asfaltu słały się wysłużone kocie łby. Przeszliśmy obok kolejnego wzgórza, z którego jak na dłoni widać było całą okolicę. Zapach trawy po deszczu i lekkie mgły tworzyły wraz z opadającym słońcem wręcz malarską kompozycję. Kolejny krzyż. Tym razem przyciągnął uwagę trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. „Za dusze w czyśćcu cierpiące, które od nas ratunku żądają, proszę o trzy Zdrowaś Marya. 1861 r.”. Dotarliśmy do celu podróży. Do Zwierżan. Byłem absolutnie oczarowany nie tyle chatą, na jaką się nastawiałem, a prędzej dworkiem drewnianym o zielonych okiennicach, przytulnym ganku i zadbanym ogrodzie.

– Ty kazau, szto heto chata i ja tak dumau. A tut baczu pańska siedziba!

– Zara koty pryleciać i buduć prasić o jeżu (śmiech).

I tak oto trafiłem do jakiejś niesamowitej enklawy Wielkiego Księstwa. Wiedząc, że ojciec Edwarda, pan Piotr Holsztyński, jest dowódcą Sokólskiego Pododdziału Kawalerii im. 10. Pułku Ułanów Litewskich, słusznie przewidywałem, że mogę spodziewać się akcentów romantycznych, ale wnętrze siedliska przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tu każdy metr sześcienny bił przywiązaniem do dawnej Rzeczypospolitej i szlacheckich wnętrz. Świeczniki i lampy naftowe. Mundury i hełmy. Drewniane stoły i szafy. Poszedłem do kilimu zawieszonego w dużym pokoju. Obok pałaszy zawieszona strzelba oraz szabla. Biorę ją do ręki, wyjmuję z pochwy i czytam wyryty napis: „Amor Patriae Nostra Lex”. Nad tym wszystkim portret Adama Mickiewicza i godło z czasów powstania styczniowego: orzeł, pogoń i archanioł Michał. Po krótkiej zabawie z kotami, jakie faktycznie nawiedziły nas w oczekiwaniu na poczęstunek, przyszedł też czas na sowitą nagrodę za nasze trudy – wieczerzę. Usiedliśmy przy marynowanych rydzach, pysznym bigosie i dębowym duchu puszczy, który nie palił, a smakował nad wyraz aromatycznie.

5-kapliczka-w-wierchlesiu

Kapliczka w Wierzchlesiu

Oglądając film „U Pana Boga za piecem”, a potem  „Ogniem i Mieczem”, a w przerwach wznosząc kolejne toasty za pomyślność, nie mogłem nie powracać myślą do faktu, iż tak jak w wiejskiej kapliczce w Okopach, chacie pana Tolika w Wierzchlesiu czy izbie pana Janka w Pawełkach, wszystko tu do siebie pasowało. Pasowało, choć tu krzyż katolicki zastąpił prawosławną ikonę, tam kilim zastąpił obrus, a gdzie indziej szabla dawne narzędzie rolnicze. Mimo wszystko czułem, że cała ta wycieczka ukazała moim oczom rzeczywistość może i już mocno odmienną od tej dawnej, ale z zachowanym zdrowym korzeniem. Tutejszym. Miejscowym. Udowodniła, że Wielkie Księstwo żyje, bo też żyją jego rozsiani tu i ówdzie synowie. Mickiewicz by się cieszył.

– To szto? Za Litwu?

Podniosłem swój kieliszek.


– Za Litwu!

Mateusz Styrczula
Fot. Autor