Ostatnia Żydówka z Orli

Wrażenia z pobytu w Izraelu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sara Awni (Weinstein) i Marek Chmielewski w Izraelu nad albumem o przedwojennej Orli (Fot. ze zbiorów Marka Chmielewskiego)


Kilka lat temu został wydany album poświęcony dawnym mieszkańcom Orli, prezentujący dokumenty i fotografie wykonane do roku 1945, zatytułowany „Orla. Historia zapisana obrazem”, którego byłem współredaktorem. Nieco później autor albumu i koordynator projektu Marek Chmielewski odnalazł w Izraelu Sarę Awni, z domu Weinstein, 84-letnią, ostatnią żyjącą Żydówkę pochodzącą z Orli. Rodzina Weisteinów miała w Orli fabrykę kafli. Po wejściu Sowietów zostali oni zesłani do północnego Kazachstanu. Marek Chmielewski pojechał do Izraela, by spotkać się osobiście i zebrać wspomnienia. Oto zapis jego wrażeń z przygotowań i podróży.

 

Izrael – daleka podróż

Kiedy my ten album wydawaliśmy? Był 2009 rok, człowiek małe miał pojęcie, co robi, wszystko wydawało się proste, wystarczy że parę złotych zdobędziesz i myślisz, że świat należy do ciebie. Otrzymaliśmy 10 tys. zł, a wydawnictwo kosztowało 35 tys. zł. Zaczęło się od wystawy, do dzisiaj nikt takiej wystawy nie zorganizował i nie zorganizuje. I człowiek szedł za ciosem, wydawca skredytował, pieniądze zwrócili. Przez Internet poznałem pewną panią z Izraela, Danę Rotschild, napisałem do niej, że poszukuję pewnej Żydówki z Orli i ona ją znalazła, porozmawiała, wymieniliśmy się telefonami. I tak zadzwoniłem do pani Sary Weinstein i mówię, że wydaliśmy album, w którym i ona jest pokazana, że chciałbym go jej wysłać. Podała adres i wysłałem, to szło długo, z pół roku, ale pani Sara zaczęła do mnie telefonować i zaczęliśmy prowadzić długie rozmowy. Miała wtedy około 90 lat. I opowiadała, a mnie obrazy przesuwały się przed oczami, jak to mogło być, wyglądać… Mówię, pani Saro, przyjadę do pani, bo nie zapamiętam wszystkiego, przyjadę i nagramy panią. Dobrze, zapraszam pana.

Byłem wówczas w Szkole Liderów polsko-amerykańskiej Fundacji Wolności – kręcili o tej fundacji film, nagrywali mnie i tak poznałem młodego, światłego człowieka, znającego języki. Trzeba było tylko zdobyć środki na podróż. Skontaktowałem się z panem Piotrem Szczepańskim, prezesem Fundacji Wspomagania Wsi, otrzymaliśmy na wyjazd 5 tys. zł. Wystarczyło na lot z Polski do Izraela, tyle że przez Pragę (dwa bilety w obie strony za 3,5 tysiąca).

Kolega Radek Gębicz rozpracował każdy dzień pobytu (7 dni) – jaki autobus, adres… Okazuje się, że z Polski można zaplanować wizytę w Izraelu co do godziny. Dał mi taką teczkę i mówi, że może być taka sytuacja, że go nie wpuszczą, to w tej teczce znajdę program opracowany krok po kroku. Do dziś mam ją jako pamiątkę. Wypożyczyliśmy profesjonalną kamerę. I wyruszyliśmy na spotkanie z panią Sarą – to był nasz główny cel. Resztę pobytu finansowaliśmy z własnej kieszeni. Żeby było taniej, nocowaliśmy u ludzi, taki rodzaj miejskiej agroturystyki.

Polecieliśmy przez Czechy. Na miejscu, już w Izraelu, wsiedliśmy w pociąg do Hajfy, gdzie mieszkała pani Sara. Zakwaterowaliśmy się u amerykańskiej Żydówki , która w latach 70. XX wieku wróciła do Izraela. Bardzo przyjemna panui, pokazała nam film o Izraelu po rosyjsku, takie bardzo dobre wprowadzenie do wizyty. Potem zadzwoniliśmy do pani Sary.

 

Spotkanie z panią Sarą

Umówiliśmy się na spotkanie w restauracji, w jej ogródku, bardzo ładnym, pełnym kwiatów. Oni tam dbają – z pustyni zrobili Eden. Wojskowi? Wojskowi tam są wszędzie, co 50 metrów patrol wojskowy. U nich cały czas wojna, wszędzie bramki, kontrole, trzeba przywyknąć. Ale wszyscy chodzą z uśmiechem, wszędzie uśmiechnięci młodzi ludzie… To robi wrażenie.

Moment spotkania w restauracji został nagrany. Można go na youtubie obejrzeć. Pani Sara przyjechała ze swoim najstarszym synem Joselem. Miałem przygotowane prezenty, w tym materiały promocyjne o Białymstoku z Urzędu Wojewódzkiego. Sara była białostoczanką. Od siebie miałem różne rękodzieła i kwiaty. Usiedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać. Kiedy się otworzyła, syn to zobaczył, powiedział, że nie będziemy tam siedzieć, pojedziemy w gości do córki pani Sary, która za męża ma rumuńskiego Żyda.

I oni nas gościli, od południa do nocy gościli. Przygotowywali jedzenie bardziej odpowiadające naszej kulturze.

Pani Sara przedstawiła nam swoją rodzinę. Najmłodszy syn jest prawnikiem, nie dojechał. Oni wszyscy dobrze mówili po angielsku, kolega Radek mi tłumaczył, chociaż pani Sara włada piękną polszczyzną, jakiej u nas nie ma i oczywiście mówi po rosyjsku, bo jej matka tylko po rosyjsku rozmawiała. A teraz z dziećmi, wnukami i prawnukami trzeba było porozumiewać się po angielsku.

Pierwszy dzień był swobodny, wymieniliśmy się podarunkami. Dobrze, że byłem przygotowany.

Pobyt był bardzo udany. Cała rodzina przyjęła mnie naprawdę ze szczerym sercem. Nawet mimo, jak się potem dowiedziałem, pewnej ludzkiej złośliwości. Dwa dni przed naszym wylotem do Izraela, ktoś zadzwonił z Orli ktoś i nagadał Bóg wie czego pewnej Żydówce, byłej mieszkance Bielska. Ale pani Sara zachowała się przyzwoicie i nikt mi tego nawet nie powiedział, żebym się nie denerwował niepotrzebnie.

 

Zwiedzanie Izraela

Następnego dnia umówiliśmy się na rozmowę i wspomnienia w mieszkaniu pani Sary w wieżowcu na 17. piętrze. Przy wejściu do mieszkania stały kafle Weisteina z kaflarni z Orli, pamiątka. Na ścianach wisiały stare fotografie, na niektórych zobaczyłem mieszkańców dawnej Orli. Dwa dni spędziliśmy z panią Sarą na dyskusjach, wspomnieniach. Nagrywaliśmy. Przez następne dni już sami zwiedzaliśmy Izrael, poznawaliśmy jego historię. Byłem w twierdzy Masada na skale, której przez siedem lat Rzymianie nie mogli zdobyć, aż w końcu z jednej strony usypali podjazd dla oblężniczych maszyn, a wtedy wszyscy obrońcy skoczyli ze skały.

Zwiedziłem inne miasteczka, byłem nad Morzem Martwym, w Jerozolimie mieszkaliśmy u francuskich monaszek. Obserwowaliśmy, jak Żydzi świętują rozpoczęcie szabasu – tysiące mężczyzn tańczy.

Odwiedziłem kilka stacji męki Pańskiej, byłem pod Ścianą Płaczu (kolega był w krótkich spodenkach, więc kazali zakryć ręcznikiem kolana).

Spotkałem się z koleżanką z Internetu, Daną Rotschild, polską Żydówką, która koniecznie chciała mi opowiedzieć o Palestyńczykach. Jej zdaniem Żydzi to państwo i porządek. Przekonywała, że ci Palestyńczycy, którzy chcą pracować, to żyją razem z Żydami. Nazwy na ulicach są potrójne czy poczwórne, wspólnie handlują itd. Palestyńczycy mają swoją autonomię – miejsce, które Izraelczycy odstąpili im w strefie Gazy. Teraz Żydzi odgrodzili się od nich.

W Jerozolimie pokazała mi budynek przedszkola, obłożony betonowymi blokami… Cdn

Zapisał
Michał Mincewicz

Ewa Zwierzyńska – Pomagać mimo wszystko

felietonisci-07Codziennie od siedmiu lat gotuje gar zupy: kapuśniak, kartoflanka, ogórkowa, co tam jest pod ręką. Czasem talerz z tą zupa leci jej prosto w twarz, czasem leci cegła, a niekiedy tylko złe słowa. Nie załamuje jej to. Siostra Sancja uważa, że trzeba pomagać mimo wszystko. Jej wzorem jest Matka Teresa z Kalkuty.

Zabytkowy kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w Grodnie wygląda jak przerośnięte dziecko wciśnięte w kojec okalającego go wysokiego muru. Ktoś, kto idzie ulicą Karola Marksa i nie podniesie głowy, może nie tylko nie zauważyć przepięknych arabeskowych zdobień na jego frontowej ścianie, ale w ogóle przeoczyć fakt, że stoi tutaj kościół. XVII-wieczny mur obronny, flankowany dwiema wieżyczkami, odgradza dwa światy – ten pełen wielkomiejskiego szumu i klaksonów ciągnących się sznurem samochodów, i ten wyciszony, klasztorny rytm życia sióstr nazaretanek, które przy kościele znalazły swoją siedzibę. Oba te światy łączy barokowa brama, przez którą chyłkiem przenikają ludzkie postacie. Szarobure, drżące, na codzień jakby przezroczyste dla reszty społeczeństwa, kłapiącego obcasami po grodzieńskich brukach w drodze do swoich biur i szkół. Tuż za murem znajdują się zwykłe, niepozorne drzwi pomalowane beżową farbą, jakby żywcem wyjęte z filmów o socjalistycznych zakładach pracy. Na drzwiach przybita jest tabliczka: „Stołówka dla ubogich”.

Codziennie przed tymi drzwiami ustawia się kolejka chętnych do zjedzenia zupy. Są wśród nich – bezrobotni, alkoholicy, byli więźniowie, bezdomni, ale wszystkich łączy jedno – brakuje im pieniędzy na chleb. Ten chleb dostają tutaj za darmo, do zupy, po dwie kromki. Na Boże Narodzenie otrzymują cały bochenek, a na Wielkanoc dodatkowo święcone jajko. Każdego dnia stołuje się tutaj około stu osób. Kuchnię prowadzi siostra Sancja. Codziennie o 14 otwiera drzwi stołówki i nalewa zupę do aluminiowych misek.

Białoruś – czysta, uporządkowana, z rozwiniętą opieką socjalną i niskim wskaźnikiem przestępczości, bez kłujących w oczy żebraków i bezdomnych – taki obraz odmalowywany jest przez władzę, taki przekaz ma iść w świat. Białoruś ma być krajem, w którym wszyscy żyją jeśli nie dostatnio, to przynajmniej wystarczająco dobrze, z wypłatą pozwalającą godnie przeżyć kolejny miesiąc, z darmową opieką medyczną i edukacją, z zasiłkami socjalnymi i tanimi mieszkaniami dla młodych. Miasta bijące po oczach czystością, opasane nową kostką brukowa, lśniące świeżymi tynkami. Z ich bocznych zaułków, ze schowanych przed wzrokiem klatek schodowych, z kątów wysprzątanych dworców wyziera ukradkiem życie, które nie daje się ujarzmić. Wypełza wstydliwie, odwracając oczy od przypadkowych przechodniów, oddychając ciężko pijackim snem, obciążając swoją bezradnością i rozpaczą.

ez1

Siostra Sancja w klasztornej jadłodajni w Grodnie

Mieczysław uśmiecha się nieśmiało, chowa głowę w ramiona, wciska w kąt. Mimo że przychodzi tu od dziesięciu lat, wciąż się tego wstydzi. – U nas tak ludzie są wychowani, że to wstyd przyjmować pomoc, przychodzić do takich miejsc. Krzywo się na takich patrzy, jak na pasożytów. Niektórzy uważają, że przychodzimy tu jak do kawiarni, dla przyjemności. Inni też czują się skrępowani, gdy tu przychodzą po pomoc. Uważają, że być może wiążą się z tym jakieś zobowiązania, że oczekuje się od nich czegoś, na przykład przychodzenia do kościoła. Nie pracuję, bo to mi się nie opłaca. Lata do emerytury mam wypracowane, tylko wieku jeszcze nie osiągałem. Pomagam czasem sąsiadom, znajomym a to w remoncie, a to samochód naprawię. Przychodzę do kuchni pomagać, czysto fizyczna robota. Gar z zupą przyniosę, ostatnio wodę w wiadrach tacham, bo ze względu na remont wodociągów wody w kranie nie ma, zimą odgarniam śnieg, jesienią liście. Pomagam, dlaczego mam nie pomagać, jeśli mogę? Przychodzę tu codziennie. Znam prawie wszystkich bezdomnych w Grodnie. Mieszkają po klatkach schodowych, na dworcu autobusowym. Zimą to nawet półoficjalnie pozwalają tam koczować. Milicja nie zwraca na nich uwagi. Tylko z centrum miasta przeganiają, szczególnie sprzed budynków państwowych czy urzędów, aby władza nie musiała na nas patrzeć, jak idzie do pracy.
Nie wszyscy jednak, którzy przychodzą tu się stołować, należą do tzw. marginesu. Cześć z bywalców to emeryci, tak jak Ajdyn, muzułmanin pochodzący z Kaukazu. Do stołówki przychodzi od kilkunastu lat. – Dostaję milion dwieście rubli emerytury (ok. 400zł), nie da się za to godnie przeżyć. Buty, kurtka, koszula, spodnie, to wszystko dostałem od sio0stry Sancji – błyska szerokim uśmiechem, kiedy pokazuje swoje ubranie – dzięki niej wyglądam jak człowiek. Czasem dostaję też trochę chleba, który zostaje w kuchni. Czy to duża pomoc? Ogromna!

Siostra Sancja ma 29 lat i ciemne włosy, które niesfornie wypadają spod klasztornego czepca. Jej rodzice byli ateistami, kontakt z kościołem miała jedynie na wakacjach, gdy przebywała u dziadków. Nurtowało ja pytanie: dlaczego dziadkowie są wierzący, a jej rodzice nie? Gdy w wieku 16 lat oświadczyła, że chce przyjąć pierwszą komunię i chodzić do kościoła, rodzicom bardzo się to nie spodobało. O ile jej wizyty w kościele ograniczały się do niedzielnej mszy, mogli jeszcze zachować neutralność, ale gdy córka odwiedzała kościół kilka razy w tygodniu, zaczynały się problemy. – Bali się, że będę chciała zostać zakonnicą, że stracą córkę – tłumaczy siostra Sancja – i ich obawy nie były bezzasadne. Gdy w wieku 18 lat dziewczyna podjęła decyzję o wstąpieniu do klasztoru, w domu rozpętała się burza. Rodzice nie chcieli o niczym słyszeć. Sancja uciekła z domu, zostawiając na stole krótki list. Wstąpiła do zgromadzenia nazaretanek. Skierowano ją do Grodna. Tu, po złożeniu pierwszych ślubów, trafiła do stołówki. Nie lubi gotować, ale lubi pomagać ludziom, szczególnie tym biednym i starszym. Decyzji nie żałuje, chociaż praca bywa niewdzięczna. Bezdomni są obowiązani do przynoszenia zaświadczeń o braku gruźlicy i wszawicy, nie wszyscy chcą ich dostarczać, i wtedy pojawiają się konflikty. Niekiedy dochodzi do bójek między nimi, trzeba wzywać policję, czasem przyjdzie ktoś z zaburzeniami psychicznymi i narozrabia, trzeba wzywać karetkę pogotowia, jak wówczas gdy zaburzona kobieta ciskała w Sancję cegłami wyrwanymi z muru. Na szczęście udało się w porę zamknąć drzwi i cegła szczęśliwie nie trafiła w głowę siostry. Sancja opowiada o tym rzeczowo, bez zbędnych uczuć. Przyzwyczaiła się do twardego życia, do posłuszeństwa. W jej życiu liczą się konkrety, czyny, nie słowa. – Staram się w każdym człowieku widzieć Chrystusa i tak pojmuję swoje powołanie. Pomagając im, pomagam samemu Chrystusowi. Inaczej nie mogłabym pracować. Ale nie zawsze jest źle. Jej podopieczni potrafią też okazać wdzięczność. Gdy spotykają na ulicy inne siostry ze zgromadzenia, zawsze przekazują pozdrowienia dla Sancji. – Niektórzy wychodzą z bezdomności, kończą się ich kłopoty, znajdują pracę, ich życie się normalizuje. Przychodzą wtedy podziękować.

ez

Ubogich zawsze mieć będziecie (Mt 26:11)

Sancja zakasuje rękawy klasztornego habitu i nalewa zupę do misek z wielkiego, parującego gara. Mieczysław roznosi chleb. Stołówka to niewielka salka, w której stoją trzy drewniane ławy pokryte ceratą. Nie wszyscy mogą się tu zmieścić na raz, więc grupy wpuszczane są po kolei. Jedzą szybko, w milczeniu. Zjedzenie zupy z mięsem zajmuje im 5-10 min., i w tym czasie pani Ania musi zmieścić się ze swoim krótkim kazaniem. Tleniona blondynka w średnim wieku i wytartych dżinsach przychodzi tu codziennie od kilku lat, by głosić słowo boże. Dzisiaj czyta fragment ewangelii mówiący o tym, jak Piotr idący po wodzie do Jezusa zobaczył wielkie fale i wiatr i przestraszywszy się, zaczął tonąć, wołając: Panie, uratuj mnie. – Pierwszą reakcją człowieka, w którego życiu podnosi się burza, jest strach, panika – powoli i wyraźnie wyjaśnia przeczytany fragment, akcentując każde słowo – w naszym życiu też pojawiają się takie sytuacje, których nie rozumiemy, wtedy chwyćmy się bożego słowa, które jest w stanie pomóc nam odzyskać spokój i wyjść z najtrudniejszych sytuacji.

Pierwsza grupa ubogich wychodzi, Mieczysław zbiera talerze, siostra Sancja wyciera stoły. Już przychodzą następni, też będą jeść, słuchając słów Anny przy brzęku aluminiowych łyżek. Potem rozejdą się, każdy w swoją stronę. Jutro wrócą, jeżeli akurat nie zapiją. Niektórzy nie wracają już wcale. Pojawiają się nowi, tacy jak 35-letni Dmitrij, który do stołówki przychodzi od tygodnia. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę i czarne dżinsy odstaje wyglądem od masy szaro-burych kurtek. Jego kłopoty zaczęły się od momentu, gdy w afekcie pobił człowieka. Rodzina poszkodowanego domagała się wysokiego odszkodowania. Nie był w stanie uzbierać takiej sumy. Bliscy i przyjaciele odwrócili się od niego. Musiał opuścić dom. Szemrana firma od pożyczek udzieliła mu kredytu, którego nie jest w stanie spłacać. Miał wybór – albo więzienie, albo spłata kredytu. Do więzienia iść nie chciał. Od dwóch tygodni nocuje w miejskiej noclegowni. Na szczęście ma pracę, jest piekarzem. Każdy grosz składa na spłatę kredytu. Ma nadzieję, że z czasem spłaci wszystko i jego problemy się rozwiążą. Dmitrij opowiada o wszystkim spokojnie, nawet mechanicznie, bez cienia emocji. Ożywia się, gdy wspomina usłyszane przed chwilą kazanie. – Ta dziewczyna, która czytała Biblię, dzisiaj powiedziała, że problemy mogą dotknąć człowieka kiedy najmniej się ich spodziewa, w każdym momencie życia. Żyjesz sobie normalnie i nie spodziewasz się, co przyniesie jutro. Tych ludzi, z którymi dzisiaj tutaj jestem, wczoraj jedynie mijałem na ulicy. Dzisiaj z nimi jem.

Язэп Вількоўшчык: „Я – Бацькаўшчыны сын…” Сяргей Чыгрын

w3

Язэп Вількоўшчык, 1922 г

На старонках беларускіх віленскіх выданняў 1920-х—1930-х гадоў шмат друкавалася аўтараў пад рознымі псеўданімамі і крыптанімамі, сапраўдныя прозвішчы якіх да сённяшніх дзён нерасшыфраваныя, нераскрытыя, застаюцца нам невядомымі. Гэта дзесяткі паэтаў, празаікаў, простых карэспандэнтаў з розных рэгіёнаў былой Заходняй Беларусі, якія дасылалі навіны са сваіх вёсак, мястэчак, гарадоў. Далёка не ўсіх аўтараў псеўданімы і крыптанімы раскрыў у сваім „Слоўніку беларускіх псеўданімаў і крыптанімаў (XVI-XX стст.)” (Мн., 1983) і Янка Саламевіч (1938-2012).

Але, як кажуць у народзе, нішто нікуды не знікае і не прападае. Не знікла ў невядомасць і творчасць заходнебеларускага паэта Язэпа Вількоўскага. Гэта яго дзесяткі лірычных вершаў і розных баек друкаваліся ў віленскіх календарах, калектыўных зборніках, у часопісах „Шлях моладзі”, „Нёман” і іншых. Пад сваімі творамі ён рэдка ставіў уласнае прозвішча Язэп Вількоўскі, часцей за ўсё ён падпісваўся Язэп Вількоўшчык, Я.Вількоўшчык, Vilkouscyk J, Vilkoscyk Jazep, J.V, Я.В. Нават Янка Саламевіч у сваім „Слоўніку беларускіх псеўданімаў і крыптанімаў (XVI-XX стст.)” прыгадвае Язэпа Вількоўскага і што ён друкаваў у часопісе „Шлях моладзі” ў 1933 годзе ў Noпад псеўданімамі Vilkouscyk J, Vilkoscyk Jazep. Дык хто ж такі Язэп Вількоўшчык?

Сустрэча з Вількоўскімі

Гісторык і журналіст Сяргей Ёрш мне некалькі разоў нагадваў, каб я шукаў сляды Вількоўшчыка на Слонімшчыне. „Магчыма ён родам з вёскі Варонічы Слонімскага павета. Пашукай на Слонімшчыне яго сляды, усіх Вількоўскіх апытай”, – раіў мне Сяргей Ёрш. І я паслухаў сябра. Наведаў вёску Варонічы, суседнія вёскі, але там Вількоўскіх няма і ніхто Язэпа Вількоўскага са старэйшых жыхароў не памятае. А вось у Слоніме на адну сям’ю Вількоўскіх патрапіць удалося. Ірына Аляксееўна Вількоўская нядаўна яшчэ працавала настаўніцай матэматыкі ў СШ No 4 г. Слоніма, цяпер на пенсіі. Гэту жанчыну я добра ведаў, таму пасля вясковых пошукаў звярнуўся да яе. На маё пытанне, ці мае якое дачыненне Язэп Вількоўскі да яе сям’і, жанчына ўпэўнена адказала, што гэта бацька яе мужа Андрэя Вількоўскага.

w5

Язэп Вількоўскі (злева крайні) з бацькам, маці, сястрой і пляменніцай у Слоніме, 1930 г.

Не адкладваючы надоўга такую прыемную навіну, я хутка завітаў у вялікі дом Вількоўскіх на вуліцы Загарадняй. Мы гутарылі некалькі гадзін. „Тое, што бацька пісаў байкі, я ведаў, але што ён актыўна друкаваўся ў даваенных віленскіх выданнях, я нічога не чуў. Ды і бацька мне пра гэта не казаў. Ён быў маўклівы. У вольны час нешта пісаў. А што пісаў – мы не цікавіліся. Ён вельмі шмат чытаў: беларускую, рускую, польскую літаратуру, меў вялікую бібліятэку класічнай літаратуры. Ён з мамай жыў побач з нашым домам. Там былі ўсе яго архівы і бібліятэка. А калі бацькі, а потым маці не стала – мы гэты дом прадалі. Сёе-тое забралі сабе, астатнія паперы, здымкі, кнігі не перавозілі, не забіралі – усё засталося там, і гэтым усім распарадзіліся новыя гаспадары купленага ў нас дома”, – адразу расчараваў мяне Андрэй Вількоўскі.

Да нашай размовы далучыліся і Ірына Вількоўская, а потым іх дачка Вольга. Жанчыны паказалі некалькі старых пажаўцелых ад часу дакументаў, сярод іх і „Выпіска з працоўнай кніжкі” Язэпа Вількоўскага, пачынаючы з 1944 года, а таксама фотаздымкі яго і некалькі карцін. „Свёкар быў вельмі адукаваным чалавекам, шчырым, паважаным, – пачала ўспамінаць Ірына Вількоўская. – Мой муж Андрэй – гэта яго адзіны сын. І бацькі для яго, для нас, нічога ніколі не шкадавалі, усё жыццё яму дапамагалі”. Дачка Андрэя і Ірыны Вількоўскіх Вольга з вялікай зацікаўленасцю слухала нашу размову і была моцна здзіўлена, што яе дзед Юзік (так яны яго клікалі) быў беларускім паэтам. „Мой дзядуля яшчэ добра маляваў карціны, перамалёўваў творы іншых мастакоў. Але з часам усё знікла: некалькі карцін яго ўкралі, іншыя ён падараваў сябрам і знаёмым. А яшчэ мне дзед казаў, што ён дзесьці закапаў клад. Але што там ён закапаў і дзе – я не ведаю, і мама з татам таксама не ведаюць”, – прызналася Вольга. Магчыма, той клад захоўвае пісьмы ад Янкі Купалы, Якуба Коласа, Гальяша Леўчыка, Наталлі Арсенневай, Янкі Багдановіча, Язэпа Найдзюка. А, магчыма, Язэп Вількоўскі закапаў і сапраўдны скарб манетаў. Справа ў тым, што ў 1935 годзе ён для Віленскага музея Беларускага інстытута гаспадаркі і культуры падараваў шмат манет, старых выданняў і фотаздымкаў. Нават атрымаў падзяку. Гэта падзяка была апублікавана ў „Беларускай крыніцы” 25 ліпеня 1935 года ў No 29: „ Падзяка. Грам-ну Яз.Вількоўскаму ў Слоніме за дараваныя для Музэю Беларускага Інстытуту Гаспадаркі і Культуры: 1. Калекцыю 24-ох медзяных і сярэбраных, старадаўных і навейшых манэт. 2. Калекцыю папяровых грошаў. 3. Экзэмпляр „Беларускага Слова” No 16 з дня 22 кастрычніка, 1920 г. Горадня. 4. Экзэмпляр час. „Młody Literat” і альбом – шчыра дзякуе Цэнтральны Ўрад БІГІК”. Так што невядома, што і дзе закапаў беларускі паэт і калекцыянер.

Падчас першай сустрэчы я паказаў Вількоўскім старыя часопісы „Шлях моладзі” за 1930-я гады з вершамі іх бацькі і дзядулі. Пад некаторымі вершамі стаяла дата і месца напісання: г. Слонім. Мы дамовіліся, што Вількоўскія перагледзяць усе свае хатнія архівы, нават завітаюць да тых людзей, каму прадалі бацькаву хату, а раптам штось там засталося з рукапісаў, з пісем, са старых віленскіх выданняў…

w4

Язэп Вількоўшчык. Мастак Г. Саўчук. 1940 год

Язэп Вількоўшчык (сапраўднае прозвішча Вількоўскі Іосіф Андрэевіч) нарадзіўся 19 лістапада 1898 года ў вёсцы Варонічы Слонімскага павета. У сям’і Вількоўскіх было яшчэ чатыры сястры і брат, але брат загінуў у Першую сусветную вайну. Маці нідзе не працавала, а даглядала дзяцей, а таксама дапамагала мужу, які трымаў сваю прыватную невялікую краму. Усім адукацыю Вількоўскія даць не маглі, таму найбольш хваляваліся за сына Язэпа, які хацеў вучыцца.
Калі пачалася Першая сусветная вайна, рускія казакі выгналі сям’ю Вількоўскіх, як і тысячы іншых беларусаў, у глыб Расіі. Вількоўскія трапілі ў Казанскую губерню. Там Язэп скончыў школу і паступіў у Казанскі медыцынскі інстытут.

Сродкаў на вучобу і пражыванне не хапала, таму беларускі юнак падпрацоўваў у розных канторах. То грузчыкам, то па-мастацку распісваў сувеніры, то пісаў плакаты і афармляў стэнды. Але ўсе роўна грошай не хапала, жыць і вучыцца было цяжка, а яшчэ сям’я Вількоўскіх вырашыла вярнуцца на Бацькаўшчыну. Таму Язэп пакідае медінстытут і разам з бацькамі напачатку 1920-х гадоў вяртаецца на Слонімшчыну.

Атрымаўшы пэўную адукацыю ў бежанстве, ён шмат чытае, спрабуе сам пісаць вершы і байкі на рускай мове. У 1927 годзе адзін з вершаў па-руску ён адсылае ў „Беларускую крыніцу”, дзе праз часопіс у рубрыцы „Наша пошта” атрымлівае адказ: „Працы Вашай, на жаль, не надрукуем, бо яна напісана па-расейску. Прабуйце пісаць па-беларуску. Пішыце, што ў Вас чуваць? Верш дужа слабы і да друку не падойдзе” („Biełaruskaja krynica”, 1927, No27).

Сядзець склаўшы рукі на Слонімшчыне юнак не хацеў, таму паехаў у Вільню, дзе скончыў бухгалтарскія курсы. Падчас вучобы на гэтых курсах ён пазнаёміўся ў Вільні з беларускімі выданнямі, з творчай беларускай інтэлігенцыяй. Магчыма, пасля курсаў ён пэўны час працаваў бухгалтарам у Вільні. Тады і пачынае спрабаваць пісаць, але ўжо на роднай мове. У пачатку 1930-х гадоў Язэп Вількоўскі вяртаецца на Слонімшчыну. Тут ён таксама знаёміцца з творчымі людзьмі: літаратарамі, мастакамі, музыкантамі, але палітыкай не займаецца. Як пісаў аўтару гэтых радкоў Сяргей Хмара, у 1937 годзе ў Дзятлаве была створана літаратурная суполка „Маладая Ўскалось”. Тады на першым з’ездзе прысутнічалі Аляксандр Бяленка, Алена Лябецкая, Алесь Крыга, Язэп Вількоўшчык і іншыя. Далей Сяргей Хмара паведамляе, што пасля вайны Язэп Вількоўшчык быў знішчаны супрацоўнікамі КДБ (Сяргей Хмара. Рабінавы хмель. Мн., 2009. С.190-191). Аказваецца, не. Язэпа Вількоўшчыка сталінскія рэпрэсіі мінулі. Як гэта яму арышту ўдалося пазбегнуць – застаецца загадкай.

w6

На вяселлі сына (крайні злева) Язэп Вількоўскі

Перад Другой сусветнай вайной сям’я Вількоўскіх пераехала ў Слонім. Дзе працаваў Язэп Вількоўскі і кім перад вайной і падчас акупацыі – невядома. Але ў кастрычніку 1944 года, згодна з „Выпіскамі з працоўнай кніжкі”, ён уладкаваўся на 9-ую дыстанцыю службовага пуці станцыі Слонім-Брэст-Літоўскі на пасаду бухгалтара канторы. Да гэтай пасады ён меў ужо працоўны стаж 14 гадоў і два месяцы. На чыгуначнай станцыі Слонім Язэп Вількоўскі адпрацаваў 7 гадоў і даслужыўся да намесніка начальніка па кадрах. А потым ён працаваў бухгалтарам на Слонімскім лесазаводзе, у Слонімскай арцелі „Вторпром”, потым зноў на чыгунцы, адкуль і пайшоў на пенсію.

На пенсіі, па словах Андрэя Вількоўскага, яго бацька займаўся гаспадаркай. А ў вольны час вельмі любіў гуляць у шахматы. Ён выпісваў шмат газет і часопісаў, адгадваў розныя шахматныя камбінацыі і дасылаў у рэдакцыі газет. „Гуляў ён у шахматы са сваім старэйшым сябрам Ігнатовічам. Гулялі яны доўга, але часцей за ўсё перамагаў бацька”, –успамінае Андрэй Вількоўскі.

Пражыў Язэп Вількоўшчык 86 гадоў, яго не стала 18 сакавіка 1984 года. Пахавалі паэта на слонімскіх гарадскіх могілках.

Творчасць Язэпа Вількоўшчыка

Свае паэтычныя творы Язэп Вількоўшчык пачаў друкаваць у заходнебеларускіх выданнях у пачатку 1930-х гадоў. Асабліва плённымі для яго былі 1932-1934 гады. Напрыклад, часопісы „Нёман” і „Шлях моладзі” не паспявалі ўсё дасланае ім друкаваць. Слонімскі аўтар нават выказваў у пісьмах сваю крыўду. Але рэдакцыя выданняў яго супакойвала, рабіла нават пэўныя заўвагі і шчыра адказвала яму праз „Паштовыя скрынкі”, якія друкаваліся на апошніх старонках выданняў. Вось некалькі адказаў на дасланыя творы Язэпам Вількоўшчыкам: „За пажаданні для часопісу і прысланыя вершы дзякуем. Прысылайце болей. Талент паэтычны маеце. Працуйце болей над тэхнікай” (Часопіс „Нёман”, 1932, No 3). „Пісьмы і матэрыялы атрымалі, шчыра дзякуем, падробнасці будуць у пісьме, якое ў хуткім часе вышлем” (Часопіс „Шлях моладзі”, 1933, No2). „Усё атрымалі, дзякуем. Як бачыце карыстаем. „Шлях моладзі” таксама высылаем паводле жадання. За параду шчырае дзякуй” (Часопіс „Шлях моладзі”, 1934, No 1). „За прывітанне (маецца на ўвазе 5-годдзе „Шляху моладзі. – С.Ч.) шчырая падзяка. Перапрашаем, што з прычыны нястачы месца ў гэтым нумары не змаглі мы нічога даць з Вашых твораў” (Часопіс „Шлях моладзі”, 1934, No 2).

Вершы Язэп Вількоўшчык пісаў на самыя розныя тэмы. Найперш яго хваляваў лёс роднай Бацькаўшчыны, якой ён спяваў „сумныя песні”, бо перажываў за матку-Айчыну, якую „сэрцам кахаў”, за лёс свайго народа. Разам з тым заходнебеларускі паэт адрасаваў свае паэтычныя радкі і тым, хто змагаўся за Радзіму і за гэта „пайшоў у турму”.

Пісаў паэт і пра простых людзей, якія жылі з ім побач, якія працавалі на роднай зямлі, а маладых паэтаў ён заклікаў у „край адраджэння, свабоды для ўсіх”.

w7

Заходнебеларускія выданні, дзе друкаваўся Язэп Вількоўшчык

Шмат вершаў у паэта напісалася пра жыццё і смерць. Паэт умеў разважаць, філасофстваць над лёсам свайго народа. Па вершах Язэпа Вількоўшчыка можна меркаваць, што гэты чалавек валодаў літаратурнымі здольнасцямі, самабытным паэтычным талентам, лёгка мог раскрыць характар сацыяльных змен і зрухаў.

Пісаў заходнебеларускі паэт і байкі. Мажліва, яны ў яго нават атрымліваліся лепш за лірычныя вершы. Клапатлівая даследчыца беларускіх баек Вольга Ярмак на сайце Электронная библиотека БГУ >(http://еlib.bsu.by) прааналізавала шэсць баек Язэпа Вількоўшчыка. Як вядома, традыцыйныя байкі пішуцца вольным ямбам, астрафічным вершам, нерэгулярнай рыфмоўкай. Дык з шасці знойдзеных баек на думку Вольгі Ярмак, дзве напісаны вольным ямбам – „Воўк у сяле” (Я1-5) і „Курыца і качаняты” (Я1-6). У многіх байках пісьменнік імкнуўся прытрымлівацца аднаго памеру: „Рэпа і рэдзька” – Х3, „Хцівасць” – Я4, „Воўк і авечкі” – Я6. Такое адступленне ад традыцыйнасці назіраецца і ў сучасных байках. Трэба заўважыць, трохстопным харэем напісаны байкі і Кандрата Крапівы („Дзед і баба”, „Памагаты”). Згаданыя вышэй байкі Язэпа Вількоўшчыка напісаны катрэнамі (акрамя байкі „Хцівасць”), у апошняй мараль складаецца з двух радкоў, што сведчыць пра максімальны лаканізм. Байкі ж „Цыган і воўк”, „Хцівасць” таксама лёгка можна разбіць на катрэны, бо чатырохрадковыя рыфмаваныя комплексы не вызначаюцца асаблівай звязанасцю паміж сабой. Большасць баек мае мужчынскія і жаночыя рыфмы (па месцы націску), за выключэннем баек „Хцівасць” і „Рэпа і рэдзька”, якія ўтрымліваюць толькі жаночыя.

Трэба адзначыць, што амаль кожная байка настоена на „зёлках” іншых твораў. За прыклад можна ўзяць байку „Цыган і воўк”, якая з’яўляецца кантамінацыяй вядомай беларускай народнай казкі „Лёгкі хлеб” і народнай прыказкі „Галоднаму хлеб толькі ўночы сніцца”. Язэп Вількоўшчык замяняе беларускага селяніна цыганом-злодзеем, які прапаноўвае ваўку вырошчваць хлеб і жыць як людзі. Цыган, пералічыўшы ўсе бар’еры, праз якія прыйдзецца прайсці, сам разумее нерэальнасць сваіх парад. Яны разыходзяцца, такім чынам яшчэ раз пацвердзіўшы мараль-прыказку. Гэтая байка магла стаць донарам пазнейшых баек-казак (напрыклад, „Жук і слімак” Максіма Танка). Язэп Вількоўшчык паказаў сябе таксама як перастваральнік баек іншых пісьменнікаў: яго твор „Воўк і авечкі” мае асновай байку Францішка Багушэвіча „Воўк і авечка”, а „Воўк у сяле” – байку Івана Крылова „Волк на псарне”. Але ў першай байцы пісьменнік поўнасцю змяняе сюжэт, пры гэтым пакінуўшы мараль амаль сугучную:

Прапала бы і два…
і ўсе б яны прапалі
Каб воўка пастухі
па скуры не пазналі.
(Я. Вількоўшчык)
Ды скінь скуру, дабрадзею,
Бо зубкі відаць.
А авечка, хоць дурная,
А Воўка ж пазнае.

(Ф. Багушэвіч)

У другой байцы пісьменнік бярэ сюжэт крылоўскай байкі, але дыялогі робіць больш аб’ёмнымі, глыбокімі і змястоўнымі, што набліжае да натуральнасці маўлення. Адчуваецца, што пісьменнік уклаў у твор часцінку самога сябе, свой жыццёвы вопыт, літаратурную дасведчанасць. Асаблівасць байкі „Рэпа і рэдзька” ў тым, што аўтар спалучае неспалучальнае: змяняе сэнс прымаўкі на супрацьлеглае значэнне: „Ложка толькі дзёгцю / Псуе бочку мёду”.

Мараль байкі „Хцівасць” перагукваецца з многімі творамі, дзе з пазіцыі жыццёвай мудрасці высмейваецца чалавечая сквапнасць, напрыклад з пушкінскай казкай пра залатую рыбку. Параўнаем:

Sto chcivy – choča mieci bolej,
To peuna usiakamu viadoma;
Jamu nikoli nie davoli,
Choč-by usiaho mieu dosyć doma.

Байка Язэпа Вількоўшчыка ставіла за мэту выхаванне грамадскай свядомасці згодна з прынцыпамі хрысціянскай маралі.
Акрамя вышэй названых баек, Язэпам Вількоўшчыкам было напісана і апублікавана яшчэ некалькі дзесяткаў гэтых алегарычных твораў павучальна-гумарыстычнага і сатырычнага характару. Жыцьцё людзей паэт адлюстроўваў у вобразах жывёлаў, раслінаў, рэчаў або зводзіў да ўмоўных адносінаў. Таму разважаць пра байкі Язэпа Вількоўшчыка можна доўга. Але гэта асобная тэма.
Усё, сказанае вышэй пра Язэпа Вількоўшчыка, наводзіць на думку: чаму пра яго ніколі не згадвалі ў сваіх кнігах даследчыкі літаратуры Заходняй Беларусі Уладзімір Калеснік, Арсень Ліс, Аляксей Пяткевіч, Мікола Мікуліч і іншыя даследчыкі?.. Чаму Уладзімір Калеснік не ўключыў у складзеныя ім кнігі „Сцягі і паходні” (Мн., 1965) і „Ростані волі” (Мн., 1990) ніводнага верша Язэпа Вількоўшчыка? А Мікола Мікуліч у сваёй кнізе „Паэзія Заходняй Беларусі (1921-1939)” (Мн., 2010. С.116) пра Язэпа Вількоўшчыка згадаў толькі ў адным сказе: „Асаблівасці лірыка-апавядальнай стылявой плыні былі дамінуючымі ў творах многіх іншых заходнебеларускіх аўтараў, таленавітых прадстаўнікоў масавай самадзейнай паэзіі, – Я.Вількоўшчыка, У.Казаровіча, Ф.Каравацкага, С.Новіка-Пеюна”.

Нядаўна патэлефанаваў я доктару філалагічных навук Арсеню Лісу і запытаўся: чаму ніхто ніколі, у тым ліку і Вы, не згадвалі пра Язэпа Вількоўшчыка? Паважаны літаратуразнавец шчыра адказаў: „Таму што мы мала пра яго што ведалі. Чыталі яго творы ў заходнебеларускіх выданнях, але дзе ён жыў, як склаўся ягоны лёс – ніхто з нас не чуў. Мы даследавалі творчасць больш вядомых літаратараў Заходняй Беларусі – Максіма Танка, Валянціна Таўлая, Алеся Салагуба, Леапольда Родзевіча, Міхася Васілька і іншых”.
Вядома, з Арсенем Лісам можна пагадзіцца. Тым больш, што ён вельмі ўзрадаваўся, калі я сказаў, што адшукаў у Слоніме сына Язэпа Вількоўшчыка Андрэя Вількоўскага. Дарэчы, калі я развітваўся з Андрэем Іосіфавічам, ён прынёс бутэльку самаробнага віна і сказаў: „Бацька мой вельмі ўмеў ставіць добрае віно. У яго былі старыя нямецкія і польскія прыгожыя бутэлькі, куды ён віно наліваў, а потым ім частаваў гасцей. Ён і мяне навучыў рабіць такое віно. Хачу вас пачаставаць”. Мы прыселі за стол, а спадар Андрэй напоўніў шклянкі чырвоным віном і мы памянулі яго бацьку – выдатнага беларускага паэта былой Заходняй Беларусі Язэпа Вількоўшчыка.

Nie wszyscy musimy być tacy sami – Joanna Czaban (10/2014)

– Jak ty mówisz?! – z oburzeniem zwraca mi uwagę sąsiadka, kobieta w podeszłym wieku. Przyłapała mnie przed moim domem w Krynkach na rozmowie telefonicznej z dobrą znajomą stąd w tutejszym języku. – Czy pani w czymś przeszkodziłam? – zapytałam ze śmiałością. – Tak, bardzo. Widzisz ten las? – wskazała ręką na oddaloną o około trzysta metrów zalesioną granicę polsko-białoruską – tam jest twoje miejsce. Tu jest Polska i masz mówić po polsku!
Lena Rogowska, nieco ponadtrzydziestoletnia absolwentka filozofii, wiedzy o teatrze i gender studies, postanowiła podać Krynkom pomocną dłoń. Nie jest sama, ma sprzymierzeńców zrzeszonych w warszawskim Stowarzyszeniu Praktyków Kultury. Ich domeną jest animacja kultury i antydyskryminacja. Chcą pracować z miejscowymi dziećmi, bo te można jeszcze uchronić, ukierunkować.
Masz skończone świetne studia, dlaczego wybrałaś ciężki bądź co bądź kawałek chleba?
– Oczywiście chciałam zajmować się wielką sztuką. W trakcie studiów pracowałam jako aktorka w teatrze postgrotowskim na warszawskiej Pradze, w tak zwanej gorszej dzielnicy. Było tam sporo dzieciaków wychowujących się na ulicy. Nasz teatr trochę im przeszkadzał, bo głośno śpiewaliśmy takie dziwne piosenki, chodziliśmy na szczudłach. Bardzo im się to nie podobało, rzucali kamieniami w okna, robiło się trochę niebezpiecznie. Stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w ich dzielnicy, to musimy coś z tym zrobić. Zaprosiliśmy dzieciaki do teatru. Oczywiście odmówiły. Wyszliśmy na ulicę z projektem warsztatów szczudlarskich, udało się. Pomyślałam wtedy, że to jest to, co naprawdę chciałabym robić.
Do Krynek też przyjechaliście ze szczudłami.
– Jest w nich duży element ryzyka. Pomyśleliśmy że to się może spodobać. W nauce chodzenia na szczudłach fajne jest to, że dziecko musi chwycić mnie za obie ręce, musi mi zaufać. Chodząc jesteśmy zwróceni do siebie twarzami, mamy kontakt wzrokowy, rozmawiamy. To świetny sposób na nawiązywanie relacji. Później można już robić coś więcej.
Urodziłaś się w Białymstoku, czy ma to jakiś związek z twoją percepcją wielokulturowości?
– W czasach liceum mówiono nam, że Białystok jest wielokulturowy. Byłam w Tykocinie, fascynowałam się trochę historią żydowską. Bardziej jednak słyszałam o wielokulturowości, niż tego doświadczałam. W Białymstoku nie ma synagog, wszelkie ślady przeszłości są zupełnie zamazane. Mówiono mi, że tu było wielokulturowo, ale ja średnio w to wierzyłam. Skończyłam też akademię treningu antydyskryminacyjnego, gdzie również się zajmowałam kwestiami wielokulturowości. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od uchodźców z północnego Kaukazu i Afryki. Wielokulturowość dotarła do mnie dzięki pracy z nimi.

Cz10_2014_srod

Lena Rogowska z jedną z kryńskich uczestniczek projektu „Pograniczni”

Jaki jest główny cel twoich działań?

– Najbardziej zależy mi, by nasze społeczeństwo nie miało wizji i aspiracji, iż wszyscy musimy być tacy sami. Ostatnio mój tata zabrał się za trzepanie dywanu w niedzielę. Nagle pewien pan zaczął na niego krzyczeć z okna: „Przestań pan trzepać ten dywan, niedziela jest, k…, ja tu mszy słucham!”. Ojciec przeprosił, ale postanowił dokończyć pracę. Ten pan przyprowadził kolegę z zamiarem nabicia ojca, bo niedziela. Groził, że wezwie policję. A przecież różni ludzie mają różnie. Niektórzy świętują w niedzielę, inni w sobotę, a jeszcze inni w piątek. Stajemy się państwem kościelnym i to mnie przeraża. Nie tak dawno byłam w graniczącym z Ukrainą Dołhobyczowie. Tam starsze panie boją się śpiewać po ukraińsku, bo sąsiadki zarzucają im wtedy brak patriotyzmu. Przeraża mnie „Biały Białystok” pełen niechęci, nienawiści i niezrozumienia. Przeraża, że żyjemy na pilnie strzeżonej krawędzi Unii Europejskiej i spostrzegamy ludzi po jej drugiej stronie jako gorszych od nas.
Prawdziwa misjonarka z ciebie.
– Niektórzy mówią na mnie aktywistka, albo po prostu wariatka.
Czym są „Pograniczni”?
– To nazwa projektu realizowanego przez warszawskie Stowarzyszenie Praktyków Kultury, którego jestem prezesem. Polem działania są małe przygraniczne miejscowości z bagażem różnych incydentów na tle nacjonalistycznym bądź rasistowskim.
Dlaczego akurat Krynki?
– Bo zostały umieszczone we wznawianej co cztery lata „Brunatnej Księdze” incydentów rasistowskich i nacjonalistycznych. Jest tam o dwóch wyrokach w Krynkach ze względu na zbrodnie nienawiści. Chciałam to robić na Podlasiu, bo stad pochodzę. Poza tym tu są tatarskie Kruszyniany, tu byli Żydzi. Wchodząc na strony internetowe domów kultury zauważyłam, że tu coś się już robi. Nie wszędzie jest przyzwolenie na tego typu działalność.
Twoje doświadczenia?
– Czuję tę gwarę, zwaną prostą, dotychczas nie wiedziałam, że tak się to nazywa. Nie wiedziałam też, że jedna z dziewczynek przychodzących do nas na zajęcia ma tatę Tatara. Próbujemy z dzieciakami rozmawiać o wielokulturowości, ale mam wrażenie, że to jest strasznie deklaratywne. Zgodnie deklamują: Tak, tu są cztery kultury. Zapytałam ich, czy są tu jeszcze jacyś Żydzi? Ktoś powiedział: Jest jeden Żyd, chodzi i mówi hu,hu. Nie, to Tatar – wtrącił się kolejny. Nie to nie Tatar, to jest jakiś inny. Im się to wszystko miesza. Wiedzą, że chodzi o kogoś dziwnego, innego, ale nie wiedzą, kim on jest dokładnie. Zastanawiamy się, jak o tej wielokulturowości rozmawiać, żeby dzieciaki zobaczyły, że to ich dotyczy, że wszyscy jesteśmy mieszańcami.
W pracy z miejscowymi dziećmi chodzi nam o dotarcie do spraw, które naprawdę ich poruszą. Chcemy zmotywować ich do odważnego wyrażania swojej opinii, wyzbycia się uległości. Być może nie ma takich rzeczy, może wielokulturowość i fakt, że się urodziły w Krynkach, nie są dla nich ważne. Pamiętam, że przebywając w dzieciństwie na koloniach w towarzystwie dzieci z Krakowa i Warszawy, sama wstydziłam się, że jestem stąd. Odczuwałam podział na dzieci lepsze i gorsze. To był jakiś wątek mojej tożsamości. O takich wstydliwych rzeczach warto rozmawiać. Ich przemilczanie może przerodzić się w nienawiść do innego.
Co dalej?
– Jesteśmy tu po raz drugi, ale już planujemy kolejną wizytę. Teraz dzieciaki będą musiały wykreować swoje własne działanie wielokulturowe bądź antydyskryminacyjne. Potem na bazie tych działań zorganizujemy grę miejską. Materiały uzyskane w „Pogranicznych” posłużą nam do opracowania i wdrażania warsztatów antydyskryminacyjnych w szkołach. Chodzi tu o dostęp do jak największej grupy odbiorców. Warsztaty te potrwają do czerwca przyszłego roku. Na tym projekt zakończymy. Zobaczymy, jak nam to wyjdzie. Jeśli dzieciaki będą chciały dalej z nami współpracować, to wymyślimy jakąś kontynuację.
Twój Dekalog brzmi…
– Trudne pytanie, myślę, że bardzo jest ważne, żeby się nie wykluczać. Zajmując się na poważnie antydyskryminacją, zauważyłam że w życiu bardzo często coś wykluczamy. Świadomie bądź nie. Gorzej traktujemy osoby inne niż my. Mnie też się to zdarza. Zawsze staram się z tym walczyć. Za każdym razem, gdy się na tym łapię, bo też takie błędy popełniam, staram się z tym walczyć. Chodzi o ciągłą pracę nad stereotypami i uprzedzeniami i nad tym, żeby nie wykluczać.
Rozmawiała Joanna Czaban■

Mova nanova – kursy patriotyzmu Ewa Zwierzyńska (Cz 9/2014)

Ewa Zwierzyńska

Celem naszych spotkań jest nie tyle nauka języka białoruskiego, co kształtowanie światopoglądu. Język białoruski – tak jak każdy zresztą język – tworzy swój odrębny świat. Jest to świat paralelny do świata języka rosyjskiego, dominującego w naszym kraju. Chcemy ludziom stworzyć możliwość dołączania do świata białoruskiego – mówi Ihar Kuźminicz, który wraz z Volhą Astrouską prowadzi w Grodnie kursy języka białoruskiego „Mova nanova”.

Niewielka salka zapełniona jest po brzegi, spóźnialscy tłoczą się koło drzwi, pozostały im już tylko miejsca stojące. Na spotkanie przyszło ok. 50 osób, w większości młodzież, ale jest też kilka osób starszych, a nawet całe rodziny. Od czasu rozpoczęcia spotkań, czyli od marca bieżącego roku, kursy cieszą się niesłabnącą popularnością. Na sali panuje swobodna, radosna atmosfera. Swój udział mają w tym prowadzący – entuzjastyczni i pełni zapału do pracy. Białoruskość rozlewa się w powietrzu jak elektryczność. Wszyscy mówią po białorusku, oddychają wolnością, w której mogą bez skrępowania rozmawiać w swoim ojczystym języku. Tą radość można przyrównać do radości z powrotu do własnego domu.

Każde spotkanie ma swój temat wiodący, dzisiejsze poświęcone będzie poezji, ale najpierw blok dla najmłodszych. Dzieciaki oglądają „Świnkę Pepę” po białorusku, potem uczą się słów grzecznościowych: dzień dobry, dziękuję, przepraszam. Każde z nich dostaje rysunek do pokolorowania. Powtarzają nazwy pór roku i miesięcy, a potem układają wierszyki o dniach tygodnia. Prowadzący przygotowali mnóstwo multimedialnych materiałów: filmy, pliki audio, piosenki. Grupa młodzieży przygotowała swoje wystąpienie, poświęcone białoruskiemu poecie Ryhorowi Baradulinowi. Podczas czytania jego poezji w pewnej chwili wszyscy uczestnicy powstali i zjednoczyli się recytując jego wiersz: „Hatowy usio addać, i tym bahaty, my-Biełarusy, My-narod taki”. Na sali zapanowała podniosła, uroczysta atmosfera. Słowa Ihara Kuźmicza o zanurzaniu się w białoruski świat nie okazały się pustym frazesem. Te spotkania to nie tylko nauka języka ale też białoruskiego patriotyzmu.

fot. Ewa ZwierzyńskaBezpłatne, społeczne kursy języka białoruskiego dla wszystkich chętnych rozpoczęły się w styczniu 2014 roku w Mińsku. Pomysłodawcami byli filolog Alesia Litwinouskaja i dziennikarz Hleb Łabadzienka. W założeniu kursy mają być nauką języka, prowadzone w sposób ciekawy, lekki i nieformalny, na zasadzie interakcji z uczestnikami i z pomocą nowoczesnych środków multimedialnych. Od początku cieszyły się ogromnym powodzeniem. Na cotygodniowe zajęcia w Mińsku przybywa każdorazowo kilkaset osób. W krótkim czasie podobne kursy zorganizowano w innych większych miastach Białorusi: Baranowiczach, Grodnie, Bobrujsku, Nieświeżu i Homlu. Na portalach społecznościowych kursy reklamują się jako „modne”. To świadomy zabieg organizatorów, którzy chcą przełamać negatywne stereotypy nagromadzone wokół języka białoruskiego, uważanego przez większość Białorusinów za język „gorszy” kojarzony z wsią i kołchozami, i wykreować modę wśród młodzieży na język białoruski, jako na język inteligencji, ludzi światłych, przywiązanych do swego dziedzictwa kulturowego. Kursy „Mova nanova” pojawiły się jako odpowiedź na zapotrzebowanie tej części społeczeństwa białoruskiego, jaka jest zainteresowana pielęgnowaniem swojej narodowej tożsamości.

Sytuacja języka białoruskiego jest katastrofalna i nieustannie pogarsza się. Język białoruski został uznany przez UNESCO za jeden z języków zagrożonych wyginięciem. W ciągu dziesięciu lat pomiędzy dwoma spisami powszechnymi – w 1999 i 2009 roku odsetek osób używających języka białoruskiego w domu spadł z 37 do 23%. Podczas ostatniego spisu język białoruski jako ojczyzny wskazało 53% Białorusinów, czyli o 20% mniej niż w poprzednim. Odsetek osób stale rozmawiających po białorusku jest jeszcze mniejszy: w przeciągu ostatnich 3 lat obniżył się z 5,8 do 3,9%. Pomimo, iż język białoruski jest oficjalnym językiem państwowym obok rosyjskiego, w praktyce został całkowicie przez niego zdominowany. W życiu publicznym, w urzędach państwowych, w mediach i na ulicach używa się prawie wyłącznie języka rosyjskiego. Podobnie rzecz ma się w szkołach, gdzie język białoruski posiada status równy językowi obcemu.

Tylko 16,4 proc. uczniów na Białorusi uczy się w języku białoruskim – wykazał sondaż przeprowadzony przez główny urząd statystyczny Biełstat, a do białoruskojęzycznych przedszkoli uczęszcza jedynie 11,4% dzieci. Na uczelniach jest jeszcze gorzej, zaledwie 700 studentów uczy się w języku ojczystym, co stanowi jedynie 0,2%. To mniej niż 3 lata temu, kiedy po białorusku uczyło się 20% dzieci w wieku szkolnym, a studiowało 0,9%.

Ostracyzm i brak przyzwolenia społecznego nie zachęcają do używania języka białoruskiego na co dzień. Ihar Kuźminicz mówi wprost o dyskryminacji języka białoruskiego – Język białoruski nie jest oczywiście zabroniony, oficjalnie jest uznawany za język państwowy, ale w praktyce z jego używaniem wiążą się różne problemy np. w państwowych urzędach proszą, by nie przynosić dokumentów napisanych po białorusku, nie odpowiadają na skargi złożone w języku białoruskim, i wiele innych, drobnych spraw, które składają się na to, że w ostatecznym rachunku język białoruski spychany jest na gorszą pozycję. W Grodnie nie ma ani jednej szkoły, ani nawet klasy, w której prowadzone byłoby nauczanie w języku białoruskim. Aby stworzyć taką klasę wymaganych jest co najmniej 20 podpisów rodziców. Nam udało się zebrać o wiele więcej, a jednak taka klasa nie została utworzona. Już sam fakt, że w białoruskim państwie wymagane jest zbieranie podpisów, aby dzieci mogły uczyć się po białorusku świadczy o dyskryminowaniu tego języka. Ja rozmawiam wyłącznie po białorusku, nawet jeśli ktoś do mnie zawraca się po rosyjsku. Z wyraźnie negatywną reakcją spotkałem się tylko raz, w urzędzie. Urzędniczka zapytała mnie, czy nie wstyd mi, że uparcie odpowiadam po białorusku, skoro ona rozmawia ze mną po rosyjsku. Wtedy ja ją zapytałem, czy to ona nie wstydzi się rozmawiać ze mną po rosyjsku skoro ja zwracam się do niej po białorusku? To moja ziemia, gdzie ja mam rozmawiać po białorusku jak nie w swoim własnym kraju? Dla niej to był szok. Po raz pierwszy dotarło do niej, że mam prawo w swoim własnym kraju rozmawiać w ojczystym języku.

fot. Ewa Zwierzyńska

fot. Ewa Zwierzyńska

Jak w społeczeństwie przyjmowane są osoby posługujące się na co dzień językiem białoruskim? Z reguły obojętnie, ale wciąż używanie języka białoruskiego wymaga przełamania się i wewnętrznej odwagi. Młodzież, która przychodzi na kursy „Mova nanova” to mali bohaterowie, tacy jak Hanna i Kasia, 19-letnie studentki medycyny – Chcemy przeciwstawić się dominującemu na Białorusi poglądowi, że język białoruski to mowa albo kołchoźników, albo opozycjonistów, którzy nie cieszą się w społeczeństwie dobrą sławą. Chcemy pokazać, że wykształceni ludzie z miast też rozmawiają po białorusku, i że jest to dla nas nobilitacja. Podejmujemy od czasu do czasu próby rozmowy w języku białoruskim na co dzień , ale jest to bardzo trudne, ponieważ całe nasze otoczenie jest rosyjskojęzyczne, a to stanowi niemałą barierę.

– Ja podjęłam próbę rozmawiania na uczelni tylko po białorusku – opowiada Kasia – zwracałam się tak do kolegów, w tym języku odpowiadałam na pytania wykładowców, ale wytrzymałam tylko dwa tygodnie. Wszystkie podręczniki napisane są po rosyjsku, dlatego używanie języka białoruskiego wymagało dodatkowego wysiłku. Reakcje otoczenia były różne, wykładowcy na ogół reagowali pozytywnie, koledzy również, niektórzy sami nawet zaczęli zawracać się do mnie po białorusku, ale zdarzały się też reakcje agresywne, domagano się, bym rozmawiała „tak jak wszyscy”, czyli w języku rosyjskim.

23-letni Vadim, student historii, który na kursy „Mova nanova” przyszedł po raz pierwszy, sam siebie określa jako żywy dowód na odradzanie się języka białoruskiego. Po białorusku rozmawia z babcią na wsi, i czasem z kolegami, ale chce rozmawiać częściej. – Jestem Białorusinem i powinienem rozmawiać po białorusku, jak powiedział nasz poeta Franciszak Bahuszewicz: „Nie pakidajcie movy naszaj naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”. Jeśli zapomnimy swój język, to zapomnimy i o swojej tożsamości, o tym kim jesteśmy – dodaje. – Młodzież, która tutaj przychodzi, to osoby szczególnie, wyjątkowe – dzieli się swoimi wrażeniami Volha Astrouskaja – nastawieni są bardzo entuzjastycznie, oni naprawdę chcą rozmawiać po białorusku! To oni stają się moim natchnieniem do dalszej pracy, dla takich ludzi chcesz dawać coraz więcej i więcej, nasze zajęcia samonakręcająca się maszyna wspólnego dawania i brania. Język białoruski jest tak bogaty, że można z niego czerpać bez końca, jak ze studni bez dna, zawsze będzie o czym opowiadać, i co pokazywać. Widzę to, kiedy przygotowuję kolejne zajęcia, tematów nigdy nie zabraknie! Kiedy poruszam jeden temat, zaraz zaczyna wyłaniać się kolejny, pojawiają się wciąż nowe pomysły. Zobaczyłam w tym wielki potencjał również dla mego osobistego rozwoju. Przede wszystkim chcemy przekazać młodzieży, aby nie bali się rozmawiać po białorusku. Oni na tym miejscu nie boją się, nie wstydzą, a potem wychodzą na ulicę i zauważam, że w dalszym ciągu rozmawiają, przenoszą ten język do sklepów, do bibliotek, do domów. Najważniejsze, żeby stali się dobrymi ludźmi. My takie pojęcia jak białoruskość, Białorusin nie chcemy rozpatrywać wyłącznie w wąskiej, nacjonalistycznej kategorii, ale uważamy, że być Białorusinem to być dobrym człowiekiem. Chcemy opowiadać im o wybitnych Białorusinach, o ich sposobach życia, postępowania, aby z jednej strony zachowywali swój język i białoruskość, a z drugiej pamiętali o wartościach i moralności. Nasze szkoły starają się wychowywać młodzież w duchu patriotyzmu, ale ten patriotyzm opiera się trochę na innej płaszczyźnie, głównie na kulcie „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”.

Kursy językowe „Mova nanova” to jedna z największych, i najpopularniejszych inicjatyw na Białorusi promująca ojczysty język, ale nie jedyna. Pojawiło się kilka jaskółek zwiastujących narastające zainteresowanie językiem białoruskim. W 2012 roku została wprowadzona ustawa, zgodnie z którą urzędnik musi pisemnie odpowiadać petentowi w języku, w jakim zostało złożone pytanie. Ministerstwo handlu nakazało, aby we wszystkim restauracjach menu było dostępne również w języku białoruskim. Pojawiają się inicjatywy prywatne, jak ta prowadzona przez prywatnego przedsiębiorcę z Homla produkującego meble „Slavia”, który obiecuje 10 proc. rabatu dla każdego kupującego, jeśli zamówienie zostanie złożone w języku białoruskim. Społeczności internetowe propagują akcję zostawiania książek w języku białoruskim w komunikacji miejskiej w każdy czwartek, by pasażerowie mogli je czytać. Sporo dla popularyzacji języka białoruskiego robi też kampania „Budźma Biełarusami”, która co roku organizuje m.in. festiwal reklamy białoruskojęzycznej. Ten trend zaczyna być coraz bardziej popularny, po białorusku zaczęły reklamować się takie firmy jak Adidas, Samsung i Renault. Za reklamę języka białoruskiego wzięło się również Ministerstwo Kultury, od kilku lat usiłuje przekonać Białorusinów do używania ojczystej mowy poprzez billboardy na których pojawiają się hasła „Mama = mowa. Kochasz mamę?”. Ihar Kuźminicz krytycznie ocenia wpływ, jaki mogą one wywierać na świadomość młodego pokolenia, upatrując w nich jedynie chęć zademonstrowania poparcia dla języka białoruskiego, bez praktycznych działań na jego rzecz. – Takie plakaty oczywiście są pozytywnym zjawiskiem – mówi – jednak bez wbudowania ich w szersze działania niemożliwym jest, by mogły coś zmienić. Realną zmianę może przynieść jedynie zmiana systemu edukacji na wszystkich poziomach: przedszkolnym, szkolnym i uniwersyteckim, a także zmiana nastawienia mediów do języka białoruskiego, a tego niestety brak.

Czy te 50-100 osób które pojawia się na zajęciach w 300-tysięcznym Grodnie to mało, czy dużo? Volha i Ihar nie mają wątpliwości: – Wszystko wielkie zaczynało się od małego. Można powiedzieć, że ta grupa która przybyła dzisiaj, to niedużo, ale Chrystus także miał tylko dwunastu uczniów, a zdołali oni przewrócić cały świat! Siła tych ludzi polega na tym, że po wyjściu z tej sali nie przestają rozmawiać w ojczystym języku, ale przekazują go dalej. Nie zajmowalibyśmy się działalnością, która byłaby pozbawiona sensu.

fot. Ewa Zwierzyńskafot. Ewa Zwierzyńska