Schnące jezioro czasu globalizacji, Mateusz Styrczula

felietonisci-08Świat autochtonów się kurczy. Świat człowieka lokalnego, przywiązanego do dobrze znanego, rozumianego od kołyski, bliskiego i jednorodnego w swym charakterze znika dosłownie na naszych oczach. To jest proces wszechogarniający, postępujący błyskawicznie, nieodwracalnie i wszędzie. Odbywa się zarówno na podlaskiej wsi, jak i w mojej rodzinnej Warszawie. Mało tego! Przeobraża, modyfikuje a w końcu wykrzywia nie do poznania miejsca wydawać by się mogło niezmienne. Warszawa – Wólka (gm. Orla) – Paryż. Wszędzie podobna tendencja.

Oto klisza z mego niedawnego spaceru po warszawskiej Woli. Dwóch „czerwononosych” przed ogromną ponurą kamienicą na dawnym osiedlu Wawelberga. Proletariacka okolica, robotniczy klimat, tablica odnotowująca założenie w 1942 r. w tymże domu wolskiego oddziału PPR. Co jest światem tych pijaczków? Sklepik osiedlowy, park, sąsiednie kamienice, pośredniak, może OPS, jeszcze jeden sklep, sąd rejonowy, izba wytrzeźwień na ulicy Kolskiej. I wystarczy. Tym nie mniej ten prosty do niedawna świat ulega deformacji i skurczeniu. Park, do którego chodzili na wino, został zrewitalizowany. Piękne równe uliczki, ogrodzenie, przystrzyżone drzewka. Teraz coraz częściej przesiaduje tam hipsterska młodzież, zatopiona w smartfonach i odpoczywająca na ławkach. Niby ładnie, ale… to nie to. To nie nasze. Oczami wyobraźni nasi pijaczkowie idą dalej, a tam? Nie ma już ich ukochanego osiedlowego sklepu. Nie ma też pani, która znała ich od trzydziestu lat. Jest jakiś zachodni wynalazek – siecówka oraz młodziutka dziewczyna, dla której to chyba pierwsza praca w życiu. Są hostessy z promocyjną wędliną, ochroniarze, którzy patrzą na wchodzącą dwójkę spode łba.

A okoliczne kamienice? Jedną wyburzyli. Inna stoi jak stała, ale i jej nie zostawili w spokoju tak do końca. Jacyś ludzie właśnie montują na niej gigantycznych rozmiarów reklamę, zasłaniającą niemal jedną trzecią budynku. A na dole? Gdzie szewc i pralnia? Jest bank. Francuski, toteż nie do końca jasne jest, jak wymówić jego nazwę. Ten bank, ta reklama, ten sklep, ten park to wszędzie i NIGDZIE zarazem. W unifikacji czai się zagrożenie utraty własnego, specyficznego rysu tego miejsca. Ostatnimi świadkami przeobrażeń, ostatnimi Mohikanami są zawsze nieprzystosowani (chorzy, starsi, biedni, wykluczeni).
Klisza numer dwa to dzisiejszy Paryż. Niestety nigdy nie byłem z wizytą u mego wujka Jeana, który – z pochodzenia będąc Polakiem – urodził się, wychował i całe życie spędził w swojej słodkiej Francji (konkretniej jego domem było spokojne podparyskie osiedle). Nie rozmawialiśmy dużo, ale pamiętam, jak skarżył się przed laty mojej babci, jak bardzo zmieniła się jego okolica i jego mały, spokojny kąt. Tak – był człowiekiem ze wszech miar wiernym znanemu, zakorzenionym, ceniącym to co mu bliskie i niezbyt ciekawym dalekich wojaży. Od dziesiątków lat miał jedną, ukochaną knajpkę, w której popijał kawę, rozmawiając z przyjaciółmi właściwie każdego dnia. Znał i wychwalał pod niebiosa urocze ciche uliczki i cieszyły go znajome twarze mijanych przechodniów. Rzecz zmieniła się wraz z latami 80/90. Do osiedla coraz bardziej zbliżało się rozrastające się miasto, a raczej należy uściślić – jego centrum. Zaczynało robić się coraz głośniej, coraz mniej swojsko, a można było wręcz rzec, że to miasto dogoniło go pod koniec życia, czy tego chciał czy nie chciał. Do tego pojawiła się coraz liczniejsza ludność napływowa. Najpierw dziesiątki, potem setki, a następnie tysiące imigrantów z Afryki. Świat mojego wujka – podparyskiego autochtona – również się skurczył! Czuć w pełni swobodnie mógł się właściwie już tylko we własnym mieszkaniu oraz w ulubionej kawiarni. Wychodząc na ulicę mało kogo już poznawał, czuł się zagrożony, nie rozumiał afrofrancuskiego i ze zgryzotą patrzył, jak znika to co znał. W jego przypadku globalizacja pokazała jeszcze jedno ze swych obliczy – emigrację zarobkową ze świata B do świata A. Ze świata wojen, braku perspektyw i niestabilności do usianych bardzo daleko od domu oaz dobrobytu.

I pry czom tut Pudlasze? – mógłby ktoś zapytać. Wydaje mi się, że do zobrazowania trzeciej kliszy, obrazującej przemiany w tym miejscu, najwłaściwsze będzie posłużenie się pewną metaforą. Jeśli w gorący dzień na jakąś powierzchnię wylejemy wiadro wody, a powstałą z niego kałużę będziemy doglądać co 10-15 minut, to zauważymy, że jeszcze niedawno jednolita wodna plama kurczy się,
a po dłuższym czasie ulega podziałowi i naszym oczom ukazuje się już nie jeden, a trzy, pięć, dziesięć również miarowo kurczących się miniakweników. Tak też dzieje się z białoruskim żywiołem na Podlasiu po 1945 r., bo obszar ten rozpada się i „wysycha” jak to jezioro. Dzień po dniu ulega coraz większemu rozczłonkowaniu, podziałowi, defragmentacji.
Choć nieprawdą byłoby twierdzić, iż do tej daty częściowa asymilacja miejscowych nie miała miejsca, to jednak sam rozpad prężnego kiedyś białoruskiego świata wywołany został najpierw tragedią bieżeństwa, a najmocniej właśnie odcięciem go od życiodajnych krynic na wschodzie po II wojnie światowej. I tak jak na skutek nieudolnego gospodarowania zasobami wodnymi w byłym Związku Radzieckim w ostatnich dziesięcioleciach w zastraszającym tempie znikało potężne Jezioro Aralskie (dziś dzielą je Kazachstan i Uzbekistan), tak też wraz z odcięciem Białostocczyzny od naturalnie łączących ją z resztą narodu dróg, którymi przez wieki docierali tu ruscy kniaźniowie, kursowali w obie strony prawosławni chłopi, odezwy Kalinowskiego czy ulotki Hramady, pomału obumiera pozbawiona uścisku bratniej ręki osamotniona mniejszość. Czym było dla olbrzymiego Jeziora Aralskiego zgubne kierowanie niezbędnych dla jego istnienia wód Amu i Syr-Darii na pola bawełny, tym dla dla Podlaszuków odcięcie Nowego Dworu od Grodna, Czeremchy od Wysokiego, a Tokarów w Polsce od Tokarów na Białorusi. Gorzko skonstatuję tu na marginesie, że za jedną i drugą tragedię odpowiada jedno i to samo mocarstwo.
Przez pierwsze lata po tym wstrząsającym zabiegu białoruski żywioł trzymał się mimo tej nowej, niesprzyjającej sytuacji politycznej dość mocno (głownie siłą przedwojennego rozpędu), lecz problemy nawarstwiły się wraz z antymniejszościową propagandą i posunięciami PRL, postępującym w dobie industrializacji odpływem autochtonów do miast oraz powolnym przenikaniem języka polskiego na wieś. Tym samym w połowie lat 70. mieliśmy już do czynienia z inną rzeczywistością. Białoruskie jezioro nie istniało już jako całość, ale jako parę luźno powiązanych ze sobą, choć wciąż dużych i bliskich sobie, białoruskich plam na polskiej ziemi. Polskie słońce przygrzywało szczególnie mocno od południowej strony. Polonizował się powiat siemiatycki, a owo wysychanie niezmiennie szło i wciąż idzie ze strony miasta (we wszystkich kierunkach). Z południa od wcześniej skatolicyzowanego Podlasia południowego, ale i od zachodu, czyli z kierunku Drohiczyna i Brańska. W związku z przemieszczeniami ludności pojawiły się też polskie wyspy, działające tak jak kropla barwnika wpadająca do zbiornika bezbarwnej cieczy, jak chociażby polscy pogranicznicy pod Krynkami, urzędnicy w Hajnówce, albo polscy kolejarze i ich rodziny w Czeremsze, siłą rzeczy przyspieszający polonizację całej okolicy.

Druga połowa lat 70. oraz lata 80. to postępująca rozbudowa Białegostoku, który stając się po 1945 r. jedynym centralnym punktem odniesienia dla Podlaszuków, z chwilą kiedy los kazał zapomnieć o Brześciu czy Grodnie, potrzebował dobrych dróg dojazdowych. I tak też coraz więcej samochodów osobowych bądź dostawczych pędzić zaczęło po trasach Białystok – Bielsk Podlaski– Siemiatycze, Hajnówka – Bielsk Podlaski, Białystok– Sokółka itp. Chcąc nie chcąc tną one Białostocczyznę i tak jak nigdy wcześniej łączą z Polakami, „Mazurami”, „szlachcicami”, sprowadzając tu z zewnątrz inną kulturę, media i turystów. Dodam na marginesie, że chyba w największym, a na pewno najbardziej namacalnym stopniu owo rezanie Podlasia widoczne jest we wsi Ryboły, gdzie staruszkowie nieraz ze strachem w oczach przechodzą z jednej strony podzielonej wsi na drugą, trwożnie czekając aż przejedzie kolejna kolumna ryczących TIR-ów.

Kamienica na warszawskiej Woli i chałupka Podlaska

Tak też w latach następnych białoruski żywioł sukcesywnie cofał się przed huczącymi polskimi dialogami i hałasem podskakującego w naczepach towaru dróg byle dalej od nich, szukając schronienia poza głównymi trasami i począł zamykać w świecie powiązanych ze sobą wsi, im bardziej na uboczu, tym lepiej. Prawidłowość tę widać dziś doskonale po gminach, w których znajduje się jakiś duży ośrodek miejski. Te okolice polonizują się coraz szybciej i konsekwentniej. Są to np. wsie pod Białymstokiem czy pod Sokółką, podczas gdy wciąż swego trzymają się położone na uboczu szlaków gminy Dubicze Cerkiewne, Orla czy Nowy Dwór. Nie bez znaczenia była nabierająca rozmachu zwłaszcza w drugiej połowie lat 70. likwidacja mniejszych szkół i przenoszenie dzieci uczących się dotychczas parę kilometrów od domu do większych ośrodków.

Co zaś przyniósł koniec demokracji ludowej? Również nic dobrego. Upadek dawniej funkcjonujących bez względu na opłacalność z tytułu takiego, a nie innego systemu gospodarczego zakładów i bezrobocie III RP, a następnie masowa imigracja zarobkowa przyśpieszyły tendencje. I tak setki, a potem tysiace autochtonów poczęło wyjeżdżać już nie tylko w głąb Polski, ale po wejściu UE w 2004 r. i na zachód, dzięki otwarciu rynków pracy w krajach Unii. Sięgamy w tym miejscu wspólnego mianownika zarówno z przytaczanymi wcześniej obrazkami warszawskimi, jak i paryskimi. Globalizacja, a co za tym idzie mobilność doby XXI wieku, dotyka milionów ludzi w tym samym czasie. Zmienia świat odrębnych, trwałych kultur w wir przeplatających się ludzi – atomów. Dotknęła również ziemi podlaskich Białorusinów i skierowała ich na kompletnie inne tory niż dziesiątki pokoleń ich ojców – w świat.

Dzisiaj nie istnieje już nawet tych kilka białoruskich jeziorek. Jest kilkadziesiąt plam i plamek poprzedzielanych wsiami i posiołkami, które już się spolonizowały, albo do cna wyludniły. Złą sytuację białoruskich społeczności przyśpieszył inny trend globalizującego się świata, jaki nazwałem „spadochroniarzami” – zjawisko nabierające rozmachu głównie po 2000 r.wraz z powstaniem klasy średniej w Polsce i rosnącą rolą wolnych zawodów na rynku pracy, których to przedstawiciele coraz częściej szukają swojego małego, prywatnego raju, kupując za bezcen (albo i nie) podlaskie chaty. I tak wystarczy, że w wiosce zjawi się choć jedna nowa rodzina, aby białoruska większość pilnowała się przed obnoszeniem z jakąkolwiek innością. To przede wszystkim język jest w defensywie, spychany w domowe zacisze chat, a tylko okazyjnie pojawia się bez skrępowania podczas festynu czy innego wydarzenia kulturalnego z białoruskością w nazwie.

I tak, odwołując się ponownie do naszego tytułowego jeziora, jeśli pojawi się w nim w pewnym momencie jakieś zupełnie nowe, obce ciało (np. ludzka noga odziana w kalosz), to oczywiste, iż woda nie podejmie walki o miejsce, a jedynie się rozstąpi. Będzie przylegać ściśle do gumowego intruza, ale jej natura jest taka, że nie zajmie nijak tego raz już zajętego miejsca. Tak też białoruski światek otoczy nowe wianuszkiem chat, ale sam nie wywrze wpływu. Dosyć dobrze widać to zjawisko w czymś tak prozaicznym, jak codzienne wyprawy po zakupy. Jeśli wejdę do cichego, znanego sobie sklepiku w Tyniewiczach Wielkich albo Malinnikach, to wiem, że usłyszę tam podlaską gwarę, dowiem się co u znanych mi osób, a i samemu nie wstyd mi się z tym światem identyfikować, zaś już w nowym sklepie w Czeremsze czy Bielsku, wchodząc do lśniącej polskiej albo zachodniej sieciówki, tonąc w reklamach i informacjach o aktualnych promocjach, byłoby to przyjęte co najmniej ze zdziwieniem. I cóż bz tego, że pracownikiem sklepu może być jakiś prawosławny czyli teoretycznie „swój”, a kasjerkę pamiętam jako bobasa? To co nowe, dopiero co przybyłe, nie zostanie przejęte w obręb tego, co gdzieś w podświadomości jawi się jako „nasze”. Nie dlatego, że byłoby to coś złego, ale dlatego, że istnieje pewna psychiczna bariera, zdająca się nie do przezwyciężenia. I tak oto właśnie ta żywa tkanka, ta żyjąca nieco innym rytmem ciecz, sama przylepia się i współistnieje z nowszym od niej samej elementem, nie zmieniając w niczym jego charakteru. Po prostu nie ma już tyle sił.

Akwen na końcu swego istnienia wysycha jako położone bliżej bądź dalej od siebie skupiska kropel, szukające przetrwania w zagłębieniach, w nieckach, w cieniu. Tam gdzie chęć zachowania swego wśród mieszkańców jest silna, zakorzeniona i głęboka, tak jak głęboka jest niecka, przedłużająca życie wystawionej na zabójcze słońce wodzie, tam trwa i życie, i pamięć, i język. Tam zaś gdzie było płytko, tam dzisiaj już ledwie wilgotno, albo zupełnie sucho. Tak jak cień chroni przed wpływem promieni, tak izolacja, brak dostępu do przekaźników ekspansji nowego świata (np. polskiej telewizji) sprzyja zachowaniu okruchów tego mijającego. Słońce i nowości mają jednak do siebie między innymi to, że prędzej czy później poprzez zmianę miejsca położenia, zmianę drogi, jaką docierają do celu, zetkną się z odbiorcą ostatecznie i zaczną na niego oddziaływać.

Konkludując: tak jak nie można nawoływać do absurdalnego wyjścia z tej sytuacji, polegającego na odcięciu podlaskich Białorusinów od cywilizacji i skłonieniu ich do kontemplowania swej białoruskości w samotności, obowiązkowej soroczce, a najlepiej pośród leśnej głuszy, tak też nie należy tej zauważalnej współzależności negować, gdyż jest ona niestety dostrzegalna gołym okiem niemal w każdym regionie Podlasia.

Jest jednak nadzieja. Na skutek działań władz Kazachstanu w ostatnich latach Jezioro Aralskie (a przynajmniej jego północna część pod jurysdykcją Astany) zaczęło ponownie zwiększać swą objętość, powracać do jeszcze niedawno ziejących pustką i wrakami kutrów portów, a wraz z nim powracają i dawni mieszkańcy nadbrzeżnych miejscowości. Odbywa się to mimo wieloletniego sowieckiego dziedzictwa tego kraju, które oduczyło troski o najbliższe otoczenie, wpoiło marazm i niechęć do wymagającej samozaparcia samodzielnej poprawy zastanego. Jak pokazuje ten odległy terytorialnie, acz bliski symbolicznie przykład, nawet w najtrudniejszych warunkach można przy odpowiedniej dozie dobrych chęci zatrzymać to, co wydawałoby się nieodwracalne. Również białoruskie jezioro nie musi zniknąć, a zasilenie jego wód może mieć miejsce właśnie dzięki nowym technologiom!

Stary świat i jego mieszkańcy odchodzą, nie zawsze przyjmując zdobycze zglobalizowanego, przychodzącego, ale następuje wymiana pokoleń. Młodzi Podlaszucy są dzięki internetowi w coraz częstszym kontakcie z Białorusinami za miedzą. Coraz więcej wiemy i uczymy się jedni o drugich. Pieśń może dziś płynąć w postaci elektronicznego pliku, a zdjęcia drogich nam miejsc jesteśmy w stanie udostępnić mieszkańcowi Grodna w przeciągu paru sekund. I choć granica stoi tak jak stała, a wysychanie białoruskiego jeziora trwa, to nie znaczy, że nie można skierować do niego nowej wody, a samą granicę skutecznie podziurawić łatwiej niż jeszcze lat temu dziesięć. Ba! Niektóre inicjatywy zdają się dzięki nowym technologiom być jak piłka przerzucana przez płot w dwóch gospodarstwach – nawet go nie dotykając. Mińsk – Białystok – Grodno – Bielsk. Białystok – Mińsk – Bielsk – Grodno. Wierzmy więc w dumnego Białorusina XXI wieku, który wciąż będzie miał na sobie soroczkę, rucznik w chałupie, a na zimę walonki, a oprócz tego… najnowszego tableta! Sam znam takich. Jeszcze być może nielicznych, ale do czasu.

W regionie

27 października w Centrum Kultury Prawosławnej w Białymstoku ruszyła kolejna edycja Wszechnicy Kultury Prawosławnej. Gościem pierwszego spotkania był Doroteusz Fionik – historyk, znany działacz i pasjonat białoruskiej, miejscowej kultury na Podlasiu. Spotkanie było poświęcone bieżeństwu, które stało się udziałem prawosławnej ludności Podlasia w latach 1915-1922. Przed prelekcją został pokazany film Jerzego Kaliny z 1999 r. pt. „Bieżeńcy”. Spotkania Wszechnicy Kultury Prawosławnej odbywają się w ciągu roku akademickiego w każdy ostatni poniedziałek miesiąca. Tej samej tematyce był poświęcony wykład następny. 24 listopada wygłosiła go Aneta Prymaka z Warszawy (pochodzi spod Sokółki).

30 października w Pałacu Branickich w Białymstoku odbyło się uroczyste wręczenie nagród Marszałka Województwa Podlaskiego (8 tys. zł) za osiągnięcia w dziedzinie twórczości, upowszechniania i ochrony kultury za sezon 2013/2014. Wśród sześciorga wyróżnionych osób znalazł się wspomniany Doroteusz Fionik, założyciel Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach. W uzasadnieniu napisano, iż laureata doceniono „za ogromny wkład pracy artystycznej, animatorskiej i wydawniczej na rzecz Ziemi Bielskiej”.

7 listopada na Scenie w Mozaikarni – w budynku Muzeum Białoruskiego w Hajnówce – odbyła się szósta edycja koncertów zespołów grających rockową muzykę w języku polskim i białoruskim „Muzyka bez zastrzeżeń” – „Музыка без засцярог”. Wystąpili: Borys Bezuhov-Somos Unidos, projekt muzyków takich białostockich formacji jak „Zero 85”, R.F. Braha czy Draped Feel, Relikt, znana grupa z Białorusi oraz Błękitny Nosorożec. Głównym organizatorem koncertu było Muzeum i Ośrodek Kultury Białoruskiej w Hajnówce. Przedsięwzięcie zrealizowano dzięki dotacji Ministra Administracji i Cyfryzacji, Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego i Urzędu Miasta Hajnówka.

8 лістапада юбілей 50-годдзя адзначаў хор „Васілёчкі” з Бельска-Падляшскага. Урачысты канцэрт адбыўся ў Бельскім доме культуры. Хорам з 1991 г. кіруе спявачка Ніна Бялецкая. З 2007 г. музычным кіраўніком з’яўляецца Мікалай Фадзін, які даязджае з Гродна. Віншуем з юбілеем!

9 listopada w Muzeum i Ośrodku Kultury Białoruskiej w Hajnówce odbyła się dziewiąta edycja białoruskich prezentacji z cyklu „Mastackija Sustreczy Szkolnikau”. W tegorocznym programie znalazły się występy grup z przedszkoli, podstawówek, gimnazjów i liceów. Głównym celem artystycznych spotkań dzieci i młodzieży szkolnej jest popularyzacja oraz ocalenie od zapomnienia języka i kultury białoruskiej wśród najmłodszych. Przedsięwzięcie przygotowali wspólnie Stowarzyszenie Nasza Szkoła oraz Muzeum i Ośrodek Kultury Białoruskiej w Hajnówce.

20 listopada w auli Wydziału Filologicznego Uniwersytetu w Białymstoku odbyło się sympozjum poświęcone Sokratowi Janowiczowi, zmarłemu prawie dwa lata temu najbardziej znanemu białoruskiemu pisarzowi i publicyście z Krynek. Podczas sympozjum wygłoszonych zostało dziewięć referatów, zaprezentowano też film Tomasza Wiśniewskiego „Sokrat Janowicz. Pisarz, Myśliciel, Filozof”. W panelu dyskusyjnym wzięło udział szereg osób, znających osobiście pisarza, współpracujących z nim przy wielu projektach, w tym Jerzy Chmielewski, Michał Androsiuk, Jan Leończuk, Joanna Stelmaszuk-Troc, Tomasz Wiśniewski, Dariusz Kulesza, Anatol Brusiewicz. Sympozjum zorganizowali: Instytut Filologii Polskiej, Zespół Badań Regionalnych, Katedra Kultury Białoruskiej i Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza (oddział białostocki).

21 listopada, prawie pięć dni po przeprowadzeniu wyborów samorządowych, ogłoszono oficjalnie skład sejmiku województwa. Najwięcej mandatów – 12 – zdobył PiS, drugi był PSL z 9 mandatami, trzecia PO – wprowadziła 8 radnych. SLD-Lewica razem będzie miała jednego radnego. PO i PSL zapowiedziały, że chcą kontynuować rządzącą Podlaskiem od dwóch kadencji koalicję.

Беларускае Грамадска-культурнае таварыства ў Беластоку пашырыла сваю культурную праграму яшчэ адным мерапрыемcтвам. 26 кастрычніка у памешканні арганізацыі па вул. Варшашскай 11 прайшоў першы конкурс „Спяваючыя сем’і”, у якім прынядо ўдзеў звыш дваццаці сямейных калектываў з Беластока, Козлікаў, Макаўкі, Міхалова, Рыбалаў, Тапалянаў, Курашава і Крыніцы-Здрою (на здымку).

21, 22 i 23 listopada w Galerii Arsenał w elektrowni przy ul. Elektrycznej w Białymstoku można było obejrzeć performatywne widowisko multimedialne „Metoda Ustawień Narodowych” w reż. Michała Stankiewicza. Projekt sięga do bolesnych wątków podlaskiej historii, gdy polski oddział PAS NZW kapitana Romualda Rajsa, ps. „Bury” spalił białoruskie wsie (Zaleszany, Szpaki, Zanie i Końcowiznę) i zamordował cywilów, których uważał za kolaborantów nowej władzy.
23 listopada w Hajnowskim Domu Kultury odbyły się XXI Prezentacje Zespołów Obrzędowych „Białoruski obrzęd na scenie”. W programie znalazły się m.in. wieczorki, fragmenty obrzędów rodzinnych, prac polowych, itp. Organizatorami przedsięwzięcia byli Zarząd Główny Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego i Hajnowski Dom Kultury.

W Internecie pod adresem puszczaknyszynska.cerkiew.pl. można od niedawna oglądać 80 cerkwi z regionu Puszczy Knyszyńskiej. Projekt pod nazwą „Cerkwie Puszczy Knyszyńskiej” został zrealizowany przez Sławomira Szeremetę, specjalistę od panoram 3D. Każdą z cerkwi można obejrzeć w trzech wymiarach, zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz, z lotu ptaka. Obecnie przygotowywany jest kolejny projekt, który pozwoli na wykonanie filmów w technologii 3D, ukazujących piękno Podlasia.
W Kruszynianach rozpoczęto budowę Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Będzie tam działać m.in. muzeum i sala historyczna. Budowa centrum, która dofinansowana jest ze środków unijnych, miała zakończyć się w tym roku, jednak gmina wyznaniowa, która realizuje inwestycję, miała problem ze zdobyciem wkładu własnego. Prace mogły ruszyć, gdyż brakujące środki na tę inwestycje, w wysokości 150 tys. dolarów, przekazał gminie rząd Kuwejtu. Koszt budowy centrum szacowany jest na 5,4 mln zł. Dofinansowanie w wysokości 3,5 mln zł pochodzi ze środków unijnych, z Regionalnego Programu Operacyjnego.
Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Hajnówce znalazł się na 27. miejscu w ogólnopolskim rankingu Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia i jest najlepszym szpitalem w województwie podlaskim. Ogłoszony przez dziennik „Rzeczpospolita” tegoroczny ranking szpitali „Złota setka”, obejmujący 100 najlepszych szpitali w Polsce, przygotowany został przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i ekspertów Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia. Oceniano wiele obszarów działania jednostek, które ujęte są w różne kategorie. Trzy podstawowe, za które otrzymuje się najwięcej punktów, to zarządzanie, jakość opieki, opieka medyczna. Hajnowski szpital łącznie zdobył 834,75 punktów na 1000 możliwych.

W kraju. W dniach 24-26 października w Warszawie odbył się IV Festiwal Białoruskiego Kina „Bulbamovie”. Tegoroczny program składał się z trzech bloków. W piątkowym dominowały tematy: Ukraina, Polska, Białoruś, w sobotnim – młode kino alternatywne, niedzielny zaś poświęcony był klasyce i przyszłości kina białoruskiego. Nagrodę główną festiwalu zdobył film w reżyserii Wiktara Krasouskiego „Stróż”. Filmy oceniało jury w składzie Wiktar Asluk, Andrej Kudzinienka, Andrej Rasiński i Jerzy Kalina. Festiwal organizuje Fundacja Sunduk. Projekt jest współfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu „Wspólne działania polsko-białoruskie 2014”.

„Archimandryta”, znany film Jerzego Kaliny, wyprodukowany przez TV Biełsat został zwycięzcą zakończonego 26 października Festiwalu Filmów Emigracyjnych „Emigra” w Warszawie. Festiwal organizuje Fundacja na Rzecz Mediów Polskojęzycznych za Granicą przy wsparciu Senatu RP i MSZ.

Od 3 do 28 listopada w holu Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie można było obejrzeć wystawę fotograficzną Marcina Dławichowskiego „3 wymiary Białoruś”. Fotografie ukazują życie codzienne Białorusi – ludzi, miejsca, codzienne zdarzenia. Prace powstały w latach 2009-2014. Marcin Dławichowski, rocznik 1979, jest fotoreporterem, absolwentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracuje z Polską Agencją Fotografów FORUM.
Statuetką Wielkich Pereł Polskiej Gospodarki w kategorii „kultura” nagrodził miesięcznik ekonomiczny „Polish Market” Leona Tarasewicza, malarza, mieszkającego i pracującego w Waliłach pod Gródkiem, profesora warszawskiej ASP. Wyróżnienia przyznawane przez miesięcznik skierowane są przede wszystkim do kreatywnych firm, ale wręcza się też je w takich kategoriach, jak kultura, nauka, krzewienie polskich tradycji i wartości społecznych. Wręczenie statuetek odbyło się 7 listopada w Zamku Królewskim w Warszawie. Tarasewicz swoją nagrodę odbierał wraz z innymi uhonorowanymi w tej kategorii – Sinfonią Varsovią oraz Biurem Projektowym JEMS Architekci Sp. z o.o. XII Gali Pereł Polskiej Gospodarki patronowali wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński, prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Michał Kleiber oraz rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie prof. Tomasz Szapiro.

Opinie, cytaty (10/2014)

opinie-04

– Moi rodzice opowiadali, jak sąsiednia wieś Potoka została spalona, w mojej rodzinie też jest ofiara nachodzenia przez „żołnierzy wyklętych”. Świętej pamięci moi rodzice wielokrotnie opowiadali, jak żołnierze przychodzili do domów, domagając się żywności, a gdy jej nie dostawali, szukali po komorach, zabierając wszystko, co znaleźli. Trudno jest mi wytłumaczyć, dlaczego imię „żołnierzy wyklętych” miałoby pojawiać się na Białostocczyźnie czy w samym Białymstoku.

Stefan Nikiciuk, białostocki radny z Forum Mniejszości Podlasia, „Gazeta Wyborcza. Białystok”, 18 września 2014

– Agresywne zachowania Rosjan wobec Ukrainy będą wpływały na decyzję naszego wschodniego sąsiada, ale warto zabiegać o mały ruch graniczny między Polską a Białorusią. Mamy obecnie sytuację brutalnej przewagi siły nad prawem, o charakterze politycznym i gospodarczym, ale musimy reagować na tę agresję na Ukrainie. Musimy też to przetrzymać w nadziei, że Moskwa wcześniej czy później wróci do modernizacji. Mam nadzieję, że związanie się Ukrainy ze światem zachodnim to będzie klucz do Rosji.

Prezydent RP Bronisław Komorowski podczas Wschodniego Kongresu Gospodarczego w Białymstoku, za: „Gazeta Wyborcza. Białystok”, 20 września 2014

 

Konstanty Bondaruk: A czy ja muszę mówić po polsku?
Głos z sali: Tak!
Oto i białoruski mit w Białymstoku! Lepiej dyskusja na ten temat zacząć się nie mogła
Ale Kastuś nia zdausia:
– A czamu? Ja oczywiście mogę, ale to będzie nie to. Toj ža Sakrat Janovič kazau,što „možaš pisać jak Šekspir, ale kali nie na svajoj movie, dyk heta budzie niaščyra”. (Jarosław Iwaniuk)
Będziemy – Białorusini w Polsce – istnieć jeszcze przez jedno pokolenie. (prof. Oleg Łatyszonek)
Jako Białorusini w Polsce przetrwamy nie dłużej niż w jednym pokoleniu. Pozostaną jedynie grupy wzajemnej afiliacji i pojedyncze elektrony. (Jerzy Kalina)
Aleh mnie skazau, što heta nie praroctva i navat nie jahony pohlad. Heta prosta – navuka. (Jarosław Iwaniuk)
To i tak dobro, bo ja dumau, szto ja budu aposznim 🙂 (Krzysztof Sieśkiewicz)

O debacie „Białoruski mit” 31 sierpnia 2014 w Białymstoku (na facebooku)

 

Nie wszyscy musimy być tacy sami – Joanna Czaban (10/2014)

– Jak ty mówisz?! – z oburzeniem zwraca mi uwagę sąsiadka, kobieta w podeszłym wieku. Przyłapała mnie przed moim domem w Krynkach na rozmowie telefonicznej z dobrą znajomą stąd w tutejszym języku. – Czy pani w czymś przeszkodziłam? – zapytałam ze śmiałością. – Tak, bardzo. Widzisz ten las? – wskazała ręką na oddaloną o około trzysta metrów zalesioną granicę polsko-białoruską – tam jest twoje miejsce. Tu jest Polska i masz mówić po polsku!
Lena Rogowska, nieco ponadtrzydziestoletnia absolwentka filozofii, wiedzy o teatrze i gender studies, postanowiła podać Krynkom pomocną dłoń. Nie jest sama, ma sprzymierzeńców zrzeszonych w warszawskim Stowarzyszeniu Praktyków Kultury. Ich domeną jest animacja kultury i antydyskryminacja. Chcą pracować z miejscowymi dziećmi, bo te można jeszcze uchronić, ukierunkować.
Masz skończone świetne studia, dlaczego wybrałaś ciężki bądź co bądź kawałek chleba?
– Oczywiście chciałam zajmować się wielką sztuką. W trakcie studiów pracowałam jako aktorka w teatrze postgrotowskim na warszawskiej Pradze, w tak zwanej gorszej dzielnicy. Było tam sporo dzieciaków wychowujących się na ulicy. Nasz teatr trochę im przeszkadzał, bo głośno śpiewaliśmy takie dziwne piosenki, chodziliśmy na szczudłach. Bardzo im się to nie podobało, rzucali kamieniami w okna, robiło się trochę niebezpiecznie. Stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w ich dzielnicy, to musimy coś z tym zrobić. Zaprosiliśmy dzieciaki do teatru. Oczywiście odmówiły. Wyszliśmy na ulicę z projektem warsztatów szczudlarskich, udało się. Pomyślałam wtedy, że to jest to, co naprawdę chciałabym robić.
Do Krynek też przyjechaliście ze szczudłami.
– Jest w nich duży element ryzyka. Pomyśleliśmy że to się może spodobać. W nauce chodzenia na szczudłach fajne jest to, że dziecko musi chwycić mnie za obie ręce, musi mi zaufać. Chodząc jesteśmy zwróceni do siebie twarzami, mamy kontakt wzrokowy, rozmawiamy. To świetny sposób na nawiązywanie relacji. Później można już robić coś więcej.
Urodziłaś się w Białymstoku, czy ma to jakiś związek z twoją percepcją wielokulturowości?
– W czasach liceum mówiono nam, że Białystok jest wielokulturowy. Byłam w Tykocinie, fascynowałam się trochę historią żydowską. Bardziej jednak słyszałam o wielokulturowości, niż tego doświadczałam. W Białymstoku nie ma synagog, wszelkie ślady przeszłości są zupełnie zamazane. Mówiono mi, że tu było wielokulturowo, ale ja średnio w to wierzyłam. Skończyłam też akademię treningu antydyskryminacyjnego, gdzie również się zajmowałam kwestiami wielokulturowości. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od uchodźców z północnego Kaukazu i Afryki. Wielokulturowość dotarła do mnie dzięki pracy z nimi.

Cz10_2014_srod

Lena Rogowska z jedną z kryńskich uczestniczek projektu „Pograniczni”

Jaki jest główny cel twoich działań?

– Najbardziej zależy mi, by nasze społeczeństwo nie miało wizji i aspiracji, iż wszyscy musimy być tacy sami. Ostatnio mój tata zabrał się za trzepanie dywanu w niedzielę. Nagle pewien pan zaczął na niego krzyczeć z okna: „Przestań pan trzepać ten dywan, niedziela jest, k…, ja tu mszy słucham!”. Ojciec przeprosił, ale postanowił dokończyć pracę. Ten pan przyprowadził kolegę z zamiarem nabicia ojca, bo niedziela. Groził, że wezwie policję. A przecież różni ludzie mają różnie. Niektórzy świętują w niedzielę, inni w sobotę, a jeszcze inni w piątek. Stajemy się państwem kościelnym i to mnie przeraża. Nie tak dawno byłam w graniczącym z Ukrainą Dołhobyczowie. Tam starsze panie boją się śpiewać po ukraińsku, bo sąsiadki zarzucają im wtedy brak patriotyzmu. Przeraża mnie „Biały Białystok” pełen niechęci, nienawiści i niezrozumienia. Przeraża, że żyjemy na pilnie strzeżonej krawędzi Unii Europejskiej i spostrzegamy ludzi po jej drugiej stronie jako gorszych od nas.
Prawdziwa misjonarka z ciebie.
– Niektórzy mówią na mnie aktywistka, albo po prostu wariatka.
Czym są „Pograniczni”?
– To nazwa projektu realizowanego przez warszawskie Stowarzyszenie Praktyków Kultury, którego jestem prezesem. Polem działania są małe przygraniczne miejscowości z bagażem różnych incydentów na tle nacjonalistycznym bądź rasistowskim.
Dlaczego akurat Krynki?
– Bo zostały umieszczone we wznawianej co cztery lata „Brunatnej Księdze” incydentów rasistowskich i nacjonalistycznych. Jest tam o dwóch wyrokach w Krynkach ze względu na zbrodnie nienawiści. Chciałam to robić na Podlasiu, bo stad pochodzę. Poza tym tu są tatarskie Kruszyniany, tu byli Żydzi. Wchodząc na strony internetowe domów kultury zauważyłam, że tu coś się już robi. Nie wszędzie jest przyzwolenie na tego typu działalność.
Twoje doświadczenia?
– Czuję tę gwarę, zwaną prostą, dotychczas nie wiedziałam, że tak się to nazywa. Nie wiedziałam też, że jedna z dziewczynek przychodzących do nas na zajęcia ma tatę Tatara. Próbujemy z dzieciakami rozmawiać o wielokulturowości, ale mam wrażenie, że to jest strasznie deklaratywne. Zgodnie deklamują: Tak, tu są cztery kultury. Zapytałam ich, czy są tu jeszcze jacyś Żydzi? Ktoś powiedział: Jest jeden Żyd, chodzi i mówi hu,hu. Nie, to Tatar – wtrącił się kolejny. Nie to nie Tatar, to jest jakiś inny. Im się to wszystko miesza. Wiedzą, że chodzi o kogoś dziwnego, innego, ale nie wiedzą, kim on jest dokładnie. Zastanawiamy się, jak o tej wielokulturowości rozmawiać, żeby dzieciaki zobaczyły, że to ich dotyczy, że wszyscy jesteśmy mieszańcami.
W pracy z miejscowymi dziećmi chodzi nam o dotarcie do spraw, które naprawdę ich poruszą. Chcemy zmotywować ich do odważnego wyrażania swojej opinii, wyzbycia się uległości. Być może nie ma takich rzeczy, może wielokulturowość i fakt, że się urodziły w Krynkach, nie są dla nich ważne. Pamiętam, że przebywając w dzieciństwie na koloniach w towarzystwie dzieci z Krakowa i Warszawy, sama wstydziłam się, że jestem stąd. Odczuwałam podział na dzieci lepsze i gorsze. To był jakiś wątek mojej tożsamości. O takich wstydliwych rzeczach warto rozmawiać. Ich przemilczanie może przerodzić się w nienawiść do innego.
Co dalej?
– Jesteśmy tu po raz drugi, ale już planujemy kolejną wizytę. Teraz dzieciaki będą musiały wykreować swoje własne działanie wielokulturowe bądź antydyskryminacyjne. Potem na bazie tych działań zorganizujemy grę miejską. Materiały uzyskane w „Pogranicznych” posłużą nam do opracowania i wdrażania warsztatów antydyskryminacyjnych w szkołach. Chodzi tu o dostęp do jak największej grupy odbiorców. Warsztaty te potrwają do czerwca przyszłego roku. Na tym projekt zakończymy. Zobaczymy, jak nam to wyjdzie. Jeśli dzieciaki będą chciały dalej z nami współpracować, to wymyślimy jakąś kontynuację.
Twój Dekalog brzmi…
– Trudne pytanie, myślę, że bardzo jest ważne, żeby się nie wykluczać. Zajmując się na poważnie antydyskryminacją, zauważyłam że w życiu bardzo często coś wykluczamy. Świadomie bądź nie. Gorzej traktujemy osoby inne niż my. Mnie też się to zdarza. Zawsze staram się z tym walczyć. Za każdym razem, gdy się na tym łapię, bo też takie błędy popełniam, staram się z tym walczyć. Chodzi o ciągłą pracę nad stereotypami i uprzedzeniami i nad tym, żeby nie wykluczać.
Rozmawiała Joanna Czaban■