Leon Moenke. Tundra

4.

Postanowiłem iść „va banque”. Przeprawić się przez rzekę przy pomocy ludzi, nie bacząc na to, kto siedzi po tamtej stronie w tajemniczych namiotach. Doprowadziwszy siebie do względnego porządku, udaliśmy się na brzeg naprzeciwko wsi.
– Zenku, zaklinam cię! Nie gub wszystkiego tak blisko mety. Pożałuj wysiłków naszych i wszystkiego, cośmy przecierpieli! Będzie to samo, co pod Biełoostrowem. Zaklinam, nie rób tego! – mówiła żona, idąc w ślad za mną.
Milczałem.
We wsi przez dłuższy czas nie zwracano na nas uwagi. Około kwadransa staliśmy na brzegu, wołając o łódź. Kobiety i mężczyźni zajęci byli swoją robotą, nie reagując na nasze wołanie: „Łódkę! Przewóz!”
Ta obojętność i niepokoiła mnie i jednocześnie dodawała otuchy. Niepokoiła, bo na okrzyki mógł zwrócić uwagę ktoś niepożądany, z drugiej zaś strony dodawała otuchy, ponieważ świadczyła o braku zainteresowania nami, co mogło wyjść nam tylko na korzyść.
Wreszcie podszedł do przystani jakiś mężczyzna. Znów wrzasnąłem, nie wiem już po raz który.
– Łódkę!
– Zaczekasz! – odpowiedział tonem człowieka, który nie zwykł rozkazywać i wolno, nie śpiesząc się, wziął wiosła i zaczął odwiązywać łódź.
Wiosłując, przez cały czas był zwrócony twarzą w naszą stronę, obserwując nas z ciekawością.
Po pozdrowieniach i usadowieniu się w łodzi nastąpiła indagacja:
– Z daleka?
– Tak, z daleka – brzmiała odpowiedź.
– Z Ury?
– Tak, z Ury.
– Idziecie pieszo?
– Tak, pieszo.
– A coście za jedni?
– Badacze – geolodzy. Szukamy żelaza.
– To dobrze – zauważył udobruchany brodaty nasz interlokutor. – Będziemy mieli kosy przynajmniej. Bo zupełnie się zniszczyły i nie ma skąd dostać.
A po chwili milczenia dodał:
– Wprost choć rękami trawę rwij.
Smutna rzeczywistość sowiecka po prostu tryskała
z jego uwag.
Kolejno i ja zacząłem go wypytywać.
– A wy kim jesteście? – spytałem najpierw.
– Pastuch… Pasę jelenie w tundrze.
– A co to za namioty stoją tam u was na górze?
– A ot mieszkają u nas tacy sami jak wy, badacze – geologowie… Złota szukają.
Odetchnąłem. A więc to nie GPU. Lecz niebezpieczeństwo jednak nie minęło. Zmodyfikowało się tylko. Spotkanie z geologami, przy posiadanej przez nas wiedzy geologicznej, groziło wsypą.
Ładna sprawa – pomyślałem. Przybyliśmy szukać żelaza tam, gdzie specjaliści szukają złota.
Lecz poznać dręczącego nas niepokoju nikt by nie potrafił. Zachowywaliśmy nadal spokojną pewność siebie.
Ta krótka wymiana zdań wyświetliła mi wszystko na razie. Kontynuowanie rozmowy nie miało żadnego celu. Ba, nawet było niebezpieczne. Lecz milczenie miało tę niedogodność, iż mogło spowodować nowe pytania ze strony przewoźnika. Należało tego uniknąć, biorąc inicjatywę w swoje ręce. Przyszła mi z pomocą żona, gaworzac z nim w stylu kobiecym o różnych głupstwach związanych z jeleniami i tundrą. Od czasu do czasu tylko jakimś rzuconym słowem podsycałem rozmowę. Podczas takiej ożywionej rozmowy przybyliśmy do brzegu.
Spytałem naszego przewodnika, ile się mu należy za przewóz. Wobec niezdecydowanej odpowiedzi dałem mu rubla. Ten rubel ostatecznie nastroił go ku nam zyczliwie. Jego dziękczynno-usłużny uśmiech mówił mi o gotowości do dalszych usług. Wyczuwało się od razu, że zarobki tu są rzadkie i pieniądze, nawet sowieckie, mają dużą wartość.
Powitalnym rykiem spotkały nas na brzegu krowy.
Jeszcze wczoraj, patrząc na skoszone siano i słysząc porykiwanie krów, żona rozpływała się w marzeniach o szklance mleka. Nawet na tamtym brzegu czuła lub raczej zdawało się jej, ze czuje jego zapach. Teraz zaś krowy były tak blisko. Błagalnym i pełnym pożądania spojrzeniem patrzyła to na krowy, to na mnie. Głodny byłem również i ja.
„Kurier Wileński” nr 134, 17.05.1938 r., s. 6

Dotychczasowe położenie uczyniło nas odważnymi, a chęć, wprost żądza najedzenia się, wypicia świeżego mleka – szalonymi i bezczelnymi zarazem. Długo się nie namyślając, zwróciłem się do naszego przewodnika:
– A gdzie tu u was można mleka kupić?
– A o, tutaj – odparł chętnie, wskazując na chatę z lewej strony. – Tutaj i nauczycielka mieszka – dodał, spodziewając się, że perspektywa tego towarzystwa sprawi nam przyjemność.
– A gdzie jeszcze? – spytałem, dziękując mu w duchu za tak cenną informację.
Rozczarowany w swych oczekiwaniach przewoźnik wskazał nam jednak inną chatę na skraju wsi.
– Tam jest ludzi mało i mają krowę… Tam również chętnie sprzedadzą mleka…
To nam całkiem dogadzało. W towarzystwie przewodnika skierowaliśmy się do wskazanej chaty.
Po drodze usłyszeliśmy skierowane do naszego towarzysza pytania w języku samskim1, dotyczące nas. Rozmowa toczyła się w języku dla nas niezrozumiałym, lecz odpowiedź naszego przewoźnika brzmiała w tonie uspokajającym. Zrozumieliśmy z niej tylko wyraz „geolodzy”.
Wszystko dotąd układało się pomyślnie. Rubel okazywał swój dobroczynny wpływ.

W gościnie u Samów
Gdyśmy się zbliżyli do chaty, gospodarz już oczekiwał nas na progu. Dowiedziawszy się o celu naszej wizyty i zasięgnąwszy informacji cośmy za jedni, gospodarz, wcale nie zdziwiony naszą wizytą, udał się do chaty i po krótkiej naradzie z żoną dał nam odpowiedź przychylną.
Ja nabierałem odwagi i czelności z każdą chwilą.
– Do mleka by się chleb świeży przydał, gospodarzu – rzekłem znowuż. – Suchary sprzykrzyły się nam w tundrze.
W milczeniu gospodarz skierował się ku drzwiom i wydał jakieś zarządzenie. Byłem przeświadczony, że treść jego była dla nas pomyślną. Staliśmy w oczekiwaniu przed chatą. Gospodarz usiłował bawić nas rozmową, zadając nam szereg pytań, co chwilami trąciło badaniem. Niezbyt to mi się podobało i z niecierpliwością oczekiwałem końca tych indagacji. Opowiadałem co mi ślina przyniosła na język. Starałem się jednak zapamiętać wszystkie swe odpowiedzi, aby potem nie przeczyć samemu sobie. Z przyjemnością przy tym obserwowałem, że wyraz twarzy mego rozmówcy stawał się coraz mniej badawczy i niedowierzający, a coraz bardziej dobroduszny i serdeczny.
Gdy w izbie wszystko już zostało przygotowane na nasze przyjęcie, zaproszono nas do wnętrza.
Na stole stała olbrzymia misa z mlekiem, na talerzu leżały kawałki chleba i ryby. Ponadto na stole stała cukiernica napełniona drobnymi kawałeczkami cukru. Od razu z tego widać było, jaką wartość przedstawia tutaj cukier. Stół był pierwszym meblem, na który zwróciłem uwagę. Zadowolony z zastawy stołowej rozejrzałem się po samskiej izbie. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to jej przestronność. W pierwszej chwili ni mogłem się połapać, czego tu brak? Lecz czegoś najwyraźniej brakowało w urządzeniu izby. Dopiero gdy wzrok mój padł na niedużą żelazną płytę kuchenną na prawo od wejścia, zrozumiałem – nie było wielkiego pieca, tego niezbędnego akcesorium izb włościańskich i dlatego właśnie wydała mi się izbą przestronną. Podłoga była drewniana. Z umeblowania oprócz stołu i taboretów zauważyłem dwa drewniane łóżka. Trochę w bok od środka izby leżała na podłodze skórzana kołyska-futerał, a w niej dziecko. Na ścianach nie było ani obrazów świętych, ani portretów „wodzów”. To były moje pierwsze spostrzeżenia.
Usiedliśmy przy stole. Teraz już i gospodyni zaczęła ugaszczać nas nie tylko jadłem, ale i pytaniami. Pytania były te same, co i poprzednio, lecz teraz już dawałem odpowiedzi bardziej skonkretyzowane. Ale padło również i nowe pytanie, które kazało mi mieć się na baczności przed tym „sędzią śledczym” w spódnicy.
„Kurier Wileński” nr 135, 18.05.1938 r., s. 6

– Która godzina? – zapytała ona raptem, widząc u mnie na ręku zegarek.
Spojrzałem i rzekłem:
– Kwadrans po pierwszej.
– Ja i tak wiedziałam, że nasz zegar się późni.
Teraz dopiero zauważyłem zegar na ścianie. Wskazówki stały na pół do dwunastej. Te słowa: „Ja i tak wiedziałam” były wypowiedziane tonem, który dowodził, że moja odpowiedź nie jest dla niej niespodzianką, że pytanie było zadane nie w celu dowiedzenia się godziny, lecz skontrolowania, czy nasz zegar idzie według czasu moskiewskiego, czy zachodnioeuropejskiego. Uprzytomniłem sobie tę różnicę w czasie. Moje przypuszczenie znalazło potwierdzenie, gdy gospodyni nie zdradzała najmniejszego zamiaru podejścia do zegara i uregulowania go. Wynikało stąd, że oni żyli według tego „późniącego się” zegara i będą żyli nadal, że nie jest to wypadkowe opóźnienie, lecz że zegar ich idzie według czasu słonecznego!
Ich, rybaków i hodowców reniferów, nie obchodzi czas oficjalny! Oni żyją i pracują według słońca!
Dopiero tutaj, w tej chacie, w głuchej wsi, o dwadzieścia kilometrów od granicy, przekonałem się o prawidłowości moich domysłów co do powodów naszego błądzenia. I dziękowałem Bogu, że pod Murmańskiem nie udało mi się sprawdzić godziny na swoim zegarku, ponieważ wtedy byłbym całkowicie zdezorientowany i zgubiony. Chcąc nie chcąc musiałem w dalszej podróży kierować się swymi domysłami, które tutaj, nad samą granicą, okazały się tak zgodne z prawdą. Zegarek mój nie zawinił. To ten przeklęty czas sowiecki, o którym zapomniałem, trzymał nas w worku sowieckim, nie wypuszczając zeń. Lecz jednocześnie stawało się jasne, jakim sprytnym i niebezpiecznym sędzią śledczym była gospodyni.
Ta moja ocena gosposi nie przeszkodziła mi jednak być bezceremonialnym. Do nadzwyczaj smacznej ryby poprosiłem, a raczej zażądałem, masła.
Podczas poczęstunku nie przestawaliśmy chwalić i chleba, i ryby, i masła, udowadniając swój zachwyt czynem, mianowicie konsumując jadło w bardzo pokaźnych ilościach. Dziwiłem się jednocześnie żonie, z jakim sprytem schlebiała gospodyni, ze wszelkimi szczegółami wypytując ją, jak piecze ten całkiem niekwaśny, a nadzwyczaj słodki i smaczny chleb.
Pochwały te miały swój cel. Gdyśmy już podjedli, oświadczyłem gospodyni, iż pragnąc urozmaicić nasze odżywianie się w tundrze, chciałbym kupić u niej trochę tej smacznej ryby, masła i tego wybornego chleba.
Z masłem i rybą sprawa poszła gładko, lecz na temat chleba powstała rozmowa.
– Ludziom dają nieduże „pajki”2, a psom jeszcze mniejsze – mówiła gospodyni. – A pies ciężko pracuje. Ciągle biega, biega. Nie podsypiesz mąki – nie pociągnie. A cóż będziesz robić bez psów? Na swoje własnej parze ani daleko, ani prędko nie zajedziesz3.
Widząc jednak, iż to nie robi na nas żadnego wrażenia, gospodyni broniła się w dalszym ciągu.
– Znowuż i pieca swego nie mamy. Czekaj, póki kolejka do ciebie dojdzie. Na całą wieś jest parę pieców. Innym razem i bez chleba z całą rodziną siedzieliśmy. Cóż będziesz robić, jeśli pieca swego nie ma?
Tu dopiero zrozumiałem, iż obecność płytki żelaznej, a brak pieca wielkiego, zajmującego czasem trzecią część chaty, nie jest zdobyczą kultury w tej pustyni polarnej, lecz nieszczęściem.
– A czemuż nie postawicie pieca u siebie? – spytałem wówczas.
– Już dawno chcieliśmy postawić piec i postawilibyśmy, lecz nie ma cegły i dostać jej nie ma gdzie. Staraliśmy się o to.
– Więc czemuż sami nie zrobicie?
– Gliny nie ma… Kupilibyśmy cegłę, ale jej nie przywożą – dodała po chwili.
Jakiegoż biurokratę obchodzą podobne potrzeby Samów (Lapończyków)? Czy nad nim „kapie”? Czy w planie przewidziana jest budowa pieców u Lapończyków? Jest rozkaz z góry? Przeprowadza się kampanię masową? – rojem przeszło mi przez głowę.
Pomimo przekonywujących argumentów o ludzkich i psich „pajkach”, o piecu, trwaliśmy jednak przy swoim. W domaganiu się chleba byliśmy nieubłagani. I nie dziw. Cóż znaczą bowiem masło i ryba, jeśli nie ma chleba? Jeśli u nas pozostało tylko parę garści okruszyn, raczej pyłu chlebowego, który przy jakże skromnych porcjach naszych mogło wystarczyć jedynie na dwa posiłki?
Aby się stać bardziej przekonywującym, wydostałem banknot dwudziestorublowy. Gospodyni ustąpiła, dając nam prawie dwufuntowy kawał chleba. Było to bardzo poważnym uzupełnieniem naszych zapasów.
Spytałem, ile się od nas należy. Gospodyni zażądała cztery czy pięć rubli. Nie oponowałem. Było to bardzo tanio. Dorzuciłem jej jeszcze rubla. Widziałem na jej twarzy zadowolenie. Było to nam na rękę.
Cdn ■

Leon Monke, Tundra

3.

To wszystko stwierdziliśmy wieczorem, gdy robiliśmy podsumowanie spostrzeżeń naszych za ten dzień.
– Lonku! – zwróciła się do mnie wówczas żona – busoli nie mamy. Na mapie polegać nie możemy. Zegar, jak sam twierdzisz, idzie nie wiadomo po jakiemu. Powiadasz, że śpieszy dwie godziny, ale skąd masz pewność, że teraz już nie jest inaczej, że dziś, jutro, pojutrze nie będzie jeszcze bardziej śpieszył? Póki czas, póki jeszcze nie za późno, póki możemy jeszcze znaleźć drogę, wracajmy do Murmańska. Zginiemy tutaj, w tej bezludnej pustyni!
– I cóż w Murmańsku będziesz robiła? – odrzekłem z goryczą.

– Wróćmy do Leningradu. Ten, który dopomógł nam zdobyć pieniądze, dopomoże nam i uciec w jakikolwiek sposób. On może pomóc! – zapewniała z żarem i przekonaniem.
– Może tobie, jako kobiecie w ciąży, i zechce pomóc – odrzekłem na to po namyśle. – Zatrzymywać ciebie tutaj nie śmiem wobec tego. Lecz ja do niego już więcej zwracać się o pomoc nie będę. Zostanę tu i pójdę dalej. Mogę tylko odporawić ciebie z powrotem do jezior pod Murmańskiem, skąd wyruszyliśmy dzisiaj. Stamtąd i sama już drogę znaleźć potrafisz. Zwracam ci tylko uwagę, iż zanim siądziesz na pociąg, możesz zginąć jeszcze po tej stronie fiordu, jak omal nie zginęliśmy pod samym Murmańskiem. Zguba i śmierć czyhają na ciebie czy pozostaniesz ze mną, czy też będziesz wracała sama – skończyłem.
– Jeśli zginąć, to razem – odrzekła żona z desperacją w głosie i już więcej do tego tematu nie wracała przez cały okres naszego pobytu w tundrze.
W ciągu tego dnia, pomimo gumowych fartuchów, tak przemokliśmy, iż po raz pierwszy za czas tułaczki w tundrze zdecydowaliśmy się na rozpalenie ogniska, żeby się choć trochę wysuszyć przed udaniem się na spoczynek.

Dnia następnego, nie patrząc na mapę, a orientując się wyłącznie według słońca i zegarka, korygując go na dwie godziny wstecz, posuwaliśmy się bez szczególnych przygód w kierunku północno-zachodnim. Pogoda nie dopisywała. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i suszyliśmy ubranie.

Dnia 6 tego miesiąca, kiedy zbliżaliśmy się ku wielkiej rzecze, żona wpadła po pas w błoto. Z wielkim trudem udało się jej wydostać z bezdennego grzęzawiska, łapiąc się rękami za pobliskie kępy. Wiele trudności sprawiła nam też przeprawa przez rzekę. Była to górska rzeka, w miejscach spokojnych szeroka i głęboka, na kamienistych zaś porohach szalejąca w pędzie. O przepłynięciu w miejscach spokojnych i szerokich nie mogło być mowy ze względu na temperaturę wody, która wydawała się wprost lodowata.
Przeszliśmy więc ją w bród powyżej jednego z porohów, chociaż nadzwyczaj silny prąd przy nader śliskim dnie groził w każdej chwili porwaniem nas z sobą. 40 minut trwała ta lodowata kąpiel po pas i wyżej. Pomimo naszych uzasadnionych obaw, że się rozchorujemy, nie złapaliśmy nawet kataru.

Va banque

10 września, w szesnastym dniu naszego pobytu w tundrze, a ósmym po powtórnym opuszczeniu Murmańska, gdy wyczerpanie fizyczne, wywołane przemarszem oraz nędznym odżywianiem się, osiągnęło, zdawało się, punkt kulminacyjny – w południe zbliżyliśmy się ku drugiej, jeszcze bardziej obfitującej w wody i porohy, rzece. Po obu jej brzegach ciągnęła się niezbyt duża, lecz rozciągnięta na szerokiej przestrzeni wieś. Była to pierwsza napotkana przez nas po oddaleniu się od Murmańska osada ludzka. W odległości 20 kilometrów stąd w linii powietrznej, którą to odległość można przebyć w ciągu jednego dnia dość forsownego marszu, leżała granica. Po dokonaniu tego odkrycia nabraliśmy werwy i otuchy.
Sąsiedztwo jednak osady ludzkiej stanowiło dla nas wielkie niebezpieczeństwo. We wsi tej, jak o tym dowiedzieliśmy się jeszcze w Murmańsku, znajduje się posterunek OGPU. Wobec tego, chcąc przeprawić się przez rzekę, a nie wpaść w pułapkę, musieliśmy zachować jak największą ostrożność.
„Kurier Wileński” nr 124, 7.05.1938 r., s. 6

Ze względu na to drugą część dnia poświęciliśmy na rekonesans i obchodzenie tej tak wyciągniętej po obu brzegach rzeki osady. Dokonaliśmy tego pełzając po urwiskach nad osadą.
Osada składała się z dwóch części. Pierwsza położona w dole rzeki na prawym brzegu, gdzie oprócz zwykłych chat chłopskich były widoczne i solidniejsze budynki, zapewne „sielsowiet” i posterunek GPU, druga – rzucona w odległości paru kilometrów od pierwszej w górę rzeki na lewym brzegu, gdzie oprócz chat stały jakieś trzy tajemnicze, białe namioty.
Co się znajduje pod tymi namiotami? Czy jest to czasowy letni posterunek GPU, czy też schronisko badaczy-geologów? Pytanie to niepokoiło nas niezmiernie. Od tego bowiem zależał w znacznym stopniu nasz los. Lecz z góry tego zbadać nie było żadnej możliwości. Ruszyliśmy więc dalej.

Niezbyt daleko od wsi, w górze rzeki, usłyszeliśmy niezwykle silny szum wody. Woda dudniła. Zeszliśmy ku rzece. Wtłoczona pomiędzy skały rzeka toczyła się białymi, wrzącymi wodospadami, burzyła się, pieniła, podskakiwała do góry na stromych, skalistych porohach. W dół i w górę od tego miejsca rozciągały się spokojne rzeczne głębiny. Tak jak i w rzece poprzedniej temperatura wody była bardzo niska i o przepłynięciu jej w szerokich a spokojnych miejscach nie można było marzyć.
Jedynym możliwym miejscem przeprawy przez rzekę były, jak nam się zdawało, te właśnie porohy, gdzie huk wodospadów zagłuszał nawet głos ludzki. Musieliśmy krzyczeć, by się porozumieć, stojąc obok siebie. Rzeka mknęła szybciej niż huragan. Ruszyliśmy.

Gdy doszedłem w ten sposób prawie do połowy rzeki, obejrzałem się. Żona opierając się oburącz o kij, zwróciła się nagle plecami do prądu. W tej że chwili pęd wody uderzył w nią, jak wiatr w żagiel, podniósł ją i poniósł po kamieniach ku głównemu wodospadowi, do którego odległość zmniejszała się błyskawicznie. Z zapartym z przerażenia oddechem stałem bez ruchu. Już dzieliło ją zaledwie kilka kroków od skraju wodospadu. Ściemniało mi w oczach. Jakiś krzyk przywrócił mi wzrok. Nad samym prawie wodospadem stała żona po piersi w wodzie, uchwyciwszy się oburącz o wystający głaz. Widząc jej otwarte usta, raczej domyśliłem się, niż słyszałem jej rozpaczliwe krzyki o pomoc. Czym prędzej rzuciłem się ku niej, ryzykując lada chwila, że zostanę również porwany przez prąd. Lecz zanim zdołałem dotrzeć, żona już o własnych siłach pokonała niebezpieczeństwo, stojąc bokiem ku prądowi i znajdując oparcie dla nóg. Na szczęście kija z rąk nie puściła.
Wypadek ten był zbyt poważną dla nas przestrogą, byśmy mogli kontynuować rozpoczętą w ten sposób przeprawę. Mogłem łatwo nawet nie zauważyć jej śmierci w nurtach wodospadu, nie mówiąc już o możliwości pomocy, chociaż byłem odległy od niej zaledwie o kilka kroków.
W milczeniu wracaliśmy na brzeg. Żona co chwila odwracała wzrok ku górze, gdyż prąd wody wywoływał
u niej zawroty głowy.
Gdyśmy już byli na brzegu, spojrzałem na zegarek: pół godziny trwała nasza niefortunna przeprawa.
Żona wydostała się na brzeg przemoknięta do nitki.

Na brzegu odbyliśmy naradę. Żona zaproponowała, byśmy szli w górę rzeki do miejsca płytkszego, gdzie przeprawa byłaby łatwiejsza. Przypuszczalnie mogło nam to zająć około trzech dni, nie włączając czasu na osiągnięcie granicy i odnalezienie wioski fińskiej. Prowiantu zaś mieliśmy tylko na ten jeden dzień. Na dzień następny pozostawało tylko po kawałeczku cukru i masła. Sucharów już nie było. Siły zaś żony do głodówki i nadzwyczajnych wysiłków fizycznych wyczerpały się znacznie. Moje fizyczne samopoczucie również pozostawiało wiele do życzenia. W tych warunkach propozycja była nie do przyjęcia, ponieważ wykluczała możność skorzystania z pomocy ludzkiej w razie całkowitego wyczerpania jej sił. Czułem, że to wyczerpanie już się zbliża. Stan żony w ostatnich dniach niepokoił mnie coraz bardziej. Widziałem z jakim nadzwyczajnym wysiłkiem wstawała z rana, by rozpocząć nowy dzień tułaczki. Był to wszak szesnasty dzień włóczęgi, połączonej w ostatnich dniach z nader mizernym odżywianiem się. W perspektywie zaś, od dnia jutrzejszego, czekał nas wikt św. Antoniego, grzyby i jagody – i znów nadludzkie wysiłki w ciągu wielu dni. Iść w górę rzeki w tych warunkach równało się samobójstwu, tym bardziej dla niej, kobiety w szóstym miesiącu ciąży.
„Kurier Wileński” nr 125, 8.05.1938 r., s. 8
Cdn ■

Leon Moenke, Stawka o życie (31)

– To nic. Do pracy przecież dzisiaj nie pójdziecie – pocieszał dwuznacznie gepista. Czuło się pewne skonfudowanie w głosie, lecz usiąść mimo to nie prosił.
– Co macie w tej teczce? – zwrócił się do mnie znienancka.
– Proszę… – i wydobyłem z niej mokre jeszcze kostiumy kąpielowe.
– Wasze dokumenty?
Podałem mu legitymacje, związkową i partyjną. Schwycił natychmiast za tę ostatnią.
– Numer „partbiletu”?
– Jeden, sześćset osiemnaście, dziewięćset dwadzieścia osiem.
Przyjrzał mi się uważniej.
– Wasz podpis?
Podpisałem się dwukrotnie – po białorusku i po rosyjsku, gdyż legitymację miałem z Mińska. Uśmiechnął się, lecz pomimo to w dalszym ciągu sprawdzał każdy najdrobniejszy szczegół, kolejne miejsca pracy itd., itp.
Odpowiadałem natychmiast.
– W jakim miesiącu przeszliście ostatnią „czystkę”?
I tu się zaciąłem.
– Poczekaj – zwróciłem się do żony – Zdaje mi się, że w listopadzie?
– Mam wrażenie, że tak – odpowiedziała.
– Otóż nieprawda! W grudniu – zawołał tryumfująco.
– Przepraszam, nie wiem jak w wojsku, lecz u nas dopiero w miesiąc po „czystce” komisja stemplowała i nalepiała znaczki…
– Tak – odrzekł i uśmiech błysnął mu w oczach. Teraz kolejno zaciął się on, nie znajdując już więcej pytań.
– Wasze dokumenty? – zwrócił się do żony.
Podała mu legitymację związkową i lektorską z uniwersytetu. Sprawdził je bardzo pobieżnie.
Znów zapanowało milczenie. Wszelkie pytania, zdawało się, zostały już całkiem wyczerpane. Lecz gepista wciąż węszył, wahał się najwyraźniej, nie mogąc powziąć decyzji. Patrzyłem mu prosto w usta. Spokój! Spokój! – przekonywałem sobie, śledząc pilnie wyraz jego twarzy.
– Wasze dowody osobiste? – rzekł wreszcie, patrząc przenikliwie na nas oboje.
– Zostały w internacie, w Leningradzie.
– Trudno… Bez dowodów osobistych nie mogę was zwolnić.

– Ależ, towarzyszu! Przecież znacie przepisy dla przyjezdnych. Musieliśmy zostawić w internacie!
Milczenie.
– Cóż może być ważniejszego od legitymacji partyjnej, towarzyszu! – wybuchnąłem, czując, że grunt mi się zapada pod nogami.
– Ja ją również tutaj noszę – odparł, z dumą wskazując na lewą kieszonkę na piersi i odsłaniając rąbek legitymacji. – Lecz w dowodzie osobistym są dane, których w „partbilecie” nie ma – dodał, jakby tłumacząc się przede mną.
– O jakie wam dane właściwie chodzi, towarzyszu? – spytałem spokojnie, ośmielony znowuż.
– Tego wam nie powiem, gdyż nic mi z waszych słów nie przyjdzie – odrzekł z wysoka, wchodząc znowuż w swą rolę gepisty. – Wyjaśnią to w Leningradzie!
Jak obuchem uderzyły we mnie ostatnie słowa, lecz nie straciłem jednak panowania nad sobą, resztkami sił ukrywając swą trwogę śmiertelną przed jego przenikliwym spojrzeniem.
– Co? W Leningradzie jeszcze? Ależ kiedy się to skończy?! Ja teraz już ledwie trzymam się na nogach od zmęczenia – znów zaczęła się skarżyć żona, uwypuklając przy tym swój stan odmienny.
Nie uszło to widocznie uwadze gepisty.
– E, nie… Wyśpicie się… Do pracy, jak inni, iść przecież nie potrzebujecie – zaczął ją pocieszać teraz z nutą szczerego współczucia.
Wtem spojrzenie moje padło na telefon.
– Towarzyszu! A może byście mogli dowiedzieć się telefonicznie o szczegółach was interesujących? Byłoby to znacznie prędzej. W internacie jest również telefon i dyżurny.
– A czy znacie numer telefonu? – skwapliwie podchwycił gepista.
„Kurier Wileński” nr 110, 23.04.1938 r., s. 3
– Nie pamiętam, lecz można będzie to ustalić. Halino, czy masz kwity z internatu? Dawaj je tu!
– Mam, mam – radośnie zawołała żona.
„Może i lepiej jest, że nie mamy dowodów osobistych przy sobie” – pomyślałem. „Może ujdzie w ten sposób uwadze, że dowód mój wygasł 1 czerwca”!
Żona sięgnęła do torebki. Wszyscy troje schyliliśmy się nad kwitem. Lecz jakież było rozczarowanie! Ostatnia cyfra numeru była obcięta.
– Dajcie, dajcie mi ten kwit – wołał mimo to gepista.
Był to dowód uiszczenia komornego do dnia dzisiejszego włącznie. Podaliśmy go.
– Zobacz, Halu, może masz jeszcze jakiś kwit z numerem telefonu?
– Pokażcie, pokażcie mi wszystko, co tam macie…
– Proszę bardzo – i, odwróciwszy torebkę ku niemu, zaczęła wyjmować, podawać i chować z powrotem najprzeróżniejsze papierki, które jej trafiały do rąk, lecz torebki ze swych rąk nie wypuszczała.
– Proszę… odcinki na obiad… Proszę: kwit na rzeczy z przechowalni internatu… itd., itp.
Oglądał je uważnie i z zaciekawieniem. W miarę jak mnożyły się dowody naszego pobytu w Leningradzie, twarz jego się rozjaśniała. Teraz dopiero zrozumiałem, o co mu właściwie chodzi…
„Sądzisz, że przyszliśmy z Finlandii – myślałem. Na mylnym tropie jesteś, bracie”…
Zauważyła to i żona, chętnie pokazując mu to, czego sobie właśnie życzył. W ten sposób pokazała mu prawie całą zawartość torebki za wyjątkiem legitymacji lektorki języków Akademii Sztabu Generalnego. Pamiętając bowiem o dekrecie z dn. 8 czerwca, baliśmy się podsycić jego podejrzliwość. Z zapartym oddechem spoglądałem na zręczną grę jej palców pod jego uważnym spojrzeniem. W krytycznych momentach przychodziłem jej z pomocą wykrzykami: „O, o! Ten kwit”… i zasłaniałem ręką przed oczami gepisty otwór torebki, wyrywając z niecierpliwością i gorliwością papierek z rąk żony.
Wreszcie znalazł się i drugi kwit z numerem telefonu, lecz nie internatu, a instytucji, którą obsługiwał.
– Dajcie mi ten kwit! – i podszedł do telefonu, pomimo zwróconej mu przez nas uwagi na niewłaściwy numer.
Rzecz oczywista, iż nikt mu o tej porze na jego dzwonki nie odpowiedział.
– Towarzyszu! – macie przecież spis abonentów – zwróciłem się doń wówczas.
– Nie, nie posiadam.
„Ależ to iście sowiecki bałagan – pomyślałem – by, posiadajac telefon, nie mieć w urzędzie spisu abonentów”.
– Może zadzwonicie w takim razie, towarzyszu, do biura informacji – dodałem głośno.
Zadzwonił. Lecz i biuro o tej porze było nieczynne.
– Może w centrali telefonicznej będą znali numer tego telefonu – udzielałem mu wskazówek w dalszym ciągu. Lecz wszystkie próby połączenia się z internatem zawiodły. Nie kryliśmy naszego smutku z tego powodu.
– Ubierajcie się – rzekł wreszcie, patrząc na nasze bose nogi. – Zaraz pójdziecie…
W tej beznadziejnej wprost sytuacji na widok brudnych, zabłoconych nóg przeszył mię pomysł:
– Poproszę o miskę z wodą dla umycia nóg – zwróciłem się doń najspokojniejszym w świecie tonem.
Gepista osłupiał.
– Przepraszam, lecz tego nie mamy. Gmach stacji dopiero rozpoczęto budować. Tam będzie wszystko – rzekł po chwili. Zaskoczony, zbity z tropu całkowicie, patrzył na mnie ze zdumieniem.
„Kurier Wileński” nr 111, 24.04.1938 r., s. 7

 

„Tak, tak, braciszku, masz rację – myślałem. Jaki aresztant, któremu grozi kara śmierci, będzie w podobnej sytuacji prosić o wodę do umycia nóg?”…
Kawał się udał.
Broniliśmy się rozpaczliwie, do ostatka, chwytając się każdej słomki, jak topielec.
Udając wstręt i obrzydzenie, naciągałem skarpetki na brudne nogi.
Po chwili, bez pożegnania się z nami i nic określonego nie rzekłszy, kazał nas gepista wyprowadzić.
Siedzieliśmy pod gołym niebem. To kropił, to znów ustawał drobny deszcz. Żołnierz schronił się pod dach pobliskiego zabudowania. Nam zaś wszystko było obojętne. Siedzieliśmy w milczeniu, bez ruchu. A dookoła nas budziło się życie. Ludzie przystępowali do codziennej pracy.
„Tu będzie nawet miska z wodą do umycia nóg dla naszych następców” – myślałem z ironią i z cichą zazdrością spoglądałem na tych, co się ruszali w tym szarym poranku po torach, na stacji. Byli wolni na razie.
– Lonku! Co będzie w Leningradzie? – wyszeptała żona.
– Nic. Najpierw będą torturowali nadzieją, a potem rozstrzelają.
– Co mówić?
– To samo co tu. Do zamiaru ucieczki nie przyznawać się za nic na świecie, bez względu na to czy będą wierzyli, czy też nie, bo rozstrzelają na pewno. A tak można jeszcze żywić nadzieję na ujście z życiem. Jeśli ci pokażą protokoły, w których się przyznaję, to wiedz, iż są sfałszowane. Żądaj wówczas konfrontacji ze mną. To samo będę czynił i ja.
I znowuż milczeliśmy, patrząc przed siebie. Kilkadziesiąt zaś metrów od nas biegła granica.
Jaką upragnioną a nieosiągalną stała się obecnie dla nas!
Po pewnym czasie do pilnującego nas żołnierza podszedł drugi, bez broni. Zamienili ze sobą parę słów.
– Chodźcie! – rzekł do nas przybyły.
Za chwilę staliśmy ponownie przed jakimś wagonem osobowym. Kluczem otworzył nam drzwi. Weszliśmy do wnętrza. Na ławkach leżało i siedziało co najmniej dwadzieścia osób szarej publiczności sowieckiej.
– A wyście jak tu trafili? – przywitano nas chórem.
– Zbłądziliśmy w lesie. Aresztowali – odrzekłem obojętnie.
– A – a – a! – ciągnął jakiś chłopak, patrząc na nas wyzywająco.
– Chyba, że w ten sposób – rzucił ktoś z boku.
Żona moja była jedyną kobietą w tym towarzystwie.
Usiedliśmy naprzeciw młodego robociarza.
– Czy długo będą nas trzymali w tym wagonie w Białoostrowie? – zwróciłem się doń.
– Nie, zaraz pojedziemy do Leningradu. Niech tylko lokomotywę doczepią…
– A jak wyście się tu dostali? – spytałem znowuż.
– Ot, wypiłem z powodu „wychodnego dnia” i przespałem swoją stację, a tu mnie i wzięto od razu. Z pociągu trzeba będzie iść prosto na fabrykę.
– Jakże to? Czy w Leningradzie od razu zwolnią?
– Już jesteśmy wolni. Trzymają tylko w tym wagonie, póki pociąg nie odjedzie.
Było to dla nas tak nieoczekiwane, iż nie uwierzyłem nie tylko robociarzowi, lecz i własnym uszom.
– Jesteśmy wolni?! Ale dlaczego pozostały u nich nasze dokumenty?
– Zaraz je nam zwrócą. O, już przyszli.
Do wagonu weszło dwóch żołnierzy.
– Sidorow Iwan! Kto tu Sidorow?
Sąsiedzi zaczęli szturchać jakiegoś brodacza pod boki.
– Hej, oprzytomnij nareszcie!
– A?!
– „Otczestwo”? – zapytał żołnierz.
– Awdotia.
W wagonie rozległ się ryk śmiechu.
„Kurier Wileński” nr 113, 26.04.1938 r., s. 5
Cdn