Janusz Korbel, Skąd się wziął grunt sowy?

felietonisci-03Pomagając przy realizacji cyklicznego programu telewizyjnego „Czytanie Puszczy” przysłuchiwałem się rozmowie autorki programu z hajnowskim artystą, Wiktorem Kabacem. Powiedział, że urodził się pod samym lasem w niewielkiej osadzie, którą można by nawet nazwać chutorem, zwaną oficjalnie Minkówka, choć w okolicy nazywana jest Biehluki, od nazwiska mieszkającej tam rodziny. Kilka lat wcześniej odwiedziłem znajomego w innej wsi, Kraskowszczyźnie, do której drogę wskazywano mi jako do wsi Korchi (od nazwiska mieszkańców tej wioski). Kiedy opowiadałem o tym znajomym
z Polski, byli bardzo zainteresowani.

Ta „archeologia” nazw miejscowości naszego regionu wykracza poza zwykłe pole badań specjalistów, bo uczy wielokulturowości i pokazuje konsekwencje nieszanowania kulturowego dziedzictwa. Nie jestem językoznawcą, ale temat nazw i ich zmieniania wrócił do mnie przy pisaniu przewodnika po regionie Puszczy Białowieskiej i dlatego poświęciłem mu trochę miejsca. Profesor Michał Kondratiuk, slawista zajmujący się od lat językiem wschodniego Podlasia, pisze o złożonych związkach między językiem a narodowością. Zwraca uwagę, że mówiący na co dzień gwarą białoruską katolicy w okolicach Sokółki i Dąbrowy Białostockiej uważają się za Polaków, podczas gdy prawosławni z obszarów bliższych Puszczy przeważnie za Białorusinów. Jego zdaniem gwary wschodniosłowiańskie, będące elementem odrębności, lepiej zachowywane są wśród ludności prawosławnej niż katolickiej i tam, gdzie taka ludność przeważa, zachowały się lepiej także nazwy historyczne. Tymczasem administracja dążyła do ujednolicenia nazw, często nie rozumiejąc ich pochodzenia i znaczenia. Wiele miejscowości i miejsc w okolicach Puszczy Białowieskiej w ciągu wieków zmieniało więc swoje nazwy. Często miało też dwie nazwy równolegle. Wynikało to między innymi ze styku różnych grup etnicznych i z różnic między nazewnictwem ludowym/miejscowym a nazwami oficjalnymi, też zmieniającymi się w zależności od zmian historycznych administracji. Dobrze ilustruje to następujący przykład: Przez środek puszczy, ze wschodu na zachód biegnie droga zwana Pojedynacki Tryb. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tą nazwą, przypuszczałem, że może upamiętnia ona jakiś pojedynek. Nic bardziej mylnego. Droga ta kończy się na zachodnim skraju puszczy w osadzie Sawiny Gród. Ludowa nazwa tej osady to Pojedynaki. Oznaczała ludzi osiedlonych na jednym gruncie lub mieszkających pojedynczo. Stąd i nazwa drogi, która z tej miejscowości prowadzi przez puszczę. Faktycznie, w XVIII wieku mieszkało tam kilku strzelców i parobków. „Dawid Kaliszuk, Paweł Janowski i Antoni Janowski – bracia niedzielni na jednym gruncie siedzą” (powołuje się na historyczne źródła filolog prof. Michał Kondratiuk). Co więcej, obecna nazwa osady wynika z niezrozumienia znaczenia słów. W wieku XVI było tam puszczańskie uroczysko Sawin Hrud. Hrud oznaczał suche, wyniosłe miejsce pośród bagien, a Sawin – to nazwa dzierżawcza, pochodząca od imienia Sawa. Nie rozumiejący wschodniosłowiańskiego języka Polacy, nie tylko w tym miejscu, ze słowa hrud zrobili „gród”, choć żadnego grodu w podobnych miejscach nie było. Polska administracja musiała przekręcać nazwy już bardzo dawno, bo na pruskiej mapie z około połowy XIX wieku figuruje nazwa Sowi grunt. Opisywana miejscowość nazywała się na jednej z map w okresie międzywojennym Gród sowi, a na innej z 1931 r Sowiny Grunt. Możemy być pewni, że w okolicach puszczy różne „grody” i „gródki” to przekręcone nazwy pochodzące od dawnego słowa hrud. W całej okolicy możemy spotkać liczne spolszczenia lokalnych nazw, np. nienaturalnie brzmiące dla języka polskiego „h” zamieniano na „g” i tak powstała nazwa Krągłe, chociaż historyczna nazwa to Kruhłe, Golakowa Szyja – w oryginale nazwa odimienna, pochodząca od mieszkańca nazywanego Holą lub Holakiem, Hramotne zamieniono na Gramotne itp. Jeszcze inne przypadki zniekształceń lokalnych nazw są po prostu efektem ich „spolszczania”: wieś należąca niegdyś do rodu Czochów i nazywająca się Czochy zamieniono na… Czechy, chociaż czeskiego osadnictwa tu nie było; Stepki (od imienia Stepan) stały się Stebkami, Kleniki – Klejnikami itd. Jarosław Janowicz, pasjonat oryginalnych nazw miejscowości, zauważa, że tak postępując należałoby spolszczać Halę Gąsienicową na Galę, Kasprowy Wierch na Wierzch a Bukowinę na Bukowiznę.

Reymanns_Special-Karte_65D_Szereszow

Przekręcona nazwa „Sowi Grunt” na dziewiętnastowiecznej niemieckiej mapie Reymanna

 

Ciekawą historię ma osada Bernadzki Most, której nazwa pochodzi od niejakiego Biernackiego, stolnika inowrocławskiego, któremu August III nadał 6 włók w Puszczy Białowieskiej, ale 30 lat później Stanisław August ziemię tę dał za zasługi dwóm Tatarom Aleksandrowi i Józefowi Adzikiczam – przetrwała jednak lokalna nazwa Bernaczczyna, pochodząca od pierwszego właściciela. Inaczej było z osadą strażników puszczy w uroczysku Dołhim Brodzie (Długi Bród), gdzie lokalnie zachowała się nazwa Mackiewicze od nazwiska jednego z pierwszych osadników z XVIII wieku, strażnika Daniły Mackiewicza.

Jest też problem z zamieniania „h” na „g” lub na „ch”, więc na mapach Puszczy Białowieskiej możemy przeczytać albo nazwę Tryb Sierganowski, albo Sierhanowski albo najczęściej Sierchanowski (podobnie jak samo uroczysko bywa różnie pisane). Mamy tutaj mnóstwo ciekawych zjawisk – z jednej strony nieco izolowane, o samowystarczalnej gospodarce niewielkie enklawy zachowywały swoje odrębne gwary, z drugiej mieszały się kultury, są więc i zwykłe przekręcenia, i ewolucje, i formy istniejące obok siebie, choć właśnie wynik niezrozumienia znaczeń wydaje się najczęstszy. Takie przykłady można by mnożyć, ale często nie jesteśmy świadomi, jak mogą one być ciekawe, ukazując kalejdoskop kultur na niewielkim obszarze, gdzie spotykały się różne języki i kultury, ciekawe dla odwiedzających Podlasie mieszkańców świata, w którym języki bywają zamieniane w uniwersalny system uproszczonych komunikatów. Na koniec, zagadką dla mnie pozostaje pochodzenie słowa „tryb” lub zmienionej pewnie pod wpływem „drogi”, „linii” formy: „tryba”, przypisanego drogom wytyczonym przez Puszczę w pierwszej połowie XIX wieku. Badacz historii kulturowej Puszczy Białowieskiej Tomasz Samojlik nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Na forum internetowym jeden z naukowców przekonywał, że jest to słowo pochodzenia niemieckiego (chociaż wówczas jego znaczenie nie bardzo pasuje do drogi), z kolei leśnik przypominał, że istnieje termin rzeźnicki „trybowanie” na usuwanie z mięsa niepożądanych części… Znalazłem też przypisanie trybowaniu znaczenia wybijania wgłębień w blasze, ale to też dalekie od wycinania prostych dróg w puszczy, chyba, że takie proste wgłębienia były kiedyś nazywane trybem? Ale dla laika są i trudniejsze pytania, np. jak to się dzieje, że często przy źródłach rzek są miejscowości o ich nazwach (Narew, Narewka) a rzeka, choć płynie czasami setki i tysiące kilometrów, ma wszędzie tę samą nazwę? Lingwistyka może nas zaprowadzić też w dużo odleglejsze miejsca i przeszłość, ucząc jak bardzo jesteśmy powiązani kulturowo, o czym przekonuje m.in. Colin Renfrew w ciekawej książce „Archeologia i język”. A tymczasem w Puszczy Białowieskiej powołujemy do istnienia grunt sowy, a może i niedźwiedzia?

Janusz Korbel – Czekając na niedźwiedzia

felietonisci-03Lepiej lub gorzej orientujemy się w historii. Słabiej zauważamy, że oprócz tej naszej dzieje się też inna – zmieniają się warunki klimatyczne i przyrodnicze, wymierają miejscowe i pojawiają się obce gatunki, a czasami wracają te, które wyginęły. Ma na to wpływ zarówno człowiek, jak i sama przyroda. Jedne gatunki ginęły, inne były sprowadzane, by było na co polować, jeszcze inne przychodziły naturalnie lub uciekały z hodowli.

W XVIII wieku wyginę±y w Puszczy Białowieskiej jelenie i tarpany, które odłowiono i wywieziono do zwierzyńca Zamoyskich. Według niektórych autorów jeszcze w początkach XIX wieku widywane były rosomaki i polatuchy (takie latające wiewiórki), ale te informacje nie są wiarygodnie potwierdzone. Między 1873 i 1878 wybito ostatnie niedźwiedzie, chociaż już wcześniej były tępione i kłusowane jako cenna zdobycz – nic przecież się nie równało z futrem niedźwiedzia. W 1864 roku do puszczy – w ramach wymiany za żubry – przywieziono ponownie jelenie z Pszczyny. Na początku XX wieku wyginęły norki europejskie. Ostatni łoś zginął podczas I wojny światowej, ale w 1931 sprowadzono je ponownie. W 1919 padł ostatni żubr (przywrócono je puszczy na wolności w 1952 r.). W roku 1932 zabito ostatniego zająca bielaka. Akcja tępienia wilków, rysi i niedźwiedzi była w puszczy prowadzona w latach 1869-1882, a ostatni miś został zabity prawdopodobnie w roku 1878.

W książce o Puszczy Białowieskiej z roku 1894 jej autor E. Wiszniakow opisał walkę niedźwiedzia z żubrem. Straż leśna donosiła o sporadycznych atakach niedźwiedzi na żubry w XIX w., co jednak bywa przez badaczy poddawane w wątpliwość. Adam Wajrak w artykule „Został tylko Niedźwiedź Bury” (DużyFormat, 16. 01. 2003) pisze o pogłoskach, że jednak być może jeszcze w roku 1900 w puszczy mógł się błąkać jakiś niedźwiedź. Piotr Bajko wspomina o niedźwiedziu, który według informacji pochodzącej od syna dawnego leśnika białowieskiego, przekazanej preparatorowi zwierząt z muzeum parkowego, miał przywędrować do puszczy z głębi Rosji w roku 1910 i zostać zastrzelony.

Próbę ponownego zasiedlenia niedźwiedzi w puszczy podjęto w okresie międzywojennym, ale ich historia skończyła się tragicznie. W roku 1938 wypuszczono cztery pierwsze niedźwiadki, zakupione w Związku Radzieckim, a kilka miesięcy później trzy następne. Misie te szybko stały się wielkim problemem, gdyż wychowane z człowiekiem – nie bały się Częścią projektu było też ustawienie w rezerwacie klatki z ciężarną niedźwiedzicą Lolą, przywiezioną z zoo w Poznaniu. Klatkę postawiono w oddziale 317. Do dzisiaj biegnąca tam droga nosi nazwę Trybu Niedźwiedziowskiego. Po urodzeniu dwóch małych, nazwanych Jasiem i Małgosią, po pewnym czasie odstawiono od nich matkę, a niedźwiadki (teoretycznie) nie miały kontaktu z ludźmi i miały stać się dzikimi mieszkańcami puszczy.

O kłopotach z niedźwiedziami donosił 15 maja 1939 roku Dziennik Białostocki: „[…] cztery młode niedźwiedzie […] poszły całą gromadką w puszczę, ale po kilku dniach wróciły. Odpędzano je, straszono, lecz niedźwiadki wdrapały się na drzewa i ani myślały uchodzić do lasu. Wówczas połapano je i wywieziono kilkanaście kilometrów w głąb puszczy. Już wydział łowiecki łudził się, że niedźwiedzie zostaną w lesie, kiedy doszły słuchy, że jeden z czwórki zapędził się do odległej wioski i baraszkuje z dziećmi, wyżera jadło z garnków, myszkuje po izbach […]. Służba leśna nie zdążyła schwytać wesołka, gdy w parku pałacowym w Białowieży pojawił się drugi niedźwiedź. Przyszedł w skwarny dzień, wziął w stawie kąpiel i orzeźwiony zaczął wyczyniać cyrkowe sztuczki na pałacowym dachu. Tego było już za wiele. Niedźwiedzia złapano i wsadzono do klatki. W nocy niedźwiedź połamał klatkę i, spacerując, trafił do… schroniska, gdzie spała wycieczka 40 panien […] Przy tej zabawie złapano go i odesłano wraz z pierwszym do zoo. Niedźwiadki były zbyt zżyte z ludźmi, aby mogły stać się mieszkańcami puszczy. Trzeci miś skończył tragicznie. Chłopi zatłukli go drągami, gdy szedł do nich, łasząc się jak pies. Czwartego spotkał taki sam los. W międzyczasie wypuszczono na wolność jeszcze trzy niedźwiedzie. […] Dawano im co kto miał. Niedźwiedzie tak się do tego przyzwyczaiły, że gdy ktoś nie dał – to bęc go łapą w łeb. […] Blady strach padł na baby zbierające jagody i na robotników leśnych. Wreszcie jeden niedźwiedź zginął zabity drągami. Drugiego złapała służba leśna i odesłała na Polesie. Tam został również zabity. Trzeciego oddano do zoo”.

O urodzonych w puszczy Jasiu i Małgosi ten sam dziennik pisze: „Może żyją, może zginęły zatłuczone drągami. Jednak tropy jednego z nich widziano kilka dni temu”. Miesiąc w szpitalu przeleżała 18-letnia dziewczyna, napadnięta przez niedźwiedzia podczas zbierania jagód a inna, sześcioletnia, nie przeżyła i zmarła z powodu odniesionych ran.

Populacja białowieskich niedźwiedzi powiększyła się podczas II wojny światowej, bo Niemcy przywieźli do puszczy jakąś ich liczbę, podobno odebranych Cyganom, więc tym groźniejszych. Ponieważ nie bały się ludzi, zdarzały się z nimi wypadki śmiertelne. Ostatnie niedźwiedzie widziano w latach 50. XX wieku.

W latach 90., kiedy mieszkałem na południu Polski, napisał do mnie długi list pracownik Zakładu Badania Ssaków z Białowieży, mieszkający na emeryturze w Lublinie, Tadeusz Buchalczyk. Bezpośrednim powodem napisania listu był niepokój o los wycinanej puszczy i sprzeciw wobec zbyt intensywnych w puszczy polowań. Opowiadał w liście o swojej miłości do puszczy, ale przede wszystkim do niedźwiedzi, i o swojej kolekcji niedźwiedzich wyobrażeń.

Miał przydomek Niedźwiedź Bury i sam tak się podpisywał w przysyłanych do mnie listach. W jednym z nich opisał oglądany w roku 1963 ostatni trop niedźwiedzia w puszczy, na granicy polsko-radzieckiej.

Piotr Bajko pisze jednak, że ostatni raz niedźwiedź był obserwowany w lecie 2003 roku po stronie białoruskiej w lesie i na uprawach kołchozu w rejonie prużańskim. Musiał tam przywędrować z głębi kraju, prawdopodobnie z rezerwatu Berezyńskiego, leżącego na północ od Mińska, około trzystu kilometrów od puszczy, bo tam najbliżej puszczy żyje obecnie niedźwiedź brunatny.

Niespodziewanie, w roku 2012, gruchnęła najpierw plotka a potem wiadomość, że Białorusini chcą sprowadzić do Puszczy niedźwiedzie!
Przeprowadzono ankietę, według której ponad 70 proc. mieszkańców okolicznych wsi chce, żeby niedźwiedzie do Puszczy wróciły!
Zapytany podczas wspólnego posiedzenia rad naukowych obu parków pracownik białoruskiego parku narodowego poprosił jednak, żebyśmy nie brali zbyt poważnie wyników badania opinii publicznej w wioskach białoruskich. Dzięki pomocy finansowej ze strony niemieckiej organizacji przyrodniczej pojawił się faktycznie plan odłowienia niedźwiedzi w głębi Rosji i sprowadzenia ich do Puszczy Białowieskiej. Zdaniem badaczki niedźwiedzi najlepiej by było, gdyby miś wrócił do Puszczy w sposób naturalny, właśnie z zapowiednika Berezyńskiego. Osobniki odłowione w zupełnie innym regionie, w kompletnie nowym środowisku będą  się zachowywały w sposób nieobliczalny. Zastępca dyrektora białoruskiego parku narodowego powiedział jednak uspokajająco, że na razie projekt jest odłożony na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Czekamy więc nadal cierpliwie na powrót niedźwiedzia do Puszczy

Janusz Korbel – Skansen (spotkanie z filozofem)

felietonisci-03Zapytałem myśliwego, skąd wzięła się tak wielka liczba dzików. Wyjaśnił mi, że do niedawna lochy rodziły raz do roku. W rezultacie masowego karmienia zwierzyny na nęciskach zaczęły prosić się dwa razy w roku, a do tego nauczyły się jeść kukurydzę i inne produkty, których w lesie nie ma. Kolejne ciepłe zimy pozwalają im przeżyć i w rezultacie mamy… plagę dzików.

Mamy też plagę różnorakich budowli, powstających w szczerym polu bez ładu i składu. Ludzi na wsi jest coraz mniej, a krajobraz coraz bardziej zaśmiecony. Cały świat jest coraz bardziej „rozregulowany”, bo myślimy bardzo indywidualistycznie, nie ufając życiu.

Marcin jest filozofem praktykiem. Autorem książki pod wiele mówiącym tytułem: „Zaufaj życiu”. Współpracując przy realizacji cyklicznego programu TVP „Czytanie Puszczy”, przysłuchiwałem się rozmowie prowadzonej przez autorkę programu z Marcinem, bohaterem jednego z odcinków, na temat nietrwałości i iluzoryczności indywidualnej jaźni. Wielu filozofów dochodziło do tej kwestii, przebywając w lesie, szczególnie w lesie pierwotnym. To złudzenie indywidualnej jaźni było powodem tragikomicznego doświadczenia naszego bohatera już pierwszego dnia pobytu w Puszczy Białowieskiej. Jakiś mieszkaniec, po kilku piwach, zapytał agresywnie spotkanego na drodze Marcina: „Ekolog, czy nie ekolog? Bo nie wiem, czy mam wpierdolić?” (całe to wydarzenie Marcin opisał w swoim stałym felietonie w Dużym Formacie „Architektura emocji” pod tytułem „Ostrzec ekologa” z 23 października 2014). Gdyby autor zaczepki był oświeconym mistrzem zen, nie mógłby tak zapytać, bo by wiedział, że w istocie chce wpier…ć samemu sobie. Dlatego właśnie zen jest tak bliskie ekologii – nauce o wzajemnych powiązaniach i współzależnościach. Ale i bez dalekowschodnich koncepcji przeczuwamy, że przemoc wobec innych, a także wobec otoczenia, tradycji, języka wyrządza nam samym szkodę. Cała kultura w różnych regionach jest wynikiem długiego procesu i podobnie jak przyrodę, której związki tworzyły się przez wieki, łatwo ją „rozregulować”. Krajobraz bez znajomych form nie jest już tym samym krajobrazem, podobnie jak naprawdę nie da się zastąpić miejscowej nazwy nową bez uszczerbku. Nawet jej „spolszczenie” czy tłumaczenie to tylko protezy, trochę tak, jak najlepiej nawet przetłumaczona książka nie jest tym samym, czym oryginał. Kiedy czujemy się oddzieleni od różnych aspektów naszego otoczenia i łatwo nam przychodzi odciskać swoje piętno, pozbawimy samych siebie zastanego bogactwa. Kiedy przemijają regionalne zasoby kulturowe, sami stajemy się o nie ubożsi i rozregulowujemy zastany świat. Jared Diamond, autor popularnych także w Polsce książek, analizując główne przyczyny upadku (niszczenia) środowiska przyrodniczego i kulturowego na całym globie wymienia sytuacje, kiedy sprawcy zniszczeń są w istocie nieliczni, a mimo to zniszczeń dokonują. Dzieje się tak, kiedy są skomasowani, a motywem ich działania jest chęć osiągnięcia szybkich zysków. Wówczas „to co społeczeństwo traci, jest podzielone wśród wielu rozproszonych jednostek”. Tracący, czyli społeczeństwo, nie mają więc silnej motywacji, bo każdy traci stosunkowo niewiele, a może nawet myśleć że coś zyskuje! Na przykład ktoś zainteresowany podzieleniem swojego terenu, będącego cennym obszarem przyrodniczym, na działki i zarobieniem na sprzedaży pod zabudowę może wykorzystać jakieś zewnętrzne dotacje „na rozwój”, by wybudować tam ulicę, prowadzącą co prawda na razie donikąd, ale zwiększającą cenę ziemi. Wszyscy na tym tracimy, bo uszczupleniu ulega obszar cenny przyrodniczo, ale nieliczni zyskują, a bywa, że nazywają to rozwojem, bo jest nowa ulica. Ten mechanizm Diamond opisuje w wielu miejscach świata. Uświadomienie sobie skutków takiego „postępu” i „rozwoju” przychodzi zwykle, kiedy jest już za późno. W ten sam sposób postępuje dewastacja przestrzeni architektonicznej a nawet miejscowych nazw. Wybudowanie pojedynczej budowli, choćby najbrzydszej i w najmniej odpowiednim miejscu, zwykle lekceważymy, aż nagle zauważamy, że nie ma już podziwianej przed laty pięknej wsi o regionalnym charakterze, w to miejsce wyrósł „kawałek przedmieścia”. Było uroczysko o historycznej nazwie, a teraz jest uliczka o nazwie bez związku. W Puszczy bywały i takie kuriozalne zamiany nazw, jak Sawin Hrud na Sowi Gród. Kiedy jeszcze niedawno wycinano kilkusetletnie dęby w Puszczy Białowieskiej, większość uważała, że niczemu to nie szkodzi, bo wycinano od lat, a puszcza jest ogromna. Dopiero policzenie olbrzymów pokazało, że na niewielkiej powierzchni chronionej od czasów I wojny światowej (7%) przetrwało ich do naszych czasów tyle, co na pozostałych 93%!

Podejście konserwatorskie zwykle jednak przegrywa. Mieszkańcy Trzeciego Świata chcieliby żyć na poziomie świata zachodniego. Mieszkańcy biedniejszych rejonów świata bogatego dążą do życia na poziomie najbogatszych. Nie zastanawiamy się nad tym, że to nie jest możliwe. Wspomniany Diamond pisał też, że gdyby konsumpcja na głowę w Chinach wzrosła do poziomu konsumpcji krajów wysoko rozwiniętych, to produkcja światowa musiałaby wzrosnąć o 94 proc. Osiągnięcie przez Chińczyków obecnych standardów konsumpcji najbogatszych mieszkańców musiałoby się wiązać z podwojeniem wykorzystywania zasobów naturalnych, wywierając niewyobrażalny wpływ na środowisko, a w rezultacie katastrofalny wręcz na jakość życia wszystkich ludzi na ziemi. Mówimy o wskaźnikach wzrostu, narzekając na procesy demograficzne i czynniki zewnętrzne, nie zastanawiając się nad ceną, jaką zapłacimy za utratę elementów tożsamości. Chyba niechęć do ładu (narzędziem są plany miejscowe, których gminy nie chcą) bierze się z obawy przed ograniczeniami wynikającymi z ochrony środowiska. Ochrona środowiska leży w interesie większości, a to zagraża zyskom mniejszości, o której pisze Diamond.

I tutaj dochodzimy do tytułowego „skansenu”. Słyszałem w regionie zdanie: Nie chcemy, żeby z nas tutaj zrobiono skansen. A może „skansen” znacznie bardziej mógłby być symbolem lepszego życia niż anonimowa przestrzeń handlowo-industrialna? Rozregulowaliśmy krajobraz, podobnie jak rozregulowaliśmy biologię dzików, z którymi teraz nie potrafimy sobie poradzić. Tak jak nie potrafimy zatrzymać dzików w lesie, tak nie mamy koncepcji utrzymania w zalewanej chaosem przestrzeni kulturowej elementów tożsamości. Fotografie młodych ludzi w inspirowanych tradycją strojach na łamach „Czasopisu” i oddolnie tendencje „ubierania” współczesnej architektury w formy tradycyjne to nie żaden negatywny „skansen”. Być sobą nie przeciw a dla innych. Chronić nie przed a dla większej całości. Zamiast oddzielać się od problemów i procesów świata i wyganiać „ekologa” do Warszawy, może uda się nam zachować „skansen” nie jako muzeum przesądów i stereotypów

Janusz Korbel, Kiedy przyjaciele strzelają do siebie (9/2014)

felietonisci-03Mój przyjaciel pochodzi znad morza. Przez trzydzieści lat był zapalonym myśliwym. Potem przestał strzelać, został wegetarianinem, bohaterem reportaży radiowych i telewizyjnych i napisał znaną dość książkę „Farba znaczy krew”. Spotkaliśmy się pierwszy raz w Białowieży. Okazało się, że jego dziadek był kowalem – tak samo jak mój! Z tą różnicą, że rodzina mojego dziadka, chociaż wywodząca się z Francji, mieszkała przez kilka pokoleń na Rusi i w mojej krwi pewnie więcej jest krwi ruskich Słowian niż mieszkańców Galii. Jego natomiast służyła cesarzowi niemieckiemu. Pewnie w obu rodzinach były i inne domieszki krwi, bo tak mielił młyn historii. Zenek powiedział kiedyś: „Wiesz, mój ojciec służył w Wehrmachcie, twój w armii polskiej – mogli do siebie strzelać!”. Z naszych wspólnych rozmów zrozumiałem, że obaj nienawidzili wojny. Zenek zachwyca się wschodnim śpiewem, krajobrazem i kulturą białoruską. Wraz z rodziną postanowili sprzedać dom w Gdyni i przenieść się tu, by resztę życia spędzić w bliskim ich sercu krajobrazie, chcąc spotkać tu przyjaciół, którym te same wartości są bliskie. Nic wcześniej nie łączyło go z Podlasiem. Po prostu, przyjeżdżając wielokrotnie poznawał ludzi, odbywał wycieczki po lesie, słuchał miejscowych opowieści, polubił ludową kulturę i teraz, kiedy słyszy białoruską mowę, to uśmiecha się serdecznie.
Moje życie, z perspektywy kilkudziesięciu lat, to długi powrót do krajobrazu, w którym czuję się u siebie. Chociaż naprawdę krajobraz rodzinny jest sto kilometrów dalej. Ale cóż to jest sto kilometrów, a i historia podobna, i drewno domu rodzinnego wycięto w Puszczy Białowieskiej, w której teraz mieszkam. Powiedziałem kiedyś Sokratowi Janowiczowi, że czytam już dość biegle po białorusku, a Sokrat na to z uśmiechem: „To już tylko połowa kalectwa”. I jak tu go nie kochać!? Nie wystarczy przeczytać i zobaczyć. Sokrat miał właściwą perspektywę. Zakorzeniony i przesiąknięty kulturą białoruską nie był zarazem niewolnikiem „tutejszości” i folkloru. Niewolnikiem jest się dopóki oczekuje się, że inni powinni nam coś dać, a tych innych postrzega się jako obcych. To wygodna figura, pozwalająca kopać okopy, słabo jednak służy zachowaniu kultury.
Zenek nie strzela do zwierząt, bo są to jego przyjaciele. Narzeka na dziki, które zryły mu ogród. Ja też narzekam. Ale co one winne? Dostosowują się najlepiej jak potrafią do okoliczności. Jeśli mogą gdzieś wejść, zryć ziemię, pod którą są smakołyki, to korzystają. Nie robią niczego na zapas, nie budują za dużych legowisk. Nie wytyczają granic. Podobnie lokalne kultury wykorzystywały i dostosowywały się. Żyjące tutaj przed wiekami kultury słowiańskie nie walczyły ze sobą. Świadczą o tym archeolodzy, którzy w miejscach pochówków, w różnych tradycjach, ale w najbliższym sąsiedztwie, nie znaleźli śladów po walkach. Korporacyjne myślenie zmieniło nasz świat. Teraz nie dostosowujemy się do otoczenia – to je dostosowujemy do siebie. Przed rokiem odwiedził mnie znany ukraiński pisarz i artysta. Chodziliśmy wspólnie po rezerwacie i złapała nas burza. Kilka metrów obok padło wielkie drzewo. Juryj po powrocie do domu postawił śliwowicę z wdzięczności, że ocaleliśmy. Reżyser tego świata miesza nasze losy! Niedługo potem czytałem jego list otwarty, opisujący dramat wojny domowej.
Tomasz, wywodzący się rodzinnie z Szereszewa (dzisiaj po stronie białoruskiej), którego rodzina identyfikowała się przed wojną raczej z Polakami, przez ostatnie lata, kiedy nieustannie odwiedza Puszczę Białowieską, zachwyca się każdym śladembiałoruskiej kultury a jego dziewczyna odkryła, że wywodzi się z białoruskiej rodziny. Niechby była Rosjanką, Niemką czy Ukrainką – i tak ją kocham, mówi Tomasz (Sońka Ignacego Karpowicza kochała przecież Niemca i to w czasach wojny!).
Ze wschodu słychać groźne pomruki. Czy mogłoby się to zdarzyć i tutaj? Jakie okoliczności uruchamiają demony? Niedaleko ludzie mieszkający koło siebie, mający na pewno mocne związki, nawzajem do siebie strzelają. Czy taka sytuacja może mieć miejsce wszędzie? Nie mam wątpliwości, że tak. Nawet szlachetne przekonania, wiary, ideologie, religie i polityka potrafią być wykorzystywane w jakichś interesach do budzenia nienawiści lub przynajmniej ślepoty na innych. Wyjątkową cechą białoruskości jest specyficzny pacyfizm: więcej tu oddano ofiar niż poświęcono wrogów. Może to krajobraz tak działał na psychikę?
Nasi – z Zenkiem – ojcowie mogli do siebie strzelać. Byli przedstawicielami dwóch światów: Wschodu i Zachodu. Jak się dzisiaj okazało pozornie dwóch. Ale i w ramach jednego świata można się skutecznie zwalczać. Jest taka maksyma na Dalekim Wschodzie: „Lepiej jest cierpieć zło, niż czynić zło”. Niektórym to się udaje, choć cena jest wysoka.
„Redaktor strony „Echo Moskwy” Anastazja Fazulina wyszła na Plac Maneżowy w Moskwie na samotny protest” – czytam na FB. I dalej: „żyjemy w kraju putinowskich zombi. Niestety! Nie wiem, co robić. Wyszłam, bo nikt nie wychodzi. A milczeć nie można. Milczenie jest nie do zniesienia”. Miron Białoszewski napisał kiedyś, że trzeba być z ludźmi, ale nie dać się zagłuszyć. Anastazja Fazulina nie daje się zagłuszyć.
Wracam na swoje podwórko, gdzie od lat jest ten sam dyżurny temat. Znajomy dziennikarz z Hajnówki, w związku z artykułem, który pisze do ogólnopolskiego tygodnika, przysłał mi pytanie, dlaczego moim zdaniem nie udaje się osiągnąć kompromisu wokół Puszczy Białowieskiej? Potrzebował krótkiej odpowiedzi. Moim zdaniem to nie jest możliwe! Wszędzie tam, gdzie trwa długi konflikt, każda prosta odpowiedź brzmi arogancko i wprowadza w błąd. A poza tym właściwie dlaczego celem miałby być kompromis? Niektóre kompromisowe rozwiązania „zagwarantowały” tylko… długotrwałe wojny. Może potrzebujemy wzajemnego zrozumienia? Dlatego odpowiedziałem mu innym pytaniem: Jakie warunki musiały być spełnione, że na manifestację przeciwko Parkowi Narodowemu w Białowieży przywieziono kiedyś kilkaset osób z hasłami zawierającymi nazwiska znanych naukowców jako przyczynę biedy, a zwolenników UE jako „judaszy” wyganiano precz!? Co spowodowało, że trzynaście lat później, na innej manifestacji w rezerwacie przyrody, stali obok siebie prawicowi i lewicowi politycy oraz ksiądz, a przygrywała im kapela znad odległej Baryczy, śpiewając: „Nie oddamy wam Telewizji Trwam, Puszcza Białowieska należy się nam!”?
Mamy „ich” i „nas”, a przynależność do każdej z tych grup wynika z bardzo oryginalnych przesłanek, bo ani z miejsca zamieszkania, ani z poglądów politycznych czy religijnych. Czy są jakieś uniwersalne reguły konfliktów? Scenariusz jest wszędzie podobny: my kontra oni. Dzieci albo wnukowie później śmieją się lub opłakują rezultaty, nie rozumiejąc sensu dawnych podziałów. Podoba mi się – zamiast szukania kruchego kompromisu – poszukiwanie tego, co współczesny coaching nazywa symetrycznością. Zwykle konflikty żywią się swoim paliwem, bo są polityczne i ktoś na nich wygrywa wybory. Coaching proponuje rozważyć alternatywne racje na zasadzie symetryczności: Jakie będą konsekwencje obrania tej drogi, a jakie innej? Na podstawie twardej analizy danych i kontekstów. Poznając konsekwencje różnych wariantów postępowania można wspólnie zastanowić się nad wyborami. Proste i banalne rozwiązanie, ale co ciekawe, jest to metoda stosowana w biznesie, a nie w społecznych czy politycznych konfliktach, gdzie koszty ofiar są mniej skrupulatnie liczone. W biznesie nie ma miejsca na porażki i kompromisy, a ofiary kosztują za dużo – musi więc się udać.
Mój przyjaciel nie strzela już do zwierząt. Żal mu ich i żal mu demolowania emocji w ludziach, którzy je zabijają bez potrzeby. Nie on jeden, nawet niektórzy politycy związani z regionem puszczańskim odwiesili strzelby, wybierając aparat fotograficzny. Jeden z nich powiedział: zwierzęta to moi przyjaciele. Niby takie proste – ogarnąć swoim uczuciem otaczający nas świat, z jego bogactwem życia, kultur, narodów. A jednak giną ludzie i zwierzęta, i cała przyroda też. Przyjaciele strzelają do siebie. Tak łatwo nam to przychodzi. Mogę sobie wyobrazić, że i nasz folklor i tradycja mogą być przez kogoś uznane za „obce”, „ruskie”, jak ten „Ser Carski” sprzedawany w Hajnówce, którego nazwa podobno komuś z Polski przeszkadzała! Co trzeba mieć w głowie, żeby nazwa sera budziła demony? A może o to chodzi, żeby przyjaciele do siebie strzelali?

Janusz Korbel – Od ognia, głodu, pomoru i czynnej ochrony przyrody… (7-8/2014)

Janusz Korbel

Przyszedł do mnie przyjaciel, zdenerwowany, że zobaczył w puszczy straszną ranę: szedł kilka kilometrów wzdłuż nieczynnej linii kolejowej i oczy przecierał, widząc wygolony pas szerokości 40 metrów, na którym ziemia była zdarta do warstwy mineralnej. Był przekonany, że o tym wiem. Tymczasem ja tam nie chodzę. Od dość dawna przyjąłem zasadę nieszkodzenia swojemu spokojowi i nie odwiedzania części gospodarczej Puszczy. Przyjaciel przyniósł zdjęcia. Pierwsze nie zrobiło jeszcze wielkiego wrażenia – wszędzie przecież coś się wycina. Ale następne odebrały mi spokój. Kto to zrobił? – myślałem. I po co? Żeby wymienić słupy trakcyjne? Po ostatnich protestach miejscowego aktywu antyparkowego, z udziałem księdza i ministra, co chciał budować tunel pod doliną Rospudy, nie powinienem się już niczemu dziwić, ale jednak czym innym są spotkania tradycyjnych trybunów ludowych, żeby wygwizdać kolejnego ministra i wykrzyczeć coś na ekoterrorystów, przez których Puszcza ginie, a czym innym „oskalpowanie” kilku kilometrów lasu. Wykonano naprawdę ogromną pracę, jak skalpelem obnażono wielokilometrową ranę w środku najstarszej puszczy, tyle że tam rosły tylko krzaki i młode drzewka. Zysk niewielki. Po co? Znajoma z sąsiedniej wsi napisała mi maila, że jej koleżanka, robiąca przed rokiem pracę magisterską o tamtym miejscu, ogłosiła na wieść o oskalpowaniu żałobę.
A tak niedawno środowiska białowieskich naukowców wykpiwały Białorusinów za wytyczanie w ich części Puszczy linii komunikacyjnych i asfaltowanie ich. Jeździłem przez pół roku rowerem po białoruskiej Puszczy, ale czegoś podobnego, jak na zdjęciach przyjaciela z naszej części Puszczy, nie widziałem. Po umieszczeniu zdjęć w internecie pojawiły się dziesiątki przypuszczeń. Niektórzy podejrzewali elektryków, że sobie wygolili pas koło linii napowietrznej, inni myśleli, że może jakiś rurociąg przyjaźni tam poprowadzą, albo przynajmniej ścieżkę, a raczej autostradę, rowerową? Sprawa tajemnicza. Niedaleko od opuszczonej linii kolejowe biegnie droga wojewódzka. Przy niej też same zagadki i konflikty. Na zdjęciu z drugiej połowy XIX wieku widzę, że ta droga była obrośnięta wielkimi sosnami, dębami, klonami. Wtedy carska administracja sprowadziła do Puszczy ogromne ilości jeleniowatych, bo Puszcza stała się łowiskiem cesarza i jego gości. Pomiędzy polowaniami zwierzęta zajmowały się zjadaniem lasu. Jadły przede wszystkim młode drzewa liściaste i uszkadzały sosny. Świerki im nie smakowały. Nic dziwnego, że po stu latach w Puszczy przeważał świerk. To drzewo nie żyje jednak zbyt długo, a kiedy przekroczy wiek stu lat, a do tego obniży się poziom wód gruntowych, słabnie i staje się atrakcyjne dla nielubianego przez leśników (za to uważanego za przysmak przez dzięcioła trójpalczastego) owada – kornika drukarza. Naukowcy nazywają go szkodnikiem wtórnym, czyli przyspieszającym śmierć zamierających drzew. Mój kolega biolog skomentował obecną sytuację: To naturalne, że starsze świerki zamierają, a korniki je uśmiercają. W ich miejsce wyrosną lokalne gatunki, jak chociażby dęby. Las się ciągle zmienia, ale żeby było w nim bogactwo gatunków, biomasa musi pozostać do naturalnego rozpadu. Przynajmniej w rezerwatach.
W rezerwacie wokół drogi wojewódzkiej do Białowieży leśnicy wycięli tysiące martwych i zamierających świerków, które ich zdaniem zagrażały bezpieczeństwu ruchu. Widok tych leżących koło szosy drzew wielu bulwersuje, a naszych antyparkowych aktywistów prowokuje do oskarżania o sabotaż, ekoterroryzm a nawet postulaty odesłania winnych pod sąd lub na Syberię. Przyjeżdżający turyści nie rozumieją jednak przekazu, który sprowadza się do absurdalnego dla nich twierdzenia, że las chce żyć czyli… być wycinany! Przyrodnicy powtarzają, że wycięte drzewa powinny pozostać w rezerwacie, do naturalnego rozkładu, dając życie wielu gatunkom. To przecież tylko wąski pas przy drodze, którego celem jest pokazanie, jak wygląda las naturalny, z którego drzew się nie zabiera. Ustawa także nie zezwala na zabieranie drzew z rezerwatu. Spór trwa, przybierając czasami teatralne formy, kiedy „obrońcy Puszczy” ustawiają na poboczach strzałki i transparenty mówiące o tym, że „las błaga o litość”, a tymczasem kilometr dalej wycięto wszystko co rosło na ziemi w pasie 40 metrów i na długości 7 kilometrów, a w dodatku odsłonięto tę ziemię do warstwy mineralnej. Po co? I tutaj zaskoczę czytelników, bo i sam oniemiałem, kiedy zadzwonił telefon i miły leśnik mi wyjaśnił, że oto zrealizowano tam zaakceptowany wcześniej projekt ochrony przyrody! W Puszczy żyje kilka par orlika krzykliwego, pięknego orła, którego populacja w ostatnim czasie szczęśliwie wzrasta. Orlik buduje gniazda w lesie, ale poluje na obszarach otwartych, zwykle w dolinach rzek. Otóż miłośnicy orlika z Lasów Państwowych postanowili pomóc temu ptakowi i w ramach wielomilionowego projektu stworzyć mu miejsca do polowania – czyli wygolić z wszelkiej roślinności wielokilometrowy pas. Nie pomogły protesty organizacji ornitologicznej, która udowadniała, że orlik tam nie będzie polował, bo nie będzie miał na co, a przede wszystkim tam w pobliżu nie ma… gniazd orlika. Zwolennicy pomagania orlikowi zwyciężyli. Mogę tylko uspokoić znajomych, którzy obawiali się, że może ktoś chce w Puszczy wybudować lotnisko albo tor samochodowy – nic z tych rzeczy, to projekt ochrony pięknego orła! A że przy okazji zabito wszelkie życie i zdarto murawę? Cóż, ochrona wymaga poświęceń. Za kilka dni mam przedstawić raport na temat konsekwencji wyciągania z rezerwatu powalonych drzew – są dane naukowe o tym, jak takie działanie niszczy pokrywę glebową, runo, podszyt, szyje i nabiegi korzeniowe rosnących drzew. Nie mówiąc już o zabieraniu środowiska życia dla wielu rzadkich gatunków tzw. saproksylicznych – żyjących w martwym drewnie. Jak jednak o tym mówić, pamiętając że niedaleko powstał w tym samym lesie pas totalnie pozbawiony pokrywy biologicznej, w celu… ochrony przyrody.
Mój wuj rolnik mawiał: nie słuchaj jak ktoś tłumaczy, że przez wycinanie lasu lub prostowanie rzeki będzie nam lepiej. To tak, jakby tylko siać i nie nawozić. Ojciec Siergieja na spotkaniu z instruktorem od kołchozu, który zachwalał traktor, zapytał: „A to sra?” . „Nie” – odpowiedział instruktor. „To chleba z toho ne budzie” – skomentował Siergiej.