Pierwsza matura na ziemi michałowskiej

s1-str31

Pierwsi maturzyści LO w Michałowie ze swoimi nauczycielami – Józefem Borowskim, Wojciechem Ostrowskim i Barbarą Stasiewicz(w środku). Uczniowie od prawej – Maria Połocka, Aleksander Markiewicz, Julian Monach, Raisa Kuniec, Barbara Kulesza, Zenaida Kuniec, Halina Ciwoniuk, Jerzy Ziniewicz, Wiera Tomaszuk, Mikołaj Hajduk, Lidia Nazarko, Władysław Rybiński i Konstanty Wawrzyniak

 

70 lat LO w Michałowie

Zapewne opadły już maturalne emocje, wyrównał się poziom adrenaliny i tegoroczni maturzyści, a także ich rodzice, nauczyciele i wychowawcy czekają na ogłoszenie wyników egzaminów, które nastąpi 5 lipca 2016 roku. Tego dnia Okręgowa Komisja Egzaminacyjna w Łomży przekaże do szkół świadectwa dojrzałości wraz z wynikami egzaminów maturalnych. Zanim to nastąpi, przypomnijmy jak zdawali maturę nasi przodkowie w Liceum Ogólnokształcącego w Michałowie. Właśnie 65 lat temu, w maju 1951 roku odbył się na ziemi michałowskiej pierwszy państwowy egzamin dojrzałości, który ze względu na wysoką rangę i unikalny charakter nazywano również „dużą maturą”. A ponieważ michałowskie LO było jedynym w największym wówczas powiecie białostockim, była to także pierwsza po wojnie matura w tym powiecie.

 

Procedury i wymagania egzaminacyjne

Matura była uwieńczeniem czteroletniego cyklu nauczania w Szkole Ogólnokształcącej stopnia licealnego oraz potwierdzeniem dojrzałości intelektualnej.  W świetle ówczesnego zarządzenia Ministra Oświaty Egzamin dojrzałości powinien wykazać, czy uczeń: osiągnął taki poziom wykształcenia i dojrzałości umysłowej, jaki odpowiada wymaganiom programowym szkoły ogólnokształcące stopnia licealnego i jest przygotowany do podjęcia studiów w szkołach wyższych oraz jest dojrzały politycznie i społecznie do spełniania zadań obywatela w Polsce Ludowej.

Egzamin składał się z dwóch części – egzaminu pisemnego i ustnego. Część pisemna obejmowała tylko dwa przedmioty – język polski i matematykę. Natomiast w zakres części ustnej wchodziło pięć przedmiotów – język polski, nauka o Polsce i świecie współczesnym wraz z nauką o społeczeństwie, historia Polski i historia powszechna (nowożytna), matematyka i fizyka.

Do przeprowadzenia egzaminu w michałowskim Liceum kierownik Wydziału Oświaty Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Białymstoku powołał Państwową Komisję Egzaminacyjną w składzie:

  • Antoni Stasiewicz – przewodniczący i egzaminator z nauki o Polsce i świecie współczesnym,
  • Witold Nosowski – egzaminator z języka polskiego,
  • Arseniusz Ziniewicz – egzaminator z matematyki,
  • Eulalia Bałazy – egzaminator z historii,
  • Wojciech Ostrowski – egzaminator z fizyki,

Wszyscy członkowie komisji byli nauczycielami tej szkoły. Jedyną osobliwością był udział w komisji tzw. delegata społecznego, którego powołał kierownik Wydziału Oświaty WRN na wniosek Powiatowej Rady Narodowe] w Białymstoku.

Tematy na egzamin pisemny ustalało Ministerstwo Oświaty i były one jednolite na obszarze całego kraju. Natomiast pytania na egzamin ustny (z reguły po trzy w zestawie) opracowywali nauczyciele – egzaminatorzy przedmiotów maturalnych, a zatwierdzał przewodniczący komisji.

 

Pierwsza matura w michałowskim Liceum

Pierwsza sesja maturalna rozpoczęła się w poniedziałek 21 maja 1951 roku egzaminem pisemnym z języka polskiego w budynku przy ul. Szkolnej. Tego dnia z samego rana w szkole panowała podniosła atmosfera. Dziewczyny w białych bluzkach i długich spódnicach, chłopcy w ciemnych (w większości granatowych) garniturach, jasnych koszulach i oczywiście „pod krawatem”. Wśród zdających stres, kulminacja emocji… i ostatnia giełda oczekiwanych tematów.

Na kwadrans przed rozpoczęciem egzaminu do sali wkroczyła komisja egzaminacyjna – Antoni Stasiewicz, Witold Nosowski i Arseniusz Ziniewicz, później weszli maturzyści i zajęli wcześniej wyznaczone im miejsca w drewnianych ławkach. na których znajdowały się kałamarze z atramentem (dla piszących stalówką) i butelki z oranżadą. O godzinie 8.00 zapanowała kosmiczna cisza, rozległ się trzask łamanego laku z odciskiem pieczęci Ministerstwa Oświaty, po czym przewodniczący komisji otworzył szarą kopertę i odczytał tematy na egzamin piśmienny z języka polskiego w 1951 roku:

  1. Dr Judym i Paweł Własow jako wyraziciele poglądów społecznych Że-romskiego i Gorkiego,
  2. Walka o postęp w twórczości i działalności pisarzy polskich epoki Oświecenia,

3 Rozwiń myśl zawartą w słowach prezydenta Biureta: Plan 6-letni wzmacnia siły Polski i wzmacnia jej niezależność, a wraz z tym wzmacnia wkład Polski do ogólnoludzkiego dzieła pokoju.

Na twarzach zdających pojawiło się lekkie odprężenie, zwłaszcza u tych, którzy na giełdzie stawiali na Oświecenie. Ale jak się później okazało, najwięcej zdających wybrało temat trzeci i „rozwijało myśli” prezydenta PL. Na napisanie wypracowania zdający mieli pięć godzin (300 minut).

Następnego dnia, 22 maja 1951 roku, odbył się egzamin pisemny z matematyki. Ta sama sala, podobna procedura, tylko papier w kratkę i inne miejsca zdających – „słabeusze” zajęli miejsca bliżej „talentów matematycznych”. W ministerialnej kopercie było trzy zadania z matematyki, obejmujące algebrę, arytmetyką oraz geometrię z trygonometrią. Na ich rozwiązanie zdający mieli cztery godziny (240 minut).

Prace egzaminacyjne z języka polskiego sprawdzał Witold Nosowski, z matematyki Arseniusz Ziniewicz. Obaj egzaminatorzy musieli opracować krótkie recenzje poszczególnych prac, a ocenę dokonywali jednym ze stopni: bardzo dobry. dobry, dostateczny, niedostateczny. Jednak ocenę końcową ustalał przewodniczący komisji, któremu przysługiwało prawo do zmiany oceny egzaminatora. Jak się później okazało, wszyscy abiturienci zdali egzaminy pisemne i zostali dopuszczeni do egzaminów ustnych.

Egzaminy ustne odbywały się jednego dnia z pięciu przedmiotów przed wszystkimi członkami komisji. Procedura tych egzaminów przebiegała w kilku etapach, a mianowicie:

– wylosowanie zestawu (pytań lub zadań), zawierającego po trzy zagadnienia na pojedynczych kartkach, nieróżniących się stopniem trudności, obejmujących materiał programowego z danego przedmiotu,

– przygotowanie się do egzaminu – 15 minut,

– odpowiedzi na wylosowane pytania lub rozwiązywanie zadań. Czas trwania egzaminu ustnego z jednego przedmiotu nie przekraczał 20 minut.

Ocenę odpowiedzi ustnych z każdego przedmiotu ustalała cała Komisja po wysłuchaniu opinii egzaminatora. Aby zdać egzamin, uczeń musiał wykazać się znajomością, co najmniej 50 proc. treści programowych z czteroletniego cyklu nauczania (obecnie tylko 30 proc. z trzech lat). Zatem był to bardzo trudny egzamin, do którego dochodzili tylko najlepsi i najwytrwalsi uczniowie.

s1-str32

Świadectwo dojrzałości Nr 2 – Mikołaja Hajduka, najlepszego absolwenta pierwszego rocznika maturalnego 1951 roku

 

Duża ranga matury – mało absolwentów

Z pierwszego rocznika maturalnego państwowy egzamin dojrzałości zdało 14 abiturientów.  Uroczystość wręczenia pierwszych matur odbyła się 30 maja 1951 roku. Pierwsze świadectwa dojrzałości Szkoły Ogólnokształcącej stopnia Licealnego w Michałowie otrzymali Halina Ciwoniuk, Mikołaj Hajduk, Barbara Kulesza, Raisa Kuniec, Zenaida Kuniec, Anatoli Markiewicz, Aleksander Markiewicz, Julian Monach, Lidia Nazarko, Maria Połocka, Władysław Rybiński, Wiera Tomaszuk, Konstanty Wawrzyniak i Jerzy Ziniewicz.

Absolwenci 1951 roku w większości byli przerośnięci (mieli od 18 do 22 lat) i przez cały cykl kształcenia (cztery lata) byli najstarsi w szkole. Niechętnie poddawali się rygorom dyscypliny szkolnej, ale towarzyszył im niespotykany w latach późniejszych zapał do nauki i etos pracy. W większości pochodzili z rodzin chłopskich i robotniczych i stanowili potencjalną inteligencję pierwszego pokolenia. Tylko nieliczni wywodzili się ze środowisk inteligenckich. Mieszkali w Michałowie i okolicznych wsiach, Hieronimowie, Kazimierowie, Kobylance, Lasance, Lewszach, Mościskach, Nowej Woli, Pieńkach, Oziabłach, Topolanach i innych. Do szkoły chodzili pieszo lub dojeżdżali rowerami.

Niestety w roku szkolnym 1951/52 nie było matury, bowiem promocję do klasy XIj otrzymało zaledwie siedmiu uczniów i nie było podstaw do utworzenia klasy maturalnej. Nasi maturzyści zostali przeniesieni do LO w Olecku, przy którym był internat i tam też zdawali maturę. Z drugiego rocznika maturalnego (1953) egzamin dojrzałości zdało 21 osób. Natomiast z mojej klasy – rocznik maturalny 1954 – na czterdziestu uczniów przyjętych do klasy ósmej świadectwa dojrzałości otrzymało 17 osób, w tym aż trzynastu chłopców i tylko cztery dziewczyny.

Wprawdzie przytoczone liczby nie napawały optymizmem, ale rzeczywista sprawność kształcenia (edukacyjna wartość dodana) de facto nie była aż tak zła. Ponieważ część uczniów (zwłaszcza dziewcząt) po ukończeniu klasy IX (tzw. małej matury), przechodziła do Liceum Pedagogicznego w Białymstoku, gdzie uzyskiwała dyplomy na nauczyciela szkoły podstawowej. Natomiast chłopcy byli werbowani do szkół oficerskich i nie tylko.

Ale prawdą jest, że niektórzy uczniowie mieli trudności z opanowaniem materiału nauczania i nie otrzymawszy promocji do klasy wyższej rezygnowali z nauki. Najwięcej osób odpadało już po klasie ósmej. Aby uniknąć kompromitacji w lokalnym środowisku część z nich, zwłaszcza dziewczęta, rezygnowała z nauki jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego. Spośród wielu przyczyn niepowodzeń edukacyjnych można wymienić m.in. trudne warunki materialne, braki wynoszone z małych szkół wiejskich i utrudniony dostęp do szkoły zwłaszcza zimą.

W wielu domach nie było światła elektrycznego, co utrudniało odrabianie lekcji, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Brakowało podręczników, lektur i przyborów szkolnych. Nie mniej istotną barierą były przeładowane programy nauczania, obejmujące aż 19 przedmiotów, w tym język łaciński, astronomię, geologię, logikę, propedeutykę filozofię i przysposobienie wojskowe. Zdarzało się również, że niepowodzenie w nauce było skutkiem zbyt dużego powodzenia w miłości…

Godzi się podkreślić, że ranga ówczesnej matury była bardzo wysoka. Zapewniała ona pracę w administracji publicznej, urzędach i biurach zakładów pracy oraz w przedszkolach i szkołach podstawowych, przy czym w tych ostatnich trzeba było uzupełnić wykształcenie pedagogiczne. Jednocześnie była ona przepustką na wyższe uczelnie, ale po uprzednim zdaniu egzaminu wstępnego. Jedynie wyróżnieni dyplomem „Przodownik nauki i pracy społecznej” mieli prawo wstępu na dowolnie wybraną uczelnię bez egzaminu wstępnego. Takie dyplomy po raz pierwszy otrzymali w czerwcu 1950 roku:Mikołaj Hajduk i Jerzy Ziniewicz. A ponieważ tylko nieliczni legitymowali się maturą, jej prestiż społeczny był nie mniejszy od dzisiejszego dyplomu ukończenia studiów wyższych.

Bazyli Niedźwiecki

W Orli byli wspaniali ludzie

fota1

1935 r. Orla. Dzieci: I rząd, od lewej: 1 NN, 2 Andrzej Laszewicz 3. Jankiel.. II rząd 1. Tatiana Ogijewicz, 2. Maria Martynowicz, 3. Walentyna Kaczan, 4. Anna Kubajewska, 5. Maria Fiedorowicz, 6 Sara Serlin, 7.Musia Szwarc, 8. Ludmiła Kaczyńska, 9.Walentyna Martynowicz, 10. Nina Nazarewicz, 11 Sara Olszańska. III rząd, od lewej: 1. NN 2.NN 3. Jan Gonta, 4. Luba Bogacewicz, 5. Nina Gołownia, 6. Anna Garłowska 7. Mikołaj Rybaczuk, 8 Bazyli Orda. IV rząd, od lewej: 1.NN, 2.NN. 3 NN 4..NN, 5. NN. 6. Eliasz Sokołowski 7. Eliasz Laszewicz, 8 Borys Bogacewicz, 9 Walenty Laszewicz, 10. Aleksander Kuźmin. Dorośli: po lewej siedzi Kierownik szkoły w Orli Tadeusz Wróblewski, po prawej nauczyciel Tomasz Bielecki. Fotografia ze zbiorów Cyfrowego Archiwum Tradycji Lokalnej Fundacji EDM w Orli

Wiesław Wróblewski, rocznik 1928, z Jedlicza na Podkarpaciu, syn kierownika orlańskiej szkoły powszechnej w latach 20. i 30. ubiegłego wieku, po niemal siedemdziesięciu latach nieobecności 16 lutego 2009 roku na krótko nawiedził Orlę i szkołę, a rok temu nawiązał kontakt ze mną. Dzięki lekturze Czasopisu z Internetu wspomina dawną Orlę i jej mieszkańców, losy swojej rodziny. Oto zapiski jego ciekawej, wzruszającej relacji.



Jestem już staruszkiem… Bardzo cenię Pańskie wywiady z mieszkańcami Orli (publikowane w Czasopisie w minionych latach, dostępne też w Internecie – M.M.). Niektóre nazwiska osób, które przekazały Panu swoje wspomnienia, są mi znane z dzieciństwa i dlatego, odczytując ich wspomnienia, bardzo się wzruszyłem. To, co Pan robi, jest cennym wkładem w historię Orli. Ta miejscowość jest tego warta.

 

O prawosławnych kolegach

Orla – to moje dzieciństwo, to świat dziecka, które było szczęśliwe. Dziecka, które w szczęśliwej rodzinie i wśród przyjaciół różnych narodowości, zamieszkujących Podlasie, cieszyło się życiem. Ja bardzo mile i z pewną dozą rozrzewnienia wspominam rodzinę księdza prawosławnego parafii orlańskiej Włodzimierza Wiszniewskiego, matuszkę Aleksandrę i ich synka Sławka, który był moim serdecznym kolegą. Z rodziną księdza przeżyliśmy wiele radosnych świąt – prawosławnych i katolickich. Prawosławny ksiądz Włodzimierz Wiszniewski i katolik, kierownik szkoły, Tadeusz Wróblewski, mieli podobne poglądy w sprawach dotyczących wzajemnych relacji szkoły i Cerkwi, w sprawach wychowania młodzieży. To pod ich wpływem między uczniami obu wyznań chrześcijańskich nie było żadnych nieporozumień na tle narodowościowym i religijnym (kierownik szkoły na inaugurację roku szkolnego 1934/35 zwracał się pismem do ks. W. Wiszniewskiego z prośbą o odprawienie nabożeństwa ekumenicznego – M.M.).

 

O Żydach

Po wojnie, po holocauście, mieszkańcy Orli dość mile wspominali swoich żydowskich sąsiadów, co wyraźnie uwidacznia się w Pańskich wywiadach, przeprowadzonych z mieszkańcami Orli. O swoich dawnych sąsiadach mówią zawsze dobrze. Nie zamierzam zaprzeczać ich wspomnieniom, każdy ma prawo do takich, czy innych wspomnień. Po lekturze Pana wywiadów zastanowiłem się, jakie są moje wspomnienia o orlańskich Żydach i ich białoruskich i polskich sąsiadach? Bardzo zróżnicowane.

Wśród moich żydowskich rówieśników nie miałem przyjaciół. Moi rodzice nie byli antysemitami. Ja też nie czułem nienawiści do tego narodu. Jako uczniowie siedzieliśmy w sąsiednich ławkach. Mieliśmy wspólne szkolne podwórka, na którym nie było wspólnych zabaw. Chodziliśmy i biegaliśmy po wspólnych ulicach, ale zawsze osobno. Nauczyciele starali się zintegrować klasową społeczność. W tym celu wyznaczali miejsca, gdzie mają siedzieć uczniowie tak, aby nie wyodrębniać grup narodowościowych i religijnych. Nie skutkowało. Uczniowie żydowscy zawsze wracali na poprzednie miejsca, tworząc w ten sposób swoiste getto ławkowe. Nie przeczę, były wyjątki, zwłaszcza wśród uczennic. Żydowskie dziewczyny były bardziej koleżeńskie, niż żydowscy chłopcy. Chętniej uczestniczyły we wspólnych zabawach i organizowanych w szkole imprezach. Między dziewczynami, niezależnie od narodowości, zawiązywały się przyjaźnie. Wśród chłopców raczej nie. A jak było wśród dorosłych? Różnie. Jeszcze w latach trzydziestych wracały wspomnienia tych, którzy po powrocie z „bieżeństwa” nie mieli gdzie mieszkać, bo ich dom zajęła rodzina żydowska, albo gorzej, gdy ich wiejską chałupę rozebrali Żydzi i przenieśli do Orli – licząc, że jej prawowici właściciele nigdy nie powrócą. Na takich wspomnieniach nie buduje się przyjaźni. Te krzywdy, choć w jakiś sposób złagodzone, jednak nie do końca były zapomniane.

Gdy porównuję swoje wspomnienia z wypowiedziami Pańskich rozmówców i z wywiadami przeprowadzonymi przez Pawła Buszko, autora książki „Żyd Żydem. Wizerunek Żyda w kulturze ludowej podlaskich prawosławnych Białorusinów. Miasteczko Orla”, to rysuje mi się obraz, że współżycie społeczności orlańskiej nie było sielanką… Że na co dzień i po sąsiedzku było spokojnie i na pozór po przyjacielsku, ale gdzieś w głębi tkwiły wzajemne urazy.

 

Przyjaciele i wrogowie

Z wielką przyjemnością, wśród wypowiedzi Pana rozmówców znalazłem kilka słów wypowiedzianych przez Ludmiłę Jodłę z domu Kaczyńską (Czasopis, październik 2008 r., „I teatr był w Orli”). – Kierownikiem szkoły był Tadeusz Wróblewski, bardzo porządny człowiek. Gdy aresztowano stryja mojej koleżanki Tatiany Ogijewicz, to Wróblewski poręczył za niego swoją pracą. A wtedy ryzykować utratą pracy, to było coś. Tadeusza Wróblewskiego, męża Marii, dziś ktoś z Orli zapewne umieściłby pod kategorią „nie nasz”. Trudno. Ten nie nasz bronił Białorusina, któremu działa się krzywda. Do tej „nie naszej” Marii Wróblewskiej, wywożonej z dziećmi na Sybir, białoruskie kobiety przybiegały na stację do Bielska (10 km), żeby się pożegnać. Każda coś przyniosła – chleb, kawałek słoniny, trochę kaszy itp., choć same nie miały tego pod dostatkiem. Gdy o tym mówię, piszę, łzy cisną mi się do oczu. W Orli byli wspaniali (dużymi literami) LUDZIE.

Były i wyjątki, do takich, między innymi należał Konstanty Murawski, który dość szybko zdobył zaufanie władz sowieckich i jako funkcjonariusz NKWD czynnie uczestniczył przy aresztowaniu mego ojca Tadeusza Wróblewskiego i wywózce jego rodziny na Sybir.

Relacja siostry, Danuty Kowalskiej, rocznik 1926.

– Co jakiś czas wzywano ojca do NKWD i namawiano go do współpracy. Tato odmawiał… 20 czerwca 1941 roku, około 2-3 nad ranem, zastukano do drzwi naszego mieszkania. Weszło kilku mężczyzn w mundurach NKWD. Jednym z nich był były uczeń moich rodziców o nazwisku Murawski. Godzinę wcześniej mama z koleżanką wyjechały furmanką do Bielska, miały jechać do Białegostoku. Murawski pojechał motocyklem po mamę. Przeprowadzono rewizję i mimo że nic nie znaleziono, aresztowano ojca. Nam kazano pakować się. Ja byłam chora. Rodzice byli szanowani, więc mieszkańcy bardzo nam współczuli. Przychodzili się pożegnać, każdy przyniósł coś na drogę…

Był jeszcze Żyd, który na jakimś spotkaniu towarzyszom komisarzom z rejonowego miasta Bielska w perfidny, zakłamany, sposób, opowiadał, jakim to wspaniałym człowiekiem jest pan Wróblewski. Że był legionistą, że walczył z bolszewikami w 1920 roku, że za ofiarną służbę dla Polski został odznaczony Krzyżem Niepodległościowym. Może tych, co nienawidzili rodziny Wróblewskich, było więcej, ale ci dwaj się ujawnili.

 

Na zsyłce

20 czerwca 1941 roku rozpoczęła się nasza rodzinna gehenna. Areszt ojca co prawda nie trwał długo, bo gdy wybuchła wojna Sowietów z Niemcami, a enkawudziści w popłochu uciekali na wschód (razem z nimi miejscowi enkawudziści), ludność Białegostoku rozbiła więzienie. Tadeusz Wróblewski i były wójt Bogdan Wańkowicz wrócili do Orli.

Maria Wróblewska z dziećmi Danutą i Wiesławem oraz babcią przez lata zesłania (od 1941 do 1946 r.) przebywała w Ałtajskim Kraju (południowo zachodnia część Syberii), początkowo w Katunskim Sowchozie, a po zawarciu układu Sikorski-Majski i tak zwanej amnestii, w Bijsku. Tak zwanej, gdyż amnestia wiąże się zazwyczaj z darowaniem przestępstw, a jakie przestępstwo popełnili Polacy wywiezieni na Syberię. 17 maja 1946 roku dotarli do rodzinnego Jedlicza i spotkali się z ojcem.

Tadeusz Wróblewski podczas niemieckiej okupacji prawdopodobnie pracował w Orli w urzędzie niemieckim, odpowiedniku gminy, znał język niemiecki. Wiadomo, że wznowił działalność polskiej szkoły w Orli na rok szkolny 1944/45 (figuruje w dokumentach szkolnych), a od 1945 roku (z obawy o aresztowanie) przebywał już w Podniebylu na Podkarpaciu. Pełnił obowiązki kierownika miejscowej szkoły podstawowej do końca swych dni. Zmarł 30 kwietnia 1954 roku. Swoje wojenne dzieje na Podlasiu przekazywał rodzinie stopniowo pod koniec życia.

 

Zapisał
Michał Mincewicz

Profesor chemii z Białowieży

W piętnastą rocznicę śmierci

mikolaj-tarasiewicz

Prof. dr Mikołaj Tarasiewicz (1931-2001)

Mikołaj Tarasiewicz należał do dość licznej grupy białowieskiej młodzieży, która tuż po zakończeniu ostatniej wojny światowej skorzystała z szeroko otwartego dostępu do szkół średnich i uczelni wyższych. Przed wojną białowiescy chłopcy i dziewczęta z rodzin chłopskich mogli tylko pomarzyć o zdobyciu wykształcenia średniego, a już o wyższym w ogóle mowy nie było. 

Mikołaj urodził się 25 lutego 1931 roku w Białowieży w rodzinie Stefana i Nadziei z domu Gryko. Tutaj też ukończył szkołę podstawową, wykształcenie średnie zdobył zaś w pobliskiej Hajnówce. Był chłopcem bardzo zdolnym, podobnie jak dwójka jego braci – Stefan i Sergiusz oraz siostra Olga. Pasjonował się chemią i piłką nożną. W Białowieży krążyły legendy o jego niezwykłych eksperymentach chemicznych.

Zainteresowania Mikołaja chemią zadecydowały o wyborze kierunku studiów. W 1950 roku dostał się bez trudu na Wydział Chemii Państwowego Uniwersytetu w Mińsku (Białoruś). Uczelnię ukończył w 1956 roku. W czasie studiów zainteresował się bliżej pływaniem, osiągając w dość krótkim czasie znaczące wyniki w tej dziedzinie sportu. Trzykrotnie stawał na podium zwycięzcy zawodów mistrzowskich w pływaniu, organizowanych przez miński uniwersytet. Jego fotografię umieszczono na tablicy mistrzów sportu tej uczelni. Mikołaj był aktywnym członkiem Akademickiego Klubu Sportowego.

Po powrocie do kraju, Tarasiewicz w 1956 roku podjął pracę w Zakładzie Suchej Destylacji Drewna w Hajnówce, na stanowisku starszego inżyniera zakładowego laboratorium. W 1962 roku został nauczycielem chemii w hajnowskim liceum ogólnokształcącym.

W tym czasie zajmował się czynnie sportem, brał udział w rozgrywkach sportowych. W sierpniu 1957 roku na zorganizowanych na basenie pływackim w Białowieży zawodach o mistrzostwo pływackie LZS powiatu hajnowskiego wygrał 100 m stylem klasycznym w niezłym czasie. W zawodach uczestniczyło osiemnastu pływaków.

W 1962 roku w hajnowskim klubie sportowym utworzono sekcję pływacką. Mikołajowi, znanemu pasjonatowi tej dyscypliny sportu, posiadającemu stosowne kwalifikacje – powierzono funkcję trenera. Uprawnienia instruktora pływania Mikołaj uzyskał już pod koniec lat pięćdziesiątych, a dyplom trenera pływania otrzymał w 1962 roku na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Dzięki staraniom Tarasiewicza w Hajnówce została zbudowana pływalnia, a on sam był głównym jej budowniczym. Z powodzeniem zaszczepiał bakcyla pływania młodzieży liceum i szkół podstawowych. Trzeba też zaznaczyć, że Mikołaj traktował pływanie jako sport ogólnorozwojowy, natomiast wyniki sportowe pozostawały dla niego na drugim planie. Konstanty Mojsienia w wywiadzie dla „Polityki” (nr 28/1962) powiedział o Mikołaju z uznaniem: „… on trzyma całe hajnowskie pływactwo”. W tamtym czasie Tarasiewicz był jedynym na Białostocczyźnie instruktorem pływania.

Pracując w Hajnówce, Mikołaj pełnił jednocześnie funkcję I sekretarza Komitetu Powiatowego Związku Młodzieży Socjalistycznej. Był ponadto pierwszym przewodniczącym Hajnowskiego Oddziału Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego.

W 1964 roku Tarasiewicz postanowił poświęcić się karierze naukowej w dziedzinie chemii i przeniósł się do Białegostoku. Z początkiem września 1964 roku został zatrudniony na stanowisku starszego wykładowcy w Zakładzie Chemii Wyższej Szkoły Inżynierskiej, przekształconej w 1974 roku w Politechnikę Białostocką. Od 1 listopada 1974 roku, nieprzerwanie przez 27 lat, pracował w Zakładzie Chemii Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku, późniejszym (od 1977 roku) Instytucie Chemii Uniwersytetu w Białymstoku. Na uczelni technicznej był w latach 1966-1972 kierownikiem Pracowni Podstaw Chemii, a w latach 1972-1974 – kierownikiem Pracowni Fizykochemii Ciała Stałego. W uczelni uniwersyteckiej kierował Pracownią Podstaw Chemii w Instytucie Chemii.

W pracy Mikołaj poznał chemiczkę Helenę Puzanowską, która została jego żoną. A wyswatał ich znany białostocki artysta plastyk – Mikołaj Wołkowycki, także pochodzący z Białowieży, zresztą starszy kolega Mikołaja. Małżeństwo chemików doczekało się dwóch synów.

W 1965 roku Mikołaj Tarasiewicz nawiązał kontakty naukowe z prof. Haliną Basińską z Instytutu Chemii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w rezultacie czego podjął badania naukowe nad pochodnymi organicznego związku chemicznego fenotiazyny, nazywanego inaczej – agrazyną. Tarasiewicz przyczynił się do wytyczenia badań dotyczących właściwości, nowych metod oznaczania i wykorzystania pochodnych fenotiazyny oraz ich związków kompleksowych w analizie chemicznej. Badania te spotkały się z zainteresowaniem ośrodków naukowych w kraju i za granicą, a opublikowane prace były często cytowane w literaturze światowej.

Stopień naukowy doktora nauk chemicznych Mikołaj Tarasiewicz uzyskał w 1970 roku, na podstawie pracy „Badania nad oznaczaniem i analitycznym wykorzystaniem pochodnych fenotiazyny”. Habilitował się w 1974 roku – jego rozprawa habilitacyjna dotyczyła badań struktury oraz własności fizykochemicznych i analitycznych połączeń pochodnych fenotiazyny z rodankowymi jonami metali i niektórymi związkami organicznymi. Publiczna obrona pracy doktorskiej i kolokwium habilitacyjne odbyły się na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W latach 1974-1991 Tarasiewicz pracował na stanowisku docenta, a następnie na stanowisku profesora nadzwyczajnego. Rozwijał badania naukowe w dziedzinie pochodnych fenotiazyny i związków strukturalnych pokrewnych. Współpracował z liczącymi się w kraju chemikami. Badania profesora Tarasiewicza zostały włączone do problemu międzyresortowego MR. I-32 „Nowe metody analityczne w chemii. Opracowanie metod oznaczania związków organicznych farmakologicznie czynnych”.

Mikołaj Tarasiewicz uczestniczył w pracy badawczej nt. „Oznaczanie śladowych ilości substancji organicznych zanieczyszczających środowisko (woda, ścieki itp.)”. Napisał kilka artykułów na temat związku skażenia środowiska ze zdrowiem ludzkim.

Prowadził wykłady i ćwiczenia dla studentów Wyższej Szkoły Inżynierskiej i Politechniki Białostockiej z chemii technicznej na trzech wydziałach tej uczelni (Budownictwa Lądowego, Mechanicznym i Elektrycznym). W Filii Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Uniwersytecie w Białymstoku prowadził wykłady kursowe z podstaw chemii dla studentów chemii i biologii oraz wykłady z chemii ekologicznej

Na jego dorobek składa się około 160 publikacji naukowych, zamieszczonych w fachowych czasopismach krajowych i zagranicznych, jak również zgłoszonych na sympozja krajowe i międzynarodowe. Był promotorem 86 prac magisterskich i jednej rozprawy doktorskiej. Wspólnie z małżonką, prof. zw. dr hab. Heleną Puzanowską-Tarasiewicz, napisał cztery skrypty dla studentów – dwa z nich miały drugie wydanie. Udzielał się aktywnie w pracy oświatowej na rzecz środowiska. Współpracował z Instytutem Kształcenia Nauczycieli, wygłaszał wykłady z zakresu dydaktyki i chemii na konferencjach nauczycielskich. W latach 1985-1992 pełnił funkcję Przewodniczącego Komisji Egzaminacyjnej ds. nadawania stopni kwalifikacyjnych nauczycielom chemii w makroregionie północno-wschodniej Polski. Był również członkiem Zespołu Kierunkowego Chemii Centralnego Ośrodka Metodycznego Studiów Nauczycielskich przy Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie.

Działał w Polskim Towarzystwie Chemicznym, do którego należał przez wiele lat.

Za całokształt swej działalności naukowej, dydaktycznej i organizacyjnej w szkolnictwie wyższym otrzymał w 1982 roku nagrodę II stopnia Ministra Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. Trzykrotnie otrzymywał nagrody Rektora Politechniki Białostockiej (1967, 1968, 1970) oraz czterokrotnie nagrody Rektora Uniwersytetu Warszawskiego (1976, 1978, 1980, 1989). W 1974 roku otrzymał nagrodę I stopnia w konkursie Polskiego Towarzystwa Chemicznego za najlepsze prace z dziedziny chemii, opublikowane w latach 1971-1973. Odznaczony został m.in. Złotym Krzyżem Zasługi (1982), Srebrną i Złotą Odznaką „Zasłużony Białostocczyźnie” (1978, 1989) oraz Odznaką 1000-lecia Państwa Polskiego (1963).

Mikołaj Tarasiewicz odcisnął ślad w sporcie pływackiem także w Białymstoku. W mieście tym doprowadził do zbudowania trzech krytych basenów. Mając do dyspozycji nowoczesną bazę sportową, wyszkolił licznych zawodników i ratowników – niektórzy z nich zdobywali tytuły pływackich mistrzów Polski. Tarasiewicz w okresie wakacji letnich i ferii zimowych organizował obozy pływackie dla dzieci i młodzieży (m.in. w Augustowie i Lądku Zdroju). Pełnił funkcję prezesa Białostockiego Oddziału Związku Pływackiego, który powstał w 1967 roku.

Profesor krzewił również kulturę fizyczną w zakresie piłki nożnej. Był jednym z założycieli Klubu Sportowego „Żubr” w Białowieży, z sekcją piłki nożnej. Starsi białowieżanie zapamiętali go jako zdolnego piłkarza, uczestniczącego w rozgrywkach piłkarskich na terenie całego ówczesnego województwa białostockiego.

Mikołaj często odwiedzał swoją rodzinną miejscowość. Zgromadził bardzo cenną dokumentację fotograficzną wydarzeń białowieskich z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, która – niestety – w ostatnich latach została zniszczona przez złodziei. Jego zdjęcia z Białowieży były publikowane na początku lat sześćdziesiątych w „Gazecie Białostockiej”. W latach pięćdziesiątych natomiast zajmował się publicystyką na łamach tygodnika „Niva”.

W Białymstoku mieszkał wraz z rodziną przy ulicy Równej 15.

Prof. dr hab. Mikołaj Tarasiewicz zmarł 20 września 2001 roku w Białymstoku, został pochowany na cmentarzu w Księżynie. Żona Mikołaja – prof. zw. dr hab. Helena Puzanowska-Tarasiewicz, odeszła 29 grudnia 2009 roku, spoczęła także na księżyńskim cmentarzu, obok swego męża.

W pamięci ludzi, którzy znali osobiście chemika rodem z Białowieży, zapisał się jako człowiek wielkoduszny, dobrotliwy, życzliwy i otwarty na innych. Był wielkim erudytą. Rozmowa z nim każdemu sprawiała prawdziwą przyjemność.

Nie miałem zbyt wiele okazji do bezpośrednich kontaktów z prof. Tarasiewiczem, niemniej udało mi się odbyć z nim kilka niedługich rozmów, oczywiście – podczas jego wypadów do rodzinnej Białowieży.

W 1989 roku dowiedziałem się od Profesora, że w czasie wyjazdu służbowego do Związku Radzieckiego spotkał tam jednego z żołnierzy radzieckich, biorących udział w wyzwalaniu Białowieży spod okupacji hitlerowskiej w lipcu 1944 roku. Był to Paweł Pierewieziencew z Melitopola na Ukrainie. Profesor powiadomił o swoim odkryciu władze białowieskiej gminy, które we wrześniu 1989 roku zaprosiły byłego żołnierza do Białowieży. Gość odbył liczne spotkania z mieszkańcami miejscowości, uczestniczył także w wiecu przyjaźni. Z Pawłem Pierewieziencewem przeprowadziłem wywiady dla „Gazety Współczesnej” i „Niwy”. Niestety, wkrótce po tym, jak wysłałem mu numery gazet z artykułami, otrzymałem wiadomość od rodziny, że Paweł Pierewieziencew niedługo po przyjeździe z Polski zmarł.

Podczas naszego ostatniego spotkania Profesor obiecał przekazać mi zdjęcia, wykonane przez siebie w Białowieży w pierwszych latach powojennych. Ucieszyłem się ogromnie, ale po pewnym czasie dowiedziałem się, że Mikołaj Tarasiewicz zmarł. Zrozumiałe, że zdjęć otrzymać już nie mogłem.

Piotr Bajko

Малавядомыя заходнебеларускія паэты

piatrus_hranit

Пятрусь Граніт

З літаратурнай спадчыны

У заходнебеларускага паэта Івана Івашэвіча з вёскі Зачэпічы Дзятлаўскага раёна было два псеўданімы: Пятрусь Граніт і Мацей Гвозд. Часцей за ўсё ён карыстаўся псеўданімам Пятрусь Граніт. Пад гэтым псеўданімам і апублікаваў Іван Івашэвіч свае першыя вершы ў „Беларускай газеце” 10 лістапада 1933 года. Гэта верш „Прывітанне”, у якім аўтар шчыра вітаў газету і верш „Мужыцкая восень”. Ён гучаў так:

З палёў даўно сабралі
Збажыну мужыкі,
І па вясковых далях
Цяпер грымяць такі.
З братвы мужыцкай, шэрай
Бязмежна кожны рад,
Што хлеба сціплай мерай
Мо хопіць да Каляд.
Праходзяць дні без мовы,
І толькі вецер дзьме,
Сустрэчны гімн суровай
Складаючы зіме.
Далёка ў небным полі
Крык жураўлёў замоўк,
А над мужыцкай доляй
Завые сёння воўк.

У гэтым самым нумары „Беларускай газеты” у рубрыцы „Гутарым” напісана, што ў рэдакцыі газеты сабралася „ладная куча Вашых вершаў”. Рэдакцыя раіць паэту з Дзятлаўшчыны сур’ёзна працаваць над свамі вершамі, бо „верш – гэта стройная сугучнасць вобразаў і музыкальнасці, гэта
адзінства вобразаў і формы”.

vokladka_knihi

Вокладка кнігі

Гэй, каваль, распальвай горын!
Будзем строіць новы плуг.
З лемяшом сталёвым, новым,
Пасля пойдзем араць луг.
І работа загудзела,
Чуцён стукат малатка.
Іскра з шумам адляцела –
Будзе плуг для мужыка.
Гне жалеза на кавадлі,
Валіць молатам каваль.
Пот цячэ, а ён заядла
Робіць із жалеза сталь…
Плуг гатоў, бяры яго ты,
Ары дзікі наш дзірван;
І паддай другім ахвоты
Успульхняці свой загон.

Газета „Наша воля” у красавіку 1936 побач з такімі вядомымі ў Заходняй Беларусі паэтамі, як Максім Танк, Міхась Машара, Міхась Васілёк, Анатоль Іверс публікуе і васьмірадкоўе Петруся Граніта пра тагачаснае невясёлае жыццё:

Свет трасецца навакола,
Крызіс косці прабірае.
Нам жывецца невясёла –
Кожны гэта добра знае.
Але прыйдуць дні другія,
Прыйдуць з полымем гарачы, –
І стары падмінаваны
Затрасецца свет іначай.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Куток, прысвечаны паэту Граніту ў Жукоўшчынскай сельскай бібліятэцы Дзятлаўскага раёна

Зарою ўсход залоціцца,
Лье чырвань на зямлю;
Пад п’яную разводзіцу
Жыцця дзень новы родзіцца,
І я жыццё люблю!
Іграюць песні звонкія
Калосячы раллю,
На сонца струны тонкія,
Што звіслі над старонкаю,
Я песні разалью!

Дзесяткі вершаў Петруся Граніта траплялі ў розныя беларускія выданні, а таксама і на старонкі дзятлаўскай раённай газеты „Перамога”. Праўда, у 1939 годзе паэт падрыхтаваў свой першы паэтычны зборнік „Над хвалямі Нёмана”, але выйсці ён не паспеў – перашкодзіла вайна. І толькі ў 1978 годзе ў Мінску выйшла з друку невялічка кніжачка яго дзіцячых вершаў „Сцяжынка”, якую на грамадскіх пачатках адрэдагаваў Алег Лойка. Наклад кніжкі быў даволі вялікі – 50 тысяч асобнікаў.

У зборнічак увайшлі 22 вершы паэта. Гэта вельмі шчырыя, светлыя, пяшчотныя радкі аб прыродзе, аб лясных жыхарах, пра птушак і вёску – пра ўсё тое, што бачыў паэт, з чым і з кім штодня сустракаўся. Гэтыя вершы варта зноў перавыдаць, бо яны вельмі павучальныя, вучаць любіць прыроду, добра займацца ў школе, паважаць старэйшых людзей. А яшчэ – яны імгненна запамінаюцца, некаторыя з іх напісаны з гумарам. Ну, напрыклад, верш „Свінка ў лазню хадзіла…”:

Свінка ў лазню хадзіла
І забылася мыла.
У лужы паляжала.
– Памылася, – сказала.
Як прыйшла яна дахаты,
Не пазналі парасяты.
Аж сама здзівілася:
– Я ж у лазні мылася!..

Іван Івашэвіч нарадзіўся 24 студзеня 1909 года ў вёсцы Зачэпічы на Дзятлаўшчыне. Бацьку забралі на вайну, дамоў ён вярнуўся толькі ў 1922 годзе. Але доўга не пажыў – памёр праз год ад ран. І хлопчык Ваня ў 12 гадоў ужо касіў, хадзіў за плугам.

У 1927 годзе Іван Івашэвіч стаў працаваць брукаром. І працаваў ім аж да верасня 1939 года. Тады ён і напісаў свой незвычайны для Заходняй Беларусі верш „Брукар”, у якім паказаў цяжкую працу брукара. Здаецца, у беларускай літаратуры больш не было паэта, які аж 12 гадоў клаў брук і яшчэ паспяваў пісаць добрыя вершы. Вось як гучаў яго верш „Брукар”:

Брукар молатам сталёвым
Звоніць, б’е па камянёх:
Хоча шлях пракласці новы,
Каб не раніць людзям ног.
Утрымае цяжкі молат
Мазалістая далонь.
Размахніся – як той волат,
Высякаючы агонь!
Толькі рэха раздаецца,
Іскры свецяць у вачах.
Камень сцелецца-кладзецца –
Пракладае новы шлях.
Новы шлях прамы і роўны,
Каб не раніць болей ног.
Па ім пойдзе люд працоўны
Да святла і перамог.

Ва ўмовах Заходняй Беларусі, Іван Івашэвіч даволі рана далучыўся да падпольнай дзейнасці, наведваў сходы і мітынгі Беларускай сялянска-работніцкай Грамады. Ён некалькі разоў арыштоўваўся ўладамі Польшчы, але працягваў змагацца за светлую долю свайго народа. А ў вершах апісваў нялёгкае жыццё беларусаў і заклікаў іх да лепшага жыцця.

У 1933 годзе Пятрусь Граніт прымаў удзел у Першым нелегальным з’ездзе заходнебеларускіх пісьменнікаў у Вільні. А пасля ўз’яднання Заходняй Беларусі з БССР, паэт працаваў сакратаром выканкама, потым – старшынёй сельсавета.

У 1940 годзе ў Лідзе паэту-брукару пашанцавала сустракацца з Янкам Купалам, які вылучаўся кандыдатам у дэпутаты Вярхоўнага Савета БССР. 23 чэрвеня 1964 года Уладзімір Калеснік запісаў з Гранітам гутарку пра тое, як адбывалася сустрэча з песняром беларускай зямлі. „Янка Купала,— успамінаў Граніт,— быў у Лідзе тры дні, жыў у гасцініцы, а абедаў у сталовай, так званай „Амерыканцы”. Мы з Валянцінам Таўлаем і Анатолем Іверсам пайшлі праведаць яго. Купала сустрэў нас ветліва і, пагутарыўшы, запрасіў разам паабедаць. Заказаў нам абед з чатырох блюд з чаркай і півам. Калі мы памкнуліся плаціць — перапыніў нас: „Хлопцы, хлопцы, у мяне, мабыць, больш грошай…”. А потым усім нам даў падарункі: мне дасталася кніжка „Выбраныя паэмы”, асобнае выданне „Над ракой Арэсай”. Янка Купала быў негаваркі. Прачытаеш, помню, яму свой верш, ён паслухае. Пытаеш: „Ну як?”, а ён далікатна гаворыць: „Верш як верш, трэба паправіць”. „А як яго паправіць?” — пытаю. „Хто яго ведае. Спярша трэба некалькі разоў прачытаць, тады можна раіць. Прыязджай, кажа, у Мінск, там параімся і наконт зборніка”, — казаў паэт. Янка Купала стары ўжо быў у тыя гады, але паказаўся вельмі свойскім чалавекам, як родны. Так што розніца ў гадах не так і адчувалася. Гаварыў з намі сардэчна, шчыра. Падумаць толькі, гэта ж Народны паэт, а гаворыць, як бы быў сам вясковым простым чалавекам” (Уладзімір Калеснік. Лёсам пазнанае. Мн., 1982. С.252-253).

У гады Другой сусветнай вайны Іван Івашэвіч быў сувязным партызанскай брыгады «Барацьба» на Гарадзеншчыне, выступаў у партызанскім друку з вершамі. І толькі пасля вайны, Іван Івашэвіч завочна скончыў Навагрудскае педвучылішча. У 1945—1971 гадах працаваў настаўнікам і загадчыкам пачатковай школы ў Зачэпічах. І заўсёды пісаў вершы:

Хоць жаль бярэ – прыпомні ўсё –
Душу, як сталь, гартуе.
Хоць здзек зразорыў мне жыццё, –
Свой край люблю я!..

Паэтычныя радкі паэта друкаваліся ў раённым і абласным друку. Нізкі вершаў былі апублікаваны таксама ў зборніках „Сцягі і паходні” (Мн., 1965) і „Ростані волі” (Мн., 1990).

Памёр Пятрусь Граніт 14 студзеня 1980 года. Пахаваны ён на могілках у роднай вёсцы Зачэпічы. На старым надмагільным помніку яшчэ можна прачытаць напісаны па-руску тэкст, што там пахаваны Іван Пятровіч Івашэвіч.

harasim_pramien

Гарасім Прамень


Прамень

У Жукоўшчынскай сельскай бібліятэцы Дзятлаўскага раёна ёсць цікавы літаратурны пакой „Знакамітыя людзі зямлі Жукоўшчынскай”. Ён прысвечаны паэтам-землякам: Петрусю Граніту, Ігнату Дварчаніну, Васілю Струменю і Гарасіму Праменю. Сярод матэрыялаў пра Гарасіма Праменя (Івана Пышко), знайшоў успамін жыхара вёскі Зачэпічы, былога падпольшчыка-камсамольца ў Заходняй Беларусі Фёдара Калодкі. Былы падпольшчык Калодка пакінуў згадку пра забастоўку ў Бярозаўцы Лідскага павета, удзел у якой прымаў і Іван Пышко (паэт Прамень). Фёдар Калодка прыгадваў, як у сакавіку 1936 года пачалася забастоўка на шклозаводзе „Нёман” у Бярозаўцы. Вясковыя хлопцы і дзяўчаты збіралі прадукты харчавання для бастуючых і на падводах адпраўлялі сем’ям бастуючых. Аднойчы на адным з вазоў ехаў у Бярозаўку з вёскі Зачэпічы і Іван Пышко. Калі прыехалі ў мястэчка, пачаўся мітынг, на якім з прадмовай выступіў зачэпіцкі актывіст. Ён запэўніў бастуючых шкларобаў у тым, што сяляне будуць і далей салідарнымі з рабочымі завода ў іх змаганні. У канцы прамовы выступоўца прачытаў верш „Сцяг”, які выклікаў такое ўражанне, што рабочыя наладзілі цэлую авацыю. А забастовачны камітэт вельмі сардэчна падзякаваў Івану Пышко за сялянскую дапамогу.

Не ведаю чаму, але ніхто з даследчыкаў паэзіі Заходняй Беларусі ніколі не надрукаваў вершаў Гарасіма Праменя. Не трапілі вершы і ў зборнікі „Сцягі і паходні” (Мн., 1965) і „Ростані волі” (Мн., 1990), якія складаў Уладзімір Калеснік. Згадвалі яго прозвішча толькі ў агульных аглядах. І то Уладзімір Калеснік замест Гарасім Прамень, пісаў Герасім Прамень. Усё ж, псеўданім у паэта Івана Пышко быў Гарасім Прамень. Падпісваўся пад сваімі творамі ён і так: Прамень Г., Pramien Harasim. Звестак пра жыццёвы шлях Івана Пышко даволі мала. Нарадзіўся ён у 1908 годзе ў вёсцы Зачэпічы на Дзятлаўшчыне. Падчас Польшчы юнаком далучыўся да барацьбы супраць пілсудчыкаў. Уступіў у рады Камуністычнай партыі Заходняй Беларусі (КПЗБ). Быў сакратаром Зачэпіцкай ячэйкі КПЗБ.

Друкавацца Іван Пышко пачаў у 1933 годзе. Яго першы верш з’явіўся ў газеце „Родны край” (1933, № 13). Ён быў прысвечаны вясковаму кавалю і яго цяжкай працы. Але аднойчы каваль вырабіць сякеру, каб ачысціць для беларусаў цемру і здабыць шчасце. Верш так і называўся „Каваль”:

Звон і стукат раздаецца,
Лятуць іскры, валіць дым,
Як пад песню размахнецца
Каваль молатам сваім.
Гэй, каваль! – хлапец вясёлы,
Што куеш ты: плуг ці колы?
Ці мо робіш серп зубчаты,
Што заказвалі дзяўчаты?..
–Не, сялянін мой пахілы,
Памыліўся, браце мілы…
Ці ж не бачыш па размеру –
Гэта ж я раблю сякеру!
Як зраблю яе стальную,
Ў рукі моцныя вазьму я
І пайду у цемры-гушчы
Шлях там новы высякаць –
Беларускаму народу
Шчасце й долю здабываць!

У „Родным краі” (1933, № 14) ад рэдакцыі быў апублікаваны адказ на вершы Гарасіма Праменя: „Сябра Г.Прамень! Усе Вашы я вершы атрыманы намі. З часам мы (паэты) выдамо зборнік, то змесцім там больш Вашых твораў. Пакрысе будзем друкаваць лепшыя. Пішыце. Жадаем поспеху…”. Пра які зборнік ішла размова – невядома. Але ж у гэтым самым нумары газета „Родны край” апублікавала і новы верш Праменя аб прыродзе:

Ноч настала. Ў небасхіле
Месяц ясны устае.
І на лес імглой закрыты
Сінясветы свае лье.
Ціха дрэмлюць недзе хвоі,
Ўсё спавіта лёгкім сном.
Месяц лісце дрэў прыстроіў
Блескам сумным – серабром.
І здаецца – безустанку
Я сядзеў бы й назіраў,
Як у небе паміж зорак
Маляр ночы фарбы клаў.
Але заўтра дзень настане,
Поўны працы і клапот, –
Сонца яснае зноў гляне,
Зноў пальюцца песня й пот.

А ў 1936 годзе газета „Наша воля” (№ 6) публікуе невялікі верш Праменя пра сына, які вярнуўся з турмы:

Вёска, родныя палеткі,
Твой загнаны сын прышоў
З-за густой жалезнай сеткі
Дыхаць свежасцю палёў.
Смутак пройдзе, летуценні
Сэрца к жыццю ўваскрасяць.
І мінулыя цярпенні
Будзем ў радасць замяняць.

З’яўляліся паэтычныя радкі Гарасіма Праменя і на старонках папулярнага часопіса „Шлях моладзі”. Вобразным і жывым атрымаўся ў паэта верш „Дажджом”, які быў апублікаваны ў „Шляху моладзі” (1937, № 6):

Вось хмара нечаканая,
Як сівы мех наехала,
Каўшом зярняты сеяла –
Піла зямелька каплямі.
З стрэх малаком цадзілася –
Вада плыла рыштокамі,
У суме закруцілася
І пацякла з падскокамі.
Праплыўшы аглянулася, –
Адменена ўсё сталася,
Ў дарогу–даль папхнулася,
І сонца паказалася.
А перлы-срэбра пацеркі
Калоціць вецер з лісцейка.
І ліжа сонца з жаднасцю
Зямелькі плечы мытыя.

Пражыў Іван Пышко 56 гадоў. Ён быў жанаты, меў траіх сыноў. Але і сыны таксама даўно памерлі. Пры жыцці ён працягваў пісаць вершы, друкаваць іх у раённым друку. Паэт меў неадольную цягу да паэзіі, ён радаваўся жыццю, ганарыўся тымі, хто займаўся літаратурай і шчыра вітаў сяброў па пяру:

Дабра усім жадаю,
Сынам сваіх палёў.
І горача вітаю
Паэтаў-змагароў…

mahila_pramienia

Магіла Гарасіма Праменя ў вёсцы Зачэпічы Дзятлаўскага раёна

Дарэчы, на могілках вёскі Зачэпічы знаходзяцца дзве магілы заходнебеларускіх паэтаў Петруся Граніта і Гарасіма Праменя. Калі магілу Петруся Граніта сяды-тады даглядаюць унукі, якія жывуць на Дзятлаўшчыне, то за магілай Гарасіма Праменя глядзець даўно няма каму.

Няпярэдадні Радаўніцы 2016 года грамадскі актывіст з Дзятлава, сын заснавальніка Дзятлаўскага краязнаўчага музея Міхася Петрыкевіча Валерый Петрыкевіч разам з сябрамі Таварыства беларускай мовы з Дзятлава, Наваельні, Слоніма, а таксама з вучнямі Жукоўшчынскай базавай школы Дзятлаўскага раёна, супрацоўніцамі Жукоўшчынскай сельскай бібліятэкі і Дзятлаўскага гісторыка-краязнаўчага музея, арганізавалі паездку ў вёску Зачэпічы. На могілках ледзьве адшукалі магілы паэтаў Граніта і Праменя. Калі магіла Граніта знаходзілася ў больш-менш прыстойным выглядзе, то магіла Праменя (Івана Пышко), яго жонкі Кацярыны і сына, выглядалі даволі сумна і, бачна было, што іх ніхто не добраўпарадкаваў шмат гадоў.

Некалькі гадзін працавалі грамадскія актывісты. Яны ачысцілі магілы ад розных карэнняў, дзірвану, каменняў, травы, аднавілі тэкст на помніках, пафарбавалі агароджу. Дарэчы, помнік на магіле Гарасіма Праменя быў пастаўлены дзесьці ў 1965 годзе. Яго вырабіў нейкі мясцовы майстра і сам рукой на помніку напісаў тэкст з памылкамі. Магчыма пісаў так, як гутарылі мясцовыя людзі: „Пышко Иван Иванович, прожыл 56 лет, умер 7 июня 1964 г. Память от жены й детей”.

Падчас працы да грамадскіх актывістаў падыходзілі мясцовыя людзі і шчыра дзякавалі за добрую справу. Была і Алена Фёдараўна Цішук, хата якой знаходзіцца побач з могілкамі. З вакна кухні яе хаты відаць магілы вяскоўцаў. Жанчына падзякавала ўсім і сказала, што жонка паэта Праменя Кацярына была яе хроснай маці. Сам паэт ёй часта казаў: „Не шкадуй грошай: купі хрэсніцы хустачку, купі сарочку. І яна купляла, слухала мужа”.

Сяргей Чыгрын
Фота з архіва аўтара

Васіль Супрун успамінаў Ларысу Геніюш

2

Васіль Супрун, 1955 г.

Cпадчына

10 сакавіка г.г. споўнілася б было 90 гадоў з дня нараджэння ініцыятара заснавання і кіраўніка беларускай патрыятычнай моладзевай антысавецкай падпольнай арганізацыі „Чайка” ў 1946-1947 гадах на тэрыторыі Заходняй Беларусі, вязьня сталінскага ГУЛАГу, паэта, краязнаўца і археолага Васіля Супруна (1926-2007). 28 гадоў таму ў жніўні 1988 года я завітаў да Васіля Супруна, які жыў са мной на адной вуліцы Брэсцкай у шматпавярховым доме ў Слоніме, і папрасіў яго распавесці трохі пра сталінскія лагеры, пра знаёмства з Ларысай Геніюш. Ён неяк засаромеўся, памаўчаў, а потым пагадзіўся трохі расказаць. Гэта была невялікая гутарка, якая, на жаль, так і не была тады надрукавана. Пазьней пра гэта Васіль Супрун прыгадваў, калі пісаў пра сваю перапіску з Ларысай Геніюш. Прапаную гэту гутарку чытачам „Сzasopisu”.

 

Васіль Рыгоравіч, раскажыце, калі ласка, як пачалося Ваша завочнае знаёмства з Ларысай Геніюш?

1

Васіль Супрун (стаіць крайні злева) у гасцях у Ларысы і Янкі Геніюшаў у Зэльве, 1950-я гады

– Арыштавалі мяне ў пачатку чэрвеня 1947 года. Я тады працаваў настаўнікам і ішоў у школу. На дарозе мяне спынілі і… я, праз некаторы час апынуўся ў Гарадзенскай, а пасля ў Мінскай турме. Далі мне 25 гадоў. Прайшоўшы некалькі лагераў мяне адправілі аж у Інту. Праз сяброў-украінцаў у мяне з’явілася магчымасць, рызыкоўна для жыцця, неафіцыйна звязацца з жаночым лагерам у Абезі, які знаходзіўся недзе каля 70 кіламетраў ад нашага Інцінскага спецлагера № 2. Аказалася, што ўкраінцы праз сваіх землякоў на волі наладзілі такую рызыкоўную пошту. Ведаючы, што ўсё гэта надзвычай небяспечна складана, я ўсё ж адважыўся папрасіць Рыгора Кочура – вядомага ўкраінскага прафесара і літаратара перадаць па сваім канале ў жаночы лагер і маю запісачку з просьбай паведаміць, ці ёсць там беларусы і хто. Кочур згадзіўся дапамагчы. І праз пэўны час я атрымаў весткі ад нейкай Ліпскай, украінкі, відаць, медыцынскага работніка, што сярод яе блізкіх сябровак ёсць беларуска, якая піша вершы і жыла некалі ў Празе. І назвала мне прозвішча Геніюш. Я не мог паверыць, што што гаворка ішла пра Ларысу Геніюш, аўтарку кнігі „Ад родных ніў”, якая ў свій час вельмі ўсхвалявала мяне. Аказалася, што гэта сапраўды была паэтка Ларыса Геніюш. Хутка ад яе я і атрымаў першую вестку. Яна пісала коратка, шчыра, удумліва і алегарычна. У кожным слове – глыбокі сэнс, была нейкая душэўная цеплыня і няскароная гордасць. Затым весткі паляцелі ў два бакі – і мае, і яе. Безумоўна, сувязь была вельмі асцярожная і абмежаваная.

Дык Ларыса Геніюш прысылала Вам і свае вершы?

– О, многа значылі для нас яе вершы. Мы перачытвалі іх па многа разоў, завучвалі, цешыліся яе талентам і сумавалі. Хацелася цягнуцца да яе вышынь і гэта прыбаўляла нам сіл. Весткі прыходзілі рэдка, але паступова ткалі адносіны знаёмства з блізкім і таленавітым чалавекам. Весткі яе і вершы – гэта крык душы, цяпло роднай зямлі, гэта весткі былі, якія краналі нашы стомленыя надзеі. Сёння цяжка нават і немагчыма перадаць, што значылі тады яе вершы…

Васіль Рыгоравіч, ці сустракаліся Вы пасля лагераў з Ларысай Геніюш?

– Безумоўна. У канцы 1954 года ў Варкуце я сустрэўся з мужам Ларысы Геніюш Янкам Геніюшам. Ён мне тады даў адрас хатні і лагерны спадарыні Ларысы. Пазьней я карыстаўся гэтымі адрасамі. Яшчэ з Поўначы я пісаў ім лісты ў Зэльву, бо на Бацькаўшчыну я вярнуўся толькі ў 1957 годзе. У гэтым годзе я і сустрэўся з Геніюшамі. Суткамі мы ўспаміналі былое, размаўлялі пра ўсё, што прыгадвалася… А потым яшчэ былі сустрэчы ў Зэльве, хоць і не частыя, але даволі шчырыя…

А ці захаваліся ў Вас раней невядомыя вершы Ларысы Геніюш?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Кнігі Васіля Супруна

– Хоць і цяжка было, але мне ўдалося пранесці праз этапы і зберагчы яе вершы. Яны нідзе яшчэ не друкаваліся. Праўда, рыхтуецца да друку вялікая падборка яе паэтычных твораў, таму спадзяюся што з цягам часу ўсе пабачаць свет. Бо гэтыя вершы паэткі – часцінка яе болю і сляды тых страшных дзён няволі ў сталінскіх лагерах…

…Праз дзесяць гадоў Васіль Супрун падрыхтуе і выдасць дзве кнігі паэтычнай перапіскі: сваёй і Ларысы Геніюш. У 1998 годзе ў Гародні выйшла з друку яго кніга „Незабыўныя „ксівы”, куды ўвайшлі вершы з падпольнай канцлагернай перапіскі з Ларысай Геніюш. А ў Мінску ў 1998 годзе свет пабачыла кніга Васіля Супруна „Жыць для Беларусі” з паэтычным ліставаннем паміж Ларысай Геніюш і Васілём Супруном, якія ў поўным аб’ёме былі надрукаваныя ўпершыню. Васіль Супрун памёр 2 траўня 2007 г.

Сяргей Чыгрын
Фота з архіва аўтара

+Александар Ельскі

Калісь пісалі…

Газэты прыносяць нам сумную вестку с таго боку ваеннаго фронту – з Міншчыны: там 27 жніўня памёр у сваім дварэ Замосьці праўдзівы патрыарх беларускаго руху – Александр Ельскі, пражыўшы 82 гады.

У яго асобі зыйшоў у магілу апошні прэдстаўнік таго кірунку, да катораго ў сваім часі прыналежаў Марцінкевіч, Топчэўскі, Дыбоўскі, а ешчэ раней – Рыпінскі, Чэчот і іншые. Усе яны – ідэолёгі „шляхоцкаго дэмократызму”, каторы, хоць і на свой асаблівы спосаб, прызнаваў сваю павіннасьць працаваць для беларускаго народу, апекавацца „меншымі братамі”, вясьці іх па дарозі цноты і боязьні Божай. У чысьленых выданьнях сваіх, друкаваных па беларуску прозай і вершам, Ельскі за апошніе неколькі дзесяткоў гадоў звертаўся да народу з гарачым прызывам пазбыцца благіх наклоннасьцей, асабліваж найгоршаго ворага нашаго – п’янства („Слово аб праклятай гарэлцы” і інш.). Паучаючы народ у сваіх беларускіх брошурках, ён не выходзіў с клясоваго становішча, і гэтым быў блізкі Марцінкевічу. Але ў сваей ідэолёгіі заўсёды стараўся апірацца на хрысьціянскай навуцы, і гэто давало яму магчымасьць крытычным вокам глядзець на свой уласны стан, каторы Ельскі пазнаў быў лішне добра і даволі цёмнымі фарбамі адмалеваў у сваей „Гісторыі шляхты”. Крытыкуючы, Ельскі рабіў гэта з болем сэрца, і асабліва балела яму душа, гледзячы на тое, як апалячэная шляхта адыходзіц усё далей і далей ад беларускаго селянства, як між ею і нашым народам вырастае што-раз вышэйшы мур, узмацовываецца змаганьне: шчыры хрысьціянін, ён жадаў брацкіх адносін між вёскай і дваром і верыў, што яны могуць запанаваць толькі на грунці збліжэньня шляхты да селянства, прамаўляючы да „меншых братоў” у іх роднай мове.

Ельскі шчыра кахаў родны край і лічыў, што павіннасьць жыхароў нашай зямліцы – працаваць дзеля лепшай долі гэтай апошняй. Ешчэ ў 80-ых і 90-ых гадах ён пісаў аб гэтым у стацьцях, друкаваных у пецярбурскай газэці „Край”.

Сьв. п. Александр Ельскі – гэта быў жывы мост, які злучаў нашу цяперашнюю працу і цяперашні рух с цэлай плеядай даўнейшых працаўнікоў на роднай ніве. Баючыся радыкалізму „маладых”, ён, аднак, разумеў іх і шчыра спагадаў ім, зыходзячыся з імі на ацэнцы сучаснай палітыкі дэнацыоналізованай краёвай інтэлігенціі. Стаўляючы перад усім праўду і справядлівасьць, ён ня мог згадзіцца с тым, што гэта інтэлігенція за крошкі навукі забірае ў нашаго народу яго нацыональную душу, забірае яго матчыну мову і гэтак абкрадывае з найдаражэйшых скарбоў. І, ня маючы магчымасьці прылучыць свае слабеючые сілы да работы „маладых”, ён у пастаяннай перапісцы з імі пасылаў ім свае увагі і рады, разважлівасьці і хрысьціянскаго мілаваньня нават сваіх ворагоў. Калі-ж для грамадкі беларускіх працаўнікоў у Вільні наступалі цяжкіе момэнты, ён сьпяшыў і з матэр’яльнай помаччу, давераючы ім свае зберажоные грошы.

У адным з пісем, пісаным колькі год таму назад, Ельскі выказваў шчыры жаль с прычыны таго, што расейскіе законы не даюць яму споўніць яго старую думку: усе свае грошы памясьціць такім спосабам, каб за іх пасьля яго сьмерці можна было наладзіць карысную для акалічных беларускіх вёсак установу – ратунковы камітэт, бальніцу, ці іншае. Ці ўдалося яму знайсьці на гэта спосаб, нет ведама…

Невядома так сама, ці ўцалеюць яго багатые зборы памятак мінуўшчыны Беларусі, каторые ён хаваў у сваім дварэ і спадзеваўся знайсьці для іх адпаведнае мейсцо у сталіцы Краю – Вільні.

Шчыры сын Зямлі Беларускай, ён ішоў заўсёды простай дарогай, выказываючы адкрыта свае пагляды, сваю любоў да народу беларускаго – і нават найгоршые ворагі беларускаго адраджэньня ня сьмелі кідаць каменьнямі на яго работу, а пасьля сьмерці успамянулі яго добрым словам, як заслужонаго грамадзяніна Краю.

С шчырым жалем дзелімся мы з нашымі чытачамі сумнай весткай аб гэтай новай утраці Беларускаго народу – ня першай у часі страшэннай сусьветнай вайны…

А. Н.

„Гоман”, № 66, 29.09.1916 г., с. 1-2

„Bawoły” w Puszczy Białowieskiej

1.

Bydło Hecka

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku kilka razy usłyszałem od mieszkańców Białowieży, że pod koniec wojny i tuż po wojnie polowano w Puszczy Białowieskiej na… bawoły. Byłem wtedy dzieckiem, więc nie do końca wiedziałem, jakie zwierzęta żyją w okolicznych lasach, podejrzewałem, że bawoły na tym terenie raczej nie występują. Tłumaczyłem sobie, że pewnie chodzi o zdziczałe woły, które kiedyś uciekły chłopom do lasu. Słyszałem bowiem od babci, że jeszcze w czasach carskich, a nawet podczas I wojny światowej, do prac polowych i pociągowych używano w Białowieży właśnie wołów. Nie była to jednak dla mnie na tyle ważna sprawa, bym zadawał sobie trud jej rozwikłania. Szybko zapomniałem o białowieskich „bawołach”. Dopiero, gdy zetknąłem się z określeniem „bydło Hecka”, zaczęło mi w głowie świtać, o jakie bawoły chodziło.

To nic innego, jak rezultat prowadzonych przez braci Lutza i Heinza Hecków eksperymentów nad odtworzeniem wymarłego jeszcze w początku XVII wieku tura – zwierzęcia silnego i agresywnego, które dawniej często było mylone z żubrem. Swoje eksperymenty bracia rozpoczęli w okresie międzywojennym – jeden w Berlinie, drugi w Monachium. Wierzyli święcie, że w piersiach każdej krowy bije serce tura. Krzyżowali więc byki hiszpańskie z najbardziej prymitywnymi rasami bydła szkockiego, korsykańskiego i węgierskiego. Uzyskane osobniki w jakimś stopniu przypominały wymarły gatunek, ale nim nie były. Charakteryzowały się mocnym umięśnieniem, masywnym ciałem i takimi też rogami. Ich ciężar wynosił około 600 kg. Zwierzęta były odporne na chłód.

Wielu naukowców oczywiście podśmiewało się z doświadczeń Hecków. Jednak po dojściu nazistów do władzy (1933 r.) patronat nad tymi eksperymentami objął marszałek Hermann Göring, naczelny łowczy III Rzeszy. Prace nad odtworzeniem tura nabrały przyspieszenia, finansowane były ze specjalnego funduszu SS. Nazistowski aparat władzy dopatrywał się w „odtworzonym turze” symbolu germańskiej siły. Göring szykował się już do polowań na „tura”. Kilkakrotnie zapraszał Lutza Hecka na łowy do Puszczy Rominckiej.

W 1938 roku Lutz Heck, za zgodą Göringa, wypuścił kilkanaście „turów” na wolność właśnie w Puszczy Rominckiej.

Wziął się też za żubry, które wydały mu się nieco zdegenerowane. Postanowił dodać im nieco witalności poprzez krzyżowanie z bizonami. Nad żubrem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Po pewnym czasie okazało się, że uzyskane w Schorfheide krzyżówki nie wyglądają ani jak żubry, ani jak bizony. Heck oddzielił więc samice krzyżówek i jeszcze raz krzyżował je z samcami żubrów. W końcu stado żubrów i krzyżówek urosło do 200 sztuk. Heck, choć nie było do tego żadnych powodów, triumfował, twierdził że „pragermańskie zwierzę” zostało odtworzone.

W styczniu 1942 roku Lutz i Heinz Heckowie przyjechali do Białowieży, gdzie zainteresowali się prowadzoną tutaj od 1936 roku przez prof. Tadeusza Vetulaniego regeneracją tarpana leśnego. W rezultacie tej wizyty, do Niemiec wywieziono w latach 1942-1944 aż 32 koniki, które trafiły do ogrodów zoologicznych w Berlinie, Monachium i Królewcu.

Do Puszczy Białowieskiej, uważanej przez nazistów za „najlepiej zachowany starogermański las” (sic!), przywieziono natomiast w 1942 roku pierwszą partię fałszywych turów. Później trafiały tutaj prawdopodobnie kolejne sztuki, zarówno samce jak i samice. Zwierzęta te trzymały się głównie północnej części Puszczy.

Mieszkańcy Puszczy Białowieskiej nie bardzo wiedzieli, co to są za zwierzęta. Ktoś rzucił nazwę „bawół”, inni ją podchwycili i tak już zostało. O „bydle Hecka” w owym czasie na tym terenie nikt nie wspominał. Nic też nie wiedziano o eksperymentach dokonywanych przez braci Hecków. Ci, którzy podczas okupacji pracowali w administracji leśnej, mówili tylko tyle, że zwierzęta te przysłał do Puszczy Göring.

„Bawoły” dobrze się czuły w puszczańskim środowisku. Miały pod dostatkiem soczystej trawy. Wychodziły często na łąki, które nie były koszone, gdyż większość okolicznych wsi została wcześniej przez Niemców spacyfikowanych. Dawały sobie znacznie lepiej radę, niż zwyczajne chłopskie krowy. Mogły bytować samodzielnie, bez opieki.

Tutejsi mieszkańcy zaczęli kłusować na „bawoły” już pod koniec okupacji niemieckiej. Zwierzęta nie były płochliwe, na widok człowieka nie uciekały, tak jak np. jelenie. Broń kłusownicy przechowywali w lesie owiniętą w jakąś szmatę w dziupli w drzewie. Mięso tego dziwnego zwierzęcia było podobno bardzo smaczne. Solono je i przechowywano w drewnianych beczułkach, nazywanych na tym terenie „raszkami”.

Znacznie przetrzebione „bydło Hecka” służba leśna spotykała w Puszczy Białowieskiej także zaraz po wyzwoleniu. Natomiast sztuki, które były trzymane w berlińskim ogrodzie zoologicznym, zostały wybite podczas szturmu miasta w 1945 roku. Zachowały się natomiast sztuki hodowane w Monachium, ale później zostały one rozesłane do innych krajów, trafiając m.in. do Holandii i Wielkiej Brytanii.

Pracując w Białowieskim Parku Narodowym, miałem możliwość przejrzenia niektórych dokumentów z pierwszych lat po wojnie, przechowywanych w zakładowym archiwum (obecnie znajdują się one w Archiwum Państwowym w Białymstoku). Nieoczekiwanie natrafiłem na korespondencję z 1946 roku, w której wspominano o fałszywych turach Hecka. Bardzo mnie ona zainteresowała.

To były dwa listy. Pierwszy, datowany 4 maja 1946 roku, został napisany w Krakowie przez prof. dra Władysława Szafera, delegata ministra oświaty do spraw ochrony, i był skierowany do dra inż. Jana Jerzego Karpińskiego, dyrektora Białowieskiego Parku Narodowego.

2.

Heinz (z lewej) i Lutz Heckowie (z prawej) ze swoim ojcem Ludwigiem

Profesor pisał: „W związku z uzyskanymi wiadomościami, że w obrębie Puszczy Białowieskiej mają znajdować się jeszcze 3 okazy turów, których regenerację podjęli Niemcy, będę wdzięczny Panu Doktorowi za udzielenie mi informacji jak się istotnie powyższa sprawa przedstawia. W wypadku stwierdzenia obecności turów wydaje mi się, że byłoby wskazanym ich zabezpieczenie, o co ewentualnie uprzejmie Pana Doktora proszę”.

Dyrektor Karpiński odpowiedział prof. Szaferowi po dziesięciu dniach wyjaśniania sprawy. Jego list, skierowany do Państwowej Rady Ochrony Przyrody w Krakowie, został napisany i wysłany 14 maja 1946 roku (znak: 272/2). Oto jego treść:

„W uprzejmej odpowiedzi na powyższe wyjaśniam, co następuje.

W końcu października 1944 r., gdy objąłem ponownie zarząd Białowieskim Parkiem Narodowym, doszło do mojej wiadomości, że na terenie Puszczy Białowieskiej przebywa jeszcze 8 z 12 wypuszczonych przez Niemców do Puszczy bawołów. Oczywiście, zrozumiałem, że chodzi tu nie o bawoły, lecz prawdopodobnie o regenerowane tury z puszczy Rominckiej (co później zostało potwierdzone oficjalnie). Zbierając dokładne dane, gdzie one przebywają, ustaliłem, że ostoją ich jest po stronie polskiej nadleśnictwo Browsk, o ile przechodzą granicę ze strony białoruskiej. Interweniowałem zaraz u b. Dyrektora D[yrekcji] L[asów] P[aństwowych] inż. Pruszkowskiego, by:

1) wydał natychmiast zlecenie pobudowania prowizorycznej zagrody w tym nadleśnictwie, do której możnaby zwabić zwierzęta;

2) by D.L.P. wyznaczyła specjalnego strażnika do stałego śledzenia za ruchem zwierząt, który by w razie zjawienia się ich po stronie polskiej, zajął się zwabieniem ich do przygotowanej zagrody. Znalazło to wyraz w punkcie 10-tym protokułu z dn. 4.XI.44 r. (…)

Na skutek późniejszych wypadków (nieporządki w nadleśnictwie Browsk, aresztowanie przydzielonego do zwierząt strażnika, wywędrowanie zwierząt na czas dłuższy za granicę) postanowienia powołanego protokułu nie mogą być realizowane. Dopiero w r.b. otrzymałem wiadomość, że w nadleśnictwie Browsk zwierzęta pojawiły się zza granicy, lecz tylko w ilości 2 sztuk. Zawiadomiłem natychmiast o tym Urząd Łowiectwa oraz D.L.P. (…), interweniując, by postarać się je schwytać. Nie można było i tego wykonać, gdyż zwierzęta zaraz wywędrowały z powrotem za granicę.

Wobec takiego stanu rzeczy należy przypuszczać, że nie uda się nic zrobić, by ocalałe jeszcze sztuki uchronić od zagłady, jaka prawdopodobnie spotkała już resztę osobników stada”.

I tak pewnie się stało, bo odtąd nikt już „bawołów” w Puszczy nie widział. Warto zwrócić uwagę, że dr Karpiński wspomina o przywiezieniu do Puszczy tylko 12 sztuk zwierząt. Z innych natomiast źródeł wynika, że było ich na tym terenie trochę więcej. Na przykład Mikołaj Romańczuk (zob. „Niva” nr 47/2015) twierdzi, że w pobliżu Masiewa żyło ich około 40 sztuk.

Oczywiście dzisiaj trudno będzie ustalić dokładną liczbę „bawołów” przywiezionych do Puszczy Białowieskiej. Z pewnością nie obejdzie się w tym przypadku bez penetracji archiwów niemieckich – być może trud ten ktoś kiedyś podejmie?

 

Piotr Bajko

Młyn nad Narewką

s1-str71

Dziadek Julian Grycuk (Ze zbiorów Autora)

Rozdział III

Polskość w białoruskim ogrodzie

 

I oto już ta powikłana opowieść szybkimi słowy zmierza do źródeł wspomnień własnych.

Pamięć to tajemnicza rzecz istnienia, bez której nie otwierają się żadne drogi życia. Własna pamięć jest najtrudniejsza do uchwycenia w rygory myśli – jest także spuścizną po pamięci świata.

Nim się urodziłem i zacząłem snuć pierwsze wątki wokół rozproszonych postrzegań, przyszedł na świat bój brat Jerzy, a ojciec zbudował w Wołkowysku własny dom. Został kolejarzem i przy węźle centralnego dworca założył swoje nowe gniazdo rodzinne.

Były pierwsze lata dwudzieste XX wieku i niepodległa znowu Polska rozsiadła się na dawnych ziemiach kresowych mocą historycznej pamięci i ryskiego Traktatu. Jak kokosza rodziła już pisklęta zdrowe, ale też dziwnie kalekie. Katolicyzm stał się religią państwową, ale moi prawosławni rodzice ochrzcili mnie w prawosławnej cerkwi. W mojej metryce urzędowej brzmi to w skrócie tak:

„Do kancelarii cerkwi Piotra i Pawła w Wołkowysku przybyli Aleksander Kabatc i jego żona Anna Kabatc z domu Grycuk z dzieckiem płci męskiej i oświadczyli, że 11 stycznia 1930 roku przyszedł na świat ich syn, któremu nadano imię Ewgenij…”.

Ojciec, choć wierzący, nie był człowiekiem religijnym. Postawił w swym młodym życiu w młodym państwie na zawodową karierę solidnego, konsekwentnego kolejarza i tej służbie oddał swe zdolności i siły. Nie demonstrował narodowego pochodzenia ani wyznaniowej przynależności, bo w jego sytuacji nie ułatwiało by to awansu społecznego, a chciał się znaleźć w swoim profesjonalnym środowisku przynajmniej wśród „srebrnej” hierarchicznie inteligencji. [Supplement 5: „Wołkowysk Centralny i Miasto”, druk w Czasopisie].

Mama natomiast, zajęta domem, utrzymała swoje przywiązanie do prawosławia jawnie i po sąsiedzku, zaprzyjaźniając się z rodzinami o pochodzeniu białoruskim [Pietruszko], mieszanym [Szypenbejlowie] na naszej Staszica ulicy lub rosyjskim [Zdanowiczowie] na sąsiedniej, Żeromskiego i chodząc często w ich towarzystwie do cerkwi w mieście.

s1-str72

Dom dziadka dziś (Ze zbiorów Autora)

Przez pewien czas rodzice w domu rozmawiali ze sobą po białorusku, przy czym mama, Anna, była zawsze Niurą, a ojciec, Aleksander, Saszą. Katolickie otoczenie i polityczna poprawność asymilacyjna wymagały jednak polskości, toteż zarówno brat, jak i ja od razu zostaliśmy poddani rygorom polonizacji i od dziecka mówiliśmy tylko po polsku, zachowując polskie imiona nawet w zdrobnieniu: Jurek i Gienek [Gieniuś dla najbliższych].

W losach szerzej rodzinnych owa państwowa polityka polonizacji przyłożyła swoją pieczęć wymagań w taki sposób, że wujek Władek, by zachować swoje zatrudnienie w policji, musiał zmienić swoje imię Włodzimierz na Władysław i nazwisko Martyniuk na Martyniak, a potem z ciocią Manią przejść na katolicyzm i wziąć ślub w narewkowskim kościele. Jako polski policjant musiał też wyrobić w sobie patriotyczny „czuj duch!”, więc kiedy po kilku latach odwiedziliśmy z mamą jego dom w Ostrołęce, gdzie mieliśmy już za towarzystwo bliskich nam pokoleniowo dzieciaków, Lusię i Lubka, otrzymaliśmy od wuja w prezencie – dla obrony ojczyzny – brat kapiszonowy pistolet, a ja blaszana szabelkę…

Naturalną drogą wprowadzającą dzieci i młodzież w świat polskości była oczywiście szkoła. Nauczanie i wychowanie w duchu narodowo-katolickim wspomagały towarzyszące jej odpowiednie organizacje i stowarzyszenia, zwłaszcza harcerstwo, co odgrywało atrakcyjną rolę podczas wakacji. Moich rodziców nie stać było na wysyłanie nas na pełnowartościowe kolonie i obozy, korzystaliśmy zatem z kolejowych półkolonii, gdzie zostałem zuchem.

Przez pewien czas nic nie budziło tu żadnych wątpliwości, przeciwnie, mieściło się w porządku wzrostu, tak wkraczało się przecież na stopnie wiedzy i kultury powszechnej, pozostającej istotą oświaty. Chłopcu w moim wieku wręcz to imponowało, świat się robił ciekawszy, wielorako dostępny, bardziej zrozumiały. Także doraźnie atrakcyjny, pociągający żywiołowością swojego ruchu, gdy z jednej strony defilowało wojsko z orkiestrą lub wyruszało na manewry z garnizonowych koszar [3-ci Pułk Strzelców Konnych], a z drugiej wielki węzeł kolejowy w służbie pędzących w daleki świat pociągów.

Ojciec był wyraźnie pod urokiem swoich kolejowych możliwości. Po służbie wojskowej w okrucieństwie wojny i czasu nieraz bezmyślnych rozkazów, tu, na kolei, czuł niemal twórczy porządek, zrozumiałą odpowiedzialność, która na zawsze oddaliła go od roli i dominacji sił przyrody. Prenumerował codzienną gazetę „Dzień dobry”, odbywał kursy dokształcające, udzielał się kulturalnie, grając w teatrze przy Domu Kolejarza. Palił papierosy z ustnikiem, regularnie uczęszczał do łaźni na terenie parowozowni. Oglądał się za dziewczynami, wkrótce kupił rower i zainstalował radio telefunken z wysoką anteną na podwórzu. To radio, potężna heterodyna, to dopiero była Polska, ba, to świat cały! Siadywałem przy nim z nosem przy skali i magicznym oku, czując się jak na latającym, bajkowym dywanie – jeszcze nim zacząłem czytać, a czytać zacząłem szybko i dużo…

Mama też była dumna z radia, z męża, z tego całego nowego gniazda z drewnianym, lecz oszalowanym własnym domem, z chlewikiem, kurnikiem, sławojką, z kartoflanym pólkiem na zapleczu, więc nie w pełni wyobcowana ze swej wiejskiej ojczyzny mogła się tu czuć dobrze, jak prawdziwie na swoim. A jednak lgnęła do tamtego rodzinnego obejścia pod puszczą, do ojca i matki przy pracy, by pomóc im czasem w robocie, na której się znała, zwłaszcza w sezonie zbiorów i pokosów, ale też by pochwalić się swoim potomstwem i by je z tym pierwszym gniazdem rodzinnym oswoić. Narewka nie była daleko, czterdzieści parę kilometrów drogą żelazną, niezbyt kosztowną, bo kolejarze mieli bilety bezpłatne i zniżkowe także dla swoich rodzin. Toteż święta mieliśmy zawsze podwójne, katolickie w Wołkowysku i prawosławne w Narewce, co dla dzieciarni, a spotykało się jej tam coraz więcej, było frajdą zaiste wspaniałą! Na Boże Narodzenie pojawiali się tu kolędnicy z prawdziwego zdarzenia. Stawali za oknem z wielką gwiazdą wirującą, oświetloną świeczkami, śpiewając i odgrywając całe jasełkowe przedstawienia. Stwarzali niesamowity nastrój, gdy wychynąwszy z mroku nocą gromadą przebierańców, zaglądali do okien, czasem zamarzniętych w obrazach tajemnych jak ikony, za którymi skupiali się oczarowani dorośli i dzieci.

Trwalsze i liczniejsze stawały się najazdy wakacyjne. Niewiele lat pozostawało do drugiej wojny, ale wszystkie one zapisywały się w pamięci nowego pokolenia z podobną siłą tych niemal egzotycznych przeżyć. Z wyjątkową emocją opowiada mi o tym kuzynka Lusia z Martyniaków Niewierko:

„Myślę, że warto wspomnieć, jaką ważną rolę dla nas, dzieci, spełniał dziadek, opowiadając nam bajki. Pamiętam, jak wszystkie dzieci, jakie w tym czasie były w gospodarstwie, siadały obok dziadka, a on z widoczną przyjemnością opowiadał nam tę, o która najczęściej dopominaliśmy się: „Pokaci goroszok”…

I uzupełnia innym ciekawym wrażeniem:

„Wydaje mi się, że zamiłowanie tej rodziny, co wyniosłam z własnych obserwacji, do rzeczy pięknych jest cechą całego narodu białoruskiego. Te ogródki kwiatowe u Twojej mamy i cioci Tani były pełne pięknych floksów, groszków, nasturcji, pachnącej maciejki, georginii…W domu zadziwiały rękodzieła, jak makaty na ścianach czy portiery u drzwi, co pewnie pamiętasz… Bluzki i sukienki były ozdobione haftem krzyżykowym. Panie zawsze się pięknie ubierały, modnie, zresztą i nas, dzieci, modnie ubierały”.

Ale dla mnie w tym czasie i w tych głęboko rodzinnych okolicznościach ważny był problem języka. Wszyscy tam ze sobą mówili po białorusku. I miejscowi, tutejsi, ale też wszystkie cioci i wujkowie zjeżdżający tu w odwiedziny. Nawet ciocia Mania z Ostrołęki, mama cytowanej kuzynki Lusi, katoliczka z musu, powracała tu do swojego języka i do cerkwi. Przywożone dzieci mówiły po polsku i do nich tak czasem mówiono, choć po krótkim czasie rozumiały już wytwarzany na ich potrzebę swoisty volapu`k. Nosiłem się z tym problemem w dwojaki sposób. Najpierw mądrząc się, że wszak z powiatowego miasta pochodzę i mogę traktować wieś z góry, potem spostrzegając, że ta wieś w domu dziadka jest jednak inna niż wokół, owszem, pozbawiona prądu wieczorami posługuje się naftową lampą, ale przecież z wielu innych powodów jest atrakcyjna, ma swoje łąki, lasy i rzekę, tedy musiałem jej przyznać niejako prawo do autonomii w mojej buńczucznej, szczenięcej polskości. Kiedy zobaczyłem, jak dom wujka Filipa, cioci Naści i moich kuzynek Wali i Haliny wzbogaca się o eleganckie, gięte krzesła, identyczne jak nasze w Wołkowysku, kiedy spostrzegłem, jak tańczą młodzi wujowie i ciocie przy muzyce z płyt na gramofonie z tubą i korbką, a po drugiej stronie rzeki, w sąsiedztwie domu dziadka Konstantego na Biehlukach, maszerują młodzi, wakacyjni obozowicze, kierowani rozkazem w nieznanym mi języku: „ein, zwei, szalej, arbach!”, zrozumiałem, że świat jest większy niż ten mój szkolny i że ja wiem o nim za mało.

Nie nauczył się mówić po białorusku, ale wsłuchiwałem się w tę mowę z coraz większym zainteresowaniem i potrzebą jej rozumienia w tysiącach słów, wyrażeń i znaczeń. Gubiłem się w ich treści, sensie ludowości, gdy pasałem krowy z zaprzyjaźnionym pastuchem lub gdy wracałem na oklep z nocnego wypasu koni. Jakbym utkwił w przekonaniu, że są ci ludzie dziwną i, co gorsza, bierną częścią mojej polskości. I wtedy powracały mi w pamięci różne porzekadła językowe moich rodziców, choć może bez ich gorzkiego przesłania. Jedno zbawia grą słów: „Kab ja kali, kamu, czaho jakoje. Kali ja nikoli, nikomu, niczoho, nijakoho, to naszto mnie toje!” Dźmuki, charakteryzowała mama rodaków i cytowała: „Pasiejau dzied hreczku, baba każe mak. Niachaj tak, niachaj siak, niachaj budzie z hreczki mak!”.

Nie wiedziałem jeszcze, jak piękne na tej ubogiej mierzwie wyrastają dzieła i ogrody. Zdarza się tak w historii, choć trzeba umieć je wypatrzeć. Wypatrzyłem moją polskość w tym białoruskim ogrodzie. Ale czy to wystarczy, żeby ją zrozumieć? W gnieździe dziadków Juliana i Konstantego ta prawda nie wystarczyła.

 

Eugeniusz Kabatc

Аляксандр Талерчык – пра кнігу Барыса Данілюка

vokladka_knihi

Вокладка кнігі

Мой зямляк і старэйшы сябра Барыс Данілюк (1923-2011) пры жыцці вельмі цікавіўся гісторыяй Слонімшчыны. Пасля Другой сусветнай вайны ён жыў у ЗША, быў актыўным грамадскім і рэлігійным дзеячам на эміграцыі. Мы шмат гадоў перапісваліся, сябравалі. Я часта яму дасылаў розныя выданні і паштоўкі, прысвечаныя слонімскай зямлі і яе людзям. А калі выйшла з друку кніга Аляксандра Талерчыка „Парэчча” (Гродна, 2002), спадар Данілюк вельмі прасіў знайсці гэту кнігу і выслаць для яго. Я хутка выканаў просьбу старэйшага земляка – выслаў яму ў ЗША „Парэчча”. Чаму ён так хацеў мець гэта выданне? Ды таму, што яго бацька Хведар Данілюк (1887-1960) у верасні 1921 года прыняў пасвячэнне ў ярэі ад Беластоцкага праваслаўнага святара Уладзіміра ў Гродзенскім катэдральным саборы. І сваю святарскую дзейнасць Хведар Данілюк пачаў у прыходзе вёскі Новадзявяткавічы. А потым служыў у прыходах Слонімскага і Навагрудскага паветах, у тым ліку і ў вёсцы Парэчча на Слонімшчыне. У Парэччы Данілюк не толькі служыў у мясцовай царкве, але і там з усёй сям’ёй пэўны час жыў. Пра гэта яго сын Барыс Данілюк добра памятаў. Таму кніга пра амаль роднае Парэчча, вельмі цікавіла малодшага Данілюка. Вядома ж, кнігу спадар Барыс Данілюк атрымаў і вельмі мне дзякаваў, а таксама яе аўтару Аляксандру Талерчыку. Ён некалькі разоў яе ўважліва прачытаў, а потым свае думкі і меркаванні выказаў у сваіх успамінах „Азіраючыся расой выетымі вачыма”, якія пабачылі свет ужо пасля смерці аўтара асобнай кнігай у мінскім выдавецтве „Лімарыус” у 2012 годзе.

А цяпер ужо кнігу Барыса Данілюка вельмі хацеў набыць Аляксандр Талерчык і прачытаць яе, асабліва даведацца пра тыя мясціны, якія датычаць даваеннага Парэчча – пра родную вёскі Аляксандра Талерчыка. Я купіў для яго гэту кнігу успамінаў Барыса Данілюка і падараваў яму ў Гародні. Прачытаўшы ўспаміны Данілюка, Аляксандр Талерчык напісаў мне ліст, дзе выказаў усе свае ўласныя думкі наконт успамінаў, асабліва якія датычаць Парэчча. Я іх нідзе не публікаваў і не згадваў пра гэта пісьмо. Але, калі не стала яшчэ аднаго знакамітага майго земляка і сябра Аляксандра Талерчыка (1932-2016), я ўспомніў пра яго пісьмо. І вырашыў апублікаваць асобныя моманты з ліста, найперш тыя, дзе распавядаецца пра Парэчча і людзей, якіх згадваў Барыс Данілюк. Пісьмо Аляксандра Талерчыка да мяне было напісана 2 кастрычніка 2012 года. І яно з’яўляецца сваеасаблівай міні-рэцэнзіяй на кнігу успамінаў Данілюка „Азіраючыся расой выетымі вачыма”. Аляксандр Талерчык пісаў: „…Дасылаю табе дзве кніжкі: „Забыты вернісаж” Наталлі Маліноўскай і „Очерки истории православной церкви на Гродненщине” Валерыя Чарапіцы. Думаю, што гэтыя кніжкі табе будуць патрэбныя. Выказваю табе вялікую падзяку за ўспаміны Барыса Данілюка, якія адкрылі мне многія таямніцы, якіх я не ведаў… Праўда, у яго ўспамінах добра дасталося і мне з-за няправільныя звесткі. Праўда, і ён не менш за мяне грашыць у гэтай справе. Напрыклад аб тым, што Антон Сокал-Кутылоўскі ніколі не быў святаром у Казлоўшчыне, а быў благачынным у Дзятлаве. Я аб тым, што Сокал-Кутылоўскі быў святаром у Казлоўшчыне, узяў у Сяргея Хмары. Гэты факт пацвярджае і В.Чарапіца на с. 113, дзе ён піша: „Священников на приходе (Казлоўшчынскім – А.Т.) с 1919 г. до 1926 г. сменилось пять, а дело постройки храма стояло на мёртвой точке. И только весной 1926 года, после назначения в Казловщину настоятелем священника Антония Сокол-Кутыловского, всё в приходе изменилось… через 11 месяцев здесь вырос величественный храм…”.

Другое маё сцверджанне, што Ядвіга Шапавал была настаўніцай у Парэччы аж да пачатку вайны, Барыс Данілюк аспрэчвае тым, што ў пачатку 1936 ці 1937 года Я. Шапавал была пераведзена ў Вераб’евіцкую школу, але яна хутка зноў вярнулася ў Парэчча і я сам памятаю яе, калі 1 верасня 1939 года я пайшоў вучыцца ў першы клас польскай Парэцкай школы. Гэта пацвердзіў і мой аднакласнік па Слонімскай школе № 1 Анатоль Жывулька, які цяпер жыве ў Маскве. Ён на год раней за мяне вучыўся ў Парэцкай школе і гуляў з дзецьмі Я. Шапавал (яе называлі Шапаваліхай, яна была крыху гарбатая).

Трэцяе памылковае сцвярджэнне Б. Данілюка, што пры Парэцкай школе быў закладзены В. Кісялём гадавальнік сажанцаў на плошчы 300 кв. сажаняў, які пераводзіць Данілюк у сучасныя меры, як плошча 1,356 кв.м. Ён тут вельмі памыляецца, бо 300 кв.саж. (сажань = 2,13 м.), гэта будзе 639 кв.м, альбо 0,0639 га. Гэта даволі вялікая пляцоўка, дзе, сапраўды, можа месціцца многа дрэў і кустоў (с.132). Няправільна называе Раісай дачку парэцкага фельчара Талерчыка Аляксандра Пятровіча, з якой ён быў кумам у Тодара Селівончыка. На самай справе яе звалі Ніна. Пасля вайны гэтая прыгожая дзяўчына выйшла замуж за Харытончыка з суседняй вёскі Васілевічы. Бацька яе быў фельчарам. Яго прызвалі ў самаахову і забілі ў Гавенавічах. Пахавалі на заходняй частцы Ружанскіх могілках у Слоніме. На пахаванні 22-х самаахоўцаў я прысутнічаў…

Наогул, трэба сказаць, што Барыс Данілюк зрабіў вялікую і добрую справу, апісаўшы жыццё, як жыхароў вёскі Парэчча, так і дзейнасць і жыццё беларусаў у Слонімскім павеце ў міжваенны і ваенны час. Я не сустракаў такога поўнага і падрабязнага апісання гэтага жыцця. Я апісваў жыццё Парэчча са слоў маёй маці і дзядзькі Якімовіча Аляксея, якому было больш за 90 гадоў, але ён меў цудоўную памяць. Усе жыхары Парэчча вельмі цёпла ўспаміналі святара Хведара Данілюка. Гэта пры ім былі казанні ў царкве, хай сабе і на беларускай трасянцы. Гэта пры ім, можа пры актыўным удзеле псаломшчыкаў, якіх змянілася ў той час да 4 чалавек, але развучвалі з царкоўнымі псалмамі беларускія песні. Гэта яны цеплілі ў сэрцах сялян народныя традыцыі. Бо пасля высылкі Хведара Данілюка з Парэчча, туды быў прызначаны Барыс Буракоў, які належаў да руху „праваслаўных палякаў” і пачаў уводзіць у праваслаўнай царкве польскія элементы. Мая мама расказвала пра гэта, людзі вельмі прыглядаліся да Буракова, як ён хрысціцца па-праваслаўнаму ці па-каталіцку. Потым у мае студэнцкія гады я сустрэўся з гэтым праваслаўным святаром у Баранавічах на хрысцінах дачкі майго студэнцкага сябра. Аб тым, што Барыс Буракоў належаў да руху „праваслаўных палякаў”, згадвае і Валерый Чарапіца на с.192.

Мне не зусім падабаецца пазіцыя Барыса Данілюка, як святара, які павінен быць больш чалавекалюбівым і талерантным. Ён нават, здаецца, неабгрунтавана крыўдзіць памяць свайго бацькі, якая засталася аб ім у парэцкіх вяскоўцаў. Ён не па-святарску адносіцца да В. Кісяля і С. Хмары, з якімі ў яго склаліся не сяброўскія адносіны пры жыцці… Але Бог яму суддзя.

Тым не менш, я яшчэ раз хачу сказаць, што Барыс Данілюк зрабіў вялікую справу, што так падрабязна апісаў міжваеннае жыццё на Слонімшчыне. Бо яно раней неяк цьмяна і аднабакова апісвалася…”.

Сяргей Чыгрын