Płynęło drzewo z puszczy

Przygotowania do spławu na bindudze za Zastawą. Pierwszy z prawej – kierownik spławu Włodzimierz Wołkowycki

Przez całe stulecia drewno pozyskiwane w Puszczy Białowieskiej ekspediowano poza jej granice drogą wodną. Do końca XIX wieku był to jedyny na tym terenie sposób transportu. Drewno spławiano przeważnie wiosną, gdy topniejący śnieg znacznie podnosił poziom wody w rzekach. Spław jesienią był uzależniony od natężenia padających w tym okresie deszczów.

Pierwsze wzmianki o spławianiu drewna z Puszczy Białowieskiej znajdujemy w relacjach kupców hiszpańskich i portugalskich z początku XV wieku. Wymieniają oni drogi spławu drewna na budowę okrętów i na maszty po Narwi i Wiśle do Gdańska oraz portów atlantyckich. Wprawdzie o Puszczy Białowieskiej w nich się nie wspomina, ale na pewno chodzi o ten sławny masyw leśny. Maszty z borów Białowieży były przez stulecia wysoko cenione na zachodzie Europy.

Spławność niektórych rzek puszczańskich w początku XV wieku uwiarygodnia fakt transportu Narewką, Narwią i Wisłą do Płocka ubitej w Puszczy w 1409 roku zwierzyny, której mięso było przeznaczone na prowiant dla wojsk mających wziąć udział w bitwie pod Grunwaldem. Jednakże spław sosen i dębów z białowieskich lasów, jako budulca okrętowego, w XV wieku był jeszcze sporadyczny i niewielki. Handel drewnem na Litwie i Rusi w tym okresie dopiero się rozpoczynał. Tak samo było w drugiej połowie XVI wieku. Na zachodzie Europy istniały duże zapasy drzewne, a sama Puszcza Białowieska od 1538 roku wchodziła w skład prywatnych dóbr królewskich. Królowie ograniczali jej eksploatację, gdyż chcieli mieć tutaj ekskluzywny teren łowiecki.

W tym okresie podejmowano już pierwsze próby ułatwienia transportu drewna i innych produktów leśnych przez oczyszczanie rzek i regulowanie ich koryt. Drewno, z uwagi na mniejsze koszty transportu do miejsc, na których przygotowywano je do spławu (tzw. bindugi), pozyskiwano najczęściej w pobliżu rzek. Dolinę Narewki na wielu odcinkach pokrywały łąki, na których pozyskiwano siano dla zwierząt domowych, a także dla żubrów.

Drewno puszczańskie spławiano w niewielkiej ilości również w XVII wieku. Znany jest kontrakt zawarty w 1691 roku na pozyskiwanie przez trzy lata towarów leśnych z puszcz Wielkiego Księstwa Litewskiego, w tym na wypalanie w Puszczy Białowieskiej potażu i pozyskiwanie rocznie 50 kop sośniny na potrzeby spławu tegoż produktu. Kontrakt ten zawarł z królem jego sekretarz i generalny poczmistrz – Bartłomiej Sardi.

Podskarbi nadworny litewski Antoni Tyzenhauz (1733-1785)

W drugiej połowie XVIII wieku uporządkowaniem gospodarki i pomnożeniem przychodów do skarbu państwa zajął się Antoni Tyzenhauz, podskarbi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Podniósł on znacznie zbyt drewna puszczańskiego za granicę poprzez usprawnienie komunikacji wodnej. Z wielkim nakładem środków, oczyszczono i uregulowano koryta rzek Narwi, Narewki i Leśnej. Dla ułatwienia handlu cennym drewnem sosnowym i dębowym podskarbi pozakładał liczne kantory w wielu zagranicznych portach. Drewno było spławiane do Gdańska, Królewca
i Memla (czyli Kłajpedy).

Komisarzem spławnym za rządów Tyzenhauza był Jan Benkien. W 1782 roku otrzymał on folwark Narewka, a zarząd ekonomiczny dodał mu jeszcze wsie Olchowo i Skupowo. Benkien w końcu rządów Tyzenhauza posiadał szarżę porucznika w batalionie grodzieńskim milicji ekonomicznej i tytuł komisarza handlu do wszystkich portów.

Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński w trzecim tomie „Starożytnej Polski pod względem historycznym, jeograficznym i statystycznym opisanej” (1846) wspominają, że rozwinięty handel drewnem na tym terenie przynosił rocznie około 100 tys. złotych dochodu. Tą samą drogą eksportowano sporo potażu, smoły, terpentyny itd.

Bindug na rzece Narewce było kilka. Pozostałości niektórych zachowały się do XX wieku. Jedna binduga znajdowała się naprzeciw wsi Pogorzelce, druga – przy ujściu Narewki do Narwi. „Bilans remanentów” departamentu drzewnego ekonomii brzeskiej z 1780 roku podawał, że w samych tylko „zabudowaniach bindugi Białowieskiej i Niemierzańskiej” tkwił kapitał 6,7 tys. zł.

Pod koniec XVIII wieku, gdy Puszcza Białowieska przeszła pod zabór rosyjski, wyrąbywanie starodrzewu na pewien czas zostało wstrzymane. W roku 1795 i 1796 ukazały się dwa carskie dekrety, zabraniające wycinania i eksportu drewna, nadającego się do budowy okrętów. Decyzję o zaprzestaniu jakichkolwiek wyrębów podjęto w 1803 roku. Chodziło o to, by pozyskiwanie drewna nie płoszyło żubrów, które zostały objęte szczególną ochroną. Handel drewnem i jego spław zostały całkowicie wstrzymane. Rzeki zaczęły się zamulać. Stan taki trwał do 1838 roku, kiedy zezwolono na sprzedaż puszczańskiego drewna na miejscowe potrzeby, z tym, że można było pozyskiwać tylko sztuki powalone lub posusz.

Zapotrzebowanie departamentu morskiego na drewno okrętowe spowodowało oddelegowanie w tym czasie do Puszczy grupy urzędników z Petersburga, którzy na miejscu mieli rozpoznać sytuację. Po dokładnej lustracji terenu orzekli oni, że wyrąb drewna nie będzie przeszkadzać swobodnemu bytowaniu żubrów, albowiem zwierzęta te nie są tak bardzo płochliwe.

Po zapoznaniu się z urzędniczym raportem, Mikołaj I podjął decyzję o przystąpieniu do czyszczenia i trzebienia ostępów. Ukazem z 28 grudnia 1838 roku zlecił dostarczenie z Puszczy Białowieskiej do Kronsztadu, na zbliżający się sezon budowlany, takiej ilości dębów, która wystarczyłaby do wystawienia dwóch okrętów liniowych. Fachowcy wyliczyli, że należy wyrąbać 2135 okazałych dębów i 215 sosen masztowych. Ponadto należało pozyskać dodatkowo 700 sosen dla podszycia tratew dębowych.

Do Białowieży oddelegowany został inżynier okrętowy Jakimowski, który w połowie stycznia 1839 roku stawił się u gubernatora grodzieńskiego Doppelmajera. Ponieważ ogłoszony przetarg na pozyskanie drewna zakończył się fiaskiem, Jakimowski zmuszony był zawrzeć umowę i odebrać kaucję od trzech kupców leśnych – Żydów. Prace przy wyrębach ruszyły w lutym. Gubernator prosił o przysłanie dwóch oficerów oraz doświadczonych brakarzy, bowiem bardzo trudne warunki pracy w głębokim śniegu spowodowały, że część miejscowego personelu leśnego pochorowała się, a jedna osoba dostała nawet szału. Obrano marszrutę spławu na Niemen i Kłajpedę. Spław Narwią w 1839 roku okazał się niemożliwy. Drewno trzeba było transportować lądem 60 wiorst aż do Niemna.

Prasa warszawska podawała, że w północnej części Puszczy wyrąbano ponad 2800 dębów. Niestety, połowa z nich nie przedstawiała dla marynarki żadnej wartości, głównie z powodu zgnilizny rdzenia. W związku z tym dużą ilość wyciętych drzew pozostawiono na miejscu. Przez długi czas nie znajdowały one kupca, gniły w lesie i traciły na wartości. Drzew sosnowych na maszty znaleziono tylko 6 sztuk, lecz i te miały felery. Mnóstwo drzew wyrąbano więc zupełnie niepotrzebnie.

W pierwszej połowie lipca do Niemna dowieziono blisko 2 tys. kłód, po kilku dniach wyprawiono je do Kłajpedy, a stąd do Petersburga. Przewóz kosztował 320 tys. rubli asygnacyjnych. W 1842 roku poinformowano nowego gubernatora grodzieńskiego, Dołgorukowa, że dęby dotarły do Kronsztadu. Pozostałą ilość dębów postanowiono wywieźć z Puszczy przez Gdańsk, ponieważ transport tą drogą był 2,5 razy tańszy.

Następne wielkie spławy odbyły się w 1847 i 1848 roku. Kupiec białostocki Icek Zabłudowski wyciął w Puszczy i spławił blisko 6,5 tys. sosen.

W latach pięćdziesiątych XIX wieku działała w Białowieży firma Karola F. L. Buggenhagena, która dopuściła się nieprawidłowości w eksploatacji Puszczy. W połowie lata 1856 roku do Białowieży przyjeżdżała komisja rządowa do zbadania sprawy. Dochodzenie nie dało prawie żadnych wyników. Dwaj członkowie komisji dogonili zatem transport sosen, będących w drodze do Gdańska, i wykryli kilkaset sztuk płynących bez tzw. spławnych biletów. Buggenhagen wyszedł z opresji obronną ręką, lecz okrzyknięty przez Żydów złodziejem, stracił na opinii, co obniżyło wartość całego transportu na giełdach. Buggenhagen obliczył swe straty na blisko 100 tys. rubli srebrem.

Należy też wspomnieć, że firma Buggenhagena, oprócz pozyskania drewna, przeprowadziła również oczyszczenie koryta rzeki Narewki na ponad 35 kilometrach.

W tym samym czasie Dymitr Dołmatow, autor opisania guberni grodzieńskiej pod względem gospodarczym, handlowym i przemysłowym, opracował i przedstawił projekt uporządkowania systemu wodnego w Puszczy Białowieskiej. Celem jego było ułatwienie komunikacji i spławu drewna poprzez połączenie Niemna i Bugu z kilkoma puszczańskimi rzeczkami.

W 1863 roku prasa warszawska zwróciła uwagę, że w Puszczy Białowieskiej marnuje się duża ilość drewna opałowego, którego się nie spławia ze względu na wysoki koszt transportu i trudności ze zbytem. Podano także, że w latach 1838-1856 wyrobiono w Puszczy blisko 135 tys. sztuk drzew, które zostało spławione za granicę.

W 1891 roku rozpoczęto roboty przy regulacji koryta rzeki Narewki oraz kanalizacji jej dopływów – Łutowni i Hwoźnej. Prace te ukończono w 1892 roku. Ich koszt wyniósł ponad 35 tys. rubli, przy bezpłatnym przydziale drewna. Łutownia uzyskała 8,5-kilometrowy odcinek spławny. Wobec obniżenia się poziomu wód na uregulowanych ciekach wodnych, wybudowano, kosztem 8 tys. rubli, siedem tam ze śluzami na Narewce, Łutowni i Hwoźnej.

Pod koniec XIX wieku w Puszczy pojawił się alternatywny sposób transportu drewna – koleją. W 1894 roku linię kolejową doprowadzono do Hajnówki, a trzy lata później przedłużono ją do Białowieży. Linia ta przede wszystkim miała ułatwić bezpośredni dojazd cara do białowieskiego pałacu, ale budowniczowie nie ukrywali, że równie ważnym powodem wybudowania kolei było zapewnienie łatwiejszego wywozu zalegającego w Puszczy drewna.

Pomimo uzyskania nowego środka transportu, większość pozyskiwanego w Puszczy surowca drzewnego nadal odprawiano w świat rzekami. Zakładano też nowe bindugi. Na rzece Narewce funkcjonowało ich kilka. Przystanki spławne miała również rzeka Leśna.

Starszy leśniczy Hans Auer ostro krytykował wycinanie w Puszczy ogromnej ilości młodych drzew, głównie brzozy i iwy, wykorzystywanych jako materiał pomocniczy przy spławie. Twierdził, że w ten sposób łosie pozbawiano zasobów karmy. Obwiniał również administrację leśną, że dba tylko o własną wygodę i prowadzi przestępczy wyrąb lasu, wbrew zasadom leśnej gospodarki. Proceder ten – zdaniem Auera – zaczął się rozwijać w 1898 roku.

Przed I wojną światową, równocześnie z budową kanału Wisła-Dniepr, przystąpiono do opracowywania projektu skanalizowania Puszczy Białowieskiej. Zamierzano osuszyć tutejsze drzewostany dębowe oraz dla lepszej komunikacji spławnej połączyć rzeki puszczańskie z Bugiem i Wisłą. Rzekę Leśną, płynącą na długości ponad 100 km i wpadającą do Bugu, uznano za priorytetową arterię wodną do połączenia tego obszaru z Wisłą. Planowano również utworzyć ważną drogę wodną przez Narewkę do Narwi oraz przez Świsłocz do Niemna. Te szeroko zakrojone plany pokrzyżował wybuch I wojny światowej.

Niemieccy okupanci prowadzili w Puszczy rabunkową gospodarkę jej zasobów, zakrojoną na wielką skalę. Oni także wykorzystywali puszczańskie rzeki do spławu drewna. Odchodząc pod koniec 1918 roku, pozostawili nad rzekami materiał gotowy do transportu o wartości miliona marek. W 1919 roku drewno to częściowo zostało spławione Narwią do Tykocina i przekazane na cele odbudowy kraju.

Rzeki puszczańskie wykorzystywano do spławu drewna także po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W latach 1923-25 Narewką spławiono około 11 tys. metrów sześciennych drewna. Rzeka ta była spławna od Białowieży na długości 42 km. Dla usprawnienia spławu, koryto Narewki było regulowane w latach 1929-1932.

W latach 1924-1929 spławem drewna zajmowała się angielska firma „Century”, która posiadała koncesję na eksploatację lasów białowieskich. Z ramienia firmy zarządcą spławu materiałów leśnych był kniaź Liwin (Lieven), który jednocześnie odpowiadał za aprowizację robotników. Drewno przeznaczone do spławu dowożono do składnic przy stacjach kolejowych sprzętem konnym i kolejkami wąskotorowymi.

W 1929 roku, po zerwaniu przez polski rząd kontraktu z firmą „Century”, z inicjatywą dokonania spławu drewna po rzece Narew do Gdańska wystąpiło Nadleśnictwo Świsłockie. Pierwszy spław odbył się wiosną 1930 roku. Odprawiono wówczas rzeką materiały ciosane z trzech nadleśnictw. I choć wiosna była sucha, to spław udał się zupełnie dobrze. W drugiej połowie czerwca dostarczono do Gdańska około 20 tys. sztuk angielskich sortymentów.

Powodzenie tej transakcji znalazło pozytywny oddźwięk w Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży. W 1931 roku postanowiła ona spławić większe ilości ciosanych materiałów drzewnych do Gdańska zarówno rzeką Narwią z północy, jak i rzeką Leśną z południa Puszczy. Wykonanie spławu powierzone zostało Nadleśnictwu Świsłockiemu. Rezultaty okazały się lepsze, niż w roku poprzednim. Spławiono znacznie więcej drewna ciosanego i to nie tylko do Gdańska, lecz także do Bydgoszczy. Dostarczono również ponad 5 tys. metrów sześciennych dłużyc i kloców do najbliższej stacji kolejowej w Strabli, położonej nad rzeką Narew.

Pomyślne wyniki spławu dały podstawę do jego kontynuacji w latach następnych. Inż. Kazimierz Gąsior obliczył, że rzeki Leśna oraz Narew z dopływem Narewką mogą corocznie unieść na swych falach do 100 tys. sześc. drewna i dać milion złotych w postaci oszczędności, osiągniętej przez zastosowanie racjonalnego sposobu dostawy drewna na dalsze rynki zbytu.

W drugiej połowie lat trzydziestych przeprowadzono regulację koryta rzeki Narwi i oczyszczono ją gruntownie z namułu. W tym samym czasie obszar Puszczy Białowieskiej (z sąsiadującym z nim Wołkowyskiem i Jałówką) podzielony został na trzy grupy ekspedycyjne. Każda grupa kierowała swe transporty drewna innymi trasami.

W połowie lat trzydziestych kierownikiem spławu drewna w Białowieży był utalentowany cieśla Paweł Siemieniuk, a w latach 1937-1939 – brakarz Włodzimierz Wołkowycki. Obaj pochodzili z Zastawy.

Spław drewna w Puszczy Białowieskiej odbywał się do początku lat czterdziestych. Ostatni wielki spław Narewką miał miejsce w czerwcu 1942 roku, spławiono wówczas 48 tys. metrów sześciennych drewna. Po wojnie tylko sporadycznie wykorzystywano rzeki do transportu drewna, pozyskiwanego przez okolicznych mieszkańców na własne potrzeby.

Do spławiania drewna z Puszczy najmowali się młodzi, zdrowi mężczyźni z okolicznych wsi. Włodzimierz Naumiuk z Kaniuk opowiadał, że wiosną, kiedy już woda wezbrała, flisacy zbierali się w brygady i szli do Białowieży. Kloce, zwożone nad rzekę przez miejscowych wozaków, zbijali w tratwy, nazywane kleniami. Następnie spuszczano je na wodę i wiązano ze sobą w tzw. pas. Na pasie robiono budkę ze słomy albo trzciny, pełniła ona funkcję domu. Urządzano także miejsce do palenia ogniska – pod spód układano kamienie, a na nich umieszczano darń. W garnku gotowano kartofle, a także złowione po drodze za pomocą niewodu ryby.

Do spławu najmował się także Teodor Chlabicz z Rybaków. Wspominał on po latach, że spław drewna dawał dobry zarobek, ale była to ciężka praca. Pokonanie trasy do Tykocina zajmowało cztery tygodnie. Budka na tratwie, zrobiona z tyczek i słomy, musiała być niska, ażeby nie zaczepiała o mosty czy nadrzeczne krzewy. Do takiej budki wchodziło się na kolanach. Mogła ona pomieścić cztery osoby, leżące w tzw. świtkach czy kożuchach. Takie warunki sprzyjały rozmnażaniu się wszy. Wiosną woda była chłodna, flisakom marzły ręce. Nierzadko ktoś się potykał i wpadał do wody. Czasem trzeba było do niej wchodzić i odpychać przeszkody. Na Narwi przeszkód było dużo – mosty, jazy, ostre zakręty, płytkie miejsca i głębiny. Flisacy bardzo się denerwowali przed takimi niebezpiecznymi miejscami. Ze Strabli wracali często pieszo, a z Tykocina wynajętymi u Żydów furmankami. Jechali przeważnie wygodnie, bo każdy od nich się odsuwał z powodu wszy.

Czasy flisactwa zapamiętał dobrze również Mikołaj Czarniecki z Narewki. Przeprawiał on tratwy pod mostem w Narewce. Do Narewki była zwożona olszyna z Janowa i Skupowa. W Białowieży tratwy zbijano po dziesięć lub więcej metrów kwadratowych. Czarniecki dwa razy pędził je do Tykocina. Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży zatrudniała wielu flisaków. Zawierała ona umowę z tzw. dziesiętnikiem. W Tykocinie drewno odbierał ktoś z firmy. Zdarzało się, że po drodze odcinano końce dłuższych kłód i sprzedawano je kupcom z Topilca. Ci ciągnęli je w krzaki na starej rzece. Chętnych nie brakowało, bo z drewnem w przynarwiańskich wsiach było trudno. Korzystne dla flisaków było to, że spisywano tylko ilość kloców, a nie ich długości. Wynagrodzenie za spław otrzymywano dopiero po wykonaniu pracy.

Włodzimierzowi Gwajowi z Białowieży utkwiła w pamięci binduga na Zastawie, z której odprawiano Narewką drewno olchowe. Twierdził on, że rzeka była oczyszczana z wodorostów przez tratwy tak, że nie trzeba było przeprowadzać żadnych prac poprawiających jej przepustowość.

Od ostatnich spławów drewna z Puszczy Białowieskiej minęły już dziesiątki lat. Flisactwo powoli odchodzi w niepamięć, wraz z ludźmi, którzy nim się zajmowali.

 

Piotr Bajko

Takie było życie

Wspomnienia Mikołaja Bogacewicza z Orli, rocznik 1926

Za sanacji

ładne kobiety z wiosek wychodziły za mąż za byle kogo. Bo nie było roboty. Po wojnie już ludzie mieli pracę i edukację i to liczyło się jako posag. Chodziłem w swaty do niejakiej Miłki, ładna kobieta, uczyła się na krawcową, ale „za szafę” rozstaliśmy się. Chciałem szafę w posagu. I ona wyszła za innego.

Do szkoły chodziliśmy wszyscy bosiaka, a wszy każdemu chodziły po głowie, jak parowozy. Nędza. Żydzi trzymali handel. Ja konie u Żyda pasłem, to on mi dawał bułeczkę i 10 groszy – a to prawie nic, bo butelka horełki kosztowała wtedy 2 zł. Robotnik w kaflarni u Żyda zarabiał 2 zł za dzień, a stały pracownik na produkcji to 5 zł. Ale robota była po całych dniach, nie osiem godzin, i nikt nie był ubezpieczony. Co zrobisz dziś – za to zapłaci i do widzenia. Ten miał ubezpieczenie, co był na kolei, na państwowej posadzie. Nikt nie miał emerytury – to syn ojca dochowywał. Co by to było, żeby dziś nie płacili? Za Pulszczy, za sanacji, siedzieli orlańcy koło cerkwi, żebrali i każdy chleb brał. Takie życie było. Pamiętam.

Ja sześć klas mam do 1939 roku, to pamiętam, jak było.

 

Za Sowieta

jeszcze dwa lata szkoły skończyłem. Przyjechali nauczyciele i nauczycielki z Białorusi, młodzi ludzie, dyrektor był taki niewysoki. Sprawdzali uszy. Była dyscyplina. Uczyli języka rosyjskiego i białoruskiego i jedna godzina niemieckiego była. Czemu niemiecki? Bo Hitler ze Stalinem podzielili sie Polską. Hitler chytry, dał Stalinowi trochę Polski, żeby jemu potem było dobrze to okupować. Jak Niemiec uderzył, to Ruscy w Orli akurat robili przegląd, rozbiórkę swego rynsztunku. Tu dużo Ruskich na kwaterach było, a koło młyna stały ich czołgi. Na tych hitlerowców strach było patrzeć. A młodych naszych ludzi zabierali potem na roboty w Giermaniju. Mnie udało się ich oszukać – poraniłem sobie nogę i przyłożyłem „żółtą ślipotu”. Ale żeby oni dokładnie badali, to dostałbym obóz albo kulkę w łeb.

Niemcy pożydowskie meble, pościel, kazali przewieźć do synagogi, ale wszystkiego nie sposób było władować, a Żydzi sporo też rzeczy pozakopywali. To my po kryjomu chodziliśmy odkopywać jamoczki. Ja sugerowałem, żeby to robić pod wieczór czy w nocy, a niejaki Zubrycki każe: „Nie, teraz!”. Przeważnie wszystko było skórzane: czoboty, pryszwy i podeszwy… To ja raz trochę tego przyniosłem w worku. Starsi ludzie, jak ten Zubrycki, Pasiecznik, Arkadij, nosili dużo. I dokazali niemieckim żandarmom.

Jak wyciągali z synagogi żydowskie rzeczy? W oknach były kraty, ale szyby pobite i my kołka włożymy, kręcimy, kręcimy, aż się coś nawinie… My przy synagodze wartowali. Tam nas nie złapali, ale w getcie schutzmanni pochwycili. Jak orlańskich Żydów wywieźli, to my chodziliśmy do getta, żeby coś sobie wziąć, bo Żydzi ze sobą brali tylko małe tłumoczki, a wszystko tu zostawili. Ci schutzmanni wszyscy do getta łazili i brali najcenniejsze rzeczy. W getcie zajdziesz do chaty, a tam ciemno, tylko jedne koty miauczą. Nie wiesz, co brać. Widzisz białe. To ja brałem pierzyny. U naszych prawosławnych u nikogo pierzyny nie było, ni poduszek. Oj, nędza była. Ja raz do Popławskiego (ulica Kleszczelowska) te rzeczy doniosłem. Mój ojciec na tym odcinku wartował i mówi: „Idź, już wszyscy w getcie biorą”. Raz przyniosłem, poszedłem drugi raz i wtedy

 

schutzmann mnie złapał.

Krzyczy: „Stój! Strzelać będę!” Czmychnąłem do dziury w płocie, którą wcześniej zrobiliśmy. Schutzmann po ciemku natrafił na moją głowę, obrócił i uderzył kolbą karabinu po plecach. I na wartownię – była, gdzie dom Wani Ochrycewicza. A tam już siedzą nałapani: Wasyl Justynów i koszelowcy. I zaraz mego ojca-wartownika aresztowali. Kilka dni nas trzymali, matka jeść przynosiła. I przyszedł do nas ruski jeniec, lejtnant, mieszkał na terenie kaflarni – woził samochodem komisarza. Mówi, że Niemcy zamierzają zrobić pokazowy rozstrzał. My płaczemy,
a starzy ludzie mówią: My to uże nażylisia, ale szkoda mołodych. Ale nie. Przyszli schutzmanni i nas dwójkami do żandarmerii, do dwora (kaflarni). I tu pomógł mi jeden z schutzmannów – katolik, często pomagał ludziom. Z moim szwagrem dobry interes prowadził . Mówił: „Jak przyjdą Ruscy, to będziesz mnie bronić”. Często przychodził i przestrzegał, żeby nie iść w partyzany, bo rozstrzelają całą rodzinę.  A partyzantów było dużo, widziałem, jak do puszczy jeździłem, ale nas nie zaczepiali.

No i ten schutzmann idzie z boku i uczy mnie, jak mam zeznawać: „Mów, że była godzina dziesiąta, szedłeś koło getta i zatrzymali”. I  ja tak zeznałem. To mnie tylko 5 marek kary dali, a dla reszty tyle, że krowę trzeba było sprzedawać.

Za to, że odkopaliśmy jamoczku mnie i Wanię Pasiecznika gnał schutzmann Pietrusza, ale ja już wiedziałem, co będzie, to dwie pary ciepłych spodni wkładałem. Bili na taborecie, po trzech razach już bolało. Tego schutzmanna Ruscy byliby zabili, jak tu przyszła druga linia. To chował się u Dmitra na strychu. Jak za komuny Pietrusza szklił nam okna, to opowiadał, jak było na zsyłce. Tam niemieccy jeńcy nie wytrzymywali ostrego klimatu.

(Po wojnie Pietrusza zamieszkał w Orli, ale po długich latach nieobecności. Zdarzyło się kiedyś, że sam zaczął ze mną rozmowę na temat swoich ciemnych okularów, które ciągle nosił. Okazało się, że musiał je zakładać, bo od ciągłego patrzenia na śnieg uszkodził wzrok. 13 lat spędził w łagrze na Syberii – M.M.)

Z Mikłasz też było trzech schutzmannów. Jeden z nich, Waśka, razem ze mną do szkoły chodził. On mnie w getcie złapał. Ja wartowałem od cerkwi… Poszedłem i widzę, że łażą do getta. A ten schutzmann mówi do mnie: „Ja ci wpisowe zrobię”. Norma była 25 razy gumą. Jak bije, tyłek aż czarny się zrobi i wtedy już bólu nie czujesz.

Czasem organizowaliśmy potańcówkę, Niemcy pozwalali. Dziewczyny organizowały zakusku, a my horełku. Grał Michaś Martynowicz, a później Wołod’ka Murawski. Zrobiliśmy potańcówkę, a inny schutzmann z Mkłasz, Kola, strzelał do nas.

(Co ciekawe, fakt istnienia schutzmannów ludzie potrafili wykorzystać. Jak kiedyś opowiadał mi Grzegorz Bober, zdarzyło się tak, gdy wojska sowieckie były już w okolicach Orli, a Niemcy w Mikłaszach. Ci ostatni rozzłościli się, gdy dowiedzieli się, że jedna z mieszkanek wsi, szukająca swego konia w okolicach kaflarni, potajemnie rozmawiała z sowieckim żołnierzem. Zgonili więc całą wieś na podwórku Czerniawskich i zamierzali rozstrzelać. Ludzie błagali, podkreślali, że dawali im mleko, żywność… Nie wykluczone, że uratowało ich to, że niektórzy wioskowcy współpracowali z Niemcami – „Sielanin…”, Niwa, 31.08.1997 – M.M.)

Jak Niemiec odstępował, to tu w Orli zostało wielu Ukraińców w niemieckich mundurach.

 

A potem Sowieci

wystawili ich „na pieredowuju”. Kilku uciekło, potem wrócili. Mnie też Sowieci pytali: Skaży, kakije wragi byli za Niemca, my ich noczju zabieriom i śled pa ich nie ostaniet. Żeby Niemiec dłużej pobył, to by tu Polaków wydusił. Pamiętam zebranie, które przyjezdni Niemcy zrobili koło szkoły. Jeden z nich powiedział: „Komuna już nie wróci, nasza armia jest na przedmieściach Moskwy. Już polska świnia się oprosiła”. A my nic nie zrozumieliśmy. Chodziło o wojsko, które zaczęło się tworzyć w ZSRR.

Zaraz po wojnie w 1946 r. poszedłem do wojska. Były pierwsze wybory. Wtedy Mikołajczyk nie przeszedł, Bierut wygrał. My, żołnierze, z bronią w łóżkach spaliśmy. Jakiś czas służyłem jeżdżąc pociągiem Warszawa-Białystok – widziałem, jak zniszczona była stolica, cała w gruzach. We Wrocławiu to my na sali wszyscy byliśmy prawosławni. To przychodził kapral i mówił: „No chłopaki, śpiew po rosyjsku!”. I śpiewaliśmy, po swojomu howoryli. Kapral albo starszy strzelec docierali nas – padnij, powstań… Tak uczyli, jak żyć na świecie. Nie pozwalali na alkohol. Koledze przysłali w paczce butelkę wódki, to kazali wyrzucić do szadzawki.

Byłem też między katolikami. Spaliśmy po stodołach. Pojedziemy po prowiant, a oni tak „dawali” na Ruskich. Myślę: „I ja taki sam”.

Przyszła władza dla biedoty, a biedota obróciła się przeciw sobie. A teraz kapitalizm – proszę bardzo.

 

Za komuny

też nie było dobrze. Komuna zniszczyła bogatszych, kto miał dużo ziemi. Zniszczyli – podatek dla ojca nałożyli, kontyngent, mleko od hektara. Trzeba było wełnę kupować i ją oddawać… Źle komuna robiła! Po co niszczyć dobrych, pracowitych ludzi? Zabrać i dać dla pijanicy…

Jak pamiętam, już po wyzwoleniu wszyscy pracowali. Niektórzy, choć biedni, ale za to pracowici, pobudowali sobie domy. A inny w Orli wlazł do żydowskiej chaty i gieroj. Tu dużo przyjezdnych. A dlaczego? Bo na gotowe! Ja od podstaw się pobudowałem, chatę, kłunię, chlew, ogrodzenie. Pracowałem w betoniarni i pole obrabiałem, konia trzymałem. A drugi dziś nie chce iść na gotowe po rodzicach, ma zabudowania i cały sprzęt, ale mówi, że się nie opłaci.

Zapisał:

Michał Mincewicz

W wypowiedziach starano się
zachować język oryginału

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (cz. III)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

3. Aktywność Antoniego Nekandy-Trepki w białoruskim ruchu narodowym zaczęła się na dobre po zamieszkaniu w Wilnie. W 1922 r. został dyrektorem Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego, w którym uczył też fizyki i matematyki. Był nim do końca 1923 r. Po raz drugi dyrektorował w latach 1928-1930, załatwiając gimnazjum uprawnienia matury państwowej, co pozwalało młodzieży po gimnazjum białoruskim studiować na uczelnich polskich. W gimnazjum białoruskim uczył się też jego syn Kazimierz, co nie podobało się reszcie rodziny. Poza tym Antoni Nekanda-Trepka aktywnie działał w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej – był zastępcą przewodniczącego w latach 1926 i 1928, w Białoruskim Towarzystwie Naukowym – w 1924 r. był członkiem zarządu – skarbnikiem, w 1928 r. – przewodniczącym, w latach 1931-1939 – skarbnikiem; od 1927 r. był członkiem Rady Muzealnej, która działała przy BTN. W 1921 r. był przewodniczącym Białoruskiego Towarzystwa Wydawniczego. W Wileńskim Białoruskim Komitecie Narodowym w 1926 r. reprezentował białoruskie kooperatywy. Był też członkiem Białoruskiego Towarzystwa Dobroczynności (w 1931 r. – członkiem jego Komisji Rewizyjnej) oraz Towarzystwa Oświaty Białoruskiej (1933 r.).

Mimo że Antoni Nekanda-Trepka nie angażował się sam w politykę, to często był pośrednikiem w rozmowach z Polakami ze względu na szerokie znajomości i powiązania. 25 marca 1922 r. razem z delegacją Białorusinów  był na audiencji u prezesa Rady Ministrów Ponikowskiego. Przemawiał tam wraz z Fabianem Jaremiczem i Bronisławem Taraszkiewiczem. Mówił o nadużyciach administracji, która swoją nietolerancją narodowościową  i religijną budzi na kresach wschodnich nowy dysydentyzm, który w dziejach Polski odegrał już zgubną rolę w wieku XVIII. 18 kwietnia 1922 r. uczestniczył z nimi też  w raucie wydanym przez Józefa Piłsudskiego z okazji podpisania aktu przejęcia Wileńszczyzny przez Polskę. W związku z wyborami do Sejmu w 1922 r. 8 października na białoruskim wiecu wyborczym w Wilnie wybrano Białoruski Komitet Wyborczy, w którym znalazł się także Antoni Nekanda-Trepka. Wprawdzie nie angażował się bezpośrednio w kampanię wyborczą, ale będąc wówczas dyrektorem Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego w dniach 11-14 kwietnia 1923 r. zorganizował w Wilnie I zjazd pedagogów białoruskich szkół średnich z Zachodniej Białorusi. Zabiegał też w Warszawie o równouprawnienie Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego oraz o dofinansowanie go przez państwo i uznanie matury. Ponieważ jego postulaty nie zostały spełnione, 1 stycznia 1924 r. podał się do dymisji. Podjął wówczas pracę nauczyciela w nowo powstałej Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie, gdzie kształcili się także Białorusini, m.in. Jerzy Olechnowicz, Leon Łuckiewicz. Wykładał tam elektrotechnikę oraz był kierownikiem laboratorium mechaniki, w 1930 r. został kierownikiem Wydziału Elektrycznego. Był lubiany przez uczniów, którzy nazywali go Edisonem. Był zafascynowany radiem, które w okresie międzywojennym dopiero zaczynało się upowszechniać. W jego popularyzacji także w środowisku białoruskim odegrał niemałą rolę. Wygłaszał na temat radia publiczne odczyty, m.in. w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej, pisał artykuły, np. w „Kalendarzu Białoruskim na 1927 r.”.

W 1928 r. w procesie Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady wystąpił jako świadek, w jej obronie. Zeznawał, że gimnazjum białoruskie, którym kierował, utrzymywało się z ofiar, udzielanych przez posłów białoruskich oraz z opłat uczniów. Bronił Antoniego Łuckiewicza i Józefa Sznarkiewicza: „Łuckiewiczów Jana i Antoniego dobrze znam. Antoni Łuckiewicz jest krzewicielem kultury białoruskiej; jest on człowiekeim niezamożnym; brat jego Jan umarł z nędzy, pomimo posiadania muzeum. Sznarkiewicza również znam dobrze, ponieważ pracował on w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej w Wilnie. Prowadził on przeważnie pracę kulturalno-oświatową, interesował się wydawnictwem i muzyką”. Mówił o własnym zaangażowaniu w ruch białoruski: „W roku 1919 powstała Białoruska Socjalistyczna Hromada, której twórcami byli studenci. Do Hromady tej należałem, jak również Łuckiewicze. Socjalistyczna Hromada istniała i w roku 1905. Władze rosyjskie Łuckiewiczów nigdzie nie zsyłały. Po roku 1905 Łuckiewicze wydawali gazety białoruskie. Łuckiewicze organizatorami Białoruskiej Socjalistycznej Hromady nigdy nie byli. Popierali ją tylko duchowo. Socjalistyczna Hromada szła ówcześnie z Polską  Partią Socjalistyczną. W programie Białoruskiej Socjalistycznej Hromady było również umieszczone hasło „Ziemia dla włościan bez wykupu”. Mówiąc o BWRH stwierdzał, że „była mile widzianą wśród mas białoruskich, ponieważ „niosła kulturę na wieś”. My nie liczyliśmy na to, że BWR Hromada była partią polityczną, a uważaliśmy ją za organizację kulturalno-oświatową”.

Po rozgromieniu BWRH Antoni Nekanda-Trepka z Antonim Łuckiewiczem, Włodzimierzem Samojło i Radosławem Ostrowskim zaangażował się działalność Centrasajuzu – Centralnego Związku Białoruskich Kulturalno-Oświatowych Organizacji i Instytucji. W 1930 r. został jego prezesem. W Centrasajuzie doszło do nieporozumień grupy Antoniego Nekandy-Trepki, Antoniego Łuckiewicza i Włodzimierza Samojło z Radosławem Ostrowskim na tle finansowym. Odbył się Sąd Obywatelski. Pozwani zwrócili się do redakcji „Kurjera Wileńskiego” o zamieszczenie wyroku w gazecie: „Wielce Szanowny Panie Redaktorze! Za pośrednictwem „Kurjera Wileńskiego” (Nr 102 z dnia 17.IV.34 r.) niżej podpisani, pp. Antoni Łuckiewicz, Włodzimierz Samojło i Antoni Trepka, zostali pozwani na Sąd Obywatelski spowodu zarzutów publicznie przez nich uczynionych panu Radosławowi Ostrowskiemu, Dyrektorowi Filji Białoruskiego Państwowego Gimnazjum im. J. Słowackiego w Wilnie. Niniejszem upraszamy Pana Redaktora o wydrukowanie w „Kurjerze Wileńskim” załączonego wyroku w tej sprawie Sądu Obywatelskiego. Łączymy wyrazy szacunku i poważania. Antoni Łuckiewicz, W. Samojło, Antoni Trepka.

Sąd Obywatelski w składzie: superarbiter – Bronisław Krzyżanowski i arbitrzy Stanisław Bagiński, Eugenjusz Kozłowski, Włodzimierz Wiszniewski i Seweryn Wysłouch po rozpoznaniu zatargu pomiedzy pp. Radosławem Ostrowskim z jednej i Antonim Łuckiewiczem, Włodzimierzem Samojło i Antonim Trepką z drugiej strony dnia 14 listopada 1935 r. orzekł: A) Uznać, że rozporządzanie się p. Radosława Ostrowskiego w czasokresie od 1930 do początku roku 1934 pieniędzmi, przeznaczonemi dla rozmaitych społecznych organizacji białoruskich było chaotycznem i arbitralnem, co mogło zasadnie wywoływać podejrzenia nierzetelności; Sąd nie był w stanie odpowiedzieć na postawione mu zagadnienie, czy p. Ostrowski dopuścił się nadużyć pieniężnych na swoją własną rzecz; B) Uznać, że stosunek p. Ostrowskiego do uniwersyteckiej młodzieży białoruskiej, a także do szeregu poszczególnych działaczy białoruskich nie stał na wysokości zadania i celów, którym p. Ostrowski winien był służyć, w szczególności stosunek jego do studentów w korporacji Skorynja był demoralizującym pod względem społecznym; C) Sąd stwierdza, że miał na względzie niezdrową atmosferę powstałą wskutek zasilania przez te lub inne źródła konfidencjonalnemi zapomogami białoruskich organizacyj społecznych, na czele których stały w urzędowej lub faktycznej roli poszczególne jednostki z listy wszystkich uczestniczących w procesie niniejszym. (-) Br. Krzyżanowski (-) St. Bagiński (-) S. Wysłouch (-) Wł. Wiszniewski (-) Eug. Kozłowski”.

Antoni Nekanda-Trepka w 1933 r. został prezesem Towarzystwa Oświaty Białoruskiej, które wydawało pismo „Rodny Kraj”. Efektywnej działalności towarzystwa przeszkadzały wzajemne animozje między Ostrowskim, Łuckiewiczem i Nekandą-Trepką. Najbliższy współpracownik Antoniego Łuckiewicza, Antoni Nekanda-Trepka, próbował nakłonić zwolenników tej grupy do wydawania czasopisma białoruskiego, którego zadaniem miało być zwalczanie grupy Ostrowskiego – tak odnotowało w sprawozdaniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Na ogólnym zebraniu Towarzystwa Oświaty Białoruskiej 15 kwietnia 1934 r. postanowiono zawiesić w prawach członków Antoniego Łuckiewicza, Włodzimierza Samojło, Antoniego Nekandę-Trepkę i Wincentego Hryszkiewicza. Oznaczało to zwycięstwo zwolenników Radosława Ostrowskiego. Ostatnim akordem aktywności na niwie białoruskiej Antoniego-Nekandy-Trepki był wybór go 12 lutego 1939 r. do zarządu Białoruskiego Towarzystwa Naukowego. Zarząd w składzie: Antoni Łuckiewicz (przewodniczący), Antoni Nekanda-Trepka (skarbnik), Mikołaj Szkielonek (sekretarz), Bolesław Grabiński, Marian Pieciukiewicz, Jan Stankiewicz wybrano na trzy lata. Niebawem wybuchła II wojna światowa, a Wilno doświadczyło od 1940 roku władzy sowieckiej, która nie oszczędziła działaczy białoruskich. Czy cieszył się z tego były mińszczanin Antoni Nekanda-Trepka? Na pewno nowe porządki nie napawały go optymizmem.

 

Zapłata za miłość do Białorusi

Antoniego Nekandę-Trepkę aresztowano w październiku 1939 r. w Wilnie. „Cierpliwość i silna wola zbawią życie ludzkie” – powiedział na pożegnanie żonie Julii, przypominając sentencję z celi więziennej w smoleńskim Domu Poprawczym w latach 1919-1920.  Przy rozstaniu prosił służącą Anielę, by opiekowała się jego żoną. Ludwika Dzierżyńska pisała w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Jedno jest pewne, że ciężko zapłacił za swoją miłość do Białorusi i tego ludu, bo to właśnie było powodem  jego wywiezienia i jego późniejszych cierpień i tragicznego końca.
W moim rozumieniu był on socjalistą w szlachetnym i nieco utopijnym tego słowa znaczeniu. To był wpływ tamtego środowiska młodzieży, uwielbiającej ciemiężony lud i marzącej o wyzwoleniu  go z pod przemocy carskiej władzy. Oni naprawdę wierzyli, że lud wyposażony we władzę wprowadzi raj na ziemi. I z tymi iluzjami wuj wszedł w życie dorosłe, nie wyrzekając się swych dążeń. Był to człowiek dobry, wrażliwy na niedolę innych. (…) Kierował się przede wszystkim emocjami, uczuciem. Był – w moim pojęciu – antytezą tego, co nazywamy „dyplomata”, a wdał się w politykę. Ponadto był ufny; sam bardzo szlachetny i prostolinijny, nie zdawał sobie sprawy, jak przewrotni, kłamliwi i podli mogą być ludzie dążący do upragnionego celu, spotykając na tej drodze takich, którzy ten marsz hamują lub usiłują go przerwać. On był za dobry i zbyt uczciwy do takich zadań, jakie sobie postawił. Rodzina uznała to za dopust Boży, rodzaj amoku”.

Julia Nekanda-Trepka z wnukiem Markiem. Szczecin, 13 czerwca 1954 r. (Ze zbiorów Marka Nekandy-Trepki)

Antoniego Nekandę-Trepkę skazano na 10 lat łagru i wywieziono do obozu Jaja na Syberii, skąd w listopadzie 1940 r. przyszły od niego pierwsze wiadomości. Pracował tam ciężko fizycznie pod „gołym niebem”, a potem w kantorze. Do czerwca 1941 r. listy przychodziły regularnie. Prosił w nich o żywność – suchary i cebulę. Potem korespondencja się urwała. Julia Nekanda-Trepka przepisała te listy do zeszyciku i zachowała dla potomnych. Zostało ich cztery. Pierwszy list Antoniego Nekandy-Trepki do żony nie dotarł. Drugi był pisany 17 listopada 1940 r, a ostatni 19 lutego 1941 r. – wszystkie w języku rosyjskim.   „Dopiero w 1944 r. przyszła wiadomość drogą okrężną, że zmarł gdzieś na Syberii w 1942 r.” – pisał Kazimierz Nekanda-Trepka. Po zawarciu umowy Sikorski-Majski Antoni Nekanda-Trepka został zwolniony z obozu. Udało mu się nawiązać kontakt z bratem Władysławem, którego z żoną i synem Januszem zesłano do Kazachstanu.

O okolicznościach spotkania z wujem Toniem pisał po wojnie 11 kwietnia 1947 r. do Marii Gościewicz Janusz Nekanda-Trepka, który osiadł w Londynie: „Zaraz po zwolnieniu przyjechał do nas wujaszek Tonio, z którym skomunikowaliśmy się listownie. Z długą siwą brodą wyglądał jak św. Mikołaj. Wyglądał prawie dobrze. Twarz miał pełną, ale to były tylko pozory – był spuchnięty. Wszyscy postanowiliśmy dołączyć do jakichś placówek polskich, a my z tatusiem do wojska. Wiadomości, gdzie należy jechać, były mętne. Daliśmy się unieść owczemu pędowi jazdy na południe. Decyzja ta okazała się zabójcza dla wszystkich słabszych organizmów. Wtedy nie wiedzieliśmy, co ona oznacza. A oznaczała ona długie miesiące podróży w transportach po wszystkich krajach Azji Środkowej, bez żadnej opieki, biwakowanie nieraz na deszczu i chłodzie pod gołym niebem, coraz to skąpszą żywność, brud i robactwo. Słabsi marli nierzadko dziesiątkami. Wyczerpywały się siły, wykańczały nerwy. W czasie transportu, gdy jechałem osobno, gdyż młodzi jechali wagonami towarowymi, rozczepili pociąg i straciłem kontakt z resztą. Było to już pod koniec wędrówek. Praktycznie żadne możliwości poszukiwania nie istniały i tylko cudem lub nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności dowiedziałem się, że mama, tatuś i wuj Tonio są ode mnie o około 20 km. Było to na Boże Narodzenie. Miałem wtedy zupełnie znośne warunki i szczęściem uzyskałem pozwolenie na sprowadzenie ojca i matki do siebie. Znalazłem ich w okropnych warunkach, w głodzie i nędzy. Mama jedynie była względnie zdrowa. Wujaszek Tonio był bardzo słaby, chwilami apatyczny, chwilami nienaturalnie podniecony. Ojciec bardzo poważnie chory. (…) Wróciłem do siebie, żeby dostać środek jakiś transportowy celem przywiezienia rodziców. Odmówili, ale po paru dniach przyjechali tatuś z mamą, wystarawszy się o jakąś podwodę. Wujaszek został. Mieliśmy się z nim komunikować listownie co do dalszych możliwości. Na nasz pierwszy list nie było żadnej odpowiedzi, na drugi – żadnej, na trzeci – nic. Pojechać nie można było, gdyż ja byłem chory, z tatusiem było bardzo źle, a mama po bohatersku robiła, co mogła. Później dostaliśmy wiadomość, że wujaszek Tonio zmarł w kilka dni po wyjeździe rodziców – natarł sobie nogę i umarł w parę dni na zakażenie ogólne”.

Marek Nekanda-Trepka na tle portretu dziadka Antoniego. (Szczecin, 1999 r.)

28 sierpnia 1946 r. Wiktoria Trepczyna, bratowa Antoniego, pisała z Libanu (Ghaziz) do syna w Polsce: „Tonio zmarł na zakażenie krwi. Natarł sobie nogę na pięcie. Szczegółów dokładnie nie wiem, bo na miesiąc przed śmiercią rozstaliśmy się, myśmy przenieśli się o 30 km dalej, tam gdzie był Janusz, a on nie chciał z nami jechać. Pochowany – sieło Czornaja Rieczka stacja Tokmak – Dżambulskaja obłast’”.

Nie wiadomo, gdzie został pochowany. Jedynie na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie na grobie Kazimierza Nekandy-Trepki, męża Marii Nekandy-Trepki z Białej, znajduje się tabliczka symboliczna Antoniego Lucjana i Władysława Nekanda-Trepków.

Julia Nekanda-Trepka z Anielą po wojnie znalazły się
w Polsce, ostatecznie w Szczecinie. Zamieszkały tam razem z rodziną syna Kazimierza, jego żony Hanny i syna Marka, którym się opiekowały. Julia zmarła w 1962 r., wcześniej w wypadku zginęła Aniela.

Kazimierz Nekanda-Trepka ukończył Gimnazjum Białoruskie w Wilnie (1926) i Szkołę Główną Handlową w Warszawie (1936). Przed wojną pracował w bankowości w Warszawie, po wojnie osiadł z rodziną w Szczecinie, był jednym z organizatorów Banku Rolnego i asystentem w Szkole Handlowej w Szczecinie. Zwolniony z pracy na początku lat 50., pracował jako główny księgowy w różnych instytucjach, działał w Stowarzyszeniu Księgowych Polskich i TNOiK. W latach 60. wrócił do pracy do Banku Rolnego – pracował na samodzielnych stanowiskach. Od 1972 r. był na emeryturze. Zostawił wspomnienie o swoim ojcu. Zmarł 14 listopada 1992 r. w Szczecinie.

KONIEC

Helena Głogowska

Рэцензіі, прэзентацыі (02/2017)

Вера Радзіванюк (Фота Міры Лукшы)

Каб дабрыня была прыкметнай

У Нараўцы ў 2015 годзе свет пабачыла кніжка вершаў старэйшай паэткі з Міхнаўскіх палеткаў, як адзначыла ў прадмове да кніжкі Міра Лукша, Веры Радзіванюк „Бабіна лета”. Бабіна лета – гэта цёплая пара ў канцы верасня–напачатку кастрычніка, перыяд уборкі агародніны. Агародніцтва лічылася жаночай, «бабскай», справай, адсюль і назва. У адных рэгіёнах Беларусі Бабіна лета лічылі з Першай Прачыстай (інакш – Усплення, 28 жніўня) да Галавасека (або Калінавіка, 11 верасня), у другіх – з Галавасека да Цудаў 19 верасня, а часам – з Галавасека да Другой Прачыстай (Багача, 21 верасня), ці гэта быў тыдзень да Трэцяй Прачыстай (Пакровы, 14 кастрычніка).

У спадарыні Веры сваё Бабіна лета – гэта натхнёная, спакойная, шчаслівая пара, калі можна доўга, седзячы за сталом, пісаць пра вёску. Пра родную вёску, якая знаёмая да драбніц. Паэтка далей і не лезе, ёй добра ў вёсцы, дзе шумяць бярозкі, рабіны, ліпы, хвоі, дубы, дзе заўсёды бачыш уласнымі вачыма і пяшчотна адчуваеш восень, зіму, вясну і лета, дзе кожны дзень сустракаеш то зайцаў, казуль, лісаў, вожыкаў, то коцікаў і мышэй, дзе цвітуць ландышы, тыя ландышы, якія некалі дарыў на спатканнях хлопец. Гэта ўся прыгажосць была і застаецца побач з Верай Радзіванюк – беларускай паэткай, жанчынай, маці, бабуляй і прабабуляй. Вера Радзіванюк – паэтка вёскі, дрэў, траў, кветак, жывёл. Каб пра іх прыгожа і шчыра пісаць, то трэба іх добра ведаць, любіць, шанаваць. Любіць так, як любіць вясковая паэтка:

Расцвіў ландыш
У маім садочку.
Прыгожы, пахучы,
Белыя званочкі…

Ніл Гілевіч неяк сказаў, што паэт пачынаецца са слова, з адчування слова як сродку выказаць сябе і свае адносіны да навакольнага свету, з адчування сэнсавых і гукавых магчымасцей слова. Запас слоў у Веры Радзіванюк невялікі, але шчыры, просты, звычайны. Аўтарка зборніка не лічыць сябе паэткай, але яна не мае прыроднай глухаты да слова – яе словы і выразы даволі глыбокія, ад народа, бо наш народ заўсёды з’яўляўся майстрам-моватворцам. І аўтарка „Бабінага лета” па-свойму моватворца і вобразатворца: „крумкач чорны закрычыць; непаслухмяны сталі рукі; пракаціў па хмары гром; зіма засядзелася; машыны гоняць як дурныя; прыйшоў Пятро, забраў цяпло; думку з ветрам прынясло; ходзіць з посахам мароз і г.д.

У зборніку „Бабіна лета” вельмі шмат радкоў, у якіх паэтка апявае поры года. Яна аднолькава любіць зіму і лета, вясну і восень. У адным вершы паэтка сядзіць ля вакна і разважае, успамінаючы мінулае, што некалі ніхто не чысціў ад снегу дарог, „змагаліся самі як маглі”, а „зімы цяжкія бывалі”. У другім вершы пра зіму аўтарка разважае пра мароз, які на рэчках будуе масты без жалеза і без бетону і яны былі слізкімі і гладкімі як шкло. У трэцім зімовым вершы аўтарка перажывае, што „ад холаду мерзнуць птушкі і звяры, таму што „пад грубым снегам ім ежы не знайсці”. У чацвёртым вершы паэтка любуецца, калі „сонца свеціць, то блішчаць сняжынкі”. У пятым зімовым вершы аўтарка разважае пра лес зімой, які сумуе і ў якім няма жыцця, бо не спяваюць птушкі і ўсюды стаіць цішыня.

Але чытаючы кнігу Веры Радзіванюк, чытач не застанецца сумаваць зімой, бо і вясновых вершаў у зборніку шмат. У вершы „Вясна заблудзілася” паэтка папярэджвае, што „ідзе па зямлі ўжо красавік”. А ў вершы „Вясной” піша пра сонца, якое „абудзіла ўсіх птушак, каб вітаць хутчэй вясну”.  У вершы „Вясенні дзень” аўтарка хораша апявае вясновы дзень, калі „прагрымеў магутны гром і выйшла цёмная хмара”. Адрасавала паэтка свае радкі і вясновым кветкам, калі „вясны прыгажосць па зямлі разаслалася…”. Не мінула спадарыня Вера і вясновы вечар, калі спяваў дзявочы хор каля рэчкі пад калінай. Любіць паэтка і вясновы май, той май, што па зямлі рассыпаў кветкі.

Пасля вясны надыходзіць лета, якому таксама ў зборніку адведзена шмат паэтычных радкоў. Аўтарка радуецца гэтай пары года, яна любіць лета:

Вось і прыйшло лета
З новым ураджаем,
З залатою нівай,
Свежым караваем…

А ў вершах „Канец лета” і „Лета праляцела” аўтарка сумуе аб тым, што лета хутка скончылася.  Праўда, наперадзе ўсіх чакае Бабіна лета, тое лета, калі

На кустоўі, на травах
Дзе ні кінеш вокам,
Ляжыць тонка павуцінка
На палях шырокіх…

Апрача прыродаапісальных радкоў, зборнік багаты і на вершы-роздумы, вершы-успаміны аб маладосці. Многія з іх нясуць фальклорна-песенную афарбоўку, што надае яе радкам рухавасць, гуллівасць, гарэзлівасць і памяркоўнасць, а часам нейкую рамантычную наіўнасць. Але ўсё гэта не шкодзіць жанчыне выказаць свае ўласныя думкі ў рыфму ці без рыфмы, але ад душы шчыра і светла. І мае рацыю Міра Лукша, калі ў прадмове да зборніка сказала, што „у Веры Радзіванюк вялікая сувязь з усім, што жыве тут навакол – і людзьмі, і прыродай. І Вера піша, як дыхае”. Сапраўды, піша, як дыхае, а дыхае – бо жыве сваёй маленькай радзімай, а на радзіме павінна быць усё добра. І жанчына піша пра ўсё добрае. Клапоціцца паэтка, каб наша дабрыня была ўсюды прыкметнай і адчувальнай. Інакш нельга.

 

Сяргей Чыгрын

Kulturowo-językowe dziedzictwo Podlasia

W końcu 2016 roku Katedra Białorutenistyki Uniwersytetu Warszawskiego w Warszawie wydała trzytomową pracę naukową (1 100 stronic) pt. „Kulturowo-językowe dziedzictwo Podlasia” pod redakcją Niny Barszczewskiej, Mikołaja Chaustowicza i Mikołaja Timoszuka. Recenzenci: Helena Głogowska i Michał Sajewicz.

W pierwszym tomie zawarte są teksty o tożsamości narodowej na pograniczu kulturowo-językowym, o Białorusinach w Polsce (historia i stan obecny), na temat edukacji w języku białoruskim, o statusie prawnym języka białoruskiego i polityce oficjalnej, o zachowaniach językowych mieszkańców we wschodniej części Podlasia w warunkach bilingwizmu, o języku białoruskim w mediach, o różnorodności wyznaniowej mieszkańców Podlasia i o języku a świadomości narodowej młodego pokolenia na pograniczu polsko-białorusko-ukraińskim. Jest też charakterystyka wschodniosłowiańskich nazw miejscowości oraz nazw terenowych. W jednym z rozdziałów są opisane wschodniosłowiańsie gwary podlaskie.

W drugim tomie są trzy rozdziały: „Człowiek” (wesele, narodziny, pogrzeb, wierzenia tradycyjne), „Rodzina” i „Dom. Gospodarstwo”. Tom zawiera cenne wypowiedzi respondentów o pracy na roli i w gospodarstwie domowym mieszkańców wsi wschodniej Białostocczyzny w minionym stuleciu, opisy dawniej wykorzystywanych narzędzi pracy, jak wyglądała kiedyś tradycyjna orka, sianokosy, młocka, tkactwo. Te materiały folklorystyczno-lingwistyczne barwnie ilustrują życie i byt wschodniosłowiańskiej mniejszości (Białorusinów).

Trzeci tom w całości poświęcony jest twórczości ludowej. Są w nim teksty pięknych dawnych pieśni, m. in. wiosennych, wielkanocnych, letnich, żniwnych, miłosnych, lirycznych, weselnych, rekruckich. Są też wiersze poetów ludowych m. in. Tadeusza Kuncewicza z Eliaszuk, Konstantego Ciełuszeckiego z Lewkowa Nowego, Wiery Radziwoniuk z Michnówki, Konstantego Jaroszuka z Nowin i Konstantego Korolko z Kapitańszczyzny. Wszyscy z gminy Narewka.

Nagrań folklorystyczno-dialektologicznych i historyczno-kulturowych dokonano w powiatach białostockim, bielskim, hajnowskim i sokólskim. W powiecie hajnowskim zapisano ciekawe wypowiedzi mieszkańców wielu wsi: Białowieża, Czechy Orlańskie, Czeremcha, Czyże, Dubicze Cerkiewne, Dubicze Osoczne, Eliaszuki, Kapitańszczyzna, Kotłówka, Lewkowo Nowe, Lewkowo Stare, Łuka, Michnówka, Mikłaszewo, Mochnate, Narewka, Nowiny, Ochrymy, Odrynki, Olchówka, Orzeszkowo, Podlewkowie, Rakowicze, Rutka, Skupowo, Szostakowo, Tyniewicze Duże, Zaleszan y i Zbucz. W powiecie hajnowskim bezkonkurencyjna jest gmina Narewka, w której nagrań dokonano aż w trzynastu wsiach.

 

Jan Ciełuszecki

Календарыюм (04/2017)

Красавік – гадоў таму

670 – 27.04.1347 г. у Вільні быў замучаны сьв. Антоній – першы з трох віленскіх мучанікаў (праз некалькі тыдняў мучаніцкую сьмерць прыняў сьв. Іаан, а потым сьв. Яўстафій). Былі яны кананізаваныя ў 1374 г. На месцы іх сьмерці князь Канстанцін Астрожскі ў пачатку XVI ст. пабудаваў Сьвята-Троіцкі Сабор.

615 – 1402 г. – крыжацкі наезд на Гарадзеншчыну (таксама на частку Беласточчыны), аблога Гарадзенскага замку.

415 – 19.04.1602 г. пам. Ян Абрамовіч, ваявода менскі і смаленскі. Адукаваны чалавек, праціўнік езуітаў. Выдаўца „Катэхізіса” (1598 г.) з 300 рэлігійнымі песьнямі.

185 – 2.04.1832 г. у маёнтку Вака каля Вільні нар. Павал Баброўскі (пам. 16.02.1905 г.), гісторык і этнограф. Пачатковую адукацыю атрымаў пад кіраўніцтвам свайго дзядзькі Міхаіла Баброўскага, выдатнага беларускага вучонага (нар. у 1784 г. у Вульцы-Выганоўскай Бельскага павету). Рэдактар выдатнай працы (кіраўнік выданьня) па гісторыі Гарадзеншчыны і Беласточчыны – аснаўной крыніцы пра Беласточчыну перад 1863 г. „Матэрыялы для геаграфіі і статыстыкі Расіі, сабраныя афіцэрамі Генэральнага штаба. Гродзенская губерня”. У працы пададзены зьвесткі па гаспадарцы, этнаграфіі, асьвеце, пра гарады і мястэчкі губэрні. Вывучаў гісторыю летапісаў – „Лёс Супрасьльскага рукапісу…”, „Яшчэ нататка пра Супрасьльскі рукапіс” ды ўніяцкай Царквы ў Беларусі.

Магіла Васіля Захаркі на Альшанскіх могілках у Празе (wikipedia.org)

140 – 1.04.1877 г. у Дабрасельцах на Гарадзеншчыне нар. Васіль Захарка, прэзыдэнт Беларускай Народнай Рэспублікі ў 1928-1943 гг. З 1923 г. жыў у Празе Чэскай, дзе памёр 14.03.1943 г. і пахаваны на Альшанскіх могілках.

110 – 30.04.1907 г. пад Менскам нар. Надзея Абрамава (пам. 18.02.1979 г. у Мюнхене), грамадзкая дзеячка, лекар. У 1943 г. узначаліла аддзел дзяўчат Саюзу Беларускай Моладзі. Пасьля вайны ў эміграцыі, жыла ў Нямеччыне.

105 – 6.04.1912 г. у Пецярбурзе нар. Леанід Барысаглебскі, фізык, настаўнік. Выпускнік Наваградзкай Беларускай Гімназіі і Віленскага Унівэрсытэту. Член Беларускага Студэнцкага Саюзу. З 1944 г. быў выкладчыкам Беларускага Дзяржаўнага Унівэрсытэту ў Менску, распрацаваў рэлятывістычную тэорыю элемэнтарнай часьціны. Памёр 28.01.2006 г.
у Менску.

80 – 11.04.1937 г. памёр (пакончыў жыцьцё самагубствам у Магілёўс-кім псыхіятрычным шпіталі) Цішка Гартны (Зьміцер Жылуновіч – нар. 4.11.1887 г. у Капылі), пісьменьнік, дзяржаўны беларускі дзеяч БССР. Дэбютаваў у „Нашай Ніве” ў 1908 г. Быў членам Цэнтральнага Выканаўчага Камітэту БССР (1920 – 1931). 15.11.1936 г. арыштаваны.

45 – 25.04.1972 г. пам. у ЗША Віктар Войтанка (нар. 6.11.1912 г. у фальварку Мачульня, Наваградз-кага павету), грамадзкі дзеяч, лекар, сьвятар. Выпускнік Віленскага ўнівэрсытэту, дзеяч Беларускага Студэнцкага Саюзу. Заснавальнік, падчас нямецкай акупацыі, мэдычнай школы ў Баранавічах. Пасьля вайны жыў у ЗША. У 1969 г. стаў сьвятаром Беларускай Аўтакефальнай Праваслаўнай Царквы.

 

Апрацавалі Лена Глагоўская і Вячаслаў Харужы

Успамін пра старую Плянту

 

Зіма ў лесе каля Новага Ляўкова (Фота Янкі Целушэцкага)

Даволі вялікі лясны абшар за вёскай Новае Ляўкова ў бок чыгункі мае назву Плянта. Гэты лес на тэрыторыі Нараўчанскай гміны ў Гайнаўскім павеце. Тут на невялікіх узгорках растуць пераважна сосны ў сваім вечназялёным убранні. Там-сям можна ўбачыць елкі. Ліставыя дрэвы тут у меншасці. Да лесу з захаду падступаюць палі і лугі ды з усходу і з поўначы – шырокія лугі і сенажаці над рэчкай Баброўкай.

Лес прасякае чыгунка з Гайнаўкі ў Семяноўку і далей у Цісоўку. Там, дзе пачынаюцца балоцістыя лугі ў даліне, яна бяжыць па высокім насыпе. Там і мост над некалі завілістай дзікай рачулкай Баброўкай (паўвека таму яна не была меліяравана і было ў ёй многа рыб розных відаў). З лугоў бягуць да яе ручайкі. Яны асабліва булькатлівыя пасля праліўнага дажджу летам ды вясной, калі сыходзіць снег з прасторных лугоў.

У Плянце сем дарог і шмат пратаптаных дарожак ды сцяжынак. Дарогі прасякаюць лес як і калісьці – сама менш 60 гадоў таму. Накірунак іх… зусім не памяняўся. Лес тады быў куды вышэйшы і гусцейшы, месцамі непраходны і таму было ў ім больш таямніча ды ў спякотны дзень ён моцна пах смалой. Было многа старых вялікіх дрэў і пераважна разгалінастых сосен. А якія высокія-высокія былі елкі, на галінах якіх вясной каля вяршка, быццам ліхтарыкі, чырванелі шышкі. У Плянце былі конскія могілкі. На іх закопвалі здохлую хатнюю жывёлу. Вяскоўцы навокал гэтага месца выкапалі равы. Мы, тады яшчэ дзеці, іх абміналі. Крыху старэйшыя ад нас казалі нам, што там ляжаць вялікія бела-шэрыя конскія чэрапы, рэбры ды косці хрыбтоў і ног. У старым густым лесе не адзін раз прыйшлося мне блудзіць. Перш-наперш у пахмурны дзень і калі я быў у лесе сам. Трыццаць гадоў таму па лясных дарогах сяляне яшчэ ездзілі на сенажаці ды ганялі вялікую чараду кароў на супольныя вясковыя пасвішчы. Я памятаю як па гэтых дарогах сяляне ездзілі яшчэ вазамі-жалязнякамі. Тады ў шматлікіх месцах цягнуліся гразкія каляіны.

Шмат гадоў таму ў лесе здарыўся вялікі пажар. Але лес адрадзіўся нанава. Зараз зараслі травой многія прызабытыя дарожкі. Усё ж што мяне цешыць – межы лесу, як бачу на працягу майго 70-гадовага жыцця – яны не памяняліся! Плянта трымаецца, жыла, жыве і жыць будзе. Мяне не стане на гэтым белым свеце, а яна будзе расці далей, для наступных пакаленняў. Пакліча да сябе. І будуць яны збіраць як і я збіраў у цёплую пару года ягады і грыбы.

Ад 1951 па 1960 год я з братам пасвіў кароў з паўвёскі (у сярэднім 45-50 штук) на лугах у лесе і за лесам непадалёк Баброўкі. Ад раніцы да вечара. У летнюю спёку і ў дажджлівыя дні. Бацька часамі выручаў нас у дзень найвялікшага ў Ляўкове летняга прыхадскога свята Пятра і Паўла (яно прыпадае 12 ліпеня). Так праходзілі нам лета за летам. Пакідалі мы пасёнку кароў тады, калі канчаліся канікулы і прыйшла жаданая намі пара ісці ў школу. Тая пастушая Плянта бывае што і цяпер часамі прысніцца.

У Плянце не звяліся яшчэ ягады чарніцы і брусніцы (гэтых апошніх ёсць менш) ды грыбы-баравікі, пліскі, сыраежкі і зялёнкі. Паўвеку таму розных відаў грыбоў было куды больш чымсьці цяпер. Цяпер знаходжу яшчэ баравікі ды лісічкі ў чатырох месцах. Ягаднік устойлівы ў вядомых мне трох месцах і там ёсць ягады. Няма тут лісаў ні зайцаў (асталася толькі назва ўрочышча Лісіны норы). Сустрэць можна ўсяго вавёрку або вожыка. Ад нядаўна пачалі тут шарыць дзікія свінні. Не абмінаюць Плянты… зубры. Адзін раз яны мяне моцна напалохалі. Я падыйшоў да зубрынага стада, бо думаў, што гэта чыесці каровы. Іх, зуброў, тут да гэтай пары не было.

У лесе быў лужок, на якім з вясны да позняй восені цвілі розныя лясныя і лугавыя кветкі. На палянах вясной цвіў ландыш ды пад восень верасы. Я ведаў пяць месцаў, дзе раслі сончыкі. Пяць-шэсць гадоў таму было яшчэ адно такое месца. Было і знайшоў толькі адну іх “сямейку”. На тым лясным пясчана-жвірыстым узгорачку ссеклі сосны і кветкі звяліся.

Помніцца мне той час, калі быў у дзесятым класе ў Гайнаўскім агульнаадукацыйным ліцэі (было гэта ў 1961 годзе). Ездзіў я тады на польскім ровары „Olimp” у вясновы лес і любаваўся сончыкамі ды збіраў першыя грыбы. Радаваўся адраджэнню і аднаўленню прыроды, радаваўся жаданай вясне. Як добра ранняй вясной у сасновым лесе! Якое тут чыстае, празрыстае паветра! Сярод зялёнай ігліцы гучыць звонкі, бадзёры спеў. Спынішся і прыслухоўваешся. Спяваюць берасцянкі. Раніцай яны наладжваюць цэлыя канцэрты.

У лесе зацвіталі кураслеп, пралескі і сончыкі, а я ўжо збіраў першыя грыбы-смаршчкі. Яны любяць зарослыя травой і карычневым мохам абрывы ды берагі равоў побач лесу ў месцах дзе даходзіць сонца і сагравае зямлю. Часта паяўляліся яны перад самым Вялікаднем.

Што цікава, у плянтаўскім лесе ёсць больш дваццаці вялікіх купчастых мурашнікоў – яны пад смалістымі соснамі і вельмі часта каля ядлоўцаў. Найбольш іх на пясчаных узвышшах і побач пратоптаных сцяжынак. У іншых лясах увогуле іх няма. Так, як у Белавежскай пушчы няма ядлоўцаў. Аб гэтым я даведаўся нядаўна. Мы з братам два гады таму ездзілі ў пушчу за Капітаншчыну ды пад Крыніцу і нідзе не бачылі ядлоўцаў.

Прыгожа і неяк святочна ў лесе восенню, калі лісце на дрэвах пачынае жаўцець ды чырванець, набываючы розныя колеры і адценнні. Сярод цёмных лапак ялін і сосен зіхаціць залатое лісце бяроз. Адны толькі елкі ды сосны ніколі не губляюць сваёй адвечнай зялёнай красы. Сонечнай раніцай на лісцях хмызняку ды на павуцінні зіхацяць буйныя кроплі халоднай і чыстай расы. Стаіш і захапляешся восеньскай прыгажосцю.

Зімой мой бацька часта забіраў мяне ў плянтаўскі лес загатаўляць дровы і збіраць шышкі ў кошык або ў мяшок. Зімы тады былі снежныя. Ездзілі мы санкамі. У марозны дзень паганялі каня, каб хутчэй бег, а самі саскоквалі з санак і беглі за імі. Каб не давацца холаду! Дровы куплялі ў нас удавіцы з нашай і з суседняй вёскі, якая называецца таксама Плянтай. Хваёвыя і яловыя шышкі (леснікі ведалі, што адсюль насенне з іх ёсць самае лепшае для размнажэння на іншай тэрыторыі) купляў без абмежавання гаёвы, які жыў у Падляўкове. Так зімой, калі не трэба ісці працаваць у поле ці на сенажаць, мы падзараблялі.

Лес Плянта захоўваецца ў маёй памяці пакуль я жыць буду. А праз 10-20 гадоў, калі я ўжо буду пахаваны на старых могілках у Новым Ляўкове, можа нехта возьме ў рукі “Часопіс” – ды прачытае пра Плянту словы мною напісаныя і зробіць параўнанне: якая яна раней была і якая ёсць у новай рэчаіснасці?


Янка Целушэцкі

Паэт быў духам малады

З паэтычнай спадчыны


У „Гісторыі беларускай савецкай літаратуры”, выдадзенай у Мінску ў 1964 годзе, літаратуразнавец Уладзімір Калеснік пісаў: „Галоўнай фігурай сярод нацыянал-дэмакратаў быў Казімір Сваяк. На яго арыентаваліся А.Бартуль, Ф.Грышкевіч і некаторыя іншыя”. У рускамоўным выданні гэтай кнігі (1977) сказана, што „дань эстетским вывертам отдавали начинающие авторы из студенческой молодёжи (Е.Бартуль, Ф.Гришкевич и др)”. Сёння я не зусім пагаджуся з тым, што напісаў некалі Уладзімір Калеснік пра Бартуля і Грышкевіча. Адно скажу, што з некаторымі вершамі Франука Грышкевіча сучасны беларускі чытач ужо даўно пазнаёміўся. Аўтар гэтых радкоў у 1999 годзе падрыхтаваў і выдаў у Беластоку кнігу „Вяртанне да сваіх”, куды ўвайшлі творы Станіслава Грынкевіча, Франука Грышкевіча і Уладыслава Казлоўшчыка.

Не менш здольным за гэтых заходнебеларускіх літаратараў быў і яшчэ адзін рамантык у якога „бунтавала кроў бунтарная” і „хто быў духам малады” – гэта Аўген Бартуль. З аўтабіяграфіі Аўгена Бартуля, якая напісана на польскай мове, і захоўваецца ў Цэнтральным дзяржаўным архіве Літвы (ф.175, воп.2, спр. 556, арк.29), стала вядома, што Аўген Бартуль нарадзіўся ў Пецярбургу 26 лютага 1908 года. Ягоным бацькам быў фармацэўт Данат Бартуль, які працаваў у аптэцы Пелля ў Пецярбургу, а маці – Юлія Бонфельдт была хатняй гаспадыняй.

У 1917 годзе Аўген Бартуль паступіў у першы клас школы імя Сестранцэвіча пры касцёле святога Станіслава. Але праз год хлопчык пакінуў вучобу, таму што ягоныя бацькі, у сувязі з рэвалюцыйнымі хваляваннямі і прадбачанага голаду, выехалі з Пецярбурга на радзіму ў Віцебскую губерню Дзісенскі павет Прыдруйскую гміну, дзе ў іх быў кавалак зямлі, на якой Бартулі і пасяліліся.

Да восені 1922 года Аўгена дома вучыў бацька. А потым юны Бартуль паступіў ў пяты клас Дзвінскай дзяржаўнай беларускай гімназіі, якую закончыў у 1926 годзе. Пасля заканчэння гімназіі, стаў слухачом матэматычна-прыродазнаўчага факультэта Віленскага ўніверсітэта імя Стэфана Баторыя, на якім вывучаў хімію на працягу аднаго года. А потым быў залічаны студэнтам прыродазнаўчага факультэта. Праўда, у 1928 годзе юнак перавёўся на юрыдычны факультэт універсітэта.

Калі вучыўся Аўген Бартуль у Вільні, на Дзісеншчыне памерлі яго бацькі. Апекавацца юнаком стаў просты селянін з Латвіі Уладзіслаў Камараневіч. Магчыма, гэта быў нейкі сваяк Бартуляў.

Падчас вучобы ў Вільні, Аўген Бартуль прымаў самы актыўны ўдзел у беларускім моладзевым руху. У лютым 1927 года юнак становіцца вольным сябрам урада Беларускага Студэнцкага Саюза (БСС). Праз год яго выбіраюць скарбнікам БСС, а ў траўні 1930 года – сакратаром БСС.

У студзені 1930 года ў Празе адбыўся пяты з’езд аб’яднання беларускіх студэнцкіх арганізацый (АБСА). Ад Беларускага Студэнцкага Саюза з Вільні ў з’ездзе прынялі ўдзел Станіслаў Станкевіч і Аўген Бартуль. На з’ездзе АБСА было вырашана некаторыя яго чэшскія аддзелы перанесці ў Вільню, а ў Празе пакінуць толькі аддзел міжнародных зносін. Прэсавы аддзел у Вільні ўзначалілі Станіслаў Станкевіч, Мар’ян Пецюкевіч і Аўген Бартуль. Як піша гісторык Уладзімір Ляхоўскі ў сваёй кнізе „Ад гоманцаў да гайсакоў” (Беласток-Вільня, 2012. С.344), „беларускае студэнцтва Вільні было добра інфармаванае аб справе „СВБ” і масавых арыштах у БССР. 18 сакавіка 1930 года сябры БСС прынялі першае „пратэстацыйнае веча”, на якім Станіслаў Станкевіч, Яўген Бартуль і Сяргей Сарока ад імя ўсяго Саюза выказалі абурэнне арыштамі дзесяткаў беларускіх нацыянальных дзеячаў”.

Не дужа добра Аўгену Бартулю і яго сябрам жылося і ў Вільні. У 1927 годзе была спроба стварыць згуртаванне маладых беларускіх пісьменнікаў Заходняй Беларусі. Хлопцы і дзяўчаты хацелі зарэгістраваць літаратурнае аб’яднанне „Веснаход”, але польскія ўлады адмовілі ім у рэгістрацыі. Пашанцавала толькі ў 1928 годзе ў Вільні выдаць асобным зборнічкам творы беларускіх літаратараў „Рунь веснаходу”. Зборнік адкрываўся вершамі Аўгена Бартуля. Надрукаваны там былі і яго празаічныя мініяцюры.

Вясною 1931 года Аўген Бартуль і яшчэ 11 чалавек вырашылі стварыць студэнцкую карпарацыю „Скарынія”. Але, пры гэтым не выходзіць з БСС. Многім сябрам БСС гэта не спадабалася. Пачаліся розныя спрэчкі і крытыка. Уладзімір Ляхоўскі піша, што „з гэтага часу пачынаюцца вострыя спрэчкі паміж дзвюма групоўкамі, якія эпізадычна выліваліся на старонкі іх друкаваных органаў: часопіса БСС „Студэнцкая думка” і „санацыйнага” перыёдыка „Новая варта” (Novaja Varta). У „палеміцы” найбольш шчыравалі прыхільнікі Цэнтрасаюза. Трэба сказаць, што пазіцыя прыхільнікаў „беларускай санацыі” не знайшла належнай падтрымкі сярод беларускага студэнцтва. Большасць засталася ў рамках старога Беларускага Студэнцкага Саюза (прыкладна 45 чалавек). „Цэнтрасаюз” і яго маладзёвае крыло – „Скарынія” – жорстка крытыкавалася як камуністамі, так і хадэкамі. У самой арганізацыі таксама штораз узнікалі ўнутраныя непарузуменні…” (Уладзімір Ляхоўскі, „Ад гоманаў да гайсакоў”. Беласток-Вільня 2012, с. 357). Летам 1934 года „Скарынія” была ліквідавана…

Аўген Бартуль пачаў друкаваць свае вершы ў 1925 годзе. Часопіс „Студэнцкая думка” друкуе яго баладу з даўніх часоў „Голас Нёмна”. А потым вершы паэта з’яўляюцца ў „Народным звоне”, „Голасе беларуса”, „Школьнай працы”, „Беларускай крыніцы”, „Беларускай культуры”, „Шляху моладзі”, беларускіх календарах і розных зборніках. Тры вершы аўтара „Марш моладзі”, „Бунтаўшчык” і „Вечар працоўных” былі змешчаны ў зборніку „Першы крок”, які выйшаў з друку ў Рызе ў 1926 годзе. Народны паэт Латвіі Ян Райніс уважліва прачытаў гэты зборнік. І адзін верш маладога Бартуля „Бунтаўшчык” яму дужа спадабаўся. Ён пераклаў яго на латышскую мову і апублікаваў у газеце „Яўнакас Зінас” 28 ліпеня 1926 года.

У 1927 годзе паэт піша паэму „Машэка”, якая з’явілася ў літаратурна-грамадскім часопісе „Беларуская культура” ў № 2-3 за 1927 год. Дарэчы, выйшлі толькі тры нумары ў двух кнігах гэтага выдання, якое рэдагаваў Францішак Умястоўскі (1882-1940). Вядома ж, паэма Бартуля нашмат слабейшая за паэму таго ж Янкі Купалы. Магчыма, Бартуль, калі прачытаў паэму „Магіла льва”, натхніўся на напісанне сваёй паэмы, дзе вобраз Машэкі Аўген Бартуль паказаў, як героя, які абараняў простых людзей, а калі Машэку зарэзала дзяўчына, то „засталісь бедакі без заступніка, без заступніка, без даглядчыка”.

Наогул, у вершах Аўгена Бартуля шчыра паўставалі адраджэнскія і нацыянальна-патрыятычныя ідэалы, якія былі авеяны рысамі рамантычнага гістарызму. У той жа ў п’есе-казцы ў двух актах „Князёўна” паэт стварыў вобраз высакароднага і адважнага Рыцара, які заступаўся за просты люд, за Князёўну. Пад Князёўнай аўтар падразумяваў родную Беларусь.

Аўген Бартуль вельмі часта выступаў з дакладамі на самыя розныя тэмы. Напрыклад, да 10-годдзя БСС ён зрабіў агульны агляд дзейнасці Беларускага Студэнцкага Саюза. А 13 кастрычніка 1929 года перад сябрамі БСС выступіў з дакладам „Увагі аб мастацтве”.

Пісаў беларускі юнак і прозу, перакладаў з нямецкай, польскай, латышскай, украінскіх моў на беларускую. Нават міжнародны студэнцкі гімн „Гаўдэамус”, як успамінае Антон Шукелойць у кнізе Святланы Белай „Да роднага ганку” (Мн., 2009.С.182), таксама пераклаў.

Да 5-годдзя сваёй літаратурнай дзейнасці, у 1930 годзе Аўген Бартуль падрыхтаваў сваю кнігу вершаў, перакладаў, лірычных мініяцюр і хацеў яе выдаць. Кніга налічвала каля 250 старонак. Але чаму яна не выйшла з друку – застаецца загадкай.

У 1931 годзе, пасля заканчэння Віленскага ўніверсітэта, Аўген атрымаў званне магістар права. Працаваў следчым на Лідчыне і ў Вільні. А з 1937 года жыў у Варшаве. Бо ў гэты час пісаў у Віленскі ўніверсітэт, каб яму даслалі даведку для нейкай варшаўскай установы.

На жаль, у канцы 1930-х гадоў Аўген Бартуль пакінуў пісаць вершы, а таксама нікому не дазваляў перадрукоўваць свае творы. А калі гэта хто рабіў без дазволу, справа нават магла дайсці да суда. Чаму назаўсёды развітаўся з паэтычным пяром таленавіты беларускі юнак, цяжка адказаць. Маленькая адгадка наконт гэтага выплывае толькі з „Лісткоў календара” Максіма Танка: „Каля „Бара Акацімскага” ледзь не напароўся на Х. Ільяшэвіча і А. Бартуля – не так даўно яшчэ двух славутых паэтаў (быў гэта 1935 год. – С.Ч.). Першы, стаўшы ценем Р. Астроўскага, п’е, спыніўшыся на нейкім раздарожжы паэзіі і непаэзіі, піша свае анемічныя, выхалашчаныя вершы; другі, як яго вусаты патрон, які, даехаўшы ў свой час на трамваі да прыпынку „Незалежнасць”, развітаўся з сацыялізмам, дабраўшыся да панскага карыта, развітаўся са сваім былым радыкалізмам і вершамі і зараз памагае пракурору пісаць акты абвінавачання супраць нас. Помню, у 1930 годзе мяне з імі пазнаёміла сястра Лю – Зося. А Бартуль тады, здаецца, адзначаў пяцігоддзе сваёй літаратурнай дзейнасці… Другая сустрэча была праз год, калі мяне ў наручніках прывезлі з Глыбокага ў Вільнюскі акруговы суд і прывялі на допыт да следчага, у пакоі якога я неспадзявана ўбачыў А.Бартуля. Ён увесь час, пакуль мяне дапытвалі, сядзеў за сталом, апусціўшы галаву, не адрываючы вачэй ад нейкіх папер. І вось – трэцяя сустрэча з памочнікам следчага. Добра, што не заўважылі мяне. Я спыніўся каля вітрыны кніжнага магазіна, у якой, быццам у люстры, бачыў, як яны перайшлі на другую старану вуліцы. Ля старой камяніцы, дзе, здаецца, мясцілася калісьці славутая друкарня Мамонічаў, стаяла некалькі рамізнікаў. Удвух яны, уваліўшыся ў сані, паехалі ў бок Нямецкай вуліцы. Можа, куды зноў піць…”.

У пачатку 1930-х гадоў Аўген Бартуль цалкам пераключыўся на публіцыстыку. Публіцыстычныя артыкулы ён друкуе ў часопісах „Novaja varta” (Новая варта) і „Калосьсе”. Калі ў „Новай варце” ён публікуе іх пад сваім уласным прозвішчам (першы дыскусійны артыкул „У дарозе да новага ладу” з’явіўся ў 1931 годзе ў №1), то ў „Калосьсях” артыкулы друкуюцца пад псеўданімам А. Бужанскі. Гэта артыкулы, прысвечаныя Івану Саланевічу, творчасці Максіма Танка, паэмам Міхася Машары, спеваку Паўлу Пракапені і іншыя.

Пасля Другой сусветнай вайны след Аўгена Бартуля губляецца дзесьці на Захадзе. Вядома толькі, што ў 1947 годзе ён яшчэ быў жывы…

Да сказанага вышэй хочацца ўсё ж дадаць, што з гісторыі беларускай літаратуры Аўгена Бартуля выкінуць і выкрасліць немагчыма. Ён быў вельмі таленавітым і дасведчаным чалавекам. Перажыць усе тыя катаклізмы, якія адбываліся найперш у коле творчай беларускай інтэлігенцыі і палітычныя падзеі ў Заходняй Беларусі ён не змог.

Данінай яго светлай памяці няхай будзе ягоны першы паэтычны зборнік „Князёўна”, які я падрыхтаваў да друку. А чытачам „Часопіса” прапаную некалькі вершаў з яго літаратурнай спадчыны.

Сяргей Чыгрын

Бунтаўшчык

Я з ветрам – як сябра,
Я з ім – як з сваім!
Я – сябра і з дымам,
Я – вольны, як дым!
Кручуся, ірвуся
Ўгару, у прастор!
Я – вольны, я – буйны,
Ірвуся да зор!
Як вырвусь, дык разам
Ў прастор крутану,
Памкнуся, як віхар,
Да зор шыбану.
Сарву з неба зорку,
Пушчу на зямлю.
У даль зноў памкнуся! –
Быць вольным люблю!
За хвілю шалёнства
Я ўсё, ўсё аддам! –
Я мкнуся, каб згінуць!
Я – сам сабе пан!

Дзвінск, сакавік, 1926 г.

 

Вечар працоўных

Гаснуць апошнія коскі,
Кладуцца вячэрнія цені.
Хмаркі гараць пазалотай, —
Паволі слабеюць прамені.
Як быццам журба аб мінулым, —
Адценак жалобы разліты.
Чырвона-ліловай імглою
Ўвесь захад, што фарбай, пакрыты.
Гэта дзень да канца падыходзе.
Хутка ноч – на спачынак працоўным!
І з’яднаныя працай агульнай
Ідуць людзі ў натоўпе агромным.
Ідуць людзі, нясуць сваю працу,
Ідуць шляхам,
што ўецца крывава!
Ад рук ў мазалях – моцай вее!
Постаць кажа: „ Мы – сіла, мы – права!”

Дзвінск, люты, 1926 г.

 

З песняў маладосці

Праз шумны і шэры
Рад цяжкіх няўзгод,
Мы поўныя веры
Ідзём у паход.
Ідзём з вольным клічам:
„Гэй, брат, не стагні,
З бадзёрым абліччам
Да сонца цягні”.
Скуём, пабудуем
Стальныя рады,
Жыцця не шкадуем,
Дамо заўсяды,
Як толькі пакліча
Народ, мы пайдзём,
Няхай на нас ліча,
Мы ўсё аддадзём
За шчасце і долю
Свае стараны,
Мы любіма волю,
Мы – волі сыны.
Дык смела й вясёла
Цемру развеем,
Мы іскры наўкола
Ветрам рассеем,
Сцяною ірдзістай
Туды з усіх сіл,
Дзе краскай агністай
Цвіце небасхіл.

1927 г.

 

***

Браты мае, нас не адзін мільён,
Аднак ўкруг нас яшчэ туман,
Яшчэ нас змуча змора-сон
І цяпер смокча кроў кажан.Над нашым краем плыве стогн,
Нядолі стогн  зычыць між хат.
Плыве усюды і праклён,
Ў адчаі брата цісне брат.
Плыве праклён, нясецца стогн,
Ці ж сілы брацця ў вас няма?
Ці ж вечна будзе зычэць ён?
Ці ж так бяздольна старана?
Браты мае, ўзнясема трон,
Для Волі выведзем пасад.
Мы працай злучымся і стогн
Замоўкне, сціхне каля хат.
Замоўкне стогн і згіне сон
І блісне сонца з па-за хмар…
Браты! Нас не адзін мільён,
Наш край – вялізны ёсць абшар.
Патрэбна праца, а ёй ў тон
Ударам моцным загучыць
Наш вечавы, наш Волі звон,
Наш край паўстаў й будзе жыць!

                                                     1928 г.

 

Бацькаўшчыне

Для цябе збудаваў я алтар
ў сваім сэрцы,
У вопратку казак прыбраў я яго,
Для цябе, што стагнала
ў чужой паняверцы,
Што знявагі цярпела
й ад сына свайго.
Прад вяліччам тваім
я схіліўся ў пакоры,
Прад вяліччам тваім,
Прад цярпеннем тваім,
І душа бунтавала, як хвалі на моры,
Дый спявала ўскрашэнню твайму,
маці, гімн.
Даражэйшае шчасце тваё мне за волю,
За ўсялякія скарбы зямлі, за жыццё,
Бо і што ж мне жыццё
ў параўнанні з табою,
Ты ўладар майго сэрца, маё багаццё.
І я вырву бунтарнае сэрца ў ахвяру,
Дый злажу я яго
на твой слаўны алтар.
Потым вып’ю
спакойна прызначання чару,
Дык прымі маё сэрца,
вазьмі яго ў дар!

Вільня, 1928 г.

 

Eugeniusz Kabatc. Młyn nad Narewką (7)

Trzej bracia Grycukowie – Aleksy, Antoni i Mikołaj

 

Rozdział VII

Z zimną krwią

 

…dudni dudni
młyn obraca kołem
owinął się kołem kołaczem
owinął się rzeką jak szalem
i stoi na zielonej przestrzeni
jak pani która odchodzi…

(Jarosław Iwaszkiewicz)

 

Jakże demoniczny, podły sojusz zawiązał się między wrogimi sobie siłami, by wypędzić ze swojej ziemi „tutejszych”! Sprzęgły się ze sobą te dwa „patriotyczne” hasła: „Polska dla Polaków” i „Białorusini na Białoruś!”, choć jedno pod świętym ryngrafem, a drugie pod czerwoną gwiazdą. Uchodzili z Wileńszczyzny maruderzy partyzanccy i zapadali na zimowe leże w puszczy, zakładając tu swoje bazy, szczując na siebie ludzi miejscowych, ściągając ku sobie katolicką młodzież i rozbijając posterunki czerwonej władzy. Nieśli nową wojnę umęczonej ludności, łudząc podwójnie oszukanych kolejną rozprawą ustrojową. „Anders na białym koniu” mieszał w głowach naiwnych romantyków krwawym zwycięstwem „świętej, kresowej polskości”, naruszając, niszcząc mieszkańcom tych trudnych ziem wypracowany przez lata, nieraz przez wieki, ład…

Sowieci odpowiadali tym samym. Mnożyły się wzajemne donosy, denuncjacje, oskarżenia, a więc i kary zarówno ze strony leśnych watażków, jak i sądów i bezsądów nowej władzy; tworzyła się świadomość kolejnego zagrożenia, miejscowa ludność znalazła się znowu między młotem a kowadłem losu. Bez nienawiści, tłumaczącej czasem krwawe konflikty, a choć katolicyzm i prawosławie wokół puszczy nie obcowały ze sobą w szczęśliwej harmonii, to pogodę ducha na co dzień dawało się osiągać. Jeszcze niecałe dziesięć lat wcześniej cytowany już prze mnie ks. Kaliński w swoim opisie parafii w Narewce informował: „Innowiercy na terenie parafii stanowią znacznie przeważający procent. Ogólnie stanowią oni 90% ludności. Pod względem wyznań ludność procentowo przedstawia się następująco: Prawosławni – 84,7%, Katolicy – 10%, Żydzi – 5,1%, inne wyznania – 0,2%. W parafii poziom moralności i obyczajów, biorąc ogólnie, jest zadowalający”. Wprawdzie, donosi proboszcz Kaliński, polscy katolicy pod względem obyczaju „górują nad Rosjanami wyznania prawosławnego, ale z ubolewaniem trzeba zaznaczyć, że wśród Polaków ze sfer urzędniczych rzadko znajduje się człowiek o czystej, jasnej duszy, większość ich bowiem stoi na poziomie zbyt niskim i stanowi rozsadnik wszelkiego zła dla miejscowej ludności”.

Teraz pojęcie wspólnego chrześcijaństwa przegrywało na całego… Mój Boże, wszak i to jest tylko cząstkową prawdą, bo oto wkracza w szranki owa głęboka pamięć, by wypomnieć człowiekowi każdy jego grzech, także tamten bunt tutejszych, o czym w tak bezwzględny sposób pisał Marek Wierzbicki w swojej książce „Polacy i Białorusini w zaborze sowieckim”. [Okrucieństwo odwetu jest deprymujące, „bunt rojstów” , że odwołam się do Józefa Mackiewicza, w ekspresji września 1939 niemal niezrozumiały, acz przydałoby się sięgnąć głębiej w czas dokonany, by zrozumieć ruskość tych ziem, ale i polskość, choć ruską. W tej materii nie tylko pies jest pogrzebany, chciałoby się wręcz zakrzyknąć „ciszej nad tą trumną!”, tak bolesne echa budzi od nowa i zapowiada kolejne bitwy pamięci. Ba, i czynów, a jakże. Jakby tamtych nie dość było. Jakby w tym chrześcijańskim kraju Bóg, który jest w trzech osobach, Sam w nich stanął przeciwko sobie.]

W dalekich dniach tej mojej osobistej opowieści krwawiło na naszym wschodnim pograniczu jeszcze długo. Płonęły wsie, z rąk leśnych straceńców ginęli niewinni mieszkańcy tych wsi. Byli zabijani nie w walce o coś, lecz z zimna krwią bezcelowej przemocy. Sens polskiej historii nie mieści jej w sobie, poświęcono temu niemało książek i słownych zmagań: polskiej przemocy, obcej nad tutejszymi, zbrojnej nawołoczy przeciwko bezbronnej autochtonii. Gorzki jest ciężar polskości, skarży się Poeta, cierpiąc za miliony, złorzecząc Panu Narodów, który jeden nad drugim stawia. Zmieniałem skórę niepewnie, ale uparcie, nie unikając winy porucznika-pisarza w uprowadzeniu harcerki obłokiem jej dziecinnych marzeń, nim zdążyła pojąć, kto splata tę sieć przemocy. Biało-czerwony krzyż miłosierdzia przechylił się w jedną stronę wśród morderczych strzałów narewczańskich, gdy zabijano sąsiada, który nie chciał już pozostawać w niewoli swojego odwiecznego szarwarku…

Babcia Krystyna Grycuk z córkami Marią, Anną i Tatianą

Granica była na wyciągnięcie ręki. Granica czego? Granica czyja? Rozdzielono ziemię puszczańską mocą traktatów ponad głowami ludzi, nie pytając ich o zdanie. Wolno było zmienić miejsce zamieszkania, ale domu ni ziemi nie można było zabrać ze sobą. Nikt z rodziny Kabaców nie wybierał się w kolejne „bieżenstwo”, w to ponowne uchodźstwo, co tak bardzo naruszyło równowagę etnicznego bytu już podczas pierwszej wielkiej wojny. Ale…

Poczytajmy sobie, co zanotował w tej sprawie nasz niezastąpiony Wiktor, młodociany wówczas świadek wydarzeń:

„Pogrzeb zamordowanych był spokojny. Zapanował jednak popłoch i niepokój, co będzie dalej. Mieszkaliśmy jeszcze w Narewce, ale już na Minkówce budowany był nowy dom. Zajmowaliśmy duże, pożydowskie mieszkanie, a w tym domu mieszkał jeszcze felczer Łuszczyński. Jego rodzina była katolicka, ale bardzo nam współczuła i pomagała. Rosjanie prowadzili szeroką akcje propagandową i namawiali prawosławnych do wyjazdu w okolice Świsłoczy i Wołkowyska. U nas nocował lejtienant z Brześcia i do mojego ojca mówił tak: „Iwan, sabirajsia do nas. Paliaki ubili twojego brata, ubjut i tiebia”. Ojciec usłuchał go i w tydzień po zabiciu Piotra pakował z matką na furę podstawowe rzeczy. Przyszła jednak żona felczera i zapewniła matkę, że nam nic się nie stanie. Powołała się na rodzinę W. ze Świnorojów, leśników z rodowodem puszczańskim od królów i carów. Namówiła matkę, żeby ojciec pojechał do Świsłoczy i zobaczył gdzie nas wywiozą i co my tam będziemy mieli. Lejtienant, jak się dowiedział, wkurzył się i obrugał ojca, że nie wierzy sowieckiemu oficerowi. Ojciec zniósł to dzielnie – i zostaliśmy. Ale wielu wyjechało, a potem przez kolejarzy przysyłali wieści, jak ta karteczka od Karpiuka z Bernackiego Mostu: – Iwan, szczęściarz z ciebie. Nas oszukano, zabrano nam konie i krowy. Żyjemy w kołchozie pod Brześciem. Traktują nas jak bydło…

Więc chyba mieliśmy trochę szczęścia. W Narewce w tym czasie nie było już Łupaszki, ani Jasienicy, ani Inki. Główny oddział ze sztabem przedzierał się w kierunku Bugo-Narwi i na Gdańsk. Oddział, który pacyfikował Narewkę, został rozbity pod Borysówką na skraju Puszczy Ladzkiej”…

I tak oba trzony, choć spękane, moich klanów rodzinnych pozostały pod Puszczą. Pod polską Puszczą, co dla mnie miało szczególne znaczenie, gdy zwierzę renegactwa miotało się w moim sumieniu, jak w zardzewiałej klatce. Jeszcze ta ziemia krwawiła, ale coraz częściej to wrogie rozpołowienie społeczne utykało w pętlach politycznych układów, namiętności i szamańskich rozliczeń.

A przecież powoli wydobywaliśmy się z gruzów wojny i powojnia. Młodzież, także ta z lasu, ruszyła do szkół. Wzajemne polowania zdarzały się coraz rzadziej, amnestia, choć nie do końca uczciwa, uratowała wiele osób i rodzin. Urzędy Bezpieczeństwa pracowały jednak usilnie, by zgasić wszelki opór, także mentalny. Wschodnie pogranicze dłużej grzęzło w „kolaboracji”, przedstawiając sobie rachunki krzywd także z czasów „pańsko-polskich”, niemieckich i radzieckich. Docierały do mnie echa groźnych wydarzeń z puszcz wschodniego Podlasia, ale i serdeczne wieści o kształceniu się rówieśnych, znajdujących nowe miejsce awansu społecznego w trudnej, zdewastowanej pod każdym względem, ojczyźnie. Polszczyło się to młode pokolenie po swojemu, czasem zachowując białoruską i prawosławną tożsamość, ale też dzieląc nią pojednawczo i twórczo z polityczno-narodową rzeczywistością polskiego państwa. Pamięć o bolesnych ofiarach powojnia wliczono do tych strasznych kosztów wojny, nigdy nie przynoszącej prawdziwej sprawiedliwości dziejowej.

Kroniki bieżące tej niewątpliwej, wielowątkowej rewolucji zapisały wydarzenia, fakty, opinie wedle różnych wyborów ideowych i historycznych. Z polityczną zimną krwią posiadacze władzy korzystają z ich zasobów dla swoich potrzeb mocy i przemocy.

*

Smutne to żniwa. Żegnam ten młyn ziemi i lasu chlebem pachnący. Młyn rąk i zmysłów, gdzieś czytam po drodze, i myśli własnych, po których wkrótce już tylko cień zmarszczki wodnej na rzece zostanie…

Eugeniusz Kabatc
Fot. ze zbiorów rodzinnych Autora

Сотні гадоў перад керамічнай фабрыкай

Зараз Ляўкова шырокавядомае з прадукцыі чырвонай цэглы. А варта ведаць, што ў XVI стагоддзі быў тут памешчыцкі двор абарончага характару. Ён знаходзіўся на ўзгорку, на правым берагу дзікай ракі Нараўкі. Навокал акружалі яго багны. Адсюль адкрываўся вялікі прастор лугоў. Двор быў абгароджаны вялікім густым частаколам. Цераз балоты з паўночна-ўсходняга боку вяла адна-адзіная вузкая дарожка цераз дрыгву і стаяў драўляны масток. У вёсцы пражывала 35 сялянскіх сем’яў.

Князь Ян Масальскі ў XVII стагоддзі фальваркі Ляўкова і Луку даў у арэнду Казіміру Хлусевічу. Дворскі ансамбль састаўлялі тры часткі: жылы будынак з вокнамі на раку і агарод ды дзве гаспадарчыя часткі. У галоўным абжытым будынку былі два вялікія пакоі, бакавы пакой у якім была спальня, ды каморка-кладоўка, кухня. Побач галоўнага будынка знаходзіліся будынкі для ксяндза і дворскай службы. У яшчэ іншых будынках перахоўвалі харчовыя прадукты, дровы на апал.

Гаспадарчая частка была за частаколам-плотам. Там былі дзве стайні, адрына, пякарня, кароўнік, два свірны і вазоўня. Бліжэй ракі знаходзілася стайня для валоў, піваварня і саладоўня. Над ракою (у ёй была чыстая вада) стаяла лазня з памостам. Да лазні была прымацавана скрыня, у якой трымалі злоўленую рыбу.

Непадалёк ад дворскіх будынкаў пры невялікім драўляным мосце на Баброўцы (яна правы прыток Нараўкі) пабудавалі вадзяны млын з вялікім колам ды фолюш. Тут быў глыбокі стаў, вакол якога ўвесь час раслі толькі вольхі. Крыху далей за ставам Баброўка ўлівалася ў Нараўку. На берагах Нараўкі раслі высокія вольхі ды вербы. Старыя дрэвы падалі ў раку і ляжалі на дне. На лузе насыпалі грэблю і частку вады з рэчкі Нараўкі накіравалі ў Баброўку, на дворскі млын. Млынаром быў Шымуль Карніла. У Ляўкове была яшчэ карчма.

У Луцэ стаяў сціплы дом і пякарня, вакол панадворка былі дзве стадолы, два крытыя саломай хлявы, гумно і іншыя гаспадарчыя будынкі. Усё было абгароджана плотам з дылёў. У Луцэ таксама была карчма, якую вёў яўрэй. У вёсцы жылі 43 сям’і.

29 сакавіка 1668 года на ляўкоўскі двор зрабіў напад судовы выканаўца Тэадор Дэнгоф. У той дзень уварвалася пару соцень узброеных людзей на конях. Яны забралі, між іншым, 10 французскіх пасярэбраных пісталетаў, шмат сярэбраных прадметаў, сукно. Выкралі трох коней-аргамакаў, дваццаць валоў, дзевяноста ялавіц, дваццаць цялят, дванаццаць вепрукоў і сто авечак. На працягу пару дзён рабавалі яны вёскі Ляўкова і Луку.

За набег Станіслаў Масальскі падаў на Дэнгофа ў суд і справу выйграў. Аднак кампенсацыі не атрымаў. У студзені 1669 года Дэнгоф памёр і высокага штрафу не заплаціў.

У першай палове XVIII стагоддзя князь Ян Казімір Масальскі пачаў рабіць шматлікія інвестыцыі ў Ляўкове. Быў выкапаны паралельна да рэчышча ракі Нараўкі канал, насыпалі грэблю, на ёй пасадзілі дэкаратыўныя дрэвы і кусты. Прыгожая алея вяла да новапабудаванай уніяцкай царквы (на месцы старой царквы) у адлегласці двух кіламетраў ад панскага двара. Млын мог амаль бесперапынна працаваць, бо вада з ракі Нараўкі плыла каналам у сажалку, на якой стаяў дворскі млын.

Чарговымі арандатарамі фальварка ў Ляўкове былі Ян Вянгерскі і да 1890 года капітан Юльян Каменскі.

Пасля меліярацыі Баброўкі высахла глыбокая сажалка, на якой калісьці стаяў вадзяны млын. На месцы, дзе быў памешчыцкі двор, захаваліся прыгожыя рыбныя сажалкі. Мы, хлапчукі з Новага Ляўкова ды яшчэ з адным старэйшым дзядзькам, вечарам, калі лугі патаналі ў імгле, падкрадаліся да сажалак і лавілі рыбу сеткай. Я трымаў торбу і апекаваўся ўловам ды сачыў з кустоў, каб не папасці нам у рукі жыхару з дому на ўзгорку.

Як памятаю, да 2002 года на берагах панскіх сажалак раслі тоўстыя старыя вольхі і вербы. На поўдзень, захад і поўнач каля панскага двара былі лугі і сенажаці. Яшчэ дваццаць гадоў таму вясной і восенню іх касілі новаляўкоўцы. Да 1990 года належалі яны, між іншым, Мікалаю Леўчуку і Кірылу Кучко з Новага Ляўкова. Апусцелы драўляны дом Мікалая Леўчука, накрыты чырвонай чарапіцай, стаіць на ўзгорку да гэтай пары. Уласнік яго памёр у канцы мінулага стагоддзя. Сын Кірыла Кучко, Аляксандр на сконе жыцця з ваколіц Гданьска, дзе працаваў ветэрынарам, прыехаў дажываць у бацькоўскі дом у Новым Ляўкове. Быў добрым маім суседам. І гэта ён па дазволу войта ссек некаторыя старыя дуплястыя вербы над сажалкай і на мяжы бацькоўскай сенажаці на дровы. Памёр спадар Аляксандр у лютым 2012 года на 92 годзе жыцця. Панскі двор і людзі адыходзяць у нябыт.

 

Янка Целушэцкі

Еўдакія Казлова: між двух агнёў

 

Лёсы беларусаў


Прыгажуня Дуся Казлова, 1938 г.

Знаёмства

На могілках у вёсцы Яглевічы Івацэвіцкага раёна пахавана Еўдакія Антонаўна Казлова (сапраўднае прозвішча Козел). На надмагільным помніку так і напісана: „Казлова Еўдакія Антонаўна. 23.II. 1917 – 8.IV.1983. Дарагой, каханай жонцы і мамачцы”. У роднай вёсцы і ў суседніх з Яглевічамі вёсках Еўдакію Казлову людзі добра ведалі і памятаюць да сённяшніх дзён. Усё жыццё яна адпрацавала настаўніцай роднай мовы і літаратуры, атрымаўшы адукацыю ў канцы 1930-х гадоў у Вільні.

Сям’я ў бацькоў Дусі Козел (пазней яна памяняла сваё прозвішча на Казлову) была даволі вялікая – шасцёра дзяцей. Але бацьку Антону Фёдаравічу Козелу дастаўся ў спадчыну ладны кавалак зямлі, ён яе прадаў, каб за атрыманыя грошы вучыць дзяцей. Дуся нарадзілася ў бежанстве ў Самары. А калі бацькі вярнуліся на Бацькаўшчыну, дзяўчынка паступіла вучыцца ў Віленскую беларускую гімназію, якую ўзначальваў Радаслаў Астроўскі. Вучыцца было няпроста. Неяк дырэктар Астроўскі выклікаў Еўдакію да ся
бе ў кабінет і, ведаючы слабое матэрыяльнае забеспячэнне гімназісткі, спытаў, чаму яна не напісала прашэнне аб дапамозе. Дзяўчына прамаўчала.

Яе любімым настаўнікам быў Хведар Ільяшэвіч. Любіла Дуся Казлова і заняткі, якія праводзілі Барыс Кіт, Габрыеля Касінская, Станіслаў Глякоўскі, Вольга Русак, Алёна Лекант-Сакалова, Пётр Шчасны і іншыя выкладчыкі. З ёй на адным курсе вучыліся В. Дук, Б. Сладкоўскі, А. Таўлай, Ю. Чатырка, В. Першукевіч, В. Новік, А. Бразоўскі, М. Лётка, Ю. Мацук, Н. Макоўская, М. Друцька, А. Беласік, Я. Карэтнікава, Я. Бузук. Некаторыя з яе аднакурснікаў, пасля заканчэння гімназіі, адразу паступілі ў Віленскі ўніверсітэт. Напрыклад, Васіль Новік паступіў на матэматычны факультэт, сюды паступіла і Еўдакія Казлова. Але ўсе планы гэтых шчырых беларусаў і іх выкладчыкаў перакрыжавала Другая сусветная вайна. Некаторыя, хто застаўся жыць, назаўсёды пакінулі Вільню і Беларусь, а іншыя трапілі ў сталінскія лагеры.

Еўдакія Казлова вярнулася дамоў. Спачатку працавала ў пачатковай школе ў Яглевічах, а потым – у Косаве. А калі родныя мясціны занялі немцы, дзяўчына зусім засталася без працы.

 

У роднай вёсцы

У першыя месяцы вайны на ўскраіне Івацэвіч размясціўся лагер ваеннапалонных. Еўдакія Казлова разам з сяброўкамі збірала ў землякоў цёплае адзенне і харчаванне, а потым непрыкметна адносіла ўсё гэта за калючы дрот. А восенню 1941 года ёй нават удалося вывесці з лагера каля дваццаці палонных, сярод якіх быў і Сяргей Зорын.

Хутка ў тутэйшых лясах з’явіліся партызанскія атрады. І Дуся стала сувязной. Яна сустракалася з тым самым Сяргеем Зорыным і перадавала яму ўсю інфармацыю пра немцаў і нямецкі гарнізон у Івацэвічах. А таксама прыносіла яму медыкаменты, перавязачныя матэрыялы, харчаванне. За дзяўчынай хутка пачалі сачыць немцы. І нават спланавалі засаду ў вёсцы Яблонцы. Праўда, івацэвіцкія падпольшчыкі пра гэта даведаліся і ёй хутка паведамілі. Еўдакія Казлова неўзабаве пакінула родную вёску і пераехала ў Слонім. Там праз знаёмых ёй удалося ўладкавацца на працу ў Слонімскую прагімназію. Але Дуся часам наведвала родную вёску і землякоў. З Яглевічаў у Слонім яна дабіралася цягнікамі. Спачатку з Івацэвіч да Баранавіч, а потым з Баранавіч да Слоніма. Аднойчы, набраўшы дома харчавання, дзяўчына ехала цягніком з Івацэвіч у Баранавічы, каб адтуль другім цягніком прыехаць у Слонім. Калі яна села ў купэ, на яе звярнуў увагу адзін высокі мужчына: „Здаецца, Казлова?”. Былога дырэктара Віленскай беларускай гімназіі Радаслава Астроўскага Еўдакія таксама пазнала. Астроўскі пацікавіўся, куды яна едзе. А, даведаўшыся, запрапанаваў: „Кідай працу ў Слоніме і пераязджай у Менск. Я ствараю Беларускую цэнтральную раду. Будзеш працаваць у школьным аддзеле”. Еўдакія Казлова шчыра падзякавала за прапанову і сказала, што над ёй яна падумае.

Прыехаўшы ў Слонім, Еўдакія хуценька сустрэлася з Іванам Міско (паэтам Анатолем Іверсам), якога асабіста ведала даўно. Яна расказала Івану Міско пра нечаканую сустрэчу і прапанову. Прапанова Івану Міско, які ўзначальваў Слонімскую падпольную антыфашысцкую арганізацыю, спадабалася. Тым больш, што Іван Міско не любіў Астроўскага, які некалі выгнаў яго з Віленскай беларускай гімназіі. А цяпер тым больш і за тое, што пайшоў служыць да немцаў.

Іван Міско хутка распавёў навіну сакратару падпольнага Слонімскага райкама партыі Міхаілу Анішчыку. І той даў загад, каб Казлова неадкладна ехала ў Мінску і вяла ў Беларускай цэнтральнай радзе (БЦР) разведку.

У Вільні з сяброўкай, 1938 г.

У Беларускай цэнтральнай радзе

Еўдакія Казлова спалохалася такой прапановы, але іншага выйсця ўжо не было. Яна напісала пісьмо Астроўскаму і хутка атрымала адказ – прыязджай. І дзяўчына паехала. Гэта было напрыканцы 1943 года. Па дарозе шмат думала, перажывала, хвалявалася. Але ў БЦР яе сустрэлі шчыра, выдалі часовае пасведчанне № 57. На ім было напісана, што Еўдакія Казлова працуе ў школьным аддзеле статыстам. Год нараджэння – 1920, месца нараджэння –  г. Самара, № пашпарту АВ 25737. Год нараджэння чамусьці напісаны памылкова, бо яна нарадзілася ў 1917 годзе.

Жыла дзяўчына на тэрыторыі БЦР. Натуральна бачыла, што адбываецца там і вакол. Старалася ўсё запомніць. На сувязь да яе прыязджаў падпольшчык са Слоніма Мікалай Ціхан. Яму ўсё і дакладвала Казлова. А калі 27 чэрвеня 1944 года ў зале Мінскага гарадскога тэатра адбыўся Другі ўсебеларускі кангрэс, Еўдакія Казлова дастала дакументы для некалькіх падпольшчыкаў, якія таксама пабывалі на гэтым кангрэсе. З БЦР дзяўчына падпольшчыкам перадавала пішучыя машынкі, паперу, сакрэтныя дакументы. Для сустрэчы з падпольшчыкамі і партызанамі яна нават сама прыязджала ў родную вёску Яглевічы да бацькоў, а адзін раз у вёсцы Размеркі Івацэвіцкага раёна сустракалася з Міхаілам Анішчыкам і Іванам Міско.

Разам з тым Еўдакія Казлова, карыстаючыся прыхільнасцю прэзідэнта БЦР Радаслава Астроўскага, садзейнічала адкрыццю беларускіх школ не толькі, напрыклад, у Косаўскім раёне, але і ў сумежных раёнах. У вёсцы Яглевічы настаўніцай пачатковай школы працавала яе малодшая сястра Кацярына Козел, якая вучыла дзетак чытаць і пісаць па-беларуску. І ёй на ніве беларускага школьніцтва шмат дапамагала Еўдакія.

Часовае пасведчанне Еўдакіі Казловай

Вяртанне дамоў

Калі немцы пачалі адступаць на Захад, з імі сабраліся ў далёкую дарогу і многія сябры БЦР. Яны селі ў цягнік і ехалі ў заходнім накірунку. Сярод работнікаў БЦР была і Еўдакія Казлова, якая з цягніка па дарозе ўцякла дамоў у родную вёску. Але ў першыя дні знаходжання дома, Казловай прыйшлося перажыць шмат непрыемных момантаў. Аднойчы вечарам у іх хату забег сусед Аляксей Прымак і са злосцю закрычаў: „Прыехала ўсё-такі дамоў! Ах ты, нямецкая сука!..”.  Ён ускінуў перад сабой вінтоўку. Маці з плачам засланіла сабой дачку, а бацька кінуўся да суседа. „Ты што, здурэў! – закрычаў ён на суседа. – Гэта такая падзяка за тое, што Дуся аднойчы выратавала табе жыццё…”. Прымак апусціў вінтоўку…

І гэта быў не адзіны выпадак, калі вяскоўцы скоса глядзелі на сваю зямлячку. І нават адкрыта казалі, што яна немцам служыла. Не было спакойнага жыццё ёй і ў школе, куды яна пайшла працаваць адразу пасля вайны. Некаторыя настаўнікі ў вочы жанчыну называлі здрадніцай. Еўдакіі Антонаўне прыходзілася апраўдвацца перад настаўніцкім калектывам, казаць, што ў Мінску выконвала адказнае партыйнае заданне. А ёй казалі, калі выконвала заданне, то пакажы даведку. А даведкі не было.

Тады Еўдакія Казлова вырашыла звярнуцца па даведку-пацвярджэнне да сваіх слонімскіх сяброў-падпольшчыкаў. Калі былы камісар  партызанскага атрада імя Дзяржынскага Ракасоўскай брыгады Іван Дабрыян, былы сакратар Слонімскага міжраённага антыфашысцкага камітэта Іван Міско напісалі, зацвердзілі ў натарыусаў і хутка даслалі пацвярджэнні, то былы сакратар Слонімскага падпольнага райкама партыі Міхаіл Анішчык просьбу Казловай выконваць не спяшаўся. Аказалася, што інфармацыю разведвальнага характару лягчэй здабыць у ворага, чым даведку аб падпольнай рабоце ў таго, хто пасылаў на гэтую работу. Зацкаваная настаўніца з вёскі Яглевічы не адзін раз ездзіла да Анішчыка з просьбай. Але ён жа пад рознымі надуманымі прычынамі адмаўляўся, не даваў дакумента. А Іван Міско ў сваім пацвярджэнні пісаў: „Я, Міско Іван Дарафеевіч, 1912 года нараджэння, былы сакратар Слонімскага міжраённага антыфашысцкага камітэта (даведка партархіва № 6578/н ад 16 кастрычніка 1965 года), пацвярджаю, што т. Казлова Еўдакія Антонаўна з верасня 1942 года была сябрам Слонімскай антыфашысцкай арганізацыі і гарадскога антыфашысцкага камітэта. Тав. Казлова Е.А. у лістападзе 1943 года сакратаром Слонімскага падпольнага райкама партыі т. Анішчыкам М.Т. была накіравана ў г. Мінск у Беларускую цэнтральную раду для правядзення там разведвальнай работы. Я, знаходзячыся ў партызанскім атрадзе ім. Дзяржынскага брыгады ім. Ракасоўскага, разам з т. Анішчыкам М.Т. адзін раз сустракаўся з т. Казловай Е.А. у вёсцы Размеркі Івацэвіцкага раёна ў красавіку 1944 года, куды яна прыязджала для сустрэчы з т. Анішчыкам М.Т. Мне вядома таксама, што т. Казлова Е.А. вярнулася ў Слонім з Мінска пасля яго вызвалення ў ліпені 1944 года. Былы сакратар Слонімскага міжраённага антыфашысцкага камітэта І. Д. Міско. 8 снежня 1968 года”.

Тым не менш, аднойчы Іван Міско сустрэў Еўдакію Казлову ў Слоніме. Жанчына шчыра павіталася і была нечым задаволена. Іван Міско спытаўся:

– Пэўна ў школе  адчапіліся ад цябе?

– Даў Анішчык нумар вайсковай часці, куды перадаваліся па рацыі мае разведдадзеныя.

– Злітаваўся?

– Нічога дарма не робіцца, –дыпламатычна ўсміхнулася Еўдакія Антонаўна. – Праўда, даведку на рукі я не атрымала, яе даслалі ў райана. І адтуль ужо прыйшла каманда ў школу, каб спынілі праследаванне…

Гэты факт прыгадваецца ў кнізе Анатоля Іверса (Івана Міско) „З глыбінь жыцця” (Мн., 2012. С.170). Пасля ўсіх дасланых пацвярджэнняў ніхто больш Еўдакію Казлову ні ў чым не папракаў. Яна спакойна працавала настаўніцай роднай мовы, яе, як ветэрана вайны, запрашалі на сустрэчы, да яе пісалі пісьмы з розных куткоў Беларусі настаўнікі, вучні, сябры, выкладчыкі ВНУ, простыя людзі. У мяне захоўваецца ксеракопія пісьма беларускага літаратуразнаўцы Уладзіміра Калесніка да Еўдакіі Казловай, якое было напісана 7 снежня 1964 года і даслана ёй з Брэста. Уладзімір Калеснік тады пісаў: „Глыбокапаважаная Еўдакія Антонаўна! Да Вас звяртаецца літаратурны крытык Уладзімір Андрэевіч Калеснік. На працягу шэрагу год я займаюся даследаваннем літаратуры Заходняй Беларусі, апублікаваў кнігі „Паэзія змагання” і „Час і песні”, і шэраг артыкулаў. Зараз пішу дакументальную аповесць пра Валянціна Таўлая. Пачатак яе апублікаваны ў часопісе „Полымя”, нумар 10 за гэты год. Ад Анатоля Іверса я даведаўся, што Вам давялося ў часе вайны супрацоўнічаць з Валянцінам Таўлаем, як сувязной партызан. Вельмі быў бы ўдзячны, каб Вы расказалі мне пра свае сустрэчы з Таўлаем. Мне хочацца паказаць у кнізе не толькі Таўлая, але і яго сяброў, людзей, якія дапамагалі яму дзейнічаць, змагацца. Я працую заг. кафедры беларускай літаратуры Брэсцкага педінстытута. Мой службовы адрас: г. Брэст, вул. Савецкая, 8, дацэнту Калесніку… Чакаю ад Вас пісьма. Буду вельмі рады, калі Вы, знаходзячыся ў Брэсце, дасце знаць і зойдзеце да мяне. З прывітаннем Ул. Калеснік”.

Шчаслівыя Еўдакія Казлова і Рыгор Зыбайла

У першыя пасляваенныя гады

Цяпер вернемся ў першыя пасляваенныя гады. Еўдакія Казлова вярнулася дамоў, стала працаваць настаўніцай. У 1946 годзе яе арыштоўваюць супрацоўнікі МДБ і прывозяць у Мінск. Дапытаць асабіста Казлову вырашыў сам міністр дзяржбяспекі БССР Цанава. Пасля некалькіх сустрэч з Цанавам, Еўдакію Казлову выпусцілі на волю. Нават цяжка прыгадаць яшчэ выпадкі, каго, пасля сустрэч з Цанавам, выпускалі дамоў, а не адпраўлялі ў ГУЛАГ ці проста расстрэльвалі. Еўдакія Казлова не трапіла ў ГУЛАГ, а апынулася на свабодзе. І тут прыгадваецца адзін факт з пісьма Ларысы Геніюш да Часлава Найдзюка. 27 ліпеня 1947 года беларуская паэтка пісала яму з Прагі: „Акцыю” на беларусаў у Празе праводзіла Казлова з Слоніма – член ведамай Вам жудаснай установы (пры помачы беларусаў тутэйшых)…” (Ларыса Геніюш. Каб вы ведалі…Мн., 2005.С.14).  З гэтага вынікае, што былую студэнтку Віленскай беларускай гімназіі завербавала савецкая дзяржбяспека вылоўліваць беларускіх патрыётаў у Чэхіі ў другой палове 1940-х гадоў. Хаця сто працэнтных доказаў на гэта няма. Усе кропкі над і можна будзе паставіць толькі тады, калі будуць адкрыты архівы КДБ.

І яшчэ. Калі Еўдакія Казлова падчас вайны працавала настаўніцай у Слонімскай прагімназіі, яна пазнаёмілася з Рыгорам Зыбайлам (1913-1987). Так-так, з тым самым Рыгорам Зыбайлам – сябрам ЦК Беларускай незалежніцкай партыі, удзельнікам Першага штурмавога звязу, афіцэрам Беларускай краёвай абароны, намеснікам старшыні Беларускай самапомачы, удзельнікам дэсанцкага батальёна „Дальвіц”… Падчас вайны ён знаходзіўся ў Слоніме і працаваў на пасадзе старшыні акруговага камітэту БНС. У Казловай і Зыбайлы ўзнікла каханне і маладыя марылі пра сямейнае жыццё. На адным са сваіх здымкаў, падараваных Казловай, Рыгор па-беларуску напісаў: „Дарагой Дусі на памяць з часоў супольнай працы ў Слоніме. Ад Рыгора, Слонім, 1943 г.”.

Але пасля вайны Рыгор Зыбайла быў арыштаваны і асуджаны на 10 гадоў лагераў. А калі ён вярнуўся дамоў, то зноў спаткаўся з Еўдакіяй і яны пажаніліся. І разам пражылі да самай смерці. Дарэчы, Рыгор Зыбайла быў другім мужам Еўдакіі Казловай. Зыбайла і Казлова пахаваны побач на могілках у вёсцы Яглевічы на Івацэвіччыне.

 

Замест пастскрыптума

У пісьменніка Уладзіміра Ягоўдзіка, які тады працаваў на Брэсцкім тэлебачанні, захоўваецца пісьмо ад Івана Міско (Анатоля Іверса) ад 24 жніўня 1982 года. У пісьме былы слонімскі падпольшчык прасіў: „У вёсцы Яглевічы Івацэвіцкага раёна жыве мая добрая знаёмая, былая настаўніца, пенсіянерка і былая падпольшчыца Слонімскай антыфашысцкай арганізацыі Еўдакія Антонаўна Казлова. Яна страшэнна хворая і не выходзіць з маёй галавы. Можа, будзеш у Івацэвічах (вёска ў 3 км), напішы пра яе ў газету, хай парадуецца, пакуль жывая. Перадасі ад мяне прывітанне”.

 

Сяргей Чыгрын
Фота з архіва аўтара
(друкуюцца ўпершыню)