O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (2)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

 2. Julia (Dziuta) Bagniewska w latach 1931-1939 (z roczną przerwą w roku szkolnym 1937/1938) mieszkała w Wilnie u wujostwa Julii i Antoniego Nekandów-Trepków, ucząc się tam w gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej. Trepkowie nie mieli swego domu, tylko wynajmowali, dlatego w pamięci Pani Julii zachowały się kolejne mieszkania – na ul. Rydza Śmigłego, Kalwaryjskiej 23, Antokolskiej 54, Garbarskiej 7/5 – w domu sędziego Dowgiałły. Owdowiała wcześnie Maria Łowicka wysłała ją z Kalejczyc na Białostocczyźnie do Wilna, aby się tam uczyła w porządnej szkole. Zakwaterowała się u Trepków, gdyż Julia Trepkowa była rodzoną siostrą jej matki – Marii Łowickiej. Obie urodziły się w Mińsku jako córki Marii i Ryszarda Janowskich. Ryszard Janowski (1845-1921) był znanym w Mińsku lekarzem – okulistą i ginekologiem. Ukończył medycynę w Moskwie i w Mińsku z doktorem Grzybowskim miał klinikę. Jego żona Maria z Hłasków pochodziła z Czerepiety w powiecie lepelskim na Witebszczyźnie. Ojciec Ryszarda – Karol – był mińskim urzędnikiem.

Pani Julia wspominała: „U Janowskich były trzy córki: moja mama Maria (ur. w 1891 r.), Julia (ur. w 1887 r.) i najstarsza Kazimiera, która wyszła za mąż za socjalistę Sierhieja Skandrakowa oraz dwóch synów – Władysław młodszy od mamy o rok czy dwa, najmłodszy – Wacław. Ciocia Kazia skończyła agronomię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do I wojny światowej była dyrektorem stacji doświadczalnej w Hory-Horkach. Jak rewolucja wybuchła, jechała z rodziną do Mińska, do dziadka, który był sam, bo babcia już nie żyła. Jechali trzy miesiące. Dziadek nie doczekał”.

Julia Bagniewska, wspominając atmosferę domu wujostwa, opowiadała o ich służącej: „Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni – stała tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać, ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem mieszkało w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa, a Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi, zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz?” – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Julia Bagniewska wspominała Antoniego Nekandę-Trepkę wraz z jego towarzystwem, Włodzimierzem Samojło-Sulimą („Mamoczką”) i Antonim Łuckiewiczem. Zapamiętała jak portretował go Piotr Sierhijewicz. Jak bardzo się denerwował, że trzeba było siedzieć bez ruchu i pozować artyście. Zresztą na portrecie da się to zniecierpliwienie zaobserwować w wyrazie twarzy. Obecnie portret ten znajduje się w Szczecinie u Marka Nekandy-Trpki, wnuka Antoniego, a w 2003 r. był eksponowany na wystawach prac Piotra Sierhijewicza w Gdańsku i w Białymstoku.

Dzięki Marii Nekandzie-Trepce otrzymałam też wspomnienia, spisane przez Wandę Dzierżyńską, siostrę Antoniego (publikowame były w „Czasopisie” w 2006 r (nr. 7-8 – 12). Przywoływała w nim niektóre historie z jego życia – przeprowadzki, choroby, portretowanie…: „Tu w tym mieszkaniu na Antokolu zaszedł fakt, któren przykuł brata mego na trzy miesiące do łóżka. Było to przed samą Wielkanocą. Tonio poszedł do łaźni, znajdującej się o parę domów dalej. Tam pośliznął się, upadł i uderzył nogę tak silnie, że zemdlał. Uderzenie to spowodowało długą chorobę. Święta spędził w łóżku, a o wstaniu nie było i później mowy. Gdy sprowadzani do domu lekarze nic zaradzić nie mogli, odwiozła go bratowa do kliniki uniwersyteckiej. Był to jeden ze słonecznych dni wiosennych, gdy pewnego razu go odwiedziłam. Był umieszczony w głównym pawilonie na parterze. Już od drzwi widzę w blasku wiosennego słońca jego pogodną twarz. Ze zdziwieniem obserwuję jakieś jego zagadkowe ruchy rąk, które wykonywa w prawo i lewo. Dopiero po zbliżeniu się widzę, że jest to dzielenie się darami bożemi z sąsiadami leżącemi obok, a nie otrzymującemi żadnej żywności z domu.

Jeszcze miesiąc trzeba było przeleżeć, lecz nareszcie nastąpiło orzeczenie profesora, że z nogą jest dobrze i że szpital można opuścić. Z żywością jemu właściwą zrzucił szpitalne szatki, przywdział własne ubranie i nieciekaw obiadu, który właśnie przyniosła Aniela, siadł do dorożki, odrodzony, szczęśliwy, i odjechał.

 

Przenosiny na Garbarską

Po tylokrotnej zmianie mieszkania, zawsze usprawiedliwionej widokami lepszych warunków lokalu, braterstwo moi zamieszkali przy ulicy Garbarskiej. Na piętrze, słońce wschodnie i zachodnie, balkon z widokiem na Katedrę, Górę Zamkową i plac. Ruch śródmieścia pozostawał na Świętojerskim, tu dawały się słyszeć tylko kroki pieszych przechodniów. Rankami zaś i wieczorami rozlegały się dzwony pobliskich kościołów. Najbliższy był Bonifratrów, stary zakupturzony zakonnik, naprzeciw jak na dłoni wspaniała Królewska katedra z prastarą pogańską dzwonnicą. Na prawo wspaniały Ś-ty Jan wciśnięty w wąską ulicę. Nieco dalej Bernardyni, Ś-ty Michał i cacka gotyku Ś-ta Anna. A Dominikanie, a Ś-ta Katarzyna?! Byliśmy wówczas szczęśliwi świadomością, że to jest wszystko nasze, niezaprzeczenie nasze. Mieszkanie w śródmieściu udostępniało rzecz prosta udział w życiu umysłowym miasta. Oceniał to Tonio należycie i przeniesienie się na Garbarską uważał za bardzo pomyślną konjunkturę dla siebie. Miło tu było i przytulnie. Cierpliwe poprzestawanie na najniezbytniejszych sprzętach przez szereg lat musiało wreszcie pogodzić się z tem, że do mieszkania Braterstwa wkroczyło trochę komfortu w postaci gustownego garnituru mebli z dużym lustrem i nowego bufetu. Miejsce dla swej pracy obrał sobie Tonio u drzwi na balkon. Tu miał o każdej porze dnia widok na katedrę i górę Zamkową. Miał tu niewielki stoliczek, służący mu za biurko, arenę jego zmagań się z niejedną trudnością. Najczęściej zastawało się go przy tym jego biurku. Wstaje, wita się, ale widać, że myśl czemś mocno zajęta. Ześrodkowany skupiony wyraz. Widać, że ma coś trudnego do przerobienia, jakieś zagadnienie do rozstrzygnięcia, jakiś zawód do przebolenia lub jakąś własną omyłkę już nie do odrobienia. To wszystko w narzuconem wolą opanowaniu. Za chwilę jest z nami zrównoważony, spokojny, rozmawia o rzeczach pobieżnych. Prosty stoliczek inscenizował biurko. Pewnego razu ktoś zażartował, że pan  Profesor dla swej powagi powinien zdobyć się na biurko rzeczywiste. „Myślicie, że będę mądrzejszy pracując przy biurku?” – pyta śmiejąc się. Pamiętam jeden dzień. Jest początek czerwca – pogodny, gorący dzień. Bratowa załatwiła interesa w mieście i wraca po południu do domu. Aniela gotuje obiad. Dziewczynki już powróciły ze szkoły. Rozlega się dzwonek. I to pan przyszedł. Wchodzi z teką napełnioną papierami i umieszcza tę tekę na swoim stoliczku koło balkonu. W tej chwili żona daje mu list syna. List przynosi pomyślne wiadomości, które wnet się omawiają przez rodziców. Z jadalni słychać brzęk talerzy i za chwilę Aniela prosi państwa na obiad. Chciał jeszcze pobiec do ciemnego składziku, gdzie mokną wywołane wczoraj klisze. Lecz z Anielą nie można walczyć, trzeba siadać do stołu. Popołudniowe słońce zaczęło właśnie operować nad jadalnią i promienie jego złocą przedwcześnie swą głową panu domu, ciemne sploty małżonki i czarne głowy makolągw siostrzenic. „Ot panoczek dziś niczego sobie wygląda” – mówi Aniela, przynosząc drugą potrawę. „Aż i popatrzeć przyjemnie. A wczoraj zupełnie jak po chorobie wyglądał. Koniecznie jemu malować zachciało się. Ja jemu mówię, Kaziś, pan nasz dziś bardzo zmęczony, nadto kiepsko wygląda, a on jak przystał, to żadne moje gadanie nie pomogło. I kab hetomu malarzowi dogodzić, panoczek sausiem siebie zamoryu, siedziaczy tak bez ruchu całe pół godziny. Pahladziem jakij budzie portret. Nie kracz – mówi pan – portret będzie dobry, bo majster pierwszorzędny”. Anieli uwaga była słuszna. Bywały dnie, kiedy przychodził wyczerpany, blady. Dla słabych płuc i wątłej organizacji praca pedagogiczna była poważnym wysiłkiem. Odpoczynek poobiedni, tak niezbędny przy tym wydatku sił, nie zawsze był stosowany. Żałował nań czasu, dowodząc, że wypocznie kiedyś w grobie. Wrodzona czynność miała zawsze tysiąc rzeczy do wykonania i walczyła niestety skutecznie z potrzebą odpoczynku. Ten pedagog nieposieda trzymał siebie krótko. Słowo “trzeba” było dla niego bezapelacyjnym rozkazem. Jednak to surowość względem siebie nie wystarczała na wytłumaczenie portretu Siergiejewicza. Takiego Tonia oglądaliśmy tylko w chwilach ostatecznego przygnębienia lub ciężkiej choroby. Pogoda duszy i pogoda twarzy nawet jego badawczemu umysłowi nie dała się zetrzeć. Gdy myśl zgnębiała obnażała, sondowała rebus istnienia. Uczucie ratowało jej surowe wyniki, wielką słodyczą wydobyta z głębin duszy. Nie był optymistą, zbyt był na to głęboki. Lecz obnoszenie smutku i goryczy uważał za oddziaływanie szkodliwe. Natomiast jasnym dziecięcym uśmiechem pozdrawiał wszystko, co na miłość i współczucie zasługiwało. Wypieszczoną przez długie lata ideę pracy dla ludu realizował teraz w swej pedagogicznej działalności. Praca w szkole technicznej nie polegała tylko na wykładach i pokazach. Tu profesor jak w szkole średniej musiał ucznia uczyć osobiście. Zdaje się, że zdarzały się powody udawania się uczni do Tonia wprost do jego mieszkania, gdy sobie z materiałem wykładowym poradzić nie umieli. Poza wykładami podjął się kierownictwa kasą samopomocy nauczycieli P.S.T. w Wilnie. Oto list Kolegi inżyniera Tarłowskiego jako przyczynek do jego pracy. Tutaj przytaczam go dosłownie: “Sz. P. Inżynierze! Nie mogąc przyjść na dzisiejsze posiedzenie uczestników kasy P.S.T. pragnę chociaż listownie, Panu wyrazy mego uznania, więcej podziwu dla Jego imponującego zapału i niepospolitej wytrwałości, z jaką Pan na tym terenie pracuje, dla swojej idei jedyną mając pobudkę przeświadczenie o jej doniosłości i owocności. Nie mogę przy tem nie skłonić się specjalnie przed tą niezmienną życzliwością, z jaką obok troski o prowadzonej przez Pana instytucji traktuje Pan zawsze każdego bez różnicy klienta. Zechce Pan Panie Inżynierze przyjąć wyrazy mego wysokiego poważania i szczerego szacunku. Henryk Tarłowski”. A był to zdecydowany przeciwnik w poglądach społecznych i politycznych”.

Taki wizerunek Antoniego Nekandy-Trepki przekazali jego najbliżsi. A dowody na jego aktywność białoruską pozostały w archiwach i bibliotekach – w dokumentach i w wydawnictwach.

 

„Z głową i butami” w ruchu białoruskim

Dlaczego Antoni Nekanda-Trepka, wyznania ewangelickiego, stał się wybitnym działaczem białoruskim, skoro wywodził się ze środowiska polskiej szlachty, jako potomek Stanisława Nekandy-Trepki, który ożenił się z Antoniną Niesłuchowską.

Jego siostra Wanda wspominała: „Gdy ojciec przyjechał do Mińska i dostał posadę przy kolei Libawo-Romeńskiej, potrzebował mieszkania. Wskazano mu mieszkanie u pp. Niesłuchowskich. W oficynie było parę kawalerskich pokoi. Jeden z nich był wynajmowany przez dr. medycyny Antoniego Ziemięckiego. Do drugiego właśnie wprowadził się inżynier Stanisław Trepka. Swojskość biła od brzóz stojących przy ganku, prowadzącym do domu od niebrukowanego dziedzińca, porośniętego trawą. A atmosfera? Atmosfera domu, podwórza, tego małego państwa, pośród zalewu obczyzny, była tak swojska, jak „Ojcze nasz” odmawiane rano i wieczorem. Stanisław Trepka siadł do napisania listu do Rodziców. Zawiadamiał ich, że dostał mieszkanie u ludzi inteligentnych i dobrych i że chciałby mieć taką siedzibę z brzozami u proga i ciszę ranków i wieczorów niezmąconą obcemi odgłosami: „Jest to pierwsza noc spędzona pod własnym dachem. Wasze myśli, stroskane o mnie, czuję koło siebie. Lęk już jest zażegnany. Środowisko, w którym mi żyć przeznaczono, spełnia moje najśmielsze życzenia. Obawa rusycyzmu i nałamywania się do obcości odpada zupełnie. Mateczko droga, zmów dziękczynną modlitwę za łaskę dla syna swego. A ojczulek niech ani na chwilę nie wątpi, że leit-motivem życia na Białejrusi jest polskość”. Stanisław Trepka ożenił się z Antoniną Niesłuchowską. Ponieważ był wyznania ewangelickiego, umówiono się, że synowie ze związku będą ochrzczeni w kościele ewangelickim, zaś córki – w rzymskokatolickim, którego wyznawcami byli Niesłuchowscy. W domu Niesłuchowskich krzewiono tradycje polskości, co też odpowiadało Stanisławowi Trepce.

Jak to się więc stało, że poeta Jan Niesłuchowski (1851-1897), brat Antoniny wychowany w polskich tradycjach, stał się klasykiem literatury białoruskiej – Janką Łuczyną? Należał do pokolenia, które roznieciło białoruskie przebudzenie narodowe na początku XX w. Siostrzeńca i poetę łączyły bliskie więzy rodzinne, zwłaszcza wspólne pobyty w Zacierzewiu koło Nowego Świerżnia. Na zachowanym zdjęciu rodzinnym (z 1895 r.?) z Janem Niesłuchowskim w centrum, widnieje też jego siostrzeniec Antoni, wówczas gimnazjalista. Otrzymałam je od Marii Nekandy-Trepki z Białej Podlaskiej i opublikowałam w „Nivie” (nr 50, z 16.12.2001 r., s. 1). Pobyty w Zacierzewiu (obecnie Żacierava), gdzie po śmierci Lucjana Niesłuchowskiego, ojca Jana i Antoniny, gospodarzyła jego żona Antonina z córką Wiktorią, zbliżały Jana Niesłuchowskiego i całą rodzinę przyjeżdżajacą z Mińska z ludem białoruskim. Dlatego też język białoruski był ich „drugim językiem ojczystym”, jak pisała we wspomnieniach siostrzenica Janki Łuczyny – Wanda, która od wczesnego dzieciństwa jeździła do Zacierzewia i potem utrwaliła jego obraz w akwarelkach. O języku białoruskim pisała: „Osłuchał się z nim każdy z nas od dzieciństwa. Pogłębialiśmy tę znajomość za każdą bytnością na wsi. Brzmienie jego humorystyczne dla naszego ucha było nam w tej samej mierze miłe. Słuchaliśmy z przyjemnością lapidarnych wyrażeń i całych zdań w tym prastarym dialekcie”.

Syn Antoniego Nekandy-Trepki – Kazimierz – w 1980 r. pisał w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Matka Antonina była siostrą Jana Niesłuchowskiego, który pod pseudonimem Janka Łuczyny napisał i wydał w 1903 r. zbiorek wierszy po białorusku pt. „Wiazanka”. Prawdopodobnie stąd zainteresowania Ojca sprawą białoruską, gdyż często bywał jako uczeń w majątku Zacierzew, gdy mieszkał tam wuj Jan N”. Po ukończeniu gimnazjum w Mińsku w latach 1897-1903 Antoni Nekanda-Trepka studiował w Instytucie Technologicznym w Petersburgu, który ukończył jako inżynier-technolog. Studia w Petersburgu zapewne również rozwinęły zainteresowania i wciągnęły go w rodzący się ruch białoruski. Tam w kręgu białoruskich działaczy, m.in. Wacława Iwanowskiego, Jana i Antoniego Łuckiewiczów, Franciszka Umiastowskiego, działał w kole studentów białoruskich. W 1903 r. był jednym z założycieli Białoruskiej Rewolucyjnej Hromady. W 1909 r. znalazł się w wydawnictwie „Zahlanie sonca i u nasza wakonca”. Te pierwsze kontakty z ruchem białoruskim zapewne w znacznym stopniu wyznaczyły jego przyszły los. Jego staraniem zapewne ukazał się w Petersburgu zbiorek utworów w języku białoruskim „Вязанка” Jana Niesłuchowskiego.

Po ukończeniu Instytutu Technologicznego w Petersburgu podjął studia w Liege w Belgii, które ukończył z wyróżnieniem w 1904 r. jako inżynier elektryk. Po studiach pracował jako konstruktor w fabryce mechanicznej Lilpopa, Raua i Loewensteina w Warszawie, a następnie jako inżynier w Handlowym Biurze Akcyjnym Towarzystwa „Siemens-Halske”, w latach 1905-1914 był kierownikiem filii w Warszawie Towarzystwa Elektrycznego „Westinghouse” z siedzibą w Moskwie. Do 1916 r. pracował w Biurze Handlowym Towarzystwa Akcyjnego „Volka” w Rewlu. W latach 1916-1918 był dyrektorem fabryki maszyn rolniczych w Wielkim Tokmaku na Ukrainie, a w latach 1920-1921 jej przedstawicielem w Warszawie. W 1918 r. powrócił do Mińska i uczył fizyki i kosmografii w polskim gimnazjum żeńskim oraz w białoruskim Instytucie Pedagogicznym. Wówczas był już żonaty. Ożenił się w 1906 r. z Julią Janowską, córką mińskiego lekarza Ryszarda Janowskiego. 30 lipca 1907 r. w Mińsku przyszedł na świat ich syn Kazimierz.

Na początku 1919 r. został wywieziony razem z Wacławem Iwanowskim przez bolszewików jako zakładnik do Smoleńska, skąd wrócił w ramach wymiany więźniów w 1920 r. Osiadł w Warszawie, gdzie był przedstawicielem Litwy Środkowej do spraw gospodarczych. W 1921 r. wraz z Leonem Dubiejkowskim, Bolesławem Druckim-Podbereskim znalazł się tam w Tymczasowym Zarządzie Białoruskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny. W 1921 r. osiadł też w Wilnie, gdzie intensywnie włączył się w białoruską działalność narodową. Kierował działalnością Związku Wileńskiego Kooperatyw. Jego syn Kazimierz pisał we wspomnianym wyżej liście: „Ojciec poświęcił się całkowicie działalności kulturalnej i pedagogicznej – bierze czynny udział w pracach Towarzystwa Szkoły Białoruskiej i był następnie przez parę lat dyrektorem Białoruskiego Gimnazjum w Wilnie. Jak wyżej wspomniałem, brał czynny udział w organizacjach białoruskich społeczno-oświatowych, natomiast nie był zaangażowany w działalności politycznej, gdyż uważał, że ktoś musi robić pracę oświatową, uświadamiającą lud. Napisał i wydał podręczniki po białorusku z fizyki i kosmografii”.


Cdn
Helena Głogowska

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce

1. 12 lutego 1942 r. – taką datę śmierci Antoniego Lucjana Nekandy-Trepki, wybitnego działacza białoruskiego, podaje się w niektórych źródłach. Czy jest dokładna, trudno stwierdzić. Tym bardziej, że w innych miejscach pojawia się październik 1942 r. Tak to jest, gdy ktoś umiera z dala od bliskich, w samotności. Gdy nie wiadomo gdzie jest jego grób. Los charakterystyczny dla tych, którzy zostali aresztowani po wejściu bolszewików po 17 września 1939 r. na wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Ofiarami nowej władzy wbrew potocznym opiniom stali się nie tylko Polacy, ale także wybitni Białorusini. Jednym z nich był Antoni Lucjan Nekanda-Trepka, pedagog, inżynier-elektryk, działacz białoruskiego ruchu narodowego I połowy XX wieku. Aresztowano go 29 października 1939 r. w Wilnie i skazano na 10 lat łagrów. Z okazji 75. rocznicy śmierci – nawet gdyby taka data okazała się nieprawdziwa – warto wspomnieć o zasługach tej wybitnej postaci.

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш [FOTO]

Tropy

Przez lata los Antoniego Nekandy-Trepki mało kogo poza rodziną interesował. Po II wojnie światowej na emigracji wspomniał o nim Leonid Halak, absolwent Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego. W Polsce napomknął o nim Marian Pieciukiewicz we wspomnieniach „U poszukach zaczaravanych skarbau”. Historycy z Białorusi zostawili go całkiem na uboczu.

Jeszcze w latach 80. XX w. marzeniem Aleksandry Bergman, specjalistki od spraw białoruskich w II Rzeczypospolitej, było napisanie biografii Antoniego Nekandy-Trepki. Zamierzała to zrobić po biografiach Bronisława Taraszkiewicza i Antoniego Łuckiewicza. Taki przynajmniej pozostał ślad w jej korespondencji z Marianem Pieciukiewiczem. Niestety jej list do niego nie zachował się, ale odpowiadając nań 22 czerwca 1982 r. Marian Pieciukiewicz pisał: „Z przyjemnością przestudiowałem list Pani i uważam, że nie kto inny, ale Pani może napisać biograficzny artykuł o Antonim Nekando-Trepko, jak to napisała o Antonim Łuckiewiczu i Janie. Chętnie mogę służyć Pani tymi wiadomościami o Ant[onim] Trepce, jakie pozostały w mojej pamięci. Antoniego Trepko znam od 1923 r. i do 1939 r. Znam go jako nauczyciela fizyki i matematyki, jako dyrektora (jakiś czas) Gimnazjum Białoruskiego w Wilnie. Znałem i syna Jego Kazika, który obecnie mieszka w Szczecinie. Syna znałem jako ucznia starszych klas Gimnazjum Białoruskiego. Wiedziałem, że Kazik jest w Warszawie, a po wojnie zamieszkał w Szczecinie, ale kontakty zostały zerwane na zawsze. Że obecnie mieszka w Szczecinie, dowiedziałem się przypadkowo, bodaj od Piotra Radziuka, który po wojnie zamieszkał w Szczecinie i pracował w szkolnictwie średnim”.

Marian Pieciukiewicz pewnie już nie zdążył podzielić się z Aleksandrą Bergman wspomnieniami o Antonim Nekandzie-Trepce. W 1982 r. był już poważnie chory – trudno mu było pisać. Zmarł 23 września 1983 r. Aleksandra Bergman wprawdzie żyła jeszcze długo – do 20 czerwca 2005 r., ale stan jej zdrowia systematycznie się pogarszał i nie pozwalał na zajmowanie się badaniami biograficznymi.

Mieszkająca w Białej Podlaskiej Maria Nekanda-Trepka, która nosi to nazwisko po mężu, bratanku Antoniego Nekandy-Trepki, od dawna interesuje się historią rodziny. Pod koniec 1990 r. zwróciła się do Sokrata Janowicza jako autorytetu od spraw białoruskich o pomoc w poszukiwaniach informacji o „wujku Toniuku” jako białoruskim działaczu narodowym. Niestety, ten nie mógł jej zanadto pomóc. 21 stycznia 1991 r. pisał jej: „Długo nie byłem w stanie cokolwiek odpowiedzieć na list Pani, poszukując bez większego skutku szczegółowszych wiadomości o Antonim Trepce. Rzecz w tym, że Trepka był znanym niepodległościowym działaczem białoruskim i dlatego władze radzieckie wymazały jego imię nawet ze ściśle naukowych publikacji. (…) Trochę mi pomógł dr Jerzy Turonek z Warszawy. (…) Trepka zginął w syberyjskich łagrach, miejsce i rok śmierci nie są znane. Należał do czołówki działaczy odradzającej się Białorusi w początkach naszego stulecia. (…) Wstyd mi, ale niewiele ponadto jestem w stanie napisać Pani. Niestety nasza historia wymaga solidnego odgruzowywania, i to powolutku się czyni”.

Sokrat Janowicz radził Marii Nekandzie-Trepko zwrócić się do dr. Ryszarda Radzika z UMCS w Lublinie i do historyka Anatola Sidarewicza z redakcji „Litaratury i Mastactva” w Mińsku.

Nie wiem skąd nagle po ponad pięciu latach (13 grudnia 1996 r.) Sokrat Janowicz napisał do mnie: „Не можа таго быць, каб Вы не чулі пра Антона Нэканду-Трэпку, аднаго з пачынальнікаў Беларускага Адраджэння! Як і не можа быць, таксама, і таго, каб Вы не ведалі аб тым, як мала вядома цяпер пра гэту постаць. І вось крыніца сама прабілася на верх, і то блізу мяне самога: звярнулася да мяне далёкая сваячка нашага забытага героя, сп. Трэпка з Белай (Падляскай). Але яна няшмат ведае, затое ведае, хто менавіта ведае, прычым немала і дакументальна нават. Вельмі магчыма, таму гэткі цуд аб’явіўся, што яны не фанаты католікі, а пратэстанты ад пакаленняў… Культурная рэлігія, без варварскай дурноты. Хачу, каб Вы гэтым заняліся, ведаючы – хаця б з «Часопіса» – пра Ваш пафас у археалогіі беларускай гісторыі, адкопванні яе ўдзірванелых фундаментаў. Зарослых савецкай крапівой ды бальшавіцкім чартапалохам”.

Sokrat Janowicz dołączył do listu także artykuł Aleksandry Sękowskiej z „Jednoty” (1996, nr 11, s. 12-13) „Ci, którzy zginęli… …na nieludzkiej ziemi”, poświęcony Antoniemu Nekandzie-Trepce i jego bratu Władysławowi. Podał także kontakt do autorki. Przy najbliższej okazji odwiedziłam ją podczas pobytu w Warszawie. Wtedy też otrzymałam kopię ankiety ewangelików, uczestników II wojny światowej, wypełnionej przez Marię Nekandę-Trepkę 30 sierpnia 1995 r. na Antoniego. Znalazły się w niej podstawowe dane: data urodzenia – 11.02.1877, miejsce – Mińsk Litewski, aresztowany przez NKWD w październiku 1939 r. w Wilnie i więziony tam na Łukiszkach, w 1941 r. wywieziony do łagru w ZSRR, uwolniony po umowie Sikorski – Majski. Z ankiety wynika, że zmarł z głodu i wycieńczenia, a także ran na nogach w październiku 1942 r. w Czornej Reczce w Kazachstanie. Znalazły się w niej także kontakty do Marii Nekandy-Trepki i wnuka Antoniego – Marka, zamieszkałego w Szczecinie.

Artykuł Aleksandry Sękowskiej był więc pierwszym, poświęconym pamięci Antoniego Nekandy-Trepki. Powstał ponad pół wieku po jego śmierci na podstawie listów przechowywanych w zbiorach rodzinnych Trepków, a dostarczonych autorce przez Marię Nekandę-Trepkę.

Postać Antoniego Nekandy-Trepki okazała się na tyle frapująca, że badanie jego życia i działalności zajęło mi ponad dwadzieścia lat. W tym czasie udało się zebrać sporo materiałów z archiwów oraz zbiorów prywatnych. Wizyty w Gdyni u Julii Bagniewskiej, w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej, w Białej Podlaskiej u Marii Nekandy-Trepki oraz w Szczecinie u Marka Nekandy-Trepki pozwoliły zebrać także relacje i wspomnienia oraz fotografie. W 1999 r. ukazał się w Mińsku 5 tom Encyklopedii Historii Białorusi, w którym zamieszczono przygotowany przeze mnie biogram Antoniego Nekandy-Trepki. Wcześniej, bo w 1991 r., jego biogram znalazł się w książce „Państwowa Szkoła Techniczna im. Józefa Piłsudskiego w Wilnie”.

Ankieta z Kościoła ewangelicko-reformowanego w Warszawie oraz inne materiały podawały rozbieżne daty urodzenia i śmierci Antoniego Nekandy-Trepki. Nie znalazł się dotychczas żaden dokument źródłowy, taki jak metryka urodzenia czy akt zgonu, który precyzyjnie określił daty rozpoczynające i kończące jego życie. Dlatego pisząc jego biogram do encyklopedii podałam dwie możliwe – 11.02.1877 r. i 11.01.1879 r. jako potencjalne daty urodzenia oraz 12.02.1942 r. i październik 1942 r. jako daty śmierci. Wydawcy zadecydowali o wyborze pierwszych dat.

Wczytanie się we wspomnienia Wandy Dzierżyńskiej, siostry Antoniego, urodzonej 8 grudnia 1877 r., pozwoliło ustalić, że matka ich Antonina z Niesłuchowskich zmarła 15 lutego 1879 r. przy porodzie syna Antoniego, tak nazwanego na cześć matki. Taka data zachowała się na jej pomniku nagrobnym na Cmentarzu Kalwaryjskim w Mińsku. Można więc domniemywać, że co najmniej rok urodzenia podany w Encyklopedii Historii Białorusi jest nieprawidłowy. W żadnym z zachowanych dokumentów nie ma daty urodzenia. Na dyplomie z 1904 r. stwierdza się, że miał 24 lata, co potwierdzałoby jego urodzenie w 1879 r.

 

„Wujaszek Toniuk”

Tak Antoniego Trepkę nazywały przynajmniej trzy poznane przeze mnie na przełomie XX i XXI wieków kobiety – Ludwika (Lula) Dzierżyńska (1908 – 2009), Julia (Ziuta) Bagniewska (1921 – 2016) i Maria (Lalka) Nekanda-Trepka (ur. w 1922 r.). Podczas spotkań z nimi czas się cofał o sto lat co najmniej. Dzięki ostatniej z nich, mieszkającej po dziś dzień w Białej Podlaskiej, zainteresowałam się na dobre losem Antoniego Nekandy-Trepki. To ona w sierpniu 1997 r. przyjechała do Gdyni i zaprosiła na spotkanie z Julią Bagniewską. A potem pojechałam do Warszawy do Ludwiki Dzierżyńskiej. 6 kwietnia 1999 r. Ludwika Dzierżyńska pisała: „Dziękuję za starania i pracę, jaką Pani podjęła dla mojego Wuja Antoniego, aby utrwalić jego wysiłek i ofiarność dla idei, jaką uznał za swoją”.

Wizyty w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej przepełnione były wspomnieniami: „Moja mama i wuj Antoni jeździli do takiego majątku, który się nazywał Zacierzew (na Mińszczyźnie). Tam gospodarowała ich ciotka. Jeździli tam na lato. Mile to lato wspominali oboje. Przez kilka lat tam jeździli. I on tam zapoznał się z ludnością białoruską. On już stamtąd wywiózł sympatię do tych ludzi. A potem jak pojechał do Petersburga. Po wojnie osiedlił się w Wilnie. W Mińsku mieszkali oni na Zaułku Zacharzewskim, głównej ulicy. Byłam w Mińsku mając raz 4 lata, a potem 7. Mój dziadek poza tym miał dwa domy nad Świsłoczą w takiej dzielnicy na obrzeżu miasta. Jego córka Jadwiga wyszła za mąż za pana Parfjanowicza, który miał dużą działkę na Zaułku Zacharzewskim i tam miał 3 domy drewniane, które wynajmował.

W 1921 r. pojechałyśmy do Wilna, bo tam był wuj Tonio, którego mama bardzo kochała. (….) Wujostwo mieli mieszkanie. Wuj pisał podręczniki po białorusku. Był bardzo porywczy. Brakowało wówczas praw człowieka. Ojciec uważał go za fanatyka. Mama wujka rozumiała, ale mówiła: „Jaki on Białorusin, on Trepka. Toniczku co ty robisz?” Ale z nim nie można było rozmawiać. Wszystkie siostry mówiły: „Przecież ty jesteś starodawny szlachcic. Co Tobie trzeba?”. On był bardzo zaangażowany i to jego zgubiło, ten ruch białoruski. Dlatego oni [sowieci] przyszli dwa tygodnie po przyjściu i jego zabrali, nie za żadne inne grzechy, nie za wykłady w szkole technicznej. Oni mieli wywiad, wszystko wiedzieli, co kto robił. Żona Julia była świętą kobietą. Takiej cierpliwości i łagodności ja nie spotykałam. Ciężko jej było żyć. Ona bardzo kochała swego męża i wzajemnie. A wuj rzucił się z głową i butami w ruch białoruski.

Wuj to był gorączka. Gdy Kazimierz dorósł do wieku szkolnego, to wuj zarządził, że pójdzie do gimnazjum białoruskiego. I wtedy bomba wybuchła – zagotowało się w rodzinie, bo wszyscy byli oburzeni, że wuj wysyła syna do gimnazjum białoruskiego: „Jak to, chcesz z niego zrobić Białorusina?”. Żona ustąpiła. Kazio bardzo dużo przeżył. On miał usposobienie matki. Był nieskończenie cierpliwy, łagodny. Nigdy nie słyszałam od niego jakiejkolwiek krytyki ojca, żalu do niego. Tak samo ciocia, nigdy nic nie mówiła, nie sprzeciwiała się. Kazio był pozbawiony kolegów polskich. Było tak. Było u mnie kilka osób młodzieży i on przyszedł. I ktoś zapytał, gdzie się uczy. Nie pamiętam, co on odpowiedział. Skończył SGH. Pracował w Warszawie. Ożenił się w 1936 r.

Aniela była częścią posagu mojej cioci. Jak wychodziła za mąż, to rodzice dołożyli jej Anielę. Był to typ starej służącej. Gderała itd., przywiązana była bez granic. (…) Bardzo lubiliśmy się z wujkiem. On miał duże poczucie humoru. Bardzo lubił żartować. A ja wiedziałam na jakie tematy nie lubi żartować. Na przykład – na temat Białorusinów. Mama uwielbiała jego.

To rodzeństwo bardzo się kochało. Bardzo szanowali i kochali macochę.

Julia Bagniewska, której mama Maria (Mura) Łowicka była rodzoną siostrą Julii Trepkowej, mieszkała w latach gimnazjalnych w Wilnie. Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni była tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem byli w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa i Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł, i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz”? – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Dokończenie nastąpi
Helena Głogowska

Памятаю Баброўку, калі яна была дзікая

Рака Баброўка зімою (Фота Янкі Целушэцкага)

Успаміны


Рэчка Баброўка – правы ціхі прыток ракі Нараўкі. Плыве яна па плоскай даліне (і, між іншым, таму яна ў многіх месцах завілістая) побач даволі доўгай вёскі Новае Ляўкова і ўплывае ў Нараўку ў канцы гэтага сяла. На ўзгорку побач ракі ды пры рухлівай дарозе з Нараўкі ў Новае Ляўкова быў вялікі драўляны вятрак Зыгмунта і Люцыяна Закшэўскіх. У пяцідзесятыя гады мінулага стагоддзя вятрак ужо не малоў збожжа. А стаяў ён яшчэ доўгі час. Відаць яго было здалёк. Я памятаю яго з таго часу,  калі Баброўку я бачыў з акна свайго дома. У далі за ёй плыве рака Нараўка і яшчэ крыху далей на гарызонце віднее магутная Белавежская пушча.

Шэсцьдзесят гадоў таму вельмі прыгожай была гэтая ціхаплынная рэчка. Вада ў ёй была чыстая-чыстая. Рэчка была натуральная, дзікая. Летам прыемна пахла. Пах ішоў ад розных вадзяных раслін і надрэчных вербаў. Яна плыла павольна. Нялёгка акрэсліць, дзе яна бярэ свой пачатак. Адно адгалінаванне вядзе з-пад Лазовага ды іншыя, даўжэйшыя, з ваколіц Леснай і Міклашэва. Усе яны цякуць на тэрыторыі Нараўчанскай гміны. У адным месцы рэчку перасякае чыгунка з Гайнаўкі ў Семяноўку.

Шэсцьдзесят гадоў таму дно ракі зарастала, між іншым, канадскай эладзеяй. На невысокіх берагах раслі купчастыя кусты вярбы, алешніку, чаромхі, каліны ды вялікія старыя вольхі (некаторыя з іх яшчэ стаяць на левым беразе). Месцамі раслі кусцікі чорных і чырвоных парэчак. У маі ў надрэчных густых зарасніках выводзіў свае чароўныя трэлі сціплы начны спявак – салавей.

Хаця гэта невялікая рэчка, але мела яна свае тайны. Мела глыбокія ямы і віры. Між іншым, вялізарнага шчупака ў глыбокай яме на рацэ каля хаты Макара Марчука злавіў бродняй мой аднавясковец Андрэй Пучынскі са сваім калегам (ён расказаў мне пра гэта). А Саша Несцярук лавіў вялікіх мянтузоў рукамі у норах або з-пад навіслых берагоў. У берагах з зараснікамі былі норы і ў іх хавалася вялікая рыба. Вялося ў Баброўцы сама менш сем-восем відаў рыб. Плотак, шчупакоў, уюноў і келбаў была процьма. А колькі было ракаў!

Даўным-даўно тут пасяліліся прыроджаныя вадзяныя жыхары – бабры. Яны мелі свае хаткі. Будавалі гаці і грэблі. Пабудаваныя імі тамы падносілі ўзровень вады і набярэжныя лугі былі падмоклымі. Не ўсюды можна было дабрацца-дайсці на бераг ракі. Часта не дазваляла на гэта глыбокая твань-дрыгва. Бывала, тапіліся ў ёй каровы. Пераважна тады, калі пускалі іх на пашу, як у нашай вёсцы кажуць, спутанымі або яшчэ інакш стрыножанымі. А яшчэ іншых з ланцугом на шыі. Мой субяседнік, той жа Андрэй Пучынскі, бачыў трагічнае здарэнне. Ён якраз адвячоркам пасвіў кароў. Раку хацеў пераехаць фурманкай селянін з суседняй вёскі Плянты. Мужчына любіў выпіць і была к таму нагода – у той дзень дакапалі бульбу. І вось ён вяртаўся падвечар дадому. На Баброўцы ў гэтым месцы не было мастка. Ехаў селянін фурманкай і конь скрунуў на глыбокі брод і тады патапіліся запрэжаны ў воз конь і мужчына, які вельмі намагаўся яго ратаваць. Вось такая здарылася трагедыя.

Над Баброўкай былі і ёсць шырокія страката-квяцістыя сенажаці. Тут прасторная маляўнічая ваколіца. Ранняй вясной цвілі жоўтыя лотаці. Летам касцы касілі лугі і ў пагодлівыя дні паветра было настоенае прыемным пахам сена. Лугі касілі летам і восенню. Уборка атавы не кожны год удавалася. Калі прайшлі праліўныя восеньскія дажджы, рэчка выступала з берагоў і залівала сенажаці. Свежаскошаную траву выносілі на драўляных дручках-насілках на грудочкі. Дасушвалі яе ўжо на панадворках. Бывала і так, што пасля праліўнога дажджу атава так і паплыла з цячэннем ракі.

Сена з абарогаў і стагоў забіралі ў стадолы зімой, калі рака і вада на лугах замярзала. Дзеці мелі дзе катацца на каньках і санках. Рабілі гэтак званыя круцёлкі з драўлянага кола ад воза і падчэпленых да дручка саначак. Лёд быў вялікі ад Баброўкі да грэблі, якую пабудавалі, каб накіраваць цячэнне ракі Нараўкі ў бок існуючага ў пачатку мінулага стагоддзя вадзянога млына. Тут на рацэ быў глыбокі стаў, акаймаваны зараснікамі. Над ставам раслі вялікія вольхі. Шмат гадоў не было смельчака, які згадзіўся б яго пераплысці з аднаго берага на другі. Пра стаў старажылы расказвалі мне легенды, між іншым, пра затоплены ў ім сундук са скарбамі.

Першыя масты цераз раку будавалі драўляныя і паабапал з балясамі. Тоўстыя палі пад іх забівалі ў дно пры дапамозе гэтак званай „бабы”. Старэйшыя людзі ведаюць, як яны выглядалі. Часта летам на мастках моладзь дамаўлялася на вечаровыя сустрэчы ды прастойвала да поўначы. На адным з мастоў з бярвенняў я сядаў з вудай і лавіў плотак і акунёў. Мы лавілі шчупакоў і ментузоў кошыкам або калыскай, у якой нас – калі мы былі малечамі – калыхалі бацькі. Некаторыя вяскоўцы мелі прыхаваныя сеці або невады. Лавіць рыб імі было забаронена. Таму цягнулі сеці і сачкі падвечар ды далей ад рухлівай дарогі. Вудзільшчыкаў таксама кантралявалі стражнікі, ці выкупілі яны г. зв. карты вудзільшчыка і якога памеру рыбы ловяць (малых рыб не дазвалялася забіраць дадому).

Баброўка жыве ў маіх ўспамінах і таму, што падчас летніх канікул я з калегамі часта прыходзіў сюды купацца. Аднойчы летам пасля вялікага дажджу ў рэчцы прыбыло шмат вады. Каля моста яе ўзровень быў мне па шыю. Я набіраў у лёгкія паветра, затойваў дух і прысядаў а вада выносіла мяне на паверхню. Я захацеў навучыцца плаваць і навучыўся.

Паўвеку таму Баброўку меліяравалі. Змяніўся пейзаж і характар навакольнай мясцовасці. Паменшыўся ўзровень вады не толькі ў меліярацыйным рове, на які замянілі Баброўку. Не хапае яе таксама ў калодзежах маіх аднавяскоўцаў. Паменшалі накосы травы на сенажацях. Зніклі-прапалі шматлікія лугавыя кветкі і рачныя расліны. Над сенажацямі не чуваць як калісьці лугавых крыклівых кнігавак. Зараз сяляне пачалі сеяць менш мінеральных угнаенняў на сенажацях. Падчас летніх невялікіх паводак яны, як гэта бывала, не сплываюць у раку-роў і ў ім зноў усё смялей і смялей разводзіцца рыба. Жыве мая Баброўка!

Янка Целушэцкі

Eugeniusz Kabatc. Młyn nad Narewką (6)

Piotr Kabac, stryj autora (zdjęcie z 1938 r.)

Rozdział VI

Zdradzeni przed świtem

 

i nie przebaczaj
zaiste
nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych
których zdradzono o świcie

strzeż się jednak
dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze
swą błazeńską twarz”
(Zbigniew Herbert, „Przesłanie Pana Cogito”)

 

I zbiegli się wszyscy bliscy z Planty do pociągu naszego na stacji Narewka, na małym dworcu jak Mała Narewka, którego już jednak nie było, jak nie było już wszystkich z tych narewkowskich stron, bo ocalonych została tylko garstka, tym mocniej garnęli nas do serca. Wjeżdżaliśmy w ten nowy polski świat, tam dalej już nieznany, kierując się ku Ziemiom Odzyskanym, więc uzupełniali nam zapasy prowiantowe wędzonkami z wiejskich komór, ciesząc się, że będziemy znowu w tym samym kraju, martwiąc się, że jednak nie tak blisko siebie.

A tu, w zwykle gwarnym domu dziadka, zrobiło się pustawo. Ciocia Tania z mężem Kieroszą przeniosła się do swojego nowego domu po drugiej stronie drogi, wujek Antoni wyjechał z rodziną na ziemie zachodnie, wcześniej wujek Kola zginął w Białymstoku z rąk niemieckich, a wujek Alosza pożegnał się z ojcem na zawsze [„A szto ja zrabliu, synok, z twajej czastkoj ziemli”? „A rabicie, szto choczacie”!] i uszedł przed frontem, przez Ruskimi, w głąb Europy… Tylko młyn wujka Filipa wciąż pykał swoją „fajkę” nad dachem motorowni…

A po domu Kabaców na Bieglukach czerniały tylko zgliszcza. Jednego Piotra, który za Niemców był wójtem w Narewce, ruscy deportowali do Omska, drugiego Piotra, który także po wojnie sekretarzował w gminie, zastrzelili Polacy… Cichym szeptem dzieliły te wieści ciocie z mamą, a słowo b a n d y pojawiało się w ich ustach, jak w kokonie lęku.

Jak to Polacy? – wzdrygnąłem na myśl o tym, że mój brat Jurek, polski żołnierz frontowy przecież, walczy teraz z bandami właśnie na południu kraju. Tam panoszą się upowcy, a tu kto? Akowcy? Miałem już szesnaście lat, wjeżdżaliśmy tym długim, towarowym pociągiem repatriacyjnym do polskiej ojczyzny, pociąg, choć stary i przepełniony ludźmi i zwierzętami, tocząc się po nowych szynach PKP, ułożonych niedawno ciężką pracą robotników na torowiskach niszczonych systematycznie przez cofających się Niemców, wiózł nas do kraju już wolnego od wojny. Wkrótce, jak tylko miniemy puszczę, w sklepiku przy stacji w Hajnówce usłyszę po raz pierwszy skierowany do mnie zwrot „proszę pana”. W tym dorośleniu pojawiały się inne miary wydarzeń i jakby próba już rozumienia ich i ocena. Ba, nawet osądzania. To w tym wieku młody człowiek odnajduje w sobie ową pewność siebie, wspartą ideałem nabytym z lektur, komunikującym się teraz ze światem dorosłych negatywnie, czasem wręcz buntowniczo. Wszak to świat niesprawiedliwy, zarządzany głupio i okrutnie, ze skutkiem wojny i tych zniszczeń wokół… Kiedy mijaliśmy ten nasz most nad Narewką, a jeszcze nim pociąg z łoskotem zanurzył się w puszczę, przez szeroko rozsunięte ku wiośnie drzwi wagonu mogłem jeszcze spojrzeć ku spalonej wsi Kabaców, w stronę tego domu z pamięci, w którym już nigdy nie spotkam się ze swoimi w rodzinnym komplecie – i coraz wyraźniej traciłem tę cenną pewność siebie, która szczęśliwie pozwoliła mi przetrwać moje zielone, choć krwią znaczone, lata. Nagle puszcza przestała być zrozumiała, także na drugim jej krańcu, w Hajnówce, choć ludzie mówili po polsku, strasznie się bali Polaków, tych leśnych, wciąż palących wsie, których nie zdążyli spalić Niemcy.

 

I oto powracam tu po roku, wjeżdżam do puszczy od zachodu, po wyborach i referendum, wioząc w sobie nową polskość, kształtowaną teraz w tej szczególnie patriotycznej szkole, jaką było liceum w Kwidzyniu nad Wisłą. Powstało ono na kilka lat przed wojną jako zdobycz mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich, płacącej potem za to krwawym haraczem życia. Szlachetna to była polskość, nie mściwa… Tu, gdy pociąg z Warszawy wtaczał się na Podlasie, wagony w środku milkły, białoruskie uczucia, język taiły w sobie i aż do końca, do granicy, tutejsi wśród pasażerów lękliwie spoglądali za okna, niepewni, czy pociąg nie zatrzyma się gdzieś w polu lub w lesie, a napastnicy nie zaczną wyławiać czerwonych i ruskich. „Bywa, bywa” – poburkiwano półgębkiem . „Bandy z bronią chodzą, strzelają nie na wiwat. Jak toj raz u Naraucy, pamiatajesz”?

Odpowiada stryjenka Maria już w Narewce: „Pamiataju”. Prowadzi mnie do mogiłki stryjka Pieti na prawosławnym cmentarzu za cerkwią. Mówi, powtarza, jakby moje wyrzuty sumienia i jej się udzieliły. Chce zagadać tę chwilę, tę swoją postawę niezbyt stanowczą, gdy szwagier zaczął zbierać się do wyjścia z domu, choć dnia było jeszcze tak mało. „Nie chadzi tam, Pietia, siadzi sionnia u chaci, prasiła, ale jon, durny, służba, każa, biez mianie gminu razniesut! Mieszkał z nami, słuchał mnie czasem, czemuż ja jego wtedy nie zatrzymała”? „Przyszliby po niego i nas by postrzelali”. Stryjek Iwan macha z rezygnacją ręką i rozgląda się bezradnie po cmentarzu. „Za rzadko tu bywamy”, stwierdza ze smutkiem, bo nie od razu odnajduje grób brata.

Mieszkają teraz znowu na Bieglukach, powrócili wiernie na swoją ziemię w zgliszczach. Dziadek Konstanty wprzągł do nowej roboty także swego najmłodszego, Pietię, który miał zatroszczyć się o przydział budulca z puszczy. Gdy się przenieśli, na cmentarz zrobił się niemały spacer. Ale zaniedbana pamięć ożywa i dokucza również po wojnie. Porządkujemy grób pełni gorzkich myśli, wplątanych w obrazy ze wspomnień cioci Marii. Jesteśmy najbliższymi Piotra: stryjek Jan to brat, stryjenka Maria – bratowa, ja – bratanek [od brata Aleksandra]. On, najmłodszy z rodzeństwa, kształcony na nauczyciela, usadowił się w końcu w gminie, przetrwał Polskę przedwojenną, sowietów, Niemców, znowu sowietów i nie zdążywszy założyć własnej rodziny, padł z rąk maruderów z AK. Nie, nieprzypadkowo – to był z zimną krwią zaplanowany mord. Oszukany przez polskich terrorystów z lasu, którzy, przebrani w mundury czerwonej władzy, zeszli ze Świnorojów do kościoła, by stamtąd o świcie, konwojując rzekomych bandytów, wtargnąć na posterunek milicji i do urzędu gminy, a potem krwawo rozprawić się z przedstawicielami miejscowej administracji. Jeszcze raz tutejsi zapłacili za odwagę gospodarowania na swoim…

Trzeba było całej epoki w nieustannym wahadle wysokich i niskich czynów, by na kanwie splecionych i splątanych strzępów opowieści, sprzecznych opinii i komentarzy, stworzyć własny obraz tamtego feralnego dnia i rozumieć sens dokonanych mordów. Szkopuł w tym, że tego nie da się zrozumieć, ta część polskiej historii była bez sensu. A Białorusini zawsze i przez wszystkich byli zdradzani jeszcze przed świtem…

Wojna miała się ku końcowi, daleko na zachodzie Niemcy gotowali się do kapitulacji, tu, wokół wiosennej puszczy, ludzie gotowali się do spokojnego życia i budowali nowe domy. Nad ranem 17 kwietnia 1945 roku, w najczarniejszej części nocy, karniacy z oddziału majora Łupaszki, wbrew rozkazom dowództwa AK przebijający się tędy z Wileńszczyzny, przebrali się w leśniczówce na skraju miasteczka za enkawudzistów i berlingowców, by od kościoła, z pomocą miejscowych konfidentów, skierować się w stronę posterunku milicji.

O dalszym ciągu wydarzeń opowiada mi mój stryjeczny brat Wiktor, z którego pamięci – niechętnej powrotom – wydobyłem, co następuje:

„Przed oddziałem prowadzono trzech „bandytów” ze związanymi rękami. Do drzwi posterunku podeszło kilku akowców w mundurach ludowego wojska. Zażądano otwarcia posterunku i osadzenia w areszcie zatrzymanych „bandytów AK”. Milicjanci dali się nabrać. Rozbrojono ich zamknięto… Niewielka grupa, już bez przebrania, wtargnęła do urzędu gminnego i do szkoły. Z gminy wyprowadzono Piotra Kabaca i Leszczyńskiego. Kierownika szkoły Wołkowyckiego zabrano z lekcji. […] W czasie wtargnięcia akowców do szkoły lekcje prowadziła nasza wychowawczyni, pani Jadwiga Stulgich. Przez okno zobaczyła, że wyprowadzają Wołkowyckiego – otworzyła drzwi i kazała nam uciekać. Nasza gromadka z Zabłotczyzny i Minkówki dobiegła do rzeki i jej brzegiem uciekaliśmy do mostu, przy którym był wodny młyn. Zatrzymaliśmy się, bo po drodze zgubiliśmy Galę Biegluk i Zdanowską z Zabłotczyzny. Wtedy usłyszeliśmy serię wystrzałów z broni maszynowej i kilkanaście pojedynczych. Skazanym strzelano najpierw w nogi, a potem dobijano ich z pistoletu. Tak rozstrzelano wszystkich, także milicjantów… Kiedy dotarliśmy do mostu, oddział pośpiesznie wracał już do Świnoryj. Ale dostrzegł nas, pamiętam, taki jeden bardzo wysoki z automatem na ramieniu, podbiegł do nas, zabrał nam woreczki [tornistrów jeszcze nie mieliśmy] i wrzucił do rzeki ku uciesze kompanów (nie wiem dlaczego, ale nie poczuliśmy wtedy strachu i pewnie dlatego tak dobrze to zajście pamiętam). W woreczkach mieliśmy po czarnej tabliczce, grysiku do pisania, po kawałku szarego papieru i chemicznym ołówku. Był tylko jeden zeszyt, w kratkę, do rachunków…

Po egzekucji na drewnianym słupie elektrycznym wywieszono wyrok: „Za zdradę Ojczyzny sąd polowy skazał na śmierć działaczy PPR i komunistów – wyrok wykonano”. Podpisał: „kpt. Burza”.

Relacja Jerzego Szymaniuka w książce „Piękno Ziemi Narewkowskiej” niewiele się różni: Por. Nowina w przebraniu sowieckiego kapitana prowadził grupę żołnierzy w berlingowskich mundurach, konwojujących sześć osób ucharakteryzowanych na ujętych członków organizacji AK i dezerterów z LWP. Grupa „Nowiny” nie wzbudziła podejrzeń.[…] Została wpuszczona na posterunek MO, ponieważ wzięto ją za pododdział KBW. Milicjantów rozbrojono bez walki. Szeregowych puszczono wolno. W tym czasie przybyła pozostała część oddziału z mjr. Łupaszką. Przeprowadzono rekwizycję żywności w miejscowej spółdzielni. Zerwano linię telefoniczną, zniszczono centralę i aparaty telefoniczne. Przed opuszczeniem miasteczka przystąpiono do likwidacji sowieckich agentów i informatorów, zgodnie z opracowaną wcześniej listą, na której znaleźli się sekretarz GRN Piotr Kabac, wójt gminy Jan Leszczyński, gajowy Mikołaj Lewsza oraz nauczyciel Aleksander Wołkowycki, a także komendant milicji, który jednak zdążył uciec”.

A Zarząd Gminny w swoim raporcie z tych krwawych wydarzeń, opracowanym w dwa tygodnie później, donosi, że „w dniu 17 IV rb. między godz. 9 a 10 rano na os. Narewka napadła banda, która ukrywa się w miejscowych lasach. W czasie napadu dwóch z bandy napadło na lokal Zarządu Gminnego i jeden z bandytów wpadając do kancelarii Zarządu Gminnego pytał się: „Banditow zdieś niet?”, i zaczął plądrować po szufladach stołów, domagał się dokumentów partyjnych. Po splądrowaniu wybiegł na ulicę z powrotem wrócił, a z nim drugi z karabinem, którzy rozkazali pracownikom oraz wójtowi gminy zejść do gabinetu sekretarza i zaczęli legitymować, żądając dokumentów. Jeden z bandy stojąc w drzwiach z karabinem, a drugi przy biurku z automatem zapytał się na stojącą kasę – co to jest i podszedł z wójtem i rachmistrzem Kabacem do kasy, zabrał gotówkę w sumie 9000 zł oraz spisy mężczyzn urodzonych w latach 1927-1911 włącznie. Po zabraniu gotówki obrewidował wójta gminy i Kabaca Piotra i zabrali z sobą, których postrzelali w Narewce koło posterunku milicji, a pozostałym pracownikom powiedzieli, aby nie wychodzili do ich przyjścia. Oprócz wyżej wymienionych zostali zabici: Wołkowycki Aleksander – radny gminy i Lewsza Mikołaj – gajowy…”.

I jeszcze takie czyjeś znaki pamięci po wojnie na tej nieszczęsnej ziemi: „II wojna światowa to dla nich kilka zagubionych na niebie bomb. Strach przychodzi w 1945 roku i ma oczy Żołnierzy Wyklętych. Dziadek Sulimy zamiast w polu, stoi z grabiami na krańcu wsi. Znają los Zaleszan, Potoki, Krasnej Wsi, gotowi są walić w krowie dzwonki, gdyby z lasy wyszli wyklęci”. To z najnowszej książki Marcina Kąckiego „Białystok, biała siła, czarna pamięć”, która nie zamyka spisanych i niespisanych scen i obrazów z tej „siódmej pieczęci” bratobójczej historii. Cień rzuca cień. Najciemniej jest przed świtem, to wtedy rozum usypia najmocniej i rodzą się demony. I te czynów morderczych, i te późniejszych lęków. Coraz mniej jest świadków, krew na dokumentach płowieje, pamięć chroni się w dobrotliwym kokonie czasu. I gdy kultura życia zamienia przeszłość w historię, jej nieudana córa-polityka, niczym wiedźma nad tyglem trucizn, budzi widma dalekiej wojny i ich ofiary. Aż po ofiary ofiar…

Першы перакладчык „Слуцкіх ткачых” Максіма Багдановіча

Спадчына

Яшчэ са школы мы памятаем самыя цікавыя і шчырыя ўрокі роднай літаратуры, асабліва тыя, калі вывучалася паэзія Максіма Багдановіча. Памятаецца, калі настаўнікі нам распавядалі пра паэзію Максіма Багдановіча і называлі яе глыбока рэалістычнай. Любоў да Радзімы – была адна з галоўных тэм лірыкі Максіма Багдановіча. Ў ёй паэт паказаў моцную прывязанасць простых людзей да Беларусі, да роднай зямлі. Так нам расказвалі настаўнікі.

Падчас паездкі ў 1911 годзе ў Вільню Максім Багдановіч пазнаеміўся з рукапісамі старажытных беларускіх кніг. Яго зацікавіла гістарычнае мінулае беларускага народа і пад уражаннем ад іх напісаў у 1912 годзе верш „Слуцкія ткачыхі” з цыкла „Старая Беларусь”. Верш „Слуцкія ткачыхі” – адзін з лепшых твораў гэтага цыклу. У ім уваскрашаецца далёкае мінулае Беларусі, паказваецца паднявольная праца слуцкіх ткачых у час прыгону. А вобраз васілька набывае ў вершы абагульняючае значэнне. Ён зліваецца з вобразам Радзімы, становіцца сімвалам народнага мастацтва. У вершы „Слуцкія ткачыхі” паэт раздумвае над лёсам беларускіх мастакоў і над сутнасцю мастацтва. Гэты верш вельмі прыгожы, у ім аўтар спрабуе расказаць пра тое, што сапраўднае мастацтва нельга стварыць пад прымусам. Паясы ператварыліся ў шэдэўры толькі тады, калі ткачыхі ўклалі ў іх сваю душу. Паэт хацеў перадаць на колькі цяжкі быў той час, калі людзі былі не вольныя рабіць тое, чаго хацелася ім. Час, калі людзі цалкам залежалі ад гаспадара, выконвалі толькі тое, што хацелася і падабалася яму:

Ад родных ніў, ад роднай хаты
У панскі двор дзеля красы
Яны, бяздольныя, узяты
Ткаць залатыя паясы…

Так нам, школьнікам, распавядалі настаўнікі пра цудоўны верш Максіма Багдановіча „Слуцкія паясы”. І ўсе школьнікі вучылі яго на памяць. І сёння мы гэты хрэстаматыйны верш можам расказаць з любой вялікай ці маленькай сцэны.

Яшчэ пры жыцці Максіма Багдановіча яго верш „Слуцкія паясы” быў перакладзены на польскую мову і апублікаваны ў часопісе „Wie Ilustrowana” (1913, № 9. С. 31). Верш на польскую мову пераклаў літаратар, паэт, педагог і перакладчык Юзаф Вяжынскі (1871-1941). Часопіс „Wie Ilustrowana” апублікаваў „Слуцкія паясы” па-беларуску і па-польску. Цікава, а ці ведаў пра гэта сам Максім Багдановіч?

 

Слуцкія ткачыхі

Ад родных нiў, ад роднай хаты
У панскi двор дзеля красы
Яны, бяздольныя, узяты
Ткаць залатыя паясы.
I цягам доўгiя часiны,
Дзявочыя забыўшы сны,
Свае шырокiя тканiны
На лад пярсiдскi ткуць яны.
А за сцяной смяецца поле,
Зiяе неба з-за акна, –
I думкi мкнуцца мiмаволi
Туды, дзе расцвiла вясна;
Дзе блiшча збожжа ў яснай далi,
Сiнеюць мiла васiлькi,
Халодным срэбрам ззяюць хвалi
Мiж гор лiючайся ракi;
Цямнее край зубчаты бора…
I тчэ, забыўшыся, рука
Замiж пярсiдскага узора
Цвяток радзiмы васiлька.

 

Słuckie tkaczki

Z rodzimych niw, z rodzimej chaty
Na pański dwór dla marnej krasy
Wzięto bezdomne, bez zapłaty
Tkać one złotolite pasy.
I cięgiem w długie te godziny,
Dziewicze zabaczywszy sny,
Szerokie, barwne swe tkaniny
Przetykasz na wzór perski ty.
Za ścianą tuż wre śmiechem pole,
Przyświeca niebo z okna krat
I dumka rwie się mimo woli
Tam, kedy wiosną zakwitł świat
Gdzie lśni się zboże w jasnej dali,
Bławatków gdzie modrzeje łan,
Gdzie chłodem srebra drga grzbiet fali
Rzeki, pędzącej z góry w tan,
A w dali ciemna obrzeż boru…
I w zapomnieniu z pod twych rąk
Zamiast obcego Persów wzoru
Wykwitł bławatków swojskich pąk.

 

Пры жыцці беларускі літаратуразнавец і мой зямляк Янка Саламевіч (1938-2012) вельмі зацікавіўся асобай Юзафа Вяжынскага. Ён шукаў пра яго звесткі, але да канца сваю справу не давёў. Я дапамагаў яму ў пошуках матэрыялаў пра першага перакладчыка „Слуцкіх паясоў”. За той час пошукаў нам удалося даведацца пра тое, што Юзаф Вяжынскі шчыра сябраваў з мастаком Фердынандам Рушчыцам (1870-1936).

Юзаф Вяжынскі і Фердынанд Рушчыц разам вучыліся ў 1883-1890 гадах у Менскай дзяржаўнай класічнай гімназіі. Вось як згадвае Юзаф Вяжынскі пра таго ж Рушчыца: „Фэрдзя быў першым вучнем на працягу ўсёй вучобы ў гімназіі, яго імя штогод змяшчалася на залатой табліцы. Для яго не было цяжэйшых і лягчэйшых прадметаў, як па лаціне ці грэцкай, так і па рускай мовах і матэматыцы ён атрымліваў самыя высокія адзнакі. Быў не толькі здольны ў навуках, але і ўпарты ў працы”. На працягу ўсёй вучобы Фэрдынанд наведваў урокі малюнка. У Вільні яны нават пэўны час жылі ў адным доме. А ў пачатку 1930-х гадоў ездзілі разам на Крэўскі замак. Вяжынскі нават напісаў артыкул пра свайго сябра і мастака Рушчыца: „Dzieciństwo i młodość Ferdynanda Ruszczyca” (Ferdynand Ruszcyc – Życie i dzieło, Wilno, 1939. S. 23).

Да 1919 года Вяжынскі быў сябрам камітэта, які аднаўляў Віленскі ўніверсітэт, нават пэўны час быў там выкладчыкам, а таксама прысяжным перакладчыкам акруговага суда ў Вільні. Ён часта чытаў лекцыі пра творчасць свайго сябра-мастака.

Пражыў Юзаф Вяжынскі 66 гадоў. Памёр у Вільні, дзе і пахаваны на бернардзінскіх могілках.

Прыгадаў я пра перакладчыка „Слуцкіх паясоў” Юзафа Вяжынскага з нагоды 125-годдзя з дня нараджэння Максіма Багдановіча, якое будзе адзначацца сёлета 9 снежня. Таму прапаную „Czasopisu” верш класіка беларускай літаратуры на польскай мове ў перакладзе Юзафа Вяжынскага і па-беларуску.

Сяргей Чыгрын

Рака Нараўка паўвека таму

Рака Нараўка сёння (Фота Губэрта Закшэўскага)

Рака Нараўка жыве ў маіх успамінах. Я нарадзіўся ў Новым Ляўкове – вёсцы, якая знаходзіцца непадалёк ад гэтай ціхай і спакойнай ды некалі рыбнай ракі. Добра памятаю яе з часоў майго дзяцінства. Тады я быў зачараваны акружаючым светам. Па сённяшні дзень вобразы з дзяцінства для мяне самыя прыгожыя і чамусьці бачаныя толькі ў яркія сонечныя дні. Якая была тады празрыстая вада ў рацэ, найлепш памятаю яе якраз у летнюю пару. Тады мы з братам хадзілі лавіць рыбу і купацца. Збіралася моладзь з Новага Ляўкова, Старога Ляўкова, Падляўкова, Ахрымоў ды Лазовага.

Рэчка Нараўка была тады акаймаваная зараснікамі вербалозу, чаромхі і кустамі парэчак чырвоных і чорных. На яе берагах высіліся таксама вольхі і вербы. Вада была чыстая-чыстая. Было многа розных відаў рыб. У сонечны дзень яе было выразна відаць, як плавала па дне або выплывала на паверхню вады. Можна было ў ёй перабіраць. Каб налавіць плотак або акунёў дастаткова было мець такую-сякую вуду. Мы найчасцей хадзілі з вудамі у г. зв. ралы, дзе ў Нараўку ўплывала рачулка Баброўка. Яна плыве за клунямі ды хлявамі сялян Новага Ляўкова. Тут у пагодлівыя дні мы праседжвалі да ночы, вечарам распальвалі вогнішча. Мае сябры лавілі рыбу нават рукамі з-пад навісаўшых над вадою берагоў ды з-пад кустоў вярбы і алешніку.

Што мы тады ведалі пра раку? Пэўна тое, што плыве яна недзе ад вёскі Нараўка, дзе быў мост і вадзяны млын. Пасля ўжо даведаліся, што Нараўка плыве цераз Белавежскую пушчу і свой пачатак бярэ за мяжой з Беларуссю, а там недзе з балоцістых мясцін названых Дзікім Нікарам. Калі мы крыху падраслі і былі ў гарцэрскім лагеры на беразе ракі каля Кардону (гэтая мясціна каля Лешукоў), мы схадзілі ў тое месца, дзе Нараўка ўпадае ў Нарву, каля Бяндзюгі, якая знаходзіцца на яе правым беразе. Тут і ўрочышча Воўчае горла. Рэчка ў некаторых месцах такая завілістая, што плыве наперад, то зноў паварочвае ўбок ды назад. Мы любаваліся „сваёй” ракой. А ўлетку на надрэчных сенажацях колькі было буслоў! Да ракі прыляталі ўвішныя ластаўкі. З яе берагоў бралі балотны „будулец” на гнёзды.

Рака Нараўка не была меліяраваная (а хацелі гэта зрабіць, каб выгадней было гнаць плыты-глені) і таму яна захавалася найбольш натуральная, месцамі дзікая. У некаторых месцах ёсць глыбокія ямы. Там і віры. Дзядзька Кірыл са Старога Ляўкова мне расказаў пра трагічныя здарэнні. На лугах над Нараўкай былі такія месцы, дзе тапіліся ў балоце коні і цэлыя фуры з сенам. Падчас вясенніх паводак рака выступала з берагоў і залівала прасторныя набярэжныя лугі і сенажаці. Калі вада сплывала-ўступала зноўку ў берагі, мы лавілі шчупакоў проста бегаючы па выгане. Падчас веснавых і асенніх паводак у пяцідзесятых гадах па Нараўцы яшчэ сплаўлялі пушчанскія бярвенні. Я бачыў, як ранняй яшчэ халоднай вясной з цячэннем вады плылі дзядзькі-арэльшчыкі на павязаных бярвеннях г. зв. гленях.

Паўсотні галоў таму рака Нараўка была маляўнічая. Я тады рабіў здымкі фотаапаратам (была гэта ўзнагарода „Зоркі”) і дасылаў іх у „Ніву”. Такім чынам у нашым беларускім штотыднёвіку можна іх знайсці і палюбавацца той ранейшай прыгажосцю пушчанскай ракі.

Пяцьдзесят сем гадоў таму ў „Зорцы” быў здымак прыгожага дзікага става ў канцы цячэння рачулкі Баброўкі, прытока Нараўкі. Тут быў даволі вялікі вадзяны млын. Месца гэтае называлі „бухтай”. У ставе была злоўлена ў сець вельмі ж прыгожая вялікая плотка, каралева ўсіх тут рыб. Я быў у тым часе ля „бухты”, але не меў з сабой фотаапарата. Як памятаю, была цёплая сонечная нядзеля. Дзеці прыбеглі ўжо тады, калі рыбаловы пацягнулі доўгую сець. На берагах става раслі тоўстыя стройныя вольхі ды высокі аер. Зараз мала хто пра колішні стаў ведае. На плыткіх месцах гэтага вадаёма раслі жоўтыя рачныя лілеі. Дзяўчаты плялі з іх прыгожыя вянкі. Мы іх прыносілі дадому на букет разам з іншымі лугавымі кветкамі.

Увогуле яшчэ не так даўно берагі Нараўкі былі ў купчастых зарасніках. У іх зімой днём сядзелі-хаваліся зайцы. Сярод лугоў па кустах здалёк відаць было, дзе цячэ рэчка. Цяпер берагі „голыя” за справай баброў. Яны ссеклі вольхі ды перацерабілі зараснікі на адным і другім беразе ракі. Рака мае крыху больш за 60 кіламетраў даўжыні. Адна трэцяя частка яе знаходзіцца на тэрыторыі Беларусі. Зараз гэта ўжо не тая рака, якая была 50-60 гадоў таму. Яна памялела і мне падаецца сумнай. Цяпер яна з аголенымі берагамі. Можна сказаць, што над вадой амаль няма дрэў (а былі перш-наперш маладыя і старыя дуплястыя вольхі а нават дубы на ўзгорку пасярод новаляўкоўскіх сенажацяў, няма густых кустарнікаў вельмі пахучай у маі чаромхі і язміну. Няма кусцікаў чырвоных і чорных парэчак (гэтыя апошнія называюць смуродзінамі). Як след другой сусветнай вайны асталася яма на сенажацях паміж ракой Нараўкай і Баброўкай. Нямецкі пілот не захацеў кінуць бомбы на вёску, кінуў яе перад вёскай, а другую за сялом, у кусты. Ад выбухаў шыбы паляцелі з вакон. Пра гэта расказалі мае бацькі. А тая яма знаходзіцца на г. зв. лонцы маіх бацькоў. Вада ў ёй не высыхае.

Дзе адплыла і падзелася тая рыба, якой было ў пушчанскай рэчцы многа?.. Прапалі і ракі (сяляне кажуць, што ад „навозаў” рассяваных на лугах). Няма і тых ранейшых маіх сяброў па рыбалцы (некаторыя з іх выехалі ў блізкія і далёкія гарады або памерлі заўчасна і асталося няшмат). Час няспынна плыве і плыве як вада ў рацэ. Прайшлі мае маладыя гады. Надышла няўхільная старасць. Мне шкада, што так хутка праляцелі гады. Часу не вернеш назад. Нахлынулі ў галаву яркія ўспаміны мінулага. Пачаў іх запісваць. Патомныя прачытаюць. Я люблю чытаць успаміны пражытага ў цікавых людзей. Такіх успамінаў не заставілі па сабе мае аднавяскоўцы. Я прасіў напісаць успаміны старэйшага ад сябе аднавяскоўца, якому 86 гадоў і які зараз жыве ў Варшаве. Нічога не выйшла. Сёлета ў сваю родную вёску ды ў бацькоўскі дом не прыехаў. Прыслаў грошы па пошце, каб я заплаціў падатак. А было б цікава прачытаць пра мінулае маёй вёскі і пра некаторых чымсьці праслаўленых людзей, якія адышлі ад нас назаўсёды.

Янка Целушэцкі

Перажыць жывым зубром

Існаванне зубра ўсё яшчэ знаходзіцца пад пагрозай (Фота Барбары Бірыцкай)

З пачатку 70-х гадоў, калі колькасць зуброў на волі ў дзікай прыродзе ў Белавежскай пушчы перавысіла 200 штук (яны выгінулі ў 1919 годзе і ў 1929 годзе пачалася праграма аднаўлення, якая працягваецца да сёння), пачалася рэгуляцыя статка белавежскага зубра шляхам экспарту і ліквідацыі асобнікаў хворых. Ад пачатку зубры знаходзіліся пад апекай супрацоўнікаў Белавежскага нацыянальнага парку.

На працягу многіх гадоў БНП атрымлівае дазвол на ліквідаванне (шляхам адстрэлу) каля 40 зуброў. Крытэрыі для ліквідацыі (эўтаназіі праз забой) выразна вызначаны. Інфекцыйныя і метабалічныя захворванні, таксама траўматычныя, з-за сутыкнення з грузавымі аўтамабілямі, цягнікамі, з-за зламаных канечнасцяў пасля баёў самцоў. Элімінуюцца таксама асобіны, якія вядуць сябе агрэсіўна ў адносінах да людзей ці хатняй жывёлы. Падставай тыпавання зубра для ліквідацыі ёсць меркаванне камісіі, якая складаецца з супрацоўнікаў БНП з-за ў першую чаргу інфекцыйных захворванняў і іншых умоў, якія выклікаюць пакуты жывёл. У зубра гэта ў асноўным некратычнае запаленне крайняй плоці (у самцоў), інфекцыі дыхальных шляхоў і іншых органаў цела, і агульныя інфекцыі, парушэнні апорна-рухальнага апарата. Інфекцыйныя захворванні, сцверджаныя ў зуброў уяўляюць эпізаатычную пагрозу для іншых жывёл, а часам і для людзей (сухоты, грыбковыя інфекцыі, пастэрэлез). Усе элімінаваныя зубр падлягаюць ускрыццю, ствараюцца пратаколы ўключаючыя інфармацыю аб прычынах, узросце і месцы ліквідацыі зуброў. Але перш за ўсё, пратакол змяшчае інфармацыю аб выяўленых паталагічных зменах, з фотадакументацыяй. Ліквідаваныя асобіны з’яўляюцца вельмі каштоўнай крыніцай ведаў аб стане здароўя насельніцтва зуброў, а таксама іх фізіялогіі, анатоміі і генетыцы.

З гэтага ліку 40 штук, якія могуць быць вылучаныя на ліквідацыю, персанал парку штогод тыпуюць каля 20 штук.

Адстрэлы выконваюць у асноўным супрацоўнікі парку (з правам на выкарыстанне паляўнічай зброі), але здарылася так, што рабілі іх мясцовыя паляўнічыя, як вядомы ў Белавежы Вінцэнты Няроба. Акрамя таго, кожны год ад натуральных прычын у пушчы падае каля 15-25 штук зуброў. Кожны год нараджаюцца ў пушчы 50 – 70 зубранят. У розныя гады, Парк высылае некалькі зуброў у замежныя гадоўлі (у апошні час у Іспанію, Германію, Румынію, Нідэрланды). Большая частка мяса вырабленага са ліквідаваных зуброў прызначана на корм драпежнікаў у Паказных запаведніку зуброў або утылізаваная ў выпадку вялікіх паражэнняў.

Часам мяса ліквідаваных зуброў можа быць прададзена фірме якая мае права ўводу на рынак мяса дзікіх жывёл. Гэта адбываецца, калі склады мяса для драпежнікаў запоўненыя, і зубровае мяса ўведзенае на рынак не пагражае жыццю і здароўю спажыўцоў. Таму нельга сказаць, каб дазвол на адстрэл зуброў меў значнасць у абмежаванні колькасць зуброў. Яна служыць для падтрымання лепшага стану здароўя статкаў, асабліва ў зімовы перыяд, калі ў вялікіх статках хвароба можа хутка распаўсюджвацца.

Навінкай з’яўляецца ўключэнне паляўнічых, якія з’яўляюцца супрацоўнікамі дзяржаўных лясоў, але ў адзіночку яны могуць выканаць ліквідацыю зуброў толькі ў радыкальных выпадках (жывёл якія атрымалі раненні ў выніку няшчаснага выпадку), у іншых выпадках рашэнні прымаюцца супрацоўнікамі парку. Таму, да таго часу, пакуль няма юрыдычнага дазволу на камерцыйнае паляванне на зубра (а ў апошні час з’явіўся такі пастулат) і калі супрацоўнікі парку клапоцяцца пра зуброў, няма чаго турбавацца пра іх лёс.

 

Натуральная смяротнасць і ліквідацыя з гадоўлі

У свабодным статак зуброў бытуючых у Белавежскай пушчы назіраецца нізкі ўзровень натуральнай смяротнасці, які не перавышае 3% ад іх стану. З пачатку існавання вольнага бытавання (1952-2014) здохла 453 (264, 189) зуброў. Услед за адсутнасці селекцыйных фактараў у зуброў назіраецца рэдкая ў прыродзе з’ява смерці з-за старасці (7%) смерцяў. Найбольш важнымі прычынамі смерці зуброў з’яўляюцца траўмы (у асноўным у выніку дарожна-транспартных здарэнняў), захворванні мочапалавой сістэмы ў самцоў (МСС), паразітарныя захворванні, браканьерства і г.д. Навінкай, якая назіраецца на працягу некалькіх гадоў, з’яўляецца смерць зубра ў выніку драпежніцтва ваўкоў (каля 3 % смерцяў).

Трэба мець на ўвазе, што існаванне зубра яшчэ знаходзяцца пад пагрозай. Высокае сваяцтва ўсіх зуброў можа прывесці да зніжэння імунітэту і выдавання генетычных дэфектаў. Асобныя групы зуброў могуць сустрэцца з мясцовымі экалагічнымі пагрозамі. У Белавежскай пушчы належыць да іх скарачэнне харчовых рэсурсаў і часовая недаступнасць пітной вады падчас працяглай засухі, канкурэнцыя з боку іншых капытных (аленяў), канфлікт з вядзеннем лясной гаспадаркі і сельскай гаспадаркі, інвазія насякомых і адсутнасць міграцыі. Пастаяннай пагрозай для папуляцыі зуброў з’яўляюцца вірусныя захворванні, бактэрыяльныя і паразітарныя захворванні і тыя якія ўзнікаюць з незразумелага паходжання, як мочапалавыя хваробы самцоў у Белавежскай пушчы

У Белавежскай пушчы трапляецца асабліва жорсткі тып браканьерства – пасткі. Пасткі, як правіла, выкананы з некалькіх путаў плеценага дроту і канцом прымацаваны да дрэва. Пасткі ўсталёўваны на шляхах міграцыі жывёл. Зубр даволі выпадковая ахвяра і трапляе ў пасткі, устаноўленыя на аленяў, дзікоў і ланяў. Кожны год трапляецца некалькі выпадкаў траўмы ці нават гібелі зуброў з-за гэтага. Часта пятля зацягваецца на канечнасцях, а часам і на шыі, галаве альбо рагах. Небяспечныя тоўстыя сталёвыя трасы, якія не даюць вызваліцца звяру, а таксама тонкiя, якая заціскаюцца на канечнасці, выклікаючы цялесныя пашкоджанні.

З пачаткам натуральнага ўзнаўлення наступіў хуткі росту вольнага статка зуброў у 1958 – 1970 гадах. У 1971 годзе колькасць зуброў перавысіла 200 асобін, а ў 2014 годзе ў польскай частцы пушчы было ўжо 522 асобіны. Празмерная колькасць зуброў можа прывесці да неспрыяльных зменаў у навакольным асяроддзі. Прыкладам гэтага можа быць сітуацыя ў пачатку дваццатага стагоддзя. У Белавежскай пушчы жыло тады 727 зуброў, 700 ласёў, 2100 аленяў, 4500 сарнаў, 1500 дзікоў і 600 ланяў. Лік аленяў павялічыўся ў 1914 годзе да 6800 штук. Жывёлы згрызаючы маладое пакаленне дрэў знішчалі натуральную рэгенерацыю лесу. Стан і здароўе зуброў было дрэннае. З улікам гэтага вопыту, у момант перавышэння колькасці 200 асобін у 1971 годзе сталі абмяжоўваць колькасць зуброў шляхам ліквідацыі племянных жывёл менш каштоўных, напрыклад, хворых, кульгавых, агрэсіўных і настойліва выходзячых на палеткі. Рэдукцыю здаровых асобін праводзілі, стараючыся не парушыць структуру насельніцтва, якая склалася ў перыядзе, у якім не ўмешваліся ў жыццё свабоднага статка. У апошнія гады ў польскай частцы Пушчы ліквідацыя ажыццяўляецца на нізкім узроўні, і ліквідуюцца толькі хворыя, нямоглыя або агрэсіўныя асобіны.

Свабодная папуляцыя зубра павінна ў стане функцыянаваць у натуральных умовах на працягу доўгага часу, але ў той жа час не павінна аказваць празмерны ціск на навакольнае лясное асяроддзе. Нядаўна вярнулася пад абмеркаванне пытанне аб неабходнасці вызначэння аптымальнай колькасці зуброў у Белавежскай пушчы. Спрэчкам і рознагалоссю, здаецца, не будзе канца, і папуляцыя зуброў у польскай і беларускай частцы пушчы набліжаецца да ўзроўню 1000 асобін. Белавежская пушча з’яўляецца зялёным востравам аколеным палямі, лугамі і населенымі пунктамі, у дадатак праз яе цэнтр перасякае голая ад лесу паяса – дзяржаўная мяжа, уздоўж якой знаходзіцца плот. Па гэтай прычыне магчымасць міграцыі зуброў абмежавана, і ўзрастае шчыльнасць у раёнах якія інтэнсіўна выкарыстоўваюць зубры.

Выбівацца са статку будуць у першую чаргу асобіны хворыя, агрэсіўныя, і цяляты позна народжаныя. Калі міністр навакольнага асяроддзя дае згоду, адстрэлы праводзяцца да вясны, заўсёды пад строгім кантролем спецыялістаў.

Кожны год у зімовы перыяд зубры якія свабодна пражываюць у Белавежскай пушчы, падкормліваюцца. Недахоп падкормкі ўзімку выклікаў бы вялікую ступень узаемадзеяння зуброў на лес і непазбежнасць канфліктаў з насельніцтвам вёсак распаложаных у пушчы ці размешчаных на краі ляснога масіву – паведамляе Белавежскі нацыянальны парк на сваім вэб-сайце, апісваючы жывёлу, якая з’яўляецца сімвалам гэтага парку. У рамках падрыхтоўкі да зімовай падкормкі зуброў на іх патрэбы нацыянальны парк збірае запасы сена, сіласу, буракоў, аўса і кукурузы. Калі ёсць снег і мароз і знайсці ежу ў лесе цяжка, зубры збіраюцца ў месцах, дзе выкладваюць ім корм супрацоўнікі парку і леснікі.

На здымку – дваццацігадовы зубр які прыходзіў ратавацца ў Семяноўку, ліквідаваны з-за мочаполавай хваробы.

 

Міраслава Кастанчук

Żubr Siehenia

Tadeusz Sieheń z upolowanym przez siebie żubrem („Łowiec Polski” nr 9/1907)

Od czasu do czasu zdarza się, że pojedyncze żubry opuszczają teren Puszczy Białowieskiej. Czynią tak w poszukiwaniu pokarmu lub z innych, im tylko wiadomych, powodów. Gdy taki wędrownik natrafi na zasobną bazę pokarmową (w zimie jest to najczęściej stóg siana), zatrzymuje się w tym miejscu na dłużej.

Z takim właśnie przypadkiem zetknął się na początku zeszłego stulecia Tadeusz Sieheń, właściciel majątku Kraski, położonego w powiecie wołkowyskim (gub. grodzieńska), a więc w stosunkowo niewielkiej odległości od Puszczy Białowieskiej. Jeden ze starych żubrów-byków porzucił białowieskie pielesze i zatrzymał się na terenie wspomnianego majątku. Upodobał sobie kopiec z ziemniakami, który rozgrzebywał i zajadał się odkrytymi w nim smakołykami. Robił też spacery po najbliższej okolicy, wyrządzając niemałe szkody i innym gospodarzom. Podejmowane przez nich próby przepędzenia natręta kończyły się niepowodzeniem, żubr bowiem jest zwierzęciem upartym, nieustępliwym.

Siehieniowi nie pozostawało nic innego, jak tylko wystąpić do władz o pozwolenie na zabicie czworonożnego rabusia. Próbował kilkakrotnie, aż w styczniu 1907 roku stosowny dokument, zatwierdzony przez cara Mikołaja II, otrzymał. Ziemianin z początku nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. W obawie, że władze mogą się rozmyślić i zezwolenie cofnąć, szybko zebrał ludzi i urządził obławę na podjadacza ziemniaków. Tak się złożyło, że żubr wyszedł wprost na Siehenia. Właściciel majątku oddał dwa celne strzały. Mimo to śmiertelnie raniony żubr zaczął uciekać, jednakże dogoniono go i zabito.

Sieheń nie ukrywał swej radości. Pozbył się szkodnika i jednocześnie pozyskał wspaniałe trofeum, którego mu wszyscy w okolicy zaczęli zazdrościć. Sama skóra żubrza nie wydała mu się dostatecznie dobrą pamiątką, więc postanowił, że odda żubra do wypchania, robiąc z niego eksponat. Prace te zlecił Pracowni Wypychania Ptaków i Zwierząt Wiktora Łastowskiego w Warszawie. W lecie 1907 roku eksponat był już gotowy. W warszawskiej prasie zaczęły się pojawiać ogłoszenia, zachęcające do obejrzenia tego „nadzwyczajnej piękności i wielkości” zwierzęcia. Wypchany okaz można było oglądać od 8 rano do 8 wieczorem w lokalu przy Krakowskim Przedmieściu 38.

Jesienią 1907 roku eksponat ten został wystawiony czasowo w sali recepcyjnej hotelu „Bristol” w Warszawie, gdzie wzbudzał ogromne zainteresowanie gości. W 1912 roku wypchany żubr trafił na Wystawę Sportowo-Przemysłową, którą urządzono w Warszawie. Ustawiono go przy ścianie południowej pawilonu, pomiędzy drzwiami frontowymi. Eksponat i tutaj przyciągał uwagę. Tadeusz Siehień zdobył za niego wielki złoty medal.

Po zakończeniu wystawy żubr powrócił na Grodzieńszczyznę. Można tak wywnioskować na podstawie notatki zamieszczonej na łamach „Nowej Gazety Łódzkiej” (nr 3 z 5 stycznia 1914 roku), którą przedrukował „Goniec Częstochowski” (nr 15 z 15 stycznia 1914 roku). Notatka nosi tytuł „Historyczny żubr”, a jej treść jest następująca:

„W majątku Ziemiewicze, należącym do p. Siehenia, pod Grodnem znajduje się wypchany żubr nadzwyczajnej wielkości, zabity w 1873 r. Historja jego jest następująca: Żubr ten przez szereg lat odwiedzał majątek i robił duże szkody w gospodarstwie, aż w końcu właściciel majątku zdołał uzyskać Najwyższe zezwolenie na zabicie zwierzęcia i w 22 sierpnia 1878 roku na polowaniu je zabito”.

Uważny czytelnik dostrzeże pewne niezgodności z podanymi wcześniej faktami, które mogą nasunąć wątpliwości, czy rzeczywiście chodzi o ten sam eksponat? W notatce wymieniono konkretną datę zabicia żubra, tj. 22 sierpnia 1873 roku. Ale bez wątpienia jest ona błędna. Nie ma bowiem podstaw wątpić, że żubr został zastrzelony w początku 1907 roku. Dowodzi tego zdjęcie Tadeusza Siehienia przy zabitym żubrze, które zostało zamieszczone na stronie tytułowej „Łowca Polskiego” – nr 9 z 1 maja 1907 roku. Pejzaż na zdjęciu jest zdecydowanie zimowy, w niczym nie przypomina letniego. Wcześniej to samo czasopismo zamieściło także wzmiankę o tym polowaniu (zob. nr 6 z 16 marca 1907 roku). Poza tym, Tadeusza Siehienia z Krasków w 1873 roku nie było jeszcze na świecie – urodził się on dopiero w 1880 roku.

Wydaje się, że autor notatki w łódzkiej prasie skojarzył w jedną osobę dwóch Tadeuszów Siehieniów, żyjących mniej więcej w tym samym czasie, choć w pewnym oddaleniu od siebie. Wspomina on dobra Ziemiewicze, które w rzeczywistości nazywały się Zieleniewicze (tu także nabełtał!) i należały do Tadeusza Siehienia, który był nieco starszy od właściciela Krasków. Z nekrologów zamieszczonych przez warszawską prasę dowiadujemy się, że zmarł on 22 marca 1931 roku w Otwocku.

Natomiast Tadeusz Sieheń z Krasków został we wrześniu 1939 roku aresztowany przez Sowietów wraz z młodszym od niego o dwa lata bratem Przemysławem. Obaj trafili do więzienia w Mińsku. 31 grudnia 1939 roku Sowieci zamordowali Przemysława. Prawdopodobnie w tym samym miejscu i w tym samym czasie jego los podzielił Tadeusz Sieheń.

Pozostaje jeszcze pytanie – z jakich powodów wypchany żubr trafił do Tadeusza Siehienia z Zieleniewicz, skoro jego właścicielem był Sieheń z Krasków? Jeśli autor niefortunnej notatki i tutaj czegoś nie pomylił, to może kraskowski ziemianin odsprzedał lub też podarował eksponat zieleniewickiemu ziemianinowi? To chyba pozostanie już na zawsze zagadką?

Próbowałem ustalić dalsze losy Sieheniowego żubra, niestety – bez skutku. Myślę, że w zawierusze I wojny światowej lub rewolucji 1917 roku został pewnie zrabowany lub zniszczony. W prasie międzywojennej o nim już się nie wspomina.

 

Piotr Bajko

Na zsyłce

Wśród wywiezionych w 1941 roku z Orli na Sybir pięciu rodzin była familia Tadeusza Wróblewskiego (1895-1954), kierownika orlańskiej szkoły powszechnej w latach 1921-1941. Paradoksalnie, z upływem lat o tamtych wydarzeniach dowiedzieć się można coraz więcej. Ludzie u schyłku swego życia stają się bardziej otwarci, a niektórzy piszą pamiętniki. Mnie udało się dotrzeć do wspomnień rodziny Wróblewskich.

Tadeusz Wróblewski, były legionista z 1920 r., odznaczony Krzyżem Niepodległości, został wydany Sowietom na uroczystości zakończeniu roku szkolnego – zrobił to ponoć młody Żyd, jego były uczeń. Wróblewski trafił do białostockiego więzienia. Jego żona Maria Wróblewska (ur. w 1902 r.), nauczycielka, ze swoja matką Katarzyną (1873), córką Danutą (1925) i synem Wiesławem (1928) zostali deportowani w głąb Związku Radzieckiego – do Bijska w Ałtajskim Kraju (trafił tam też późniejszy generał Wojciech Jaruzelski). Przeżywszy zsyłkę, w kwietniu 1946 r. wrócili do Polski, ale nie do Orli, tylko w swoje rodzinne strony – do Podniebyla koło Krosna. Poniżej przedstawiam wspomnienia Danuty Kowalskiej (z domu Wróblewskiej) o tamtych wydarzeniach.

Michał Mincewicz

W bydlęcym wagonie

Rodzice byli szanowani w Orli, więc wszyscy bardzo nam współczuli. Przychodzili pożegnać się, każdy przyniósł coś na drogę… Z Orli wyjechaliśmy 20 czerwca 1941 r. samochodem ciężarowym. Wczesnym wieczorem podstawiono pociąg towarowy, bydlęce wagony. W wagonach po obu stronach były jednopiętrowe prycze. W kącie był otwór w podłodze, który pełnił funkcję ubikacji. W wagonie jechali mężczyźni, kobiety i dzieci (była też matka z niemowlęciem) – razem około czterdziestu osób. Zaryglowano drzwi i w środku zrobiło się ciemno. Doczepiono lokomotywę i pociąg ruszył. Trudno opisać to, co się działo w wagonie – był płacz, śpiew nabożnych pieśni, modlitwy. Wszystko razem tworzyło jakby potworny szloch.

Początkowo pociąg jechał powoli. Po drodze doczepiano wagony, w końcu skład liczył ich siedemdziesiąt, wszystkie wypełnione ludźmi. W Mińsku dość długo staliśmy na bocznicy. W okolicy dworca niemieckie samoloty zrzuciły kilka bomb. W końcu pociąg znowu ruszył i jechał bardzo szybko. Był upał. Skończyła nam się żywność i woda. Na pewnej stacji maszynista z innego składu podał nam trochę wody ze swojej lokomotywy. Każdy wagon był pilnowany przez uzbrojonego żołnierza – nazywano ich „angiełami”, tak też się do nich zwracaliśmy, prosząc, aby się na chwilę odwrócili, a my wtedy szmuglowaliśmy wodę i konieczne towary. Dzieci wychodziły na ulicę i kupowały uczciwie wszystko za nasze pieniądze, które jeszcze mieliśmy. Ludzie na dworcach kolejowych nie bali się podchodzić do wagonów. W ciągu dwóch tygodni podróży trzy razy tylko otrzymaliśmy do jedzenia jakąś kurę. Konwojenci współczuli nam. Codziennie rano uchylali drzwi wagonu i pytali czy są zmarli. W naszym wagonie na szczęście nikt nie umarł.

 

Ałtajski Kraj

Na jednej ze stacji podano nam gazetę i dowiedzieliśmy się, że 22 czerwca Niemcy napadły na Związek Radziecki. Nocą minęliśmy Ural. Przez okienka i szpary widzieliśmy łuny nad piecami hutniczymi. Byliśmy już w Azji, jechaliśmy przez niekończący się step. Po około dwóch tygodniach dojechaliśmy do Nowosybirska. Tutaj pociąg podzielono na dwie części – jedna pojechała na północ, druga, z nami, na południe. Kresem podróży był Ałtajski Kraj, pociąg dowiózł nas do Bijska. Stąd zesłańców rozwożono po sowchozach, ciężarówkami po kilka rodzin. Trafiliśmy do Katunia, blisko granicy z Mongolią. Najbliższe miasto znajdowało się sto km od nas, zaś całkiem blisko była piękna górska miejscowość Ajrat-Tura. Sowchoz Katuń nastawiony był na produkcję mleka i mięsa. Przez lato bydło i robotnicy przebywali w stepie. Inna część robotników pracowała przy gromadzeniu paszy dla bydła na zimę.

 

Polacy w Bijsku

Po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych między emigracyjnym rządem polskim a Związkiem Radzieckim, jesienią 1941 r. zawarto porozumienie o amnestii dla Polaków i utworzeniu na terenie ZSRR wojska polskiego. Zesłańcy mogli teraz już sami wedle swoich możliwości urządzać swoje życie – ale tylko na terenie Ałtajskiego Kraju. Wyjechaliśmy więc do Bijska, było to 6 listopada 1941 r. Razem z nami była pani Dziadoszowa, moja chrzestna matka z dwoma synami. Po amnestii nasze życie w Bijsku było trochę lżejsze, ale nie w sensie materialnym, a raczej moralnym. W miejscowościach, w których były większe skupiska Polaków, ambasada RP utworzyła swoje delegatury. Organizowano pomoc dla ludności polskiej poprzez mężów zaufania. Na terenie takiej placówki organizowano świetlice, biblioteki. Nauczycielka Kikiewiczowa zorganizowała polski chór. Recytowaliśmy wiersze patriotyczne, organizowaliśmy okolicznościowe akademie i wieczorki towarzyskie. Generał Anders zaczął tworzyć Armię Polską. Nie wszystkim chętnym udało się dotrzeć na miejsce zbiórki, nie wszystkich więźniów Polaków uwolniono. Kobieta mogła uzyskać przepustkę do armii Andersa, gdy miała jakieś przygotowanie medyczne lub „łącznościowe”. Zapisałam się na kurs pielęgniarski, ale przed jego zakończeniem polska armia opuściła Związek Radziecki, udając się do Iranu. Rząd sowiecki zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim rządem emigracyjnym.

Władze zmuszały Polaków do przyjęcia obywatelstwa radzieckiego. Akcję rozpoczęto od pracowników polskiej placówki 8 marca 1943 r. Odmowa równała się aresztowaniu. Mama została więc aresztowana. Dowiedzieliśmy się, że rząd emigracyjny nawołuje, aby Polacy przyjmowali obywatelstwo radzieckie i że w przyszłości nie będzie to mieć znaczenia. Przekazałam to mamie i po godzinie wracałyśmy do domu. Nie była to pełnia szczęścia.

Po ukończeniu kursu pielęgniarskiego pracowałam w szpitalu wojskowym jako pielęgniarka salowa. Przywożono wielu rannych z frontu. Czasami uczestniczyłam przy amputacji rąk i nóg – gangrena niszczyła młode życia. Ranni leżeli na słomie na podłodze. Słychać było jęki, krzyki, prośby i przekleństwa. Szerzyła się gruźlica, świerzb, tyfus, pełno było wszy i pluskiew, a muchy łaziły po nasączonych krwią bandażach.

 

„Barachołka”

Jak nam się żyło w Bijsku? Początkowo mieliśmy trochę rzeczy do wymiany na targu zwanym tam „barachołką” i było tam dużo złodziei. Mama czasami płynęła w dół rzeki Biji do bartników, którzy żyli w lasach, w ziemiankach. Kupowała miód, który sprzedawała na rynku. To, co zostawało na ściankach wiadra, było nasze, piliśmy wtedy słodką wodę z miodem. Potem mama dostała pracę w gorzelni (spir-zawod), za którą zapłatę uiszczano częściowo w spirytusie. Zawarła znajomość z dyrektorem i stworzyli spółkę, dostała specjalną przepustkę na wynos spirytusu, którego część sprzedawaliśmy w domu – najczęściej kupowali go Tatarzy. Wypijali, zagryzali cebulą, popijali wodą i jechali w swoją stronę. Część spirytusu babunia sprzedawała na rynku, za co kilka razy była aresztowana. Korupcja i zakłamanie były tam powszechne.

Często byliśmy głodni, głód był powszechny. Jedliśmy zmarznięte ziemniaki i „makuchy” słonecznikowe, latem lebiodę i pokrzywy. Chleb był na kartki, po 20 dag dziennie dla niepracujących i 40 dag dla pracujących (gruba kromka), czarny, lepki jak glina. Delikatni ludzie, nie potrafiący zarobić sobie na chleb, umierali z głodu. Ja dodatkowo zarabiałam robiąc na drutach – kupowali od mnie kołchoźnicy. Niektórzy Rosjanie utożsamiali nas z Żydami.

 

Z przedszkola do Polski

W kwietniu 1943 r. polscy komuniści w ZSRR utworzyli Związek Patriotów Polskich. Stosunek władz radzieckich do Polaków zmienił się, wydano nam nowe dokumenty i znowu byliśmy obywatelami polskimi. Tutaj spotkałam młodego, sympatycznego chłopca Wojtka Jaruzelskiego. Od czerwca 1943 r. rozpoczęto formowanie oddziałów wojska polskiego w Sielcach nad Oką w pobliżu Riazania. Przy jednej ze szkół miejskich w Bijsku utworzono kilka polskich klas, ale placówka wkrótce przestała istnieć, ponieważ młodzież, aby przeżyć, musiała pracować (a nie się uczyć). Mama zorganizowała przedszkole dla polskich dzieci, w którym podjęłam pracę wychowawczyni i pracowałam przez dwa lata, do końca pobytu w ZSRR. Było lżej, gdyż przydział żywności dla dzieci i personelu w naszym przedszkolu był taki sam, jak dla przedszkoli radzieckich. Opał na zimę każdy zakład pracy przygotowywał samodzielnie.

W Bijsku była jedna cerkiew prawosławna (i stary batiuszka), innych świątyń nie było. Starsi ludzie chodzili do cerkwi, młodzi czasem zbierali się w prywatnym domu, aby się pomodlić – bali się zdradzić, że są ludźmi wierzącymi.

Na początku 1946 r. rozeszła się wieść o powrocie do Polski. Transport wyjechał w Wielki Piątek. Towarowe wagony nie były już zaryglowane. Były to dla nas szczęśliwe Święta Wielkanocne. Jechaliśmy do ojca, do domu, ojczyzny. Po pięciu latach rozłąki i przejechaniu ponad siedmiu tysięcy kilometrów, 17 maja 1946 r. skończyła się nasza wędrówka.