Eugeniusz Kabatc. Młyn nad Narewką (6)

Piotr Kabac, stryj autora (zdjęcie z 1938 r.)

Rozdział VI

Zdradzeni przed świtem

 

i nie przebaczaj
zaiste
nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych
których zdradzono o świcie

strzeż się jednak
dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze
swą błazeńską twarz”
(Zbigniew Herbert, „Przesłanie Pana Cogito”)

 

I zbiegli się wszyscy bliscy z Planty do pociągu naszego na stacji Narewka, na małym dworcu jak Mała Narewka, którego już jednak nie było, jak nie było już wszystkich z tych narewkowskich stron, bo ocalonych została tylko garstka, tym mocniej garnęli nas do serca. Wjeżdżaliśmy w ten nowy polski świat, tam dalej już nieznany, kierując się ku Ziemiom Odzyskanym, więc uzupełniali nam zapasy prowiantowe wędzonkami z wiejskich komór, ciesząc się, że będziemy znowu w tym samym kraju, martwiąc się, że jednak nie tak blisko siebie.

A tu, w zwykle gwarnym domu dziadka, zrobiło się pustawo. Ciocia Tania z mężem Kieroszą przeniosła się do swojego nowego domu po drugiej stronie drogi, wujek Antoni wyjechał z rodziną na ziemie zachodnie, wcześniej wujek Kola zginął w Białymstoku z rąk niemieckich, a wujek Alosza pożegnał się z ojcem na zawsze [„A szto ja zrabliu, synok, z twajej czastkoj ziemli”? „A rabicie, szto choczacie”!] i uszedł przed frontem, przez Ruskimi, w głąb Europy… Tylko młyn wujka Filipa wciąż pykał swoją „fajkę” nad dachem motorowni…

A po domu Kabaców na Bieglukach czerniały tylko zgliszcza. Jednego Piotra, który za Niemców był wójtem w Narewce, ruscy deportowali do Omska, drugiego Piotra, który także po wojnie sekretarzował w gminie, zastrzelili Polacy… Cichym szeptem dzieliły te wieści ciocie z mamą, a słowo b a n d y pojawiało się w ich ustach, jak w kokonie lęku.

Jak to Polacy? – wzdrygnąłem na myśl o tym, że mój brat Jurek, polski żołnierz frontowy przecież, walczy teraz z bandami właśnie na południu kraju. Tam panoszą się upowcy, a tu kto? Akowcy? Miałem już szesnaście lat, wjeżdżaliśmy tym długim, towarowym pociągiem repatriacyjnym do polskiej ojczyzny, pociąg, choć stary i przepełniony ludźmi i zwierzętami, tocząc się po nowych szynach PKP, ułożonych niedawno ciężką pracą robotników na torowiskach niszczonych systematycznie przez cofających się Niemców, wiózł nas do kraju już wolnego od wojny. Wkrótce, jak tylko miniemy puszczę, w sklepiku przy stacji w Hajnówce usłyszę po raz pierwszy skierowany do mnie zwrot „proszę pana”. W tym dorośleniu pojawiały się inne miary wydarzeń i jakby próba już rozumienia ich i ocena. Ba, nawet osądzania. To w tym wieku młody człowiek odnajduje w sobie ową pewność siebie, wspartą ideałem nabytym z lektur, komunikującym się teraz ze światem dorosłych negatywnie, czasem wręcz buntowniczo. Wszak to świat niesprawiedliwy, zarządzany głupio i okrutnie, ze skutkiem wojny i tych zniszczeń wokół… Kiedy mijaliśmy ten nasz most nad Narewką, a jeszcze nim pociąg z łoskotem zanurzył się w puszczę, przez szeroko rozsunięte ku wiośnie drzwi wagonu mogłem jeszcze spojrzeć ku spalonej wsi Kabaców, w stronę tego domu z pamięci, w którym już nigdy nie spotkam się ze swoimi w rodzinnym komplecie – i coraz wyraźniej traciłem tę cenną pewność siebie, która szczęśliwie pozwoliła mi przetrwać moje zielone, choć krwią znaczone, lata. Nagle puszcza przestała być zrozumiała, także na drugim jej krańcu, w Hajnówce, choć ludzie mówili po polsku, strasznie się bali Polaków, tych leśnych, wciąż palących wsie, których nie zdążyli spalić Niemcy.

 

I oto powracam tu po roku, wjeżdżam do puszczy od zachodu, po wyborach i referendum, wioząc w sobie nową polskość, kształtowaną teraz w tej szczególnie patriotycznej szkole, jaką było liceum w Kwidzyniu nad Wisłą. Powstało ono na kilka lat przed wojną jako zdobycz mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich, płacącej potem za to krwawym haraczem życia. Szlachetna to była polskość, nie mściwa… Tu, gdy pociąg z Warszawy wtaczał się na Podlasie, wagony w środku milkły, białoruskie uczucia, język taiły w sobie i aż do końca, do granicy, tutejsi wśród pasażerów lękliwie spoglądali za okna, niepewni, czy pociąg nie zatrzyma się gdzieś w polu lub w lesie, a napastnicy nie zaczną wyławiać czerwonych i ruskich. „Bywa, bywa” – poburkiwano półgębkiem . „Bandy z bronią chodzą, strzelają nie na wiwat. Jak toj raz u Naraucy, pamiatajesz”?

Odpowiada stryjenka Maria już w Narewce: „Pamiataju”. Prowadzi mnie do mogiłki stryjka Pieti na prawosławnym cmentarzu za cerkwią. Mówi, powtarza, jakby moje wyrzuty sumienia i jej się udzieliły. Chce zagadać tę chwilę, tę swoją postawę niezbyt stanowczą, gdy szwagier zaczął zbierać się do wyjścia z domu, choć dnia było jeszcze tak mało. „Nie chadzi tam, Pietia, siadzi sionnia u chaci, prasiła, ale jon, durny, służba, każa, biez mianie gminu razniesut! Mieszkał z nami, słuchał mnie czasem, czemuż ja jego wtedy nie zatrzymała”? „Przyszliby po niego i nas by postrzelali”. Stryjek Iwan macha z rezygnacją ręką i rozgląda się bezradnie po cmentarzu. „Za rzadko tu bywamy”, stwierdza ze smutkiem, bo nie od razu odnajduje grób brata.

Mieszkają teraz znowu na Bieglukach, powrócili wiernie na swoją ziemię w zgliszczach. Dziadek Konstanty wprzągł do nowej roboty także swego najmłodszego, Pietię, który miał zatroszczyć się o przydział budulca z puszczy. Gdy się przenieśli, na cmentarz zrobił się niemały spacer. Ale zaniedbana pamięć ożywa i dokucza również po wojnie. Porządkujemy grób pełni gorzkich myśli, wplątanych w obrazy ze wspomnień cioci Marii. Jesteśmy najbliższymi Piotra: stryjek Jan to brat, stryjenka Maria – bratowa, ja – bratanek [od brata Aleksandra]. On, najmłodszy z rodzeństwa, kształcony na nauczyciela, usadowił się w końcu w gminie, przetrwał Polskę przedwojenną, sowietów, Niemców, znowu sowietów i nie zdążywszy założyć własnej rodziny, padł z rąk maruderów z AK. Nie, nieprzypadkowo – to był z zimną krwią zaplanowany mord. Oszukany przez polskich terrorystów z lasu, którzy, przebrani w mundury czerwonej władzy, zeszli ze Świnorojów do kościoła, by stamtąd o świcie, konwojując rzekomych bandytów, wtargnąć na posterunek milicji i do urzędu gminy, a potem krwawo rozprawić się z przedstawicielami miejscowej administracji. Jeszcze raz tutejsi zapłacili za odwagę gospodarowania na swoim…

Trzeba było całej epoki w nieustannym wahadle wysokich i niskich czynów, by na kanwie splecionych i splątanych strzępów opowieści, sprzecznych opinii i komentarzy, stworzyć własny obraz tamtego feralnego dnia i rozumieć sens dokonanych mordów. Szkopuł w tym, że tego nie da się zrozumieć, ta część polskiej historii była bez sensu. A Białorusini zawsze i przez wszystkich byli zdradzani jeszcze przed świtem…

Wojna miała się ku końcowi, daleko na zachodzie Niemcy gotowali się do kapitulacji, tu, wokół wiosennej puszczy, ludzie gotowali się do spokojnego życia i budowali nowe domy. Nad ranem 17 kwietnia 1945 roku, w najczarniejszej części nocy, karniacy z oddziału majora Łupaszki, wbrew rozkazom dowództwa AK przebijający się tędy z Wileńszczyzny, przebrali się w leśniczówce na skraju miasteczka za enkawudzistów i berlingowców, by od kościoła, z pomocą miejscowych konfidentów, skierować się w stronę posterunku milicji.

O dalszym ciągu wydarzeń opowiada mi mój stryjeczny brat Wiktor, z którego pamięci – niechętnej powrotom – wydobyłem, co następuje:

„Przed oddziałem prowadzono trzech „bandytów” ze związanymi rękami. Do drzwi posterunku podeszło kilku akowców w mundurach ludowego wojska. Zażądano otwarcia posterunku i osadzenia w areszcie zatrzymanych „bandytów AK”. Milicjanci dali się nabrać. Rozbrojono ich zamknięto… Niewielka grupa, już bez przebrania, wtargnęła do urzędu gminnego i do szkoły. Z gminy wyprowadzono Piotra Kabaca i Leszczyńskiego. Kierownika szkoły Wołkowyckiego zabrano z lekcji. […] W czasie wtargnięcia akowców do szkoły lekcje prowadziła nasza wychowawczyni, pani Jadwiga Stulgich. Przez okno zobaczyła, że wyprowadzają Wołkowyckiego – otworzyła drzwi i kazała nam uciekać. Nasza gromadka z Zabłotczyzny i Minkówki dobiegła do rzeki i jej brzegiem uciekaliśmy do mostu, przy którym był wodny młyn. Zatrzymaliśmy się, bo po drodze zgubiliśmy Galę Biegluk i Zdanowską z Zabłotczyzny. Wtedy usłyszeliśmy serię wystrzałów z broni maszynowej i kilkanaście pojedynczych. Skazanym strzelano najpierw w nogi, a potem dobijano ich z pistoletu. Tak rozstrzelano wszystkich, także milicjantów… Kiedy dotarliśmy do mostu, oddział pośpiesznie wracał już do Świnoryj. Ale dostrzegł nas, pamiętam, taki jeden bardzo wysoki z automatem na ramieniu, podbiegł do nas, zabrał nam woreczki [tornistrów jeszcze nie mieliśmy] i wrzucił do rzeki ku uciesze kompanów (nie wiem dlaczego, ale nie poczuliśmy wtedy strachu i pewnie dlatego tak dobrze to zajście pamiętam). W woreczkach mieliśmy po czarnej tabliczce, grysiku do pisania, po kawałku szarego papieru i chemicznym ołówku. Był tylko jeden zeszyt, w kratkę, do rachunków…

Po egzekucji na drewnianym słupie elektrycznym wywieszono wyrok: „Za zdradę Ojczyzny sąd polowy skazał na śmierć działaczy PPR i komunistów – wyrok wykonano”. Podpisał: „kpt. Burza”.

Relacja Jerzego Szymaniuka w książce „Piękno Ziemi Narewkowskiej” niewiele się różni: Por. Nowina w przebraniu sowieckiego kapitana prowadził grupę żołnierzy w berlingowskich mundurach, konwojujących sześć osób ucharakteryzowanych na ujętych członków organizacji AK i dezerterów z LWP. Grupa „Nowiny” nie wzbudziła podejrzeń.[…] Została wpuszczona na posterunek MO, ponieważ wzięto ją za pododdział KBW. Milicjantów rozbrojono bez walki. Szeregowych puszczono wolno. W tym czasie przybyła pozostała część oddziału z mjr. Łupaszką. Przeprowadzono rekwizycję żywności w miejscowej spółdzielni. Zerwano linię telefoniczną, zniszczono centralę i aparaty telefoniczne. Przed opuszczeniem miasteczka przystąpiono do likwidacji sowieckich agentów i informatorów, zgodnie z opracowaną wcześniej listą, na której znaleźli się sekretarz GRN Piotr Kabac, wójt gminy Jan Leszczyński, gajowy Mikołaj Lewsza oraz nauczyciel Aleksander Wołkowycki, a także komendant milicji, który jednak zdążył uciec”.

A Zarząd Gminny w swoim raporcie z tych krwawych wydarzeń, opracowanym w dwa tygodnie później, donosi, że „w dniu 17 IV rb. między godz. 9 a 10 rano na os. Narewka napadła banda, która ukrywa się w miejscowych lasach. W czasie napadu dwóch z bandy napadło na lokal Zarządu Gminnego i jeden z bandytów wpadając do kancelarii Zarządu Gminnego pytał się: „Banditow zdieś niet?”, i zaczął plądrować po szufladach stołów, domagał się dokumentów partyjnych. Po splądrowaniu wybiegł na ulicę z powrotem wrócił, a z nim drugi z karabinem, którzy rozkazali pracownikom oraz wójtowi gminy zejść do gabinetu sekretarza i zaczęli legitymować, żądając dokumentów. Jeden z bandy stojąc w drzwiach z karabinem, a drugi przy biurku z automatem zapytał się na stojącą kasę – co to jest i podszedł z wójtem i rachmistrzem Kabacem do kasy, zabrał gotówkę w sumie 9000 zł oraz spisy mężczyzn urodzonych w latach 1927-1911 włącznie. Po zabraniu gotówki obrewidował wójta gminy i Kabaca Piotra i zabrali z sobą, których postrzelali w Narewce koło posterunku milicji, a pozostałym pracownikom powiedzieli, aby nie wychodzili do ich przyjścia. Oprócz wyżej wymienionych zostali zabici: Wołkowycki Aleksander – radny gminy i Lewsza Mikołaj – gajowy…”.

I jeszcze takie czyjeś znaki pamięci po wojnie na tej nieszczęsnej ziemi: „II wojna światowa to dla nich kilka zagubionych na niebie bomb. Strach przychodzi w 1945 roku i ma oczy Żołnierzy Wyklętych. Dziadek Sulimy zamiast w polu, stoi z grabiami na krańcu wsi. Znają los Zaleszan, Potoki, Krasnej Wsi, gotowi są walić w krowie dzwonki, gdyby z lasy wyszli wyklęci”. To z najnowszej książki Marcina Kąckiego „Białystok, biała siła, czarna pamięć”, która nie zamyka spisanych i niespisanych scen i obrazów z tej „siódmej pieczęci” bratobójczej historii. Cień rzuca cień. Najciemniej jest przed świtem, to wtedy rozum usypia najmocniej i rodzą się demony. I te czynów morderczych, i te późniejszych lęków. Coraz mniej jest świadków, krew na dokumentach płowieje, pamięć chroni się w dobrotliwym kokonie czasu. I gdy kultura życia zamienia przeszłość w historię, jej nieudana córa-polityka, niczym wiedźma nad tyglem trucizn, budzi widma dalekiej wojny i ich ofiary. Aż po ofiary ofiar…

Першы перакладчык „Слуцкіх ткачых” Максіма Багдановіча

Спадчына

Яшчэ са школы мы памятаем самыя цікавыя і шчырыя ўрокі роднай літаратуры, асабліва тыя, калі вывучалася паэзія Максіма Багдановіча. Памятаецца, калі настаўнікі нам распавядалі пра паэзію Максіма Багдановіча і называлі яе глыбока рэалістычнай. Любоў да Радзімы – была адна з галоўных тэм лірыкі Максіма Багдановіча. Ў ёй паэт паказаў моцную прывязанасць простых людзей да Беларусі, да роднай зямлі. Так нам расказвалі настаўнікі.

Падчас паездкі ў 1911 годзе ў Вільню Максім Багдановіч пазнаеміўся з рукапісамі старажытных беларускіх кніг. Яго зацікавіла гістарычнае мінулае беларускага народа і пад уражаннем ад іх напісаў у 1912 годзе верш „Слуцкія ткачыхі” з цыкла „Старая Беларусь”. Верш „Слуцкія ткачыхі” – адзін з лепшых твораў гэтага цыклу. У ім уваскрашаецца далёкае мінулае Беларусі, паказваецца паднявольная праца слуцкіх ткачых у час прыгону. А вобраз васілька набывае ў вершы абагульняючае значэнне. Ён зліваецца з вобразам Радзімы, становіцца сімвалам народнага мастацтва. У вершы „Слуцкія ткачыхі” паэт раздумвае над лёсам беларускіх мастакоў і над сутнасцю мастацтва. Гэты верш вельмі прыгожы, у ім аўтар спрабуе расказаць пра тое, што сапраўднае мастацтва нельга стварыць пад прымусам. Паясы ператварыліся ў шэдэўры толькі тады, калі ткачыхі ўклалі ў іх сваю душу. Паэт хацеў перадаць на колькі цяжкі быў той час, калі людзі былі не вольныя рабіць тое, чаго хацелася ім. Час, калі людзі цалкам залежалі ад гаспадара, выконвалі толькі тое, што хацелася і падабалася яму:

Ад родных ніў, ад роднай хаты
У панскі двор дзеля красы
Яны, бяздольныя, узяты
Ткаць залатыя паясы…

Так нам, школьнікам, распавядалі настаўнікі пра цудоўны верш Максіма Багдановіча „Слуцкія паясы”. І ўсе школьнікі вучылі яго на памяць. І сёння мы гэты хрэстаматыйны верш можам расказаць з любой вялікай ці маленькай сцэны.

Яшчэ пры жыцці Максіма Багдановіча яго верш „Слуцкія паясы” быў перакладзены на польскую мову і апублікаваны ў часопісе „Wie Ilustrowana” (1913, № 9. С. 31). Верш на польскую мову пераклаў літаратар, паэт, педагог і перакладчык Юзаф Вяжынскі (1871-1941). Часопіс „Wie Ilustrowana” апублікаваў „Слуцкія паясы” па-беларуску і па-польску. Цікава, а ці ведаў пра гэта сам Максім Багдановіч?

 

Слуцкія ткачыхі

Ад родных нiў, ад роднай хаты
У панскi двор дзеля красы
Яны, бяздольныя, узяты
Ткаць залатыя паясы.
I цягам доўгiя часiны,
Дзявочыя забыўшы сны,
Свае шырокiя тканiны
На лад пярсiдскi ткуць яны.
А за сцяной смяецца поле,
Зiяе неба з-за акна, –
I думкi мкнуцца мiмаволi
Туды, дзе расцвiла вясна;
Дзе блiшча збожжа ў яснай далi,
Сiнеюць мiла васiлькi,
Халодным срэбрам ззяюць хвалi
Мiж гор лiючайся ракi;
Цямнее край зубчаты бора…
I тчэ, забыўшыся, рука
Замiж пярсiдскага узора
Цвяток радзiмы васiлька.

 

Słuckie tkaczki

Z rodzimych niw, z rodzimej chaty
Na pański dwór dla marnej krasy
Wzięto bezdomne, bez zapłaty
Tkać one złotolite pasy.
I cięgiem w długie te godziny,
Dziewicze zabaczywszy sny,
Szerokie, barwne swe tkaniny
Przetykasz na wzór perski ty.
Za ścianą tuż wre śmiechem pole,
Przyświeca niebo z okna krat
I dumka rwie się mimo woli
Tam, kedy wiosną zakwitł świat
Gdzie lśni się zboże w jasnej dali,
Bławatków gdzie modrzeje łan,
Gdzie chłodem srebra drga grzbiet fali
Rzeki, pędzącej z góry w tan,
A w dali ciemna obrzeż boru…
I w zapomnieniu z pod twych rąk
Zamiast obcego Persów wzoru
Wykwitł bławatków swojskich pąk.

 

Пры жыцці беларускі літаратуразнавец і мой зямляк Янка Саламевіч (1938-2012) вельмі зацікавіўся асобай Юзафа Вяжынскага. Ён шукаў пра яго звесткі, але да канца сваю справу не давёў. Я дапамагаў яму ў пошуках матэрыялаў пра першага перакладчыка „Слуцкіх паясоў”. За той час пошукаў нам удалося даведацца пра тое, што Юзаф Вяжынскі шчыра сябраваў з мастаком Фердынандам Рушчыцам (1870-1936).

Юзаф Вяжынскі і Фердынанд Рушчыц разам вучыліся ў 1883-1890 гадах у Менскай дзяржаўнай класічнай гімназіі. Вось як згадвае Юзаф Вяжынскі пра таго ж Рушчыца: „Фэрдзя быў першым вучнем на працягу ўсёй вучобы ў гімназіі, яго імя штогод змяшчалася на залатой табліцы. Для яго не было цяжэйшых і лягчэйшых прадметаў, як па лаціне ці грэцкай, так і па рускай мовах і матэматыцы ён атрымліваў самыя высокія адзнакі. Быў не толькі здольны ў навуках, але і ўпарты ў працы”. На працягу ўсёй вучобы Фэрдынанд наведваў урокі малюнка. У Вільні яны нават пэўны час жылі ў адным доме. А ў пачатку 1930-х гадоў ездзілі разам на Крэўскі замак. Вяжынскі нават напісаў артыкул пра свайго сябра і мастака Рушчыца: „Dzieciństwo i młodość Ferdynanda Ruszczyca” (Ferdynand Ruszcyc – Życie i dzieło, Wilno, 1939. S. 23).

Да 1919 года Вяжынскі быў сябрам камітэта, які аднаўляў Віленскі ўніверсітэт, нават пэўны час быў там выкладчыкам, а таксама прысяжным перакладчыкам акруговага суда ў Вільні. Ён часта чытаў лекцыі пра творчасць свайго сябра-мастака.

Пражыў Юзаф Вяжынскі 66 гадоў. Памёр у Вільні, дзе і пахаваны на бернардзінскіх могілках.

Прыгадаў я пра перакладчыка „Слуцкіх паясоў” Юзафа Вяжынскага з нагоды 125-годдзя з дня нараджэння Максіма Багдановіча, якое будзе адзначацца сёлета 9 снежня. Таму прапаную „Czasopisu” верш класіка беларускай літаратуры на польскай мове ў перакладзе Юзафа Вяжынскага і па-беларуску.

Сяргей Чыгрын

Рака Нараўка паўвека таму

Рака Нараўка сёння (Фота Губэрта Закшэўскага)

Рака Нараўка жыве ў маіх успамінах. Я нарадзіўся ў Новым Ляўкове – вёсцы, якая знаходзіцца непадалёк ад гэтай ціхай і спакойнай ды некалі рыбнай ракі. Добра памятаю яе з часоў майго дзяцінства. Тады я быў зачараваны акружаючым светам. Па сённяшні дзень вобразы з дзяцінства для мяне самыя прыгожыя і чамусьці бачаныя толькі ў яркія сонечныя дні. Якая была тады празрыстая вада ў рацэ, найлепш памятаю яе якраз у летнюю пару. Тады мы з братам хадзілі лавіць рыбу і купацца. Збіралася моладзь з Новага Ляўкова, Старога Ляўкова, Падляўкова, Ахрымоў ды Лазовага.

Рэчка Нараўка была тады акаймаваная зараснікамі вербалозу, чаромхі і кустамі парэчак чырвоных і чорных. На яе берагах высіліся таксама вольхі і вербы. Вада была чыстая-чыстая. Было многа розных відаў рыб. У сонечны дзень яе было выразна відаць, як плавала па дне або выплывала на паверхню вады. Можна было ў ёй перабіраць. Каб налавіць плотак або акунёў дастаткова было мець такую-сякую вуду. Мы найчасцей хадзілі з вудамі у г. зв. ралы, дзе ў Нараўку ўплывала рачулка Баброўка. Яна плыве за клунямі ды хлявамі сялян Новага Ляўкова. Тут у пагодлівыя дні мы праседжвалі да ночы, вечарам распальвалі вогнішча. Мае сябры лавілі рыбу нават рукамі з-пад навісаўшых над вадою берагоў ды з-пад кустоў вярбы і алешніку.

Што мы тады ведалі пра раку? Пэўна тое, што плыве яна недзе ад вёскі Нараўка, дзе быў мост і вадзяны млын. Пасля ўжо даведаліся, што Нараўка плыве цераз Белавежскую пушчу і свой пачатак бярэ за мяжой з Беларуссю, а там недзе з балоцістых мясцін названых Дзікім Нікарам. Калі мы крыху падраслі і былі ў гарцэрскім лагеры на беразе ракі каля Кардону (гэтая мясціна каля Лешукоў), мы схадзілі ў тое месца, дзе Нараўка ўпадае ў Нарву, каля Бяндзюгі, якая знаходзіцца на яе правым беразе. Тут і ўрочышча Воўчае горла. Рэчка ў некаторых месцах такая завілістая, што плыве наперад, то зноў паварочвае ўбок ды назад. Мы любаваліся „сваёй” ракой. А ўлетку на надрэчных сенажацях колькі было буслоў! Да ракі прыляталі ўвішныя ластаўкі. З яе берагоў бралі балотны „будулец” на гнёзды.

Рака Нараўка не была меліяраваная (а хацелі гэта зрабіць, каб выгадней было гнаць плыты-глені) і таму яна захавалася найбольш натуральная, месцамі дзікая. У некаторых месцах ёсць глыбокія ямы. Там і віры. Дзядзька Кірыл са Старога Ляўкова мне расказаў пра трагічныя здарэнні. На лугах над Нараўкай былі такія месцы, дзе тапіліся ў балоце коні і цэлыя фуры з сенам. Падчас вясенніх паводак рака выступала з берагоў і залівала прасторныя набярэжныя лугі і сенажаці. Калі вада сплывала-ўступала зноўку ў берагі, мы лавілі шчупакоў проста бегаючы па выгане. Падчас веснавых і асенніх паводак у пяцідзесятых гадах па Нараўцы яшчэ сплаўлялі пушчанскія бярвенні. Я бачыў, як ранняй яшчэ халоднай вясной з цячэннем вады плылі дзядзькі-арэльшчыкі на павязаных бярвеннях г. зв. гленях.

Паўсотні галоў таму рака Нараўка была маляўнічая. Я тады рабіў здымкі фотаапаратам (была гэта ўзнагарода „Зоркі”) і дасылаў іх у „Ніву”. Такім чынам у нашым беларускім штотыднёвіку можна іх знайсці і палюбавацца той ранейшай прыгажосцю пушчанскай ракі.

Пяцьдзесят сем гадоў таму ў „Зорцы” быў здымак прыгожага дзікага става ў канцы цячэння рачулкі Баброўкі, прытока Нараўкі. Тут быў даволі вялікі вадзяны млын. Месца гэтае называлі „бухтай”. У ставе была злоўлена ў сець вельмі ж прыгожая вялікая плотка, каралева ўсіх тут рыб. Я быў у тым часе ля „бухты”, але не меў з сабой фотаапарата. Як памятаю, была цёплая сонечная нядзеля. Дзеці прыбеглі ўжо тады, калі рыбаловы пацягнулі доўгую сець. На берагах става раслі тоўстыя стройныя вольхі ды высокі аер. Зараз мала хто пра колішні стаў ведае. На плыткіх месцах гэтага вадаёма раслі жоўтыя рачныя лілеі. Дзяўчаты плялі з іх прыгожыя вянкі. Мы іх прыносілі дадому на букет разам з іншымі лугавымі кветкамі.

Увогуле яшчэ не так даўно берагі Нараўкі былі ў купчастых зарасніках. У іх зімой днём сядзелі-хаваліся зайцы. Сярод лугоў па кустах здалёк відаць было, дзе цячэ рэчка. Цяпер берагі „голыя” за справай баброў. Яны ссеклі вольхі ды перацерабілі зараснікі на адным і другім беразе ракі. Рака мае крыху больш за 60 кіламетраў даўжыні. Адна трэцяя частка яе знаходзіцца на тэрыторыі Беларусі. Зараз гэта ўжо не тая рака, якая была 50-60 гадоў таму. Яна памялела і мне падаецца сумнай. Цяпер яна з аголенымі берагамі. Можна сказаць, што над вадой амаль няма дрэў (а былі перш-наперш маладыя і старыя дуплястыя вольхі а нават дубы на ўзгорку пасярод новаляўкоўскіх сенажацяў, няма густых кустарнікаў вельмі пахучай у маі чаромхі і язміну. Няма кусцікаў чырвоных і чорных парэчак (гэтыя апошнія называюць смуродзінамі). Як след другой сусветнай вайны асталася яма на сенажацях паміж ракой Нараўкай і Баброўкай. Нямецкі пілот не захацеў кінуць бомбы на вёску, кінуў яе перад вёскай, а другую за сялом, у кусты. Ад выбухаў шыбы паляцелі з вакон. Пра гэта расказалі мае бацькі. А тая яма знаходзіцца на г. зв. лонцы маіх бацькоў. Вада ў ёй не высыхае.

Дзе адплыла і падзелася тая рыба, якой было ў пушчанскай рэчцы многа?.. Прапалі і ракі (сяляне кажуць, што ад „навозаў” рассяваных на лугах). Няма і тых ранейшых маіх сяброў па рыбалцы (некаторыя з іх выехалі ў блізкія і далёкія гарады або памерлі заўчасна і асталося няшмат). Час няспынна плыве і плыве як вада ў рацэ. Прайшлі мае маладыя гады. Надышла няўхільная старасць. Мне шкада, што так хутка праляцелі гады. Часу не вернеш назад. Нахлынулі ў галаву яркія ўспаміны мінулага. Пачаў іх запісваць. Патомныя прачытаюць. Я люблю чытаць успаміны пражытага ў цікавых людзей. Такіх успамінаў не заставілі па сабе мае аднавяскоўцы. Я прасіў напісаць успаміны старэйшага ад сябе аднавяскоўца, якому 86 гадоў і які зараз жыве ў Варшаве. Нічога не выйшла. Сёлета ў сваю родную вёску ды ў бацькоўскі дом не прыехаў. Прыслаў грошы па пошце, каб я заплаціў падатак. А было б цікава прачытаць пра мінулае маёй вёскі і пра некаторых чымсьці праслаўленых людзей, якія адышлі ад нас назаўсёды.

Янка Целушэцкі

Перажыць жывым зубром

Існаванне зубра ўсё яшчэ знаходзіцца пад пагрозай (Фота Барбары Бірыцкай)

З пачатку 70-х гадоў, калі колькасць зуброў на волі ў дзікай прыродзе ў Белавежскай пушчы перавысіла 200 штук (яны выгінулі ў 1919 годзе і ў 1929 годзе пачалася праграма аднаўлення, якая працягваецца да сёння), пачалася рэгуляцыя статка белавежскага зубра шляхам экспарту і ліквідацыі асобнікаў хворых. Ад пачатку зубры знаходзіліся пад апекай супрацоўнікаў Белавежскага нацыянальнага парку.

На працягу многіх гадоў БНП атрымлівае дазвол на ліквідаванне (шляхам адстрэлу) каля 40 зуброў. Крытэрыі для ліквідацыі (эўтаназіі праз забой) выразна вызначаны. Інфекцыйныя і метабалічныя захворванні, таксама траўматычныя, з-за сутыкнення з грузавымі аўтамабілямі, цягнікамі, з-за зламаных канечнасцяў пасля баёў самцоў. Элімінуюцца таксама асобіны, якія вядуць сябе агрэсіўна ў адносінах да людзей ці хатняй жывёлы. Падставай тыпавання зубра для ліквідацыі ёсць меркаванне камісіі, якая складаецца з супрацоўнікаў БНП з-за ў першую чаргу інфекцыйных захворванняў і іншых умоў, якія выклікаюць пакуты жывёл. У зубра гэта ў асноўным некратычнае запаленне крайняй плоці (у самцоў), інфекцыі дыхальных шляхоў і іншых органаў цела, і агульныя інфекцыі, парушэнні апорна-рухальнага апарата. Інфекцыйныя захворванні, сцверджаныя ў зуброў уяўляюць эпізаатычную пагрозу для іншых жывёл, а часам і для людзей (сухоты, грыбковыя інфекцыі, пастэрэлез). Усе элімінаваныя зубр падлягаюць ускрыццю, ствараюцца пратаколы ўключаючыя інфармацыю аб прычынах, узросце і месцы ліквідацыі зуброў. Але перш за ўсё, пратакол змяшчае інфармацыю аб выяўленых паталагічных зменах, з фотадакументацыяй. Ліквідаваныя асобіны з’яўляюцца вельмі каштоўнай крыніцай ведаў аб стане здароўя насельніцтва зуброў, а таксама іх фізіялогіі, анатоміі і генетыцы.

З гэтага ліку 40 штук, якія могуць быць вылучаныя на ліквідацыю, персанал парку штогод тыпуюць каля 20 штук.

Адстрэлы выконваюць у асноўным супрацоўнікі парку (з правам на выкарыстанне паляўнічай зброі), але здарылася так, што рабілі іх мясцовыя паляўнічыя, як вядомы ў Белавежы Вінцэнты Няроба. Акрамя таго, кожны год ад натуральных прычын у пушчы падае каля 15-25 штук зуброў. Кожны год нараджаюцца ў пушчы 50 – 70 зубранят. У розныя гады, Парк высылае некалькі зуброў у замежныя гадоўлі (у апошні час у Іспанію, Германію, Румынію, Нідэрланды). Большая частка мяса вырабленага са ліквідаваных зуброў прызначана на корм драпежнікаў у Паказных запаведніку зуброў або утылізаваная ў выпадку вялікіх паражэнняў.

Часам мяса ліквідаваных зуброў можа быць прададзена фірме якая мае права ўводу на рынак мяса дзікіх жывёл. Гэта адбываецца, калі склады мяса для драпежнікаў запоўненыя, і зубровае мяса ўведзенае на рынак не пагражае жыццю і здароўю спажыўцоў. Таму нельга сказаць, каб дазвол на адстрэл зуброў меў значнасць у абмежаванні колькасць зуброў. Яна служыць для падтрымання лепшага стану здароўя статкаў, асабліва ў зімовы перыяд, калі ў вялікіх статках хвароба можа хутка распаўсюджвацца.

Навінкай з’яўляецца ўключэнне паляўнічых, якія з’яўляюцца супрацоўнікамі дзяржаўных лясоў, але ў адзіночку яны могуць выканаць ліквідацыю зуброў толькі ў радыкальных выпадках (жывёл якія атрымалі раненні ў выніку няшчаснага выпадку), у іншых выпадках рашэнні прымаюцца супрацоўнікамі парку. Таму, да таго часу, пакуль няма юрыдычнага дазволу на камерцыйнае паляванне на зубра (а ў апошні час з’явіўся такі пастулат) і калі супрацоўнікі парку клапоцяцца пра зуброў, няма чаго турбавацца пра іх лёс.

 

Натуральная смяротнасць і ліквідацыя з гадоўлі

У свабодным статак зуброў бытуючых у Белавежскай пушчы назіраецца нізкі ўзровень натуральнай смяротнасці, які не перавышае 3% ад іх стану. З пачатку існавання вольнага бытавання (1952-2014) здохла 453 (264, 189) зуброў. Услед за адсутнасці селекцыйных фактараў у зуброў назіраецца рэдкая ў прыродзе з’ява смерці з-за старасці (7%) смерцяў. Найбольш важнымі прычынамі смерці зуброў з’яўляюцца траўмы (у асноўным у выніку дарожна-транспартных здарэнняў), захворванні мочапалавой сістэмы ў самцоў (МСС), паразітарныя захворванні, браканьерства і г.д. Навінкай, якая назіраецца на працягу некалькіх гадоў, з’яўляецца смерць зубра ў выніку драпежніцтва ваўкоў (каля 3 % смерцяў).

Трэба мець на ўвазе, што існаванне зубра яшчэ знаходзяцца пад пагрозай. Высокае сваяцтва ўсіх зуброў можа прывесці да зніжэння імунітэту і выдавання генетычных дэфектаў. Асобныя групы зуброў могуць сустрэцца з мясцовымі экалагічнымі пагрозамі. У Белавежскай пушчы належыць да іх скарачэнне харчовых рэсурсаў і часовая недаступнасць пітной вады падчас працяглай засухі, канкурэнцыя з боку іншых капытных (аленяў), канфлікт з вядзеннем лясной гаспадаркі і сельскай гаспадаркі, інвазія насякомых і адсутнасць міграцыі. Пастаяннай пагрозай для папуляцыі зуброў з’яўляюцца вірусныя захворванні, бактэрыяльныя і паразітарныя захворванні і тыя якія ўзнікаюць з незразумелага паходжання, як мочапалавыя хваробы самцоў у Белавежскай пушчы

У Белавежскай пушчы трапляецца асабліва жорсткі тып браканьерства – пасткі. Пасткі, як правіла, выкананы з некалькіх путаў плеценага дроту і канцом прымацаваны да дрэва. Пасткі ўсталёўваны на шляхах міграцыі жывёл. Зубр даволі выпадковая ахвяра і трапляе ў пасткі, устаноўленыя на аленяў, дзікоў і ланяў. Кожны год трапляецца некалькі выпадкаў траўмы ці нават гібелі зуброў з-за гэтага. Часта пятля зацягваецца на канечнасцях, а часам і на шыі, галаве альбо рагах. Небяспечныя тоўстыя сталёвыя трасы, якія не даюць вызваліцца звяру, а таксама тонкiя, якая заціскаюцца на канечнасці, выклікаючы цялесныя пашкоджанні.

З пачаткам натуральнага ўзнаўлення наступіў хуткі росту вольнага статка зуброў у 1958 – 1970 гадах. У 1971 годзе колькасць зуброў перавысіла 200 асобін, а ў 2014 годзе ў польскай частцы пушчы было ўжо 522 асобіны. Празмерная колькасць зуброў можа прывесці да неспрыяльных зменаў у навакольным асяроддзі. Прыкладам гэтага можа быць сітуацыя ў пачатку дваццатага стагоддзя. У Белавежскай пушчы жыло тады 727 зуброў, 700 ласёў, 2100 аленяў, 4500 сарнаў, 1500 дзікоў і 600 ланяў. Лік аленяў павялічыўся ў 1914 годзе да 6800 штук. Жывёлы згрызаючы маладое пакаленне дрэў знішчалі натуральную рэгенерацыю лесу. Стан і здароўе зуброў было дрэннае. З улікам гэтага вопыту, у момант перавышэння колькасці 200 асобін у 1971 годзе сталі абмяжоўваць колькасць зуброў шляхам ліквідацыі племянных жывёл менш каштоўных, напрыклад, хворых, кульгавых, агрэсіўных і настойліва выходзячых на палеткі. Рэдукцыю здаровых асобін праводзілі, стараючыся не парушыць структуру насельніцтва, якая склалася ў перыядзе, у якім не ўмешваліся ў жыццё свабоднага статка. У апошнія гады ў польскай частцы Пушчы ліквідацыя ажыццяўляецца на нізкім узроўні, і ліквідуюцца толькі хворыя, нямоглыя або агрэсіўныя асобіны.

Свабодная папуляцыя зубра павінна ў стане функцыянаваць у натуральных умовах на працягу доўгага часу, але ў той жа час не павінна аказваць празмерны ціск на навакольнае лясное асяроддзе. Нядаўна вярнулася пад абмеркаванне пытанне аб неабходнасці вызначэння аптымальнай колькасці зуброў у Белавежскай пушчы. Спрэчкам і рознагалоссю, здаецца, не будзе канца, і папуляцыя зуброў у польскай і беларускай частцы пушчы набліжаецца да ўзроўню 1000 асобін. Белавежская пушча з’яўляецца зялёным востравам аколеным палямі, лугамі і населенымі пунктамі, у дадатак праз яе цэнтр перасякае голая ад лесу паяса – дзяржаўная мяжа, уздоўж якой знаходзіцца плот. Па гэтай прычыне магчымасць міграцыі зуброў абмежавана, і ўзрастае шчыльнасць у раёнах якія інтэнсіўна выкарыстоўваюць зубры.

Выбівацца са статку будуць у першую чаргу асобіны хворыя, агрэсіўныя, і цяляты позна народжаныя. Калі міністр навакольнага асяроддзя дае згоду, адстрэлы праводзяцца да вясны, заўсёды пад строгім кантролем спецыялістаў.

Кожны год у зімовы перыяд зубры якія свабодна пражываюць у Белавежскай пушчы, падкормліваюцца. Недахоп падкормкі ўзімку выклікаў бы вялікую ступень узаемадзеяння зуброў на лес і непазбежнасць канфліктаў з насельніцтвам вёсак распаложаных у пушчы ці размешчаных на краі ляснога масіву – паведамляе Белавежскі нацыянальны парк на сваім вэб-сайце, апісваючы жывёлу, якая з’яўляецца сімвалам гэтага парку. У рамках падрыхтоўкі да зімовай падкормкі зуброў на іх патрэбы нацыянальны парк збірае запасы сена, сіласу, буракоў, аўса і кукурузы. Калі ёсць снег і мароз і знайсці ежу ў лесе цяжка, зубры збіраюцца ў месцах, дзе выкладваюць ім корм супрацоўнікі парку і леснікі.

На здымку – дваццацігадовы зубр які прыходзіў ратавацца ў Семяноўку, ліквідаваны з-за мочаполавай хваробы.

 

Міраслава Кастанчук

Żubr Siehenia

Tadeusz Sieheń z upolowanym przez siebie żubrem („Łowiec Polski” nr 9/1907)

Od czasu do czasu zdarza się, że pojedyncze żubry opuszczają teren Puszczy Białowieskiej. Czynią tak w poszukiwaniu pokarmu lub z innych, im tylko wiadomych, powodów. Gdy taki wędrownik natrafi na zasobną bazę pokarmową (w zimie jest to najczęściej stóg siana), zatrzymuje się w tym miejscu na dłużej.

Z takim właśnie przypadkiem zetknął się na początku zeszłego stulecia Tadeusz Sieheń, właściciel majątku Kraski, położonego w powiecie wołkowyskim (gub. grodzieńska), a więc w stosunkowo niewielkiej odległości od Puszczy Białowieskiej. Jeden ze starych żubrów-byków porzucił białowieskie pielesze i zatrzymał się na terenie wspomnianego majątku. Upodobał sobie kopiec z ziemniakami, który rozgrzebywał i zajadał się odkrytymi w nim smakołykami. Robił też spacery po najbliższej okolicy, wyrządzając niemałe szkody i innym gospodarzom. Podejmowane przez nich próby przepędzenia natręta kończyły się niepowodzeniem, żubr bowiem jest zwierzęciem upartym, nieustępliwym.

Siehieniowi nie pozostawało nic innego, jak tylko wystąpić do władz o pozwolenie na zabicie czworonożnego rabusia. Próbował kilkakrotnie, aż w styczniu 1907 roku stosowny dokument, zatwierdzony przez cara Mikołaja II, otrzymał. Ziemianin z początku nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. W obawie, że władze mogą się rozmyślić i zezwolenie cofnąć, szybko zebrał ludzi i urządził obławę na podjadacza ziemniaków. Tak się złożyło, że żubr wyszedł wprost na Siehenia. Właściciel majątku oddał dwa celne strzały. Mimo to śmiertelnie raniony żubr zaczął uciekać, jednakże dogoniono go i zabito.

Sieheń nie ukrywał swej radości. Pozbył się szkodnika i jednocześnie pozyskał wspaniałe trofeum, którego mu wszyscy w okolicy zaczęli zazdrościć. Sama skóra żubrza nie wydała mu się dostatecznie dobrą pamiątką, więc postanowił, że odda żubra do wypchania, robiąc z niego eksponat. Prace te zlecił Pracowni Wypychania Ptaków i Zwierząt Wiktora Łastowskiego w Warszawie. W lecie 1907 roku eksponat był już gotowy. W warszawskiej prasie zaczęły się pojawiać ogłoszenia, zachęcające do obejrzenia tego „nadzwyczajnej piękności i wielkości” zwierzęcia. Wypchany okaz można było oglądać od 8 rano do 8 wieczorem w lokalu przy Krakowskim Przedmieściu 38.

Jesienią 1907 roku eksponat ten został wystawiony czasowo w sali recepcyjnej hotelu „Bristol” w Warszawie, gdzie wzbudzał ogromne zainteresowanie gości. W 1912 roku wypchany żubr trafił na Wystawę Sportowo-Przemysłową, którą urządzono w Warszawie. Ustawiono go przy ścianie południowej pawilonu, pomiędzy drzwiami frontowymi. Eksponat i tutaj przyciągał uwagę. Tadeusz Siehień zdobył za niego wielki złoty medal.

Po zakończeniu wystawy żubr powrócił na Grodzieńszczyznę. Można tak wywnioskować na podstawie notatki zamieszczonej na łamach „Nowej Gazety Łódzkiej” (nr 3 z 5 stycznia 1914 roku), którą przedrukował „Goniec Częstochowski” (nr 15 z 15 stycznia 1914 roku). Notatka nosi tytuł „Historyczny żubr”, a jej treść jest następująca:

„W majątku Ziemiewicze, należącym do p. Siehenia, pod Grodnem znajduje się wypchany żubr nadzwyczajnej wielkości, zabity w 1873 r. Historja jego jest następująca: Żubr ten przez szereg lat odwiedzał majątek i robił duże szkody w gospodarstwie, aż w końcu właściciel majątku zdołał uzyskać Najwyższe zezwolenie na zabicie zwierzęcia i w 22 sierpnia 1878 roku na polowaniu je zabito”.

Uważny czytelnik dostrzeże pewne niezgodności z podanymi wcześniej faktami, które mogą nasunąć wątpliwości, czy rzeczywiście chodzi o ten sam eksponat? W notatce wymieniono konkretną datę zabicia żubra, tj. 22 sierpnia 1873 roku. Ale bez wątpienia jest ona błędna. Nie ma bowiem podstaw wątpić, że żubr został zastrzelony w początku 1907 roku. Dowodzi tego zdjęcie Tadeusza Siehienia przy zabitym żubrze, które zostało zamieszczone na stronie tytułowej „Łowca Polskiego” – nr 9 z 1 maja 1907 roku. Pejzaż na zdjęciu jest zdecydowanie zimowy, w niczym nie przypomina letniego. Wcześniej to samo czasopismo zamieściło także wzmiankę o tym polowaniu (zob. nr 6 z 16 marca 1907 roku). Poza tym, Tadeusza Siehienia z Krasków w 1873 roku nie było jeszcze na świecie – urodził się on dopiero w 1880 roku.

Wydaje się, że autor notatki w łódzkiej prasie skojarzył w jedną osobę dwóch Tadeuszów Siehieniów, żyjących mniej więcej w tym samym czasie, choć w pewnym oddaleniu od siebie. Wspomina on dobra Ziemiewicze, które w rzeczywistości nazywały się Zieleniewicze (tu także nabełtał!) i należały do Tadeusza Siehienia, który był nieco starszy od właściciela Krasków. Z nekrologów zamieszczonych przez warszawską prasę dowiadujemy się, że zmarł on 22 marca 1931 roku w Otwocku.

Natomiast Tadeusz Sieheń z Krasków został we wrześniu 1939 roku aresztowany przez Sowietów wraz z młodszym od niego o dwa lata bratem Przemysławem. Obaj trafili do więzienia w Mińsku. 31 grudnia 1939 roku Sowieci zamordowali Przemysława. Prawdopodobnie w tym samym miejscu i w tym samym czasie jego los podzielił Tadeusz Sieheń.

Pozostaje jeszcze pytanie – z jakich powodów wypchany żubr trafił do Tadeusza Siehienia z Zieleniewicz, skoro jego właścicielem był Sieheń z Krasków? Jeśli autor niefortunnej notatki i tutaj czegoś nie pomylił, to może kraskowski ziemianin odsprzedał lub też podarował eksponat zieleniewickiemu ziemianinowi? To chyba pozostanie już na zawsze zagadką?

Próbowałem ustalić dalsze losy Sieheniowego żubra, niestety – bez skutku. Myślę, że w zawierusze I wojny światowej lub rewolucji 1917 roku został pewnie zrabowany lub zniszczony. W prasie międzywojennej o nim już się nie wspomina.

 

Piotr Bajko

Na zsyłce

Wśród wywiezionych w 1941 roku z Orli na Sybir pięciu rodzin była familia Tadeusza Wróblewskiego (1895-1954), kierownika orlańskiej szkoły powszechnej w latach 1921-1941. Paradoksalnie, z upływem lat o tamtych wydarzeniach dowiedzieć się można coraz więcej. Ludzie u schyłku swego życia stają się bardziej otwarci, a niektórzy piszą pamiętniki. Mnie udało się dotrzeć do wspomnień rodziny Wróblewskich.

Tadeusz Wróblewski, były legionista z 1920 r., odznaczony Krzyżem Niepodległości, został wydany Sowietom na uroczystości zakończeniu roku szkolnego – zrobił to ponoć młody Żyd, jego były uczeń. Wróblewski trafił do białostockiego więzienia. Jego żona Maria Wróblewska (ur. w 1902 r.), nauczycielka, ze swoja matką Katarzyną (1873), córką Danutą (1925) i synem Wiesławem (1928) zostali deportowani w głąb Związku Radzieckiego – do Bijska w Ałtajskim Kraju (trafił tam też późniejszy generał Wojciech Jaruzelski). Przeżywszy zsyłkę, w kwietniu 1946 r. wrócili do Polski, ale nie do Orli, tylko w swoje rodzinne strony – do Podniebyla koło Krosna. Poniżej przedstawiam wspomnienia Danuty Kowalskiej (z domu Wróblewskiej) o tamtych wydarzeniach.

Michał Mincewicz

W bydlęcym wagonie

Rodzice byli szanowani w Orli, więc wszyscy bardzo nam współczuli. Przychodzili pożegnać się, każdy przyniósł coś na drogę… Z Orli wyjechaliśmy 20 czerwca 1941 r. samochodem ciężarowym. Wczesnym wieczorem podstawiono pociąg towarowy, bydlęce wagony. W wagonach po obu stronach były jednopiętrowe prycze. W kącie był otwór w podłodze, który pełnił funkcję ubikacji. W wagonie jechali mężczyźni, kobiety i dzieci (była też matka z niemowlęciem) – razem około czterdziestu osób. Zaryglowano drzwi i w środku zrobiło się ciemno. Doczepiono lokomotywę i pociąg ruszył. Trudno opisać to, co się działo w wagonie – był płacz, śpiew nabożnych pieśni, modlitwy. Wszystko razem tworzyło jakby potworny szloch.

Początkowo pociąg jechał powoli. Po drodze doczepiano wagony, w końcu skład liczył ich siedemdziesiąt, wszystkie wypełnione ludźmi. W Mińsku dość długo staliśmy na bocznicy. W okolicy dworca niemieckie samoloty zrzuciły kilka bomb. W końcu pociąg znowu ruszył i jechał bardzo szybko. Był upał. Skończyła nam się żywność i woda. Na pewnej stacji maszynista z innego składu podał nam trochę wody ze swojej lokomotywy. Każdy wagon był pilnowany przez uzbrojonego żołnierza – nazywano ich „angiełami”, tak też się do nich zwracaliśmy, prosząc, aby się na chwilę odwrócili, a my wtedy szmuglowaliśmy wodę i konieczne towary. Dzieci wychodziły na ulicę i kupowały uczciwie wszystko za nasze pieniądze, które jeszcze mieliśmy. Ludzie na dworcach kolejowych nie bali się podchodzić do wagonów. W ciągu dwóch tygodni podróży trzy razy tylko otrzymaliśmy do jedzenia jakąś kurę. Konwojenci współczuli nam. Codziennie rano uchylali drzwi wagonu i pytali czy są zmarli. W naszym wagonie na szczęście nikt nie umarł.

 

Ałtajski Kraj

Na jednej ze stacji podano nam gazetę i dowiedzieliśmy się, że 22 czerwca Niemcy napadły na Związek Radziecki. Nocą minęliśmy Ural. Przez okienka i szpary widzieliśmy łuny nad piecami hutniczymi. Byliśmy już w Azji, jechaliśmy przez niekończący się step. Po około dwóch tygodniach dojechaliśmy do Nowosybirska. Tutaj pociąg podzielono na dwie części – jedna pojechała na północ, druga, z nami, na południe. Kresem podróży był Ałtajski Kraj, pociąg dowiózł nas do Bijska. Stąd zesłańców rozwożono po sowchozach, ciężarówkami po kilka rodzin. Trafiliśmy do Katunia, blisko granicy z Mongolią. Najbliższe miasto znajdowało się sto km od nas, zaś całkiem blisko była piękna górska miejscowość Ajrat-Tura. Sowchoz Katuń nastawiony był na produkcję mleka i mięsa. Przez lato bydło i robotnicy przebywali w stepie. Inna część robotników pracowała przy gromadzeniu paszy dla bydła na zimę.

 

Polacy w Bijsku

Po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych między emigracyjnym rządem polskim a Związkiem Radzieckim, jesienią 1941 r. zawarto porozumienie o amnestii dla Polaków i utworzeniu na terenie ZSRR wojska polskiego. Zesłańcy mogli teraz już sami wedle swoich możliwości urządzać swoje życie – ale tylko na terenie Ałtajskiego Kraju. Wyjechaliśmy więc do Bijska, było to 6 listopada 1941 r. Razem z nami była pani Dziadoszowa, moja chrzestna matka z dwoma synami. Po amnestii nasze życie w Bijsku było trochę lżejsze, ale nie w sensie materialnym, a raczej moralnym. W miejscowościach, w których były większe skupiska Polaków, ambasada RP utworzyła swoje delegatury. Organizowano pomoc dla ludności polskiej poprzez mężów zaufania. Na terenie takiej placówki organizowano świetlice, biblioteki. Nauczycielka Kikiewiczowa zorganizowała polski chór. Recytowaliśmy wiersze patriotyczne, organizowaliśmy okolicznościowe akademie i wieczorki towarzyskie. Generał Anders zaczął tworzyć Armię Polską. Nie wszystkim chętnym udało się dotrzeć na miejsce zbiórki, nie wszystkich więźniów Polaków uwolniono. Kobieta mogła uzyskać przepustkę do armii Andersa, gdy miała jakieś przygotowanie medyczne lub „łącznościowe”. Zapisałam się na kurs pielęgniarski, ale przed jego zakończeniem polska armia opuściła Związek Radziecki, udając się do Iranu. Rząd sowiecki zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim rządem emigracyjnym.

Władze zmuszały Polaków do przyjęcia obywatelstwa radzieckiego. Akcję rozpoczęto od pracowników polskiej placówki 8 marca 1943 r. Odmowa równała się aresztowaniu. Mama została więc aresztowana. Dowiedzieliśmy się, że rząd emigracyjny nawołuje, aby Polacy przyjmowali obywatelstwo radzieckie i że w przyszłości nie będzie to mieć znaczenia. Przekazałam to mamie i po godzinie wracałyśmy do domu. Nie była to pełnia szczęścia.

Po ukończeniu kursu pielęgniarskiego pracowałam w szpitalu wojskowym jako pielęgniarka salowa. Przywożono wielu rannych z frontu. Czasami uczestniczyłam przy amputacji rąk i nóg – gangrena niszczyła młode życia. Ranni leżeli na słomie na podłodze. Słychać było jęki, krzyki, prośby i przekleństwa. Szerzyła się gruźlica, świerzb, tyfus, pełno było wszy i pluskiew, a muchy łaziły po nasączonych krwią bandażach.

 

„Barachołka”

Jak nam się żyło w Bijsku? Początkowo mieliśmy trochę rzeczy do wymiany na targu zwanym tam „barachołką” i było tam dużo złodziei. Mama czasami płynęła w dół rzeki Biji do bartników, którzy żyli w lasach, w ziemiankach. Kupowała miód, który sprzedawała na rynku. To, co zostawało na ściankach wiadra, było nasze, piliśmy wtedy słodką wodę z miodem. Potem mama dostała pracę w gorzelni (spir-zawod), za którą zapłatę uiszczano częściowo w spirytusie. Zawarła znajomość z dyrektorem i stworzyli spółkę, dostała specjalną przepustkę na wynos spirytusu, którego część sprzedawaliśmy w domu – najczęściej kupowali go Tatarzy. Wypijali, zagryzali cebulą, popijali wodą i jechali w swoją stronę. Część spirytusu babunia sprzedawała na rynku, za co kilka razy była aresztowana. Korupcja i zakłamanie były tam powszechne.

Często byliśmy głodni, głód był powszechny. Jedliśmy zmarznięte ziemniaki i „makuchy” słonecznikowe, latem lebiodę i pokrzywy. Chleb był na kartki, po 20 dag dziennie dla niepracujących i 40 dag dla pracujących (gruba kromka), czarny, lepki jak glina. Delikatni ludzie, nie potrafiący zarobić sobie na chleb, umierali z głodu. Ja dodatkowo zarabiałam robiąc na drutach – kupowali od mnie kołchoźnicy. Niektórzy Rosjanie utożsamiali nas z Żydami.

 

Z przedszkola do Polski

W kwietniu 1943 r. polscy komuniści w ZSRR utworzyli Związek Patriotów Polskich. Stosunek władz radzieckich do Polaków zmienił się, wydano nam nowe dokumenty i znowu byliśmy obywatelami polskimi. Tutaj spotkałam młodego, sympatycznego chłopca Wojtka Jaruzelskiego. Od czerwca 1943 r. rozpoczęto formowanie oddziałów wojska polskiego w Sielcach nad Oką w pobliżu Riazania. Przy jednej ze szkół miejskich w Bijsku utworzono kilka polskich klas, ale placówka wkrótce przestała istnieć, ponieważ młodzież, aby przeżyć, musiała pracować (a nie się uczyć). Mama zorganizowała przedszkole dla polskich dzieci, w którym podjęłam pracę wychowawczyni i pracowałam przez dwa lata, do końca pobytu w ZSRR. Było lżej, gdyż przydział żywności dla dzieci i personelu w naszym przedszkolu był taki sam, jak dla przedszkoli radzieckich. Opał na zimę każdy zakład pracy przygotowywał samodzielnie.

W Bijsku była jedna cerkiew prawosławna (i stary batiuszka), innych świątyń nie było. Starsi ludzie chodzili do cerkwi, młodzi czasem zbierali się w prywatnym domu, aby się pomodlić – bali się zdradzić, że są ludźmi wierzącymi.

Na początku 1946 r. rozeszła się wieść o powrocie do Polski. Transport wyjechał w Wielki Piątek. Towarowe wagony nie były już zaryglowane. Były to dla nas szczęśliwe Święta Wielkanocne. Jechaliśmy do ojca, do domu, ojczyzny. Po pięciu latach rozłąki i przejechaniu ponad siedmiu tysięcy kilometrów, 17 maja 1946 r. skończyła się nasza wędrówka.

Вяртанне доктара Мікалая Марцінчыка

Мікалай Марцінчык (1901-1980)

Неяк патэлефанаваў даследчык Заходняй Беларусі, доктар філалагічных навук Арсень Ліс і прапанаваў напісаць артыкул пра Мікалая Марцінчыка. „Гэты чалавек сёння амаль забыты, а ён быў вельмі актыўным грамадска-палітычным дзеячам у Заходняй Беларусі. Стаяў ля вытокаў БСРГ, быў адным з кіраўнікоў Беларускага студэнцкага саюза, намеснікам старшыні Галоўнай управы ТБШ”, – сказаў Арсень Сяргеевіч.

І ён мае рацыю. Бо Мікалай Марцінчык (1901-1980) – найцікавейшая асоба ХХ стагоддзя. Марцінчык сябраваў і перапісваўся з многімі дзеячамі Беларусі. Пра яго вельмі шчыра заўсёды адгукалася грамадская дзеячка і пісьменніца Зоська Верас (1892-1990). У сваіх пісьмах да сяброў (Зоська Верас. Я помню ўсё. Гародня – Wrocław. 2013. Складальнік Міхась Скобла) яна прыгадвала: „Мне Мікалай Міхайлавіч Марцінчык прысылае парады і лекі. А цяпер, магчыма, той беларус з Варшавы прывязе мне лекі польскія, якія парадзіў і прысылаў на пробу Мікалай Міхайлавіч” (з ліста Фёдару Ігнатовічу). „Не ведаю, ці Вы знаёмыя з др. М. М. Марцінчыкам? Гэта мой знаёмы яшчэ з 1924 г. Мы ўвесь час ліставаліся…” (з ліста да Дануты Бічэль). А вось як казала пра яго беларуская паэтка-змагарка Ларыса Геніюш (Ларыса Геніюш. Лісты з Зэльвы. Гародня –Wrocaw. 2012. Складальнік Міхась Скобла): „Шкада доктара Марцінчыка. Пісала мне пра гэта Людвіка Антонаўна (маецца на ўвазе Зоська Верас. – С.Ч.). Вельмі шкадую памершага. Ён не раз быў у нас і памагаў нам даставаць лекі. Няхай лёгкаю будзе яму наша зямля” (з ліста да Аляксея Пяткевіча).

Мікалай Марцінчык быў асабістым доктарам славутага нашага спевака Міхася Забэйды-Суміцкага (1900-1981). Яны пазнаёміліся яшчэ ў 1920-х гадах у Вільні. З таго часу шчыра сябравалі. Калі спявак жыў у Празе, то кансультаваўся ў Марцінчыка наконт лекаў, прасіў парады, як і чым лепш лячыцца. У 1976 годзе Мікалай Марцінчык атрымаў ад Міхася Забэйды-Суміцкага пласцінку сваіх песень, што выйшла ў Празе ў 1968 годзе з аўтографам: „Дарагому доктару М. М. Марцінчыку – удзячны пацыент М. Забэйда”.

Сапраўды, Мікалай Марцінчык лічыўся даволі добрым доктарам. І так яно было. Ён скончыў медыцынскі факультэт Віленскага ўніверсітэта імя Стэфана Баторыя. Часопіс „Студэнцкая думка” за 1928 год № 1 (8) паведамляў: „30.XI м.г. скончыў Віленскі ўніверсітэт з тытулам доктара мед. унів. гр. М. Марцінчык – сябра Б.С.С.” Але не толькі медыцынай займаўся юнак з вёскі Кубельнікі Гродзенскага павета (цяпер Бераставіцкі раён), а таксама палітыкай, грамадска-культурнай працай і журналістыкай.

Пачатковую адукацыю ён атрымаў у Масалянскай царкоўна-прыхадской школе, бо бацькі Міхась Рыгоравіч і Фёкла Васільеўна хацелі, каб сын вучыўся. А пасля школы хлопец паступае ў Гарадзенскую беларускую гімназію, а потым яго шлях ляжыць у Вільню.

Мікалай Марцінчык (у цэнтры) сярод студэнтаў Віленскай беларускай гімназіі, 1930-я гады

У Вільні Мікалай Марцінчык хутка ўліўся ў працэс беларускага нацыянальна-вызвольнага адраджэння. Ва ўніверсітэце ён становіцца адным з кіраўнікоў Беларускага студэнцкага саюза (БСС). Часопіс „Студэнцкая думка” (1924, № 1) у сваёй хроніцы паведамляў: „30 лістапада адбыўся гадавы сход Беларускага студэнцкага саюзу. Выбраны новы ўрад Саюзу ў асобах сяброў – Марцінчыка Міколы – старшыня…” і г.д. Ён не толькі кіруе БСС, але сам актыўна выступае з лекцыямі, публікуе артыкулы ў „Студэнцкай думцы” пад сваім прозвішчам і пад рознымі псеўданімамі і крыптанімамі, у іншых заходнебеларускіх выданнях.

У 1925 годзе Мікалай Марцінчык быў абраны сакратаром, а ў 1926 годзе – сябрам Галоўнай управы Таварыства беларускай школы (ТБШ). Ён актыўна пачаў займацца стварэннем акруговых суполак ТБШ, публікуе ў друку артыкулы ў якіх патрабуе адкрыцця беларускіх школ, сам дапамагае лакальным арганізацыям ТБШ, у межах дзейнасці ТБМ і ТБШ супрацоўнічае з актывістамі КПЗБ, але не падзяляе крайне левых поглядаў камуністаў. А ў 1925 годзе ўдзельнічае ва ўстаноўчай канферэнцыі па стварэнню Беларускай сялянска-работніцкай Грамады пад кіраўніцтвам Браніслава Тарашкевіча, уваходзіць у рэдакцыйную калегію газеты „Беларуская ніва”. На яе старонках 18 лістапада 1925 года паведамлялася: „У нядзелю 16 лістапада адбыўся агульны сход сяброў Таварыства беларускай школы. Пасля справаздачы Цэнтральнай Рады аб дзеяцельнасці за мінулы год і нагляднай аб рэвізіі адбыліся выбары сяброў Новай Цэнтральнай школьнай рады і Нагляднай на наступны год. У Цэнтральную школьную раду выбраны: старшыня – Б. Тарашкевіч, віцэ-старшыні: С. Рак-Міхайлоўскі, М. Заморын, сакратары: Я. Шнаркевіч і М. Марцінчык…”.

У 1927 годзе, пасля заканчэння Віленскага ўніверсітэта, Мікалай Марцінчык пачаў працаваць у Віленскай педыятрычнай бальніцы. А потым – выкладчыкам анатоміі і хіміі ў Віленскай беларускай гімназіі. Адначасова ён каардынуе выбарчую кампанію ў польскі Сейм, але трапляе ў турму. Праўда, польскія ўлады, каб не надакучаў у Вільні, хутка выслалі Марцінчыка ў вёску Янаўка на Беласточчыну пад нагляд паліцыі. Там ён уладкаваўся на працу доктарам, лячыў вяскоўцаў, але не пакідаў займацца грамадскай дзейнасцю.

З Янаўкі доктар Марцінчык пераязджае ў Нараўку Гайнаўскага павета і актыўна працуе ў ТБМ. У Нараўцы ўжо ведалі, хто такі доктар Марцінчык. Таму яго прыезд вяскоўцы сустрэлі з радасцю. За свае ўласныя сродкі і за ахвяраванні вяскоўцаў ён хутка купіў рэнтгенапарат, які быў вельмі неабходны. А калі прыйшла на Беласточчыну савецкая ўлада, доктару прыходзілася займацца адкрыццём беларускіх школ, выступаць з лекцыямі і гутаркамі на медыцынскую тэматыку перад насельніцтвам, прымаць удзел у якасці кіраўніка бальніцы і дэпутата сельскага Савета ў правядзенні сесій, выступаць на мітынгах , бо так патрабавала савецкая ўлада.

А калі пачалася вайна, з маладой жонкай (родам з Нараўкі) едзе ў Белавежу і займаецца прыватнай медыцынскай практыкай. Але жыць і працаваць падчас акупацыі было няпроста. Немцы сачылі за доктарам Марцінчыкам, мяркуючы, што ён супрацоўнічае з партызанамі. У першыя дні вайны ў нараўчанскай бальніцы было шмат параненых чырвонаармейцаў. Іх дапамагаў даглядаць беларускі доктар. Працы хапала, спаў па пару гадзін у суткі. Але хутка ў Нараўку прыйшлі немцы. Яны абшукалі ўсіх параненых і вельмі цікавіліся, ці ёсць сярод параненых афіцэры і камісары. Доктар Марцінчык казаў, што няма, бо тыя, хто адступаў, забралі іх з сабой. Немцы пакінулі Нараўку, але не надоўга. Яны часта прыходзілі да доктара, шмат распытвалі ў яго, арыштоўвалі. Дапытвалі спадара Марцінчыка і ў гестапа. Потым забаранілі жыць і працаваць у Нараўцы, загадалі пераехаць у Белавежу, дзе быў вялікі нямецкі гарнізон і гестапа. Але доктар Марцінчык і там дапамагаў сваім людзям, перадаваў для партызан медыкаменты, многіх падпольна лячыў. Асабліва добрыя стасункі былі з камандзірам партызанскага атрада імя Кастуся Каліноўскага Аляксеем Карпюком, які родам быў з Беласточчыны. У 1944 годзе, пасля блакады і баёў, партызанскаму атраду імя Каліноўскага патрэбны былі лекі і бінты. І доктар дапамагаў, рызыкуючы жыццём.

Пасля вайны сям’я Марцінчыкаў пераехала ў Гродна. Доктара хацелі ўзнагародзіць медалём „Партызану Айчыннай вайны”. Але не ўзнагародзілі, бо нехта з чыноўнікаў выкрасліў яго імя са спіску, маўляў, у яго біяграфіі многа „белых плямаў”. Не дапамаглі сведкі і тых, каго ён лячыў ад ран.

А ў 1948 годзе Мікалая Марцінчыка арыштавалі органы МДБ. Яго дапытваў сам Цанава. Пасля допытаў асудзілі на 10 гадоў і адправілі ў Варкуту. Дамоў у Гродна вярнуўся толькі пасля смерці Сталіна, а ў 1956 годзе яго рэабілітавалі.

У Гродне доктар Марцінчык працаваў у абласной бальніцы, да самай смерці шчыра сябраваў з тым жа Аляксеем Карпюком і Васілём Быкавым. Яго не стала ў траўні 1980 года. На надмагільным помніку, які знаходзіцца ў вёсцы Алекшыцы на Бераставіччыне, напісаны радкі з паэмы Якуба Коласа „Новая зямля”: „Мой родны кут, як ты мне мілы, забыць цябе не маю сілы…”.

Шчыры беларус і патрыёт Мікалай Марцінчык вельмі любіў свой родны край, людзей, Бацькаўшчыну. Няхай гэта згадка верне яго да нас.

 

Сяргей Чыгрын

Eugeniusz Kabatc. Młyn nad Narewką (5)

Rozdział V

 

Druga wojna narodów

Ktokolwiek wjedziesz w narewkowskie strony
Od Starych Gruszek czy Suszczy,
Posłuchaj, jak biją prawosławne dzwony
I pokłoń się, proszę, puszczy.
Tam ludzie z lasem za pan brat się mają,
Nie mierząc się z dębem, kto większy.
Przed obcym jednak pierś wypinają,
By dumnie rzec: jam tutejszy!
Po rusku ktoś powie, czyli po swojemu,
Że Polsce służył od wieków,
Lecz matka ojczyzna, nie służy każdemu,
Choć święta – nie jest bez grzechu…

 

Za pierwszych Sowietów

I zaczęło się.

1 września pamiętnego roku 1939 wojska niemieckie wdarły się do Polski, a samoloty Luftwaffe niemal bezkarnie pojawiły się nad terenem całego obszaru państwowego. Także nad Wołkowyskiem śledziliśmy z bratem wysoki lot niemieckiego dwukadłubowca, dopóki mama nie zapędziła nas do domu. Zwiadowczy, orzekli dorośli, bo bomb nie zrzucił. Natomiast na stację Narewka zrzucił, nie czyniąc jednak większych szkód: ta jedna bomba, co spadła między przejazdem kolejowym a domem dziadka, pozostawiła po sobie ogromny lej, o którym długo mówiło się z podziwem: „O, to była tonnówka!”. Zapamiętałem tę głęboką wyrwę w ziemi jako pierwszy symbol wojny, kiedy po kilku miesiącach pojechaliśmy z mamą do dziadków po jakieś zasoby na święta. Fronty do nas nie dotarły, ale dotarła władza radziecka, a wraz z nią gwałtowne załamanie wszelkiego społecznego zaopatrzenia. W miastach nieustanne kolejki przed sklepami walczyły o chleb i wódkę. Wieś jednak produkowała po swojemu, a tak duże gospodarstwo jak dziadka, tym bardziej. Dopóki decyzją nowych władz dziadek nie znalazł się w klasowej kategorii „kułaka”.

Ale tymczasem z wojny wrócił wujek Aleksy – zmobilizowany do wojska w końcu sierpnia – przywożąc na pamiątkę ranę po walkach w obronie Warszawy, a zwolniony z lazaretu jenieckiego jako Białorusin.  I tak już pozostało: obaj najmłodsi wujkowie coraz bardziej angażowali się po swojej narodowej stronie, nie dając się jednak wciągnąć w polityczną białoruskość radziecką. Powrócili do szkolnictwa, gotując sobie również na przyszłość nauczycielski status wobec niepewnej swojej narodowości młodzieży. Wujek Aleksy rozwijał przy tym i swoją wiedzę. Jego żona Wolga w książce wspomnieniowej My stwarali swaju Biełaruś później odnotuje: W 1940-41 hadach Aleś nastauniczau adnaczasowa studyjaczy litaraturu u Nastaunickim Instytucie u Biełastoku. Literatura i historia dźwie wialikija liubwi jahonaha życcia.

Gdy uczył w Narewce moje kuzynki, wprowadzając je w nowe, językowo-literackie przestrzenie białoruskości, ja w swoim Wołkowysku też przechodziłem intensywny kurs depolonizacji: jeszcze pół roku naszej polskiej kolejowej szkoły powszechnej, a potem szkoła rosyjska w Mieście i nowy rok w nowej szkole białoruskiej w połowie drogi. Zastępy zuchów zamieniły się w organizację pionierów i szkolenie ideowo-fizyczne na odznaczenie „Budź gatow!” – „Wsiegda gatow! K trudu i oboronie”. I jeszcze tego pierwszego lata obóz pionierski w Jeziorach pod Grodnem. Indoktrynacja, słowem, była silna i na swój sposób atrakcyjna, bojowe piosenki, ale też w perspektywie wyjazd do Moskwy na spotkanie z towarzyszem Stalinem, przyjacielem dzieci…

Wkrótce jednak zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy wątpliwości. Najpierw jakby cienie na tym szczenięco słonecznym roku. Niezrozumiała początkowo ucieczka wujostwa Martyniaków do Generalnego Gubernatorstwa, a więc pod okupację niemiecką, wszak groźniejszą niż ten nowy świat radziecki, choć dla wielu też nie do wytrzymania. Wujostwo, mając już „w dorobku” naszych kuzynków Lusię i Lubka, tuż przed wojną zbudowało na naszej ulicy sympatyczny dom, jakby w potrzebie zbliżenia się do gniazda rodzinnego, z czego nie zdążyli już skorzystać. Wujek Władek, jak wspomniałem, był policjantem i dla władz radzieckich stanowił element niegodny zaufania [niebłagonadziożnyj], podlegający natychmiastowej deportacji. Akcja wywózkowa dotknęła później wielu miejscowych kolejarzy, czego nie rozumiałem…

I materialnie żyło się nam coraz trudniej. Bardzo mroźna zima, jaką Rosjanie przynieśli nam ze wschodu [tak się mówiło], nie ułatwiła bytu i choć ojciec nadal pracował na kolei, a mama dwoiła się i troiła, żeby wykarmić dwóch dorastających basałyków, niedostatek coraz wyraźniej zaglądał nam w oczy. Wreszcie i mama poszła do pracy na kolei, zatrudniając się jako kasjerka na dworcu, po którym przewalały się, koczując gdzie się dało, tłumy „mieszoczników”, ubogich Białorusinów i Rosjan, przybywających z głębi państwa z charakterystycznymi woreczkami na plecach w poszukiwaniu atrakcyjniejszych, pozostałych po „pańskiej” Polsce, towarów.

Na następny obóz pionierski już nie pojechałem. Narastało napięcie w stosunkach państwowych z Niemcami i mama wywiozła mnie na bezpieczniejsze wakacje do Narewki, do dziadków.

Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza tak młodocianie rzeczy upraszczającego, wszystko tu było po staremu. W domu dziadka panował pozorny spokój, zrobiło się jakby trochę luźniej, odkąd wujek Antoni z rodziną wybył gdzieś na leśniczówkę; u Hawieńczyków przy młynie dziewczynki chodziły do szkół, choć teraz i one korzystały z wakacji, nawet młyn pracował jak gdyby nigdy nic… Ale tu właśnie na tej sielsko-anielskiej drodze najpierw się potknąłem. Wujek Filip, zagadnięty o tę sytuację, tak ją zwięźle określił: „Fiedot, da nie tot.” Słowem, młyn nadal robił swoje, przetwarzał zboże na mąki i kasze, ale już jako obiekt znacjonalizowany. Dla wujka Filipa znalazło się tam miejsce jako fachowca, ale wujek Antoni musiał szukać innego zajęcia. Kiedy odwiedziliśmy go któregoś dnia z ciocią Tanią, skromnym zaprzęgiem i polnymi drogami udając się za Gruszki i rzekę, wydawał się nawet zadowolony z tego „zesłania” do puszczy. Mnie też ta leśniczówka w Białej Górze bardzo się spodobała, choć rodzinie wujka mniej, co zrozumiałem, gdy nocą obudziły mnie lęki przed grozą osamotnienia w tym wielkim lesie…

Dziadkowi też groziło zesłanie, ale prawdziwe, na Sybir. Nie dawał się jednak zastraszyć, gdy przychodził do nas przewodniczący miejscowego sielsowietu, a otrzymawszy swoją szklankę samogonu, zapalając śmierdzącego skręta i przyklejając go do dolnej wargi, wieszczył dziadkowi: „Ty, Jula, kułak i za Polszczy ludziej sudził…W Sibir pajedziesz…”. Dziadek przed wojną rzeczywiście był przez kilka lat sędzią ludowym w Narewce, ale jego chłopskie bogactwo dawno stęchło, toteż głośno wierzył w konstytucję radziecką, a niezbyt rozgarniętemu predsiedatielu na wszelki wypadek odpowiadał: „Czahoż bajacca? Sibir wiedź toże ruskaja ziemla!”.

Ale z konstytucją był jednak na bakier. Kiedyś, gdy siedziałem z nim na trawie w ogrodzie za domem, czytał mi jej wielce „budujące” postanowienia i klął co chwila piętrowo, aż uszy mi więdły. „Kab was małanka razniesła! Kab wam hetaki sabaczyj woj u noczy spać nie dawał!”.

U dziadka Konstantego na Biehlukach nie było takich problemów. Za to dostać się tam było trudniej, bo kolejowy most nad rzeką został zamknięty dla pieszych i za każdym razem trzeba było szukać brodu. U stryjka Iwana coraz ciekawiej dawał znać o sobie kilkuletni Witek, z którym próbowałem się zaprzyjaźnić, ale on z oczywistych względów nie nadawał się jeszcze do określania głębokości rzecznych przejść. A most trzeba było obchodzić z daleka, pojawiła się przed nim ochronna tablica z napisem „Zaprietnaja zona”, wyobcowując go z oswojonego terenu rzeki, łąk, lasu, a nawet kolei. Stawał się tematem moich myśli także wtedy, gdy – z braku książek do czytania – postanowiłem napisać swoją pierwszą własną, by potem móc ją czytać do woli. Niestety, wkrótce, po kilku stroniczkach zeszytu, rozsnuły się bezpowrotnie wśród nowych, groźniejszych wydarzeń.

Można by rzec, światowych wydarzeń, bo właśnie wtedy, i nie tylko tu, wojna wybuchła na całego.

Mama w drugiej połowie czerwca tamtego 1941 roku miała urlop i była z nami w Narewce. Ale jak tylko Niemcy ze swoim niszczycielskim żelastwem wtargnęli w granice Związku Radzieckiego, mama pośpiesznie nas pożegnała i popędziła na stację, by złapać jakiś pociąg do Wołkowyska. Odezwało się w niej niewczesne poczucie odpowiedzialności, które w sytuacji zagrożenia każe człowiekowi natychmiast powrócić na swój służbowy posterunek… Rozkład jazdy od razu przestał być aktualny, a linie kolejowe zapełniły się transportami uciekinierów cywilnych i wojskowych. Gdy na stacji zatrzymał się pierwszy pociąg na wschód z ładunkiem ewakuowanych czołgów na otwartych torach, mama wyprosiła obsługę, by pozwolono jej zabrać się z wojskiem. Ale ledwie ruszyli i przekroczyli most nad Narwią pod Siemianówką, eskadra niemieckich myśliwców zapolowała na nich z niskiego pułapu, rozstrzeliwując nie tylko hamujący ostro pociąg, ale i ludzi wysypujących się z wagonów i kryjących się wśród zagonów i krzewów. Nie wszyscy się uratowali, martwi pozostali na ziemi, żywi, w tym ranni, powrócili do pociągu, który nie został poważnie uszkodzony i po kilku godzinach jakoś dotoczył się do Wołkowyska. I utknął tam na zawsze, bo dworca już nie było i cały węzeł płonął w olejowym smogu. Mama cała i zdrowa, ale przerażona ponad wszelką miarę, szczęśliwie powróciła do domu i w jakiś nadzwyczajny sposób dała nam znać, że żyje i wszystko z nią jest w porządku. Dzielna mama, ani chybi.

Jeszcze przez kilka dni Niemcy bezkarnie bombardowali linie kolejowe i miasta, Sowieci wycofywali się bezładnie, bateria dział przeciwlotniczych za naszym kolejowym osiedlem umilkła szybko i opuszczona w popłochu straszyła tylko reliktem klęski. W Narewce wojsko zapełniło wszystkie drogi wokół puszczy i aż żal było patrzeć, jak szamoce się przed okrążeniem. Tabory i piechota przewalały się to w jedną, to w drugą stronę, bezhołowie trwało, dowództwo najwyraźniej zawodziło w tej „niepobiedimoj” armii, o której w szkołach śpiewaliśmy bojowe piosenki: „Jeśli zawtra wojna, jeśli zawtra w pochod, my siegodnia k pochodu gotowy!”. Zbita z pantałyku, jak teraz wokół się mówiło, w strasznym zmęczeniu i w tradycyjnym ubóstwie żołnierze całymi gromadami porzucali broń i czekali tylko na okazję, żeby „sdacca w plen”. Pewnej nocy na wzgórku od strony rzeki jakiś biwakujący oddział zastrzelił swojego oficera; robiło się groźnie i dla nas. Tedy dziadek z wujkami, wyprowadzając bydło i konia, skryli się w puszczy, a ciocia Tania na następną noc powiodła kobiety i dzieci do dziadkowego lasu w Łozowym. Zapamiętałem dobrze tamten nocleg pod gwiazdami na wilgotnej, zrytej przez dziki, polanie, wśród wielkie ciszy leśnej, naruszanej jedynie bzykiem atakujących wściekle komarów. A nadstawialiśmy uszu w stronę opuszczonego domu, spodziewając się lada chwila jakiejś dzikiej strzelaniny i trzasku płonących zabudowań w bitwie uchodzących i nadchodzących hord…

Gdy po źle przespanej nocy w lesie, okropnie pocięci przez komary, powróciliśmy rano na tę ruchliwą zwykle drogę Narewka – Lewkowo, zaskoczyła nas kompletna cisza i pustka. Czerwona Armia odpłynęła w stronę Wołkowyska, a jej rozbitkowie schronili się za stodołą dziadka, prosząc go, by powiadomił Niemców, gdy nadejdą, że są bez broni i poddają się bez walki. I tak się stało. Wkrótce pojawili się niemieccy motocykliści i zaglądali do zagród z żądaniem mleka i jajek. Niechętnie ruszyli za stodołę z bronią gotową do strzału…

Tak się skończyły dwa lata pierwszych Sowietów i zaczęły się trzy lata niemieckiej okupacji.

 

Cdn

 

Календарыюм (10/2016)

Кастрычнік kalendarium-01– гадоў таму

865 – паход  у 1151 г. гарадзенскага князя Барыса Усеваладавіча зь іншымі князямі на Кіеў.

705 – напады крыжакоў у 1311 г. на Гарадзенскую зямлю і аблогі імі Гарадзенскага замку.

625 – беспасьпяховая аблога ў 1391 г. горада Наваградка крыжацкімі войскамі на чале з магістрам Канрадам Валенродам.

510 – 12.10.1506 г. Зыгмунт Казіміравіч (Стары) афіцыйна ўступіў на прастол Вялікага Князя Літоўскага. Умоўная дата пачатку рэнэсансу на беларускіх землях.

420 – 6.10.1596 г. абвяшчэньне ў Бярэсьці часткай праваслаўных епіскапаў аб’яднаньня праваслаўнай Царквы ў Рэчы Паспалітай з каталіцкім касьцёлам пад уладай Рыму.

220 – 10.10.1796 г. у Магілёўскай губ. нар. Міхал Без-Карніловіч (пам. 19.01.1862 г.), выдатны беларускі гісторык, краязнавец, этнограф, вайсковы тапограф. Апублікаваў шэраг артыкулаў па гісторыі Беларусі (даказаў між іншым паходжaньне вялікага князя літоўскага Віценя з роду полацкіх князёў). Стварыў карту Беласточчыны.

200 – 23.10.1816 г. у Кублічах Лепельскага пав. нар. Арцём Вярыга-Дарэўскі, пісьменьнік і дасьледчык беларускага фальклёру. У 1858 – 1863 гг. вёў рукапісны „Альбом”, у якім свае запісы пакінулі м. інш.: У. Сыракомля, В. Каратынскі, А. Кіркор, В. Дунін-Марцінкевіч. Пераклаў на беларускую мову „Конрада Валенрода” А. Міцкевіча. Памёр у Сібіры ў 1884 г.

185 – 8.10.1831 г. у Дудзічах на Меншчыне нар. Міхал Ельскі (брат Аляксандра Ельскага), скрыпач і кампазытар. Памёр у студзені 1904 г.

135 – 21.10.1881 г. у Чапялях Сакольскага пав. нар. кс. Станіслаў Шырокі, удзельнік беларускага хрысьціянскага руху; служыў у Янаве, Крынках, Кузьніцы. Памёр у 1956 г.

130 – 28.10.1886 г. нар. Сьцяпан Войтанка, праваслаўны сьвятар, прымаў удзел у аднаўленьні Беларускай аўтакефальнай праваслаўнай царквы пасьля ІІ сусьветнай вайны, служыў настаяцелем  прыхода Жыровіцкай Божай Маці ў Гайленд-Парку і ў прыходзе БАПЦ у Нью-Брансвіку (ЗША). Памёр 26.06.1968 г.

125 – 18.10.1891 г. нар. Лукаш Голад, праваслаўны сьвятар, прыхільнік беларусізацыі праваслаўнай царквы, за што парасьледаваўся польскімі ўладамі. У 1927 – 1928 гг. у Вільні рэдагаваў і выдаваў часопіс „Праваслаўная Беларусь”. Памёр 6.11.1947 г. у Вільні, дзе і пахаваны на праваслаўных могілках.

120 – 13.10.1896 г. у Маскве нар. Мікалай Шчаглоў-Куліковіч, кампазытар і музыколяг, дзеяч беларускага руху ў эміграцыі. З 1936 г. жыў у Менску, быў адным з арганізатараў Тэатра опэры і балета Беларусі, дырыжорам яго сымфанічнага аркестра, музычным рэдактарам Беларускага радыё. У 1943 г. выдаў „Зборнік купальскіх і жніўных
беларускіх песьняў”. З 1944 г. у эміграцыі ў Нямеччыне, з 1950 г. – у ЗША (Чыкага – дзе і памёр 31.03.1969 г.).

120 – 13.10.1896 г. нар. Мікола Шчакаціхін (замардаваны савецкай бясьпекай 1.04.1940 г.), мастацтвазнавец, гісторык, тэарэтык мастацтва, дасьледаваў выяўленчае мастацтва й архітэктуру Беларусі ад старажытнейшых часоў да свае сучаснасьці. Аўтар многіх навуковых артыкулаў. Найбольш вядомая ягоная праца „Нарысы з гісторыі беларускага мастацтва” (Менск 1928).

110 – 18.10.1906 г. у Зарудзічах на Смаргоншчыне нар. Алесь Салагуб, беларускі паэт, вязень Лукішак. Закончыў Віленскую беларускую гімназію (1927), у 1928 г. нелегальна перайшоў у БССР, дзе закончыў Беларускі дзяржаўны ўнівэрсытэт (1931). 10.08.1933 г. быў арыштаваны  і 17.05.1934 г. расстраляны. Друкаваўся з 1925 г., у 1929 г. у Менску выйшаў зборнік вершаў „Лукішкі”. У 1961 г.   часопісе „Полымя” апублікаваны яго „Лукішскі дзёньнік”.

75 – 23.10.1941 г. у Унжлагу на лесапавале загінуў Васіль Шашалевіч (нар. 9.01.1897 г. у Мхінічах на Магілёўшчыне, брат Андрэя Мрыя), драматург (п’есы „Апраметная”, „Змрок”, „Воўчыя вочы”, „Рой”, „Сімфонія гневу”) і празаік.

45 – 18.10.1971 г.  у Бальбінаве (Латвія) памёр кс. Язэп Гайлевіч (нар. 26.02.1893 г. у Драздах Дзісенскага пав.), прыхільнік беларусізацыі каталіцкага касьцёла, дзеяч Беларускага руху ў Латвіі.

40 – 4.10.1976 г. памёр Юльян Сергіевіч (нар. 23.09.1910 г. у Юраўш­чыне каля Маладэчна), беларускі паэт і настаўнік. Друкаваўся з 1922 г. у заходнебеларускіх выданьнях.

40 – 17.10.1976 г. пам. у ЗША Радаслаў Астроўскі (нар. 6.11.1887 г. у фальварку Запольле, Слуцкага павету), грамадзкі, палітычны дзеяч, настаўнік. У 1924 – 1936 гг. быў дырэктарам Віленскай Беларускай Гімназіі. У сьнежні 1943 г. стаў прэзыдэнтам Беларускай Цэнтральнай Рады. З 1956 г. жыў у ЗША.

35 – 4.10.1981 г. у Лёндане памёр кс. Часлаў Сіповіч (нар. 25.11.1914 г. у Дзедзінцы Браслаўскага пав.), ініцыятар і заснавальнік Беларускага дома айцоў марыянаў і Беларускай бібліятэкі імя Ф. Скарыны ў Лёндане, актыўны дзеяч беларускай эміграцыі ў Вялікабрытаніі.

35 – 24.10.1981 г. у Беластоку адбыўся сход беларускіх студэнтаў –  прысутнічала на ім 200 студэнтаў з акадэмічных асяродзьдзяў Варшавы, Беластоку, Любліна. Была прынята пастанова аб легалізацыі беларускіх студэнцкіх структураў пры вышэйшых навучальных установах.

25 – 8.10.1991 г. у Вільні памерла Зоська Верас (сапр. Людвіка Войцік – нар. 30.09.1892 г. у Мяджыбажы
на Украіне), беларуская дзеячка і пісьменьніца, аўтарка м. інш.: „Беларуска-польска-расейска-лацінскага батанічнага слоўніка” (Вільня 1924) і ўспамінаў пра беларускі рух і яго дзеячаў.

25 – 18.10.1991 г.  памёр у Вішневе Пятро Бітэль (нар. 19.06.1912 г. у Радуні), настаўнік, пісьменьнік і перакладчык, м. інш. „Пана Тадэуша” на беларускую мову; вязень сталінскіх лагероў (1950 – 1956).

25 – 25.10.1991 г. у Нью Ёрку (ЗША) памёр Міхась Міцкевіч (наймалодшы брат Канстанціна Міцкевіча – Якуба Коласа, нар. 13.07.1897 г. у Мікалаеўшчыне Стаўпецкага пав.), грамадзкі дзеяч, настаўнік, перакладчык. Быў адным з заснавальнікаў Беларускай Аўтакефальнай Царквы, рэдактарам часопіса „Голас Царквы”.

 

Апрацавалі Лена Глагоўская і Вячаслаў Харужы

Helena Głogowska. Adam Miedzybłocki – artysta niepośledniej rangi

clipboard012

Adam Miedzybłocki (1890-1956). Zdjęcie z 1928 r., wykonane przez zakład fotograficzny „Antoni Skurjat. Artysta Fotograf”, mieszczący się w Wilnie przy ul. Królewskiej 3

 

  1. Portrecista Franciszka Olechnowicza

Znany portret Franciszka Olechnowicza, zamieszczony prawdopodobnie po raz pierwszy w jego pracy „Беларускі тэатр» (Вільня 1924), nie zachował się w oryginale. Jego była żona Stanisława z Okołow-Zubkowskich wrzuciła go do pieca, gdy we wrześniu 1939 r. do Wilna weszli sowieci. Przez lata wisiał na honorowym miejscu na ścianie. Jak wspominał Jerzy Olechnowicz (syn Franciszka) matka bała się o siebie i o swoich synów. Więc w pierwszej kolejności likwidowała pamiątki po Franciszku, który po powrocie z Sołowek w 1933 r. zamieszkał osobno i opublikował wspomnienia z pobytu w łagrze. Jego książki „W szponach GPU” i „Prawda o sowietach” także wrzucano do pieca w obawie przed represjami ze strony sowietów. Franciszek Olechnowicz w tym czasie ukrywał się w różnych miejscach w Wilnie i pod Wilnem.

Na szczęście portret wielokrotnie reprodukowano po 1990 r., gdy przypomniano postać dramaturga. Stał się on jego swoistą wizytówką. Czasem przy okazji publikacji wymieniano nazwisko autora portretu, Adama Miedzybłockiego, oraz określano czas jego powstania na połowę lat 20. Szkoda, że reprodukując po latach portret w wydawnictwach białoruskich zrezygnowano z autografu artysty i podanego pod nim roku 1923 (1922?). W zbiorze utworów Franciszka Olechnowicza (Minsk 2005) również znalazła się reprodukcja tego portretu. Portret wykorzystał też Ihar Maraczkin w kalendarzyku kieszonkowym na 2003 r., upamiętniając tym samym 120. rocznicę urodzin dramaturga. Na nim zamiast autografu artysty, zamieścił autograf Franciszka Olechnowicza, zaznaczając przy tym, że rysował go Adam Miedzybłocki. Od lat więc co najmniej 25. intrygował mnie autor portretu Franciszka Olechnowicza, niejako równolegle z zainteresowaniami dramaturgiem. W tym czasie udało się odnaleźć nieznane polskojęzyczne utwory Franciszka Olechnowicza oraz jego rodzinę – synów oraz jego wnuków i prawnuków. Uzbierało się materiałów na porządną książkę o Franciszku Olechnowiczu, która mam nadzieję niedługo powstanie. Tym niemniej nie udało mi się dotychczas dowiedzieć, z kim się związał Franciszek Olechnowicz po powrocie z Sołowek, chociaż syn Jerzy pamiętał jego żonę.

foto

Reprodukcja namalowanego przez Adama Miedzybłockiego portretu Franciszka Olechnowicza z jego książki

 

Niby łatwiej poszło ze znalezieniem śladów Adama Miedzybłockiego. Jego prace pokazano na wystawie „Wileńskie środowisko artystyczne 1919-1945” w Galerii Sztuki Współczesnej Biura Wystaw Artystycznych w Olsztynie w 1989 r. (czerwiec – sierpień). Wydano z tej okazji solidny katalog z biogramami artystów, wykazem wystawionych dzieł sztuki i reprodukcjami prac.

 

  1. Międzybłocki czy Miedzybłocki?

W katalogu tym nazwisko artysty pisze się przez „ę”. Z biogramu można się dowiedzieć, że urodził się w powiecie wileńskim w 1890 r., a zmarł w Gdańsku – w 1956 r. W 1913 r. ukończył ASP w Krakowie, był członkiem Wileńskiego Towarzystwa Artystów Plastyków (WTAP), „z którym stale wystawiał w Wilnie, Warszawie, Krakowie”. Był też członkiem rzeczywistym Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Po wojnie mieszkał w Gdańsku i brał udział w wystawach okręgowych Związku Polskich Artystów Plastyków. Na wystawie olsztyńskiej pokazano pięć jego prac – akwarel, znajdujących się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie oraz w Muzeum Okręgowym w Toruniu. W porównaniu  z innymi wystawianymi wówczas artystami, to dość znaczny dorobek, chociaż prace te nie przekraczały wymiarów 22,3×23,3 cm. Wśród reprodukcji zamieszczono „Pejzaż z ruinami zamku”. Dwukrotnie wymieniono nazwisko artysty we wstępie do katalogu – jako przedstawiciela nurtu akademickiego we WTAP (s. 27) oraz jako uczestnika „salonu wiosennego” w 1932 r. (s. 34).

W 1993 r. ukazał się tom V „Słownika artystów polskich i obcych w Polsce działających przed 1966 r. Malarze, rzeźbiarze, graficy” (Warszawa 1993). Zamieszczono w nim obszerny biogram Adama Międzybłockiego autorstwa Hanny Bartnickiej-Górskiej. W przeciwieństwie do poprzedniego biogramu pojawiła się w nim dokładna data i miejsce urodzenia artysty oraz śmierci: 4 kwietnia 1883 (1890?) Gryszkańce kolo Wilna – 3 sierpnia 1956 r. Gdańsk. Można się z niego dowiedzieć, że był synem Jana i Walerii z Bartoszewiczów oraz że „Uczęszczał do szkoły rysunkowej w Wilnie. W latach 1908-1913 studiował w krakowskiej ASP u Teodora Axentowicza i Leona Wyczółkowskiego, kilkakrotnie wyróżniany nagrodami. Prawdopodobnie na przełomie 1913/14 wyjechał na Kaukaz, gdzie pozostał do końca I wojny światowej. W 1919 r. wrócił do Warszawy, w 1920 r. wstąpił ochotniczo do wojska polskiego. Od ok. 1922 r. mieszkał stale w Wilnie. Pod koniec 1945 r. przyjechał do Polski jako repatriant i osiedlił się w Gdańsku”. Tyle o jego życiorysie.

Proporcjonalnie tyleż samo miejsca zajmują informacje o jego życiu artystycznym oraz bibliografia. Można z nich dowiedzieć się, że od 1913 r. wystawiał swe prace niemal każdego roku. Podczas pobytu na Kaukazie brał udział w wystawach w Tyflisie. Z tego okresu znane są jego  prace olejne: „Cmentarz muzułmański w Tyflisie” i „Port w Konstantynopolu”. Malował wówczas także portrety i typy charakterystyczne, które sprzedawał „miejscowym milionerom”.

Po powrocie do Wilna w okresie międzywojennym wystawiał podczas wystaw zbiorowych WTAP i TZSP także w innych miastach Polski – w Warszawie, Lublinie, Poznaniu, we Lwowie, w Druskiennikach, w Krakowie. Był przede wszystkim pejzażystą-akwarelistą. Malował głównie widoki Wilna, Warszawy, Krakowa. Malował też portrety, w których widoczny był wpływ jego nauczyciela, Teodora Axentowicza.

kalendarz

Portret Franciszka Olechnowicza autorstwa Adama Miedzybłockiego na okładce kalendarzyka z 2003 r.

Po osiedleniu się w Gdańsku brał udział w wystawach ZPAP, malował widoki Gdańska i Pomorza oraz pozostawionego na zawsze Wilna. W przekazach zapamiętany został jako niezwykle pracowity artysta, który chodził od domu do domu i napraszał się, by ludzie kupowali jego prace. Sprzedawał je niemal za bezcen.

Mimo że w dokumentach jego nazwisko pisano przez „e”, publicyści i historycy sztuki ciągle pisali je przez „ę”. Prace sygnował nazwiskiem „Miedzybłocki”, a i tak w polskiej historii sztuki pozostał „Międzybłockim”. Za życia ponoć ciągle się zżymał na poprawianie jego nazwiska.

 

  1. Poszukiwania śladów

W 1996 r. ukazał się katalog wystawy „Kształcenie artystyczne w Wilnie i jego tradycje”, przygotowanej przez Muzeum Okręgowe w Toruniu przy ścisłej współpracy z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu i Akademią Sztuk Pięknych w Wilnie. Znalazł się w nim obszerny biogram Adama Międzybłockiego, opracowany na podstawie „Słownika artystów polskich…” (s. 93).

Sięgam do informatora „Czy wiesz kto to jest?”, wydanego w Warszawie w 1938 r. pod redakcją Stanisława Łozy. Tam na 486 stronie znajduje się krótki biogram Adama Międzybłockiego, w którym to podano jego rok urodzenia jako 1890 w Gryszkańcach (w powiecie wileńsko-trockim). Tam też wspomniano o studiach na Kaukazie i w Konstantynopolu oraz o zakupach jego prac przez Zachętę i o reprodukcjach na pocztówkach, wydanych przez „Ruch” i Komitet Zdrojowy w Druskiennikach.

Sprawdzam nieliczne publikacje o nim, znajduję nowe, nieujęte w bibliografii słownikowej. Nie znajduję artykułu o nim w „Słowie” wileńskim za 1928 r. (z dn. 25 marca), choć powinien tam być. Wertując ten dziennik, wydawany w latach 1922-1939 przez Stanisława Mackiewicza-Cata, trafiam na inny artykuł o artyście (nr 108, z dn. 7 grudnia 1922 r., s. 3). Autorem jest „Beta” – wiadomo, że to pseudonim, ale czyj? Ponieważ w gazecie niektóre artykuły są podpisywane „Alf”, można domniemywać, że był to Franciszek Alechnowicz. Mógł też napisać do „Słowa” artykuł o Adamie Międzybłockim jako „Beta” – kolejna litera alfabetu greckiego po „Alfie”. Jest to tylko moje przypuszczenie, ale jeżeli skojarzy się je z portretem Franciszka Olechnowicza, wykonanym w 1922 r., to może się to okazać długiem wdzięczności artysty wobec dramaturga, albo dramaturga wobec artysty. „Beta” pisał: „Jak ptactwo powracające na wiosnę z wyraju, tak też jeden po drugim wracają do domu ci, których rozszalała nad krajem rodzinnym zawierucha wojenna rzuciła daleko het precz, poza granice ojczyzny. Śród tych, wracających pod strzechy rodzime, spotkaliśmy i Adama Międzybłockiego. Spędziwszy lata wojny, poczynając od roku 1915, na Kaukazie, gdy zorza wolności nad ziemią rodzoną zajaśniała, pędzi co tchu do swoich, by tu wespół z innymi dzielić trudy budowy nowego życia, razem z innymi cieszyć się owocami pracy. Via Batumi – Konstantynopol – Rumunję przybywa w r. 1919 do Warszawy, a na wiosnę r. b. osiada w Wilnie. Urodzony w r. 1885 we wsi Hryszkańce (p. Trockiego), pierwszą znajomość z ołówkiem i węglem zawiera w Wilnie w szkole rysunkowej Trutniewa. Lecz gipsy i martwa natura nie zdolne są zadowolić utalentowanego chłopca, który całą duszą rwie się tam, gdzie sędziwy Jacek Malczewski czaruje swą symboliką, gdzie Juljan Fałat pastelami swemi wysnuwa nieskończone piękno z codziennego krajobrazu, tam, gdzie silniej bije tętno życia artystycznego, do prastarego grodu pod Wawelskiego, do Krakowa. Marzeniom udało się ziścić. W Krakowie, uczęszczając do Akademii Sztuk Pięknych od r. 1908, rychło zwraca na siebie uwagę jako jeden ze zdolniejszych uczni, i tutaj, pod kierunkiem prof. Axentowicza, Weissa i in. krystalizuje się jego talent. Międzybłocki nie jest w sztuce nowatorem, lecz pomimo to odczuwa się w tym artyście silną indywidualność. Dba on o rytm w kolorycie, nie rzuca hojnie plam barwnych, nie ugania się za tanimi efektami, lecz mocno trzyma siebie na wodzy umiaru artystycznego, w pracach, gdzie, zdawałoby się, barwne tematy wschodnie mogą łatwo wywołać burzę kolorów, cechuje go spokój i panowanie nad paletą. W skromnej pracowni Międzybłockiego (na Antokolu) mieliśmy przyjemność oglądać jego szkice z tułaczki i roboty wileńskie. Niestety, z prac kaukaskich udało mu się dowieźć do Wilna zbyt mało, gdyż biorąc częsty udział w wystawach, urządzanych przez Kaukaskie T-wo Sztuk Pięknych, znalazł licznych nabywców. Bardzo ciekawe są akwarele warszawskie: szkice z Łazienek, Krakowskie Przedmieście z pomnikiem Mickiewicza i in. Lecz nadewszystkiem górują szkice wileńskie: rozzieleniałe brzegi szumiącej Wilenki, pejzaże miejskie z wieżycami naszych kościołów, wąskie zaułki wileńskiego ghetto. Wszędzie się odczuwa umiłowanie rodzinnego miasta, gdzie kiedyś pierwsze natchnienie kierowało jeszcze niewprawaną rękę młodocianego Trutniowskiego elewa. Dziś już w pełni swych sił artystycznych zawitał Międzybłocki do Wilna, by tym razem osiąść tutaj na stałe. I tutaj, gdzie śpi w letargu życie artystyczne, gdzie rozpolitykowana kołtunerja ślepą jest na sprawy sztuki, gdzie wzbogacone piskarstwo bardziej interesuje się kursem dolara niż przejawami ducha, piewca piękna rodzinnego miasta i herold jego minionej sławy, w ciszy swej pracowni, wytrwale tworzy nowe wartości artystyczne”.

skanuj0010

Przedwojenna pocztówka, wydana nakładem Komisji Zdrojowej w Druskiennikach


Franciszka Olechnowicza z Adamem Międzybłockim wiąże Kraków. Tam w 1903 r. młody Olechnowicz pojechał po wiedzę i umiejętności aktorskie. Niestety, w tym roku szkoła dramatyczna w Krakowie nie pracowała, więc wstąpił jako wolny słuchacz na Uniwersytet Jagielloński. Po roku wyjechał do Warszawy i tam wstąpił do szkoły dramatycznej, którą ukończył w 1907 r. Warto przypomnieć, że Kraków leżał w zaborze austriackim, a Warszawa w rosyjskim, czyli w dwóch różnych państwach. Swoje przygody związane z przekraczaniem granicy państwowej Franciszek Olechnowicz opisał po latach. W 1909 r. osiadł w Wilnie, by po roku uciec od wyroku sądu znowu na teren Galicji i pozostać tam do 1913 r. jako aktor teatrów wędrownych. Czy wtedy spotkali się w Krakowie, czy dopiero po I wojnie światowej? Przecież mogli się znać z Wilna. Byli prawie rówieśnikami, a nawet rówieśnikami, bo Franciszek Olechnowicz urodził się w 1883 r., który jest czasem podawany jako rok urodzenia również Adama Miedzybłockiego. Z artykułu „Beta” wynika, że Adam Miedzybłocki miał pracownię w Wilnie na Antokolu. Na Antokolu na początku lat 20. mieszkał także Franciszek Olechnowicz. Mogli być zatem sąsiadami. Czy pod pseudonimem „Beta” ukrył się Franciszek Olechnowicz, pewnie pozostanie to nierozwiązaną zagadką. Ale pozostaje faktem, że był to pierwszy artykuł biograficzny o Adamie Miedzybłockim. Być może pod wpływem tego artykułu sportretował on znanego już wówczas białoruskiego dramaturga i aktora, piszącego też dla polskich gazet wileńskich „Słowo” i „Kurjer Wileński”.

Adam Miedzybłocki urodził w 1885 r., jak sam podawał wstępując do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W zachowanej w uczelnianym archiwum jego karcie osobowej, własnoręcznie wypełnionej 9 października 1908 r., można wyczytać wiele informacji. Po pierwsze nazwisko pisał przez „e”, a nie przez „ę”. Jako miejsce swego urodzenia podał Gryszkańce w powiecie trockim, w guberni wileńskiej. Wyznanie – katolickie. Adres rodziców w Wilnie: Żandarmski Zaułek 5 m. 43. Napisał, że ukończył wileńską szkołę rysunkową. Przedstawił „akta akademickie kredkowe i pejzaży olejne”. Wyraził wolę studiowania u profesora Axentowicza. Jako miejsce zamieszkania w Krakowie podał ulicę Lubicz 19.

Gryszkańce to wieś z dwoma stawami 56 wiorst od Trok. W drugiej połowie XIX w. liczyła 16 domów i 124 mieszkańców wyznania katolickiego. Adam Miedzybłocki prawdopodobnie w wieku szkolnym mieszkał już w Wilnie, gdy był uczniem Szkoły Rysunkowej Iwana Trutniewa. Szkoła istniała od 1866 r. Jej nauczyciele wywodzili się z petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Uczniowie doskonale poznawali w niej warsztat pracy artysty plastyka i potem z powodzeniem kontynuowali studia w różnych ośrodkach życia artystycznego na Zachodzie. Adam Miedzybłocki wybrał Kraków. Rektorem Akademii Sztuk Pięknych tam był wówczas Julian Fałat. Był to burzliwy okres w dziejach uczelni. Po rewolucji 1905 r. nastąpił znaczny napływ młodzieży z Kongresówki i z Kraju Północno-Zachodniego Imperium Rosyjskiego, czasem unikającej służby w armii carskiej. Na uczelni nastąpił ferment i brak stabilności. Strajk studentów w listopadzie 1909 r. przyczynił się do dymisji Juliana Fałata ze stanowiska rektora w grudniu tego roku. W latach 1910-1911 rektorem ASP był Teodor Axentowicz, w 1911-1912 – Konstanty Laszczka, w 1912-1914 – Jacek Malczewski.

W archiwum ASP w Krakowie zachowały się rodowody studentów i księgi świadectw. Z tych ostatnich wynika, że w roku akademickim 1908/1909 był studentem nadzwyczajnym w klasie Teodora Axentowicza i w pierwszym semestrze został nagrodzony za rysunek wieczorny. W następnym roku akademickim był już studentem zwyczajnym. W roku akademickim 1910/1911 został uczniem Leona Wyczółkowskiego, otrzymał nagrodę za akt oraz wzmiankę pochwalną na wystawie. W kolejnym roku również otrzymał wzmiankę pochwalną na wystawie, a w roku akademickim 1912/1913 medal brązowy i nagrodę pieniężną. W dokumentacji ASP zachowały się jeszcze świadectwa z roku 1913/1914, co oznacza, że studiował tam jeszcze przez rok.

Czy powodem wyjazdu na Kaukaz był wybuch I wojny światowej? Tam bowiem w Tyflisie w 1914 r. znalazł się Adam Miedzybłocki i kontynuował naukę w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, czynnie uczestnicząc w wystawach. Ze względu na kolorystykę i zainteresowanie Kaukazem zyskał tam dużą popularność. Podróżował do Baku i po Armenii. Najbardziej znanym jego obrazem z tego okresu jest „Most Woroncewa”, namalowany na kartonie, przedstawiający widok starej części Tbilisi. Przechowywany jest w Muzeum Historycznym Miasta Tbilisi. Około 1917 r. – być może pod wpływem rewolucji w Rosji – wyjechał do Konstantynopola, gdzie również studiował techniki malarskie. W 1919 r. przyjechał do Warszawy. W 1920 r. zgłosił się na ochotnika do wojska polskiego i brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

W 1922 r. osiadł na stałe w Wilnie, początkowo mieszkał na Antokolu, a od połowy lat 20. na roku ulicy Mickiewicza, naprzeciwko katedry wileńskiej na drugim piętrze, pod adresem Mickiewicza 1 m. 6. Na dole mieściła się słynna kawiarnia „Literacka”, gdzie zbierała się wileńska bohema artystyczna. Więc bywał tam niewątpliwie Franciszek Olechnowicz, zanim w 1926 r. wyjechał do Mińska, a następnie od  jesieni 1933 r., po powrocie z Sołowek.

Adam Miedzybłocki aktywnie wystawiał swoje prace na wystawach artystów wileńskich. Był powszechnie poważany i szanowany. W recenzjach prasowych zwracano uwagę na jego twórczość. W 1923 r. niejaki Wadwicz, pisząc o dorocznej wystawie Towarzystwa Artystów Plastyków w Pałacu Rzeczypospolitej, nazwał go „czystej krwi” impresjonistą, podobnie Stanisław Woźnicki jego główki i pejzaże określił jako impresjonistyczne.

W recenzji z VI dorocznej wystawy WTAP w 1928 r. odnotowano: „Najwięcej pejzaży na wystawę obecną dał Miedzybłocki Adam: wszystkie malowane akwarelami (z wyjątkiem paru większych), wszystkie lekkie, przezroczyste, nieprzemęczone. Miedzybłocki doskonale opanował technikę akwarelową, maluje swe pejzaże szczerze, rzetelnie, co widzi i jak widzi; w pejzażach tych są doskonale oddane nastroje dnia słonecznego i zachmurzonego, żywymi są zieleń, woda i obłoki. Natomiast jego olejne pejzaże nie mają tej świeżości, a kompozycja „Legenda” jest już dysonansem na tle jego prac” („Słowo”, nr 127, z dn. 6 czerwca 1928 r., s. 2-3). Na jego prace zwracały też pisma ogólnopolskie: „Sztuki Piękne”, „Tygodnik Ilustrowany”, „Świat”. Adam Miedzybłocki poza malowaniem zajmował się także nauką rysunków. W wileńskiej prasie można znaleźć ogłoszenia o kursach rysunków, prowadzonych przez Adama Miedzybłockiego.

skanuj0006

Stanisława i Adam Miedzybłoccy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  1. Ostatnie jedenaście lat w Gdańsku

Właściwie najmniej wiadomo o powojennych latach życia Adama Miedzybłockiego. Przyjechał z żoną Stanisławą do Gdańska pod koniec 1945 r. Osiadł we Wrzeszczu, w kamienicy przy ulicy Własna Strzecha 18b/1. Z tego, co udało się ustalić, ożenił się w Wilnie przed wojną z krawcową Stanisławą Zdziennicką, pochodzącą z Białej pod Gostyninem. Żona urodziła się 15 maja 1904 r., była więc 19 lat od niego młodsza. Jakie drogi zaprowadziły ją do Wilna spod Płocka? Była wierną jego towarzyszką życia do końca. Przeżyła go o 37 lat – zmarła 3 kwietnia 1993 r. Czy dbała o pamięć o swoim mężu? Na pewno tak, skoro przechowała pamiątki po nim.

Nie ma informacji o nim w pracach poświęconych życiu artystycznemu na Wybrzeżu, a przecież prezentował swe pracy na wystawach Związku Polskich Artystów Plastyków okręgu gdańskiego – już wiosną 1946 r. Był niezwykle aktywny, mino zaawansowanego wieku – jak przyjechał do Gdańska, miał ponad sześćdziesiąt lat. Malował Gdańsk, morze oraz odtwarzał z pamięci Wilno. W katalogach wystaw ZPAP figuruje jego nazwisko – wystawiał prace m.in. w 1953 r. Z informacji prasowych wynika, że wystawiał swe prace na początku 1956 r. w Sopocie, ale nie udało się odszukać katalogu z tej wystawy.

Adam Miedzybłocki zmarł 25 sierpnia 1956 r. o godzinie 19.15 w Państwowym Szpitalu Klinicznym w Gdańsku – jak stwierdza się w akcie zgonu. Zmarł jako zapomniany artysta. W gdańskiej prasie nie znalazłam nawet nekrologu, ani artykułu o nim. Pochowany został na gdańskim cmentarzu Srebrzysko. Ponad pół roku po jego śmierci wspomniał o nim przedwojenny dziennikarz wileński Bolesław Wit-Święcicki w dodatku do „Głosu Wybrzeża” – „Dziewiąta Fala”:

„Z szeregu gdańskich pracowników na niwie kultury i sztuki ubyło w roku 1956 dwóch niepośledniej rangi twórców: artysta malarz Adam Międzybłocki i poeta Radosław Krajewski. Obaj byli ogólnie szanowani i cenieni za swą pracę i cechy charakteru, a odeszli jako ludzie nieznani. Obaj spoczęli na malowniczym gdańskim cmentarzu na Srebrnikach we Wrzeszczu.

W iluż to domach, instytucjach, a również i zakładach pracy w ostatnim jedenastoleciu w Gdańsku, a również w Olsztynie, Toruniu, Bydgoszczy, ba, nawet w Warszawie – mile witano charakterystyczną sylwetkę, zawsze starannie ogolonego, ubranego na poły sportowo – starszego pana, zjawiającego się raz, a bywało i parę razy do roku z nie zapowiedzianą wizytą, z nieodłączną słuchawką (jako, że nie dosłyszał) i plikiem pachnących świeżutką jeszcze farbą kartonów i płócien.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdańsk, ul. Własna Strzecha 18 b. Dom, w którym mieszkał Adam Miedzybłocki (Fot. Celina Głogowska)

Adam Międzybłocki, bo o nim tu mowa – malował dużo i sam bezpośrednio docierał ze swoimi pracami do odbiorców. Takim już go poznałem z górą trzydzieści trzy lata temu w Wilnie, którego piękna i uroków na przestrzeni kilku dziesiątek lat (zanim przeniósł się na schyłku 1945 roku jako repatriant do Gdańska) był żarliwym entuzjastą i propagatorem. Był to człowiek bardzo skromny, a jeśli się chełpił, to tylko zdrowiem, o troskach i kłopotach swych nie wspominał nigdy. Dopiero pod koniec 1955 roku zaniemógł i trafił do szpitala. Umarł 3 sierpnia 1956 r. (…) Ulubiona technika malarska – akwarela, temat – pejzaż. Kiedy „chwycił” go jakiś motyw – powracał do niego często w oparciu o własne szkice, uznane i popularne już własne obrazy oraz świetnie dopisującą mu pamięć wzrokową. Chciał, żeby to wszystko szło do ludzi i zbywał, jak mu złośliwie inkryminowali niektórzy koledzy, za żenująco wprost niskie ceny, każdemu, kto tylko pragnął daną pracę posiadać. Niemniej wiele jego prac kupowano na licznych wystawach, w których uczestniczył. Tak jak w historii malarstwa wileńskiego, dobrze utrwalił swe imię w nie napisanej jeszcze historii współczesnego malarstwa gdańskiego. Świadczyć za nim będą setki jego obrazów z Gdańska w ruinie i w odbudowie, krajobrazu przymorskiego i pojezierza mazursko-warmińskiego, a również powojennej Warszawy, gdzie częsty bywał gościem.” (B. W. Święcicki, O pewnym malarzu i pewnym poecie, „Głos Wybrzeża”, nr 76, z dn. 30-31.03.1957 r., dodatek „Dziewiąta Fala”, nr 13, s. 1-2).

Brak odzewu na ten artykuł prawdopodobnie przyczynił się do tego, że Bolesław Wit-Święcicki w październiku 1957 r. po raz drugi przypomniał postać zmarłego artysty na łamach „Tygodnika Zachodniego”: „Obojętność, jaką otacza się u nas zmarłych niedawno ludzi jest u nas zatrważająca. Jakże często zdarza się, że ludzie o dużej zasłudze, nieprzeciętnej miary, pięknej sylwetce duchowej i pokaźnej spuściźnie twórczej – odchodzą na cmentarze bezimienni.

Taką refleksję wywołała u mnie mocno spóźniona wiadomość o zgonie w ubiegłym roku w Gdańsku popularnego artysty malarza Adama Międzybłockiego. (…)

Adam Międzybłocki, urodzony na Wileńszczyźnie, ukończył studia malarskie w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Był uczniem Teodora Axentowicza i Józefa Pankiewicza. Sześć lat spędził na Kaukazie, gdzie malując w plenerze zaczerpnął dużo słońca, powietrza i barw, którymi obdarzył obficie swoje późniejsze prace malarskie. Wiele lat spędził Międzybłocki w szacownych murach wileńskich. Urzeczony pięknem architektury wileńskiej, był w Gdańsku jej niestrudzonym odtwórcą i propagatorem. W ostatnim jedenastoleciu artysta z równie niesłabnącą pasją twórczą i rzetelnością przenosił na papier i płótno piękno zabytków gdańskich, krajobraz przymorski, warmińsko-mazurski oraz kamieniczki starej Warszawy.

Zmarł w czerwcu 1956 r. w wieku lat 72. Pochowany został w Gdańsku na cmentarzu na Srebrzyskach, gdzie – miejmy nadzieję – mogiła jego nie zostanie skazana na zapomnienie”. (Bolesław W. Święcicki, Odeszli jako ludzie nieznani, „Tygodnik Zachodni”, nr 43, z dn. 26.10.1957 r., s. 5).

Bolesław Wit-Święcicki w dwóch różnych artykułach podał różny czas śmierci artysty. Zgodnie z aktem zgonu zmarł on 25 sierpnia 1956 r. Tam też jest dokładna data urodzin 2 kwietnia 1885 r. Na pomniku postawionym przez rodzinę szwagierki artysty figuruje nie wiedzieć czemu jako data śmierci 29 sierpnia.

Miejsce spoczynku Adama Miedzybłockiego na cmentarzu Srebrzysko odnalazłam w 2009 r. dzięki pomocy gdańskiego kolekcjonera dzieł sztuki i antyków Mariusza Kowalskiego. To on pokazał mi grób artysty oraz udostępnił zdjęcia ze zbiorów rodzinnych Adama Miedzybłockiego. Tak się złożyło, że nabył spuściznę po artyście do swej kolekcji. Gdy w 2009 r. szukałam w internecie informacji o artyście, trafiłam na kontakt do Mariusza Kowalskiego. Poza tym prace Adama Miedzybłockiego ciągle pojawiają się na aukcjach, co świadczy o tym, że artysta nadal funkcjonuje w przestrzeni społeczno-artystycznej. Szkoda, że niewiele prac z jego ogromnego dorobku jest w zbiorach muzealnych. Z tego co udało się ustalić, w Muzeum Narodowym w Warszawie jest 5 prac, w Litewskim Muzeum Sztuki w Wilnie – 7, w Muzeum Narodowym w Gdańsku – 2. Może gdzieś jeszcze… Na pewno w zbiorach prywatnych, do których mimo usilnych poszukiwań w ciągu ostatnich siedmiu lat nie udało mi się dotrzeć.


Helena Głogowska


P.S. Dziękuję Mariuszowi Kowalskiemu z Gdańska, dr Joannie Grabowskiej z archiwum ASP w Krakowie, Małgorzacie Lewandowskiej z Urzędu Miejskiego w Gdańsku oraz Gabrieli Kurowskiej z Sopotu za życzliwą pomoc przy pisaniu artykułu.