O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (cz. III)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

3. Aktywność Antoniego Nekandy-Trepki w białoruskim ruchu narodowym zaczęła się na dobre po zamieszkaniu w Wilnie. W 1922 r. został dyrektorem Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego, w którym uczył też fizyki i matematyki. Był nim do końca 1923 r. Po raz drugi dyrektorował w latach 1928-1930, załatwiając gimnazjum uprawnienia matury państwowej, co pozwalało młodzieży po gimnazjum białoruskim studiować na uczelnich polskich. W gimnazjum białoruskim uczył się też jego syn Kazimierz, co nie podobało się reszcie rodziny. Poza tym Antoni Nekanda-Trepka aktywnie działał w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej – był zastępcą przewodniczącego w latach 1926 i 1928, w Białoruskim Towarzystwie Naukowym – w 1924 r. był członkiem zarządu – skarbnikiem, w 1928 r. – przewodniczącym, w latach 1931-1939 – skarbnikiem; od 1927 r. był członkiem Rady Muzealnej, która działała przy BTN. W 1921 r. był przewodniczącym Białoruskiego Towarzystwa Wydawniczego. W Wileńskim Białoruskim Komitecie Narodowym w 1926 r. reprezentował białoruskie kooperatywy. Był też członkiem Białoruskiego Towarzystwa Dobroczynności (w 1931 r. – członkiem jego Komisji Rewizyjnej) oraz Towarzystwa Oświaty Białoruskiej (1933 r.).

Mimo że Antoni Nekanda-Trepka nie angażował się sam w politykę, to często był pośrednikiem w rozmowach z Polakami ze względu na szerokie znajomości i powiązania. 25 marca 1922 r. razem z delegacją Białorusinów  był na audiencji u prezesa Rady Ministrów Ponikowskiego. Przemawiał tam wraz z Fabianem Jaremiczem i Bronisławem Taraszkiewiczem. Mówił o nadużyciach administracji, która swoją nietolerancją narodowościową  i religijną budzi na kresach wschodnich nowy dysydentyzm, który w dziejach Polski odegrał już zgubną rolę w wieku XVIII. 18 kwietnia 1922 r. uczestniczył z nimi też  w raucie wydanym przez Józefa Piłsudskiego z okazji podpisania aktu przejęcia Wileńszczyzny przez Polskę. W związku z wyborami do Sejmu w 1922 r. 8 października na białoruskim wiecu wyborczym w Wilnie wybrano Białoruski Komitet Wyborczy, w którym znalazł się także Antoni Nekanda-Trepka. Wprawdzie nie angażował się bezpośrednio w kampanię wyborczą, ale będąc wówczas dyrektorem Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego w dniach 11-14 kwietnia 1923 r. zorganizował w Wilnie I zjazd pedagogów białoruskich szkół średnich z Zachodniej Białorusi. Zabiegał też w Warszawie o równouprawnienie Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego oraz o dofinansowanie go przez państwo i uznanie matury. Ponieważ jego postulaty nie zostały spełnione, 1 stycznia 1924 r. podał się do dymisji. Podjął wówczas pracę nauczyciela w nowo powstałej Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie, gdzie kształcili się także Białorusini, m.in. Jerzy Olechnowicz, Leon Łuckiewicz. Wykładał tam elektrotechnikę oraz był kierownikiem laboratorium mechaniki, w 1930 r. został kierownikiem Wydziału Elektrycznego. Był lubiany przez uczniów, którzy nazywali go Edisonem. Był zafascynowany radiem, które w okresie międzywojennym dopiero zaczynało się upowszechniać. W jego popularyzacji także w środowisku białoruskim odegrał niemałą rolę. Wygłaszał na temat radia publiczne odczyty, m.in. w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej, pisał artykuły, np. w „Kalendarzu Białoruskim na 1927 r.”.

W 1928 r. w procesie Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady wystąpił jako świadek, w jej obronie. Zeznawał, że gimnazjum białoruskie, którym kierował, utrzymywało się z ofiar, udzielanych przez posłów białoruskich oraz z opłat uczniów. Bronił Antoniego Łuckiewicza i Józefa Sznarkiewicza: „Łuckiewiczów Jana i Antoniego dobrze znam. Antoni Łuckiewicz jest krzewicielem kultury białoruskiej; jest on człowiekeim niezamożnym; brat jego Jan umarł z nędzy, pomimo posiadania muzeum. Sznarkiewicza również znam dobrze, ponieważ pracował on w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej w Wilnie. Prowadził on przeważnie pracę kulturalno-oświatową, interesował się wydawnictwem i muzyką”. Mówił o własnym zaangażowaniu w ruch białoruski: „W roku 1919 powstała Białoruska Socjalistyczna Hromada, której twórcami byli studenci. Do Hromady tej należałem, jak również Łuckiewicze. Socjalistyczna Hromada istniała i w roku 1905. Władze rosyjskie Łuckiewiczów nigdzie nie zsyłały. Po roku 1905 Łuckiewicze wydawali gazety białoruskie. Łuckiewicze organizatorami Białoruskiej Socjalistycznej Hromady nigdy nie byli. Popierali ją tylko duchowo. Socjalistyczna Hromada szła ówcześnie z Polską  Partią Socjalistyczną. W programie Białoruskiej Socjalistycznej Hromady było również umieszczone hasło „Ziemia dla włościan bez wykupu”. Mówiąc o BWRH stwierdzał, że „była mile widzianą wśród mas białoruskich, ponieważ „niosła kulturę na wieś”. My nie liczyliśmy na to, że BWR Hromada była partią polityczną, a uważaliśmy ją za organizację kulturalno-oświatową”.

Po rozgromieniu BWRH Antoni Nekanda-Trepka z Antonim Łuckiewiczem, Włodzimierzem Samojło i Radosławem Ostrowskim zaangażował się działalność Centrasajuzu – Centralnego Związku Białoruskich Kulturalno-Oświatowych Organizacji i Instytucji. W 1930 r. został jego prezesem. W Centrasajuzie doszło do nieporozumień grupy Antoniego Nekandy-Trepki, Antoniego Łuckiewicza i Włodzimierza Samojło z Radosławem Ostrowskim na tle finansowym. Odbył się Sąd Obywatelski. Pozwani zwrócili się do redakcji „Kurjera Wileńskiego” o zamieszczenie wyroku w gazecie: „Wielce Szanowny Panie Redaktorze! Za pośrednictwem „Kurjera Wileńskiego” (Nr 102 z dnia 17.IV.34 r.) niżej podpisani, pp. Antoni Łuckiewicz, Włodzimierz Samojło i Antoni Trepka, zostali pozwani na Sąd Obywatelski spowodu zarzutów publicznie przez nich uczynionych panu Radosławowi Ostrowskiemu, Dyrektorowi Filji Białoruskiego Państwowego Gimnazjum im. J. Słowackiego w Wilnie. Niniejszem upraszamy Pana Redaktora o wydrukowanie w „Kurjerze Wileńskim” załączonego wyroku w tej sprawie Sądu Obywatelskiego. Łączymy wyrazy szacunku i poważania. Antoni Łuckiewicz, W. Samojło, Antoni Trepka.

Sąd Obywatelski w składzie: superarbiter – Bronisław Krzyżanowski i arbitrzy Stanisław Bagiński, Eugenjusz Kozłowski, Włodzimierz Wiszniewski i Seweryn Wysłouch po rozpoznaniu zatargu pomiedzy pp. Radosławem Ostrowskim z jednej i Antonim Łuckiewiczem, Włodzimierzem Samojło i Antonim Trepką z drugiej strony dnia 14 listopada 1935 r. orzekł: A) Uznać, że rozporządzanie się p. Radosława Ostrowskiego w czasokresie od 1930 do początku roku 1934 pieniędzmi, przeznaczonemi dla rozmaitych społecznych organizacji białoruskich było chaotycznem i arbitralnem, co mogło zasadnie wywoływać podejrzenia nierzetelności; Sąd nie był w stanie odpowiedzieć na postawione mu zagadnienie, czy p. Ostrowski dopuścił się nadużyć pieniężnych na swoją własną rzecz; B) Uznać, że stosunek p. Ostrowskiego do uniwersyteckiej młodzieży białoruskiej, a także do szeregu poszczególnych działaczy białoruskich nie stał na wysokości zadania i celów, którym p. Ostrowski winien był służyć, w szczególności stosunek jego do studentów w korporacji Skorynja był demoralizującym pod względem społecznym; C) Sąd stwierdza, że miał na względzie niezdrową atmosferę powstałą wskutek zasilania przez te lub inne źródła konfidencjonalnemi zapomogami białoruskich organizacyj społecznych, na czele których stały w urzędowej lub faktycznej roli poszczególne jednostki z listy wszystkich uczestniczących w procesie niniejszym. (-) Br. Krzyżanowski (-) St. Bagiński (-) S. Wysłouch (-) Wł. Wiszniewski (-) Eug. Kozłowski”.

Antoni Nekanda-Trepka w 1933 r. został prezesem Towarzystwa Oświaty Białoruskiej, które wydawało pismo „Rodny Kraj”. Efektywnej działalności towarzystwa przeszkadzały wzajemne animozje między Ostrowskim, Łuckiewiczem i Nekandą-Trepką. Najbliższy współpracownik Antoniego Łuckiewicza, Antoni Nekanda-Trepka, próbował nakłonić zwolenników tej grupy do wydawania czasopisma białoruskiego, którego zadaniem miało być zwalczanie grupy Ostrowskiego – tak odnotowało w sprawozdaniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Na ogólnym zebraniu Towarzystwa Oświaty Białoruskiej 15 kwietnia 1934 r. postanowiono zawiesić w prawach członków Antoniego Łuckiewicza, Włodzimierza Samojło, Antoniego Nekandę-Trepkę i Wincentego Hryszkiewicza. Oznaczało to zwycięstwo zwolenników Radosława Ostrowskiego. Ostatnim akordem aktywności na niwie białoruskiej Antoniego-Nekandy-Trepki był wybór go 12 lutego 1939 r. do zarządu Białoruskiego Towarzystwa Naukowego. Zarząd w składzie: Antoni Łuckiewicz (przewodniczący), Antoni Nekanda-Trepka (skarbnik), Mikołaj Szkielonek (sekretarz), Bolesław Grabiński, Marian Pieciukiewicz, Jan Stankiewicz wybrano na trzy lata. Niebawem wybuchła II wojna światowa, a Wilno doświadczyło od 1940 roku władzy sowieckiej, która nie oszczędziła działaczy białoruskich. Czy cieszył się z tego były mińszczanin Antoni Nekanda-Trepka? Na pewno nowe porządki nie napawały go optymizmem.

 

Zapłata za miłość do Białorusi

Antoniego Nekandę-Trepkę aresztowano w październiku 1939 r. w Wilnie. „Cierpliwość i silna wola zbawią życie ludzkie” – powiedział na pożegnanie żonie Julii, przypominając sentencję z celi więziennej w smoleńskim Domu Poprawczym w latach 1919-1920.  Przy rozstaniu prosił służącą Anielę, by opiekowała się jego żoną. Ludwika Dzierżyńska pisała w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Jedno jest pewne, że ciężko zapłacił za swoją miłość do Białorusi i tego ludu, bo to właśnie było powodem  jego wywiezienia i jego późniejszych cierpień i tragicznego końca.
W moim rozumieniu był on socjalistą w szlachetnym i nieco utopijnym tego słowa znaczeniu. To był wpływ tamtego środowiska młodzieży, uwielbiającej ciemiężony lud i marzącej o wyzwoleniu  go z pod przemocy carskiej władzy. Oni naprawdę wierzyli, że lud wyposażony we władzę wprowadzi raj na ziemi. I z tymi iluzjami wuj wszedł w życie dorosłe, nie wyrzekając się swych dążeń. Był to człowiek dobry, wrażliwy na niedolę innych. (…) Kierował się przede wszystkim emocjami, uczuciem. Był – w moim pojęciu – antytezą tego, co nazywamy „dyplomata”, a wdał się w politykę. Ponadto był ufny; sam bardzo szlachetny i prostolinijny, nie zdawał sobie sprawy, jak przewrotni, kłamliwi i podli mogą być ludzie dążący do upragnionego celu, spotykając na tej drodze takich, którzy ten marsz hamują lub usiłują go przerwać. On był za dobry i zbyt uczciwy do takich zadań, jakie sobie postawił. Rodzina uznała to za dopust Boży, rodzaj amoku”.

Julia Nekanda-Trepka z wnukiem Markiem. Szczecin, 13 czerwca 1954 r. (Ze zbiorów Marka Nekandy-Trepki)

Antoniego Nekandę-Trepkę skazano na 10 lat łagru i wywieziono do obozu Jaja na Syberii, skąd w listopadzie 1940 r. przyszły od niego pierwsze wiadomości. Pracował tam ciężko fizycznie pod „gołym niebem”, a potem w kantorze. Do czerwca 1941 r. listy przychodziły regularnie. Prosił w nich o żywność – suchary i cebulę. Potem korespondencja się urwała. Julia Nekanda-Trepka przepisała te listy do zeszyciku i zachowała dla potomnych. Zostało ich cztery. Pierwszy list Antoniego Nekandy-Trepki do żony nie dotarł. Drugi był pisany 17 listopada 1940 r, a ostatni 19 lutego 1941 r. – wszystkie w języku rosyjskim.   „Dopiero w 1944 r. przyszła wiadomość drogą okrężną, że zmarł gdzieś na Syberii w 1942 r.” – pisał Kazimierz Nekanda-Trepka. Po zawarciu umowy Sikorski-Majski Antoni Nekanda-Trepka został zwolniony z obozu. Udało mu się nawiązać kontakt z bratem Władysławem, którego z żoną i synem Januszem zesłano do Kazachstanu.

O okolicznościach spotkania z wujem Toniem pisał po wojnie 11 kwietnia 1947 r. do Marii Gościewicz Janusz Nekanda-Trepka, który osiadł w Londynie: „Zaraz po zwolnieniu przyjechał do nas wujaszek Tonio, z którym skomunikowaliśmy się listownie. Z długą siwą brodą wyglądał jak św. Mikołaj. Wyglądał prawie dobrze. Twarz miał pełną, ale to były tylko pozory – był spuchnięty. Wszyscy postanowiliśmy dołączyć do jakichś placówek polskich, a my z tatusiem do wojska. Wiadomości, gdzie należy jechać, były mętne. Daliśmy się unieść owczemu pędowi jazdy na południe. Decyzja ta okazała się zabójcza dla wszystkich słabszych organizmów. Wtedy nie wiedzieliśmy, co ona oznacza. A oznaczała ona długie miesiące podróży w transportach po wszystkich krajach Azji Środkowej, bez żadnej opieki, biwakowanie nieraz na deszczu i chłodzie pod gołym niebem, coraz to skąpszą żywność, brud i robactwo. Słabsi marli nierzadko dziesiątkami. Wyczerpywały się siły, wykańczały nerwy. W czasie transportu, gdy jechałem osobno, gdyż młodzi jechali wagonami towarowymi, rozczepili pociąg i straciłem kontakt z resztą. Było to już pod koniec wędrówek. Praktycznie żadne możliwości poszukiwania nie istniały i tylko cudem lub nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności dowiedziałem się, że mama, tatuś i wuj Tonio są ode mnie o około 20 km. Było to na Boże Narodzenie. Miałem wtedy zupełnie znośne warunki i szczęściem uzyskałem pozwolenie na sprowadzenie ojca i matki do siebie. Znalazłem ich w okropnych warunkach, w głodzie i nędzy. Mama jedynie była względnie zdrowa. Wujaszek Tonio był bardzo słaby, chwilami apatyczny, chwilami nienaturalnie podniecony. Ojciec bardzo poważnie chory. (…) Wróciłem do siebie, żeby dostać środek jakiś transportowy celem przywiezienia rodziców. Odmówili, ale po paru dniach przyjechali tatuś z mamą, wystarawszy się o jakąś podwodę. Wujaszek został. Mieliśmy się z nim komunikować listownie co do dalszych możliwości. Na nasz pierwszy list nie było żadnej odpowiedzi, na drugi – żadnej, na trzeci – nic. Pojechać nie można było, gdyż ja byłem chory, z tatusiem było bardzo źle, a mama po bohatersku robiła, co mogła. Później dostaliśmy wiadomość, że wujaszek Tonio zmarł w kilka dni po wyjeździe rodziców – natarł sobie nogę i umarł w parę dni na zakażenie ogólne”.

Marek Nekanda-Trepka na tle portretu dziadka Antoniego. (Szczecin, 1999 r.)

28 sierpnia 1946 r. Wiktoria Trepczyna, bratowa Antoniego, pisała z Libanu (Ghaziz) do syna w Polsce: „Tonio zmarł na zakażenie krwi. Natarł sobie nogę na pięcie. Szczegółów dokładnie nie wiem, bo na miesiąc przed śmiercią rozstaliśmy się, myśmy przenieśli się o 30 km dalej, tam gdzie był Janusz, a on nie chciał z nami jechać. Pochowany – sieło Czornaja Rieczka stacja Tokmak – Dżambulskaja obłast’”.

Nie wiadomo, gdzie został pochowany. Jedynie na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie na grobie Kazimierza Nekandy-Trepki, męża Marii Nekandy-Trepki z Białej, znajduje się tabliczka symboliczna Antoniego Lucjana i Władysława Nekanda-Trepków.

Julia Nekanda-Trepka z Anielą po wojnie znalazły się
w Polsce, ostatecznie w Szczecinie. Zamieszkały tam razem z rodziną syna Kazimierza, jego żony Hanny i syna Marka, którym się opiekowały. Julia zmarła w 1962 r., wcześniej w wypadku zginęła Aniela.

Kazimierz Nekanda-Trepka ukończył Gimnazjum Białoruskie w Wilnie (1926) i Szkołę Główną Handlową w Warszawie (1936). Przed wojną pracował w bankowości w Warszawie, po wojnie osiadł z rodziną w Szczecinie, był jednym z organizatorów Banku Rolnego i asystentem w Szkole Handlowej w Szczecinie. Zwolniony z pracy na początku lat 50., pracował jako główny księgowy w różnych instytucjach, działał w Stowarzyszeniu Księgowych Polskich i TNOiK. W latach 60. wrócił do pracy do Banku Rolnego – pracował na samodzielnych stanowiskach. Od 1972 r. był na emeryturze. Zostawił wspomnienie o swoim ojcu. Zmarł 14 listopada 1992 r. w Szczecinie.

KONIEC

Helena Głogowska

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (2)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

 2. Julia (Dziuta) Bagniewska w latach 1931-1939 (z roczną przerwą w roku szkolnym 1937/1938) mieszkała w Wilnie u wujostwa Julii i Antoniego Nekandów-Trepków, ucząc się tam w gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej. Trepkowie nie mieli swego domu, tylko wynajmowali, dlatego w pamięci Pani Julii zachowały się kolejne mieszkania – na ul. Rydza Śmigłego, Kalwaryjskiej 23, Antokolskiej 54, Garbarskiej 7/5 – w domu sędziego Dowgiałły. Owdowiała wcześnie Maria Łowicka wysłała ją z Kalejczyc na Białostocczyźnie do Wilna, aby się tam uczyła w porządnej szkole. Zakwaterowała się u Trepków, gdyż Julia Trepkowa była rodzoną siostrą jej matki – Marii Łowickiej. Obie urodziły się w Mińsku jako córki Marii i Ryszarda Janowskich. Ryszard Janowski (1845-1921) był znanym w Mińsku lekarzem – okulistą i ginekologiem. Ukończył medycynę w Moskwie i w Mińsku z doktorem Grzybowskim miał klinikę. Jego żona Maria z Hłasków pochodziła z Czerepiety w powiecie lepelskim na Witebszczyźnie. Ojciec Ryszarda – Karol – był mińskim urzędnikiem.

Pani Julia wspominała: „U Janowskich były trzy córki: moja mama Maria (ur. w 1891 r.), Julia (ur. w 1887 r.) i najstarsza Kazimiera, która wyszła za mąż za socjalistę Sierhieja Skandrakowa oraz dwóch synów – Władysław młodszy od mamy o rok czy dwa, najmłodszy – Wacław. Ciocia Kazia skończyła agronomię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do I wojny światowej była dyrektorem stacji doświadczalnej w Hory-Horkach. Jak rewolucja wybuchła, jechała z rodziną do Mińska, do dziadka, który był sam, bo babcia już nie żyła. Jechali trzy miesiące. Dziadek nie doczekał”.

Julia Bagniewska, wspominając atmosferę domu wujostwa, opowiadała o ich służącej: „Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni – stała tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać, ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem mieszkało w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa, a Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi, zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz?” – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Julia Bagniewska wspominała Antoniego Nekandę-Trepkę wraz z jego towarzystwem, Włodzimierzem Samojło-Sulimą („Mamoczką”) i Antonim Łuckiewiczem. Zapamiętała jak portretował go Piotr Sierhijewicz. Jak bardzo się denerwował, że trzeba było siedzieć bez ruchu i pozować artyście. Zresztą na portrecie da się to zniecierpliwienie zaobserwować w wyrazie twarzy. Obecnie portret ten znajduje się w Szczecinie u Marka Nekandy-Trpki, wnuka Antoniego, a w 2003 r. był eksponowany na wystawach prac Piotra Sierhijewicza w Gdańsku i w Białymstoku.

Dzięki Marii Nekandzie-Trepce otrzymałam też wspomnienia, spisane przez Wandę Dzierżyńską, siostrę Antoniego (publikowame były w „Czasopisie” w 2006 r (nr. 7-8 – 12). Przywoływała w nim niektóre historie z jego życia – przeprowadzki, choroby, portretowanie…: „Tu w tym mieszkaniu na Antokolu zaszedł fakt, któren przykuł brata mego na trzy miesiące do łóżka. Było to przed samą Wielkanocą. Tonio poszedł do łaźni, znajdującej się o parę domów dalej. Tam pośliznął się, upadł i uderzył nogę tak silnie, że zemdlał. Uderzenie to spowodowało długą chorobę. Święta spędził w łóżku, a o wstaniu nie było i później mowy. Gdy sprowadzani do domu lekarze nic zaradzić nie mogli, odwiozła go bratowa do kliniki uniwersyteckiej. Był to jeden ze słonecznych dni wiosennych, gdy pewnego razu go odwiedziłam. Był umieszczony w głównym pawilonie na parterze. Już od drzwi widzę w blasku wiosennego słońca jego pogodną twarz. Ze zdziwieniem obserwuję jakieś jego zagadkowe ruchy rąk, które wykonywa w prawo i lewo. Dopiero po zbliżeniu się widzę, że jest to dzielenie się darami bożemi z sąsiadami leżącemi obok, a nie otrzymującemi żadnej żywności z domu.

Jeszcze miesiąc trzeba było przeleżeć, lecz nareszcie nastąpiło orzeczenie profesora, że z nogą jest dobrze i że szpital można opuścić. Z żywością jemu właściwą zrzucił szpitalne szatki, przywdział własne ubranie i nieciekaw obiadu, który właśnie przyniosła Aniela, siadł do dorożki, odrodzony, szczęśliwy, i odjechał.

 

Przenosiny na Garbarską

Po tylokrotnej zmianie mieszkania, zawsze usprawiedliwionej widokami lepszych warunków lokalu, braterstwo moi zamieszkali przy ulicy Garbarskiej. Na piętrze, słońce wschodnie i zachodnie, balkon z widokiem na Katedrę, Górę Zamkową i plac. Ruch śródmieścia pozostawał na Świętojerskim, tu dawały się słyszeć tylko kroki pieszych przechodniów. Rankami zaś i wieczorami rozlegały się dzwony pobliskich kościołów. Najbliższy był Bonifratrów, stary zakupturzony zakonnik, naprzeciw jak na dłoni wspaniała Królewska katedra z prastarą pogańską dzwonnicą. Na prawo wspaniały Ś-ty Jan wciśnięty w wąską ulicę. Nieco dalej Bernardyni, Ś-ty Michał i cacka gotyku Ś-ta Anna. A Dominikanie, a Ś-ta Katarzyna?! Byliśmy wówczas szczęśliwi świadomością, że to jest wszystko nasze, niezaprzeczenie nasze. Mieszkanie w śródmieściu udostępniało rzecz prosta udział w życiu umysłowym miasta. Oceniał to Tonio należycie i przeniesienie się na Garbarską uważał za bardzo pomyślną konjunkturę dla siebie. Miło tu było i przytulnie. Cierpliwe poprzestawanie na najniezbytniejszych sprzętach przez szereg lat musiało wreszcie pogodzić się z tem, że do mieszkania Braterstwa wkroczyło trochę komfortu w postaci gustownego garnituru mebli z dużym lustrem i nowego bufetu. Miejsce dla swej pracy obrał sobie Tonio u drzwi na balkon. Tu miał o każdej porze dnia widok na katedrę i górę Zamkową. Miał tu niewielki stoliczek, służący mu za biurko, arenę jego zmagań się z niejedną trudnością. Najczęściej zastawało się go przy tym jego biurku. Wstaje, wita się, ale widać, że myśl czemś mocno zajęta. Ześrodkowany skupiony wyraz. Widać, że ma coś trudnego do przerobienia, jakieś zagadnienie do rozstrzygnięcia, jakiś zawód do przebolenia lub jakąś własną omyłkę już nie do odrobienia. To wszystko w narzuconem wolą opanowaniu. Za chwilę jest z nami zrównoważony, spokojny, rozmawia o rzeczach pobieżnych. Prosty stoliczek inscenizował biurko. Pewnego razu ktoś zażartował, że pan  Profesor dla swej powagi powinien zdobyć się na biurko rzeczywiste. „Myślicie, że będę mądrzejszy pracując przy biurku?” – pyta śmiejąc się. Pamiętam jeden dzień. Jest początek czerwca – pogodny, gorący dzień. Bratowa załatwiła interesa w mieście i wraca po południu do domu. Aniela gotuje obiad. Dziewczynki już powróciły ze szkoły. Rozlega się dzwonek. I to pan przyszedł. Wchodzi z teką napełnioną papierami i umieszcza tę tekę na swoim stoliczku koło balkonu. W tej chwili żona daje mu list syna. List przynosi pomyślne wiadomości, które wnet się omawiają przez rodziców. Z jadalni słychać brzęk talerzy i za chwilę Aniela prosi państwa na obiad. Chciał jeszcze pobiec do ciemnego składziku, gdzie mokną wywołane wczoraj klisze. Lecz z Anielą nie można walczyć, trzeba siadać do stołu. Popołudniowe słońce zaczęło właśnie operować nad jadalnią i promienie jego złocą przedwcześnie swą głową panu domu, ciemne sploty małżonki i czarne głowy makolągw siostrzenic. „Ot panoczek dziś niczego sobie wygląda” – mówi Aniela, przynosząc drugą potrawę. „Aż i popatrzeć przyjemnie. A wczoraj zupełnie jak po chorobie wyglądał. Koniecznie jemu malować zachciało się. Ja jemu mówię, Kaziś, pan nasz dziś bardzo zmęczony, nadto kiepsko wygląda, a on jak przystał, to żadne moje gadanie nie pomogło. I kab hetomu malarzowi dogodzić, panoczek sausiem siebie zamoryu, siedziaczy tak bez ruchu całe pół godziny. Pahladziem jakij budzie portret. Nie kracz – mówi pan – portret będzie dobry, bo majster pierwszorzędny”. Anieli uwaga była słuszna. Bywały dnie, kiedy przychodził wyczerpany, blady. Dla słabych płuc i wątłej organizacji praca pedagogiczna była poważnym wysiłkiem. Odpoczynek poobiedni, tak niezbędny przy tym wydatku sił, nie zawsze był stosowany. Żałował nań czasu, dowodząc, że wypocznie kiedyś w grobie. Wrodzona czynność miała zawsze tysiąc rzeczy do wykonania i walczyła niestety skutecznie z potrzebą odpoczynku. Ten pedagog nieposieda trzymał siebie krótko. Słowo “trzeba” było dla niego bezapelacyjnym rozkazem. Jednak to surowość względem siebie nie wystarczała na wytłumaczenie portretu Siergiejewicza. Takiego Tonia oglądaliśmy tylko w chwilach ostatecznego przygnębienia lub ciężkiej choroby. Pogoda duszy i pogoda twarzy nawet jego badawczemu umysłowi nie dała się zetrzeć. Gdy myśl zgnębiała obnażała, sondowała rebus istnienia. Uczucie ratowało jej surowe wyniki, wielką słodyczą wydobyta z głębin duszy. Nie był optymistą, zbyt był na to głęboki. Lecz obnoszenie smutku i goryczy uważał za oddziaływanie szkodliwe. Natomiast jasnym dziecięcym uśmiechem pozdrawiał wszystko, co na miłość i współczucie zasługiwało. Wypieszczoną przez długie lata ideę pracy dla ludu realizował teraz w swej pedagogicznej działalności. Praca w szkole technicznej nie polegała tylko na wykładach i pokazach. Tu profesor jak w szkole średniej musiał ucznia uczyć osobiście. Zdaje się, że zdarzały się powody udawania się uczni do Tonia wprost do jego mieszkania, gdy sobie z materiałem wykładowym poradzić nie umieli. Poza wykładami podjął się kierownictwa kasą samopomocy nauczycieli P.S.T. w Wilnie. Oto list Kolegi inżyniera Tarłowskiego jako przyczynek do jego pracy. Tutaj przytaczam go dosłownie: “Sz. P. Inżynierze! Nie mogąc przyjść na dzisiejsze posiedzenie uczestników kasy P.S.T. pragnę chociaż listownie, Panu wyrazy mego uznania, więcej podziwu dla Jego imponującego zapału i niepospolitej wytrwałości, z jaką Pan na tym terenie pracuje, dla swojej idei jedyną mając pobudkę przeświadczenie o jej doniosłości i owocności. Nie mogę przy tem nie skłonić się specjalnie przed tą niezmienną życzliwością, z jaką obok troski o prowadzonej przez Pana instytucji traktuje Pan zawsze każdego bez różnicy klienta. Zechce Pan Panie Inżynierze przyjąć wyrazy mego wysokiego poważania i szczerego szacunku. Henryk Tarłowski”. A był to zdecydowany przeciwnik w poglądach społecznych i politycznych”.

Taki wizerunek Antoniego Nekandy-Trepki przekazali jego najbliżsi. A dowody na jego aktywność białoruską pozostały w archiwach i bibliotekach – w dokumentach i w wydawnictwach.

 

„Z głową i butami” w ruchu białoruskim

Dlaczego Antoni Nekanda-Trepka, wyznania ewangelickiego, stał się wybitnym działaczem białoruskim, skoro wywodził się ze środowiska polskiej szlachty, jako potomek Stanisława Nekandy-Trepki, który ożenił się z Antoniną Niesłuchowską.

Jego siostra Wanda wspominała: „Gdy ojciec przyjechał do Mińska i dostał posadę przy kolei Libawo-Romeńskiej, potrzebował mieszkania. Wskazano mu mieszkanie u pp. Niesłuchowskich. W oficynie było parę kawalerskich pokoi. Jeden z nich był wynajmowany przez dr. medycyny Antoniego Ziemięckiego. Do drugiego właśnie wprowadził się inżynier Stanisław Trepka. Swojskość biła od brzóz stojących przy ganku, prowadzącym do domu od niebrukowanego dziedzińca, porośniętego trawą. A atmosfera? Atmosfera domu, podwórza, tego małego państwa, pośród zalewu obczyzny, była tak swojska, jak „Ojcze nasz” odmawiane rano i wieczorem. Stanisław Trepka siadł do napisania listu do Rodziców. Zawiadamiał ich, że dostał mieszkanie u ludzi inteligentnych i dobrych i że chciałby mieć taką siedzibę z brzozami u proga i ciszę ranków i wieczorów niezmąconą obcemi odgłosami: „Jest to pierwsza noc spędzona pod własnym dachem. Wasze myśli, stroskane o mnie, czuję koło siebie. Lęk już jest zażegnany. Środowisko, w którym mi żyć przeznaczono, spełnia moje najśmielsze życzenia. Obawa rusycyzmu i nałamywania się do obcości odpada zupełnie. Mateczko droga, zmów dziękczynną modlitwę za łaskę dla syna swego. A ojczulek niech ani na chwilę nie wątpi, że leit-motivem życia na Białejrusi jest polskość”. Stanisław Trepka ożenił się z Antoniną Niesłuchowską. Ponieważ był wyznania ewangelickiego, umówiono się, że synowie ze związku będą ochrzczeni w kościele ewangelickim, zaś córki – w rzymskokatolickim, którego wyznawcami byli Niesłuchowscy. W domu Niesłuchowskich krzewiono tradycje polskości, co też odpowiadało Stanisławowi Trepce.

Jak to się więc stało, że poeta Jan Niesłuchowski (1851-1897), brat Antoniny wychowany w polskich tradycjach, stał się klasykiem literatury białoruskiej – Janką Łuczyną? Należał do pokolenia, które roznieciło białoruskie przebudzenie narodowe na początku XX w. Siostrzeńca i poetę łączyły bliskie więzy rodzinne, zwłaszcza wspólne pobyty w Zacierzewiu koło Nowego Świerżnia. Na zachowanym zdjęciu rodzinnym (z 1895 r.?) z Janem Niesłuchowskim w centrum, widnieje też jego siostrzeniec Antoni, wówczas gimnazjalista. Otrzymałam je od Marii Nekandy-Trepki z Białej Podlaskiej i opublikowałam w „Nivie” (nr 50, z 16.12.2001 r., s. 1). Pobyty w Zacierzewiu (obecnie Żacierava), gdzie po śmierci Lucjana Niesłuchowskiego, ojca Jana i Antoniny, gospodarzyła jego żona Antonina z córką Wiktorią, zbliżały Jana Niesłuchowskiego i całą rodzinę przyjeżdżajacą z Mińska z ludem białoruskim. Dlatego też język białoruski był ich „drugim językiem ojczystym”, jak pisała we wspomnieniach siostrzenica Janki Łuczyny – Wanda, która od wczesnego dzieciństwa jeździła do Zacierzewia i potem utrwaliła jego obraz w akwarelkach. O języku białoruskim pisała: „Osłuchał się z nim każdy z nas od dzieciństwa. Pogłębialiśmy tę znajomość za każdą bytnością na wsi. Brzmienie jego humorystyczne dla naszego ucha było nam w tej samej mierze miłe. Słuchaliśmy z przyjemnością lapidarnych wyrażeń i całych zdań w tym prastarym dialekcie”.

Syn Antoniego Nekandy-Trepki – Kazimierz – w 1980 r. pisał w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Matka Antonina była siostrą Jana Niesłuchowskiego, który pod pseudonimem Janka Łuczyny napisał i wydał w 1903 r. zbiorek wierszy po białorusku pt. „Wiazanka”. Prawdopodobnie stąd zainteresowania Ojca sprawą białoruską, gdyż często bywał jako uczeń w majątku Zacierzew, gdy mieszkał tam wuj Jan N”. Po ukończeniu gimnazjum w Mińsku w latach 1897-1903 Antoni Nekanda-Trepka studiował w Instytucie Technologicznym w Petersburgu, który ukończył jako inżynier-technolog. Studia w Petersburgu zapewne również rozwinęły zainteresowania i wciągnęły go w rodzący się ruch białoruski. Tam w kręgu białoruskich działaczy, m.in. Wacława Iwanowskiego, Jana i Antoniego Łuckiewiczów, Franciszka Umiastowskiego, działał w kole studentów białoruskich. W 1903 r. był jednym z założycieli Białoruskiej Rewolucyjnej Hromady. W 1909 r. znalazł się w wydawnictwie „Zahlanie sonca i u nasza wakonca”. Te pierwsze kontakty z ruchem białoruskim zapewne w znacznym stopniu wyznaczyły jego przyszły los. Jego staraniem zapewne ukazał się w Petersburgu zbiorek utworów w języku białoruskim „Вязанка” Jana Niesłuchowskiego.

Po ukończeniu Instytutu Technologicznego w Petersburgu podjął studia w Liege w Belgii, które ukończył z wyróżnieniem w 1904 r. jako inżynier elektryk. Po studiach pracował jako konstruktor w fabryce mechanicznej Lilpopa, Raua i Loewensteina w Warszawie, a następnie jako inżynier w Handlowym Biurze Akcyjnym Towarzystwa „Siemens-Halske”, w latach 1905-1914 był kierownikiem filii w Warszawie Towarzystwa Elektrycznego „Westinghouse” z siedzibą w Moskwie. Do 1916 r. pracował w Biurze Handlowym Towarzystwa Akcyjnego „Volka” w Rewlu. W latach 1916-1918 był dyrektorem fabryki maszyn rolniczych w Wielkim Tokmaku na Ukrainie, a w latach 1920-1921 jej przedstawicielem w Warszawie. W 1918 r. powrócił do Mińska i uczył fizyki i kosmografii w polskim gimnazjum żeńskim oraz w białoruskim Instytucie Pedagogicznym. Wówczas był już żonaty. Ożenił się w 1906 r. z Julią Janowską, córką mińskiego lekarza Ryszarda Janowskiego. 30 lipca 1907 r. w Mińsku przyszedł na świat ich syn Kazimierz.

Na początku 1919 r. został wywieziony razem z Wacławem Iwanowskim przez bolszewików jako zakładnik do Smoleńska, skąd wrócił w ramach wymiany więźniów w 1920 r. Osiadł w Warszawie, gdzie był przedstawicielem Litwy Środkowej do spraw gospodarczych. W 1921 r. wraz z Leonem Dubiejkowskim, Bolesławem Druckim-Podbereskim znalazł się tam w Tymczasowym Zarządzie Białoruskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny. W 1921 r. osiadł też w Wilnie, gdzie intensywnie włączył się w białoruską działalność narodową. Kierował działalnością Związku Wileńskiego Kooperatyw. Jego syn Kazimierz pisał we wspomnianym wyżej liście: „Ojciec poświęcił się całkowicie działalności kulturalnej i pedagogicznej – bierze czynny udział w pracach Towarzystwa Szkoły Białoruskiej i był następnie przez parę lat dyrektorem Białoruskiego Gimnazjum w Wilnie. Jak wyżej wspomniałem, brał czynny udział w organizacjach białoruskich społeczno-oświatowych, natomiast nie był zaangażowany w działalności politycznej, gdyż uważał, że ktoś musi robić pracę oświatową, uświadamiającą lud. Napisał i wydał podręczniki po białorusku z fizyki i kosmografii”.


Cdn
Helena Głogowska

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce

1. 12 lutego 1942 r. – taką datę śmierci Antoniego Lucjana Nekandy-Trepki, wybitnego działacza białoruskiego, podaje się w niektórych źródłach. Czy jest dokładna, trudno stwierdzić. Tym bardziej, że w innych miejscach pojawia się październik 1942 r. Tak to jest, gdy ktoś umiera z dala od bliskich, w samotności. Gdy nie wiadomo gdzie jest jego grób. Los charakterystyczny dla tych, którzy zostali aresztowani po wejściu bolszewików po 17 września 1939 r. na wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Ofiarami nowej władzy wbrew potocznym opiniom stali się nie tylko Polacy, ale także wybitni Białorusini. Jednym z nich był Antoni Lucjan Nekanda-Trepka, pedagog, inżynier-elektryk, działacz białoruskiego ruchu narodowego I połowy XX wieku. Aresztowano go 29 października 1939 r. w Wilnie i skazano na 10 lat łagrów. Z okazji 75. rocznicy śmierci – nawet gdyby taka data okazała się nieprawdziwa – warto wspomnieć o zasługach tej wybitnej postaci.

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш [FOTO]

Tropy

Przez lata los Antoniego Nekandy-Trepki mało kogo poza rodziną interesował. Po II wojnie światowej na emigracji wspomniał o nim Leonid Halak, absolwent Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego. W Polsce napomknął o nim Marian Pieciukiewicz we wspomnieniach „U poszukach zaczaravanych skarbau”. Historycy z Białorusi zostawili go całkiem na uboczu.

Jeszcze w latach 80. XX w. marzeniem Aleksandry Bergman, specjalistki od spraw białoruskich w II Rzeczypospolitej, było napisanie biografii Antoniego Nekandy-Trepki. Zamierzała to zrobić po biografiach Bronisława Taraszkiewicza i Antoniego Łuckiewicza. Taki przynajmniej pozostał ślad w jej korespondencji z Marianem Pieciukiewiczem. Niestety jej list do niego nie zachował się, ale odpowiadając nań 22 czerwca 1982 r. Marian Pieciukiewicz pisał: „Z przyjemnością przestudiowałem list Pani i uważam, że nie kto inny, ale Pani może napisać biograficzny artykuł o Antonim Nekando-Trepko, jak to napisała o Antonim Łuckiewiczu i Janie. Chętnie mogę służyć Pani tymi wiadomościami o Ant[onim] Trepce, jakie pozostały w mojej pamięci. Antoniego Trepko znam od 1923 r. i do 1939 r. Znam go jako nauczyciela fizyki i matematyki, jako dyrektora (jakiś czas) Gimnazjum Białoruskiego w Wilnie. Znałem i syna Jego Kazika, który obecnie mieszka w Szczecinie. Syna znałem jako ucznia starszych klas Gimnazjum Białoruskiego. Wiedziałem, że Kazik jest w Warszawie, a po wojnie zamieszkał w Szczecinie, ale kontakty zostały zerwane na zawsze. Że obecnie mieszka w Szczecinie, dowiedziałem się przypadkowo, bodaj od Piotra Radziuka, który po wojnie zamieszkał w Szczecinie i pracował w szkolnictwie średnim”.

Marian Pieciukiewicz pewnie już nie zdążył podzielić się z Aleksandrą Bergman wspomnieniami o Antonim Nekandzie-Trepce. W 1982 r. był już poważnie chory – trudno mu było pisać. Zmarł 23 września 1983 r. Aleksandra Bergman wprawdzie żyła jeszcze długo – do 20 czerwca 2005 r., ale stan jej zdrowia systematycznie się pogarszał i nie pozwalał na zajmowanie się badaniami biograficznymi.

Mieszkająca w Białej Podlaskiej Maria Nekanda-Trepka, która nosi to nazwisko po mężu, bratanku Antoniego Nekandy-Trepki, od dawna interesuje się historią rodziny. Pod koniec 1990 r. zwróciła się do Sokrata Janowicza jako autorytetu od spraw białoruskich o pomoc w poszukiwaniach informacji o „wujku Toniuku” jako białoruskim działaczu narodowym. Niestety, ten nie mógł jej zanadto pomóc. 21 stycznia 1991 r. pisał jej: „Długo nie byłem w stanie cokolwiek odpowiedzieć na list Pani, poszukując bez większego skutku szczegółowszych wiadomości o Antonim Trepce. Rzecz w tym, że Trepka był znanym niepodległościowym działaczem białoruskim i dlatego władze radzieckie wymazały jego imię nawet ze ściśle naukowych publikacji. (…) Trochę mi pomógł dr Jerzy Turonek z Warszawy. (…) Trepka zginął w syberyjskich łagrach, miejsce i rok śmierci nie są znane. Należał do czołówki działaczy odradzającej się Białorusi w początkach naszego stulecia. (…) Wstyd mi, ale niewiele ponadto jestem w stanie napisać Pani. Niestety nasza historia wymaga solidnego odgruzowywania, i to powolutku się czyni”.

Sokrat Janowicz radził Marii Nekandzie-Trepko zwrócić się do dr. Ryszarda Radzika z UMCS w Lublinie i do historyka Anatola Sidarewicza z redakcji „Litaratury i Mastactva” w Mińsku.

Nie wiem skąd nagle po ponad pięciu latach (13 grudnia 1996 r.) Sokrat Janowicz napisał do mnie: „Не можа таго быць, каб Вы не чулі пра Антона Нэканду-Трэпку, аднаго з пачынальнікаў Беларускага Адраджэння! Як і не можа быць, таксама, і таго, каб Вы не ведалі аб тым, як мала вядома цяпер пра гэту постаць. І вось крыніца сама прабілася на верх, і то блізу мяне самога: звярнулася да мяне далёкая сваячка нашага забытага героя, сп. Трэпка з Белай (Падляскай). Але яна няшмат ведае, затое ведае, хто менавіта ведае, прычым немала і дакументальна нават. Вельмі магчыма, таму гэткі цуд аб’явіўся, што яны не фанаты католікі, а пратэстанты ад пакаленняў… Культурная рэлігія, без варварскай дурноты. Хачу, каб Вы гэтым заняліся, ведаючы – хаця б з «Часопіса» – пра Ваш пафас у археалогіі беларускай гісторыі, адкопванні яе ўдзірванелых фундаментаў. Зарослых савецкай крапівой ды бальшавіцкім чартапалохам”.

Sokrat Janowicz dołączył do listu także artykuł Aleksandry Sękowskiej z „Jednoty” (1996, nr 11, s. 12-13) „Ci, którzy zginęli… …na nieludzkiej ziemi”, poświęcony Antoniemu Nekandzie-Trepce i jego bratu Władysławowi. Podał także kontakt do autorki. Przy najbliższej okazji odwiedziłam ją podczas pobytu w Warszawie. Wtedy też otrzymałam kopię ankiety ewangelików, uczestników II wojny światowej, wypełnionej przez Marię Nekandę-Trepkę 30 sierpnia 1995 r. na Antoniego. Znalazły się w niej podstawowe dane: data urodzenia – 11.02.1877, miejsce – Mińsk Litewski, aresztowany przez NKWD w październiku 1939 r. w Wilnie i więziony tam na Łukiszkach, w 1941 r. wywieziony do łagru w ZSRR, uwolniony po umowie Sikorski – Majski. Z ankiety wynika, że zmarł z głodu i wycieńczenia, a także ran na nogach w październiku 1942 r. w Czornej Reczce w Kazachstanie. Znalazły się w niej także kontakty do Marii Nekandy-Trepki i wnuka Antoniego – Marka, zamieszkałego w Szczecinie.

Artykuł Aleksandry Sękowskiej był więc pierwszym, poświęconym pamięci Antoniego Nekandy-Trepki. Powstał ponad pół wieku po jego śmierci na podstawie listów przechowywanych w zbiorach rodzinnych Trepków, a dostarczonych autorce przez Marię Nekandę-Trepkę.

Postać Antoniego Nekandy-Trepki okazała się na tyle frapująca, że badanie jego życia i działalności zajęło mi ponad dwadzieścia lat. W tym czasie udało się zebrać sporo materiałów z archiwów oraz zbiorów prywatnych. Wizyty w Gdyni u Julii Bagniewskiej, w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej, w Białej Podlaskiej u Marii Nekandy-Trepki oraz w Szczecinie u Marka Nekandy-Trepki pozwoliły zebrać także relacje i wspomnienia oraz fotografie. W 1999 r. ukazał się w Mińsku 5 tom Encyklopedii Historii Białorusi, w którym zamieszczono przygotowany przeze mnie biogram Antoniego Nekandy-Trepki. Wcześniej, bo w 1991 r., jego biogram znalazł się w książce „Państwowa Szkoła Techniczna im. Józefa Piłsudskiego w Wilnie”.

Ankieta z Kościoła ewangelicko-reformowanego w Warszawie oraz inne materiały podawały rozbieżne daty urodzenia i śmierci Antoniego Nekandy-Trepki. Nie znalazł się dotychczas żaden dokument źródłowy, taki jak metryka urodzenia czy akt zgonu, który precyzyjnie określił daty rozpoczynające i kończące jego życie. Dlatego pisząc jego biogram do encyklopedii podałam dwie możliwe – 11.02.1877 r. i 11.01.1879 r. jako potencjalne daty urodzenia oraz 12.02.1942 r. i październik 1942 r. jako daty śmierci. Wydawcy zadecydowali o wyborze pierwszych dat.

Wczytanie się we wspomnienia Wandy Dzierżyńskiej, siostry Antoniego, urodzonej 8 grudnia 1877 r., pozwoliło ustalić, że matka ich Antonina z Niesłuchowskich zmarła 15 lutego 1879 r. przy porodzie syna Antoniego, tak nazwanego na cześć matki. Taka data zachowała się na jej pomniku nagrobnym na Cmentarzu Kalwaryjskim w Mińsku. Można więc domniemywać, że co najmniej rok urodzenia podany w Encyklopedii Historii Białorusi jest nieprawidłowy. W żadnym z zachowanych dokumentów nie ma daty urodzenia. Na dyplomie z 1904 r. stwierdza się, że miał 24 lata, co potwierdzałoby jego urodzenie w 1879 r.

 

„Wujaszek Toniuk”

Tak Antoniego Trepkę nazywały przynajmniej trzy poznane przeze mnie na przełomie XX i XXI wieków kobiety – Ludwika (Lula) Dzierżyńska (1908 – 2009), Julia (Ziuta) Bagniewska (1921 – 2016) i Maria (Lalka) Nekanda-Trepka (ur. w 1922 r.). Podczas spotkań z nimi czas się cofał o sto lat co najmniej. Dzięki ostatniej z nich, mieszkającej po dziś dzień w Białej Podlaskiej, zainteresowałam się na dobre losem Antoniego Nekandy-Trepki. To ona w sierpniu 1997 r. przyjechała do Gdyni i zaprosiła na spotkanie z Julią Bagniewską. A potem pojechałam do Warszawy do Ludwiki Dzierżyńskiej. 6 kwietnia 1999 r. Ludwika Dzierżyńska pisała: „Dziękuję za starania i pracę, jaką Pani podjęła dla mojego Wuja Antoniego, aby utrwalić jego wysiłek i ofiarność dla idei, jaką uznał za swoją”.

Wizyty w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej przepełnione były wspomnieniami: „Moja mama i wuj Antoni jeździli do takiego majątku, który się nazywał Zacierzew (na Mińszczyźnie). Tam gospodarowała ich ciotka. Jeździli tam na lato. Mile to lato wspominali oboje. Przez kilka lat tam jeździli. I on tam zapoznał się z ludnością białoruską. On już stamtąd wywiózł sympatię do tych ludzi. A potem jak pojechał do Petersburga. Po wojnie osiedlił się w Wilnie. W Mińsku mieszkali oni na Zaułku Zacharzewskim, głównej ulicy. Byłam w Mińsku mając raz 4 lata, a potem 7. Mój dziadek poza tym miał dwa domy nad Świsłoczą w takiej dzielnicy na obrzeżu miasta. Jego córka Jadwiga wyszła za mąż za pana Parfjanowicza, który miał dużą działkę na Zaułku Zacharzewskim i tam miał 3 domy drewniane, które wynajmował.

W 1921 r. pojechałyśmy do Wilna, bo tam był wuj Tonio, którego mama bardzo kochała. (….) Wujostwo mieli mieszkanie. Wuj pisał podręczniki po białorusku. Był bardzo porywczy. Brakowało wówczas praw człowieka. Ojciec uważał go za fanatyka. Mama wujka rozumiała, ale mówiła: „Jaki on Białorusin, on Trepka. Toniczku co ty robisz?” Ale z nim nie można było rozmawiać. Wszystkie siostry mówiły: „Przecież ty jesteś starodawny szlachcic. Co Tobie trzeba?”. On był bardzo zaangażowany i to jego zgubiło, ten ruch białoruski. Dlatego oni [sowieci] przyszli dwa tygodnie po przyjściu i jego zabrali, nie za żadne inne grzechy, nie za wykłady w szkole technicznej. Oni mieli wywiad, wszystko wiedzieli, co kto robił. Żona Julia była świętą kobietą. Takiej cierpliwości i łagodności ja nie spotykałam. Ciężko jej było żyć. Ona bardzo kochała swego męża i wzajemnie. A wuj rzucił się z głową i butami w ruch białoruski.

Wuj to był gorączka. Gdy Kazimierz dorósł do wieku szkolnego, to wuj zarządził, że pójdzie do gimnazjum białoruskiego. I wtedy bomba wybuchła – zagotowało się w rodzinie, bo wszyscy byli oburzeni, że wuj wysyła syna do gimnazjum białoruskiego: „Jak to, chcesz z niego zrobić Białorusina?”. Żona ustąpiła. Kazio bardzo dużo przeżył. On miał usposobienie matki. Był nieskończenie cierpliwy, łagodny. Nigdy nie słyszałam od niego jakiejkolwiek krytyki ojca, żalu do niego. Tak samo ciocia, nigdy nic nie mówiła, nie sprzeciwiała się. Kazio był pozbawiony kolegów polskich. Było tak. Było u mnie kilka osób młodzieży i on przyszedł. I ktoś zapytał, gdzie się uczy. Nie pamiętam, co on odpowiedział. Skończył SGH. Pracował w Warszawie. Ożenił się w 1936 r.

Aniela była częścią posagu mojej cioci. Jak wychodziła za mąż, to rodzice dołożyli jej Anielę. Był to typ starej służącej. Gderała itd., przywiązana była bez granic. (…) Bardzo lubiliśmy się z wujkiem. On miał duże poczucie humoru. Bardzo lubił żartować. A ja wiedziałam na jakie tematy nie lubi żartować. Na przykład – na temat Białorusinów. Mama uwielbiała jego.

To rodzeństwo bardzo się kochało. Bardzo szanowali i kochali macochę.

Julia Bagniewska, której mama Maria (Mura) Łowicka była rodzoną siostrą Julii Trepkowej, mieszkała w latach gimnazjalnych w Wilnie. Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni była tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem byli w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa i Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł, i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz”? – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Dokończenie nastąpi
Helena Głogowska