Przygoda z Melchiorem Wańkowiczem

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Rozmowa z dr Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, sekretarką pisarza w latach 1972-1974, spadkobierczynią jego archiwum, autorką książek o nim

 

Helena Głogowska: – Poznała Pani  znanego i cenionego reportera i pisarza jeszcze jako studentka. Jak się zaczęła przygoda z Melchiorem Wańkowiczem?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: – Piszę o tym w kilku książkach – w pierwszej „Blisko Wańkowicza”,  w „Na tropach Wańkowicza po latach” i we wspomnieniowej „Ulica Żółwiego Strumienia”. Także w książce wydanej w Stanach Zjednoczonych, gdzie ukazała się monografia  „Melchior Wańkowicz. A Poland’s Master of the Written Word” .

Jak się więc zaczęło?

–  Napisałam do Wańkowicza, że piszę pracę magisterską (byłam wówczas na IV roku filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim) na temat jego twórczości. W odpowiedzi zaprosił mnie do Warszawy. Przyjął mnie, zastrzegając, że ma mało czasu dla studentów czy dziennikarzy, nie czuje się dobrze, a chciałby jeszcze napisać książkę. Spytał, które z jego książek znam. Odpowiedziałam, że wszystkie i pokazałam mu swoje prace zaliczeniowe, wymagane przed napisaniem pracy magisterskiej. Zaczął je czytać, starannie, wolno. Po skończeniu powiedział, odkładając je na bok: – Umie pani myśleć krytycznie. Pisze pani o sprawach, o których już zapomniałem… Z wizyty, zapowiedzianej przez niego na 45 minut, zrobił się cały wieczór. Opowiedział mi m.in. o swoich planach pisarskich, o problemach z wydaniem „Wojny i pióra” i zaproponował, bym przywoziła mu materiał do powstającej książki, do której dostałam plan zagadnień. Miała być, najogólniej mówiąc, o tym, czym jest twórczość.

I tak się zaczęło. Czytałam książki biograficzne dotyczące pisarzy, artystów, wypisywałam fragmenty, które mogły go zainteresować. Przyjeżdżałam co dwa tygodnie z nowym materiałem. Gdy skończyłam studia, poprosił, bym zaczęła u niego pracę. Z researcherki przejęłam dodatkowo funkcje asystentki i sekretarki.

Jakim człowiekiem był w codziennych relacjach?

– Znałam go – od tego pierwszego spotkania – dwa lata i trzy miesiące. Poznałam Wańkowicza 20 maja 1972 roku, najpierw dojeżdżałam z Łodzi do Warszawy, potem – około roku – pracowałam już na miejscu. Zmarł 10 września 1974 roku.

Przeszedł ciężką operację, miał duże problemy zdrowotne, ale wciąż pisał, wciąż miał plany. Nie trzymał otoczenia w atmosferze choroby, swojego odchodzenia. Dom był nieraz pełen dowcipów. Piszę o tym w swoich książkach, o których wspominam wcześniej.

Na czym polegało Pani „sekretarzowanie”? Czy łatwo przyszło podjęcie decyzji o związaniu młodzieńczego losu ze starym, schorowanym pisarzem?

– Czułam się bardzo wyróżniona. Zbierałam materiał do wspomnianej książki o pisarstwie, którą nazwał „Karafka La Fontaine’a”, sprawdzałam różne źródła w Bibliotece Narodowej. Książka się rozrosła, ostatecznie powstały dwa tomy. Drugi tom zadedykował, trochę przekornie, mnie  (…bez której oddanego współpracownictwa zapewne byłaby to jeszcze gorsza książka).

Przed wyjazdem na operację do Anglii Wańkowicz zapisał mi w testamencie swoje archiwum. To wielki dowód zaufania, bardzo zobowiązujący.

Pisanie było dla niego ważną sprawą, całożyciowym oddaniem, pasją i miłością. To się pięknie udzielało. Nie narzucał atmosfery choroby. Sześć miesięcy po trudnej operacji zmarł.

Jaki był jego stosunek do otaczającej go rzeczywistości? Jak ją oceniał u schyłku swego życia?

– Powtarzam, skupiony był na pisaniu, chciał skończyć książkę. Uważał, że praca to sprawa dla niego najważniejsza. Odwiedzali go m.in. Jan Olszewski, Jan Józef Lipski, Stanisław Szczuka. Rozmawiali o sytuacji politycznej w Polsce. Wańkowicz finansowo wspierał obronę ludzi represjonowanych z powodów politycznych, o czym jest obszerna wypowiedź Jana Olszewskiego w mojej książce „Na tropach Wańkowicza po latach”.

Aleksandra Ziółkowska i Melchior Wańkowicz

Czym zaskarbiła sobie Pani Jego zaufanie i przyjaźń?

– Myślę, że oddaniem pracy i rozumieniem, że to jest najważniejsze w jego życiu. Nie było normowanych godzin, weekendów. Pracował całymi dniami. I ja także. Byłam młoda i rozumiałam, jak to jest ważne. Poddałam się temu rytmowi i temu niezwykłemu zaangażowaniu w pracę pisarską.

Czy opowiadał o swym dzieciństwie na Białorusi? O Kalużycach?

– Nie opowiadał. Napisał o tym okresie w książce „Szczenięce lata”, ale nie wracał do tej tematyki czy wspomnień.

Jak wyglądały jego relacje rodzinne w ostatnim okresie życia?

– Jego starsza córka Krystyna zginęła w Powstaniu Warszawskim (w książce „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści” jest rozdział „Ostatnie dni Krystyny Wańkowiczówny. Opowieść Gryfa”; żałuję, że pisarz go nie znał). Młodsza, Marta, mieszkała w Stanach Zjednoczonych, od czasu do czasu odwiedzała Polskę.

Z kim się przyjaźnił?

– Nie miał bliskich przyjaciół, miał tłumy czytelników. Cenił swoje znajomości z dziennikarzami, młodymi reporterami.

Po śmierci pisarza Pani odziedziczyła jego archiwum. Co w nim się znajdowało? Jak je Pani wykorzystała? Jakie jeszcze niespodzianki ono kryje?

– To archiwum jest wciąż w moim posiadaniu. Wykorzystałam je w książkach, które wymieniam wcześniej. Nadzorowałam serie jego dzieł. Osobno ukazała się dwutomowa korespondencja z żoną, zatytułowana „King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów”, także korespondencja z Jerzym Giedroyciem, z córkami. W prasie ogłosiłam listy z Czesławem Miłoszem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem, Marią Dąbrowską.

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia zainteresowanie Melchiorem Wańkowiczem w Polsce? Na Litwie? Na Białorusi?

– Nie wiem, czy interesują się Wańkowiczem na Litwie czy Białorusi, w Polsce ma ustaloną pozycję klasyka, choć wśród młodzieży nie jest rozpoznawalnym nazwiskiem.

Czy można powiedzieć, że Wańkowicz w pewnym sensie zaprogramował Pani przyszłość? Na ile pozostaje on „żywy” w Pani obecnym życiu? Co jeszcze można zrobić dla jego pamięci?

– Nie wydaje mi się, by zaprogramował mi życie. Rok pracy z pisarzem, gdy miałam 24 lata, nauczył mnie na pewno dyscypliny pracy. Byłam „pracusiem z polonistyki”, miłość do książek wyrobił we mnie ojciec, wielki miłośnik historii. Po śmierci pisarza na Uniwersytecie Warszawskim obroniłam doktorat z twórczości Wańkowicza (zaczęłam u profesora Juliana Krzyżanowskiego, po jego śmierci przejęła naukową opiekę nad nią profesor Janina Kulczycka-Saloni).

Napisałam wiele książek, trzy z nich o Wańkowiczu.

Pokolenie młodych ludzi nie zna, niestety, jego twórczości. Może się to zmieni, pisarz wróci do lektur. Oby to nastąpiło.

Młodsze pokolenie kojarzy mnie z książkami na temat amerykańskich Indian czy poświęconymi losom Polaków – emigrantów z piętnem drugiej wojny, których spotkałam w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze inni kojarzą mnie z książką o aktorce Ingrid Bergman (bliskiej kuzynce mojego męża), czy z książką o… kotach („Podróże z moją kotką”), która i w Polsce, i w Stanach, miała wznowienia.

Jakie ma Pani plany odnośnie Wańkowicza i jego spuścizny?

– Po śmierci pisarza nadzorowałam wydanie serii „Dzieł wybranych”, w wydawnictwie Prószyński i S-ka w latach 2009-2011 ukazała się 16-tomowa seria „Dzieł wszystkich”. Do każdego tomu (liczącego ponad pięćset stron) pisałam posłowia, zamawialiśmy wstępy. Po raz pierwszy np. ukazały się teksty poświęcone tematyce żydowskiej czy na temat Wołynia.

Co się stało z jego warszawskim domem? Czy jest na nim jakiś ślad, że mieszkał tam Wańkowicz?

– Pisarz mieszkał w nim niecały rok, nie skończona była np. budowa tarasów. Córka Wańkowicza, Marta Erdman, po jego śmierci przez kilka lat wynajmowała ten dom, potem sprzedała. Jakiś czas potem parterowy dom został rozbudowany. Nie ma tablicy, nie ma śladu, że mieszkał w nim wielki pisarz.

Na ile Pani pisarstwo jest kontynuacją metodologii mistrza?

– Mogę powiedzieć, że wiele zaczęło się od Wańkowicza, ale potem już poszło własną drogą i wysiłkiem (pisarz mi z nieba nie dyktuje książek…). Nie poruszam tematów, które byłyby kontynuacją tematyki Wańkowicza. Metodologia, jak Pani określa i o którą pyta, jest moja własna. Dzięki doktoratowi znam warsztat naukowy, w kilku moich książkach są przypisy, bibliografia.

Wańkowicz miał własny, charakterystyczny styl. Jego język, z bogatym kresowym słownictwem, kolorytem, jest jak mocne perfumy. Trudny do naśladowania czy kontynuacji. Mój styl jest wyciszony, unikam mocnych przymiotników, chcę, by czytelnik sam wyciągnął wnioski i się przejął. Nie pokazuję, gdzie ma to nastąpić.

Czy Pani emigracja związana była z Wańkowiczem?

– Nie wyemigrowałam z Polski i nie czuję się emigrantką. Wcześniej, przebywając na stypendium w Kanadzie, napisałam dwie książki na temat emigrantów. Ukazały się w języku angielskim (potem po polsku „Kanada, Kanada…”, „Senator Haidasz”). W grudniu 1981 roku zastał mnie tam stan wojenny i przedłużyłam pobyt do ponad dwóch lat. Polakom ofiarowano pobyt stały, ale nie zostałam w Toronto, wróciłam do Polski.

Kolejno dostałam kilka stypendiów amerykańskich, m.in. dwa razy Fulbrighta (i nagrodę). W Stanach napisałam książkę na temat współczesnej sytuacji amerykańskich Indian, „Otwarta rana Ameryki”. Ukazała się także po angielsku, sponsorowali ją Apacze, recenzowały pisma indiańskie. Wielu bohaterów swoich książek spotkałam w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Są o nich książki „Amerykanie z wyboru”, „Korzenie są polskie”. Kilka książek napisałam na temat losów Polaków, których biografie,  naznaczone drugą wojną światową, to nieraz wielkie dramaty. Są to książki „Kaja od Radosława”, „Dwór w Kraśnicy”, jak i „Lepszy dzień nie przyszedł już”, „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”.

Poznałam swojego męża Normana i w 1990 roku zamieszkałam w Stanach – nie zrywając związków z Polską. Mam tu własne mieszkanie i regularnie w nim bywam (mieści  się w nim archiwum pisarza). Mam rodzinę, wydaję książki, mam kontakt z wydawcami, czytelnikami. Mieszkam i w Stanach, i w Polsce, w obu krajach wydaję książki, mają wznowienia. Zawsze Polska będzie mi najbliższa, to mój kraj i moje najdroższe miejsce na ziemi.

Spotkałyśmy się w Wilnie na Poetyckim Maju nad Wilią, poświęconym 125. rocznicy urodzin Melchiora Wańkowicza. Jak Pani ocenia inicjatywę uczczenia pamięci Melchiora Wańkowicza przez Romualda Mieczkowskiego? Jakie wrażenia wywiozła Pani z Litwy i z Wilna?

– Nikt inny poza Romualdem Mieczkowskim nie zwrócił uwagi na 125. rocznicę urodzin pisarza. Bardzo mnie to ujęło i z radością włączyłam się w tegoroczny „Maj nad Wilią”. Ślady Melchiora Wańkowicza znalazłam bardziej „w powietrzu” niż gdziekolwiek indziej. Pojechaliśmy w miejsce, gdzie być może leżał majątek Jodańce… Pola i łąki, sadzawka.

Wilno bardzo mnie zaciekawiło i ujęło swoim pięknem. Byłam pierwszy raz na Kresach, rozmawiałam z wieloma uczestnikami naszej wyprawy – szczególnie rozmowy z Polakami mieszkającymi na Litwie pozwoliły mi spojrzeć na kilka zagadnień z innej perspektywy.

 

Fot. ze zbiorów Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

„Kniaź” Melchior Wańkowicz i Białoruś

Fot. ze zbiorów Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

Melchior Wańkowicz związany był z Białorusią pochodzeniem, wychowaniem oraz twórczością. Na całe życie pozostał mu sentyment do stron rodzinnych na Mińszczyźnie i do ziem białoruskich w ogóle. Nazwisko Wańkowicz wywodzi się od białoruskiego imienia Wańka. W „Szczenięcych latach” pisał: „trzeba wiedzieć, że Wańkowiczów było jak rojstu w Mińszczyźnie i wygodniej było przezywać ich od majątku albo, jeżeli imię ojca było rzadkie, z ojca”.

Mieczysław Jałowiecki w genealogii tego rodu pisał: „Ziemie starożytnego kniaziowskiego rodu Wańkowiczów ciągnęły od Wilna ku południowemu wschodowi poprzez powiaty nowogródzki, borysowski, miński, ihumeński, aż do płaskowzgórzy poleskich, leżących w widłach Dniepru i Prypeci w powiecie mozyrskim. W skład licznych włości Wańkowiczowskich wymienię główniejsze, a więc „podwileńską” Peteszę Stanisława Wańkowicza, olbrzymi klucz ślepiański Piotra Wańkowicza z „podmińska” –  Ślepianka i polowa miasta Mińska z uprzemysłowionym Zazierzem, z puszczami Słobódki i Lelum-Polelum. (…) Klucz szypiański Pawła Wańkowicza obejmował północną część powiatu ihumeńskiego. Skromny dwór szypiański krył jednak w sobie nagromadzone przez pokolenia pamiątki rodzinne, sporo płócien włoskich mistrzów i Flamandów. Między innymi płótno Rubensa i oczywiście portrety rodzinne pędzla Walentego Wańkowicza i Lampiego oraz najbogatszą w kraju kolekcję monet. Klucz śmiałowicki należał do brata Pawła, Leona Wańkowicza. Na ziemiach Wańkowiczowskich była to najpiękniejsza rezydencja o pięknych wnętrzach z galerią portretów, położona wśród obszernego parku w powiecie mińskim. W pobliżu, w powiecie ihumeńskim, leżało Horodyszcze, odwieczna siedziba Wańkowiczowska, należąca do Zofii z Mierzejewskich Wańkowiczowej. (…) Nie opodal Horodyszcza nad Świsłoczą leżało leśne Zaświatoje Stefana Wańkowicza. (…) Najdalszą siedzibą Wańkowiczów był obszerny klucz rudakowski, który w wianie wniosła w dom Wańkowiczów Helena Oskierczanka. (…) Rudaków leżał w powiecie rzeczyckim w guberni mińskiej i był najbardziej wzorowym i uprzemysłowionym warsztatem rolnym ziemi mińskiej. Ze swym pięknym pałacem, rozległym parkiem i czerwienią murów budowli gospodarskich i zakładów przemysłowych – był jakby wycięty z krajobrazu angielskiego. Rzucona daleko ku zachodowi, na pograniczu Kongresówki, leżała Mikielewszczyzna, grodzieńska własność Wacława, a później jego syna, Karola Wańkowicza, tego ostatniego w prostej linii potomka sławnego Walentego Wańkowicza. Gdyby zebrać włości Wańkowiczowskie w całość, byłby to obszar przewyższający niejedno udzielne księstwo niemieckie. Obszar ten wynosił w sumie wiele setek tysięcy dziesięcin, ale byłaby to zaledwie nieznaczna część włości i dzierżaw ich protoplasty Iwana (Wańki), księcia nowogródzkiego, wnuka Giedymina i dziedzica spuścizny Olgierdowej, która wchłonęła wszystkie udzielne księstwa białoruskie: sołomereckie, nieświeskie, borysowskie, iwańskie i inne. Wańkowicze wrośli głęboko w ziemię ojczystą. Przez wieki skojarzyli się z rodzinami litewskimi, mało było w nich domieszki krwi obcej, był to ród par excellence tutejszy, jak tutejszymi były rody z nimi spkrewnione – Woyniłłowicze, Tyszkiewicze, Radziwiłłowie, Oskierkowie, Rewieńscy, Wołodkowiczowie, Rdułtowscy, Reytanowie, Mierzejewscy, Romerowie, Horwattowie, Kieżgajłłowie, Zawiszowie, trudno z pamięci wyliczyć wszystkie rodziny związane krwią z Wańkowiczami”.

„Daleko w Ihumeńszczyźnie, na trakcie wiodącym z Borysowa na Berezynę, leżały Kalużyce Witolda Wańkowicza” – pisał Mieczysław Jałowiecki. Tam właśnie 10 stycznia 1892 r. urodził się brat Melchior Wańkowicz, późniejszy pisarz. Wychowywał się tam przez dwa lata po urodzeniu, a po śmierci matki trafił do babci w Nowotrzebach na Kowieńszczyźnie. Mając osiem lat powrócił do Kalużyc.

Przyjazd na stację w Borysowie, a następnie do rodowego majątku, na zawsze utkwił w jego pamięci, co zapisał w „Szczenięcych latach”: „Od pierwszej chwili, kiedym, wyszedłszy przed budynek stacji w Borysowie, ujrzał czwórkę w lejcowe gniadosze przysiadające na zadach, liberię haftowaną srebrnymi herbowymi strzałami, kiedy bryczka, skacząc po nie dokarczowanych drożynach leśnych, pomykała białoruskimi polami, polanami obramowanymi na horyzoncie w leśny gąszcz, od tej pierwszej chwili wziął duszę chłopięcą w swoje nieodparte władanie kraj brzóz, mgieł i wrzosowisk, kraj ojców moich. Hej! – długaż to była droga, opętanych czterdzieści wiorst po białych dudniących szlakach; kraj biedny, grunt sapowaty, kraj pachnący grzybem, zwierzyną, smolakiem i przedziwnymi zapachami łąk, w biciu derkaczy, w strzępach mgły, leżącej jak pierzyna na ziemi, wyrzucający pod kopyta koni długie i szare, pachnące chlewem i udojem, mrugające świetlikami okien ulice białoruskich wsi. Smakowicie chlupią pod kopytami bajora, na obróconych do góry dnem korytach wzdłuż drogi siedzą w zgrzebnych płótnach chłopi; świnie białoruskie, w prostej linii od dzika, chude, czarne, na wysokich nogach, śmigłe jak psy lub konie, uganiają po opłotkach budowanych niby głuche ściany z bierwion”.

Melchior Wańkowicz, pochodzący z kniaziowskiego rodu, wyjaśnił, że „polonizowanie się rodów litewsko-ruskich kazało ich członkom poniechać używania niepopularnego u kronikarzy tytułu” (kniaź – przyp. H. G.). Dorastając na Mińszczyźnie, nauczył się języka białoruskiego, który był w powszechnym użyciu, poznał mentalność chłopską oraz relacje między „pańskim” dworem a chłopskim otoczeniem.

Przedstawiał je chociażby w „Szczenięcych latach”: «„Pan”, w zasadzie, chodzić był winien zawsze w nimbie patriarchalnej łaskawości, niby „dobre słonko”, ale nie do pomyślenia była sytuacja, by nie mógł mieć racji, aby mógł znaleźć się w sytuacji śmiesznej, aby mógł zawdzięczać chłopu jakąkolwiek przysługę, aby mógł o coś prosić, za coś dziękować. „Pan”, kiedy jechał przez wieś, biegły z całej wsi dzieciaki otwierać wrota – za co z bryczki rzucało się im na ziemię łaskawie cukierki, wożone na ten cel w kieszeniach burek, albo miedziaki – o co powstawały bójki w pyle gościńca. „Pan”, który o dziesiątki wiorst od domu, przejeżdżając przez wieś, zgubił koło, złamał dyszel, na skutek czego potrzebował kogoś gdzieś posłać o kilka wiorst, wkraczał do pierwszej lepszej chaty i polecał zrobić to a to. Byłoby obrazą nie do pomyślenia, ale też i niespodzianką, aby chłop za przysługę zażądał czegokolwiek. Nawet spotykana w Królestwie formułka „co łaska” nie miała miejsca. Cały wygląd, wszystkie pokłony i uśmiechy Białorusa szły w kierunku zadokumentowania, że przepełniony jest radością, że dostatecznie nagrodzony jest samym szczęściem, płynącym z faktu usłużenia „panu”. I o ile tylko chłop był w sferze zasięgu gospodarczego dworu, metoda, zapewne urobiona wiekami, zalecała nie nagradzać go z miejsca, zapamiętać, gdzieś tam przy okazji dać jakieś drzewo z lasu, wypas itd. (…) Chłop lubił czuć silną rękę nad sobą, rozumiał się na tej „pańskości” i kochał się w niej. Instynktem przedziwnym umiał odróżnić „pana z panów” od miejskiego ciaracha, który wszak niczym na pozór nie różnił się od „pana” w ubraniu i zachowaniu. Do pojęcia pańskości nieodłącznie były przywiązane polskość i katolickość».

W świadomości chłopów dwór, podobnie jak kościół katolicki, utożsamiał się z polskością. Sami zaś najczęściej nie posiadali świadomości narodowej ani wyznaniowej, co Melchior Wańkowicz obrazowo przedstawił w „Szczenięcych latach”: „Chłop, zapytywany o wyznanie, drapał się w głowę i odpowiadał wstydliwie: – Nieczem chwalitsia. Mużickoj. Sąsiad Wiktor Ciundziewicki wysyłał swojego leśnika dla dokonania jakiejś operacji wola za granicę. – Ależ jakżeż ty będziesz tam z ludźmi mówił – zafrasował się – toż tam po niemiecku mówią. – A ciż tam, panoczku, mużikow nie ma!” – odpowiedział pełen dobrej myśli Białorus”.

Wspominając czasy sprzed I wojny światowej zwracał uwagę na brak świadomości narodowej wśród ludności chłopskiej: „Kobiety wprawdzie cieszyły się, że zbywają dzieciaków z głowy na parę godzin, że uczą się pańskiej mowy, że nabierają „adukaci”, ale jeszcze do jakichś ogólniejszych zagadnień, do rozbudzenia świadomości narodowej, do rozżarzenia jakiegoś poczucia buntu było sto mil”.

Melchior Wańkowicz często ubarwiał swe opowieści językiem białoruskim, co świadczyło o jego żywotności w środowisku, w którym się obracał, ale też i o szacunku do niego ze strony pisarza. Język (rosyjski, czy później polski) używany przez urzędników, np. w sądach, był często niezrozumiały dla chłopów. Melchior Wańkowicz zapisał zabawne sytuacje z tym związane: „Nie mogę sobie odmówić podania wypadku z doświadczeń sądowych brata. Szła sprawa o zgwałcenie. Zeznaje chłop w łapciach: – A sztoż, panoczku, idu ja hetak wiaczarkom, aż glażu, u kustiku żopa bliasnuła. – Huu… – ryczy w uciechy sala. – Niet, wy pożałusta, skażitie tolko: fakt wy widali ili niet – przerywa prezes, ratując powagę sądu. – Chwakta ja nie bacził, on uże był unutri”.

W międzywojennych reportażach Melchiora Wańkowicza z jego objazdów po Kresach Wschodnich w wielu miejscach eksponowany jest język białoruski. W jednym z nich, „U pana Pisaniego”, przytacza dialog dwóch chłopów w sądzie (z własnym tłumaczeniem na język polski):

– My z taboj iszli?              – Szliśmy razem?

– Iszli…                                 – Szliśmy…

– Każuch najszli?               – Kożuch znaleźliśmy?

– Najszli jeho.                     – Znaleźliśmy.

– Ja jeho tobie dał?            – Ja ci go dałem?

– Dał.                                    – Dałeś.

– Ty jeho wział?                 – Tyś go wziął?

– Wział.                                – Wziąłem.

– Gdzież jon?                      – Gdzież on?

– Chto?                                 – Kto?

– Każuch…                           – Kożuch.

– Jakij każuch?                   – Jaki kożuch?

– My z taboj iszli?              – Szliśmy razem?” Itd.

Pisał też, że ziemiaństwo kresowe lubiło język białoruski i chętnie w nim rozmawiało: „Oto teraz sypią się anegdoty i powiadania białoruskie. Pan Mecherzyński – talent nieprzeciętny – przebiera się za babę białoruską i solo odtańcowuje lawonichę. Potem zaczynają chórem śpiewać: Oj tam na gorie, oj tam na krutaj. Oj tam siadzieła para gołubok. Oj tam sidzieli – cełowalisia, Da swoimi kryliami obnimalisia. (…) Ta piosenka wydaje mi się z naleciałościami rosyjskimi. Ale za to melodia jest czysto białoruska. Koniec frazy łamie się, spada z tonacji, i ciągnie się aż do wyczerpania tchu. To takie zawodzenie zalatuje ze wszystkich stron z pól białoruskich”.

W reportażu „Na ziemi stołpeckiej” Melchior Wańkowicz opisał ślepca z lirą, śpiewającego nabożną pieśń, któremu akompaniowała mała dziewczynka: „Proszę, aby coś zaśpiewali. Ślepiec nakręca lirę, dziewczyna z lekka zachrypniętym dziecinnym głosem zaczyna: – Biedna ja sirota biez mamki została, Ja poszła po świetu, po świetu szukała…”.

Objeżdżając Kresy Wschodnie, często wracał do tematyki białoruskiej. Była ona dla niego immanentną częścią tych ziem. Dlatego irytowała go polityka władz polskich wobec Białorusinów.

W powieści „Ziele na kraterze” pisał: „Za daleko by zabiegła ta gawęda, podmalowana tylko z lekka kolorami z różnych kątów Polski, gdybym zaczął roztrząsać czy błędy, czy tragizm, czy dramatyczne niemożliwości, czy głupotę naszych rządów na Kresach. Ale nie było dobrze. I kiedy nauczyciele w Stołpcach z zadowoleniem produkowali przede mną dzieci białoruskie śpiewające: „Ej ty Wisło, modra rzeko…” – nudno mi się robiło i straszno. Kiedy wojewoda wileński mi mówił, że białoruski jest odmianą polskiego, kiedy starosta wołożyński, nawiany gdzieś z Kongresówki, karcił mnie, że po białorusku rozmawiam z ludnością, gniew ciężki mnie zdejmował, upokorzenie wobec pamięci przodków, którą schamiają. Widziałem w Nowogródzkiem wzburzoną gromadę przed domem sołtysa, który kazał wędrować do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Nowogródka po poświadczenie podpisów na petycji o szkołę białoruską, tak jakby nie znał podpisujących osobiście. Widziałem w Klecku kooperatywę chłopską prześladowaną przez policję, która dzień w dzień obkładała mandatem karnym zarządzającego tą kooperatywą za niezachowywanie przepisów ruchu kołowego, kiedy jechał na rowerze… po Klecku, mandaty za brak czystości, zamykanie lokalu ze względów pożarowych, budowlanych, bezpieczeństwa. Widziałem w Mołodecznie księdza, który wyjednywał zwalnianie złodziejaszków od dochodzeń policyjnych w zamian za przejście na katolicyzm, poczciwego prałata w wileńskim powiecie, który za to samo dawał dwa cetnary zboża, ojców marianów w Drui, którym zamknięto klasztor i wysiedlono „za bolszewizm”, jezuitów w Albertynie paćkających bez powodzenia unicką misyjną robotę, przebierających się po komediancku w prawosławne liturgiczne szaty, naśladujących prawosławną liturgię przy wyśmiewaniu się ludności. Widziałem wielu chłopów więzionych, bitych po zakamarkach policyjnych za ruch białoruski. Siadywałem długie godziny nad Dzisienką z więźniem z Łukiszek, dwuhektarowym gospodarzem, dobrym poetą chłopskim, Michasiem Maszarą. Oczepiała duszę mgiełką liryka Maszary, galopowały warkliwie, gniewne akordy Tanka – w niewiadome, w pustkę. Bo nic nie znaczy wola, rozum, serce ludzkie, gdzie nie ma dobrego układu sił, bo na nic najlepsze pomyślenia federalizujących piłsudczyków, separatyzujących krajowców, tolerancyjnych liberałów, tam gdzie za ścianą skok w inne, tam gdzie po naszej stronie ściany biedno, i autorytetu nie wspiera ani kredyt, ani inwestycja, tylko policjant. Dlatego liberalni wojewodowie, zakładający szkoły białoruskie i nie umiejący zatrudnić produkowanej przez nie białoruskiej inteligencji, byli jeszcze gorszymi siewcami niezadowolenia niż ci, którzy uważali Białorusinów za odmianę Kaszubów. Bo nie rozumieli, że „akty miłości”, jak nasza Unia, „akty rozumu”, jak unia szkocko-angielska, nigdy w dziejach nie robią się ani miłością, ani rozumem, ani dobrą wolą, tylko tarciem sił. Na to między nami a Białorusinami była zbyt duża dysproporcja, aby strony paktowały z sobą jak równy z równym. A na to, aby się poczuli na swoim miejscu nad „Wisłą, modrą rzeką” – było ich zbyt wielu. W tym układzie sił ziemianin się wynaturzał w dziwaka, wśród chłopów żerował swoisty mistycyzm”.

Wspomnianemu Michasiowi Maszarze oraz innym Białorusinom – Pawłowi Moniczowi ze wsi Cerkiewne i Piotrowi Krzywcowi ze wsi Zajelniki – Melchior Wańkowicz poświęcił reportaż „Ich listy”. Osobiście znał Michasia Maszarę, którego odwiedził na jego gospodarstwie w powiecie dziśnieńskim. „Wydał szereg dużych poematów – wymieniamy się książkami: ja mu posyłam swoje, w które wydawcy wkładają cały kunszt – on w zamian śle mi ubogie tomiki, nie dające zysku, wydrapane pazurami. (…) Michaś Maszara, miękka, słowiańska duchowość, „sialansky paet” (poeta wioskowy), jak siebie chętnie nazywa, siedział w swoim czasie za sprawy białoruskie w więzieniu na Łukiszkach. (…) Dalej donosi o swoich biedach, chorobach i po prostu nędzy, którą sam w chacie jego skonstatowałem. Do tego w jesieni – pisze – wydałem nowy zbiorek wierszy pt. Spod strzech słomianych, który uległ konfiskacie, chociaż konfiskowane wiersze wszystkie były poprzednio drukowane w czasopismach. Więc będę w krótkim czasie miał nieprzyjemności sądowe”.

Za motto cyklu reportaży „Na ziemi stołpeckiej” wziął fragment wiersza białoruskiego poety Kazimira Swajaka:

„Bor, hdzie sini zdal widnieje,

Hdzie uzhorki jary, niwy,

Hdzie moj brat z biady marnieje,

Choć ćwiarozy, nie laniwy”.

Melchiora Wańkowicza dobrym słowem w „Kartkach z kalendarza” (Warszawa 1977) wspominał też białoruski poeta Maksim Tank. Podczas jego spotkania autorskiego w Związku Literatów Polskich w Warszawie 3 lipca 1939 r. obecny był też Melchior Wańkowicz, który podarował mu „Szczenięce lata” oraz zaprosił go do siebie na obiad. Maksim Tank występował częściowo po białorusku, co nie wszyscy rozumieli. Jak zapisał w dzienniku: „Nie wiem, czy słuchacze dobrze mnie rozumieli, bo w czasie przerwy ktoś zapytał: „A co znaczy „nie warta tużyć”? Kiedy mu wytłumaczyłem, Melchior Wańkowicz – który wyrósł na Białorusi (na Słucczyźnie) i doskonale zna nasz język, zażartował: „Kolega dobrze zrozumiał: „Nie warta tużyć” jako „nie warto tu żyć” (s. 302).

Zapewne Maksim Tank nie był jednak na obiedzie u Melchiora Wańkowicza, bo nie ma o tym śladu w jego dzienniku, ale 19 lipca 1939 r. zanotował: „Piszę do Melchiora Wańkowicza o jego książce „Szczenięce lata”. „…W tych dniach przeczytałem Pańskie, nadzwyczaj żywe i zajmujące wspomnienia o młodzieńczych latach i dalekiej przeszłości, o której tylko słyszałem od starych dziadów, co to jeszcze pamiętali i pańszczyznę, i poddaństwo. Zrozumiałe, że w ich opowiadaniach ta przeszłość rysowała się mniej barwnie jak u Pana, bo musieli na własnych plecach dźwigać ciężar potwornej eksploatacji. To właśnie oni, zgięci w niskim ukłonie, z czapkami w rękach, prosili o drzewo na „pięć krzyży”. Ponury cień legł i wciąż jeszcze leży na losie naszego narodu. Pańska z talentem napisana książka każe wiele zapomnieć, wiele przebaczyć, patrzeć na życie „z innego okna” – okna pańskiego pałacu, gdzie spędził Pan dzieciństwo – z którego łatwiej było zachwycać się urodą białoruskiej ziemi. Cudowna jest ta ziemia! I my też ją kochamy, chociaż Panu znacznie łatwiej było ją kochać…”. Ta szczera recenzja „Szczenięcych lat” zapewne dotarła do Melchiora Wańkowicza.

Pisarz miał szczególny wpływ na karierę literacką Sergiusza Piaseckiego i na jego uwolnienie z więzienia. W 1937 r. w „Wiadomościach Literackich” zamieścił o nim artykuł „Wielka Niedźwiedzica patrzy w okna więzienia”. To byłemu powstańcowi słuckiemu z oddziałów antybolszewickiego „Zielonego Dębu”, a następnie białoruskich oddziałów wojska polskiego, nie znającemu języka polskiego, mającemu ojca po tamtej stronie granicy – w Mińsku – Melchior Wańkowicz wydał, a najpierw poprawił, „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, sprezentował wieczne pióro, wierząc w talent pisarski więźnia.

Po II wojnie światowej, zwłaszcza po powrocie do Polski, Melchior Wańkowicz nadal wykazywał wiele sympatii do ziemi białoruskiej i zamieszkujących ją ludzi. Po powstaniu w Białymstoku tygodnika białoruskiego „Niva”, przekazał redakcji kolekcję swych autorskich zdjęć z międzywojennych wypraw na Kresy.

We wspomnieniach „Wiry” (Białystok 1991, s. 114) w 1968 r. Jerzy Wołkowycki zapisał: «Яшчэ ў мінулым годзе задумалі мы правесці сярод польскіх пісьменнікаў (галоўным чынам, выхадцаў з Беларусі) анкету «Беларуская культура і я». Сакрат Яновіч сфармуляваў пытанні, разаслаў па адрасах. Ад навагодняга нумара пачалі з’яўляцца адказы. Далі іх (па чарзе друку): Ежы Путрамэнт, Яўген Кабатц, Ян Гушча, Эмілія Кунавіч, Багдан Жыранік і Аляксандр Рымкевіч. З’яўляліся ў «Ніве» як разынкі, – раз у месяц. Не спрыяў час. (…) У чорным спіску аказаліся і нашы анкетныя аўтары Віктар Варашыльскі і Мельхіёр Ваньковіч (прапанаваў цыкл фельетонаў на «беларускую» тэму)».

Redakcji „Nivy” udało się opublikować tylko jeden felieton Melchiora Wańkowicza «Моўныя непаразуменні» («Ніва», 17.03.1968 r.).

Sympatię do Białostocczyzny odnotował jeszcze przed II wojną światową w książce „Na tropach Smętka”: «Nie masz smutniejszej ziemi niż białostocka. Pola jej kwitną jak i nasze, rzeki jej błyszczą jak i nasze, drzewa jej szumią jak u nas, ale ludzie jej, ludzie mają na twarzach tragiczne, stężałe maski. Ani jej stacyjki kolejowe nie są biedniejsze niż nasze białoruskie, ani ten nasz lud białoruski nie jest bardziej wesoły, ani ziemia u nas nie bogatsza. A przecież smutek, który na tamtej stronie naszej ziemi czepia się rannymi mgłami brzóz, jest smutkiem wielkiej przestrzeni, niezgłębionego dna boru, wielkich szlaków powietrznych, którymi przewiewa wiatr eurazyjski, przesiek leśnych, głęboko, nie wiadomo dokąd, idących, na których z nagła wyskakują kurhany. A ziemia białostocka, zamknięta jest w siąpie małomiasteczkowości, w którym zda się, czujesz butwiejące białostockie sukno. (…) Biedna ziemia, w pobliżu centrów położona, odeszła i nie doszła, zamurowana, ślepa…

Melchior Wańkowicz żywo interesował się także tym, co działo się w Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, co zanotował Adam Maldzis z Mińska, goszczący w 1970 r. w warszawskim mieszkaniu pisarza. W zapiskach z 27 października (Таямніцы старажытных сховішчаў, Мінск 1974, s. 76) można przeczytać: „А што, калі зайсці да Мельхіёра Ваньковіча? Тым больш, што наш мастацтвазнаўца Л. Дробаў прасіў перадаць яму сваю кніжку Беларускія мастакі ХІХ стагоддзя. Цікава, як колішні «зубр» будзе рэагаваць на «беларускасць» свайго прашчура – вядомага мінскага мастака Валянціна Ваньковіча… – Лічу гэта ўпаўне нармальным – сказаў Ваньковіч. Го. Наш род напэўна вядзе пачатак ад нейкага беларускага Ванькі. Не даючы перадыху, гаспадар літаральна засыпаў мяне пытаннямі. Як жыве Танк, з якім ён не раз сустракаўся ў Вільні? Што піша Машара, чые вершы ў 30-х гадах ён перакладаў на польскую мову? Ці ўстаноўлена ўрэшце, хто аўтар Панскага ігрышча? Ці стаіць у Сляпянцы колішні двор В. Ваньковіча. Колькі ў Мінску цяпер тэатраў і выдавецтваў і што яны ставяць і выдаюць…».

Po latach – w 2010 r. – Adam Maldzis na polsko-białoruskiej konferencji w Mińsku o znakomitych mińszczanach, mówił o Melchiorze Wańkowiczu ze smutkiem: „На жаль, імя і прозвішча выдатнага польскага празаіка, нашага суайчынніка Мельхіёра Ваньковіча мала што гаворыць сённяшняму беларускаму чытачу. Не перакладзены на нашу мову яго кнігі – нават тыя, якія напісаны на беларускім матэрыяле. Не ўвекавечана яго памяць ні ў Бярэзінскім раёне, дзе ён нарадзіўся, ні ў самым Мінску, дзе ён жыў. А між тым у даваеннай Польшчы і, асабліва, у Заходняй Беларусі мала хто мог паспаборнічаць з ім па сваёй папулярнасці».

Mikołaj Chmialnicki z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego w Mińsku na Białorusi w 2015 r. w lubelskich „Studiach Białorutenistycznych” (nr 9) zamieścił artykuł o realiach białoruskich w reportażach Melchiora Wańkowicza. Pisał w nim: «Літаратурнае і грамадскае прызнанне М. Ваньковіча, яго сувязі з Беларуссю не сталі падставай для таго, каб артыкулы пра гэтага творцу і грамадскага дзеяча з’явіліся ў ранейшых і сучасных даведачных выданнях Беларусі (выключэнне – невялікія публікацыі інфармацыйна-біяграфічнага характару, змешчаныя ў Энцыклапедыі літаратуры і мастацтва (1985) і ў трэцім томе Беларускай энцыклапедыі (1996). Падзеяй культурнага жыцця Беларусі стаў выхад гркнтоўнай і багата ілюстраванай кнігі з серыі «Славутыя роды» на рускай мове пад назваю Ваньковичи, у якой сярод іншых матэрыялаў змешчаны невялікі публіцыстычны артыкул пра М. Ваньковіча і пераклад другой часткі аповесці Шчанюковы гады».

W 2002 r., w 110. rocznicę urodzin Melchiora Wańkowicza, Włodzimierz Stochel pisał o jego związkach z Białorusią w olsztyńskich „Actach Polono-Ruthenica” (t. VII).

12 maja 2016 r. w Muzeum-Domu Wańkowiczów w Mińsku otwarto wystawę „Nieznany Wańkowicz”, poświęconą temu pisarzowi i dziennikarzowi. Dyrektor Muzeum-Domu Wańkowiczów Siarhiej Wieczar powiedział Polskiemu Radiu, że „Melchior Wańkowicz dotychczas na Białorusi był mało znany. Wystawa pomoże przybliżyć jego postać, tym bardziej że urodził się w Kalużycach pod Mińskiem. Białorusini powinni znać takich ludzi jak Melchior Wańkowicz i ich szanować”. W trakcie wernisażu przedstawiciele białoruskiej inteligencji mówili o potrzebie przetłumaczenia na język białoruski książek Melchiora Wańkowicza. Sprawą zainteresowali się polscy dyplomaci.

W tym kontekście warto wspomnieć o filmie dokumentalnym „Mój pradziad Melchior Wańkowicz” z 1998 r. w reżyserii Piotra Morawskiego według scenariusza Piotra Morawskiego i Tomasza Rostworowskiego. W filmie tym prawnuk Melchiora Wańkowicza, 24-letni Dawid Walendowski, snuje opowieść i jednocześnie słucha opowieści o swoim pradziadku, losach rodziny Wańkowicza. Z dworu w Kalużycach pozostały tylko fragmenty fundamentów, prawie niewidoczne spod wybujałej trawy. Na pobliskim polu rolnicy wyorują czasem z ziemi kawałki ozdobnych kafli, skorupy, kawałki gipsowych sztukaterii. W Archiwum Historycznym w Mińsku zachowały się stare księgi metrykalne i barwne tablice genealogiczne rodu Wańkowiczów, które mieli możliwość obejrzeć Jur Wańkowicz (bratanek) oraz Dawid Walendowski, prawnuk wielkiego pisarza, który po uzyskaniu dyplomu opuścił Stany Zjednoczone i przyleciał do Warszawy, gdzie mieszka i pracuje w przedstawicielstwie holenderskiego banku. Chce poznać znany dotąd tylko z opowieści kraj przodków, ruszyć tropami sławnego pradziadka. By dotrzeć do krainy „szczenięcych lat” Melchiora Wańkowicza musi, wraz z przewodnikiem, Jurem, odwiedzić Białoruś. Na jej terytorium znajdują się obecnie Kalużyce, w których od dawna nie ma pięknego dworu, pełnego książek, obrazów, dzieł sztuki i starej porcelany. Na zapuszczonym, porośniętym lasem cmentarzysku pozostały szczątki nagrobnych pomników. Tylko najstarsi mieszkańcy wsi pamiętają jeszcze rodzinę Wańkowiczów. Obok reporterskich relacji z podróży prawnuka pisarza oraz wspomnień bratanka, wnuczek i sekretarki Wańkowicza, Aleksandry Ziółkowskiej, w filmie wykorzystano też materiały archiwalne TVP, zdjęcia i fragmenty dzieł: „Szczenięce lata”, „Ziele na kraterze”, „Tędy i owędy”, „Monte Cassino”, „Przez cztery klimaty” oraz „Nowe pędy”.

Jakże dramatycznie brzmią słowa Wańkowicza zapisane w „Szczenięcych latach”: „O Boże! O Wielki Boże! Nie ma Kalużyc! Ostatni raz widziałem je po pogromie bolszewickim, gdy przyszli ułani z korpusu Dowbora. Ziały wyrwane futryny okien. Kominki rozwalone siekierami; szukali skarbów. Porozłupywane kasetony w suficie: wyrąbywali mosiężne śrubki. (…) Park zasypany kartami porwanych książek biblioteki. Co za praca – tak pracowicie porozrywać trzy tysiące tomów; szukali – skarbów”. Kalużyce wracały do Melchiora Wańkowicza w snach i w twórczości. Jakże przejmujące są jego pytania: „A wy sami, w cieniu pańskim żyjący – jak żyjecie? Czy wyszliście na równą drogę wolnego obywatelstwa, czy zmuszeni jesteście dalej do służby twardej – tym twardszej, że nie macie na pocieszenie żadnego kultu, który w waszych prostych sercach zaszczepiły wieki?”.


Helena Głogowska

„Historyograf białoruski Muśnicki pisze…”

Tакую фразу часта сустракаецца ў гісторыі захаваньня езуіцкага ордэна ў беларускай правінцыі пасьля 1773 г. Дарэчы, дзякуючы працы Нікадэма Мусьніцкага „Historia Societatis Iesu Rossiacae, conservatae in Alba Russia et propagatae”, гісторыкі змаглі даведацца пра фэномэн езуітаў на Белай Русі пасьля І падзелу Рэчы Паспалітай. Папа рымскі Клемэнс ХІV у ліпені 1773 г. абвясьціў касацыйнае breve „Dominus ac Redemptor Noster”, на аснове якога пераставаў дзейнічаць ордэн езуітаў. Маёмасьць і школы езуітаў пераймалі адпаведныя дзяржавы. Апрача прылучаных да Расеі земляў Рэчы Паспалітай. Там царыца Кацярына ІІ не абвясьціла ў дзяржаўным парадку пастановы папы пра скасаваньне ордэну. Захавала яго дзеля адукацыйных мэтаў. Ва ўладаньні езуітаў ў беларускай правінцыі знаходзілася сетка школ на высокім узроўні. У Расеі асьвета толькі пачыналася. Езуіты патрэбныя былі са сваім асьветніцкім вопытам. Полацк з езуіцкім калегіюмам на той час стаў цэнтрам асьветніцтва не толькі на беларускіх землях. Вільня з акадэміяй аставалася да 1795 г. у межах Рэчы Паспалітай.

Пачаткова, у лістападзе 1773 г. полацкія езуіты: рэктар Станіслаў Чарневіч, віцэ-правінцыянал астраном Габрыель Лянкевіч і слаўны прапаведнік Язеп Кантэнбрынг паехалі ў Пецярбург з просьбай развязваць іхні ордэн. Кацярына ІІ, уражаная красамоўствам Язэпа Кантэнбрынга, не пагадзілася на скасаваньне ордэну ў Расеі. Наадварот – абяцала ім сваю дапамогу. Большасьць айцоў езуітаў пагадзілася з такім падыходам царыцы. Калегіюм далей мог існаваць. У 1779 г. быў адкрыты навіцыят у Полацку, дзеля новых паступленьняў у ордэн. У 1780 г. Кацярына ІІ завітала ў Полацк. Гасьціла ў езуітаў і захаплялася ўзроўнем навукі ў іхніх школах. Вітаў яе Станіслаў Чарневіч прыгожай італьянскай прамовай. Ксёндз Канстанцін Бэніслаўскі  з гэтай нагоды выдаў паэму „Pienia całodzienne i całonocne na przybycie do krajów swych Biało-Rossyjskich Najjaśniejszej Katarzyny II, Cesarzowej, Stworzycielki, Prawodawczyni i Matki Całej Rossyi, od poddaństwa prowincyi Dźwińskiej, przez X. Konstantego Benisławskiego, jednego z najpoddanniejszych poddanych, wierszem Królewskim złożone”.

Нікадэму Мусьніцкаму выпала якраз быць сьведкам і ўдзельнікам усіх гэтых перамен сярод езуітаў. Нарадзіўшыся 16 лютага 1765 г. у павеце Упіцкім (дакладнае месца не ўказваецца), адукацыю пачаў у полацкім канвікце. Праўдападобна дзякуючы сямейным сувязям з рэктарам Станіславам Чарневічам, які паходзіў са Шлянова каля Коўна. Дарэчы, большасьць дзяцей і моладзі шляхецкага пахoджаньня, незалежна ад веравызнаньня, вучылася тады ў езуіцкіх школах. Таму сярод вучняў былі таксама вуніяты і праваслаўныя.

Нікадэм Мусьніцкі пасьля клясы рыторыкі (апошняй паводле праграмы ў калегіюме) паступіў у толькі што адкрыты навіцыят. Навучаньне ў калегіюме пачыналася з інфімы – асноў лацінскай граматыкі са скланяньнем назоўнікаў і дзеясловаў. У ІІ і ІІІ клясе сынтаксы навучалася лацінскай граматыкі ў больш пашыраным аспэкце. Асновай навучаньня быў падручнік Эмануэля Альвара. У IV клясе паэтыкі (гуманёры) засвойвалiся тэксты м. інш. Гарацыя, Віргілія, Марцыяліса, Цыцэрона як узор паэзіі і прамоваў. У той жа клясе пачыналася навучаньне грэцкай мовы. У V клясе рыторыкі моладзь вучылася прыгожа прамаўляць і пісаць. Апрача лацінскай мовы ў праграме былі таксама асновы арытмэтыкі, геаграфіі, гісторыі, архітэктуры, музыкі і маляваньня, этыкі і катэхізму. Прайшоўшы такі цыкл праграмы ў Полацкім калегіюме Нікадэм Мусьніцкі паступіў у 1781 г. у навіцыят. У  1782 – 83 гг. вучыўся у пэдагагічнай сэмінарыі  ў Оршы і студыяваў філязофію ў Полацку. У 1786 г. пачаў працу настаўніка у клясе рыторыкі ў Мсьціславе. У 1788 г. вярнуўся ў Полацк, каб студыяваць тэалёгію. У 1791 г. быў высьвянчаны на ксяндза. На той час беларуская правінцыя стала папаўняцца знатнымі постацямі, якія пачалі прыбываць у Полацк з Італіі, Нямеччыны, Францыі. На аснове дамовы з царыцай Кацярынай у адзіную захаваную езуіцкую правінцыю пасьля 1780 г. прыехалі вядомыя вучоныя: Габрыель Грубэр, Калюмбан Пфэіфэр, Матэўш Тгін, Алёйзы Руснаті. Наогул сярод езуітаў у беларускай правінцыі амаль палавіна была з замежжа. Дзякуючы іх прысутнасьці ўзрос узровень навучаньня, асабліва замежных моў – нямецкай, французскай, італьянскай, а таксама тэалягічных і тэхнічных навукаў. Полацк стаў сапраўдным цэнтрам навукі і асьветніцва ў Беларусі. Дзякуючы кантактам са знатнымі вучонымі Нікадэм Мусьніцкі дасканала авалодаў французскаю, нямецкаю і італьянскаю мовамі. У 1790 г. напісаў гераічную паэму „Пултава”, пра перамогу цара Пятра І над швэдамі пад Палтавай, якую падарыў пратэктару езуітаў Грыгорыю Пацёмкіну – фаварыту Кацярыны ІІ. Толькі у 1803 г. паэма была надрукаваная ў Полацкай друкарні, а праз 14 гадоў вакол паэмы разгарэлася вострая дыскусія паміж віленскім і полацкім інтэлектуальнымі асяродкамі.

Нікадэм Мусьніцкі, як і большасьць амбітных творцаў таго часу за гонар лічыў напісаць гераічную паэму на ўзор славутай „Гэнрыяды” Вальтэра. Мода ў эпоху асьветніцтва была вынікам вяртаньня да класічных твораў Гомэра і Вэргілія. Таму ў паэтычнай форме перадавалася падзеі бліжэйшыя да актуальнай рэчаіснасьці з выкарыстаньнем элэмэнтаў антычнай міталёгіі:

 

Północną śpiewam wojnę i rycerza sprawy,
Co ruskiej dał początek na polach Pułtawy
Potędze. Wielkie k’temu czynił mu przeszkody
Król ponad botniockimі panujący wody,
Młodzian, po Jedenastym co nastał Karolu,
Młodzian, kochanie Marsa, jego piorun w polu.
Ale zawsze Minerwy mądrej baczne męstwo
Nad popędliwym Marsem odnosi zwycięstwo.
Ta mocarka Piotrowi pomagała pilnie,
Co jej sztuki w swym kraju krzewił tak usilnie;
Za tej wreszcie pomocą padła owa tama,
Co ruskiej wzrost wielkości hamowała sama.
Muzo! Jeżeli sprzyjał syn ci Aleksego,
Sprzyjaj poecie, kraju mieszkańcowi tego,
Co był placem połowy dzieł, które on pieje,
Takiego śpiewać męża śmiejącemu dzieje.
Ósmy rok śmierciorodnej wojny słońce niosło,
A ciepły lipiec trawą okrył łąki rosłą,
Gdy w polach białoruskich wojska swe waleczne
Zostawiwszy Piotr szańcy mocnymi bezpieczne,
Które na brzegach rzeki Wybicza wystawił…

 

Як бачна, Нікадэм Мусьніцкі пісаў паэму на польскай мове, якая на той час таксама навучалася ў езуіцкіх школах. Большасьць беларускай шляхты ў канцы ХVІІІ ст. пагаджалася на польскамоўную навуку сваіх сыноў і наогул лічыла, што Беларусь гэта польская правінцыя. Таму польскамоўнай была і ранейшая творчасьць езуіцкіх драматургаў Францішка Багамольца і Францішка Дыянізага Князьніна. Характэрнай рысай творчасьці таго часу была мова лацінская або польская. У канцы ХVІІІ ст. навуковыя ці маральныя трактаты пісалася звычайна на латыні, а вершы і паэмы – па- польску. Польскамоўнасьць (ды польскасьць наогул) на прылучаных да Расеі беларускіх землях падтрымлівалася і Кацярынай ІІ і яе сынам Паўлам. І так творчасьць найбольш здольнага ў беларускай правінцыі паэта Нікадэма Мусьніцкага была польскамоўнай. На польскай мове пісаў ён оды на прыезд у Полацк цароў і царскіх чыноўнікаў. У песьні ў гонар цара Аляксандра І пісаў:

 

Na przejazd Alexandra I przez Ruś Białą
Kray tu niegdyś ten, gdzie się Dniepr i Dźwina toczy,
Grozne Piotra zbroynego oglądały oczy:
Ten i która zwiedzała dwakroć Katarzyna,
Ta i Pawła niedawno widziała kraina:
Ciebie wreszcie ta ziemia, Aleksandrze, baczy,
Twa też stopa po oney dzisiaj deptać raczy.
Cóż Klio o tych gościach w księdze swey zakryśli?
Co rzekną o nich dzieje? To wedle mey myśli:
Lękał się kray ten Piotra, wtórey się dziwował
Katarzynie, czcił Pawła, Ciebie umiłował.

 

Нікадэм Мусьніцкі пасьля тэалёгіі праз год (1793) выкладаў рыторыку ў Полацкім калегіюме. Тады таксама вёў хроніку Полацкіх езуітаў „Litterae annue”. Праз два гады быў дырэктарам канвікту ў Оршы, а ў 1795 г. вярнуўся ў Полацк як прапаведнік. У  1796 – 1800 гг. быў у Віцебску. Праз два першыя гады знаходзіўся на пасадзе рэгенса (кіраўніка) канвікту і настаўніка французскай мовы, а ў 1797 – 1800 гг. выкладаў там філязофію. 15 жніўня 1798 г. у касьцёле Сьв. Крыжа ў Дынабургу злажыў прафэсыю 4 шлюбаў (убоства, чысьціні, паслухмянасьці і паслухмянасьці Айцу сьв. у справах місыі), што набілітавала яго ў асяродзьдзі езуітаў. Не кожны змог дабіцца прафэсыі, да яе маглі прыступіць толькі выбітныя духова і інтэлектуальна езуіты. У 1800 г. Нікадэм Мусьніцкі вярнуўся ў Полацк як прафэсар тэалёгіі, кананічнага права і гісторыі. Тады і заняўся гісторыяй беларускіх езуітаў. Адначасова працаваў над падручнікам па дагматычнай тэалёгіі, патрэбным для ксяндзоў у іх душпастырскай дзейнасьці.

Аднак асобнае месца ў жыцьці Нікадэма Мусьніцкага займала   літаратурная творчасьць, якой прысьвячаў кожную вольную хвіліну: „Poezję tak polubił, że jej cały czas wolny i całe noce poświęcał”. Пры тым быў любімым настаўнікам: „uczył z wielką zaletą dowcipu, roztropności i pracy”. Для школьнага тэатру пісаў п’есы і вершы, а таксама музыку да іх.

Калі Нікадэм Мусьніцкі атрымаў пасаду прафэсара ў Полацкім калегіюме, той быў ужо разбудаваны, меў свой музэй, фізычную і хімічную лабараторыю, слаўныя на ўсю краіну. Заслуга ў павышэньні ўзроўню заўдзячалася перадусім прафэсару Габрыелю Грубэру, які быў у вельмі блізкіх адносінах з царам Паўлам ІІ. Полацкі навуковы цэнтр стаў канкурэнтным для Віленскай Акадэміі. Утварэньне ў 1803 г. па загаду цара Аляксандра І там Віленскага Унівэрсытету і Віленскай навучальнай акругі, якой меў і падначаліцца Полацк з сыстэмай школаў у беларускай правінцыі, прывёў да вострага канфлікту паміж Вільняй і Полацкам, як яго тады называлася, паміж „лібэраламі” і „абскурантамі”. Усё гэта зза таго, што мясцовая шляхта пасьля прылучэньня Вільні да Расеі далей пасылала сваіх сыноў у езуіцкія школы, якія не хацелі падпарадкавацца Вільні. У Полацку з 1787 г. дзейнічала свая друкарня, якая друкавала падручнікі. Там таксама і надрукаваныя былі творы Нікадэма Мусьніцкага: камэдыі „Дзівак” („Dziwak”) – 1800, „Падазронасьць” („Podejrzliwość”) – 1802, успомненая „Пултава” („Pułtawa”) – 1803, „Тэатральныя забаўкі” („Zabawki teatralne”) у двух тамах – 1803 і зборнік  „Драбнейшыя паэтычны забаўкі” („Drobnieysze zabawki poetyckie”) – 1804.

Драматычныя творы пісаліся з думкай пра школьны езуіцкі тэатр, вельмі модны ў ХVІІІ ст., які стаў асновай развіцьця тэатру наогул. Большасьць п’ес напісаных Нікадэмам Мусьніцкім характэрныя для школьнага тэатру і маюць павучальны, дыдактычны характар. Таксама большасьць з іх гэта камэдыі. У двух выдадзеных тамах „Тэатральных забавак” зьмешчаныя наступныя п’есы: „Флявіюш Клемэнс мучанік” („Flawiusz Klemens męczennik”), „Прыяцель усіх і нічый” (Przyjaciel wszystkich i niczyj”),, „Гэлі” (Heli”), „Марнатраўства” („Marnotrawstwo”), „Пагарда навук” („Pogarda nauk”), „Смьерць Цыцэрона” (Śmierć Cycerona”), „Бязверак у няшчасьці” (Bezwiarek w nieszczęściu”), „Пётр над Прутам” („Piotr nad Prutem”), „Багаты Дыягэнас” („Bogaty Diogenes”), „Фізычны музэй” („Muzeum fizyczne”). Як піша іх дасьледчыца Ірэна Кадульская: „Мусьніцкі канцэнтруецца перад усім на заганах тэатральнай публікі – моладзі і яе апекуноў. Маладыя героі яго камэдыяў характарызуюцца павярхоўнымі зацікаўленьнямі, неадказнасьцю („Прыяцель усіх і нічый”), марнатраўствам, непаслухмянасьцю, лянотай („Марнатраўства”), інтарасоўным спосабам жыцьця („Падазронасьць”). Заганы пакаленьня бацькоў  такія як непрыйманьне шчырых поглядаў, замілаваньне да лісьлівасьці, несправядлівасьць у меркаваньнях („Багаты Дыягенас”, „Фізычны музэй”, „Дзівак”), недахоп крытычнага падыходу ў выбары сьветапогляду і выхоўваньне дрэнным прыкладам („Бязверак у няшчасьці”), скупасьць і невуцтва („Дзівак”, „Фізычны музэй”). Зараз п’есы, як і ўся творчасьць Нікадэма Мусьніцкага з’яўляюцца рарытэтамі. „Тэатральныя забаўкі” захоўваюцца здаецца толькі ў архіве езуітаў у Кракаве. А ці ёсьць яны дзесьці ў Беларусі?

Больш даступныя яго паэма „Пултава” і „Драбнейшыя паэтычныя забаўкі”. Я знайшла іх у Гданьскай бібліятэцы Польскай Акадэміі Навук. У Кракаўскім езуіцкім архіве захоўваюцца таксама непублікаваныя творы Нікадэма Мусьніцкага.

Найбольш славы аўтару прынясла паэма „Пултава”. Нажаль пасьмертна і аўтар не мог уключыцца ў дыскусію. А распачаў яе ў 1817 г. на старонках „Дзеньніка Віленьскага” Ян Гвальбэрт Стычыньскі, адмаўляючы паэме названьня эпапэі і паказваючы яе аўтара і ўвесь Полацкі асяродак як далёкіх ад сучаснай эўрапейскай думкі. У абароне „Пултавы” адгукнуўся Вінцэнт Бучынскі, выхаванак Полацкага калегіюма, які даказваў адваротнае, што „Пултава” месьціцца сярод уласьцівых часу паэмаў і што самае важнае – аўтар умела спалучыў рэчаіснасьць з антычнымі элемэнтамі ў паэтычнай форме, што месьцілася ў каноне класіцыстычнага твора, якім была гераічная паэма. „Полацкі месячнік” („Miesięcznik Połocki” 1818-1820), які быў вынікам закідаў супраць Полацкай Акадэміі, даказваў іх несапраўднасьць. У першым яго нумары  Дэзыдэры Рыхардот, аўтар падручнікаў па старажытнай гісторыі, родам з Францыі, які ў 1791 г. прыехаў у Полацк, змясьціў абшырны артыкул пра жыцьцё і творчасьць Нікадэма Мусьніцкага. Характарызуе яго як пэдагога і літаратара, як вельмі працавітага чалавека, да якога за парадай звярталіся літаратары-пачаткоўцы і вучні:

 

Trudno wyrazić, iak to był człowiek pracowity; trudno poiąć, iako mu na wszystkie zabawy czas mógł wystarczyć: tak ważnemi bowiem obowiązkami zawsze będąc zaiętym, oprócz ięzyków francuzkiego, włoskiego i niemieckiego, które dobrze posiadał, greckiego też w doyrzałym iuż wieku się nauczył i zwykł mawiać, że go czytanie greckich pisarzów w wielu tyczących się literatury rzeczach na lepszą drogę naprowadziło. (…) Był człowiek w pożyciu bardzo miły i wszystkim przystępny, lubo się na pozor nieco ponurym bydź zdawał, każdy doń w literackich wątpliwościach z ufnością się uciekał. On też wszystkim iuż piękności w pisarzach wzorowych ukazując iuż prawidłami i poprawą za przewodnika w sztuce pisania służąc, z taką ochotą zadość czynił, iakoby nic więcej do czynienia nie miał; skąd też wszyscy go spółbracia, nito oyca szacowali i miłowali, a czasów rozerwaniu myśli przeznaczonych tłumem się doń kupić zwykli; za naymilszą sobie rozrywkę maiąc, uczonych iego rozmów słuchać. Kochał się szczególnie w rymotwórstwie, a lubo ciągle tak bardzo bywał zaiętym; niespracowana iednak gorliwość iego umiało znaleśdź godziny, które w bezsennych nocach swey ulubioney sztuce stale poświęcał”.

Найбольш лёгкімі ў творчасьці Нікадэма Мусьніцкага былі эпіграмы і байкі – формы вельмі папулярныя для таго часу. Іх рэфлексыйны характар адначасова мае павучальны тон:

Małoś czytał, a już się śmiesz za pióro chwytać:
Chcesz umieć pierwiey pisać, aniżeli czytać.
(„Do niedoyrzałego Autora”)

 

Słowik swym żałośnym głosem
Nad swoim skarżył się losem.
Co ów biały wróbek prawił,
Co się przez morze przeprawił,
Co kanarek ma nademnie?
Czy on tak śpiewa przyjemnie?
Bynajmniej uczyć go trzeba,
I wiele zje w szkole chleba.
Ja wiejskich rozkosz zagonów,
Wszystkich siedmiu śpiewak tonów,
Bez ludzkich nauk, pomocy,
Trawię na śpiewaniu nocy,
Jednak śpiewam dla wieśniaków,
Pokornych mieszkańców krzaków,
On bawi uszy pieszczone,
Dla niego klatki złocone
Dla niego słodycz co z trzciny
Dalekie cisną Murzyny.
Na takie skargi słowika
Prawda swe usta odmyka,
Prawda prostocie życzliwa,
Co chętnie w wioskach przebywa,
Wszystkie, twe rzecze, zalety,
Dla tego mniej ważą, że ty
Nie Włoch, nie Francuz, nie Niemiec
A kanarek, cudzoziemiec. („Cudzoziemcy”)

 

Przeciwne leczy skutki przeciwna przyczyna:
Zrobiłeś zimne wiersze, nieś je do komina.
(„Lekarstwo na zimne wiersze”)

 

W tym się grobie Wielmożny Pan Ospalski mieści:
Żył dwanaście nie z pełna lat, a spał trzydzieści.
(„Nagrobek Ospalskiemu”).

 

Дэзыдэры Рыхардот асобную ўвагу звяртаў на песьні Нікадэма Мясьніцкага: „W pieśniach iego poważnych wysoki duch rymotwórstwa powszechnie się wydaie”. У поўных лірызму песьнях аўтар апявае прыгажосьць прыроды, прамінаньне часу, унівэрсальныя вартасьці, напр. сяброўства, праўду. Вось іх прыклады:

 

Pożegnanie wioski

Zostań kochana ma wiosko!
Z jaką gorzką cię rzucam troską!
Jak długo śnić mi się wszędzie
Twóy obraz będzie!

Wszystkie cztery szczęścia treści
W sobie twoje łono mieści:
Zdrowie, spokoyność i cnotę,
Szczerą prostotę.

Cóż gdy te przyłączę stawy,
Te pola, te pstre murawy,
Tę lipę szumiącą pszczoły,
Ten las wesoły?

Te piękne góry zdaleka,
To zrzódło, co szumem ścieka?
Zostań, ja ztąd  się odprawię
Lecz myśl zostawię.

 

O mieysca odmianie

Jak na wzór tego czas bieży strumienie!
Jak prędko wszystkie rzeczy odmienia!
Pomniy tę niewielką lipę, me oko,
Co się tak teraz rozkwitła szeroko.

Ten strumień po inszey tu drodze mruczał,
Ten las tu rośleyszy wiatrami huczał;
Ta topol ozdobą tey wioski była,
Która teraz smutnie skrzypi pochyła.

Więc gdzieżeś dopiero, ty starcze miły,
Z którym tak słodkie chwile tu były?
Ach tylko twą widzę mogiłe zdala,
Na którey sam się już grób twóy rozwala.

Do czasu

Czasie skrzydlaty! Czasie niewstrzymany!
Odetchnij trochę w moment pożądany
Ma spocznienie przyrodzenie
Wszelakie konieczne;
Wiatr ustaje, schną ruczaje,
Ty sam lecisz wiecznie.

 

Do przyjaciela

Przybądź, Przyjacielu, do mnie.
Dobrey użyjemy skromnie
Myśl. Czasem spocząć trzeba.
Spoczywają ziemia, nieba.
Ziemia w zimie odpoczywa,
Słońce, gdy świat noc okrywa.
Tym bardziey rzecz trudna,
aby człek żył bez spoczynku słaby.
Dobre znaydziesz towarzysze.
Żaden z nich nas nie opisze.
Z nami wszyscy śmiać się będą,
Nie z nas, gdy z nami usiędą,
Nie będzie oka, co z cichem
Szyderskim strzyże uśmiechem;
Ani też owego, które
Zawsze tylko patrzy w górę.
Słowem otwarta drużyna,
I szczera. Zatym też wina
Nie będzie potrzeba wiele,
By prawda mówiła śmiele.
Dziwaków też tam nie będzie
Co widzą przymówki wszędzie;
Nie będzie wiele ukłonów,
Ani zbyt wysokich tonów
Nie znaydziesz jednak prostaków,
Choć też nie znajdziesz dworaków;
Zrozumie tam kompan wszelki
Kto był Alexander Wielki,
Kto Pompejus, kto Horacy,
Kto to Goci, Krzyżacy;
Ani tylko będzie trzeba
Mówić o pogodzie nieba.
Takich choć nie wielkie mnóstwo
Znaydziesz; wreszcie ochędóstwo,
Czyste szkło, czystą farfurę
Okrom tego jeśli które
Niedostatki będą, raczysz
Wybaczyć. Dobrze to baczym,
Że i woda w usta płynie
Słodko w dobranej drużynie;
A przeciwnie gdzie przymówki,
Gdzie kopią pod tobą rówki,
Tam się i Węgrzyn odrzygnie,
Tam i punsz i humor stygnie.
Muzyki się nie spodzieway,
Sam sobie z nami zaspieway.
Co na piesniach to nie schodzi;
Gad się tu ten w domu rodzi!

 

Пасьля 1800 г. галоўным заняткам Нікадэма Мусьніцкага была праца прафэсара. Паводле справаздачы міністра асьветы Васіля Сэвэргіна з візытацыі полацкіх школ у 1803 г. вынікала, што у ніжэйшых клясах навучаньне адбывалася выключна на польскай мове, у старэйшых – на лацінскай і польскай. Залы былі ясныя, вялікія, высокія і чыстыя. Вялізная бібліятэка. Настаўнікі захоўвалі скромнасьць і годнасьць у паводзінах. Паводле справаздачы Нікадэм Мусьніцкі разам з італьянцам Алёйзым Руснаті вучылі у 7 клясе калегіюма, якая называлася Тэалёгія. Тады у Полацку былі таксама іншыя прафэсары тэалёгіі і філязофіі: Юзаф Ангёліні, Ксавэр Новагк, Вінцэнт Тыванкевіч, Раймунд Бжазоўскі, Алёйзы Ляндэс, Антон Пуэль. Рэторыкі навучалі Юзаф Маралёўскі (паэт), Юзаф Сурын, Станіслаў Пятровіч, архітэктуры – Юзаф Палоньскі, французскай мовы – Маўрыцы Палоньскі, фізыкі і натуральнай гісторыі – Францішак Ріцца. Такое дастойнае кола знакамітых прафэсараў акружала на той час Нікадэма Мусьніцкага  Заданьнем прафэсара і паэта было спісаньне гісторыі езуітаў у беларускай правінцыі пасьля касаты ордэна. Гэта найцікавейшы перыяд у гісторыі езуітаў на Беларусі. На больш за 300 айцоў палавіна была з замежжа. Многія памерлі ў Полацку у канцы ХVIII і на пачатку ХІХ ст.  Нікадэм Мусьніцкі не закончыўшы пісаць падручнік па тэалёгіі, пасьля 6-ці тыдняў хваробы памёр у Полацку 16 студзеня 1805 г., не дачакаўшыся таксама адкрыцьця Полацкай Акадэміі.

Да постаці Нікадэма Мусьніцкага і яго творчасьці ў ХІХ ст. час ад часу вярталіся літаратары і публіцысты. Успомніла я ўжо пра заўзятую дыскусыю над паэмай „Пултава” ў 1817 – 1818 гг. Ігнат Пётр Легатовіч у выдадзеных у Вільні ў 1854 г. эпіграмах змясьціў наступную:

Nagrobek X. M. Autorowi Pułtawy
W tym grobie leży autor godzien wiecznej sławy,
Znany światu całemu z pisanej Pułtawy.
Jeżeli mu kto zada, że to jego dzieło
Bez pomocy Parnasu życie swoje wzięło:
Niech wie, że mu sprzyjały Mnemozyny córy;
Ale wstępu nie miały dla ścisłej klauzury.

 

У іншай эпіграме гэты сам паэт пісаў таксама з сымпатыяй пра Мусьніцкага:

 

Tu Muśnicki pogrzebiony,
Przykład zakonnej pokory;
On pewno będzie zbawiony,
Bóg ma czyste jego sprawy,
Jeśli z nieprzyjaciół który
Nie zaniesie mu „Pułtawy”.

 

Пра аўтара „Пултавы” ўспомніў таксама Рамуальд Падбярэскі ў сваім нарысе „Беларусь і Ян Баршчэўскі”: „Мусьніцкі, езуіт, аўтар выдатнай паэмы „Палтава”, пісаў таксама песьні, оды, нарэшце – камэдыі і нават трагедыі, як „Сьмерць Цыцэрона”, „Сьмерць Клемэнса-мучаніка”, дзе паказаў трыўмф рэлігіі, і інш. І яго меншыя творы, прызначаныя для духоўных школ, мелі той самы характар і тую ж мэту, што і Багамольца, хоць і з меншай дозай досьціпу”. Пасьля амаль 200 гадоў ад сьмерці пра Нікадэма Мусьніцкага і ягоную паэтычна-дыдактычную дзейнасьць мала хто ведае, так як і пра творчасьць яго малодшага сябра Юзафа Маралёўскага.  У Польшчы з забыцьця вярнула яго прафэсар Гданьскага ўнівэрсытэта Ірэна Кадульска ў 90-я гады ХХ ст. Пра яго заслугі дасюль памятаюць езуіты – біяграм яго ёсьць у выдадзенай у 1997 г. у Кракаве „Encyklopedii wiedzy o jezuitach”. У Беларусі у „Энцыклапедыі Літаратуры і Мастацтва” і „Энцыклапедыі Гісторыі Беларусі” прафэсар Адам Мальдзіс напісаў кароткія біяграмы. Добра было б каб яго постаць стала больш вядомай у Беларусі, поруч з яго творамі, прыкладнымі для эпохі класіцызма. Як пісаў Вінцэнт Бучынскі ў 1817 г.: „Niewielu poetów równych X. Muśnickiemu znamy”. На яго славу ад’емны ўплыў мела рамантычная школа, якая па сёньня ёсьць дамінуючай у літаратуры.

Ці Нікадэм Мусьніцкі сапраўды „выступаў за збліжэньне Беларусі з Расеяй”, як напісаў Адам Мальдзіс, можна сумнявацца, калі ўзяць пад увагу рэальныя ўмовы пасьля 1773 г. на беларускіх землях. Інакш тады і быць не магло. І не адзін Нікадэм Мусьніцкі славіў тады цара дзеля выжываньня ў імпэрыі. Як жа вымоўнымі ёсьць словы яго песьні „Да праўды” („Do prawdy”):

 

Prawda w ognistym zrodzona niebie!
Trudno przy Tobie, trudno bez Ciebie:
Bez Ciebie wiecznym igrzyskiem wszędzie
Na tym człek świecie niestałym będzie. 

Bez Ciebie często zewnątrz sromota,
Bez Ciebie zawsze wewnątrz zgryzota,
Kotwico wierna! Zkądkolwiek wieją
Wiatry, bądź moją zawsze nadzieją.

(…)

Z Tobą burzliwe ja wolę tonie,
Niż spać na miękkim obłudy łonie.
Czy Cię wesołą, czy Cię oglądam
Smutną, żyć z Tobą i umrzeć żądam.

 

Лена Глагоўская

Kaliś pisali (05/2017)

Калісь пісалі


 

Okres świąt cyklu wiosennego natchnął mnie do poszukiwań zapisów z okresu międzywojennego, kiedy jeszcze zachowana była niemal powszechnie, aczkolwiek też już zanikająca, dawna obrzędowość z nimi związana. W „Kurjerze Wileńskim” z 1936 r. znajduje się wiele zapisów tej obrzędowości, głównie na Wileńszczyźnie. Jeden z takich opisów dotyczy święta Jurja, które obecnie na Białostocczyźnie obchodzone jest jako święto chrześcijańskie, czasem związane z obchodem wsi przez duchownego z chorągwiami i święceniem podwórek. Tak przynajmniej jeszcze jest w mojej rodzinnej Jaryłówce.

Poniższego zapisu obrzędu Jurja dokonał Józef Dubicki (1910-1984), przedwojenny nauczyciel, pochodzący spod Dzisny. Po wejściu Sowietów w 1939 r. został aresztowany przez NKWD i wywieziony w głąb Rosji. Zaciągnął się do armii gen. Andersa, z którą trafił po II wojnie światowej do Anglii, skąd wyjechał do USA. Od 1951 r. pracował w prasie polonijnej: „Nowy Świat” i „Nowy Dziennik” – od 1971 r. do 1981 r, kiedy przeszedł na emeryturę. W latach 30. w „Kurjerze Wileńskim” publikował szkice etnograficzne, m.in. dotyczące obrzędów i zwyczajów białoruskich.

Helena Głogowska

 

JURJA

Dzień 23 kwietnia (6 maja wg starego stylu) nazywany jest przez ludność białoruską wsi wileńskich Jurja; w środowiskach narodowości litewskiej dzień ten nosi nazwę Jurginie. Nazwa ta związana jest ze św. Jerzym, którego imię przypada właśnie na tę datę kalendarzową.

W czasie Jurja lud praktykuje wiele pradawnych obrzędów, które jednak bardzo mało mają wspólnego z osobą św. Jerzego. W licznych pieśniach ludowych śpiewanych w czasie Jurja nie ma wzmianki o tym świętym. Jurja uważane jest raczej za czas chwalenia sił przyrody, które budzą życie na wiosnę. W obrzędzie ludowym Jurja są szczątkowe formy pogańskiego kultu słońca; sięgają one czasów, gdy zjawiska przyrody uważane były za coś osobowego, żywego, z czym można było wejść w bezpośredni kontakt za pomocą pieśni, zaklęć, próśb, i tym dla siebie wyjednać pożądane zjawiska, np. urodzaj, pogodę, ciepło, rosę, deszcz itp. Ślady tych dawnych wierzeń spotykamy w białoruskich pieśniach ludowych, które śpiewane są w okresie Jurja, to znaczy przez dwa tygodnie, począwszy od 23 kwietnia (6 maja).

Wieczorami zbierają się w gromadę dziewczęta i młode mężatki koło jednej chałupy, zazwyczaj znajdującej się przy końcu wsi pod ugorem, siadają na kamieniach, „bierwionach”, albo na płocie i zaczynają przeciągłym, zawodzącym głosem śpiewać obrzędowe swe pieśni.

Oto białoruski tekst naczelnej pieśni obrzędowej, którą spisałem we wsi Mieguny pow. święciańskiego.

 

Jurja, dobry wieczar!
Jurja, padaj kluczy!
Piatro, naszto kluczy,
Juria, ziamlu admykać!
Rasu wypuskać,
Jurja, naszto rasa?
Rasa dla karou,
Trawa dla wolikau!

 

Po odśpiewaniu tej pierwszej pieśni następują inne, których już kolejność jest dowolna; wszystkie one śpiewane są na jedną melodię. Identyczne teksty i melodię spotyka się w środowiskach narodowości litewskiej.

Oto również popularna piosenka białoruska śpiewana w czasie Jurja.

 

Ach ty nasz miesiacu,
Ty na jaśnie staisz,
Jaśnieńka świecisz.
Świaci miesiacu
Ziamlu i wadu
I mianie maładu,
Z milińkim na radu.
Aż na moj nialuby
Jon pry boku lażyć,
Jon ciażej kałody,
Kałody dubowaj.

 

Prawie we wszystkich tekstach obrzędowych pieśni przewija się zawsze erotyczny wątek; wstawiane są dowolne imiona osób, które związane są z aktualnemi we wsi plotkami. Przytaczam taką charakterystyczną piosenkę.

 

Oto – to! Chto tuju haru kapau,
Czornaju ścieżku daptau? Oto–to!
Oto–to! Władziuczok haru kapau,
Czornaju ścieżku daptau! Oto–to!
Oto–to! Da Anielki chadziuszy
Padaraczki nasiuszy. Oto–to!
Oto–to, Ot tabie padaraczki
Czyrwonyja karalaczki. Oto–to!

 

W pieśniach wychwalani są chłopcy z własnych wsi, z obcych zaś wiosek są krytykowani i wymyślani. Obok tej tendencyjności daje się zauważyć jednak ogólną cześć dla młodości, urody, zdrowia i życia. Podaję przykład takiej pieśni:

 

Oto–to! Na czyjej to wulicy
Niaudałuje małajcy? Oto–to!
Na trapszanskaj wulicy
Niaudałyje małajcy! Oto–to!
Oto–to! Na wulicu nia wychodziać
Oto–to! Na wulicy nia wychodziać
Na kozach wyjażdżajuć. Oto–to!
Oto–to! Na kozach wyjażdżajuć.
Pamiałom podhaniajuć. Oto–to.
Oto–to! Kozy baradatyje,
Dziaciuki smarkatyje. Oto–to.
Oto–to! Na czyjej to ulicy
Udałyje małajcy? Oto–to!
Oto–to. Na miagunskaj ulicy
Udałyje małajcy. Oto–to!
Oto–to! Na ulicu nia wychodziać.
Na konikach wyjażdżajuć. Oto–to!
Oto–to! Koniki waranyja,
Chłopczyki udałyje. Oto–to!

 

Są też liczne pieśni odnoszące się do życia, doli i niedoli młodych mężatek. Przykład:

 

Wierba kudrawaja
Nia stai nad rakoj,
Nia raunujsia sa mnoj.
Mianie czużaja maci
Rana kładzieć spać
I pozna prabudżaić
Ustań dzicia swajo,
Umyj bieła lico,
Idzi u kamoraczku
Paczaszy hałowaczku.

 

W niektórych pieśniach daje się zauważyć reminiscencje jakichś dawnych wypraw wojennych.

 

Pajechau Jurka
Z karalom na wojnu.
A za im matula,
A za im radnaja
Tak żałosna płaczyć.
I ciażyńka uzdychaić.
Czaho matula,
Czaho radnaja
Tak żałosna płaczyć,
Ciażyńka uzdychaisz?
Prywiazu ja tabie
Tonkuju pralniaczku,
Zwonkuju tkajlaczku,
Tabie niawiestaczku,
A mnie żonaczku.

 

Pieśni, które śpiewane są w czasie Jurja, jest bardzo wiele i nie sposób zacytować wszystkie. Ograniczyłem się do podania najcharakterystyczniejszych.

Opowiadają starzy ludzie, że dawniej Jurja obchodzono we wsiach bardzo uroczyście. Oprócz pieśni, praktykowano na łąkach gumniskowych, dziedzińcach i wygonach liczne zabawy, jak Ciereszka, Jaszczar, Karawody, Miacielica itp. Zwyczaj ten w bardzo szybkim tempie ginie. Dzisiejsza młodzież wstydzi się tych pieśni i zabaw, woli tańczyć „argentyńskie tanga z figurami”. Giną ostatnie szczątki śladów po pradawnych wierzeniach naszych przodków, rwą się nici łączące dawne i obecne czasy

J. Dubicki
„Kurjer Wileński” nr 111, z dn. 23.04.1936 r., s. 6

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (cz. III)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

3. Aktywność Antoniego Nekandy-Trepki w białoruskim ruchu narodowym zaczęła się na dobre po zamieszkaniu w Wilnie. W 1922 r. został dyrektorem Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego, w którym uczył też fizyki i matematyki. Był nim do końca 1923 r. Po raz drugi dyrektorował w latach 1928-1930, załatwiając gimnazjum uprawnienia matury państwowej, co pozwalało młodzieży po gimnazjum białoruskim studiować na uczelnich polskich. W gimnazjum białoruskim uczył się też jego syn Kazimierz, co nie podobało się reszcie rodziny. Poza tym Antoni Nekanda-Trepka aktywnie działał w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej – był zastępcą przewodniczącego w latach 1926 i 1928, w Białoruskim Towarzystwie Naukowym – w 1924 r. był członkiem zarządu – skarbnikiem, w 1928 r. – przewodniczącym, w latach 1931-1939 – skarbnikiem; od 1927 r. był członkiem Rady Muzealnej, która działała przy BTN. W 1921 r. był przewodniczącym Białoruskiego Towarzystwa Wydawniczego. W Wileńskim Białoruskim Komitecie Narodowym w 1926 r. reprezentował białoruskie kooperatywy. Był też członkiem Białoruskiego Towarzystwa Dobroczynności (w 1931 r. – członkiem jego Komisji Rewizyjnej) oraz Towarzystwa Oświaty Białoruskiej (1933 r.).

Mimo że Antoni Nekanda-Trepka nie angażował się sam w politykę, to często był pośrednikiem w rozmowach z Polakami ze względu na szerokie znajomości i powiązania. 25 marca 1922 r. razem z delegacją Białorusinów  był na audiencji u prezesa Rady Ministrów Ponikowskiego. Przemawiał tam wraz z Fabianem Jaremiczem i Bronisławem Taraszkiewiczem. Mówił o nadużyciach administracji, która swoją nietolerancją narodowościową  i religijną budzi na kresach wschodnich nowy dysydentyzm, który w dziejach Polski odegrał już zgubną rolę w wieku XVIII. 18 kwietnia 1922 r. uczestniczył z nimi też  w raucie wydanym przez Józefa Piłsudskiego z okazji podpisania aktu przejęcia Wileńszczyzny przez Polskę. W związku z wyborami do Sejmu w 1922 r. 8 października na białoruskim wiecu wyborczym w Wilnie wybrano Białoruski Komitet Wyborczy, w którym znalazł się także Antoni Nekanda-Trepka. Wprawdzie nie angażował się bezpośrednio w kampanię wyborczą, ale będąc wówczas dyrektorem Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego w dniach 11-14 kwietnia 1923 r. zorganizował w Wilnie I zjazd pedagogów białoruskich szkół średnich z Zachodniej Białorusi. Zabiegał też w Warszawie o równouprawnienie Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego oraz o dofinansowanie go przez państwo i uznanie matury. Ponieważ jego postulaty nie zostały spełnione, 1 stycznia 1924 r. podał się do dymisji. Podjął wówczas pracę nauczyciela w nowo powstałej Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie, gdzie kształcili się także Białorusini, m.in. Jerzy Olechnowicz, Leon Łuckiewicz. Wykładał tam elektrotechnikę oraz był kierownikiem laboratorium mechaniki, w 1930 r. został kierownikiem Wydziału Elektrycznego. Był lubiany przez uczniów, którzy nazywali go Edisonem. Był zafascynowany radiem, które w okresie międzywojennym dopiero zaczynało się upowszechniać. W jego popularyzacji także w środowisku białoruskim odegrał niemałą rolę. Wygłaszał na temat radia publiczne odczyty, m.in. w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej, pisał artykuły, np. w „Kalendarzu Białoruskim na 1927 r.”.

W 1928 r. w procesie Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady wystąpił jako świadek, w jej obronie. Zeznawał, że gimnazjum białoruskie, którym kierował, utrzymywało się z ofiar, udzielanych przez posłów białoruskich oraz z opłat uczniów. Bronił Antoniego Łuckiewicza i Józefa Sznarkiewicza: „Łuckiewiczów Jana i Antoniego dobrze znam. Antoni Łuckiewicz jest krzewicielem kultury białoruskiej; jest on człowiekeim niezamożnym; brat jego Jan umarł z nędzy, pomimo posiadania muzeum. Sznarkiewicza również znam dobrze, ponieważ pracował on w Towarzystwie Szkoły Białoruskiej w Wilnie. Prowadził on przeważnie pracę kulturalno-oświatową, interesował się wydawnictwem i muzyką”. Mówił o własnym zaangażowaniu w ruch białoruski: „W roku 1919 powstała Białoruska Socjalistyczna Hromada, której twórcami byli studenci. Do Hromady tej należałem, jak również Łuckiewicze. Socjalistyczna Hromada istniała i w roku 1905. Władze rosyjskie Łuckiewiczów nigdzie nie zsyłały. Po roku 1905 Łuckiewicze wydawali gazety białoruskie. Łuckiewicze organizatorami Białoruskiej Socjalistycznej Hromady nigdy nie byli. Popierali ją tylko duchowo. Socjalistyczna Hromada szła ówcześnie z Polską  Partią Socjalistyczną. W programie Białoruskiej Socjalistycznej Hromady było również umieszczone hasło „Ziemia dla włościan bez wykupu”. Mówiąc o BWRH stwierdzał, że „była mile widzianą wśród mas białoruskich, ponieważ „niosła kulturę na wieś”. My nie liczyliśmy na to, że BWR Hromada była partią polityczną, a uważaliśmy ją za organizację kulturalno-oświatową”.

Po rozgromieniu BWRH Antoni Nekanda-Trepka z Antonim Łuckiewiczem, Włodzimierzem Samojło i Radosławem Ostrowskim zaangażował się działalność Centrasajuzu – Centralnego Związku Białoruskich Kulturalno-Oświatowych Organizacji i Instytucji. W 1930 r. został jego prezesem. W Centrasajuzie doszło do nieporozumień grupy Antoniego Nekandy-Trepki, Antoniego Łuckiewicza i Włodzimierza Samojło z Radosławem Ostrowskim na tle finansowym. Odbył się Sąd Obywatelski. Pozwani zwrócili się do redakcji „Kurjera Wileńskiego” o zamieszczenie wyroku w gazecie: „Wielce Szanowny Panie Redaktorze! Za pośrednictwem „Kurjera Wileńskiego” (Nr 102 z dnia 17.IV.34 r.) niżej podpisani, pp. Antoni Łuckiewicz, Włodzimierz Samojło i Antoni Trepka, zostali pozwani na Sąd Obywatelski spowodu zarzutów publicznie przez nich uczynionych panu Radosławowi Ostrowskiemu, Dyrektorowi Filji Białoruskiego Państwowego Gimnazjum im. J. Słowackiego w Wilnie. Niniejszem upraszamy Pana Redaktora o wydrukowanie w „Kurjerze Wileńskim” załączonego wyroku w tej sprawie Sądu Obywatelskiego. Łączymy wyrazy szacunku i poważania. Antoni Łuckiewicz, W. Samojło, Antoni Trepka.

Sąd Obywatelski w składzie: superarbiter – Bronisław Krzyżanowski i arbitrzy Stanisław Bagiński, Eugenjusz Kozłowski, Włodzimierz Wiszniewski i Seweryn Wysłouch po rozpoznaniu zatargu pomiedzy pp. Radosławem Ostrowskim z jednej i Antonim Łuckiewiczem, Włodzimierzem Samojło i Antonim Trepką z drugiej strony dnia 14 listopada 1935 r. orzekł: A) Uznać, że rozporządzanie się p. Radosława Ostrowskiego w czasokresie od 1930 do początku roku 1934 pieniędzmi, przeznaczonemi dla rozmaitych społecznych organizacji białoruskich było chaotycznem i arbitralnem, co mogło zasadnie wywoływać podejrzenia nierzetelności; Sąd nie był w stanie odpowiedzieć na postawione mu zagadnienie, czy p. Ostrowski dopuścił się nadużyć pieniężnych na swoją własną rzecz; B) Uznać, że stosunek p. Ostrowskiego do uniwersyteckiej młodzieży białoruskiej, a także do szeregu poszczególnych działaczy białoruskich nie stał na wysokości zadania i celów, którym p. Ostrowski winien był służyć, w szczególności stosunek jego do studentów w korporacji Skorynja był demoralizującym pod względem społecznym; C) Sąd stwierdza, że miał na względzie niezdrową atmosferę powstałą wskutek zasilania przez te lub inne źródła konfidencjonalnemi zapomogami białoruskich organizacyj społecznych, na czele których stały w urzędowej lub faktycznej roli poszczególne jednostki z listy wszystkich uczestniczących w procesie niniejszym. (-) Br. Krzyżanowski (-) St. Bagiński (-) S. Wysłouch (-) Wł. Wiszniewski (-) Eug. Kozłowski”.

Antoni Nekanda-Trepka w 1933 r. został prezesem Towarzystwa Oświaty Białoruskiej, które wydawało pismo „Rodny Kraj”. Efektywnej działalności towarzystwa przeszkadzały wzajemne animozje między Ostrowskim, Łuckiewiczem i Nekandą-Trepką. Najbliższy współpracownik Antoniego Łuckiewicza, Antoni Nekanda-Trepka, próbował nakłonić zwolenników tej grupy do wydawania czasopisma białoruskiego, którego zadaniem miało być zwalczanie grupy Ostrowskiego – tak odnotowało w sprawozdaniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Na ogólnym zebraniu Towarzystwa Oświaty Białoruskiej 15 kwietnia 1934 r. postanowiono zawiesić w prawach członków Antoniego Łuckiewicza, Włodzimierza Samojło, Antoniego Nekandę-Trepkę i Wincentego Hryszkiewicza. Oznaczało to zwycięstwo zwolenników Radosława Ostrowskiego. Ostatnim akordem aktywności na niwie białoruskiej Antoniego-Nekandy-Trepki był wybór go 12 lutego 1939 r. do zarządu Białoruskiego Towarzystwa Naukowego. Zarząd w składzie: Antoni Łuckiewicz (przewodniczący), Antoni Nekanda-Trepka (skarbnik), Mikołaj Szkielonek (sekretarz), Bolesław Grabiński, Marian Pieciukiewicz, Jan Stankiewicz wybrano na trzy lata. Niebawem wybuchła II wojna światowa, a Wilno doświadczyło od 1940 roku władzy sowieckiej, która nie oszczędziła działaczy białoruskich. Czy cieszył się z tego były mińszczanin Antoni Nekanda-Trepka? Na pewno nowe porządki nie napawały go optymizmem.

 

Zapłata za miłość do Białorusi

Antoniego Nekandę-Trepkę aresztowano w październiku 1939 r. w Wilnie. „Cierpliwość i silna wola zbawią życie ludzkie” – powiedział na pożegnanie żonie Julii, przypominając sentencję z celi więziennej w smoleńskim Domu Poprawczym w latach 1919-1920.  Przy rozstaniu prosił służącą Anielę, by opiekowała się jego żoną. Ludwika Dzierżyńska pisała w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Jedno jest pewne, że ciężko zapłacił za swoją miłość do Białorusi i tego ludu, bo to właśnie było powodem  jego wywiezienia i jego późniejszych cierpień i tragicznego końca.
W moim rozumieniu był on socjalistą w szlachetnym i nieco utopijnym tego słowa znaczeniu. To był wpływ tamtego środowiska młodzieży, uwielbiającej ciemiężony lud i marzącej o wyzwoleniu  go z pod przemocy carskiej władzy. Oni naprawdę wierzyli, że lud wyposażony we władzę wprowadzi raj na ziemi. I z tymi iluzjami wuj wszedł w życie dorosłe, nie wyrzekając się swych dążeń. Był to człowiek dobry, wrażliwy na niedolę innych. (…) Kierował się przede wszystkim emocjami, uczuciem. Był – w moim pojęciu – antytezą tego, co nazywamy „dyplomata”, a wdał się w politykę. Ponadto był ufny; sam bardzo szlachetny i prostolinijny, nie zdawał sobie sprawy, jak przewrotni, kłamliwi i podli mogą być ludzie dążący do upragnionego celu, spotykając na tej drodze takich, którzy ten marsz hamują lub usiłują go przerwać. On był za dobry i zbyt uczciwy do takich zadań, jakie sobie postawił. Rodzina uznała to za dopust Boży, rodzaj amoku”.

Julia Nekanda-Trepka z wnukiem Markiem. Szczecin, 13 czerwca 1954 r. (Ze zbiorów Marka Nekandy-Trepki)

Antoniego Nekandę-Trepkę skazano na 10 lat łagru i wywieziono do obozu Jaja na Syberii, skąd w listopadzie 1940 r. przyszły od niego pierwsze wiadomości. Pracował tam ciężko fizycznie pod „gołym niebem”, a potem w kantorze. Do czerwca 1941 r. listy przychodziły regularnie. Prosił w nich o żywność – suchary i cebulę. Potem korespondencja się urwała. Julia Nekanda-Trepka przepisała te listy do zeszyciku i zachowała dla potomnych. Zostało ich cztery. Pierwszy list Antoniego Nekandy-Trepki do żony nie dotarł. Drugi był pisany 17 listopada 1940 r, a ostatni 19 lutego 1941 r. – wszystkie w języku rosyjskim.   „Dopiero w 1944 r. przyszła wiadomość drogą okrężną, że zmarł gdzieś na Syberii w 1942 r.” – pisał Kazimierz Nekanda-Trepka. Po zawarciu umowy Sikorski-Majski Antoni Nekanda-Trepka został zwolniony z obozu. Udało mu się nawiązać kontakt z bratem Władysławem, którego z żoną i synem Januszem zesłano do Kazachstanu.

O okolicznościach spotkania z wujem Toniem pisał po wojnie 11 kwietnia 1947 r. do Marii Gościewicz Janusz Nekanda-Trepka, który osiadł w Londynie: „Zaraz po zwolnieniu przyjechał do nas wujaszek Tonio, z którym skomunikowaliśmy się listownie. Z długą siwą brodą wyglądał jak św. Mikołaj. Wyglądał prawie dobrze. Twarz miał pełną, ale to były tylko pozory – był spuchnięty. Wszyscy postanowiliśmy dołączyć do jakichś placówek polskich, a my z tatusiem do wojska. Wiadomości, gdzie należy jechać, były mętne. Daliśmy się unieść owczemu pędowi jazdy na południe. Decyzja ta okazała się zabójcza dla wszystkich słabszych organizmów. Wtedy nie wiedzieliśmy, co ona oznacza. A oznaczała ona długie miesiące podróży w transportach po wszystkich krajach Azji Środkowej, bez żadnej opieki, biwakowanie nieraz na deszczu i chłodzie pod gołym niebem, coraz to skąpszą żywność, brud i robactwo. Słabsi marli nierzadko dziesiątkami. Wyczerpywały się siły, wykańczały nerwy. W czasie transportu, gdy jechałem osobno, gdyż młodzi jechali wagonami towarowymi, rozczepili pociąg i straciłem kontakt z resztą. Było to już pod koniec wędrówek. Praktycznie żadne możliwości poszukiwania nie istniały i tylko cudem lub nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności dowiedziałem się, że mama, tatuś i wuj Tonio są ode mnie o około 20 km. Było to na Boże Narodzenie. Miałem wtedy zupełnie znośne warunki i szczęściem uzyskałem pozwolenie na sprowadzenie ojca i matki do siebie. Znalazłem ich w okropnych warunkach, w głodzie i nędzy. Mama jedynie była względnie zdrowa. Wujaszek Tonio był bardzo słaby, chwilami apatyczny, chwilami nienaturalnie podniecony. Ojciec bardzo poważnie chory. (…) Wróciłem do siebie, żeby dostać środek jakiś transportowy celem przywiezienia rodziców. Odmówili, ale po paru dniach przyjechali tatuś z mamą, wystarawszy się o jakąś podwodę. Wujaszek został. Mieliśmy się z nim komunikować listownie co do dalszych możliwości. Na nasz pierwszy list nie było żadnej odpowiedzi, na drugi – żadnej, na trzeci – nic. Pojechać nie można było, gdyż ja byłem chory, z tatusiem było bardzo źle, a mama po bohatersku robiła, co mogła. Później dostaliśmy wiadomość, że wujaszek Tonio zmarł w kilka dni po wyjeździe rodziców – natarł sobie nogę i umarł w parę dni na zakażenie ogólne”.

Marek Nekanda-Trepka na tle portretu dziadka Antoniego. (Szczecin, 1999 r.)

28 sierpnia 1946 r. Wiktoria Trepczyna, bratowa Antoniego, pisała z Libanu (Ghaziz) do syna w Polsce: „Tonio zmarł na zakażenie krwi. Natarł sobie nogę na pięcie. Szczegółów dokładnie nie wiem, bo na miesiąc przed śmiercią rozstaliśmy się, myśmy przenieśli się o 30 km dalej, tam gdzie był Janusz, a on nie chciał z nami jechać. Pochowany – sieło Czornaja Rieczka stacja Tokmak – Dżambulskaja obłast’”.

Nie wiadomo, gdzie został pochowany. Jedynie na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie na grobie Kazimierza Nekandy-Trepki, męża Marii Nekandy-Trepki z Białej, znajduje się tabliczka symboliczna Antoniego Lucjana i Władysława Nekanda-Trepków.

Julia Nekanda-Trepka z Anielą po wojnie znalazły się
w Polsce, ostatecznie w Szczecinie. Zamieszkały tam razem z rodziną syna Kazimierza, jego żony Hanny i syna Marka, którym się opiekowały. Julia zmarła w 1962 r., wcześniej w wypadku zginęła Aniela.

Kazimierz Nekanda-Trepka ukończył Gimnazjum Białoruskie w Wilnie (1926) i Szkołę Główną Handlową w Warszawie (1936). Przed wojną pracował w bankowości w Warszawie, po wojnie osiadł z rodziną w Szczecinie, był jednym z organizatorów Banku Rolnego i asystentem w Szkole Handlowej w Szczecinie. Zwolniony z pracy na początku lat 50., pracował jako główny księgowy w różnych instytucjach, działał w Stowarzyszeniu Księgowych Polskich i TNOiK. W latach 60. wrócił do pracy do Banku Rolnego – pracował na samodzielnych stanowiskach. Od 1972 r. był na emeryturze. Zostawił wspomnienie o swoim ojcu. Zmarł 14 listopada 1992 r. w Szczecinie.

KONIEC

Helena Głogowska

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (2)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

 2. Julia (Dziuta) Bagniewska w latach 1931-1939 (z roczną przerwą w roku szkolnym 1937/1938) mieszkała w Wilnie u wujostwa Julii i Antoniego Nekandów-Trepków, ucząc się tam w gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej. Trepkowie nie mieli swego domu, tylko wynajmowali, dlatego w pamięci Pani Julii zachowały się kolejne mieszkania – na ul. Rydza Śmigłego, Kalwaryjskiej 23, Antokolskiej 54, Garbarskiej 7/5 – w domu sędziego Dowgiałły. Owdowiała wcześnie Maria Łowicka wysłała ją z Kalejczyc na Białostocczyźnie do Wilna, aby się tam uczyła w porządnej szkole. Zakwaterowała się u Trepków, gdyż Julia Trepkowa była rodzoną siostrą jej matki – Marii Łowickiej. Obie urodziły się w Mińsku jako córki Marii i Ryszarda Janowskich. Ryszard Janowski (1845-1921) był znanym w Mińsku lekarzem – okulistą i ginekologiem. Ukończył medycynę w Moskwie i w Mińsku z doktorem Grzybowskim miał klinikę. Jego żona Maria z Hłasków pochodziła z Czerepiety w powiecie lepelskim na Witebszczyźnie. Ojciec Ryszarda – Karol – był mińskim urzędnikiem.

Pani Julia wspominała: „U Janowskich były trzy córki: moja mama Maria (ur. w 1891 r.), Julia (ur. w 1887 r.) i najstarsza Kazimiera, która wyszła za mąż za socjalistę Sierhieja Skandrakowa oraz dwóch synów – Władysław młodszy od mamy o rok czy dwa, najmłodszy – Wacław. Ciocia Kazia skończyła agronomię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do I wojny światowej była dyrektorem stacji doświadczalnej w Hory-Horkach. Jak rewolucja wybuchła, jechała z rodziną do Mińska, do dziadka, który był sam, bo babcia już nie żyła. Jechali trzy miesiące. Dziadek nie doczekał”.

Julia Bagniewska, wspominając atmosferę domu wujostwa, opowiadała o ich służącej: „Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni – stała tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać, ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem mieszkało w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa, a Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi, zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz?” – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Julia Bagniewska wspominała Antoniego Nekandę-Trepkę wraz z jego towarzystwem, Włodzimierzem Samojło-Sulimą („Mamoczką”) i Antonim Łuckiewiczem. Zapamiętała jak portretował go Piotr Sierhijewicz. Jak bardzo się denerwował, że trzeba było siedzieć bez ruchu i pozować artyście. Zresztą na portrecie da się to zniecierpliwienie zaobserwować w wyrazie twarzy. Obecnie portret ten znajduje się w Szczecinie u Marka Nekandy-Trpki, wnuka Antoniego, a w 2003 r. był eksponowany na wystawach prac Piotra Sierhijewicza w Gdańsku i w Białymstoku.

Dzięki Marii Nekandzie-Trepce otrzymałam też wspomnienia, spisane przez Wandę Dzierżyńską, siostrę Antoniego (publikowame były w „Czasopisie” w 2006 r (nr. 7-8 – 12). Przywoływała w nim niektóre historie z jego życia – przeprowadzki, choroby, portretowanie…: „Tu w tym mieszkaniu na Antokolu zaszedł fakt, któren przykuł brata mego na trzy miesiące do łóżka. Było to przed samą Wielkanocą. Tonio poszedł do łaźni, znajdującej się o parę domów dalej. Tam pośliznął się, upadł i uderzył nogę tak silnie, że zemdlał. Uderzenie to spowodowało długą chorobę. Święta spędził w łóżku, a o wstaniu nie było i później mowy. Gdy sprowadzani do domu lekarze nic zaradzić nie mogli, odwiozła go bratowa do kliniki uniwersyteckiej. Był to jeden ze słonecznych dni wiosennych, gdy pewnego razu go odwiedziłam. Był umieszczony w głównym pawilonie na parterze. Już od drzwi widzę w blasku wiosennego słońca jego pogodną twarz. Ze zdziwieniem obserwuję jakieś jego zagadkowe ruchy rąk, które wykonywa w prawo i lewo. Dopiero po zbliżeniu się widzę, że jest to dzielenie się darami bożemi z sąsiadami leżącemi obok, a nie otrzymującemi żadnej żywności z domu.

Jeszcze miesiąc trzeba było przeleżeć, lecz nareszcie nastąpiło orzeczenie profesora, że z nogą jest dobrze i że szpital można opuścić. Z żywością jemu właściwą zrzucił szpitalne szatki, przywdział własne ubranie i nieciekaw obiadu, który właśnie przyniosła Aniela, siadł do dorożki, odrodzony, szczęśliwy, i odjechał.

 

Przenosiny na Garbarską

Po tylokrotnej zmianie mieszkania, zawsze usprawiedliwionej widokami lepszych warunków lokalu, braterstwo moi zamieszkali przy ulicy Garbarskiej. Na piętrze, słońce wschodnie i zachodnie, balkon z widokiem na Katedrę, Górę Zamkową i plac. Ruch śródmieścia pozostawał na Świętojerskim, tu dawały się słyszeć tylko kroki pieszych przechodniów. Rankami zaś i wieczorami rozlegały się dzwony pobliskich kościołów. Najbliższy był Bonifratrów, stary zakupturzony zakonnik, naprzeciw jak na dłoni wspaniała Królewska katedra z prastarą pogańską dzwonnicą. Na prawo wspaniały Ś-ty Jan wciśnięty w wąską ulicę. Nieco dalej Bernardyni, Ś-ty Michał i cacka gotyku Ś-ta Anna. A Dominikanie, a Ś-ta Katarzyna?! Byliśmy wówczas szczęśliwi świadomością, że to jest wszystko nasze, niezaprzeczenie nasze. Mieszkanie w śródmieściu udostępniało rzecz prosta udział w życiu umysłowym miasta. Oceniał to Tonio należycie i przeniesienie się na Garbarską uważał za bardzo pomyślną konjunkturę dla siebie. Miło tu było i przytulnie. Cierpliwe poprzestawanie na najniezbytniejszych sprzętach przez szereg lat musiało wreszcie pogodzić się z tem, że do mieszkania Braterstwa wkroczyło trochę komfortu w postaci gustownego garnituru mebli z dużym lustrem i nowego bufetu. Miejsce dla swej pracy obrał sobie Tonio u drzwi na balkon. Tu miał o każdej porze dnia widok na katedrę i górę Zamkową. Miał tu niewielki stoliczek, służący mu za biurko, arenę jego zmagań się z niejedną trudnością. Najczęściej zastawało się go przy tym jego biurku. Wstaje, wita się, ale widać, że myśl czemś mocno zajęta. Ześrodkowany skupiony wyraz. Widać, że ma coś trudnego do przerobienia, jakieś zagadnienie do rozstrzygnięcia, jakiś zawód do przebolenia lub jakąś własną omyłkę już nie do odrobienia. To wszystko w narzuconem wolą opanowaniu. Za chwilę jest z nami zrównoważony, spokojny, rozmawia o rzeczach pobieżnych. Prosty stoliczek inscenizował biurko. Pewnego razu ktoś zażartował, że pan  Profesor dla swej powagi powinien zdobyć się na biurko rzeczywiste. „Myślicie, że będę mądrzejszy pracując przy biurku?” – pyta śmiejąc się. Pamiętam jeden dzień. Jest początek czerwca – pogodny, gorący dzień. Bratowa załatwiła interesa w mieście i wraca po południu do domu. Aniela gotuje obiad. Dziewczynki już powróciły ze szkoły. Rozlega się dzwonek. I to pan przyszedł. Wchodzi z teką napełnioną papierami i umieszcza tę tekę na swoim stoliczku koło balkonu. W tej chwili żona daje mu list syna. List przynosi pomyślne wiadomości, które wnet się omawiają przez rodziców. Z jadalni słychać brzęk talerzy i za chwilę Aniela prosi państwa na obiad. Chciał jeszcze pobiec do ciemnego składziku, gdzie mokną wywołane wczoraj klisze. Lecz z Anielą nie można walczyć, trzeba siadać do stołu. Popołudniowe słońce zaczęło właśnie operować nad jadalnią i promienie jego złocą przedwcześnie swą głową panu domu, ciemne sploty małżonki i czarne głowy makolągw siostrzenic. „Ot panoczek dziś niczego sobie wygląda” – mówi Aniela, przynosząc drugą potrawę. „Aż i popatrzeć przyjemnie. A wczoraj zupełnie jak po chorobie wyglądał. Koniecznie jemu malować zachciało się. Ja jemu mówię, Kaziś, pan nasz dziś bardzo zmęczony, nadto kiepsko wygląda, a on jak przystał, to żadne moje gadanie nie pomogło. I kab hetomu malarzowi dogodzić, panoczek sausiem siebie zamoryu, siedziaczy tak bez ruchu całe pół godziny. Pahladziem jakij budzie portret. Nie kracz – mówi pan – portret będzie dobry, bo majster pierwszorzędny”. Anieli uwaga była słuszna. Bywały dnie, kiedy przychodził wyczerpany, blady. Dla słabych płuc i wątłej organizacji praca pedagogiczna była poważnym wysiłkiem. Odpoczynek poobiedni, tak niezbędny przy tym wydatku sił, nie zawsze był stosowany. Żałował nań czasu, dowodząc, że wypocznie kiedyś w grobie. Wrodzona czynność miała zawsze tysiąc rzeczy do wykonania i walczyła niestety skutecznie z potrzebą odpoczynku. Ten pedagog nieposieda trzymał siebie krótko. Słowo “trzeba” było dla niego bezapelacyjnym rozkazem. Jednak to surowość względem siebie nie wystarczała na wytłumaczenie portretu Siergiejewicza. Takiego Tonia oglądaliśmy tylko w chwilach ostatecznego przygnębienia lub ciężkiej choroby. Pogoda duszy i pogoda twarzy nawet jego badawczemu umysłowi nie dała się zetrzeć. Gdy myśl zgnębiała obnażała, sondowała rebus istnienia. Uczucie ratowało jej surowe wyniki, wielką słodyczą wydobyta z głębin duszy. Nie był optymistą, zbyt był na to głęboki. Lecz obnoszenie smutku i goryczy uważał za oddziaływanie szkodliwe. Natomiast jasnym dziecięcym uśmiechem pozdrawiał wszystko, co na miłość i współczucie zasługiwało. Wypieszczoną przez długie lata ideę pracy dla ludu realizował teraz w swej pedagogicznej działalności. Praca w szkole technicznej nie polegała tylko na wykładach i pokazach. Tu profesor jak w szkole średniej musiał ucznia uczyć osobiście. Zdaje się, że zdarzały się powody udawania się uczni do Tonia wprost do jego mieszkania, gdy sobie z materiałem wykładowym poradzić nie umieli. Poza wykładami podjął się kierownictwa kasą samopomocy nauczycieli P.S.T. w Wilnie. Oto list Kolegi inżyniera Tarłowskiego jako przyczynek do jego pracy. Tutaj przytaczam go dosłownie: “Sz. P. Inżynierze! Nie mogąc przyjść na dzisiejsze posiedzenie uczestników kasy P.S.T. pragnę chociaż listownie, Panu wyrazy mego uznania, więcej podziwu dla Jego imponującego zapału i niepospolitej wytrwałości, z jaką Pan na tym terenie pracuje, dla swojej idei jedyną mając pobudkę przeświadczenie o jej doniosłości i owocności. Nie mogę przy tem nie skłonić się specjalnie przed tą niezmienną życzliwością, z jaką obok troski o prowadzonej przez Pana instytucji traktuje Pan zawsze każdego bez różnicy klienta. Zechce Pan Panie Inżynierze przyjąć wyrazy mego wysokiego poważania i szczerego szacunku. Henryk Tarłowski”. A był to zdecydowany przeciwnik w poglądach społecznych i politycznych”.

Taki wizerunek Antoniego Nekandy-Trepki przekazali jego najbliżsi. A dowody na jego aktywność białoruską pozostały w archiwach i bibliotekach – w dokumentach i w wydawnictwach.

 

„Z głową i butami” w ruchu białoruskim

Dlaczego Antoni Nekanda-Trepka, wyznania ewangelickiego, stał się wybitnym działaczem białoruskim, skoro wywodził się ze środowiska polskiej szlachty, jako potomek Stanisława Nekandy-Trepki, który ożenił się z Antoniną Niesłuchowską.

Jego siostra Wanda wspominała: „Gdy ojciec przyjechał do Mińska i dostał posadę przy kolei Libawo-Romeńskiej, potrzebował mieszkania. Wskazano mu mieszkanie u pp. Niesłuchowskich. W oficynie było parę kawalerskich pokoi. Jeden z nich był wynajmowany przez dr. medycyny Antoniego Ziemięckiego. Do drugiego właśnie wprowadził się inżynier Stanisław Trepka. Swojskość biła od brzóz stojących przy ganku, prowadzącym do domu od niebrukowanego dziedzińca, porośniętego trawą. A atmosfera? Atmosfera domu, podwórza, tego małego państwa, pośród zalewu obczyzny, była tak swojska, jak „Ojcze nasz” odmawiane rano i wieczorem. Stanisław Trepka siadł do napisania listu do Rodziców. Zawiadamiał ich, że dostał mieszkanie u ludzi inteligentnych i dobrych i że chciałby mieć taką siedzibę z brzozami u proga i ciszę ranków i wieczorów niezmąconą obcemi odgłosami: „Jest to pierwsza noc spędzona pod własnym dachem. Wasze myśli, stroskane o mnie, czuję koło siebie. Lęk już jest zażegnany. Środowisko, w którym mi żyć przeznaczono, spełnia moje najśmielsze życzenia. Obawa rusycyzmu i nałamywania się do obcości odpada zupełnie. Mateczko droga, zmów dziękczynną modlitwę za łaskę dla syna swego. A ojczulek niech ani na chwilę nie wątpi, że leit-motivem życia na Białejrusi jest polskość”. Stanisław Trepka ożenił się z Antoniną Niesłuchowską. Ponieważ był wyznania ewangelickiego, umówiono się, że synowie ze związku będą ochrzczeni w kościele ewangelickim, zaś córki – w rzymskokatolickim, którego wyznawcami byli Niesłuchowscy. W domu Niesłuchowskich krzewiono tradycje polskości, co też odpowiadało Stanisławowi Trepce.

Jak to się więc stało, że poeta Jan Niesłuchowski (1851-1897), brat Antoniny wychowany w polskich tradycjach, stał się klasykiem literatury białoruskiej – Janką Łuczyną? Należał do pokolenia, które roznieciło białoruskie przebudzenie narodowe na początku XX w. Siostrzeńca i poetę łączyły bliskie więzy rodzinne, zwłaszcza wspólne pobyty w Zacierzewiu koło Nowego Świerżnia. Na zachowanym zdjęciu rodzinnym (z 1895 r.?) z Janem Niesłuchowskim w centrum, widnieje też jego siostrzeniec Antoni, wówczas gimnazjalista. Otrzymałam je od Marii Nekandy-Trepki z Białej Podlaskiej i opublikowałam w „Nivie” (nr 50, z 16.12.2001 r., s. 1). Pobyty w Zacierzewiu (obecnie Żacierava), gdzie po śmierci Lucjana Niesłuchowskiego, ojca Jana i Antoniny, gospodarzyła jego żona Antonina z córką Wiktorią, zbliżały Jana Niesłuchowskiego i całą rodzinę przyjeżdżajacą z Mińska z ludem białoruskim. Dlatego też język białoruski był ich „drugim językiem ojczystym”, jak pisała we wspomnieniach siostrzenica Janki Łuczyny – Wanda, która od wczesnego dzieciństwa jeździła do Zacierzewia i potem utrwaliła jego obraz w akwarelkach. O języku białoruskim pisała: „Osłuchał się z nim każdy z nas od dzieciństwa. Pogłębialiśmy tę znajomość za każdą bytnością na wsi. Brzmienie jego humorystyczne dla naszego ucha było nam w tej samej mierze miłe. Słuchaliśmy z przyjemnością lapidarnych wyrażeń i całych zdań w tym prastarym dialekcie”.

Syn Antoniego Nekandy-Trepki – Kazimierz – w 1980 r. pisał w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Matka Antonina była siostrą Jana Niesłuchowskiego, który pod pseudonimem Janka Łuczyny napisał i wydał w 1903 r. zbiorek wierszy po białorusku pt. „Wiazanka”. Prawdopodobnie stąd zainteresowania Ojca sprawą białoruską, gdyż często bywał jako uczeń w majątku Zacierzew, gdy mieszkał tam wuj Jan N”. Po ukończeniu gimnazjum w Mińsku w latach 1897-1903 Antoni Nekanda-Trepka studiował w Instytucie Technologicznym w Petersburgu, który ukończył jako inżynier-technolog. Studia w Petersburgu zapewne również rozwinęły zainteresowania i wciągnęły go w rodzący się ruch białoruski. Tam w kręgu białoruskich działaczy, m.in. Wacława Iwanowskiego, Jana i Antoniego Łuckiewiczów, Franciszka Umiastowskiego, działał w kole studentów białoruskich. W 1903 r. był jednym z założycieli Białoruskiej Rewolucyjnej Hromady. W 1909 r. znalazł się w wydawnictwie „Zahlanie sonca i u nasza wakonca”. Te pierwsze kontakty z ruchem białoruskim zapewne w znacznym stopniu wyznaczyły jego przyszły los. Jego staraniem zapewne ukazał się w Petersburgu zbiorek utworów w języku białoruskim „Вязанка” Jana Niesłuchowskiego.

Po ukończeniu Instytutu Technologicznego w Petersburgu podjął studia w Liege w Belgii, które ukończył z wyróżnieniem w 1904 r. jako inżynier elektryk. Po studiach pracował jako konstruktor w fabryce mechanicznej Lilpopa, Raua i Loewensteina w Warszawie, a następnie jako inżynier w Handlowym Biurze Akcyjnym Towarzystwa „Siemens-Halske”, w latach 1905-1914 był kierownikiem filii w Warszawie Towarzystwa Elektrycznego „Westinghouse” z siedzibą w Moskwie. Do 1916 r. pracował w Biurze Handlowym Towarzystwa Akcyjnego „Volka” w Rewlu. W latach 1916-1918 był dyrektorem fabryki maszyn rolniczych w Wielkim Tokmaku na Ukrainie, a w latach 1920-1921 jej przedstawicielem w Warszawie. W 1918 r. powrócił do Mińska i uczył fizyki i kosmografii w polskim gimnazjum żeńskim oraz w białoruskim Instytucie Pedagogicznym. Wówczas był już żonaty. Ożenił się w 1906 r. z Julią Janowską, córką mińskiego lekarza Ryszarda Janowskiego. 30 lipca 1907 r. w Mińsku przyszedł na świat ich syn Kazimierz.

Na początku 1919 r. został wywieziony razem z Wacławem Iwanowskim przez bolszewików jako zakładnik do Smoleńska, skąd wrócił w ramach wymiany więźniów w 1920 r. Osiadł w Warszawie, gdzie był przedstawicielem Litwy Środkowej do spraw gospodarczych. W 1921 r. wraz z Leonem Dubiejkowskim, Bolesławem Druckim-Podbereskim znalazł się tam w Tymczasowym Zarządzie Białoruskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny. W 1921 r. osiadł też w Wilnie, gdzie intensywnie włączył się w białoruską działalność narodową. Kierował działalnością Związku Wileńskiego Kooperatyw. Jego syn Kazimierz pisał we wspomnianym wyżej liście: „Ojciec poświęcił się całkowicie działalności kulturalnej i pedagogicznej – bierze czynny udział w pracach Towarzystwa Szkoły Białoruskiej i był następnie przez parę lat dyrektorem Białoruskiego Gimnazjum w Wilnie. Jak wyżej wspomniałem, brał czynny udział w organizacjach białoruskich społeczno-oświatowych, natomiast nie był zaangażowany w działalności politycznej, gdyż uważał, że ktoś musi robić pracę oświatową, uświadamiającą lud. Napisał i wydał podręczniki po białorusku z fizyki i kosmografii”.


Cdn
Helena Głogowska

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce

1. 12 lutego 1942 r. – taką datę śmierci Antoniego Lucjana Nekandy-Trepki, wybitnego działacza białoruskiego, podaje się w niektórych źródłach. Czy jest dokładna, trudno stwierdzić. Tym bardziej, że w innych miejscach pojawia się październik 1942 r. Tak to jest, gdy ktoś umiera z dala od bliskich, w samotności. Gdy nie wiadomo gdzie jest jego grób. Los charakterystyczny dla tych, którzy zostali aresztowani po wejściu bolszewików po 17 września 1939 r. na wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Ofiarami nowej władzy wbrew potocznym opiniom stali się nie tylko Polacy, ale także wybitni Białorusini. Jednym z nich był Antoni Lucjan Nekanda-Trepka, pedagog, inżynier-elektryk, działacz białoruskiego ruchu narodowego I połowy XX wieku. Aresztowano go 29 października 1939 r. w Wilnie i skazano na 10 lat łagrów. Z okazji 75. rocznicy śmierci – nawet gdyby taka data okazała się nieprawdziwa – warto wspomnieć o zasługach tej wybitnej postaci.

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш [FOTO]

Tropy

Przez lata los Antoniego Nekandy-Trepki mało kogo poza rodziną interesował. Po II wojnie światowej na emigracji wspomniał o nim Leonid Halak, absolwent Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego. W Polsce napomknął o nim Marian Pieciukiewicz we wspomnieniach „U poszukach zaczaravanych skarbau”. Historycy z Białorusi zostawili go całkiem na uboczu.

Jeszcze w latach 80. XX w. marzeniem Aleksandry Bergman, specjalistki od spraw białoruskich w II Rzeczypospolitej, było napisanie biografii Antoniego Nekandy-Trepki. Zamierzała to zrobić po biografiach Bronisława Taraszkiewicza i Antoniego Łuckiewicza. Taki przynajmniej pozostał ślad w jej korespondencji z Marianem Pieciukiewiczem. Niestety jej list do niego nie zachował się, ale odpowiadając nań 22 czerwca 1982 r. Marian Pieciukiewicz pisał: „Z przyjemnością przestudiowałem list Pani i uważam, że nie kto inny, ale Pani może napisać biograficzny artykuł o Antonim Nekando-Trepko, jak to napisała o Antonim Łuckiewiczu i Janie. Chętnie mogę służyć Pani tymi wiadomościami o Ant[onim] Trepce, jakie pozostały w mojej pamięci. Antoniego Trepko znam od 1923 r. i do 1939 r. Znam go jako nauczyciela fizyki i matematyki, jako dyrektora (jakiś czas) Gimnazjum Białoruskiego w Wilnie. Znałem i syna Jego Kazika, który obecnie mieszka w Szczecinie. Syna znałem jako ucznia starszych klas Gimnazjum Białoruskiego. Wiedziałem, że Kazik jest w Warszawie, a po wojnie zamieszkał w Szczecinie, ale kontakty zostały zerwane na zawsze. Że obecnie mieszka w Szczecinie, dowiedziałem się przypadkowo, bodaj od Piotra Radziuka, który po wojnie zamieszkał w Szczecinie i pracował w szkolnictwie średnim”.

Marian Pieciukiewicz pewnie już nie zdążył podzielić się z Aleksandrą Bergman wspomnieniami o Antonim Nekandzie-Trepce. W 1982 r. był już poważnie chory – trudno mu było pisać. Zmarł 23 września 1983 r. Aleksandra Bergman wprawdzie żyła jeszcze długo – do 20 czerwca 2005 r., ale stan jej zdrowia systematycznie się pogarszał i nie pozwalał na zajmowanie się badaniami biograficznymi.

Mieszkająca w Białej Podlaskiej Maria Nekanda-Trepka, która nosi to nazwisko po mężu, bratanku Antoniego Nekandy-Trepki, od dawna interesuje się historią rodziny. Pod koniec 1990 r. zwróciła się do Sokrata Janowicza jako autorytetu od spraw białoruskich o pomoc w poszukiwaniach informacji o „wujku Toniuku” jako białoruskim działaczu narodowym. Niestety, ten nie mógł jej zanadto pomóc. 21 stycznia 1991 r. pisał jej: „Długo nie byłem w stanie cokolwiek odpowiedzieć na list Pani, poszukując bez większego skutku szczegółowszych wiadomości o Antonim Trepce. Rzecz w tym, że Trepka był znanym niepodległościowym działaczem białoruskim i dlatego władze radzieckie wymazały jego imię nawet ze ściśle naukowych publikacji. (…) Trochę mi pomógł dr Jerzy Turonek z Warszawy. (…) Trepka zginął w syberyjskich łagrach, miejsce i rok śmierci nie są znane. Należał do czołówki działaczy odradzającej się Białorusi w początkach naszego stulecia. (…) Wstyd mi, ale niewiele ponadto jestem w stanie napisać Pani. Niestety nasza historia wymaga solidnego odgruzowywania, i to powolutku się czyni”.

Sokrat Janowicz radził Marii Nekandzie-Trepko zwrócić się do dr. Ryszarda Radzika z UMCS w Lublinie i do historyka Anatola Sidarewicza z redakcji „Litaratury i Mastactva” w Mińsku.

Nie wiem skąd nagle po ponad pięciu latach (13 grudnia 1996 r.) Sokrat Janowicz napisał do mnie: „Не можа таго быць, каб Вы не чулі пра Антона Нэканду-Трэпку, аднаго з пачынальнікаў Беларускага Адраджэння! Як і не можа быць, таксама, і таго, каб Вы не ведалі аб тым, як мала вядома цяпер пра гэту постаць. І вось крыніца сама прабілася на верх, і то блізу мяне самога: звярнулася да мяне далёкая сваячка нашага забытага героя, сп. Трэпка з Белай (Падляскай). Але яна няшмат ведае, затое ведае, хто менавіта ведае, прычым немала і дакументальна нават. Вельмі магчыма, таму гэткі цуд аб’явіўся, што яны не фанаты католікі, а пратэстанты ад пакаленняў… Культурная рэлігія, без варварскай дурноты. Хачу, каб Вы гэтым заняліся, ведаючы – хаця б з «Часопіса» – пра Ваш пафас у археалогіі беларускай гісторыі, адкопванні яе ўдзірванелых фундаментаў. Зарослых савецкай крапівой ды бальшавіцкім чартапалохам”.

Sokrat Janowicz dołączył do listu także artykuł Aleksandry Sękowskiej z „Jednoty” (1996, nr 11, s. 12-13) „Ci, którzy zginęli… …na nieludzkiej ziemi”, poświęcony Antoniemu Nekandzie-Trepce i jego bratu Władysławowi. Podał także kontakt do autorki. Przy najbliższej okazji odwiedziłam ją podczas pobytu w Warszawie. Wtedy też otrzymałam kopię ankiety ewangelików, uczestników II wojny światowej, wypełnionej przez Marię Nekandę-Trepkę 30 sierpnia 1995 r. na Antoniego. Znalazły się w niej podstawowe dane: data urodzenia – 11.02.1877, miejsce – Mińsk Litewski, aresztowany przez NKWD w październiku 1939 r. w Wilnie i więziony tam na Łukiszkach, w 1941 r. wywieziony do łagru w ZSRR, uwolniony po umowie Sikorski – Majski. Z ankiety wynika, że zmarł z głodu i wycieńczenia, a także ran na nogach w październiku 1942 r. w Czornej Reczce w Kazachstanie. Znalazły się w niej także kontakty do Marii Nekandy-Trepki i wnuka Antoniego – Marka, zamieszkałego w Szczecinie.

Artykuł Aleksandry Sękowskiej był więc pierwszym, poświęconym pamięci Antoniego Nekandy-Trepki. Powstał ponad pół wieku po jego śmierci na podstawie listów przechowywanych w zbiorach rodzinnych Trepków, a dostarczonych autorce przez Marię Nekandę-Trepkę.

Postać Antoniego Nekandy-Trepki okazała się na tyle frapująca, że badanie jego życia i działalności zajęło mi ponad dwadzieścia lat. W tym czasie udało się zebrać sporo materiałów z archiwów oraz zbiorów prywatnych. Wizyty w Gdyni u Julii Bagniewskiej, w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej, w Białej Podlaskiej u Marii Nekandy-Trepki oraz w Szczecinie u Marka Nekandy-Trepki pozwoliły zebrać także relacje i wspomnienia oraz fotografie. W 1999 r. ukazał się w Mińsku 5 tom Encyklopedii Historii Białorusi, w którym zamieszczono przygotowany przeze mnie biogram Antoniego Nekandy-Trepki. Wcześniej, bo w 1991 r., jego biogram znalazł się w książce „Państwowa Szkoła Techniczna im. Józefa Piłsudskiego w Wilnie”.

Ankieta z Kościoła ewangelicko-reformowanego w Warszawie oraz inne materiały podawały rozbieżne daty urodzenia i śmierci Antoniego Nekandy-Trepki. Nie znalazł się dotychczas żaden dokument źródłowy, taki jak metryka urodzenia czy akt zgonu, który precyzyjnie określił daty rozpoczynające i kończące jego życie. Dlatego pisząc jego biogram do encyklopedii podałam dwie możliwe – 11.02.1877 r. i 11.01.1879 r. jako potencjalne daty urodzenia oraz 12.02.1942 r. i październik 1942 r. jako daty śmierci. Wydawcy zadecydowali o wyborze pierwszych dat.

Wczytanie się we wspomnienia Wandy Dzierżyńskiej, siostry Antoniego, urodzonej 8 grudnia 1877 r., pozwoliło ustalić, że matka ich Antonina z Niesłuchowskich zmarła 15 lutego 1879 r. przy porodzie syna Antoniego, tak nazwanego na cześć matki. Taka data zachowała się na jej pomniku nagrobnym na Cmentarzu Kalwaryjskim w Mińsku. Można więc domniemywać, że co najmniej rok urodzenia podany w Encyklopedii Historii Białorusi jest nieprawidłowy. W żadnym z zachowanych dokumentów nie ma daty urodzenia. Na dyplomie z 1904 r. stwierdza się, że miał 24 lata, co potwierdzałoby jego urodzenie w 1879 r.

 

„Wujaszek Toniuk”

Tak Antoniego Trepkę nazywały przynajmniej trzy poznane przeze mnie na przełomie XX i XXI wieków kobiety – Ludwika (Lula) Dzierżyńska (1908 – 2009), Julia (Ziuta) Bagniewska (1921 – 2016) i Maria (Lalka) Nekanda-Trepka (ur. w 1922 r.). Podczas spotkań z nimi czas się cofał o sto lat co najmniej. Dzięki ostatniej z nich, mieszkającej po dziś dzień w Białej Podlaskiej, zainteresowałam się na dobre losem Antoniego Nekandy-Trepki. To ona w sierpniu 1997 r. przyjechała do Gdyni i zaprosiła na spotkanie z Julią Bagniewską. A potem pojechałam do Warszawy do Ludwiki Dzierżyńskiej. 6 kwietnia 1999 r. Ludwika Dzierżyńska pisała: „Dziękuję za starania i pracę, jaką Pani podjęła dla mojego Wuja Antoniego, aby utrwalić jego wysiłek i ofiarność dla idei, jaką uznał za swoją”.

Wizyty w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej przepełnione były wspomnieniami: „Moja mama i wuj Antoni jeździli do takiego majątku, który się nazywał Zacierzew (na Mińszczyźnie). Tam gospodarowała ich ciotka. Jeździli tam na lato. Mile to lato wspominali oboje. Przez kilka lat tam jeździli. I on tam zapoznał się z ludnością białoruską. On już stamtąd wywiózł sympatię do tych ludzi. A potem jak pojechał do Petersburga. Po wojnie osiedlił się w Wilnie. W Mińsku mieszkali oni na Zaułku Zacharzewskim, głównej ulicy. Byłam w Mińsku mając raz 4 lata, a potem 7. Mój dziadek poza tym miał dwa domy nad Świsłoczą w takiej dzielnicy na obrzeżu miasta. Jego córka Jadwiga wyszła za mąż za pana Parfjanowicza, który miał dużą działkę na Zaułku Zacharzewskim i tam miał 3 domy drewniane, które wynajmował.

W 1921 r. pojechałyśmy do Wilna, bo tam był wuj Tonio, którego mama bardzo kochała. (….) Wujostwo mieli mieszkanie. Wuj pisał podręczniki po białorusku. Był bardzo porywczy. Brakowało wówczas praw człowieka. Ojciec uważał go za fanatyka. Mama wujka rozumiała, ale mówiła: „Jaki on Białorusin, on Trepka. Toniczku co ty robisz?” Ale z nim nie można było rozmawiać. Wszystkie siostry mówiły: „Przecież ty jesteś starodawny szlachcic. Co Tobie trzeba?”. On był bardzo zaangażowany i to jego zgubiło, ten ruch białoruski. Dlatego oni [sowieci] przyszli dwa tygodnie po przyjściu i jego zabrali, nie za żadne inne grzechy, nie za wykłady w szkole technicznej. Oni mieli wywiad, wszystko wiedzieli, co kto robił. Żona Julia była świętą kobietą. Takiej cierpliwości i łagodności ja nie spotykałam. Ciężko jej było żyć. Ona bardzo kochała swego męża i wzajemnie. A wuj rzucił się z głową i butami w ruch białoruski.

Wuj to był gorączka. Gdy Kazimierz dorósł do wieku szkolnego, to wuj zarządził, że pójdzie do gimnazjum białoruskiego. I wtedy bomba wybuchła – zagotowało się w rodzinie, bo wszyscy byli oburzeni, że wuj wysyła syna do gimnazjum białoruskiego: „Jak to, chcesz z niego zrobić Białorusina?”. Żona ustąpiła. Kazio bardzo dużo przeżył. On miał usposobienie matki. Był nieskończenie cierpliwy, łagodny. Nigdy nie słyszałam od niego jakiejkolwiek krytyki ojca, żalu do niego. Tak samo ciocia, nigdy nic nie mówiła, nie sprzeciwiała się. Kazio był pozbawiony kolegów polskich. Było tak. Było u mnie kilka osób młodzieży i on przyszedł. I ktoś zapytał, gdzie się uczy. Nie pamiętam, co on odpowiedział. Skończył SGH. Pracował w Warszawie. Ożenił się w 1936 r.

Aniela była częścią posagu mojej cioci. Jak wychodziła za mąż, to rodzice dołożyli jej Anielę. Był to typ starej służącej. Gderała itd., przywiązana była bez granic. (…) Bardzo lubiliśmy się z wujkiem. On miał duże poczucie humoru. Bardzo lubił żartować. A ja wiedziałam na jakie tematy nie lubi żartować. Na przykład – na temat Białorusinów. Mama uwielbiała jego.

To rodzeństwo bardzo się kochało. Bardzo szanowali i kochali macochę.

Julia Bagniewska, której mama Maria (Mura) Łowicka była rodzoną siostrą Julii Trepkowej, mieszkała w latach gimnazjalnych w Wilnie. Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni była tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem byli w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa i Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł, i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz”? – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Dokończenie nastąpi
Helena Głogowska