Halina Maksimjuk. Odviêdki

Było siête tohdy, koli mojoho dvojurudnoho brata Tolika narešti pustili do Bielśka, do nas. My dovho siêtoho čykali, často prosili diaďka i tiotku, až narešti našy mary spovnilisie. Odnoho razu diaďko jiêchav čohoś do Bielśka i zabrav Tolika z soboju, a potum pokinuv joho v nas.

Jak ja tiêšyłasie! Chotiêła odrazu vsio jomu pokazati, jak my žyvemo, što v nas je, i poznakomiti joho zo svojimi koležankami…

– A čom u vas taki mały pudvôrok? – na samum počatku zapytavsie Tolik. – A vašy chlivy de?

Ja jomu starałasie vytłumačyti, što to ne sioło, što tut trochu inakš… Ale vôn ciêły čas krutiv nosom.

– I chatka u vas takaja małaja, šče menša, čym naša, – narykav.

Mojiê zabavki tože jomu ne podobalisie, pokôl ja ne vyniała klockuv. A ja jich miêła mnôho. I do stavlania domôv, i do układania obrazkuv, i z literami, kob učytisie čytati… Tohdy to jomu až očy zasvitilisie. Vôn zaraz začav stavlati viêžu, jakiś môst, chatu, ne chotiêv naveť jiêsti, až mama rozzłovałasie. I radivom velmi zainteresovavsie, bo v jich u Knorozach była tôlko „točka” (to takoje jakby radivo, było v kažnuj chati v seliê, tam puskali muzyku i jakijeś, musit, vjadomosti, ale programu tam ne možna było pominiati i ničoho z tym zrobiti, chiba što vyłončyti i vsio). Tolik stojav pry našum radivi i miniav programy, i robiv to ticho, to strašenno hołosno. Mama nakuneć ne vyderžała i vyłončyła radivo z gniazdka, bojałasie, što Tolik joho popsuje, i tato bude kryčati.

Na druhi deń po snedani my pujšli do miêsta. Po hulici jiêzdili samochody. Tolik ne môh od jich odorvati očy, a ja išła zboku velmi zadovolana, što narešti štoś jomu podobajetsie, i starałasie vytłumačyti, što de znachoditsie. A potum my zajšli na rynok i mama môcno deržała nas za ruki, kob my ne zhubilisie sered tłumu ludi. To byv čertver, u nas v Bielśku v siêty deń vse byv veliki rynok. Mama štoś tam kupovała, a môj brat rozhladavsie kružka z rozdziavlanym rotom.

– Tôlki ludi to ono na Spasa pud cerkvoju byvaje, – pokrutiv vôn hołovoju. – I kôlko tut vsioho prodajut! U nas u sklepi vsio ne pomiêstiłosie b! Napevno!

A na našum rynkovi prodavali vsio-vsieniutko: kartopli, hurki, jabłka i pomidory, horčki i odežu, jajcia i kury, i kupu vsiakoji vsiačyny. U četver do Biêlśka pryjizdžali lude z usiêch bliźkich i daliêjšych siołuv. Odny prodavali, inšy kupovali. Usiudy čułosie, jak tiotki hovorat po-svojomu, mjastovy hovoryli po-pôlśki abo prynajmi staralisie. Cikavo na rynku było.

Potum my pujšli do našoho sklepu, bo treba było kupiti chliêba, nu i cukierki dla nas. A sklep byv veliki, samoobsługowy. My chodili za mamoju, kotora vkładała do koška potrêbny rečy. Nam kupiła vafelki i dropsy, z čoho my velmi tiêšylisie.

Koli my voročalisie dodomu, Tolik zagapivsie na jakiś samochod i raptom jak ne dasť hołovoju ob stovp. Na joho łobi odrazu vyskočyła velizna guza. Poka my dojšli do chaty, vôna vže pospiêła posiniêti. Ne pomohło prykładanie zimnoho noža ani mokroji šmatki. Lodu tohdy my ne miêli, bo šče ne było v nas lodôvki.

– Jak že ž ja joho pokažu svojim koležankam? – dumała ja. – Z takoju guzoju! To ž joho vsiê obsmijut!

Ale mama naveť čuti ne chotiêła, što my vyjdemo na huliciu.

– Odnoji guzy chvatit, – skazała vona. – Znajučy vas, to šče pozabivajetesie tam na jakôj-leń budovi. Doma pozabavlajtesie, i vsio.

Ale Tolikovi rozboliêłasie hołova, i vôn lôh i zasnuv. Pevno od toho, što tak davsie ob stovp. A ja sidiêła i perehladała knižku, bo što ž mniê było robiti v takôj sytuaciji? Do mene prybiêhli koležanki, ale mama skazała, što ja nikudy ne pujdu. Ja čuť ne rozpłakałasie.

Koli my v subotu odvezli Tolika do Knorozôv, to tiotka až perelakałasie. Taja guza tohdy vže zrobiłasia strašnaja, takaja zelono-sinia.

– Tebe tam pobili čy što? – zapytałasie Tolikova mama.

A moja mama až počyrvoniêła, jôj było velmi stydno, što ne prypilnovała chłopcia. Ale diaďko Gryša ono zasmijavsie i skazav, što doma tože môh de-nebuď datisie łobom. Bo i pravda, my tak biêhali i skakali, što ne raz prychodili i poderty, i posiniačany. Koli my skaržylisie, što nas što-nebuď bolit, bo my skaliêčylisie, to nam vse odkazuvali, što do vesiêla zahojitsie. Tolik usiêm na hulici chvalivsie, što byv u Bielśku, i rozkazuvav pro samochody, bo vony jomu najlepi zapometalisie. Na seliê tohdy jich tôlko ne jiêzdiło.

– Ale naohuł to ja b ne chotiêv tam žyti. U nas bôlš cikavych mistiôv i cikaviêjša robota, – pudsumovav vôn i pobiêh za diaďkom zaprehati konia, kob odvezti nas na prystanok do Chrabołôv.

Tiotka našykovała nam na dorohu kusok svôjśkoho chleba, i my pojiêchali. Tolik zadovolany pohaniav konia, a mniê było trochu smutno, što znov joho dovho ne pobaču. Ale potum podumała, što budu bavitisie z koležankami, i mniê raz-dva polohčało na dušê.

Bo mniê było fajno i tam, i tam. Ja lubiła i Biêlśk, i Knorozy. Ne chotiêłoś mniê navse ostavatisie v Knorozach, ja miêła koležanki i koleguv na svojôj hulici, miêła inšy zaniatki, čym mojiê braty i sestry na seliê . I čym staršy my stavali, tym mucniêj rozychodilisie našy dorohi. My vsio šče spotykalisie, zabavlalisie razom, ale toj magičny ditiačy sviêt uže zostavsie daleko za nami. Ale dobre, što vôn šče žyve v našych dušach i vspominkach.

Halina Maksimjuk. Novy dom.

My perejiêchali od babuni, koli mniê šče ne było i štyroch rokuv. Ne do siêtoho velikoho domu, u kotorum teper žyvut mojiê baťki, ale do tak zvanoji liêtnioji kuchni. Tam usioho była małaja kuchnia z plitoju na štyry kruhi i stinôvka, u kotoruj paliłosie zimoju. Z mebluv my miêli kredens, stôł, stuleć i tuboretku. U kutkovi na stôlčyku stojało vidro z vodoju. Tato razom z susiêdom vykopali kołodeć, i v nas była velmi dobra voda. Pokojčyk od kuchni oddilała velika šafa. U pokojčyku stojav stôł, paru krêsioł, mamina mašyna Singer, sunduk, łôžko baťkôv, a za piêčkoju moje łôžko.

Nam zdavałosie, što my majem tak mnôho miêstia! Na pudłozi mama rozosłała chodniki, a na pôłočci v kutkovi tato postaviv radivo, ale tôlko tohdy, koli nam pudveli elektryčnosť. Bo peršy rôk abo i dva my svitili gaznikom. Vôn do diś stojit u nas u komory. Pro televizor nichto tohdy naveť ne dumav, bo vôn byv ne na našu kišeniu. Ja pomniu, jak časom uvečery tato dovho słuchav Vôlnoji Evropy albo BBC po-pôlśki, a potum z mamoju štoś tam šeptav. Mniê stroho prykazali, kob pro siête słuchanie nikomu ne hovoryti. Nu i ja ne hovoryła.

Potum baťki začali pomału staviti novy dôm. Najperuč šykovali pustaki. Ne kuplali, ono robili sami. Była takaja spicijalna mašyna: pustačarka. Do jijiê vkładałosie pryšykovanu mišaninu žužlu, žviru, cimentu, vapna i vody, i takimi tovkačami siête vsio zatovkałosie. Ja tože chotiêła pomahati. Dostavała najmenšy tovkač i diêło išło!

Potum zalili łavy (to pudstava domu), a posla šykovali fundamenty. Tohdy pryjizdžali tatovy braty i naveť tatuv baťko, a môj diêd, kob pomahati. Tato pozyčav betoniarku, i vony ciêły deń praciovali. Mama šykovała obiêd, a mene posyłali do miêsta po chliêb. A raz vysłali naveť po kovbasu. Ja zajšła pud masarniu, a tam – dovha koliêjčysko, usiê ždali popołudniovoji dostavy. Jak odčynili sklep i chłynuli lude, to mene małuju prydušyli do stiny. Ja počuła, jak moje pleče i ruka šorat ob nerômnu stinu. Stała kryčati. A taja baba, što mene prydušuvała, šče durno pytałasie:

A czego ty, dziecko, tak krzyczysz?
– Ty šče lepi kryčała b, kob tvôj tłusty zadok tak pošoryti! – podumała ja złôsno.

Ja vernułasie dodomu ciêła obderta i rozkryvavlana, ale prynesła puv kila kovbasy, bôlš ne davali. Mama poniuchała jijiê i skazała, što vona smerdit. Dovełosie zdobytu cinoju krovliê kovbasu vykinuti kuram. Mama odčyniła słojik z mjasom, pryšykovała kartopli i kotlety, ohurki, usiê pojiêli, vypili po kilišku i rozjiêchalisie. A mniê, musit, z tyždeń boliêli ruka i pleče.

Tato staviv dôm sam odin, ono do toho, na čôm ne znavsie, potrebovav robôtnikuv: do elektryčnosti, do piêčki, do vstavlania okon. I tak pomału naša chata bôlšała, a ja chodiła „na budovu” i vsiudy zahladała, i rozpytuvała, de što bude. Naveť pokojčyk sobiê vže vybrała.

Ohladati televiziju my chodili do susiêduv, tohdy same pokazuvali Klosa i Pancernych. Do kolegi biêhała ohladati Zwierzyniec i jakiś teatrzyk dla diti, kotoroho po pravdi kažučy ne velmi lubiła, ale jak ne było nic inšoho?.. Zatoje velmi mniê podobalisie seryjali Wakacje z duchami, Podróż za jeden uśmiech, Pan Samochodzik i templariusze i Stawiam na Tolka Banana, kotory pokazuvali v čytverhi zaraz po Ekranie z bratkiem. Pomniu, jak piêsniu z filmu pro Tolka Banana na kuneć seryjalu povtoryli, musit, zo try razy, a my z divčatami podililiś robotoju i ciêłu zapisali. Prosto kažna zapisuvała inšy radok, a posla my złožyli vsio do kupy.

Stare miał dżinsy, starą koszulę,
W dziurawych kamaszach szedł.
Z odwagą w sercu, z dumą na twarzy
Czy dobrze było czy źle.

Ne raz spivali jijiê pry ohniskach, na kolonijach čy obozach. To tohdy byv hit.

Gdzie świat szeroki, droga daleka,
Pod dachem utkanym z gwiazd,
Księżyc mu kumplem, głód był kolegą,
Tak przewędrował sto miast.

Svojoho televizora ja doždałasie, koli vže była v pjatuj klasi i my žyli v novuj chati. To byv čorno-biêły „Ametyst”. Kolorovy televizory pojavilisie para liêt puzniêj.

Pereselilisie my same pud Prečystu (praznik u našum starôm prychodi, 21 veresnia). Mama pudhotovlała vsio šče v starôj chati, ale hosti my pryjmali vže v novuj i ne zusiêm vykunčanuj. Jak ja tiêšyłasie! Tam była voda v kranach i velika vanna, i ja narešti miêła svôj pokojčyk! Mniê tudy vstavili novu versalku, potum prykupili bjurko z sekretarykom, stolik i dviê pufy. I to vsio. Aha! Šče ja dostała chodnik, kotory potum zaminiali na dyvan. Mama jakoś velmi chutko ponasadžuvała raznych kviêtok, kotory stojali na parapetach, porozviêšuvała ikony, i tak my začali nove žycie.

Ania zadovolana biêhała po schodach tudy-siudy, ale najlepi jôj było v mojôm pokojovi. Ja jijiê vyhaniała od sebe, bo mniê narešti chotiêłosie pobyti odnôj, ale de tam, vona jak myška vse znajšła jakujuś dyrku, kob uliêzti i trochu pošnyryti.

Odnoho razu ja zrobiła sobiê kogel-mogel, a Ania nasiêła na mene, kob jôj tože zrobiti. Zavelmi mniê ne chotiêłosie, ale što tam, ja jôj zrobiła, i vona stała joho jiêsti. Nabrała povny rot i nijak ne mohła kovknuti. Odstaviła sklanku na stolik i trymajučysie za rot chuteńko vybihła. Ja išła po jijiê slidach i znała, što bez pratania ne obujdetsie. Vona blovała tym koglom-moglom de popało, musit, ne posmakovav vôn jôj. Slidy veli ažno pud kuratnik. Bôlš vona nikoli v žyciu kogla-mogla ne jiêła. Mušu skazati, što ja tože stratiła na joho apetyt, na jakiś čas. A toje vsio my musili popratati, i to raz dva, bo mama miêła vernutisie z roboty čerez hodinu, a vona velmi ne lubiła bałaganu.

Ja tohdy była same v takôm vikovi, koli zbirajut razny pisniê i viêršyki i pojavlajetsie zacikavlenosť muzykoju i filmom. Kupiła sobiê gruby zešyty, zapisuvała tam pisniê (tuju ob Tolkovi Bananovi tože):

A potem odszedł, odszedł daleko,
Za siedem gór, siedem rzek.
Jednak o Tolku piosnka zostanie,
Czy chcecie wierzyć czy nie.
Piosnka o Tolku, Tolku Bananie,
Czy chcecie wierzyć czy nie.

Najperša, kotoru ja zapisała, była pro partyzana. Začynałasie: Wyruszał partyzant do boju / Żegnał swą lubą dziewczynę

I tak nazbiravsie odin zešyt, posla druhi.

Pomniu, što interesovałasie ja tože filmami i aktorami. Naveť kuplała sobie časopisy Film i Ekran, čytała artykuły, plotki ob pôlśkich i zahraničnych artystach, vytinała zdymki i vklejuvała jich do velikoho zešyta, zapisuvała jakijeś cikavy informaciji pro jich. Załožyła sobiê v kijosku spicjalnu tečku, de sklepova pokidała mniê zamovlany časopisy, bo inakš jich velmi chutko rozbirali.

A jak ja ono miêła jakijeś hrošy, to zaraz biêhła do kina. Najperuč na Poranki v nediêlu. Tam pokazuvali kazki, perevažno ruśki, ale vony byli fajno sfilmovany, i jakijeś filmy dla mołodiožy. Koli była trochu starša, to my z divčatami chodili na popołudniovy seansy. To vže byli zahraničny filmy, francuśki abo amerykański, časom angielśki. Naše bilśkove kino „Znicz” miełosiê tohdy całkom dobre.

Musit zo dva tyje zešyty z piêsniami i viêršykami zostalisie mniê na pametku. Moja dočka Marylka perehladaje jich časom, ale spivati ne choče, bo jôj podobajutsie zusiêm inšy pisniê.

Дзень Волі ў смартфоне

Сэльфі якое зрабіла Любоў Дзядзікіна ў Дзень Волі імгненна стала сімвалам мірных пратэстаў у Менску (nn.by)

Дашкевіч на Валадарцы. Напэўна ўсе мф’цы тут, а БЛ у амерыканцы” – такі допіс 25 сакавіка у 12:05 ў сацсетках пакінула Наста, жонка Змітра Дашкевіча (лідара «Маладога фронту»), які за апошнія месяцы вырастае на аднаго з лідароў грамадскага супрацьстаяння ў Беларусі. Хаця рэжым і яго адносіны з народам не мяняюцца, менскі Дзень Волі ўпершыню можна было з дапамогай інтэрнэту назіраць амаль ужывую. Здаецца што нават і тое не дапамагло звярнуць вочы Еўропы ды свету на Менск.

Напружаная сітуацыя ў Беларусі пачалася ў лютым у якасці пратэстаў выкліканых прэзідэнцкім Дэкрэтам №3 «Аб папярэджанні сацыяльнага ўтрыманства». Новы закон у народзе вядомы як падатак на дармаедства давёў да шматлікіх маршаў абураных беларусаў, якіх прымушаюць плаціць дзяржаве грошы за тое што ў іх няма працы. Першы з іх пачаўся 17 лютага ў Менску, потым беларусы выйшлі на вуліцы такіх гарадоў як Берасце, Горадня, Гомель, Магілёў, Бабруйск ці Баранавічы. Удзельнікі патрабавалі адмены дэкрэта, за тым таксама і адстаўкі прэзідэнта Лукашэнкі, які 23 год пры ўладзе. Новы падатак, які кранаў ажно 470 тысяч грамадзянаў, стаў прычынай першых такіх масавых за апошнія 20 год пратэстаў, у якіх прынялі ўдзел у большасці беларусы якія не мелі раней дачынення да палітычных пратэстаў і ці апазіцыі. Арганізатараў маршаў штрафавалі і судзілі, а 9 сакавіка Лукашэнка прыпыніў дзейнасць дэкрэта. У той час напрыканцы лютага прайшла таксама акцыя абароны Курапатаў, у якіх планавалася будаўніцтва бізнэс-цэнтру ў ахоўнай зоне мэмарыялу. Лукашэнка добра ведаў, што ў Дзень Волі можа паўтарыцца 2010 год, калі пасля выбараў на вуліцы Менска выйшлі тысячы людзей.

На спробы святкавання 99. угодкаў абвяшчэння БНР улады адказалі запалохваннем ды сілай. Да Дня Волі службы правялі прэвентыўную зачыстку, было затрыманых шмат актывістаў, якія трапілі на суткі зняволення. У інтэрнэце пісалася, што нехта ўзламаўся ў акаунт палітыка Міколы Статкевіча і паведаміў што пратэст адмянаецца. Збор удзельнікаў акцыі планаваўся пры Акадэміі Навук у 14.00 гадзін, хаця ўлады адмовілі арганізатарам у яе правядзенні. Нягледзячы на забарону, апазіцыйныя палітыкі заклікалі сустрэцца ў запланаваны час. Негледзячы на пагрозы, 25 сакавіка некалькі тысяч жыхароў рушылі ў кірунку Акадэміі навук.

Улады падрыхтаваліся да разгону грамадзян выдатна. Цэнтр горада выглядаў як у ваенны час – з унутраным войскам, спецназам, дзесяткамі аўтазакаў. Усё дзеля мірнай акцы,і якая не магла стаць беларускім майданам. АМАПаўцы ўварваліся ў офіс праваабарончай арганізацыі „Вясна”, затрымана пару сотняў чалавек. Метро ды гарадскі транспарт не прыпыняліся побач станцыі Акадэмія Навук. Улады баяліся лідараў палітычнай апазіцыі. У пэўны момант не было звестак пра месца знаходжання Міколы Статкевіча, які ўзяў на сябе адказнаць за правядзенне акцыі. На ходніках ад плошчы Якуба Коласа і парка Чалюскінцаў міліцэйскія не прапускалі анікога апроч журналістаў. Кожны хто здолеў усё ж такі прайсці, быў на месцы затрымліваны і закідваны супрацоўнікамі АМАП у аўтазак – у тым ліку пажылыя ды жанчыны. Жорсткія затрыманні распаўсюджваліся на відэа ды фота ў СМІ амаль ужывую. Тысячы назіральнікаў сачылі за падзеямі седзячы перад камп’ютарамі. Вельмі моцнае ўражанне рабілі допісы як ‘нехта грукае ў дзверы, каля пад’езда бачу машыну з просьбай тэлефанаваць калі нешта з ім дрэннага здарыцца. Сучасная тэхніка стала новай зброяй у барацьбе з уладамі, хаця –  як некаторыя звярталі ўвагу – у цэнтры горада кепска працавала мабільная сувязь – верагодна, спецслужны блакавалі.

Паводле звестак СМІ, лік затрыманых людзей якіх развезлі па ўсіх раённых РАУСах дасягнуў 1000 чалавек. Наступныя дні сталі пад знакам суда за „удзел у несанкцыянаванай акцыі”. Ёсць звесткі аб збіцці некаторых людзей. „Майдан не атрымаўся” – казалі прыхільнікі ўладаў. Сваю ацэнку Лукашэнкі памяняў маршалак польскага Сенату Станіслаў Карчэўскі, які яшчэ пару месяцаў назад пісаў пра кіраўніка РБ як пра „цёплага чалавека”. Зараз у сацсетках заявіў, што той «страціў шанец на збліжэнне з ЕС ды Польшчай, яго дэкларацыям супярэчаць жорсткія падаўлення мірных дэманстрацыяў ды арышты». Тымчасам прэзідэнт заявіў, што ён з Уладзімірам Пуціным як «родныя браты».

 

Тамаш Суліма

Міхал Мінцэвіч. Следам прызвання

Змаганне суправаджае чалавечае жыццё. Гэта змаганне паміж любоўю і самалюбствам. Любоў у адступленні.

Мой жыццёвы досвед падказвае, што хрысціяне асабліва думаюць пра Бога толькі, у прынцыпе, двойчы ў год: у Ражджаство і Вялікдзень. Ну, і, вядома, калі здарыцца нейкае няшчасце ў найбліжэйшым акружэнні, паводле народнай мудрасці: „Калі трывога, то да Бога”. Факт – слова „Бог” людзі ўжываюць штодзённа, забываючы, што Свяшчэннае Пісанне забараняе ўжываць яго „всуе” – дарэмна. Але ёсць людзі, якія Богу прысвячаюць вялікую долю свайго жыцця.

Па-мойму, прызванне, гэта перакананне, што трэба трымацца нейкага акрэсленага ладу жыцця. Бог у сваёй вялікай дабрыні дае людзям мноства дароў, напрыклад сілу, здароўе, мудрасць. Чалавек быў першым адлюстраваннем Бога. Нашы істоты Бог стварыў на свой вобраз і падабенства і вызначыў кожнаму чалавеку нейкае даручэнне, місію. Кожны чалавек мае нейкі Божы дар, які нас радуе, які трэба берагчы і памнажаць – дзякуючы такім чынам Богу – раздзяляючы яго
з іншымі.

Некаторыя людзі служаць Богу ў якасці місіянераў, манахаў, пустэльнікаў, святароў ці катэхетаў. У некаторых гэта частка доўгай сямейнай традыцыі, іншыя прывязваюцца да Царквы з наймалодшых гадоў. Заўважаю таксама, што такая прывязанасць часам бывае метадам пракладкі жыццёвай дарогі, ангажавання – афіцыйнага ці неафіцыйнага – у палітыку розных узроўняў.

Калі я вучыўся ў сярэдняй школе, адзін мой аднакласнік прызнаваўся мне, шо марыць мець маёнтак і багацце, каб яго паважалі. Меў ён вясёлы і лагодны характар, не прападаў за мацнейшым і прысмакамі, але вельмі цягнула яго да дзяўчат. Нішто не прадвяшчала, што адыдзе ён ад вывучанай прафесіі механіка. Але так здарылася, што апынуўся ён у Амерыцы, дзе стаў бацюшкам.

Да прызвання адносяцца па-рознаму нават асобы духоўныя. Вось такі адзін, родам з поўдня краіны, з якім я вёў інтэрв’ю, здзівіўся перада мною: «Прызванне – а што гэта такое?». Я не мог яму адказаць. І пакінуў гэтую тэму.

Мне асабіста сфера духоўнасці таемная, іншая ад рэчаіснасці, задзіўляючая і прыцягальная. Хаця я ад яе збоку, то ўсё ж люблю пра духоўнасць чытаць, пісаць, гутарыць з людзьмі, а найбольш люблю фатаграфаваць; лічу, што гэта таксама мой атрыманы ад Бога дар. Ад трыццаці двух гадоў сістэматычна фатаграфую падзеі з жыцця Арлянскага прыхода, важнейшыя святы, візіты іерархаў, прыхаджан, збудаванні. Мяркую, што ў будучыні ўдасца мне наладзіць фотавыставу і мультымедыйную прэзентацыю, у тым ліку і з маімі артыкуламі ў беларускіх газетах, на гэтую тэму. Бо ж, можна так сказаць, і газеты спрыяюць майму дару ад Бога.

Настаяцелем Арлянскага прыхода ад восені мінулага года а. Славамір Хвойка. Ад некалькіх гадоў у Орлі таксама малады а. Андрэй Жукавіцкі. Ад 15 жніўня 1996 года ў Орлі вікарый а. Анатоль Такаюк. Настаяцелем ад 1962 года быў а. Аляксандр Такарэўскі, народжаны ў 1929 годзе, зараз ён ганаровым настаяцелем і ў кожную нядзелю даязджае ў Орлю з Бельска-Падляшскага; так мне прызнаўся:

– Святарскае прызванне, мабыць, было ў мяне з дзяцінства. Вялікае значэнне меў таксама і той факт, што некаторыя мае сямейнікі здаўна працавалі ў карысць Царквы. Дзед Пётр Такарэўскі быў псаломшчыкам у Корніцы. Дзядзька быў святаром у Бельску-Падляшскім і шмат часу выконваў абавязкі благачыннага. І мой лёс так склаўся, што пасля смерці бацькі ў 1942 годзе жыў я ў свайго дзядзькі, які тады быў святаром у Мілейчычах. Ён ставіўся да мяне як да роднага сына, быў для мяне аўтарытэтнай асобай. Любіў я гутарыць з ім на розныя тэмы, суправаджаць яго ў ягоных вандроўках. Сістэматычна наведваў я царкву, удзельнічаў у службах: чытаў, спяваў, прыслугоўваў. Ужо тады вывучаў я «часаслоў» на памяць. Усё гэта мела ўплыў на маё святарскае прызванне.

Айцец Аляксандр Такарэўскі служыць у Орлі ўжо пяцьдзесят пяць гадоў. Тут людзі яго вельмі паважаюць за сумленнасць, добрае кіраванне прыходам у мінулым і – асабліва – за сардэчныя і ўважлівыя адносіны да іх.

З Арлянскага прыхода выводзіцца многа святароў, у іх ліку і ўжо не жывучы сын настаяцеля Георгій; шмат з вёскі Пашкоўчына. Фама Стэмпа з Тапычкал, які тэалогію вывучаў у Варшаве і Румыніі, прызнаваўся мне, што ягоныя жыццёвыя планы фарміраваліся з дапамогай нашага настаяцеля, калі з пятага-шостага класа пачатковай школы аж да трэцяга класа ліцэя прыслугоўваў у арлянскай царкве, пазней прымаў удзел у з’ездах праваслаўнай моладзі на Грабарцы, паломнічаў з беластачанамі і гайнавянамі. Айцец Фама падкрэсліваў: «Вельмі важна не забываць пра сваю рэлігію, пра атрыманую ў спадчыне ад продкаў веру. Трэба працягваць традыцыю і рупіцца пра сваё духоўнае развіццё. Нельга забываць, што на першым месцы Бог, бо тады ўсё будзе складвацца па Ягонай і нашай волі».

Людзі, прагныя ідэальна здзяйсняць прынцыпы сваёй рэлігіі, яднаюцца ў ордэны. З Арлянскага прыхода выводзяцца таксама многія манахі і манашкі.

Юрка Хмялеўскі. Ад Рэдактара.

Нядаўна пабываў я на цікавай і заадно сімпатычнай сустрэчы ў Падляшскай кніжніцы ў Беластоку. Была гэта ўрачыстая прэзентацыя трэцяга выпуску фотаальбома „Колеры праваслаўя. Польшча”. Яго выдаўцом з’яўляецца аб’яднанне „Ортфота”, якім кіруе Алік Васылюк (раней быў ён кіраўніком сайту Cerkiew.pl), а гуртуе яно фатографаў – пераважна непрафесійных, праваслаўных. На здымках паказваюць яны праваслаўныя цэрквы і царкоўнае жыццё. Свае здымкі змяшчаюць на сайце Orthphoto.net, які мае міжнародны характар, бо там здымкі праваслаўя і іх аўтары – з многіх краін свету. Адтуль, вядома, і здымкі надрукаваныя ў тоўстым фотаальбоме прысвечаным праваслаўі ў Польшчы.Першы яго выпуск паказаўся ў 2011 годзе, а ў два наступныя ўвайшло за кожным разам крыху іншых здымкаў.

Прамоцыя фотаальбома ў Беластоку, што прайшла 17-га сакавіка, была зладжана як вялікая культурная падзея. Прысутнічала шмат важных асобаў, у тым ліку Мацей Жыўна з маршалкоўскай управы ваяводства ды некаторыя войты, бурмістры або іх намеснікі, як прадстаўнікі самаўрадаў, якія дафінансавалі гэтае выданне. Прыбыла таксама каля дваццаці аўтараў змешчаных у альбоме здымкаў. Сустрэчу ўмела вялі Галена Марцінкевіч з дэпартамента культуры Маршалкоўскай управы ды галоўны ініцыятар выдання Алік Васылюк.

Мерапрыемства дасканала ўпісвалася ў вялікапосны настрой. На пачатку выступіў царкоўны моладзевы хор з беластоцкага сабора. Апрача некалькіх малітоўных твораў на царкоўна-славянскай мове адну праваслаўную малітву праспяваў ён па-польску. Яе словы ў адрозненні ад першых, вядома, усім былі зразумелыя, але адчуваўся вялікі кантраст. Царкоўны напеў па-польску ёсць проста ўбогі і сціплы, бо не аддае духоўнасці, містыкі і таямнічасці, што з’яўляецца непаўторным вялікім багаццем царкоўнай музыкі ў славянскім арыгінале. Варта тут падкрэсліць, што і калісь, шмат стагоддзяў таму, калі славянская мова была яшчэ жывая, вернікі таксама не ўсё разумелі, калі ў царкве спяваў хор. З гэтым крыху так, як з оперным спевам, дзе словы поўнасцю зразумелыя толькі спецыялістам. Вырашае акустыка і спеў як перадусім музыка, а не звычайная песня. Словы, вядома, таксама важныя, бо надта глыбокія і ад душы, але іх сэнс трэба пазнаць асобна. І тут пераклады на польскую мову сапраўды прыдатныя. Але пераклад ёсць заўсёды толькі перакладам. Немагчыма поўнасцю перанесці сэнс і значэнне слоў у арыгінале на іншую мову. Гэта датычыць і літаратуры, асабліва паэзіі. Часта пераклад гэта проста новы твор. У выпадку царкоўнага спеву гэтае зрабіць проста немагчыма.

Нашай беларускай мове ўсё-такі бліжэй да царкоўна-славянскай, чымсьці польскай. Літургія па-беларуску сапраўды прыгожая, калі па-польску – нам проста чужая. Таму шкада, што царкоўныя хары на Беласточчыне вельмі рэдка спяваюць па-беларуску. Тут, вядома, прычына іншая – асіміляцыя з паланізацыяй. Праўду кажучы, калі на прэзентацыі альбома пачуў я царкоўны спеў на польскай мове, спадзяваўся, што прагучыць нешта і па-беларуску. Але, дзе там. Дарэчы, беларускіх акцэнтаў падчас гэтай сустрэчы цалкам не было. Была гэта поўнасцю польская імпрэза, якая выхваляла праваслаўе ў Польшчы, нягледзячы, што гэта не нацыянальная рэлігія палякаў. Праваслаўнымі вернікамі ў Польшчы з’яўляюцца ў асноўным беларусы або асобы беларускага ці рускага (напэўна не расійскага) паходжання, якія, на жаль, часта не лічаць сябе беларусамі, але праваслаўнымі палякамі. Прытым праваслаўе ў Польшчы сёння гэта перадусім Беласточчына. Таму загаловак фотаальбома з націскам на слова „Польшча” ёсць мабыць крыху перабольшаннем. Але мы ўжо так маем. Каб штучна павысіць ранг аглядаў беларускай песні, іх арганізатар – Галоўнае Праўленне БГКТ – вырашыў на пачатку дзевяностых гадоў перайменаваць мерапрыемства на фестываль, называючы яго пры тым „агульнапольскім”. Хаця рэдка калі ў гэтых пераглядах удзельнічалі выканаўцы з-па-за Беласточчыны. Праўда, прыязджаў часам нехта з Варшавы, каб у Беластоку праспяваць дзве песні, але гэта аніякі аргумент. Бэгакатоўскі фестываль заўсёды быў і ёсць мясцовым, а не краёвым. Само слова „агульнапольскі” таксама не цалкам беларускае. У Беларусі гавораць – „Усебеларускі”, таму калі што павінна быць „усяпольскі”. Дарэчы, не чуваць, каб у Польшчы былі „агульнапольскія” фестывалі літоўскай, украінскай, рускай ці нямецкай песні…

Дадатак „Польшча” ў загалоўку альбома „Колеры праваслаўя” абгрунтаванне ўсё-такі мае. Змешчана ў ім каля 150 фотаздымкаў, частка якіз прадстаўляе таксама цэрквы з-па-за Падляшша. Толькі, што яны там ужо амаль апусцелыя. Альбом нават адкрывае фотаздымак старыннага праваслаўнага вялікага каменнага крыжа на могільніку ў Радаме. Але відаць на ім таксама сучасны надмагільны помнік, крыж на якім ужо каталіцкі.

Ва ўступе да альбома падкрэсліваецца, што праваслаўе на сучасных польскіх землях прысутнічае няспынна ад IX стагоддзя, калі на поўдзень дайшлі славутыя місіянеры – святыя Кірыла і Мяфодзій. Ужо прайшло, адднак, звыш тысячы гадоў, як па тадышніх першых храмах (м.інш. у Кракаве) няма нават следу.

Падчас прэзентацыі альбома таксама была паказана анімацыя „Праваслаўе ў Польшчы”. На працягу пятнаццаці хвілін прадстаўлена ў ёй уся гісторыя праваслаўнай царквы на польскіх землях і яе сучасны стан. Аглядаючы гэтую анімацыю можна мець уражанне, што праваслаўе ў Польшчы даволі магутнае як на рэлігійную меншасць у краіне, у якой 90 прац. грамадзян гэта каталікі. Прытым пададзены там лік 500 тыс. праваслаўных, а ён жа ў некалкі разоў павышаны. Ва ўступе да альбому ёсць ужо меншы лік, бо 300 тысяч. Сацыялагічныя навуковыя даследаванні даказваюць, што ў Польшчы цяпер пражывае 150 тыс. праваслаўных, з чаго 75 прац. а мо і болей на Беласточчыне. Столькі ж далічыліся праваслаўных і падчас апошняга перапісу насельніцтва ў Польшчы.

Нягледзячы на гэтую рэчаіснасць польскае праваслаўе безумоўна з’яўляецца важным духоўным і культурным багаццем у Польшчы, якім таксама можна і трэба ганарыцца ў свеце. Ініцыятыва згуртавання Orthphoto задумана менавіта таксама для таго, каб багацце польскага праваслаўя паказваць за мяжою. Апрача кніжнага альбому ёсць таксама выстаўка фотаздымкаў, якая была прзентаваная ў многіх месцах у Польшчы, а таксама ў Беларусі, Балгарыі, Грузіі, Малдове, Румыніі, Сербіі, Украіне, у Еўрапейскім Парламенце ў Бруселі, а нават у далёкай Эфіёпіі. У гэтым годзе ў рамках прамацыйнай праграмы польскай культуры за мяжою, фінансаванай міністэрствам замежных спраў Польшчы, такая выстаўка будзе прэзентавацца ў Літве, Расіі і Фінляндыі.

Праваслаўе гэта найперш падляшскі „экспартны” тавар, галоўная прызнака шматкультурнасці нашага рэгіёну, адзінага такога ў Польшчы. Пра гэта падчас прэзентацыі альбома гаварыў віцэ-маршалак Мацей Жыўна. – Вера і культура неабходныя, каб рэгіён мог нармальна жыць, а праваслаўе ёсць часткай нашай культуры, – падкрэсліў ён.

Насуперак назову альбома праваслаўе ў Польшчы цяпер зусім не ў росквіце, а хутчэй за ўсё ў крызісе. Колькасць вернікаў не павялічваецца. Цэрквы на нашай Беласточчынне, якіх так густа ў краявідзе, амаль ужо апусцелі, паколькі абезлюднелі вёскі. Але і ў гарадскіх храмах – у Беластоку, Бельску ці Гайнаўцы – таксама натоўпаў няма. Гэтым, аднак, здаецца, ніхто завельмі не пераймаецца. У тым, што праваслаўе прыгасае, не відаць таксама нейкай заклапочанасці ўладаў. Было б інакш, каб было каму за гэтым заступіцца. Але праваслаўныя эліты, каляцаркоўная інтэлігенцыя, таксама ў нейкім крызісе. Яе мала і не такая актыўная яна як калісь. Амаль уся гэта эліта сабралася і на прэзентацыі альбома. Славамір Назарук, наш колішні рэдакцыйны сябра і шматгадовы (з 80-х гадоў) вядомы царкоўны дзеяч, а цяпер адзіны праваслаўны ў Гарадской радзе Беластока, у размове са мною не скрываў смутку, што ў праваслаўным асяроддзі няма ўжо такой энергіі як калісь.

Царква зрабіла памылку, адрываючыся ад традыцыі і культуры сваіх вернікаў, у нашым выпадку беларусаў. Веру ад традыцыі нельга раздзяляць. Вялікдзень – надыходзячае вось свята святаў – не быў бы такім прыгожым, цудоўным, аптымістычным і каляровым менавіта, калі б меў выключна рэлігійнае значэнне.

Pro truskavki, kačeniatka i inše mučenije

Liêtom baťki často pokidali na mojôj hołoviê ciêłu našu hospodarku, a sami jiêchali pomahati do Knorozôv abo do Ploskuv.

Ja ne tôlko kormiła našych zvirôv i pilnovała chatu, ale tože zajmałasie mojeju mołodšoju sestroju. A mniê było vsioho deseť liêt. Ja ne viêdaju, jak mama ne bojałasie pokidati dvoje małych diti preč odnych doma. Ale taki to byv čas. Ne było inšoho vychodu. Za toje, što vony pomahali, diaďko pryvoziv nam na zimu kartopli, osypku dla porosiat i oves dla kury.

Pered vyjizdom mama šykovała nam jiêdło, davała mniê, musit, zo sto prykazuv, i šče puvspjašču pokidała doma. Ščastie, što moja sestra, Ania, lubiła dovho spati. Ja kormiła kury, u obiêd davała porosiatkam, pilnovała kureniatok, kob miêli što jiêsti i piti (časami byli v nas i kačeniatka), kormiła kota i sobaku, nu i zajmałasie sestroju. Davała jôj mołoka i kormiła; koli vona ne vspiêła vysikatisie na nocnik, to odiahała jôj suchije majtki, voziła jijiê v vozikovi, nakładała jôj šapočku abo vjazała chustočku na hołov, kob soncie jijiê ne nahryvało.

Mniê velmi chotiêłosie bavitisie z koleżankami, kotory svobôdno biêhali, bez nijakich obovjazkuv, ale što ž… Koležanki prybihali do mene, my šyli odežu dla našych lalok (uže tohdy ja hože šyła), skakali na skakanci, hrali v klasy i v gumu. Čerez tyje zabavy ja zabyvałasie pojiêsti sama, i z jiêdłom, kotore našykovała mniê mama, často vpravlalisie kury abo sobaka. Koležanki mohli sidiêti v mene, poka ne treba było kłasti Aniu spati. Vona na ščastiê zasynała po obiêdi, i ja mohła spokôjno nakormiti ciêły naš dobytok.

Najhôrš było z porosiatkami. Vidro z jichnim kormom dla mene było zatiažkie, i ja joho čuť dopuluvała do koryta. A raz vone mniê prosto vyliłosie, koli paršučok mene pudtovkonuv. Dobre, što ja vmiêła zamišati nanovo… Bačyła, jak sieje robit mama, i ono povtoryła.

Pometaju, jak raz małyje kačeniatka neviď-jakim sposobom uliêzli do nužnika i strašenno piščali, płyvajučy v humniê. Odne to j utopiłosie tam naniet… Ja jich stamtôl čuť povytiahała. Mało sama ne vletiêła do toji dyrki… Jak sobiê sieje pryhanu, to šče i diś mene trese. A jak mama kryčała na mene za toje vtoplane kačeniatko!

– Cikavo, na koho b ty, mamo, kryčała, koli b i ja tam utopiłasie? — ne vyderžała ja.

Mama tôlko podiviłasie i zmovkła. Dumaju, što do jijiê tohdy dojšło, štó mohło statisie, ale na ščastie ne stałosie.

Koli ja pujšła do pjatoji klasy, to baťki posadili truskavki v Ploskach. Mnôho. Diêd Ivan odstupiv našym trochu pola. I od toji porê mojiê vakaciji začynalisie tak samo: vybiraniom truskavok. My z mamoju vybirali za deń bôlš za sto łubjanok. I to ne było tak, što mama vybirała jich bôlš za mene. Puv na puv. Pomniu, jakaja ja była zamučana i jak boliêli mniê plečy po dniovi takoji praci. A mama posli takoho vybirania jiêchała šče do Bielśka, kob pryšykovati jiêdło tatovi, pomyti koje-što, nakormiti dobytok… Na ščastiê, my vybirali tyje truskavki čerez deń…

Ja z Anioju zostavalisie v baby v Ploskach. Baba davała nam pospati čuť ne do obiêda, pevno była zadovolana, što ne brontajemosie jôj pud nohami. Ania chodiła vse za mnoju. Pilnovanie jijiê to byv môj najvažniêjšy obovjazok. Ja zapisałasie do ploskôvśkoji biblijoteki. Tohdy jakraz pročytała knižku Rudy Orm Fransa Gunnara Bengtssona i zasmakovała peršy raz u skandynavśkuj literatury, kotoru lublu po diś deń. Posli pryjšov čas na Krystynę, córkę Lawransa Sigrid Undset, a potum ja šče pročytała Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumasa. Nu i Dziwne losy Jane Eyre Charlotty Brontë. Dla mojeji sestrê ja tože stała pozyčati knižki, ale z malunkami, kob vona ne nudiłasie, bo čytati vona tohdy šče ne vmiêła. Knižki ja pryvoziła do baby i z soboju z Biêlśka, bo inakš zanudiłasie b tam naniet. U Ploskach udałosie mniê pročytati Oliwię i Filipa Georga Bidwella, i Adama, syna Oliwii.

– Što ty tam šče čytaješ? – pytałasie mene Ania. – Ja vže davno svoju ročytała. I tvojiê knižki bez malunkuv, zusiêm necikavy.

A ja, koli mniê knižka podobałasie, mohła čytati i čytati, zabyvšysie pro ciêły sviêt.

Ja čytała tože i mojôj sestrê, ale vona najlepi lubiła, jak ja rozkazuvała jôj kazki. A ja jich znała velmi mnôho, bo jak była mołodša, to mnužêń jich pročytała. I nekotory dobre zapometała. Šče mojim chłopciam i Marylci rozkazuvała.

Raz, koli my vybirali truskavki, pryjšła do mene Ania, kotora plontałasie po poli bez daj diêła, i zaliêzła mniê na plečy. Vjadomo, mniê stało tiažko. Ja vže i tak povzała na kolinach, mniê było dušno, ciêła odeža prylipiłasie do tiêła. Prosiła ja sestru, kob zliêzła, ale de tam! A koli ja nakryčała na jijiê, to vona zo złôsti vkusiła mene v pleče. I to šče jak! Ja až rozpłakałasie, tak mniê zaboliêło. Chotiêła jôj dati dobre v sraku, ale potum poškodovała. Ono posli ne odzyvałasie do jijiê ciêły deń, choč vona i prymilałasie do mene.

A odnoho razu, deś na počatku našoho vybirania, moja sestra stała jiêsti mitłu (to takaja trava), bo dumała, što na poli ničoho dla jiêdła kromi truskavok nema. Čuť ne zadušyłasie.

My vse brali z soboju na pole obiêd, bo do chaty było zadaleko voročatisie. Mama pryvoziła z Biêlśka bułki, masło my bili v baby v masłobitci. Moja mama była ekspertom od masła, velmi chutko jôj zbivałosie. Ja tože chotiêła tak navčytisie, ale šče tohdy ne davała rady. Potum zbite masło treba było vypołoskati v vodiê. A jakoje vono było smačne! Masło zo sklepu zusiêm inšy smak maje! My vse brali do Ploskuv jakujuś kovbasku abo słojik z mjasom. Tohdy šče lodôvku miêv mało chto, i kob perechovati mjaso, treba było joho zavaryti v słojiki. Moja baba Loksa pekła velmi dobry chliêb. U prykusku my brali jakijeś ohuročki. Mniê taki obiêd na poli smakovav bôlš, čym u chati, było jakoś inakš. Nu i možna było chvilu oddychnuti od truskavok.

A potum my važyli tyje truskavki, stavili jich na vozi i jiêchali na skup u sołtysa, zdavali jich i voročalisie dochaty. Unočê po truskavki pryjizdžali velizny samochody. Vezli jich pevno pererobiti na varenije abo zamoroziti, bo my vybirali truskavki bez chvostikuv.

A z samych ostatnich truskavok my varyli varenije i kompoty dla sebe na zimu. Moja mama vmiêła šče robiti truskavki na surowo, i koli ich odčyniłosie zimoju, to odrazu prypominałosie liêto, tak hože vony pachli. Ja lubiła tym varenijom šmarovati sobiê i Ani chliêb abo bułočku, i my zajidalisie takimi kanapkami. A jak z jimi smakovało tiêsto! Ja pekła zvyčajny biškopt i šmarovała joho truskavkami na surowo.

Odnoho razu, jak pryjšli do mene kolegi i koležanki z klasy, odin chłopeć zapytavsie:

– A skôl vy majete sviêžy truskavki zimoju?

– Nu jak skôl, zo słojika!

 

Halina Maksimjuk

Tamara Bołdak-Janowska. Toast totalny.

Na juliańskim „Sylwestrze” w restauracji Krys-Stan w Olsztynie wygłosiłam zaraz na początku długi toast, który Tolo nazwał totalnym. Teraz, kiedy piszę ten szkic, jest 18 lutego 2017. Nie za późno na powtórzenie go tutaj? Ależ nie. Myślę, że nawet w marcu nie będzie za późno. Za chwilę spiszę go z kartki. Aby przed wiosną albo i na wiosnę. Na toasty nigdy za późno. Ten toast totalny przekracza obecny rok i stać go na kreowanie każdego następnego. To toast wieloroczny. Najpierw kilka słów o czym innym.

Pan Jan Maksymiuk rozczarował mnie felietonowym molestowaniem, abyśmy redakcją wskoczyli do Internetu, w obrazki i krótkie tekściki („jak najkrótsze”), bo jeśli tak nie doskoczymy do uwspółcześnienia, to nie będzie nas i pozostaniemy w 19. wieku. Ależ Panie Janie! Myślenie należy do 19. wieku? Jesteśmy dopóki myślimy i dopóki mamy gdzie myśleć. Sam Pan pisze, że to „brzmi strasznie”. Po co mamy wskakiwać w rzeczy straszne i kurczyć własny łeb?

Trochę się poznęcam nad Panem, a lubię Pana, i mimo to obejrzę problem wnikliwiej, od ponurej strony. Przepraszam, ale powinnam znaleźć złoty środek. To kobieta pitagorejka wynalazła „złoty środek”, zapobiegający świrowi w jedną stronę, tj. neofictwu, ale o niej powiem na końcu, w toaście totalnym.

Uwaga ogólna – średni nakład książki czy prasy wciąż u nas maleje, także w Internecie, a my mamy nakład stabilny i z tego się cieszmy, i nie wymyślajmy ładnej dziury w całym. Cieszmy się z naszego pisma. Mnie taka radość buduje.

Jeszcze jedna uwaga ogólna – tylko dla programistów Internet to poezja i duży zysk finansowy, ale to zupełnie inna bajka. No i to: pismo mniejszości to ani mainstream, ani nisza. Portalu nie zrobimy, bo to sprawa koncernów i skupiania reklam, to egoistyczne zarabialnie. Jedynie żebracze portale, np. filozoficzne, jakoś się z datków utrzymują, ale i one muszą karmić finansującą rękę żądanym zaniżeniem poziomu tekstu. O tym potem.

Podlasie nie jest w pełni zinternetowane. Poza tym takie doskakiwanie do uwspółcześnienia, hop do e-dziury i w obrazki, to prześmieszna prowincjonalna wyginanka. Równie doskocznie można zaproponować, abyśmy zrezygnowali z każdego języka słowiańskiego na rzecz skakanki do-angielskiej. Jeden nasz dureń tak doskoczył do uwspółcześnienia, że na grobie dziadka (czy kogoś bliskiego, nie pamiętam) dał tekst po angielsku.

Obrazki, doskok, obrazki, trzy słowa plus pięć? I to wszystko? Upasi Hospadzi nas ad hetaho, dapakul żywiem! No i hejt oczywiście. A ten będzie, jeśli staniemy się internetowi, zgodnie z Pana propozycji: zdolni do obrazków i trzech słów. Codziennie będzie się na nas wylewać szowinistyczny świr z 19. wieku, przewyższający te nasze trzy słowa. Po co mamy to robić? W imię związku z licealistami? To oni niech się wiążą z nami. Ze mną się wiążą. Widocznie znam innych licealistów. Skąd Pan wytrzasnął licealistów głąbów? Z jakiej to dupy?

I tu od razu przypominam jedno z przykazań wolnego człowieka autorstwa Tymothy’ego Snydera: Wolny człowiek czyta długie artykuły.

Dlaczego? Bo to jest treść. Treści nie można przejrzeć pobieżnie. Treść to dogłębna analiza. To rozwija. Przeskakiwanie z komunikatów na obrazki i odwrotnie nie rozwija. Przez to kurczy się mózg (pisałam o tym).

Nieprawda, że młodzi żyją wyłącznie komunikatem i obrazkiem. Nieprawda, że papierowe pisma to 19. wiek. Wielką sprawą w 21. wieku jest mieć papierowe pismo, jak nasze, i jest to wielka istotność. Pan uważa, że powinniśmy mieć miliony odbiorców? A po co? Po co liczyć na miliony, kiedy na świecie jest tylko garstka ludzi myślących? To na nią liczymy, panie Janie. W kulturze pięć osób może więcej niż milionowe stado. My bierzemy udział w wątku rozumnym. Doskoczenie do „jak najkrótszych treści” i obrazków przesuwa nas wprost w 19 wiek, do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu. Upasi Hospadzi! Pisma mniejszości to nie njusiki z durną korporacyjną treścią i wieczną rozmyślanką, jakby tu zwiększyć nakład.

Przeczytałam Martina rozprawy filozoficzne o śmiesznym doskakiwaniu do uwspółcześnienia, stadnym, panie Janie, i doskakiwać nie chcę. I mało tego. Chcę, aby Pan to przeczytał, istotną filozofię Martina, i zobaczył, jakie to żenujące, takie doskoki, jakie krótkotrwałe. Tak. Krótkotrwałe, ponieważ młodzi dojrzewają. Dojrzewają albo i nie. Nam powinno zależeć na dojrzewających. Ci przyjdą do nas z własnej woli. Reszta wyjedzie za granicę, dokądkolwiek. Stamtąd też można poznać najistotniejszy ludzki trzon filozoficzny – nagle wiem, że jestem kim jestem. I tęsknię do tego, co utracone. I opowiem o tym. Wtedy przyjdą do nas i będą pisać o swojej utracie i nostalgii.

I jeszcze inaczej. Doskoczenie do virtualu nie jest nowoczesnością, tylko chwilowym nuworyszostwem w byłych demoludach, co chcą mieć „jak w Ameryce”. Przeminie. Już przemija. Nowoczesność to bycie bez prowincjonalnych kompleksów gorszości. Nowoczesność już jest intelektualnym oporem wobec przemocy obrazków i trzech słów czy tam okrzyków. Poza tym kończy się era nieograniczone dostępu do Internetu – trzeba to wiedzieć nowocześnie.

Białoruskość jest rzadkością. I tak już będzie. Jest rzadkością wśród starych i młodych, i tak już będzie. Jesteśmy rzadkością wśród emerytów i licealistów, i tak już będzie. Naszą sprawą jest utrzymanie fenomenu tekstu i fenomenu rzadkości jak długo się da. Nasze pismo to nie codzienna internetowa gazeta, z codziennymi fejkami i hejtami. W Internecie coraz więcej fejków, hejtu i coraz mniej wolności.

Niech się w to bawią chwilowo dzieci. Mamy dziecinnieć?

Licealiści niech sobie robią internetową stronę białoruską obrazkowo-krzykankową. Jakoś nie robią. I otóż w tym rzecz, że nie robią. Nie jest to sprawa naszego unikalnego pisma, robienie takiej strony. Licealistów z doskokiem wyłącznie do virtualu nie interesuje żadna inność, a już na pewno nie białoruskość. Jeśli już, to oni zakładają sobie e-strony w języku angielskim i nie są to nasi ludzie. I nasi ludzie z nich nie wyrosną. Chociaż… Może się znudzą świrem fejku, hejtu i stalkingu.

Dosyć. Niedobrze, że muszę to mówić, ale nie mogę nie mówić. Jeśli wskoczymy w nieme, choć rozkrzyczane ,internetowe licealne stado, to nie będzie nas. Niejednokrotnie to samo mówił Sokrat Janowicz. On mówił gorzej o młodych. Że to jednakowe coś spod pieczątki. Ja tak nie myślę, że to coś spod pieczątki, bo jestem przez nich czytana. Nie przez wszystkich rzecz jasna, ale to i tak coś istotnego. Kontaktują się ze mną. Powinniśmy liczyć na tę właśnie istotność, ale wtedy musimy pisać zachwycająco i krytycznie, i samokrytycznie, i szczerze. Jedynie takie unikaty i takie unikatowe relacje są kulturotwórcze.

W stosunku do młodych z doskokami do uwspółcześnienia potrzeba okrucieństwa Sokrata, krzyczącego: Ależ ty się nie rozwijasz! Jesteś spod pieczątki! Nie rozumiesz, czym jest literatura ani esej! Sokrat niejedną młodą osobę tymi krzykami nawrócił na myślenie i tożsamość, i czytanie długich tekstów filozofów. Okrutni są nauczyciele w szkołach artystycznych, plastycznych czy baletowych, i to jest to. Okrutne krzyki „ty się nie rozwijasz!” – to jest  nasz status w stosunku do wielbicieli obrazkowego chłamu.

„Czasopis” przecież jest w Internecie. Jest na FB. To wystarczy aż nadto. Pisma mniejszości w naszych czasach u nas pełnią rolę wentyla myślenia i to jest nowoczesność. Poza nami robi to „Midrasz”. Midrasz jest skierowany, cytuję z niego: „do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem”, tj. żydowskim życiem. Tak. „Czasopis” też jest kierowany do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem, tj. życiem białoruskim. To zwiększa wagę pisma. „Midrasz” nie jest kierowany do milionów i o tym mówi w Internecie. My też nie kierujemy się na miliony. Jesteśmy czytani np. w warszawskim KiK-u i jest to wspaniałą sprawą. „Midrasz” nie rezygnuje z papierowego wydania. Na jego internetowej stronie jest go tyle, ile jest nas w Internecie, tj. nas jest znacznie więcej. Strony internetowe bywają w ciągłej „przebudowie” i są bardzo kosztowne, i muszą liczyć na reklamy, a te są kapryśne i zależne od polityków. „Midrasz” to wie i z pierwszeństwa papieru nie zrezygnuje. Teraz ma stronę w „przebudowie”. „Midrasz” wie, że ważny jest wybitny odbiorca, a nie milionowy. Tak. Jest ktoś taki, jak wybitny odbiorca. Dla mnie jest on cenniejszy od złota. On jest rzadkością. I co z tego? Stadność właśnie przestaje być modna. Stado z doskokiem do uwspółcześnienia to wiara w propagandę i reklamiarstwo rynkowego produkcyjniaka.

Że też ja to muszę pisać. Że też ja muszę nie godzić się na propozycje, płynące od nas, jakieś zdziecinniałe i zbyt prędkie, nieprzemyślane gruntownie. „Midrasz” opowiada żydowskie życie. Ja opowiadam białoruskie życie. Czemuż to Pan Jan nie opowiada naszego (swego) życia, tylko nieistniejące utopijne miliony licealistów mu się w oczach kręcą? „Midrasz” wie, że musi opowiadać żydowskie życie – każde. Byłe, teraźniejsze i jutrzejsze. Jutrzejsze życie wynika z tego, co było pomyślane, przemyślane, wyobrażone wczoraj. I my to robimy z naszym życiem. Jeśli ktoś asymilujący się przybiegnie do nas, będziemy szczęśliwi, ale on sam musi chcieć. „Midrasz” opowiada żydowskie życie w języku polskim, bo wszak chodzi o „wszystkie zainteresowane osoby” tym oto opowiadanym życiem. My robimy to w języku polskim i naszych haworkach. Jeśli zaczniemy pisać wyłącznie w haworkach, stracimy wiele, wiele zainteresowanych naszym życiem odbiorców. To jest życie, a nie oderwany od życia virtual, gdzie pełno nienawiści do nas i wyzwisk, tych tradycyjnych, od kacapów. I won z Polski.

Że też ja o tym muszę pisać.

Internet oczywiście jest bardzo potrzebny, ale bez prowincjonalnej przesady. Powtórzę – wyłącznie obrazki i krótkie tekściki to jest jest dopiero powrót do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu z 19. wieku. Upasi Hospadzi!

„Midrasz” opowiada żydowskie życie wierzących i niewierzących, starych i młodych. A co my robimy? Nasi duchowni nie zdjęli klątwy z naszego pisma i robią dystrybucyjną blokadę, nie chcą go w świątyniach.  A bo kiedyś Sokrat skrytykował naszych duchownych za niesprzyjanie białoruskości. I co z tego? Kochajmy naszych wierzących, niewierzących i krytycznych, tak jak kochają swoich Żydów Żydzi z „Midraszu! Wysłuchujmy się. Nie narzucajmy jakiegoś „jedynego rozwiązania”. Pozostańmy barwni i różnorodni. I nie zamieniajmy się w licealistów z virtualu.

Że też ja muszę kolejny raz przypominać, że jesteśmy w dramacie asymilacji, że asymilacja to dramat. T o  j e s t
dr a m a t, proszę Pana. I on będzie trwał. Czy nam się podoba, czy nie, jesteśmy dramatyczni, i tak już będzie. Voilà! C’est tout!

Milion stron internetowych „dla licealistów esemiarzyków” nie zmieni tego naszego dramatycznego statusu. Nie wstrzyma asymilacji. Ale odrodzenia białoruskości możemy spodziewać się w Białorusi. (Kiedy indziej o tym napiszę; zresztą o tym mówi Biełsat).

Dziś mówimy tak: On czyta „Czasopis”. Gość w porządku, bo czyta „Czasopis”. To taki nobilitujący status, proszę Pana. Dotyczy również katolików i Polaków. Tak samo jest z „Midraszem”. Nie musimy równać do łatwiejących njusłików, robionych przed idiotów kultury dla idiotów kultury. Pismo to nie gazeta i nie wolno tego mylić. „Midrasz” wie, na czym stoi, na jakim nakładzie, i do zaniżonego poziomu njusłików nie równa i nie kłopocze się o nakład.  Ale nasi duchowni nadal nas zakazują. Nie dorośli do samowiedzy o tym, kim są. Tworzą zdziecinniałe religijne pisemka. Oto „nowoczesność”. Obliczona na milionowe stado idiotów kultury. Voilà! Duchowni blokują nam dystrybucję w świątyniach. Słuchajcie, biskupi i baciuszki, wy się nie rozwijacie. Wy się boicie każdej krytycznej myśli. Wy się boicie świeckości. Pora zacząć się rozwijać i nie poprzestawać na zdziecinniałej katechezie. Pora zdjąć z nas klątwę za słowa Sokrata.

Że też ja muszę o tym pisać! Że też ja nie mogę powołać się na jakieś Pańskie genialne słowo, jak się powoływałam na słowo Sokrata czy Janusza Korbela! Pan bzdurzy. Niechże Pan zacznie opowiadać prawdziwe życie. To jest to. To jest rzeczywista nowoczesność. Polubić własną tożsamość i opowiadać ją wszystkim zainteresowanym.

Sensowne badania na temat e-gazet wskazują, że tylko chwilowo zyskują one czytelników, po czym tracą ponownie na rzecz wersji papierowych, ponieważ internetowe wersje zawierają „zamazane treści”, tj. kłamliwe, fejkowate. Czytelnik to nie bałwan. Ucieka od propagandy i fejków. Przy czym w e-gazetach nagminna jest kradzież tekstów z innych gazet, podróbki i przeróbki. Nawet rysunki kradną od innych autorów (pisałam już o tym). Nie ma się co podniecać doskakiwaniem do uwspółcześnienia poprzez e-publikacje kosztem wersji papierowej, tj. realistycznej. Pozostańmy przy prawdziwym życiu, tj. przy naszym piśmie – takim, jakie ono jest, z dotychczasową obecnością w Internecie, a ta jest solidna.

Jeszcze raz powtórzę: nie jesteśmy gazetą. Panu się śni jakaś njusłikowość pisma mniejszości? Matko. Jaki Pan „nowoczesny”.

Nie jest tak, że młodzi lecą na e-pisma. Jest odwrotnie. Pogardzają nimi, podobnie jak telewizją. Pod krzyczącym tytułem jak z żółtej prasy znajdują treść dla głąba, a w telewizji samą polityczną manipulację.  Z jakiejże to czarnej dupy Pan wyciąga tych licealistów, którzy czytają tylko krótkie tekściki i oglądają wyłącznie obrazki?!!! I którzy mają masowo nawrócić się na białoruskość, jak tylko zmienimy nasze pismo w elektroniczne? Litości!

E-pisma (te duże, korporacyjne) mają jedynie 1% czytelników. Trzeba znać te sprawy i te statystyki. Typowy czytelnik e-pisma do mężczyzna w wieku 35 lat. Już to każe mi patrzeć moim babskim okiem na te sprawę z podejrzliwością.  Facet lat 35 szuka po prostu sensacji. W dodatku to bogaty facet z dużego miasta. Ten facet to nie my, Panie Janie, chyba że Pan jest takim facetem i ma w związku z tym e-finansowy i e-gadżetowy punkt widzenia, a także stałe szerokopasmowe łącze. A i tak Pan zależy od elektrowni, w którą w każdej chwili może łupnąć bombą jakiś pan dupek wojny

Nadal prawo nie uznaje e-pisma za dokument i długo nie uzna ze względu na zrzyny, podróbki i żywe plagiaty; ze względu na nierzetelność dziennikarzy, którzy chcą się wykpić tanim kosztem – poprzez kradzież tekstu, fotografii czy rysunku. O tym trzeba wiedzieć, aby nie wskakiwać nadmiernie do internetowego bajora. Nawet e-booki nie są brane poważnie jako publikacja. Kundera niedawno zabronił wydawania go w e-bookach.

Redaktorzy e-pism skarżą się, że mają „tylu autorów, ilu czytelników”, tj. drukują byle co, napływające od „czytelników”. To „byle co” ma poziom miernych szkolnych wypracowań i nigdy nie wychodzi poza 4 tysiące osób. Ot, poziom nad poziomy. Autor czyta autora, dokonawszy przedtem wielu własnych gazetek ściennych w virtualu. Takie samouwielbienie. Trwa ono rok, albo i dwa lata. Po czym ginie w odmętach virtualu.

Badacze zgodnie twierdzą, że komercjalizacja prasy i e-prasy jest jej deformacją (pogoń za reklamą, a nie myślącą treścią, i to właśnie skutkuje ucieczką czytelników –  nie spowodował tego  ani nie papier, ani nie virtual, tylko gówniana treść z trzech słów i obrazki).

Istotą pism mniejszości jest zakorzenienie, a nie ich komercjalizacja, która upodabnia do milionów i wykorzenia z tożsamości. Nie ma co, Panie Janie, forsować jednakowości nas, bo już doskoczyliśmy do uwspółcześnienia, i hop w e-gównianość obrazków i trzech słów.

Tak więc Panie Janie, proszę oprzytomnieć i nie wygadywać bzdur o przewadze obrazkowego virtualu nad papierową publikacją i proszę nie martwić się o nakład, równając do njusłików, bo to po prostu jest durne. W e-prasie trzymają się tylko duże koncerny, ale i tam treści są tandetne, i nie biegną do nich tłumy. Nawet pojawiają się opinie, że czytelnik prasy drukowanej jest dwustukrotnie cenniejszy, ponieważ nie goni za sensacją i obrazkami. Ten, co tu zerknął, tam zerknął i już wszystko wie, to nie jest nasz człowiek. Czym innym są portale filozoficzne i naukowe. One nie muszą chronić mniejszościowego zakorzenienia. Ale filozofowie i naukowcy nie mają dla siebie niekomercyjnego miejsca w prasie papierowej i u rozumnych wydawców, stąd istnieją w virtualu, ale i te treści nie mają statusu rzeczywistej publikacji niestety. Mamy 50 lat na przechodzenie wyłącznie do virtualu, jak mówią znawcy. Nastąpi to wtedy, kiedy Internet będzie czymś stabilnym i obejmującym cały glob. Na razie tak nie jest.

Przepraszam, że tak krytycznie odnoszę się do tego, co Pan plecie, ale Pan przecież jedynie plecie.

A teraz mój toast totalny. Wygłosiłam go, jak powiedziałam na początku, na juliańskim balu 2017, a że ze mną przyszły fajne katoliczki, które nie mają uprzedzeń w stosunku do nas kacapów, to zawarłam w nim ekumeniczne treści. Mam nadzieję, że przeczytają ten toast nasi licealiści, wszak mają w liceach „Czasopisy”. „Czasopisy” są też w podstawówkach, gdzie naucza się białoruskiego. Chyba że owi licealiści, nasi zbawcy, nasza przyszłość białoruska, wolą się naćpać i będą zdolni jedynie do odczytania „jak najkrótszego” esemesu.

Do dzieła, moja pani. Mów swój toast totalny, póki jeszcze można mówić długo, a co nie jest tożsame z tokowaniem.

Wznoszę toast totalny:

Za to, żeby panowie wojny uspokoili się wreszcie i za to, żeby panom wojny przestała się śnić wojna w Europie.

Za to, żeby młodość pędziła przed siebie wolną drogą, długą i ważną, a starość nie traciła domu i poduszki i mogła żyć na skutecznych lekach.

Za nasze życie doczesne, aż się jego siły wyczerpią.

Za śniadanie, obiad i kolację.

Za dach nad głową aż do śmierci.

Za dziecko, za jego zabawki i jego umysł, wolny, odważny i twórczy.

Za dobry sen – za spokojny sen.

Za nasze życie bez strachu. Za nasze życie bez strachu o życie.

Za miłość. Za to, żeby nie znikało nam to słowo.

Za agape – za miłość do ludzi. Za miłość do pięknych ludzi i żywotność naszej odrazy do bandytów i panów wojny.

Za moc naszych ikon i za moc naszego duchowego życia.

Za piękne sople nad oknami naszych wiejskich chat – za te zimowe ptaszki, przyssane do okapów i połyskujące ogonami z tęczowego lodu.

Za pamięć, bo nie można żyć bez pamięci. Za pamięć o naszych przodkach, babkach i dziadkach, i prababkach, i praprabkach, i praprapradziadkach, za pamięć o ich biednym życiu i ich mądrości. Za pamięć o ich łzach i ich uśmiechu. Za pamięć o ich biednych, ale bardzo zadbanych chatach, pięknych, z drzwiami paradnymi. Za pamięć o rękawiczkach i skarpetkach, które wydziergała nam na drutach matka lub babka. Za pamięć o naszych dziecięcych czapkach z króliczego puchu.

Za to, żeby nikt nie czuł się obywatelem drugiej kategorii we własnej ojczyźnie.

Za odrazę do szowinistów, nacjonalistów, faszystów, mizoginów, fundamentalistów i wszelki polityczny krzywdzący nas (szczególnie kobiety) folklor sprzed potopu.

Za życie.

Za życie, które zawsze i wszędzie wisi na włosku, stare czy młode.  Za ten włosek, za jego odporność na ostrze w ręku bandyty lub tylko nieostrożnego.

Za piękno.

Za słowa Dostojewskiego: To piękno zbawi świat.

Za każdą chwilę piękna.

Za to, aby przemocy nikt nie uznawał za piękno ani za dobro.

Za dobro.

Za dobrych ludzi.

Za pełnię piękna w postaci dobra.

Za to, abyśmy zrezygnowali z wyboru pomiędzy większym a mniejszym złem na rzecz dobra i piękna.

Za upadek systemów politycznych, które nakazują nam wybierać większe lub mniejsze zło, a przez to brzydną i my w nich brzydniemy, osaczani przez zło, większe lub jedynie mniejsze.

Za to, aby rządy zaczęły przestrzegać prawa międzynarodowego.

Za to, aby w rządach nie było złych i mniej złych ludzi, a pojawili się ludzie dobrzy, piękni. Za to, aby w rządach pojawili się piękni i dobrzy humaniści.

Za to, za co zawsze wznosimy toast w Naraju – żeby było lepiej, niż było.

Za zdrowie pań i panów. Za zdrowie pań i za to, aby mogły mówić. Aby mogły mówić własnym głosem.

Za rozum, który stawia tamy wolności, jak mówił Kant. Za nieśmiertelność Kanta. Za jego słowa: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Za prawo moralne w nas.

Za to, abym mogła głosić te nieśmiertelne słowa Kanta.

Za to, aby nie rządzili nami idioci kultury, jak mówi Dubravka, i analfabeci kultury, jak mówił Sokrat.

Za życie bez strachu o życie dzieci.

Za życie bez strachu, czy ocaleją nam nasze domy.

Za Romajów, czyli chrześcijan z Bizancjum, zwących siebie Romajami, czyli Rzymianami. I wszyscy ich tak nazywali. I nie było robienia z Bizantyńczyków obywateli drugiej kategorii.

Za chrześcijan, bez oznaczania wyznania.

Za muzykę dzwonów, przejętą od Rzymian Rzymu.

Za organy, które przewędrowały od Romajów do Rzymian Rzymu.

Za upór Kanta, z jakim wzywał panów wojny do opamiętania się, z jakim nalegał na powołanie ONZ – organizacji, która wymuszałaby pokój.

Za ONZ takie, jakie powstało z woli Kanta – z zasadą pokoju i ustanawiania pokoju –  wymuszania go na panach wojny.

Za pokój.

Za ludzi dobrej woli każdego wyznania.

Za wymienianie się i dopełnianie duchowością różnych wyznań – za ten złoty środek tego, co istotne, a co oznacza brak konfliktu z przemocą, a jest jedynie słodka przemocą tego, który widzi głębiej.

Za to, aby w 21 wieku idioci kultury nie wykluczali tych, którzy widzą głębiej.

Za oczy duszy i za duszę w oczach.

Za rozumnych mężczyzn, dostrzegających rozumne kobiety, i odwrotnie.

Za rozum, uczucie i wyobraźnię. Za te trzy siostry, które tworzą intelekt.

Za intelekt.

Za młodość, która nigdy nie wraca.

Za starość, która trwa i trwa, i żeby trwała jeszcze, nie słabnąc z dnia na dzień.

Za to, aby człowiek nie zapominał, że składa się z dziecka, dorosłego i starca. Żeby młody nie wykluczał starego, i odwrotnie.

Za naszą nieustającą romajską profesorskość.

Za naszą romajską odwagę sprzeciwiania się robieniu bohaterów z bandytów, cudzych i własnych.

Za nasze romajskie autsajderstwo.

Za naszą romajską niepoprawność polityczną z powodu innowierczości, a przecież ona jest piękna.

Za naszą romajską delikatność.

Za nasz romajski brak podwójnej moralności w linii generalnej. Abyśmy nie psuli tej linii generalnej.

Za to, abyśmy nasz język prosty rozwijali w stronę literacką i nie utrzymywali go w statusie haworki. I za to, abyśmy żadnej naszej haworki nie utrzymywali w statusie haworki, zamykając ją w lokalności.

Za nasze romajskie pełnozgłoskowe „ł”, którego tak chętnie się pozbywamy.

Za nasze białoruskie unikatowe „ǔ”. Za tę literę.

Za wszystkie nasze litery, łacińskie i cyryliczne, i za alfabet polski.

Za nasze romajskie wyszczekane kobiety.

Za nasze romajskie twarde kobiety.

Za naszych romajskich miękkich mężczyzn.

Za każdą sprawę, która służy dobru, pięknu i pokojowi.

Za pamięć o wojennej odwadze naszych miękkich mężczyzn w czasie II wojny światowej i za to, że odtąd stawali się ludźmi pokoju, choć byli poranieni fizycznie i psychicznie. I dobrze, jeśli wrócili – za to nasze zdanie o nich.

Za nasze matki i naszych ojców. Za to, że byli dla nas dobrzy i dawali nam pełnię wolności, licząc na nasz rozum, którego nie mieliśmy, a posiedliśmy go dopiero na starość.

Za jak najwcześniejsze uczenie się rozumu.

Za wolność.

Za wolnych ludzi i za to, żeby człowiek przemocy nie uważał się za wolnego człowieka. Za to, żeby wolny człowiek odmawiał wykonywania cudzych odrażających rozkazów, krzywdzących niewinnych. Za takiego wolnego człowieka. Za to, aby taki wolny człowiek nie został ukarany więzieniem czy rozstrzelaniem.

Za wolność słowa. Za to, żeby wolności słowa nie mylić z wygadywaniem głupot i mądrzeniem się. Za to, aby nie mylić wolności słowa z nabywaniem i głoszeniem jedynie poglądów partyjnych czy fundamentalistycznych.

Za myślenie. Za to, aby nie mylić myślenia z nabyciem cudzych poglądów.

Za sceptycyzm, gwaranta przemyślenia w odpowiedniej chwili prędkich decyzji.

Za humanistyczną czujność uczonych, zapobiegającą nowej hodowli atomowych grzybów i za to, żeby uczeni każdą sztuczną inteligencję uznawali jednak za durną, za durniejszą od człowieka, i za to, aby sztuczna inteligencja posiadała autocenzurę w postaci autorozkazu: teraz spierdalaj do kąta raz na zawsze i tam się rozpadaj, bo krzywdzisz ludzi i chcesz mieć nad ludźmi władzę.

Za to, aby Europa zrezygnowała z bycia klubem upokorzonych imperiów, a zaczęła być domem dla ludzi nieimperialnych.

Za to, aby imperia, czy jak tam nazwiemy państwowe kolosy, zrezygnowały z bycia panami wojny, a zaczęły sprzyjać swoim obywatelom i sąsiadom.

Za wolne uniwersytety, aby broniły swej autonomii jak największego skarbu.

Za ziemię, aby jej nie niszczyły upokorzone imperia, i ślepe wyniosłe korporacje i koncerny.

Za drzewa, aby piękniały nam przed oczami i unikały piły, rozpędzonej ślepo.

Za wyobraźnię, przez cały czas czynną, bo ona zawsze i wszędzie zapobiega budzeniu się z ręką w nocniku, zapobiega krzywdzeniu, zapobiega manipulacji, zapobiega złym skutkom narwanej ślepej decyzji.

Za to, aby nie pojawiały się najgorsze słowa roku, jak postfakty, postprawda, świadczące o stadnym braku wyobraźni, o ślepej wierze w fejki jak w prawdy, o emocjonalności w miejscu rozumu, o nietrzymaniu w cuglach ślepych emocji.

Za pojedynczego.

Za pojedynczego rozumnego człowieka. Za to, żeby wiedział, jak dużo może pojedynczy rozumny człowiek.

Za to, abyśmy się cieszyli tym, co mamy i nie marnowali tego, co mamy, trwoniąc w ślepych emocjonalnych decyzjach.

Za żołnierzy, aby bronili nas przed tym, kto na nas napadnie, ale niech nie biorą udziału w głupich wojnach upokorzonych imperiów, kiedy Polak strzela do Polaka, Białorusin do Białorusina, tj, najemnik rodak do najemnika rodaka, i wraca z takich wojen z traumą, kończąc w psychiatryku, niemy i bez pracy mózgu.

Za babki, dzięki którym nie umiera język i kultura mniejszości, ale i kultura i język narodu, zmuszanego do globalnej asymilacji, do obowiązującej nowomowy, do kurczenia pracy umysłu i własnej kultury. Jakże rosną te babki u wnuków, bo to od nich nauczyli się np. języka niemieckiego, rosyjskiego, a nawet poprawnej bogatej polszczyzny, no i języka prostego. Jakże rzadko chodzi tu o nasz język prosty. Nasze babki są onieśmielone nowoczesnością wnuków, ślepo pędzących wprost pod pieczątkę nowoczesności, i stamtąd wychodzą jednakowi do mdłości, banalni, trywialni, banalizujący i trywializujący, komercyjni. Nasze babki nie rosną pod wnukami spod pieczątek. Za to, aby jednak rosły. Za te, które jednak rosną.

Za licealistów, wielbiących swoje babki za to, że ich nauczyły języka przodków.

Za licealistów, którzy słyszą okrutne słowa Sokrata „ty się w ogóle nie rozwijasz!” i nie obrażają się, tylko zaczynają myśleć twórczo, i uczą się oddzielać informację od chłamu i literacką treść od chłamu.

Za Sokratesa. Za jego nieśmiertelne słowa: Otwarte wolne społeczeństwo jest niezgodne. Za niezgodę, to znaczy za wolność opinii, za myślenie z pomyłką i bez pomyłki, za salę, gdzie można pomówić o wszystkim. Za tę niezgodę, kiedy za jej sprawą ginie wszystko, co jest rozwiązaniem nieludzkim. Za tę dobrą demokratyczną niezgodę, która nigdy nie prowadzi do wojny domowej, a unieważnia nieludzkie decyzje i dekrety. Faszyzm budowała zgoda na faszyzm, stalinizm budowała zgoda na stalinizm. Nie było sali niezgody, gdzie by nie pozwolono na totalitaryzm. Niezgodni umierali w łagrach i obozach zagłady, bo nie było sali niezgody. Wymuszana odgórnie zgoda to hodowanie totalitaryzmu. Za salę niezgody, unicestwiającą każdy totalitaryzm.

Za złoty środek, wynaleziony przez pitagorejkę matematyczkę o imieniu Teano. Złoty środek zapobiega naszemu świrowi w religii, w buddyzmie, weganizmie, polityce, w asymilacji, tj. zapobiega wszelkiemu neofictwu. Jak się kto nawróci na buddyzm i weganizm, to gotów zabijać jedzących ryby i chodzących w futrze. Nie, o nie, on nie zabije muchy ni karalucha, ni komara, nawet wszy, ale palcem nie kiwnie przeciw panom wojny. I będzie kotu podawał potrawy jarskie, aż ten zdechnie z wycieńczenia. Jak już pędzi w jedną stronę, to krańcowo nietolerancyjnie.

Za tolerancję, tj. za brak neofickiego świra.

Za Teano.

Za tę starożytną kobietę, żyjącą w czasach patriarchalnych, kiedy jej wynalazek musiał być scedowany na mężczyznę, Pitagorasa. Ale to ona jest wynalazczynią złotego środka, istotnego nie tylko w matematyce, ale i w myśleniu, w postępowaniu.

Za pamięć o Teano. Za nasze współczesne kobiety, podobne do Teano. Za to, aby nie żyły w mizoginicznym patriarchalizmie.

Za to, że nie może tak być, abym wznosiła toast za sprawy niewykonalne. Jeśli choć jeden procent ludzi na ziemi uzna je za swoje i wykonalne, będzie nad dużo. Za słowa „dużo nas”.

Toast totalny będę kontynuować, poszerzać o bolesne i radosne sprawy.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Marsz nas zjednoczył

26 lutego już po raz drugi odbył się Hajnowski Marsz Żołnierzy Wyklętych, organizowany przez internetową społeczność „Narodowa Hajnówka” oraz Obóz Radykalno-Narodowy z Białegostoku. Przez kilka tygodni jego zapowiedzią żyły media i lokalna społeczność. W proteście przeciwko marszowi zjednoczyli się mieszkańcy i absolutna większość hajnowskiej rady miejskiej. 

W jednym z programów publicystycznych historyk, prof. Andrzej Paczkowski, zapytany o planowany w Hajnówce marsz przyznał, iż „jest to w pewnym sensie prowokacja”. Dodał, iż rozmawiając o Żołnierzach Wyklętych wolałby skupić się na tym, iż walczyli z systemem, a nie z Białorusinami czy Ukraińcami.

W słowach historyka wyczytuję problem, z jakim boryka się mit Wyklętych. Prowokacją wydaje się marsz ich pamięci, organizowany na terenach, gdzie przeważają mniejszości narodowe. A zatem ocena podziemia niepodległościowego zależy od tego, czy skupimy się na tym ułamku mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych, czy też weźmiemy ich pamięć w nawias. Pan profesor proponuje skupić uwagę na walce z reżimem, co ja odbieram jako propozycję analizy biografii Ala Capone pod kątem jego działalności charytatywnej (słynny gangster m.in. trzy razy dziennie wydawał ciepłe posiłki bezrobotnym). Mit o Wyklętych uderza w mniejszości narodowe, wyrzucając ich pamięć poza społeczny nawias. Oczywiście mit ten uderza też w polskie rodziny, choćby w powiecie sokołowskim na południowym Podlasiu, gdzie oddziały nie wybierały wrogów według klucza narodowościowego. Zła polska pamięć o Żołnierzach Wyklętych ma charakter indywidualny, pamięć białoruskiej mniejszości – zbiorowy. Państwo może oczywiście zignorować mniejszości, ale w kontekście zapisów wynikających z konwencji ramowej o ochronie mniejszości narodowych, sprawa może mieć swój finał w relacjach z Unią Europejską.

Po zeszłorocznym marszu, który wzbudził sporo kontrowersji, organizatorzy mieli wyciągnąć wnioski i unikać prezentowania postaci Romualda Rajsa „Burego” który w 1946 roku palił białoruskie wsie pod Hajnówką. Prawdopodobnie taki był nawet plan, ostatecznie „Bury” ponownie pojawił się na ulotkach kolportowanych po Hajnówce i Bielsku oraz na plakacie. Dawid Poleszuk, formalny organizator marszu, który kilka lat temu otrzymał wyrok za wykrzykiwanie haseł nawołujących do nienawiści na tle narodowym, pozostał nieugięty w sprawie terminu i trasy przemarszu, mającej w tym roku prowadzić tuż przy prawosławnym soborze Świętej Trójcy,  dokładnie w czasie wieczornego nabożeństwa Niedzieli Przebaczenia Win, rozpoczynającej Wielki Post. Wierni proszą wówczas o wybaczenie im win wszelakich, ale i odpuszczają je swoim winowajcom..

Argument ten przeciw organizatorom podniósł burmistrz Hajnówki Jerzy Sirak, a przed wydaniem zgody na marsz o zajęcie stanowiska poprosił radę miasta. Tu nie było zaskoczenia, wszyscy radni poza Bogusławem Łabędzkim (PiS) burmistrza poparli. Poparło go także dwóch innych radnych z klubu Prawa i Sprawiedliwości. Radny Karol Nieciecki oświadczył, iż nie może postąpić inaczej, gdyż nie będzie mógł spojrzeć w oczy swoim prawosławnym sąsiadom, którzy stanowią większość jego wyborców. Organizator marszu od decyzji burmistrza miał prawo się odwołać, co uczynił, a sąd przyznał mu rację. Zażalenie urzędu miasta zostało z kolei oddalone przez sąd apelacyjny, co zakończyło bieg sprawy. Marsz, mimo niechęci burmistrza, prawie całej rady miasta i – jak się wydaje – większości mieszkańców, mógł się odbyć.

(…) Wyrażamy sprzeciw wobec wzmożenia nacjonalistycznych nastrojów, które (…) przekładają się na wzrost przestępczości na tle rasistowskim, ksenofobicznym, etnicznym oraz religijnym w naszym kraju.Apelujemy do przedstawicieli władz państwowych i kościelnych każdego szczebla, aby zaprzestały gloryfikacji postaw nacjonalistycznych, lecz z uwagi na zagrożenia, jakich są nośnikami, w duchu odpowiedzialności, potępiły takie postawy. W naszej ocenie idea, która przyświeca organizatorom marszu, prowadzi do konfliktów i podziałów społecznych, wyrasta z kompleksów, stereotypów i uogólnień, agresji, ksenofobii, rasizmu i braku szacunku wobec innych ludzi, co budzi w nas oburzenie oraz obrzydzenie i – wbrew deklaracjom – nie ma związku z patriotyzmem.
(petycji którą w internecie podpisało blisko 2 tys. osób)

W niedzielę w Hajnówce od rana panowało poruszenie. Zjawili się dziennikarze, ekipy telewizyjne i radiowe, wozy transmisyjne, radiowozy, dziesiątki policjantów, w ślad za narodowcami pojawili się antyfaszyści. Z Warszawy dojechali aktywiści z ruchu Obywatele, znani z blokowania miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Generalnie wszystko to nawołocz, czyli niechciani przyjezdni, przez których tego dnia senna na co dzień Hajnówka znalazła się na ustach całej Polski. Policja incydentów nie zanotowała, w medialnych przekazach widać było pewne zaczepki i prowokacyjne zachowanie narodowych mediów względem mieszkańców. Ot, przeszli, pokrzyczeli „Bury, Bury nasz bohater!” i rozjechali się po domach. Policja w ostatniej chwili nakazała zmianę trasy i marsz pod prawosławną świątynię nie dotarł.

Policja zaraz po marszu szacowała, że wzięło w nim udział około dwustu narodowców, zaś w kontrmanifestacji około pięćdziesięciu ich przeciwników. Mieszkańcy miasta na ulice nie wylegli.

Sprawą hajnowskiego marszu zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich, który wysłał do Hajnówki swego obserwatora. W mediach rozgorzała dyskusja na temat Wyklętych, wiele emocji było zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej. Paweł Kukiz ponownie internetowym wpisem, iż „Bury” i „Ogień” nie powinni być uważani za bohaterów, rozpętał prawdziwą burzę. W obronę ponownie wziął go red. Piotr Zychowicz z „Do Rzeczy”, kwitując że poseł ma po prostu rację. Z kolei media publiczne (TVP) wypuściły we „Wiadomościach” materiał, którym bronią dobrego imienia Romualda Rajsa. Do sprawy odniósł się białostocki historyk, prof. Oleg Łatyszonek, który w liście otwartym do prezesa TVP nie pozostawił na autorach materiału suchej nitki. Mówimy o telewizji publicznej, która wyprodukowała niedawno film „Siaroża” w reżyserii Jerzego Kaliny, dokument opowiadający o losach potomka pogorzelców z Zaleszan. Powstaje wrażenie, że rozrastający się popkulturowo mit Wyklętych zaczyna się chwiać w posadach. Coraz częściej w prawicowych mediach obserwujemy pęknięcia. Takie akcje jak w Hajnówce tę tendencję jedynie umocnią. Tegoroczny marsz zjednoczył środowisko prawosławne i białoruskie jak nigdy wcześniej.

Tomasz Sulima

Супраць гарцаў Паляўнічай Рэчы Паспалітай

Акцыя Дэмакратыя аказвае ціск на дэпутатаў і дэпутаткі, якія ў сеймавых камісіях мелі займацца зменамі ў Законе аб паляванні (Prawo Łowieckie). Парламентарыі атрымалі ад людзей 22 тысячы паведамленняў электроннай пошты! Створаная для далейшай працы над законапраектам падкамісія мела сабрацца 19 снежня 2016 г.. Аднак з-за крызісу, выкліканага рашэннямі маршалка Сейма Кухцінскага, гэтыя працы былі адкладзеныя. Дэпутаты вернуцца да іх у новым годзе – 9 студзеня 2017 года. Члены Акцыі Дэмакратыя ў Новы год хочуць увесці новыя планы і ідэі, і сумесна выступіць супраць міністра аховы асяроддзя Яна Шышкі. Як кажуць, сіла ў сумеснай каардынацыі дзеянняў., і ў падтрымцы гэтых дзеянняў інтэрнаўтаў. Вакол супраціву крывавым забавам паляўнічых змабілізаваны вялікія сілы. Амаль 35 тысяч чалавек падпісалі зварот, каб спыніць працу над законапраектам. У лістападзе АД замовіла даследаванне, якое ясна паказвае, што жыхары Польшчы выступаюць супраць прапанаваных рашэнняў. Галасоў пратэсту большае. Акрамя парламенцкай апазіцыі негатыўна выказваецца аб праекце Краёвая камісія «Салідарнасці» і Саюз польскіх лесаводаў. Міністр Шышка, акрамя дадатковых прывілеяў, хоча даць паляўнічым і фінансавы бонус. Закон прадугледжвае перакінуць выдаткі звязаныя з «паляўнічымі шкодамі» з асацыяцый паляўнічых на Дзяржаўныя лясы. Гэта тычыцца страт, панесеных сялянамі з-за прысутнасці дзікіх жывёл. Леснікі рашуча выступаюць супраць змен Шышкі і 13 снежня прыйшлі пратэставаць пад Сейм. Міністэрства аховы асяроддзя (МАС) інфармавала:

«Ажыццяўленне прапанаваных рашэнняў забяспечыць рацыянальнае вядзенне паляўнічай гаспадаркі. Законапраект значна пашырае каталог запісаў, якія адпавядаюць чаканням уласнікаў угоддзяў ахопліваных паляўнічымі гурткамі, а таксама забяспечвае разгляд меркаванняў грамадзян, перш за ўсё пры вызначэнні паляўнічых гурткоў», – падкрэсліваў намеснік міністра АА Анджэй Канечны.

Рада Міністраў прыняла праект закона аб унясенні змяненняў у Закон аб паляваннях, прадстаўлены МАА. Ён прадугледжвае, у прыватнасці, умацаванне паўнамоцтваў уласніка або вечных карыстальнікаў маёмасці пры стварэнні паляўнічых угоддзяў, павышэнне ўзроўню планаў выканання палявання, а таксама магчымасць стварэння забароны палявання на маёмасці і патрабаванне да раскрыцця інфармацыі, якая датычыцца арганізацыі калектыўнага палявання.

«Выконванне палявання з’яўляецца законнай дзейнасцю, строга вызначанай законам для таго, каб кантраляваць колькасць паляўнічых жывёл з мэтай, сярод іншага, абмежавання шкод, якія наносяцца жывёламі ў сельскай і лясной гаспадарцы. Наколькі важным з пункту гледжання нацыянальнай эканомікі з’яўляецца рэгуляванне колькасці насельніцтва жывёл, паказвае прыклад пашырэння афрыканскай чумы свіней (АЧС) на тэрыторыі Польшчы», – інфармаваў прэс-сакратар міністэрства Павел Муха і дадаваў: «Перашкоджванне або прадухіленне ажыццяўлення палявання ў першую чаргу небяспечнае. Лес быў адкрыты, ёсць адкрыты і будзе адкрыты для ўсіх грамадзян. У той жа час людзі павінны мець на ўвазе, што ажыццяўленне палявання з’яўляецца дзейнасцю ад імя дзяржавы, і сваю падтрымку мае ў дбанні аб грамадскія інтарэсы – шкоды, нанесеныя дзікімі жывёламі, пагрозу рызыкі няшчасных выпадкаў на дарогах агульнага карыстання, АЧС. Закон утрымлівае палажэнні, якія даюць інструменты, каб клапаціцца пра дзяржаўныя інтарэсы».

Папраўка да Закона рэалізуе рашэнне Канстытуцыйнага суда ад 10 ліпеня 2014 г., якога не выканала кааліцыя ГП-ПСЛ. Законапраект улічвае захаванне маёмасных правоў уласнікаў зямельных участкаў, на якіх знаходзяцца паляўнічыя акругі, і абмяркоўвае шырокі спектр грамадскіх кансультацый па ўсталяванні межаў акруг.

Увядзенне гэтага закона прадугледжваюць выкананне:

1) рашэнне Канстытуцыйнага суда ад 10 ліпеня 2014 г. (КС за несумяшчальныя з Асноўным законам прызнаў існуючыя правілы не дазваляючыя ўладальніку або вечнаму карыстальніку нерухомасці выказаць меркаванне пра ўключэнне яе ў паляўнічую акругу і паказаў на недастаткова рэгуляваныя абавязацельствы прадстаўлення інфармацыі ўладальнікам маёмасці якая была ўключана ў паляўнічую акругу);

2) увядзенне прававых механізмаў для ўмацавання нагляду міністра АА над Асацыяцыяй польскіх паляўнічых (PZŁ) і дысцыплінуючых арандатараў і кіраўнікоў паляўнічых угоддзяў у парадку ажыццяўлення штогадовых планаў палявання.

У Законапраекце прадугледжваецца магчымасць выступлення ўласніка або вечнага карыстальніка маёмасці, ахопленай паляўнічай акругай у суд, каб усталяваць забарону палявання з-за яго рэлігійных перакананняў або маральных прынцыпаў (у любы час, уладальнік або карыстальнік можа папрасіць суд аб зняцце гэтай забароны). Гэта рашэнне ўяўляе сабой кампраміс паміж правамі ўласніка або карыстальніка, які выступае супраць палявання і неабходнасці рацыянальнага палявання, якое з’яўляецца складовай часткай аховы навакольнага асяроддзя.

Важнай зменай будзе магчымасць спыніць паляўнічаму гуртку дамову арэнды, калі ён не рэалізуе гадавога плану паляванняў на па меншай меры 80 адсоткаў у кожным з трох гадоў запар. Гэтае рашэнне таксама дапаможа ў барацьбе супраць АЧС.

Акрамя таго, у адпаведнасці з праектам папраўкі, сеймік ваяводства (у рэзалюцыі) будзе выконваць у межах ваяводства падзел угоддзяў на паляўнічыя акругі і гурткі, а таксама ўводзіць змены ў іх межах. Інфармацыя мае быць абвешчаныя на вэб-сайце маршалкоўскай управы або мэрый гарадоў. Згодна з праектам паправак, уладальнікі ці карыстальнікі змогуць пастаянна пытацца у маршалкоўскай управе пра кампенсацыі пры прыняцці паляўнічай сеткі акруг, што можа істотна абмежаваць яе выкарыстанне ў адпаведнасці з існуючымі правіламі.

Праект папраўкі таксама ўводзіць патрабаванні да раскрыцця інфармацыі ў дачыненні да калектыўнага палявання. Арандатары або кіраўнікі палявання павінны прадаставіць пісьмовае паведамленне аб планаваных калектыўных паляваннях: мэрыі гарадоў і лясніцтвы – прынамсі на 14 дзён раней. Гэтая інфармацыя мае быць прадастаўлена кампетэнтным органам мясцовага самакіравання для грамадскасці ў паведамленні або на вэб-сайце ва ўстанове – не пазней, чым на працягу пяці дзён з дня яе атрымання. Уладальнік, арандатар ці карыстальнік угоддзяў будзе мець магчымасць, не пазней, чым за 3 дні да пачатку калектыўнага палявання выказаць свой супраціў. Ён будзе прыняты пад увагу, але толькі тады, калі паляванне будзе пагражаць бяспецы або жыццю людзей. Гэтае рашэнне не адносіцца да індывідуальнага палявання – па тэхнічных прычынах было б немагчыма паведаміць загадзя любога ўладальніка маёмасці пра паляванне аднаго чалавека.

Згодна з праектам паправак, падкормка жывёл (асабліва калі гэта можа паўплываць на змяншэнне шкоды, нанесенай імі ў сельскагаспадарчых культурах і лясной гаспадарцы) будзе патрабавацца ад арандатараў і кіраўнікоў палявання дамоўленасці з уласнікам (уладальнікам або арандатарам) вызначэння месца на кармушку. У той жа час падкормка перастае быць абавязковай, калі будзе выконвацца ў залежнасці ад патрэбаў, напрыклад для таго, каб гарантаваць жывёлам выжыванне ў складаных умовах надвор’я (напрыклад, пры марознай зіме) або абмежавання шкодаў у сельскагаспадарчых культурах.

Акрамя таго, па зменах Дзяржаўная паляўнічая страж будзе абавязана супрацоўнічаць з Паліцыяй, Асацыяцыяй польскіх паляўнічых і Лясной стражай.

Міністр АА Ян Шышка, шматгадовы паляўнічы, звярнуўся да Леха Блёха, старшыні галоўнай рады Асацыяцыі польскіх паляўнічых і прыпамінае яму:

«Паляванне з’яўляецца элементам аховы навакольнага асяроддзя, у сэнсе закона азначае абарону паляўнічых жывёл (дзікіх жывёл) і гаспадаранне іх рэсурсамі ў адпаведнасці з прынцыпамі экалогіі і прынцыпамі рацыянальнай сельскай гаспадаркі, лесаводства і рыбалоўства. У адпаведнасці з вышэйпаказаным законам у Польшчы рэалізуецца мадэль палявання, якая на першую чаргу ставіць ахову і развядзенне жывёл, і толькі пасля яе набыццё. Гэтая мадэль заснавана на некалькіх здагадках:

1. Дзічына ў вольным стане, як дабро нацыянальнага значэння, з’яўляюцца ўласнасцю Дзяржаўнага скарбу.

2. Дзічына ў вольным стане, як дабро ўсёй краіны, знаходзіцца ва ўласнасці Дзяржаўнага скарбу.

3. Міністр нясе адказнасць за навакольнае асяроддзе і з’яўляецца вышэйшым органам дзяржаўнага кіравання ў галіне палявання.

4. Плошча краіны дзеліцца на паляўнічыя акругі, дзе «паляўнічая акруга гэта абшар для палявання».

5. Гаспадаранне дзікімі жывёламі базіруе на штогадовых планах палявання і доўгатэрміновых планах размнажэння.

6. Адзіная арганізацыя – Асацыяцыя польскіх паляўнічых – вядзе паляўнічую гаспадарку ад імя дзяржавы і выконвае іншыя задачы, пастаўленыя дзяржавай.

(…) Варта рашуча падкрэсліць, што сістэма палявання ў польскіх умовах мае дасканалую сістэму. Гэта адбываецца таму, што, у адрозненне ад сістэмы ліцэнзавання, танней і лепш прыстасавана да мазаікі сельскагаспадарча-ляснога асяроддзя і разбудаванай цывілізацыйнай інфраструктуры. Гэта стварае аптымальныя ўмовы для жывёл. Толькі сістэме паляўнічых акругаў можна прыпісаць садзейнічанне адносна высокай колькасці і відавому багаццю жывёл у Еўропе. Паказаны ў законе мінімальны памер паляўнічай акругі з’яўляецца гарантам належнага кіравання папуляцыямі дзікіх жывёл, таму што гэта магчыма толькі на вялікіх плошчах. Заканадавец даручыў вядзенне паляўнічай гаспадаркі АПП. Адна спецыялізаваная грамадская арганізацыя лепш абароніць інтарэсы сваіх членаў, але і дазваляе належны кантроль за дзейнасцю, якая ажыццяўляецца. Акрамя таго, з’яўляецца моцным голасам польскіх паляўнічых на міжнародным узроўні. Толькі як адзіная таксама мае магчымасць эфектыўнай барацьбы з афрыканскай чумой свіней. (…) Таму, з улікам вышэйсказанага, я лічу такую мадэль функцыянавання палявання ў краіне самай аптымальнай і не планую якіх-небудзь заканадаўчых змяненняў у гэтай галіне.

Darz Bór – Jan Szyszko.

Адам Вайрак:

Хопіць, што паляўнічы палічыць, што ты мяшаеш яму ў паляванні, і будзе мець магчымасць выдаліць цябе з лесу. Такіх змен у законе аб паляванні хоча міністр. Шышка ўяўляе сабой кансерватыўнае лобі. Лічыць, што ўсюды і заўсёды трэба паляваць і гэта з’яўляецца самым важным у свеце! Паляўнічыя будуць не толькі ў стане выгнаць чалавека з лесу, які належыць дзяржаўнай казне, але і вытурыць уладальніка з яго зямлі. Хопіць палічыць, што мяшае паляваць паляўнічым. Уладальнік зямлі павінен будзе даказаць у судзе, што яго нязгода на палявання вынікае з рэлігійных вераванняў!

Кожны паляўнічы мог увайсці ў неабгароджаны прыватны ўчастак – 100 метраў ад будынкаў – і паляваць. Цяпер уладальнік павінен даказаць, што, напрыклад, яго рэлігійныя перакананні забараняюць паляванне, і таму не хоча каб хтосьці паляваў на яго ўласнай зямлі. Ёсць палажэнне аб «перашкодзе палявання». Але не сказана, якая можа быць гэта перашкода. Няма запісу, што гэта мае быць наўмыснае дзеянне. Калі няма запісу аб мэтазгоднасці дзеянняў, гэта можа датычыць кожнага: грыбніка, фатографа дзікай прыроды.

Я не думаю, што ўсе паляўнічыя, пардон, прагныя ідыёты, – кажа Адам Вайрак. – Таму што вядома, што гэтае палажэнне будзе ў канчатковым рахунку супраць яго. Запіс пра перашкодзе паляванням цалкам мяняе доступ да лясоў. І не толькі таму, што яны змогуць выгнаць мяне з майго лугу. Гэта як ядзерная зброя ў руках паляўнічых, людзей, якія хочуць авалодаць нашымі лясамі! На маю думку, міністр Шышка, які так гучна пратэставаў супраць прыватызацыі лясоў, сёння дэ-факта хоча іх прыватызаваць.

У Польшчы налічваецца каля 100 тысяч паляўнічых.

Адам Кароль: Думаю, што перш за ўсё ўплыў на папраўкі да закона аб паляванні мае той факт, што міністр Шышка паляўнічы? Чаму папраўка да закона аб паляваннях ідзе супраць грамадзян Рэчы Паспалітай, якія не з’яўляюцца паляўнічымі (іх можна выгнаць з лесу, нават і яго ўладальніка, на падставе таго што перашкаджае ў паляванні)? Ці так у цэлым сфармуляванымі палажэннямі не будуць злоўжываць, так як іх інтэрпрэтацыя залежыць ад паляўнічых?

Ці гэтая папраўка ў адпаведнасці з Канстытуцыяй, калі права паляўнічага на забіванне мае прыярытэт над правамі грамадзян карыстацца лясамі?

Чаму планы паляванняў маюць быць вызваленыя ад ацэнкі ўздзеяння на навакольнае асяроддзе? Паляванне на аленяў або сарнаў мае ўплыў на на рэдкія і ахоўныя віды, такія як рысі і ваўкі.

Чаму ў паляванні могуць прымаць удзел дзеці паляўнічых? Ці міністру Шышка залежыць на тым, каб дзеці навучыліся забіваць і захапляцца дарослымі, якія страляюць безабаронных жывёл і атрымліваць асалоду ад іх смерці? Ці з’яўляецца гэта выхаваннем маладога пакалення ў духу прыязнасці са светам прыроды?

Гэта фермеры, не выконваючы правілаў і палажэнняў біяасекурацыі, нясуць адказнасць за распаўсюд віруса АЧС – кажуць паляўнічыя. АПП запэўнівае, што паляванне на дзікоў ажыццяўляецца на пастаяннай аснове і ў адпаведнасці з планам. Паляўнічыя бароняцца такім чынам ад абвінавачання іх саміх у тым, што не спраўляюцца са сваімі абавязкамі ў барацьбе з АЧС, а міністр сельскай гаспадаркі сказаў, што АПП трэба распусціць. У адпаведнасці з прынцыпамі Галоўнага ветэрынара пры ажыццяўленні санітарных забойстваў тэрмін іх рэалізацыі не павінен быць даўжэйшы чым да 20 снежня 2016 года.

Добрая змена” ў руках „спецыялістаў” рашае, каго забіць, каго з’есці, каго выгнаць з уласнага поля?

Міраслава Канстанчук

Deglomeracja po podlasku, czyli przenieśmy Bielsat do Białegostoku

Pod koniec roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zdecydowało o obcięciu dotacji dla telewizji Bielsat o dwie trzecie. Według nieoficjalnych informacji decyzja ta jest efektem niedawnego ocieplenia stosunków między oficjalną Warszawą a Mińskiem – rząd liczy na ożywienie współpracy gospodarczej i chce się w ten sposób przypodobać Łukaszence. „To faktycznie oznacza likwidację stacji” – uważa szefowa Bielsatu Agnieszka Romaszewska-Guzy.

Czy rzeczywiście? Niekoniecznie. Jest jeszcze jedno wyjście – przeniesienie siedziby Bielsatu do Białegostoku, czyli tam, gdzie powinna była ona znaleźć się od samego początku. Taka decyzja nie tylko wpisałaby się w coraz popularniejszy nurt deglomeracji, czyli przeciwieństwa szkodliwego „warszawocentryzmu”, ale pozwoliłaby na poważne oszczędności. Pomijając koszty związane z przeprowadzką, funkcjonowanie Bielsatu w Białymstoku byłoby z oczywistych względów nawet dwukrotnie tańsze, niż w drogiej stolicy. Po przenosinach Bielsat mógłby być może liczyć także na dodatkowe finansowanie ze strony podlaskiego i białostockiego samorządu, którym powinno zależeć na ulokowanie tak ważnej instytucji w stolicy Podlasia. Można by też pomyśleć o zbliżeniu formatu stacji do reprezentowanego przez Radio Racyja, czyli większym włączeniu spraw mniejszości białoruskiej Podlasia.

Na Warszawie świat się nie kończy

Odpływ młodych i zdolnych absolwentów liceów z białoruskim językiem nauczania do Warszawy i za granicę to poważny problem, o którym na łamach „Czasopisu” napisano już wiele. Nie da się na dłuższą metę utrzymać tożsamości białoruskiej na Podlasiu, jeśli nie zatrzymamy tych ludzi na miejscu. Niekoniecznie w Hajnówce czy Gródku, bo to mało realne, ale na przykład w Białymstoku. Siedziba Bielsatu w Białymstoku byłaby silnym impulsem dla regionalnego rynku pracy – opłaca się dobrze znać język białoruski i rozwijać się zawodowo w tym kierunku, bo w stolicy Podlasia są atrakcyjne miejsca pracy, o które walczą najlepsi.

Ktoś powie: dziś w warszawskiej redakcji Bielsatu pracuje mało podlaskich Białorusinów, większość dziennikarzy to Białorusini z Białorusi, albo wręcz warszawiacy. Zgoda. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zamiast w Warszawie, pracowali oni w stolicy Podlasia. Osobiście widzę same zalety takiego rozwiązania. Po pierwsze – o wiele niższe koszty utrzymania. Po drugie – blisko do domu (zwłaszcza, jeśli ktoś mieszka na Grodzieńszczyźnie). Po trzecie – bliżej realnych spraw polsko-białoruskiego sąsiedztwa, takich jak np. współpraca transgraniczna czy kolejki na granicy, ale także kultura i problemy społeczności białoruskiej w Polsce. Po czwarte – z doświadczenia wiem, że Białorusini i Ukraińcy, którzy wyemigrowali do Warszawy, mają nie do końca prawdziwy obraz polskiej rzeczywistości. Patrzą na nią przez pryzmat bogatej stolicy i często wydaje im się, że tak jak w Warszawie jest w całym kraju. Bielsat robiony z Białegostoku pozwoliłby uniknąć tego patrzenia przez różowe okulary, zbytniego idealizowania polskiej rzeczywistości. Mniej salonowości, więcej realnego przyziemnego życia – to przydałoby się nie tylko Bielsatowi, ale generalnie ogólnopolskim mediom jako takim.

Straż Graniczna, Służba Celna, Frontex

Bielsat to tylko jeden przykład, ale kandydatów do zdeglomerowania (przeniesienia poza stolicę) jest więcej. Straż Graniczna, Służba Celna czy unijna agencja ds. granic FRONTEX – nie ma żadnego powodu (poza tradycją centralizmu w radzieckim stylu), by siedziby tych instytucji mieściły się w stolicy. Naturalną ich siedzibą powinno być jakieś większe lub średnie miasto wzdłuż wschodniej granicy. Niekoniecznie Białystok – dobrą lokalizacją mógłby być także Lublin, Rzeszów, Przemyśl lub Chełm. Przy tym jestem w stanie sobie wyobrazić, że Komenda Główna Straży Granicznej mieści się np. w Hajnówce. Właściwie dlaczego nie – w Niemczech czy Czechach wiele instytucji centralnych ma swoją siedzibę (właśnie: centralę, a nie siedzibę oddziału) w miastach tej wielkości, a wszystko to w imię deglomeracji, czyli równomiernego rozwoju całego kraju.

Warto wspomnieć też o rządowym Ośrodku Studiów Wschodnich, który obecnie mieści się, a jakże, w Warszawie. A czy nie lepiej by było, gdyby analizy poświęcone Białorusi i Litwie powstawały w oddziale OSW w Białymstoku, Ukrainą i Mołdawią zajmowali się analitycy z Lublina, a Czechy i Słowacja były opisywane z Krakowa?

Pierwsze jaskółki deglomeracji

To samo można powiedzieć także o innych instytucjach centralnych. W Warszawie powinien pozostać Sejm, Senat, Kancelaria Prezydenta i większość ministerstw. Ale nie wszystkie – Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej powinno raczej mieścić się na Wybrzeżu, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego mogłoby być zlokalizowane np. w Krakowie. Przykładem niech będzie pobliska Litwa, gdzie podobnych zmian już dokonano – kilka ministerstw przeniesiono niedawno z Wilna do Kowna. Z kolei w Niemczech też nie wszystkie ministerstwa mają siedziby w Berlinie, niektóre pozostały na stałe w dawnej stolicy RFN, czyli w Bonn.

Idźmy dalej. Kraków doskonale nadaje się na siedzibę centralnych instytucji o prawnym charakterze, mógłby się tam mieścić Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny i Rzecznik Praw Obywatelskich. W Gdańsku mogłaby mieć siedzibę Najwyższa Izba Kontroli i Instytut Pamięci Narodowej (w końcu to tam narodziła się „Solidarność”). W Łodzi – siedziba NFZ i innych centralnych instytucji służby zdrowia oraz tych związanych z transportem i logistyką (Poczta Polska, spółki kolejowe). Poznań z kolei mógłby stać się „polskim Frankfurtem” – warto tam przenieść, wzorem Niemiec, siedzibę NBP, Giełdy Papierów Wartościowych oraz państwowych i quasipaństwowych banków (np. Bank Gospodarstwa Krajowego).

Idea deglomeracji zdobywa coraz większe poparcie i powoli przebija się do świadomości decydentów. Są już pierwsze efekty. Siedziby dwóch ogólnopolskich instytucji: Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury oraz Narodowego Centrum Nauki zlokalizowano w Krakowie. W Bydgoszczy miał znaleźć swoją siedzibę planowany Zarząd Dorzecza Wisły (pracę nad reformą ustanawiającą tę instytucję jednak wstrzymano). Z kolei prestiżowa Polska Agencja Kosmiczna ma od niedawna swoją siedzibę w Gdańsku.

Jak to wygląda za granicą?

Wzorem deglomeracji są Niemcy, gdzie stołeczny Berlin wcale nie jest najoczywistszym miejscem do życia i kariery. Wprost przeciwnie. Berlin to po prostu miasto będące siedzibą rządu, niektórych urzędów centralnych i większości ministerstw – ale nie wszystkich. O wiele większe znaczenie mają takie miasta jak Frankfurt (stolica gospodarcza), Hamburg czy Monachium. Nikogo w Niemczech nie dziwi ścieżka kariery, polegająca na przeniesieniu się rodowitego berlińczyka do Frankfurtu czy Hanoweru, bo w stolicy osiągnął już wszystko, co się dało. Dotyczy to zwłaszcza dziennikarzy – redakcje najważniejszych ogólnokrajowych dzienników znajdują się w Monachium i Frankfurcie, Berlin znalazł się dopiero na trzecim miejscu.

Siedziby urzędów centralnych są przy tym rozmieszczone nie tylko w największych miastach, ale także w tych średniej wielkości. Siedzibą Sądu Konstytucyjnego jest niespełna trzystutysięczne Karlsruhe, które nawet nie jest stolicą landu. To 21 w kolejności miasto Niemiec pod względem liczby ludności. W Polsce również proponowano podobne rozwiązanie (z Przemyślem lub Suwałkami jako siedzibą Trybunału Konstytucyjnego), zostało ono jednak wyśmiane.

Na szczeblu regionalnym również jest ciekawie. Stolicą landu wcale nie musi być największe miasto, ale drugie lub trzecie w kolejności. Gdyby ten model zastosować u nas, stolicą województwa podlaskiego byłaby Łomża, a Sejmik obradowałby na przykład w Hajnówce.

Identyczna sytuacja jest w Szwajcarii. Stołeczne Berno nie jest wcale najważniejszym miastem w kraju. O wiele większe znaczenie mają Zurych, Genewa czy Bazylea, a instytucje centralne rozmieszczone są także w mniejszych miastach. Z kolei w Szwecji urzędy centralne i instytucje unijne mieszczą się także w Uppsali, Malmoe i Goeteborgu, a nie tylko w stołecznym Sztokholmie.

Ktoś powie: w porządku, ale to wszystko są wysokorozwinięte kraje, o innej, zachodniej tradycji. Spójrzmy więc na nasze postkomunistyczne podwórko. W Czechach niemal wszystkie centralne instytucje wymiaru sprawiedliwości i wiele innych mieszczą się w Brnie. To drugie największe miasto kraju jest faktycznie drugą stolicą republiki. Oprócz tego siedziby urzędów centralnych mieszczą się także w Ostrawie, Ołomuńcu i maleńkiej Opawie na czeskim Śląsku. Na Słowacji siedzibą Sądu Konstytucyjnego są Koszyce, siedziba Poczty Słowackiej mieści się w Bańskiej Bystrzycy, a siedziba ogólnokrajowego Specjalnego Sądu Karnego znajduje się w zaledwie 22-tysięcznym Pezinku (to tylko niektóre przykłady). Na Litwie część ministerstw przeniesiono niedawno do Kowna, w Gruzji w ramach deglomeracji parlament przeniesiono do Kutaisi.

Da się? Jak widać. Po tych wszystkich zmianach świat się nie zawalił, również pozawarszawskie siedziby zdeglomerowanych polskich instytucji (np. Agencji Kosmicznej w Gdańsku) doskonale się sprawdziły. Warto więc zawalczyć o siedzibę Bielsatu w Białymstoku. W sytuacji, gdy obcięto finansowanie tej stacji, przeniesienie Bielsatu na Podlasie może wręcz zadecydować o jej dalszym istnieniu. Zwłaszcza, jeśli marszałek i prezydent miasta zdecydują się ją wesprzeć choćby niewielkim grantem. Radio Racja daje radę, dlaczego więc z Bielsatem miałoby być inaczej?

Jakub Łoginow