Niepokojący sygnał z ministerstwa

Przekazana w kwietniu br. z trybuny sejmowej przez ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Błaszczaka informacja o odmowie dofinansowania ze środków resortu przygotowywanych przez Związek Ukraińców w Polsce oraz organizacje łemkowskie uroczystości, upamiętniających ofiary Akcji „Wisła” w siedemdziesiątą rocznicę tych dramatycznych wydarzeń, to niedobry sygnał. Wpisuje się to niestety w dłuższą sekwencję decyzji, jak chociażby zawetowanie jesienią 2015 roku przez prezydenta uchwalonej pod koniec poprzedniej kadencji Sejmu zmiany Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych i o języku regionalnym. Wprowadzała ona możliwość używania języka mniejszości jako pomocniczego – czyli drugiego, obok urzędowego i mającego pierwszeństwo polskiego – przed organami powiatu jednostki samorządu terytorialnego II stopnia. W ubiegłym roku mieliśmy do czynienia ze skandalicznymi wypowiedziami prasowymi jednej z posłanek, dotyczących możliwych „deportacji” osób innych wyznań (szkoda znów te słowa przypominać!).

Związek Ukraińców w Polsce wraz Towarzystwem na rzecz Rozwoju Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej oraz Towarzystwem Łemków z Legnicy złożył wniosek do MSWiA o dofinansowanie uroczystości w ramach konkursu grantowego w grudniu ubiegłego roku. Utworzono również Honorowy Komitet Obchodów, w którym znaleźli się m.in. Danuta Kuroń, Krystyna Zachwatowicz, Adam Bodnar, Andrzej Seweryn i Andrzej Stasiuk. Wniosek nie uzyskał jednak akceptacji również podczas drugiej, odwoławczej, procedury, zakończonej na początku marca br. W obydwu przypadkach, ministerstwo nie uzasadniło swojej decyzji, więc kwietniowe wystąpienie szefa MSWiA można uznać za oficjalną wykładnię rządu Beaty Szydło w kwestii upamiętnienia ofiar Akcji „Wisła”.

Rząd postanowił najwyraźniej zerwać z dobrą praktyką i tradycją, rozpoczętą na progu przemian w 1990 roku przez Senat RP, złożony w 99 proc. z parlamentarzystów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Specjalną, jednomyślną uchwałą z 3 sierpnia tegoż roku (przypomnijmy, że w I kadencji izby wyższej jednym z senatorów był także Jarosław Kaczyński) uznał on Akcję „Wisła” za stosowanie właściwej dla systemów totalitarnych odpowiedzialności zbiorowej. W 2002 roku Aleksander Kwaśniewski jako pierwszy polski prezydent wyraził ubolewanie z powodu przesiedleń. W 2007 roku miało miejsce ważne, wspólne posłanie prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki. Liderzy pisali m.in.: Akcja Wisła doprowadziła do deportacji z południowo-wschodniej Polski wielu tysięcy obywateli polskich pochodzenia ukraińskiego i rozproszenia wspólnoty ukraińskiej w Polsce, stając się tym samym kolejnym ogniwem w tragicznym łańcuchu konfliktów. Wydarzenie to, jako sprzeczne z podstawowymi prawami człowieka, zostało potępione w 1990 roku w specjalnej uchwale przez Senat RP. Dzisiaj, podzielając tę ocenę, chylimy głowy przed wszystkimi jego ofiarami (za: archiwum.prezydent.pl, 27.04.2007). Historii nikt, nawet najsilniejsi tego świata, nie mogą zmienić – mówił w maju 2007 roku poseł Eugeniusz Czykwin, ówczesny przewodniczący Sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, podczas obrad poświęconych Akcji „Wisła”. I kontynuował: Możemy jednak starać się ją obiektywnie przedstawić i, co najważniejsze, uczyć się z niej, jak nie popełniać błędów. Możemy też wybaczać. Polacy, Ukraińcy, Łemkowie w zdecydowanej większości należą do Kościoła katolickiego, grekokatolickiego i prawosławnego. Wybaczanie jest nadrzędną zasadą naszej wiary (za: „Przegląd Prawosławny”, nr 7(265), lipiec 2007).

Inną nadrzędną zasadą każdego demokratycznego rządu w Europie po tragedii II wojny światowej oraz wojen w byłej Jugosławii i na Kaukazie powinno być jednoznacznie odcięcie się od praktyk, noszących wszelkie znamiona czystek etnicznych i planowych przesiedleń ludności oraz wspieranie rocznicowych obchodów tych wydarzeń, jako swoistego apelu pamięci i przestrogi dla pokoleń obecnych i przyszłych. W przypadkach wielkich wysiedleń ludności w Europie Środkowo-Wschodniej po 1945 roku, niezależnie od obiektywnych przewinień z czasów II wojny światowej popełnionych przez niektórych przedstawicieli narodowości objętych wypędzeniem, posłużono się niedopuszczalną logiką odpowiedzialności kolektywnej. W istocie, opierała się ona na filozofii dyskryminacji biologiczno-etnicznej oraz religijnej, przypisującej określonym narodom lub grupom wyznaniowym zbiorową winę, w tym wypadku za rozpętanie II wojny światowej lub zbrodnie na Wołyniu w latach 1943-44.

Pojawiające się w polskiej prasie i mediach głosy, że Akcja „Wisła” nie miała charakteru klasycznej czystki etnicznej, gdyż prowadzące operację Ludowe Wojsko Polskie oraz aparat bezpieczeństwa nie dokonywały masowych mordów na Ukraińcach i Łemkach, a jedynie przesiedlili ludność tego pochodzenia z jednego miejsca na drugie, jest argumentem błędnym, jeżeli nie bałamutnym. Podstawą do sformułowania jednoznacznej definicji „czystki etnicznej” pozostaje Rezolucja nr 780 Rady Bezpieczeństwa ONZ z grudnia 1992 roku, uchwalona już po pierwszych tego typu działaniach podczas wojen towarzyszących rozpadowi Jugosławii. Oznacza ona po prostu: (…) rozmyślne i zaplanowane wygnanie lub przesiedlenie zwartych skupisk ludności z zamieszkiwanego przez nie terytorium przy użyciu środków przymusu bezpośredniego, a zwłaszcza formacji wojskowych i policyjnych (zob. http://undocs.org/S/RES/780(1992).

Szczególnie dzisiaj światu i Polsce potrzebny jest jasny komunikat, że tego typu działania nie mogą mieć absolutnie żadnych usprawiedliwień, niuansów czy prób symetrycznego wybielania. Szkoda, że przedstawiciele rządzącej większości przy okazji kolejnej, okrągłej rocznicy Akcji „Wisła” z tej okazji nie skorzystali.

 

Łukasz Kobeszko

Зачыніць пушчу?

З 1 красавіка ў Белавежскай пушчы можна рухацца толькі па некаторых дарогах і адукацыйных шляхах. У тых месцах, дзе турысты не дапускаюцца, былі ўведзеныя знакі, якія забараняюць уваход у лес. Надлясніцтва Белавежа аргументавала, што гэта з’яўляецца вынікам пагрозы з-за «значнага пашкоджання дрэвастою». Запратэставалі людзі з пушчы.

Такая забарона перад турыстычным сезонам азначае страты. Надлясніцтва Белавежа паведамляла: «Прычынай забароны з’яўляецца пагроза для грамадскай бяспекі, звязанай з выступленнем у лясах знішчэння дрэвастою, якое выяўляецца масіўным адміраннем дрэў і лясных насаджэнняў у выніку працэсаў, якія прыводзяць да вялікай колькасці мёртвых дрэў, што ўяўляе рэальную пагрозу для жыцця і здароўя людзей i iх уласнасцi». Згінуў жа чалавек, ляснік, прывалены сухім дрэвам.

Не ўвойдзеш на небяспечны шлях. «Прабыванне, праходжанне, праязджанне праз лясы ахопленыя забаронай доступу з’яўляецца парушэннем правілаў па артыкуле 151 § 1 Кодэкса аб правапарушэннях (Дз. У., 2015, з папраўкамі), які нагадвае: «Хто пасвіць сельскагаспадарчыя жывёлы на неналежных яму лясных грунтах або праходзіць праз такія грунты ў месцах якія забаронены, праязджае па іх або праганяе тудою гаспадарчую жывёлу, будзе аштрафаваны да 500 злотых або асуджаны наганай».

Забарона абавязвае на тэрыторыі Белавежскага надлясніцтва, на абшары каля 1/5 часткі польскай часткі пушчы. Была яна выдана на нявызначаны тэрмін. Можна рухацца толькі па пазначаных дарогах і трох адукацыйных шляхах.

Забарона доступу не прымяняецца да: участка надлясніцтва размешчанага на ўсход ад ваяводскай дарогі № 689, паміж вёскай Белавежа і дзяржаўнай мяжой, Нараўчанскай дарогі, Сініцкай дарогі на адрэзку да ваяводскай дарогі № 689 да дарогі Алямбургскай, даезду да Паказнога запаведніка зуброў Белавежскага Нацыянальнага парку, даезду ад Нараўчанскай дарогі да кастровага месца «Гайдукі», адукацыйнага шлях у «Рэбры Зубра», адукацыйнага шляху «Шлях каралеўскіх дубоў» і адукацыйнага шляху «Месца Моцы».

Польскія арганізацыі WWF, Greenpeace, Дзікая Польшча, Greenmind, ClientEarth Юрысты для дзеля Зямлі і Майстэрня дзеля ўсіх істот пратэставалі супраць абмежаванняў. «Прычыны гэтага рашэння няясныя, і яго ўвядзенне выклікае трывогу часткі мясцовай супольнасці, для якой турызм з’яўляецца важнай крыніцай прыбытку» – пісалі арганізацыі ў заявах у сродкі масавай інфармацыі. Арганізацыі згаджаліся, што нейкія забароны можна ўводзіць, але не татальныя: «Забароны, звязаная з бяспекай могуць быць намечаны часова ў перыяды моцнага ветру (як гэта мае месца ў нацыянальных парках), мясцова або на адрэзках дарог і сцежак, дзе на самай справе гэта неабходна. Акрамя таго, неабходны будуць маркіроўкі трас і размешчаны знакі і табліцы з інфармацыяй пра патэнцыйную небяспеку і магчымасць рухання па тэрыторыі» – лічаць арганізацыі і намякаюць: «Увядзенне забароны можа быць звязана хутчэй з высечкай дрэў у Белавежскай пушчы – рэальнай прычынай забароны можа быць жаданне, каб схаваць ад грамадскай думкі парушэнне заканадаўства!». А надлясніцва адказвае: «Увядзенне часовай забароны доступу ў пушчу з’яўляецца правільным і адказным рашэннем, але, вядома ж, радыкальным крокам. Жыццё і бяспека наведвальнікаў пушчы з’яўляецца для нас прыярытэтам».

Запратэставалі таксама прадпрымальнікі і жыхары. У лісце міністру навакольнага асяроддзя Яну Шышку прадпрымальнікі, якія ў асяроддзі Белавежскай пушчы атрымліваюць асноўны даход у індустрыі турызму, напісалі, што не пагаджаюцца з рашэннем аб закрыцці многіх участкаў надлясніцтва Белавежа. Таксама жыхары пісалі: «Мы разумеем неабходнасць некаторых абмежаванняў, такія як закрыццё амаль усіх зялёных сцежак у Запаведніку Шафера, таму што спроба адкрыць яго лучылася б з занадта вялікім умяшаннем у прыродны свет» – заўважалі жыхары. Яны патрабавалі неадкладнага адмянення забароны на доступ у лясы Белавежскага надлясніцтва. Лічылі, што забарона прынясе вялікую шкоду турызму. Ліст падпісалі між іншым уласнікі аграгаспадарак, ательеры, экскурсаводы, уладальнікі турыстычных агенцтваў, рэстаратары.

Надлясніцтва паінфармавала на сваёй старонцы, што аб закрыцці доступу ў Пушчу былі раней паінфармаваны ўсе суб’екты дзейнічаючыя на тэрыторыі Белавежскай гміны: «Мы вельмі шкадуем, калі часовая забарона, якую мы былі вымушаныя ўвесці, якім-небудзь чынам сарвала Вашы планы. Як толькі прыбярэм небяспечныя дрэвы і стан лесу на гэта дазволіць, зачыненыя дарогі, сцежкі і ўчасткі лесу неадкладна зробім даступнымі, аб чым паведамім у СМІ» – інфармаваў надляснічы.

Афіцыйнай прычынай забароны з’яўляецца меркаваная пагроза, якая зыходзіць ад мёртвых дрэў, для жыцця і здароўя чалавека. А эколагі каменціруюць: «Але ўсё паказвае на тое, што забарона звязаная з рашэннем № 51 Генеральнага дырэктара Дзяржаўных лясоў (ДЛ) Конрада Тамашэўскага ад 17 лютага гэтага года. Яна дазваляе рубку «ва ўсіх узроставых класах насаджэнняў», а такім чынам, і ў старадрэўі. І эколагі тлумачаць так: «Можа сапраўднай прычынай з’яўляецца хаванне перад грамадскай думкай таго, што парушаецца заканадаўства, таксама еўрапейскае, па ахове навакольнага асяроддзя» – заўважылі Greenpeace, Дзікая Польшча і іншыя экалагічныя арганізацыі. У сумесным каментары напісалі, што часта адлегласць паміж выразкамі і дарогамі і шляхамі перавышае вышыню дрэў. Так што нават калі б мёртвае дрэва ўпала на дарогу, яно не паставіла б пад пагрозу наша здароўе і жыццё. Па словах эколагаў, гэта «ясна паказвае, што гэтае рашэнне не тычыцца павышэння бяспекі».

Эколагі паўтараюць, што сапраўднай прычынай забароны з’яўляецца ўсё ж выразка як найбольш дрэў, нават старадрэвін, што панізіць прыцягальнасць пушчы для турызму і змарнуе яе як першабытны лес, ды абвінавачваюць леснікоў у эканамічным падыходзе да пушчы і бяздумным аблясенні выцерабаў зноў ялінай, а леснікі тлумачаць, што вырэзваюцца сапраўды толькі хворыя, заражаныя караедам дрэвы, гніючыя і сохнучыя, ствараючыя небяспеку для людзей – турыстаў і леснікоў. І крыўдна леснікам, якія дбаюць пра пушчу, што робяць з іх аўтарытэтныя асобы, аказваючыя вялікі ўплыў на грамадскую думку, грашаробаў, дурняў, маніпулятараў і нікчэмных эксплуататараў пушчы, якая з’яўляецца не толькі нацыянальным, але і сусветным скарбам.

Міраслава Кастанчук

 

P.S. 30 мая Рада гміны Белавежа, толькі пры двух галасаў устрымліваючыхся, прагаласавала  пазіцыю, у якой выказваецца супраць забароны ўваходу ў Белавежскую пушчу. Супраць пастановы не прагаласавалі нават радныя-леснікі.

Halina Maksimjuk. Odviêdki

Było siête tohdy, koli mojoho dvojurudnoho brata Tolika narešti pustili do Bielśka, do nas. My dovho siêtoho čykali, často prosili diaďka i tiotku, až narešti našy mary spovnilisie. Odnoho razu diaďko jiêchav čohoś do Bielśka i zabrav Tolika z soboju, a potum pokinuv joho v nas.

Jak ja tiêšyłasie! Chotiêła odrazu vsio jomu pokazati, jak my žyvemo, što v nas je, i poznakomiti joho zo svojimi koležankami…

– A čom u vas taki mały pudvôrok? – na samum počatku zapytavsie Tolik. – A vašy chlivy de?

Ja jomu starałasie vytłumačyti, što to ne sioło, što tut trochu inakš… Ale vôn ciêły čas krutiv nosom.

– I chatka u vas takaja małaja, šče menša, čym naša, – narykav.

Mojiê zabavki tože jomu ne podobalisie, pokôl ja ne vyniała klockuv. A ja jich miêła mnôho. I do stavlania domôv, i do układania obrazkuv, i z literami, kob učytisie čytati… Tohdy to jomu až očy zasvitilisie. Vôn zaraz začav stavlati viêžu, jakiś môst, chatu, ne chotiêv naveť jiêsti, až mama rozzłovałasie. I radivom velmi zainteresovavsie, bo v jich u Knorozach była tôlko „točka” (to takoje jakby radivo, było v kažnuj chati v seliê, tam puskali muzyku i jakijeś, musit, vjadomosti, ale programu tam ne možna było pominiati i ničoho z tym zrobiti, chiba što vyłončyti i vsio). Tolik stojav pry našum radivi i miniav programy, i robiv to ticho, to strašenno hołosno. Mama nakuneć ne vyderžała i vyłončyła radivo z gniazdka, bojałasie, što Tolik joho popsuje, i tato bude kryčati.

Na druhi deń po snedani my pujšli do miêsta. Po hulici jiêzdili samochody. Tolik ne môh od jich odorvati očy, a ja išła zboku velmi zadovolana, što narešti štoś jomu podobajetsie, i starałasie vytłumačyti, što de znachoditsie. A potum my zajšli na rynok i mama môcno deržała nas za ruki, kob my ne zhubilisie sered tłumu ludi. To byv čertver, u nas v Bielśku v siêty deń vse byv veliki rynok. Mama štoś tam kupovała, a môj brat rozhladavsie kružka z rozdziavlanym rotom.

– Tôlki ludi to ono na Spasa pud cerkvoju byvaje, – pokrutiv vôn hołovoju. – I kôlko tut vsioho prodajut! U nas u sklepi vsio ne pomiêstiłosie b! Napevno!

A na našum rynkovi prodavali vsio-vsieniutko: kartopli, hurki, jabłka i pomidory, horčki i odežu, jajcia i kury, i kupu vsiakoji vsiačyny. U četver do Biêlśka pryjizdžali lude z usiêch bliźkich i daliêjšych siołuv. Odny prodavali, inšy kupovali. Usiudy čułosie, jak tiotki hovorat po-svojomu, mjastovy hovoryli po-pôlśki abo prynajmi staralisie. Cikavo na rynku było.

Potum my pujšli do našoho sklepu, bo treba było kupiti chliêba, nu i cukierki dla nas. A sklep byv veliki, samoobsługowy. My chodili za mamoju, kotora vkładała do koška potrêbny rečy. Nam kupiła vafelki i dropsy, z čoho my velmi tiêšylisie.

Koli my voročalisie dodomu, Tolik zagapivsie na jakiś samochod i raptom jak ne dasť hołovoju ob stovp. Na joho łobi odrazu vyskočyła velizna guza. Poka my dojšli do chaty, vôna vže pospiêła posiniêti. Ne pomohło prykładanie zimnoho noža ani mokroji šmatki. Lodu tohdy my ne miêli, bo šče ne było v nas lodôvki.

– Jak že ž ja joho pokažu svojim koležankam? – dumała ja. – Z takoju guzoju! To ž joho vsiê obsmijut!

Ale mama naveť čuti ne chotiêła, što my vyjdemo na huliciu.

– Odnoji guzy chvatit, – skazała vona. – Znajučy vas, to šče pozabivajetesie tam na jakôj-leń budovi. Doma pozabavlajtesie, i vsio.

Ale Tolikovi rozboliêłasie hołova, i vôn lôh i zasnuv. Pevno od toho, što tak davsie ob stovp. A ja sidiêła i perehladała knižku, bo što ž mniê było robiti v takôj sytuaciji? Do mene prybiêhli koležanki, ale mama skazała, što ja nikudy ne pujdu. Ja čuť ne rozpłakałasie.

Koli my v subotu odvezli Tolika do Knorozôv, to tiotka až perelakałasie. Taja guza tohdy vže zrobiłasia strašnaja, takaja zelono-sinia.

– Tebe tam pobili čy što? – zapytałasie Tolikova mama.

A moja mama až počyrvoniêła, jôj było velmi stydno, što ne prypilnovała chłopcia. Ale diaďko Gryša ono zasmijavsie i skazav, što doma tože môh de-nebuď datisie łobom. Bo i pravda, my tak biêhali i skakali, što ne raz prychodili i poderty, i posiniačany. Koli my skaržylisie, što nas što-nebuď bolit, bo my skaliêčylisie, to nam vse odkazuvali, što do vesiêla zahojitsie. Tolik usiêm na hulici chvalivsie, što byv u Bielśku, i rozkazuvav pro samochody, bo vony jomu najlepi zapometalisie. Na seliê tohdy jich tôlko ne jiêzdiło.

– Ale naohuł to ja b ne chotiêv tam žyti. U nas bôlš cikavych mistiôv i cikaviêjša robota, – pudsumovav vôn i pobiêh za diaďkom zaprehati konia, kob odvezti nas na prystanok do Chrabołôv.

Tiotka našykovała nam na dorohu kusok svôjśkoho chleba, i my pojiêchali. Tolik zadovolany pohaniav konia, a mniê było trochu smutno, što znov joho dovho ne pobaču. Ale potum podumała, što budu bavitisie z koležankami, i mniê raz-dva polohčało na dušê.

Bo mniê było fajno i tam, i tam. Ja lubiła i Biêlśk, i Knorozy. Ne chotiêłoś mniê navse ostavatisie v Knorozach, ja miêła koležanki i koleguv na svojôj hulici, miêła inšy zaniatki, čym mojiê braty i sestry na seliê . I čym staršy my stavali, tym mucniêj rozychodilisie našy dorohi. My vsio šče spotykalisie, zabavlalisie razom, ale toj magičny ditiačy sviêt uže zostavsie daleko za nami. Ale dobre, što vôn šče žyve v našych dušach i vspominkach.

Halina Maksimjuk. Novy dom.

My perejiêchali od babuni, koli mniê šče ne było i štyroch rokuv. Ne do siêtoho velikoho domu, u kotorum teper žyvut mojiê baťki, ale do tak zvanoji liêtnioji kuchni. Tam usioho była małaja kuchnia z plitoju na štyry kruhi i stinôvka, u kotoruj paliłosie zimoju. Z mebluv my miêli kredens, stôł, stuleć i tuboretku. U kutkovi na stôlčyku stojało vidro z vodoju. Tato razom z susiêdom vykopali kołodeć, i v nas była velmi dobra voda. Pokojčyk od kuchni oddilała velika šafa. U pokojčyku stojav stôł, paru krêsioł, mamina mašyna Singer, sunduk, łôžko baťkôv, a za piêčkoju moje łôžko.

Nam zdavałosie, što my majem tak mnôho miêstia! Na pudłozi mama rozosłała chodniki, a na pôłočci v kutkovi tato postaviv radivo, ale tôlko tohdy, koli nam pudveli elektryčnosť. Bo peršy rôk abo i dva my svitili gaznikom. Vôn do diś stojit u nas u komory. Pro televizor nichto tohdy naveť ne dumav, bo vôn byv ne na našu kišeniu. Ja pomniu, jak časom uvečery tato dovho słuchav Vôlnoji Evropy albo BBC po-pôlśki, a potum z mamoju štoś tam šeptav. Mniê stroho prykazali, kob pro siête słuchanie nikomu ne hovoryti. Nu i ja ne hovoryła.

Potum baťki začali pomału staviti novy dôm. Najperuč šykovali pustaki. Ne kuplali, ono robili sami. Była takaja spicijalna mašyna: pustačarka. Do jijiê vkładałosie pryšykovanu mišaninu žužlu, žviru, cimentu, vapna i vody, i takimi tovkačami siête vsio zatovkałosie. Ja tože chotiêła pomahati. Dostavała najmenšy tovkač i diêło išło!

Potum zalili łavy (to pudstava domu), a posla šykovali fundamenty. Tohdy pryjizdžali tatovy braty i naveť tatuv baťko, a môj diêd, kob pomahati. Tato pozyčav betoniarku, i vony ciêły deń praciovali. Mama šykovała obiêd, a mene posyłali do miêsta po chliêb. A raz vysłali naveť po kovbasu. Ja zajšła pud masarniu, a tam – dovha koliêjčysko, usiê ždali popołudniovoji dostavy. Jak odčynili sklep i chłynuli lude, to mene małuju prydušyli do stiny. Ja počuła, jak moje pleče i ruka šorat ob nerômnu stinu. Stała kryčati. A taja baba, što mene prydušuvała, šče durno pytałasie:

A czego ty, dziecko, tak krzyczysz?
– Ty šče lepi kryčała b, kob tvôj tłusty zadok tak pošoryti! – podumała ja złôsno.

Ja vernułasie dodomu ciêła obderta i rozkryvavlana, ale prynesła puv kila kovbasy, bôlš ne davali. Mama poniuchała jijiê i skazała, što vona smerdit. Dovełosie zdobytu cinoju krovliê kovbasu vykinuti kuram. Mama odčyniła słojik z mjasom, pryšykovała kartopli i kotlety, ohurki, usiê pojiêli, vypili po kilišku i rozjiêchalisie. A mniê, musit, z tyždeń boliêli ruka i pleče.

Tato staviv dôm sam odin, ono do toho, na čôm ne znavsie, potrebovav robôtnikuv: do elektryčnosti, do piêčki, do vstavlania okon. I tak pomału naša chata bôlšała, a ja chodiła „na budovu” i vsiudy zahladała, i rozpytuvała, de što bude. Naveť pokojčyk sobiê vže vybrała.

Ohladati televiziju my chodili do susiêduv, tohdy same pokazuvali Klosa i Pancernych. Do kolegi biêhała ohladati Zwierzyniec i jakiś teatrzyk dla diti, kotoroho po pravdi kažučy ne velmi lubiła, ale jak ne było nic inšoho?.. Zatoje velmi mniê podobalisie seryjali Wakacje z duchami, Podróż za jeden uśmiech, Pan Samochodzik i templariusze i Stawiam na Tolka Banana, kotory pokazuvali v čytverhi zaraz po Ekranie z bratkiem. Pomniu, jak piêsniu z filmu pro Tolka Banana na kuneć seryjalu povtoryli, musit, zo try razy, a my z divčatami podililiś robotoju i ciêłu zapisali. Prosto kažna zapisuvała inšy radok, a posla my złožyli vsio do kupy.

Stare miał dżinsy, starą koszulę,
W dziurawych kamaszach szedł.
Z odwagą w sercu, z dumą na twarzy
Czy dobrze było czy źle.

Ne raz spivali jijiê pry ohniskach, na kolonijach čy obozach. To tohdy byv hit.

Gdzie świat szeroki, droga daleka,
Pod dachem utkanym z gwiazd,
Księżyc mu kumplem, głód był kolegą,
Tak przewędrował sto miast.

Svojoho televizora ja doždałasie, koli vže była v pjatuj klasi i my žyli v novuj chati. To byv čorno-biêły „Ametyst”. Kolorovy televizory pojavilisie para liêt puzniêj.

Pereselilisie my same pud Prečystu (praznik u našum starôm prychodi, 21 veresnia). Mama pudhotovlała vsio šče v starôj chati, ale hosti my pryjmali vže v novuj i ne zusiêm vykunčanuj. Jak ja tiêšyłasie! Tam była voda v kranach i velika vanna, i ja narešti miêła svôj pokojčyk! Mniê tudy vstavili novu versalku, potum prykupili bjurko z sekretarykom, stolik i dviê pufy. I to vsio. Aha! Šče ja dostała chodnik, kotory potum zaminiali na dyvan. Mama jakoś velmi chutko ponasadžuvała raznych kviêtok, kotory stojali na parapetach, porozviêšuvała ikony, i tak my začali nove žycie.

Ania zadovolana biêhała po schodach tudy-siudy, ale najlepi jôj było v mojôm pokojovi. Ja jijiê vyhaniała od sebe, bo mniê narešti chotiêłosie pobyti odnôj, ale de tam, vona jak myška vse znajšła jakujuś dyrku, kob uliêzti i trochu pošnyryti.

Odnoho razu ja zrobiła sobiê kogel-mogel, a Ania nasiêła na mene, kob jôj tože zrobiti. Zavelmi mniê ne chotiêłosie, ale što tam, ja jôj zrobiła, i vona stała joho jiêsti. Nabrała povny rot i nijak ne mohła kovknuti. Odstaviła sklanku na stolik i trymajučysie za rot chuteńko vybihła. Ja išła po jijiê slidach i znała, što bez pratania ne obujdetsie. Vona blovała tym koglom-moglom de popało, musit, ne posmakovav vôn jôj. Slidy veli ažno pud kuratnik. Bôlš vona nikoli v žyciu kogla-mogla ne jiêła. Mušu skazati, što ja tože stratiła na joho apetyt, na jakiś čas. A toje vsio my musili popratati, i to raz dva, bo mama miêła vernutisie z roboty čerez hodinu, a vona velmi ne lubiła bałaganu.

Ja tohdy była same v takôm vikovi, koli zbirajut razny pisniê i viêršyki i pojavlajetsie zacikavlenosť muzykoju i filmom. Kupiła sobiê gruby zešyty, zapisuvała tam pisniê (tuju ob Tolkovi Bananovi tože):

A potem odszedł, odszedł daleko,
Za siedem gór, siedem rzek.
Jednak o Tolku piosnka zostanie,
Czy chcecie wierzyć czy nie.
Piosnka o Tolku, Tolku Bananie,
Czy chcecie wierzyć czy nie.

Najperša, kotoru ja zapisała, była pro partyzana. Začynałasie: Wyruszał partyzant do boju / Żegnał swą lubą dziewczynę

I tak nazbiravsie odin zešyt, posla druhi.

Pomniu, što interesovałasie ja tože filmami i aktorami. Naveť kuplała sobie časopisy Film i Ekran, čytała artykuły, plotki ob pôlśkich i zahraničnych artystach, vytinała zdymki i vklejuvała jich do velikoho zešyta, zapisuvała jakijeś cikavy informaciji pro jich. Załožyła sobiê v kijosku spicjalnu tečku, de sklepova pokidała mniê zamovlany časopisy, bo inakš jich velmi chutko rozbirali.

A jak ja ono miêła jakijeś hrošy, to zaraz biêhła do kina. Najperuč na Poranki v nediêlu. Tam pokazuvali kazki, perevažno ruśki, ale vony byli fajno sfilmovany, i jakijeś filmy dla mołodiožy. Koli była trochu starša, to my z divčatami chodili na popołudniovy seansy. To vže byli zahraničny filmy, francuśki abo amerykański, časom angielśki. Naše bilśkove kino „Znicz” miełosiê tohdy całkom dobre.

Musit zo dva tyje zešyty z piêsniami i viêršykami zostalisie mniê na pametku. Moja dočka Marylka perehladaje jich časom, ale spivati ne choče, bo jôj podobajutsie zusiêm inšy pisniê.

Дзень Волі ў смартфоне

Сэльфі якое зрабіла Любоў Дзядзікіна ў Дзень Волі імгненна стала сімвалам мірных пратэстаў у Менску (nn.by)

Дашкевіч на Валадарцы. Напэўна ўсе мф’цы тут, а БЛ у амерыканцы” – такі допіс 25 сакавіка у 12:05 ў сацсетках пакінула Наста, жонка Змітра Дашкевіча (лідара «Маладога фронту»), які за апошнія месяцы вырастае на аднаго з лідароў грамадскага супрацьстаяння ў Беларусі. Хаця рэжым і яго адносіны з народам не мяняюцца, менскі Дзень Волі ўпершыню можна было з дапамогай інтэрнэту назіраць амаль ужывую. Здаецца што нават і тое не дапамагло звярнуць вочы Еўропы ды свету на Менск.

Напружаная сітуацыя ў Беларусі пачалася ў лютым у якасці пратэстаў выкліканых прэзідэнцкім Дэкрэтам №3 «Аб папярэджанні сацыяльнага ўтрыманства». Новы закон у народзе вядомы як падатак на дармаедства давёў да шматлікіх маршаў абураных беларусаў, якіх прымушаюць плаціць дзяржаве грошы за тое што ў іх няма працы. Першы з іх пачаўся 17 лютага ў Менску, потым беларусы выйшлі на вуліцы такіх гарадоў як Берасце, Горадня, Гомель, Магілёў, Бабруйск ці Баранавічы. Удзельнікі патрабавалі адмены дэкрэта, за тым таксама і адстаўкі прэзідэнта Лукашэнкі, які 23 год пры ўладзе. Новы падатак, які кранаў ажно 470 тысяч грамадзянаў, стаў прычынай першых такіх масавых за апошнія 20 год пратэстаў, у якіх прынялі ўдзел у большасці беларусы якія не мелі раней дачынення да палітычных пратэстаў і ці апазіцыі. Арганізатараў маршаў штрафавалі і судзілі, а 9 сакавіка Лукашэнка прыпыніў дзейнасць дэкрэта. У той час напрыканцы лютага прайшла таксама акцыя абароны Курапатаў, у якіх планавалася будаўніцтва бізнэс-цэнтру ў ахоўнай зоне мэмарыялу. Лукашэнка добра ведаў, што ў Дзень Волі можа паўтарыцца 2010 год, калі пасля выбараў на вуліцы Менска выйшлі тысячы людзей.

На спробы святкавання 99. угодкаў абвяшчэння БНР улады адказалі запалохваннем ды сілай. Да Дня Волі службы правялі прэвентыўную зачыстку, было затрыманых шмат актывістаў, якія трапілі на суткі зняволення. У інтэрнэце пісалася, што нехта ўзламаўся ў акаунт палітыка Міколы Статкевіча і паведаміў што пратэст адмянаецца. Збор удзельнікаў акцыі планаваўся пры Акадэміі Навук у 14.00 гадзін, хаця ўлады адмовілі арганізатарам у яе правядзенні. Нягледзячы на забарону, апазіцыйныя палітыкі заклікалі сустрэцца ў запланаваны час. Негледзячы на пагрозы, 25 сакавіка некалькі тысяч жыхароў рушылі ў кірунку Акадэміі навук.

Улады падрыхтаваліся да разгону грамадзян выдатна. Цэнтр горада выглядаў як у ваенны час – з унутраным войскам, спецназам, дзесяткамі аўтазакаў. Усё дзеля мірнай акцы,і якая не магла стаць беларускім майданам. АМАПаўцы ўварваліся ў офіс праваабарончай арганізацыі „Вясна”, затрымана пару сотняў чалавек. Метро ды гарадскі транспарт не прыпыняліся побач станцыі Акадэмія Навук. Улады баяліся лідараў палітычнай апазіцыі. У пэўны момант не было звестак пра месца знаходжання Міколы Статкевіча, які ўзяў на сябе адказнаць за правядзенне акцыі. На ходніках ад плошчы Якуба Коласа і парка Чалюскінцаў міліцэйскія не прапускалі анікога апроч журналістаў. Кожны хто здолеў усё ж такі прайсці, быў на месцы затрымліваны і закідваны супрацоўнікамі АМАП у аўтазак – у тым ліку пажылыя ды жанчыны. Жорсткія затрыманні распаўсюджваліся на відэа ды фота ў СМІ амаль ужывую. Тысячы назіральнікаў сачылі за падзеямі седзячы перад камп’ютарамі. Вельмі моцнае ўражанне рабілі допісы як ‘нехта грукае ў дзверы, каля пад’езда бачу машыну з просьбай тэлефанаваць калі нешта з ім дрэннага здарыцца. Сучасная тэхніка стала новай зброяй у барацьбе з уладамі, хаця –  як некаторыя звярталі ўвагу – у цэнтры горада кепска працавала мабільная сувязь – верагодна, спецслужны блакавалі.

Паводле звестак СМІ, лік затрыманых людзей якіх развезлі па ўсіх раённых РАУСах дасягнуў 1000 чалавек. Наступныя дні сталі пад знакам суда за „удзел у несанкцыянаванай акцыі”. Ёсць звесткі аб збіцці некаторых людзей. „Майдан не атрымаўся” – казалі прыхільнікі ўладаў. Сваю ацэнку Лукашэнкі памяняў маршалак польскага Сенату Станіслаў Карчэўскі, які яшчэ пару месяцаў назад пісаў пра кіраўніка РБ як пра „цёплага чалавека”. Зараз у сацсетках заявіў, што той «страціў шанец на збліжэнне з ЕС ды Польшчай, яго дэкларацыям супярэчаць жорсткія падаўлення мірных дэманстрацыяў ды арышты». Тымчасам прэзідэнт заявіў, што ён з Уладзімірам Пуціным як «родныя браты».

 

Тамаш Суліма

Міхал Мінцэвіч. Следам прызвання

Змаганне суправаджае чалавечае жыццё. Гэта змаганне паміж любоўю і самалюбствам. Любоў у адступленні.

Мой жыццёвы досвед падказвае, што хрысціяне асабліва думаюць пра Бога толькі, у прынцыпе, двойчы ў год: у Ражджаство і Вялікдзень. Ну, і, вядома, калі здарыцца нейкае няшчасце ў найбліжэйшым акружэнні, паводле народнай мудрасці: „Калі трывога, то да Бога”. Факт – слова „Бог” людзі ўжываюць штодзённа, забываючы, што Свяшчэннае Пісанне забараняе ўжываць яго „всуе” – дарэмна. Але ёсць людзі, якія Богу прысвячаюць вялікую долю свайго жыцця.

Па-мойму, прызванне, гэта перакананне, што трэба трымацца нейкага акрэсленага ладу жыцця. Бог у сваёй вялікай дабрыні дае людзям мноства дароў, напрыклад сілу, здароўе, мудрасць. Чалавек быў першым адлюстраваннем Бога. Нашы істоты Бог стварыў на свой вобраз і падабенства і вызначыў кожнаму чалавеку нейкае даручэнне, місію. Кожны чалавек мае нейкі Божы дар, які нас радуе, які трэба берагчы і памнажаць – дзякуючы такім чынам Богу – раздзяляючы яго
з іншымі.

Некаторыя людзі служаць Богу ў якасці місіянераў, манахаў, пустэльнікаў, святароў ці катэхетаў. У некаторых гэта частка доўгай сямейнай традыцыі, іншыя прывязваюцца да Царквы з наймалодшых гадоў. Заўважаю таксама, што такая прывязанасць часам бывае метадам пракладкі жыццёвай дарогі, ангажавання – афіцыйнага ці неафіцыйнага – у палітыку розных узроўняў.

Калі я вучыўся ў сярэдняй школе, адзін мой аднакласнік прызнаваўся мне, шо марыць мець маёнтак і багацце, каб яго паважалі. Меў ён вясёлы і лагодны характар, не прападаў за мацнейшым і прысмакамі, але вельмі цягнула яго да дзяўчат. Нішто не прадвяшчала, што адыдзе ён ад вывучанай прафесіі механіка. Але так здарылася, што апынуўся ён у Амерыцы, дзе стаў бацюшкам.

Да прызвання адносяцца па-рознаму нават асобы духоўныя. Вось такі адзін, родам з поўдня краіны, з якім я вёў інтэрв’ю, здзівіўся перада мною: «Прызванне – а што гэта такое?». Я не мог яму адказаць. І пакінуў гэтую тэму.

Мне асабіста сфера духоўнасці таемная, іншая ад рэчаіснасці, задзіўляючая і прыцягальная. Хаця я ад яе збоку, то ўсё ж люблю пра духоўнасць чытаць, пісаць, гутарыць з людзьмі, а найбольш люблю фатаграфаваць; лічу, што гэта таксама мой атрыманы ад Бога дар. Ад трыццаці двух гадоў сістэматычна фатаграфую падзеі з жыцця Арлянскага прыхода, важнейшыя святы, візіты іерархаў, прыхаджан, збудаванні. Мяркую, што ў будучыні ўдасца мне наладзіць фотавыставу і мультымедыйную прэзентацыю, у тым ліку і з маімі артыкуламі ў беларускіх газетах, на гэтую тэму. Бо ж, можна так сказаць, і газеты спрыяюць майму дару ад Бога.

Настаяцелем Арлянскага прыхода ад восені мінулага года а. Славамір Хвойка. Ад некалькіх гадоў у Орлі таксама малады а. Андрэй Жукавіцкі. Ад 15 жніўня 1996 года ў Орлі вікарый а. Анатоль Такаюк. Настаяцелем ад 1962 года быў а. Аляксандр Такарэўскі, народжаны ў 1929 годзе, зараз ён ганаровым настаяцелем і ў кожную нядзелю даязджае ў Орлю з Бельска-Падляшскага; так мне прызнаўся:

– Святарскае прызванне, мабыць, было ў мяне з дзяцінства. Вялікае значэнне меў таксама і той факт, што некаторыя мае сямейнікі здаўна працавалі ў карысць Царквы. Дзед Пётр Такарэўскі быў псаломшчыкам у Корніцы. Дзядзька быў святаром у Бельску-Падляшскім і шмат часу выконваў абавязкі благачыннага. І мой лёс так склаўся, што пасля смерці бацькі ў 1942 годзе жыў я ў свайго дзядзькі, які тады быў святаром у Мілейчычах. Ён ставіўся да мяне як да роднага сына, быў для мяне аўтарытэтнай асобай. Любіў я гутарыць з ім на розныя тэмы, суправаджаць яго ў ягоных вандроўках. Сістэматычна наведваў я царкву, удзельнічаў у службах: чытаў, спяваў, прыслугоўваў. Ужо тады вывучаў я «часаслоў» на памяць. Усё гэта мела ўплыў на маё святарскае прызванне.

Айцец Аляксандр Такарэўскі служыць у Орлі ўжо пяцьдзесят пяць гадоў. Тут людзі яго вельмі паважаюць за сумленнасць, добрае кіраванне прыходам у мінулым і – асабліва – за сардэчныя і ўважлівыя адносіны да іх.

З Арлянскага прыхода выводзіцца многа святароў, у іх ліку і ўжо не жывучы сын настаяцеля Георгій; шмат з вёскі Пашкоўчына. Фама Стэмпа з Тапычкал, які тэалогію вывучаў у Варшаве і Румыніі, прызнаваўся мне, што ягоныя жыццёвыя планы фарміраваліся з дапамогай нашага настаяцеля, калі з пятага-шостага класа пачатковай школы аж да трэцяга класа ліцэя прыслугоўваў у арлянскай царкве, пазней прымаў удзел у з’ездах праваслаўнай моладзі на Грабарцы, паломнічаў з беластачанамі і гайнавянамі. Айцец Фама падкрэсліваў: «Вельмі важна не забываць пра сваю рэлігію, пра атрыманую ў спадчыне ад продкаў веру. Трэба працягваць традыцыю і рупіцца пра сваё духоўнае развіццё. Нельга забываць, што на першым месцы Бог, бо тады ўсё будзе складвацца па Ягонай і нашай волі».

Людзі, прагныя ідэальна здзяйсняць прынцыпы сваёй рэлігіі, яднаюцца ў ордэны. З Арлянскага прыхода выводзяцца таксама многія манахі і манашкі.

Юрка Хмялеўскі. Ад Рэдактара.

Нядаўна пабываў я на цікавай і заадно сімпатычнай сустрэчы ў Падляшскай кніжніцы ў Беластоку. Была гэта ўрачыстая прэзентацыя трэцяга выпуску фотаальбома „Колеры праваслаўя. Польшча”. Яго выдаўцом з’яўляецца аб’яднанне „Ортфота”, якім кіруе Алік Васылюк (раней быў ён кіраўніком сайту Cerkiew.pl), а гуртуе яно фатографаў – пераважна непрафесійных, праваслаўных. На здымках паказваюць яны праваслаўныя цэрквы і царкоўнае жыццё. Свае здымкі змяшчаюць на сайце Orthphoto.net, які мае міжнародны характар, бо там здымкі праваслаўя і іх аўтары – з многіх краін свету. Адтуль, вядома, і здымкі надрукаваныя ў тоўстым фотаальбоме прысвечаным праваслаўі ў Польшчы.Першы яго выпуск паказаўся ў 2011 годзе, а ў два наступныя ўвайшло за кожным разам крыху іншых здымкаў.

Прамоцыя фотаальбома ў Беластоку, што прайшла 17-га сакавіка, была зладжана як вялікая культурная падзея. Прысутнічала шмат важных асобаў, у тым ліку Мацей Жыўна з маршалкоўскай управы ваяводства ды некаторыя войты, бурмістры або іх намеснікі, як прадстаўнікі самаўрадаў, якія дафінансавалі гэтае выданне. Прыбыла таксама каля дваццаці аўтараў змешчаных у альбоме здымкаў. Сустрэчу ўмела вялі Галена Марцінкевіч з дэпартамента культуры Маршалкоўскай управы ды галоўны ініцыятар выдання Алік Васылюк.

Мерапрыемства дасканала ўпісвалася ў вялікапосны настрой. На пачатку выступіў царкоўны моладзевы хор з беластоцкага сабора. Апрача некалькіх малітоўных твораў на царкоўна-славянскай мове адну праваслаўную малітву праспяваў ён па-польску. Яе словы ў адрозненні ад першых, вядома, усім былі зразумелыя, але адчуваўся вялікі кантраст. Царкоўны напеў па-польску ёсць проста ўбогі і сціплы, бо не аддае духоўнасці, містыкі і таямнічасці, што з’яўляецца непаўторным вялікім багаццем царкоўнай музыкі ў славянскім арыгінале. Варта тут падкрэсліць, што і калісь, шмат стагоддзяў таму, калі славянская мова была яшчэ жывая, вернікі таксама не ўсё разумелі, калі ў царкве спяваў хор. З гэтым крыху так, як з оперным спевам, дзе словы поўнасцю зразумелыя толькі спецыялістам. Вырашае акустыка і спеў як перадусім музыка, а не звычайная песня. Словы, вядома, таксама важныя, бо надта глыбокія і ад душы, але іх сэнс трэба пазнаць асобна. І тут пераклады на польскую мову сапраўды прыдатныя. Але пераклад ёсць заўсёды толькі перакладам. Немагчыма поўнасцю перанесці сэнс і значэнне слоў у арыгінале на іншую мову. Гэта датычыць і літаратуры, асабліва паэзіі. Часта пераклад гэта проста новы твор. У выпадку царкоўнага спеву гэтае зрабіць проста немагчыма.

Нашай беларускай мове ўсё-такі бліжэй да царкоўна-славянскай, чымсьці польскай. Літургія па-беларуску сапраўды прыгожая, калі па-польску – нам проста чужая. Таму шкада, што царкоўныя хары на Беласточчыне вельмі рэдка спяваюць па-беларуску. Тут, вядома, прычына іншая – асіміляцыя з паланізацыяй. Праўду кажучы, калі на прэзентацыі альбома пачуў я царкоўны спеў на польскай мове, спадзяваўся, што прагучыць нешта і па-беларуску. Але, дзе там. Дарэчы, беларускіх акцэнтаў падчас гэтай сустрэчы цалкам не было. Была гэта поўнасцю польская імпрэза, якая выхваляла праваслаўе ў Польшчы, нягледзячы, што гэта не нацыянальная рэлігія палякаў. Праваслаўнымі вернікамі ў Польшчы з’яўляюцца ў асноўным беларусы або асобы беларускага ці рускага (напэўна не расійскага) паходжання, якія, на жаль, часта не лічаць сябе беларусамі, але праваслаўнымі палякамі. Прытым праваслаўе ў Польшчы сёння гэта перадусім Беласточчына. Таму загаловак фотаальбома з націскам на слова „Польшча” ёсць мабыць крыху перабольшаннем. Але мы ўжо так маем. Каб штучна павысіць ранг аглядаў беларускай песні, іх арганізатар – Галоўнае Праўленне БГКТ – вырашыў на пачатку дзевяностых гадоў перайменаваць мерапрыемства на фестываль, называючы яго пры тым „агульнапольскім”. Хаця рэдка калі ў гэтых пераглядах удзельнічалі выканаўцы з-па-за Беласточчыны. Праўда, прыязджаў часам нехта з Варшавы, каб у Беластоку праспяваць дзве песні, але гэта аніякі аргумент. Бэгакатоўскі фестываль заўсёды быў і ёсць мясцовым, а не краёвым. Само слова „агульнапольскі” таксама не цалкам беларускае. У Беларусі гавораць – „Усебеларускі”, таму калі што павінна быць „усяпольскі”. Дарэчы, не чуваць, каб у Польшчы былі „агульнапольскія” фестывалі літоўскай, украінскай, рускай ці нямецкай песні…

Дадатак „Польшча” ў загалоўку альбома „Колеры праваслаўя” абгрунтаванне ўсё-такі мае. Змешчана ў ім каля 150 фотаздымкаў, частка якіз прадстаўляе таксама цэрквы з-па-за Падляшша. Толькі, што яны там ужо амаль апусцелыя. Альбом нават адкрывае фотаздымак старыннага праваслаўнага вялікага каменнага крыжа на могільніку ў Радаме. Але відаць на ім таксама сучасны надмагільны помнік, крыж на якім ужо каталіцкі.

Ва ўступе да альбома падкрэсліваецца, што праваслаўе на сучасных польскіх землях прысутнічае няспынна ад IX стагоддзя, калі на поўдзень дайшлі славутыя місіянеры – святыя Кірыла і Мяфодзій. Ужо прайшло, адднак, звыш тысячы гадоў, як па тадышніх першых храмах (м.інш. у Кракаве) няма нават следу.

Падчас прэзентацыі альбома таксама была паказана анімацыя „Праваслаўе ў Польшчы”. На працягу пятнаццаці хвілін прадстаўлена ў ёй уся гісторыя праваслаўнай царквы на польскіх землях і яе сучасны стан. Аглядаючы гэтую анімацыю можна мець уражанне, што праваслаўе ў Польшчы даволі магутнае як на рэлігійную меншасць у краіне, у якой 90 прац. грамадзян гэта каталікі. Прытым пададзены там лік 500 тыс. праваслаўных, а ён жа ў некалкі разоў павышаны. Ва ўступе да альбому ёсць ужо меншы лік, бо 300 тысяч. Сацыялагічныя навуковыя даследаванні даказваюць, што ў Польшчы цяпер пражывае 150 тыс. праваслаўных, з чаго 75 прац. а мо і болей на Беласточчыне. Столькі ж далічыліся праваслаўных і падчас апошняга перапісу насельніцтва ў Польшчы.

Нягледзячы на гэтую рэчаіснасць польскае праваслаўе безумоўна з’яўляецца важным духоўным і культурным багаццем у Польшчы, якім таксама можна і трэба ганарыцца ў свеце. Ініцыятыва згуртавання Orthphoto задумана менавіта таксама для таго, каб багацце польскага праваслаўя паказваць за мяжою. Апрача кніжнага альбому ёсць таксама выстаўка фотаздымкаў, якая была прзентаваная ў многіх месцах у Польшчы, а таксама ў Беларусі, Балгарыі, Грузіі, Малдове, Румыніі, Сербіі, Украіне, у Еўрапейскім Парламенце ў Бруселі, а нават у далёкай Эфіёпіі. У гэтым годзе ў рамках прамацыйнай праграмы польскай культуры за мяжою, фінансаванай міністэрствам замежных спраў Польшчы, такая выстаўка будзе прэзентавацца ў Літве, Расіі і Фінляндыі.

Праваслаўе гэта найперш падляшскі „экспартны” тавар, галоўная прызнака шматкультурнасці нашага рэгіёну, адзінага такога ў Польшчы. Пра гэта падчас прэзентацыі альбома гаварыў віцэ-маршалак Мацей Жыўна. – Вера і культура неабходныя, каб рэгіён мог нармальна жыць, а праваслаўе ёсць часткай нашай культуры, – падкрэсліў ён.

Насуперак назову альбома праваслаўе ў Польшчы цяпер зусім не ў росквіце, а хутчэй за ўсё ў крызісе. Колькасць вернікаў не павялічваецца. Цэрквы на нашай Беласточчынне, якіх так густа ў краявідзе, амаль ужо апусцелі, паколькі абезлюднелі вёскі. Але і ў гарадскіх храмах – у Беластоку, Бельску ці Гайнаўцы – таксама натоўпаў няма. Гэтым, аднак, здаецца, ніхто завельмі не пераймаецца. У тым, што праваслаўе прыгасае, не відаць таксама нейкай заклапочанасці ўладаў. Было б інакш, каб было каму за гэтым заступіцца. Але праваслаўныя эліты, каляцаркоўная інтэлігенцыя, таксама ў нейкім крызісе. Яе мала і не такая актыўная яна як калісь. Амаль уся гэта эліта сабралася і на прэзентацыі альбома. Славамір Назарук, наш колішні рэдакцыйны сябра і шматгадовы (з 80-х гадоў) вядомы царкоўны дзеяч, а цяпер адзіны праваслаўны ў Гарадской радзе Беластока, у размове са мною не скрываў смутку, што ў праваслаўным асяроддзі няма ўжо такой энергіі як калісь.

Царква зрабіла памылку, адрываючыся ад традыцыі і культуры сваіх вернікаў, у нашым выпадку беларусаў. Веру ад традыцыі нельга раздзяляць. Вялікдзень – надыходзячае вось свята святаў – не быў бы такім прыгожым, цудоўным, аптымістычным і каляровым менавіта, калі б меў выключна рэлігійнае значэнне.

Pro truskavki, kačeniatka i inše mučenije

Liêtom baťki často pokidali na mojôj hołoviê ciêłu našu hospodarku, a sami jiêchali pomahati do Knorozôv abo do Ploskuv.

Ja ne tôlko kormiła našych zvirôv i pilnovała chatu, ale tože zajmałasie mojeju mołodšoju sestroju. A mniê było vsioho deseť liêt. Ja ne viêdaju, jak mama ne bojałasie pokidati dvoje małych diti preč odnych doma. Ale taki to byv čas. Ne było inšoho vychodu. Za toje, što vony pomahali, diaďko pryvoziv nam na zimu kartopli, osypku dla porosiat i oves dla kury.

Pered vyjizdom mama šykovała nam jiêdło, davała mniê, musit, zo sto prykazuv, i šče puvspjašču pokidała doma. Ščastie, što moja sestra, Ania, lubiła dovho spati. Ja kormiła kury, u obiêd davała porosiatkam, pilnovała kureniatok, kob miêli što jiêsti i piti (časami byli v nas i kačeniatka), kormiła kota i sobaku, nu i zajmałasie sestroju. Davała jôj mołoka i kormiła; koli vona ne vspiêła vysikatisie na nocnik, to odiahała jôj suchije majtki, voziła jijiê v vozikovi, nakładała jôj šapočku abo vjazała chustočku na hołov, kob soncie jijiê ne nahryvało.

Mniê velmi chotiêłosie bavitisie z koleżankami, kotory svobôdno biêhali, bez nijakich obovjazkuv, ale što ž… Koležanki prybihali do mene, my šyli odežu dla našych lalok (uže tohdy ja hože šyła), skakali na skakanci, hrali v klasy i v gumu. Čerez tyje zabavy ja zabyvałasie pojiêsti sama, i z jiêdłom, kotore našykovała mniê mama, často vpravlalisie kury abo sobaka. Koležanki mohli sidiêti v mene, poka ne treba było kłasti Aniu spati. Vona na ščastiê zasynała po obiêdi, i ja mohła spokôjno nakormiti ciêły naš dobytok.

Najhôrš było z porosiatkami. Vidro z jichnim kormom dla mene było zatiažkie, i ja joho čuť dopuluvała do koryta. A raz vone mniê prosto vyliłosie, koli paršučok mene pudtovkonuv. Dobre, što ja vmiêła zamišati nanovo… Bačyła, jak sieje robit mama, i ono povtoryła.

Pometaju, jak raz małyje kačeniatka neviď-jakim sposobom uliêzli do nužnika i strašenno piščali, płyvajučy v humniê. Odne to j utopiłosie tam naniet… Ja jich stamtôl čuť povytiahała. Mało sama ne vletiêła do toji dyrki… Jak sobiê sieje pryhanu, to šče i diś mene trese. A jak mama kryčała na mene za toje vtoplane kačeniatko!

– Cikavo, na koho b ty, mamo, kryčała, koli b i ja tam utopiłasie? — ne vyderžała ja.

Mama tôlko podiviłasie i zmovkła. Dumaju, što do jijiê tohdy dojšło, štó mohło statisie, ale na ščastie ne stałosie.

Koli ja pujšła do pjatoji klasy, to baťki posadili truskavki v Ploskach. Mnôho. Diêd Ivan odstupiv našym trochu pola. I od toji porê mojiê vakaciji začynalisie tak samo: vybiraniom truskavok. My z mamoju vybirali za deń bôlš za sto łubjanok. I to ne było tak, što mama vybirała jich bôlš za mene. Puv na puv. Pomniu, jakaja ja była zamučana i jak boliêli mniê plečy po dniovi takoji praci. A mama posli takoho vybirania jiêchała šče do Bielśka, kob pryšykovati jiêdło tatovi, pomyti koje-što, nakormiti dobytok… Na ščastiê, my vybirali tyje truskavki čerez deń…

Ja z Anioju zostavalisie v baby v Ploskach. Baba davała nam pospati čuť ne do obiêda, pevno była zadovolana, što ne brontajemosie jôj pud nohami. Ania chodiła vse za mnoju. Pilnovanie jijiê to byv môj najvažniêjšy obovjazok. Ja zapisałasie do ploskôvśkoji biblijoteki. Tohdy jakraz pročytała knižku Rudy Orm Fransa Gunnara Bengtssona i zasmakovała peršy raz u skandynavśkuj literatury, kotoru lublu po diś deń. Posli pryjšov čas na Krystynę, córkę Lawransa Sigrid Undset, a potum ja šče pročytała Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumasa. Nu i Dziwne losy Jane Eyre Charlotty Brontë. Dla mojeji sestrê ja tože stała pozyčati knižki, ale z malunkami, kob vona ne nudiłasie, bo čytati vona tohdy šče ne vmiêła. Knižki ja pryvoziła do baby i z soboju z Biêlśka, bo inakš zanudiłasie b tam naniet. U Ploskach udałosie mniê pročytati Oliwię i Filipa Georga Bidwella, i Adama, syna Oliwii.

– Što ty tam šče čytaješ? – pytałasie mene Ania. – Ja vže davno svoju ročytała. I tvojiê knižki bez malunkuv, zusiêm necikavy.

A ja, koli mniê knižka podobałasie, mohła čytati i čytati, zabyvšysie pro ciêły sviêt.

Ja čytała tože i mojôj sestrê, ale vona najlepi lubiła, jak ja rozkazuvała jôj kazki. A ja jich znała velmi mnôho, bo jak była mołodša, to mnužêń jich pročytała. I nekotory dobre zapometała. Šče mojim chłopciam i Marylci rozkazuvała.

Raz, koli my vybirali truskavki, pryjšła do mene Ania, kotora plontałasie po poli bez daj diêła, i zaliêzła mniê na plečy. Vjadomo, mniê stało tiažko. Ja vže i tak povzała na kolinach, mniê było dušno, ciêła odeža prylipiłasie do tiêła. Prosiła ja sestru, kob zliêzła, ale de tam! A koli ja nakryčała na jijiê, to vona zo złôsti vkusiła mene v pleče. I to šče jak! Ja až rozpłakałasie, tak mniê zaboliêło. Chotiêła jôj dati dobre v sraku, ale potum poškodovała. Ono posli ne odzyvałasie do jijiê ciêły deń, choč vona i prymilałasie do mene.

A odnoho razu, deś na počatku našoho vybirania, moja sestra stała jiêsti mitłu (to takaja trava), bo dumała, što na poli ničoho dla jiêdła kromi truskavok nema. Čuť ne zadušyłasie.

My vse brali z soboju na pole obiêd, bo do chaty było zadaleko voročatisie. Mama pryvoziła z Biêlśka bułki, masło my bili v baby v masłobitci. Moja mama była ekspertom od masła, velmi chutko jôj zbivałosie. Ja tože chotiêła tak navčytisie, ale šče tohdy ne davała rady. Potum zbite masło treba było vypołoskati v vodiê. A jakoje vono było smačne! Masło zo sklepu zusiêm inšy smak maje! My vse brali do Ploskuv jakujuś kovbasku abo słojik z mjasom. Tohdy šče lodôvku miêv mało chto, i kob perechovati mjaso, treba było joho zavaryti v słojiki. Moja baba Loksa pekła velmi dobry chliêb. U prykusku my brali jakijeś ohuročki. Mniê taki obiêd na poli smakovav bôlš, čym u chati, było jakoś inakš. Nu i možna było chvilu oddychnuti od truskavok.

A potum my važyli tyje truskavki, stavili jich na vozi i jiêchali na skup u sołtysa, zdavali jich i voročalisie dochaty. Unočê po truskavki pryjizdžali velizny samochody. Vezli jich pevno pererobiti na varenije abo zamoroziti, bo my vybirali truskavki bez chvostikuv.

A z samych ostatnich truskavok my varyli varenije i kompoty dla sebe na zimu. Moja mama vmiêła šče robiti truskavki na surowo, i koli ich odčyniłosie zimoju, to odrazu prypominałosie liêto, tak hože vony pachli. Ja lubiła tym varenijom šmarovati sobiê i Ani chliêb abo bułočku, i my zajidalisie takimi kanapkami. A jak z jimi smakovało tiêsto! Ja pekła zvyčajny biškopt i šmarovała joho truskavkami na surowo.

Odnoho razu, jak pryjšli do mene kolegi i koležanki z klasy, odin chłopeć zapytavsie:

– A skôl vy majete sviêžy truskavki zimoju?

– Nu jak skôl, zo słojika!

 

Halina Maksimjuk

Tamara Bołdak-Janowska. Toast totalny.

Na juliańskim „Sylwestrze” w restauracji Krys-Stan w Olsztynie wygłosiłam zaraz na początku długi toast, który Tolo nazwał totalnym. Teraz, kiedy piszę ten szkic, jest 18 lutego 2017. Nie za późno na powtórzenie go tutaj? Ależ nie. Myślę, że nawet w marcu nie będzie za późno. Za chwilę spiszę go z kartki. Aby przed wiosną albo i na wiosnę. Na toasty nigdy za późno. Ten toast totalny przekracza obecny rok i stać go na kreowanie każdego następnego. To toast wieloroczny. Najpierw kilka słów o czym innym.

Pan Jan Maksymiuk rozczarował mnie felietonowym molestowaniem, abyśmy redakcją wskoczyli do Internetu, w obrazki i krótkie tekściki („jak najkrótsze”), bo jeśli tak nie doskoczymy do uwspółcześnienia, to nie będzie nas i pozostaniemy w 19. wieku. Ależ Panie Janie! Myślenie należy do 19. wieku? Jesteśmy dopóki myślimy i dopóki mamy gdzie myśleć. Sam Pan pisze, że to „brzmi strasznie”. Po co mamy wskakiwać w rzeczy straszne i kurczyć własny łeb?

Trochę się poznęcam nad Panem, a lubię Pana, i mimo to obejrzę problem wnikliwiej, od ponurej strony. Przepraszam, ale powinnam znaleźć złoty środek. To kobieta pitagorejka wynalazła „złoty środek”, zapobiegający świrowi w jedną stronę, tj. neofictwu, ale o niej powiem na końcu, w toaście totalnym.

Uwaga ogólna – średni nakład książki czy prasy wciąż u nas maleje, także w Internecie, a my mamy nakład stabilny i z tego się cieszmy, i nie wymyślajmy ładnej dziury w całym. Cieszmy się z naszego pisma. Mnie taka radość buduje.

Jeszcze jedna uwaga ogólna – tylko dla programistów Internet to poezja i duży zysk finansowy, ale to zupełnie inna bajka. No i to: pismo mniejszości to ani mainstream, ani nisza. Portalu nie zrobimy, bo to sprawa koncernów i skupiania reklam, to egoistyczne zarabialnie. Jedynie żebracze portale, np. filozoficzne, jakoś się z datków utrzymują, ale i one muszą karmić finansującą rękę żądanym zaniżeniem poziomu tekstu. O tym potem.

Podlasie nie jest w pełni zinternetowane. Poza tym takie doskakiwanie do uwspółcześnienia, hop do e-dziury i w obrazki, to prześmieszna prowincjonalna wyginanka. Równie doskocznie można zaproponować, abyśmy zrezygnowali z każdego języka słowiańskiego na rzecz skakanki do-angielskiej. Jeden nasz dureń tak doskoczył do uwspółcześnienia, że na grobie dziadka (czy kogoś bliskiego, nie pamiętam) dał tekst po angielsku.

Obrazki, doskok, obrazki, trzy słowa plus pięć? I to wszystko? Upasi Hospadzi nas ad hetaho, dapakul żywiem! No i hejt oczywiście. A ten będzie, jeśli staniemy się internetowi, zgodnie z Pana propozycji: zdolni do obrazków i trzech słów. Codziennie będzie się na nas wylewać szowinistyczny świr z 19. wieku, przewyższający te nasze trzy słowa. Po co mamy to robić? W imię związku z licealistami? To oni niech się wiążą z nami. Ze mną się wiążą. Widocznie znam innych licealistów. Skąd Pan wytrzasnął licealistów głąbów? Z jakiej to dupy?

I tu od razu przypominam jedno z przykazań wolnego człowieka autorstwa Tymothy’ego Snydera: Wolny człowiek czyta długie artykuły.

Dlaczego? Bo to jest treść. Treści nie można przejrzeć pobieżnie. Treść to dogłębna analiza. To rozwija. Przeskakiwanie z komunikatów na obrazki i odwrotnie nie rozwija. Przez to kurczy się mózg (pisałam o tym).

Nieprawda, że młodzi żyją wyłącznie komunikatem i obrazkiem. Nieprawda, że papierowe pisma to 19. wiek. Wielką sprawą w 21. wieku jest mieć papierowe pismo, jak nasze, i jest to wielka istotność. Pan uważa, że powinniśmy mieć miliony odbiorców? A po co? Po co liczyć na miliony, kiedy na świecie jest tylko garstka ludzi myślących? To na nią liczymy, panie Janie. W kulturze pięć osób może więcej niż milionowe stado. My bierzemy udział w wątku rozumnym. Doskoczenie do „jak najkrótszych treści” i obrazków przesuwa nas wprost w 19 wiek, do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu. Upasi Hospadzi! Pisma mniejszości to nie njusiki z durną korporacyjną treścią i wieczną rozmyślanką, jakby tu zwiększyć nakład.

Przeczytałam Martina rozprawy filozoficzne o śmiesznym doskakiwaniu do uwspółcześnienia, stadnym, panie Janie, i doskakiwać nie chcę. I mało tego. Chcę, aby Pan to przeczytał, istotną filozofię Martina, i zobaczył, jakie to żenujące, takie doskoki, jakie krótkotrwałe. Tak. Krótkotrwałe, ponieważ młodzi dojrzewają. Dojrzewają albo i nie. Nam powinno zależeć na dojrzewających. Ci przyjdą do nas z własnej woli. Reszta wyjedzie za granicę, dokądkolwiek. Stamtąd też można poznać najistotniejszy ludzki trzon filozoficzny – nagle wiem, że jestem kim jestem. I tęsknię do tego, co utracone. I opowiem o tym. Wtedy przyjdą do nas i będą pisać o swojej utracie i nostalgii.

I jeszcze inaczej. Doskoczenie do virtualu nie jest nowoczesnością, tylko chwilowym nuworyszostwem w byłych demoludach, co chcą mieć „jak w Ameryce”. Przeminie. Już przemija. Nowoczesność to bycie bez prowincjonalnych kompleksów gorszości. Nowoczesność już jest intelektualnym oporem wobec przemocy obrazków i trzech słów czy tam okrzyków. Poza tym kończy się era nieograniczone dostępu do Internetu – trzeba to wiedzieć nowocześnie.

Białoruskość jest rzadkością. I tak już będzie. Jest rzadkością wśród starych i młodych, i tak już będzie. Jesteśmy rzadkością wśród emerytów i licealistów, i tak już będzie. Naszą sprawą jest utrzymanie fenomenu tekstu i fenomenu rzadkości jak długo się da. Nasze pismo to nie codzienna internetowa gazeta, z codziennymi fejkami i hejtami. W Internecie coraz więcej fejków, hejtu i coraz mniej wolności.

Niech się w to bawią chwilowo dzieci. Mamy dziecinnieć?

Licealiści niech sobie robią internetową stronę białoruską obrazkowo-krzykankową. Jakoś nie robią. I otóż w tym rzecz, że nie robią. Nie jest to sprawa naszego unikalnego pisma, robienie takiej strony. Licealistów z doskokiem wyłącznie do virtualu nie interesuje żadna inność, a już na pewno nie białoruskość. Jeśli już, to oni zakładają sobie e-strony w języku angielskim i nie są to nasi ludzie. I nasi ludzie z nich nie wyrosną. Chociaż… Może się znudzą świrem fejku, hejtu i stalkingu.

Dosyć. Niedobrze, że muszę to mówić, ale nie mogę nie mówić. Jeśli wskoczymy w nieme, choć rozkrzyczane ,internetowe licealne stado, to nie będzie nas. Niejednokrotnie to samo mówił Sokrat Janowicz. On mówił gorzej o młodych. Że to jednakowe coś spod pieczątki. Ja tak nie myślę, że to coś spod pieczątki, bo jestem przez nich czytana. Nie przez wszystkich rzecz jasna, ale to i tak coś istotnego. Kontaktują się ze mną. Powinniśmy liczyć na tę właśnie istotność, ale wtedy musimy pisać zachwycająco i krytycznie, i samokrytycznie, i szczerze. Jedynie takie unikaty i takie unikatowe relacje są kulturotwórcze.

W stosunku do młodych z doskokami do uwspółcześnienia potrzeba okrucieństwa Sokrata, krzyczącego: Ależ ty się nie rozwijasz! Jesteś spod pieczątki! Nie rozumiesz, czym jest literatura ani esej! Sokrat niejedną młodą osobę tymi krzykami nawrócił na myślenie i tożsamość, i czytanie długich tekstów filozofów. Okrutni są nauczyciele w szkołach artystycznych, plastycznych czy baletowych, i to jest to. Okrutne krzyki „ty się nie rozwijasz!” – to jest  nasz status w stosunku do wielbicieli obrazkowego chłamu.

„Czasopis” przecież jest w Internecie. Jest na FB. To wystarczy aż nadto. Pisma mniejszości w naszych czasach u nas pełnią rolę wentyla myślenia i to jest nowoczesność. Poza nami robi to „Midrasz”. Midrasz jest skierowany, cytuję z niego: „do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem”, tj. żydowskim życiem. Tak. „Czasopis” też jest kierowany do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem, tj. życiem białoruskim. To zwiększa wagę pisma. „Midrasz” nie jest kierowany do milionów i o tym mówi w Internecie. My też nie kierujemy się na miliony. Jesteśmy czytani np. w warszawskim KiK-u i jest to wspaniałą sprawą. „Midrasz” nie rezygnuje z papierowego wydania. Na jego internetowej stronie jest go tyle, ile jest nas w Internecie, tj. nas jest znacznie więcej. Strony internetowe bywają w ciągłej „przebudowie” i są bardzo kosztowne, i muszą liczyć na reklamy, a te są kapryśne i zależne od polityków. „Midrasz” to wie i z pierwszeństwa papieru nie zrezygnuje. Teraz ma stronę w „przebudowie”. „Midrasz” wie, że ważny jest wybitny odbiorca, a nie milionowy. Tak. Jest ktoś taki, jak wybitny odbiorca. Dla mnie jest on cenniejszy od złota. On jest rzadkością. I co z tego? Stadność właśnie przestaje być modna. Stado z doskokiem do uwspółcześnienia to wiara w propagandę i reklamiarstwo rynkowego produkcyjniaka.

Że też ja to muszę pisać. Że też ja muszę nie godzić się na propozycje, płynące od nas, jakieś zdziecinniałe i zbyt prędkie, nieprzemyślane gruntownie. „Midrasz” opowiada żydowskie życie. Ja opowiadam białoruskie życie. Czemuż to Pan Jan nie opowiada naszego (swego) życia, tylko nieistniejące utopijne miliony licealistów mu się w oczach kręcą? „Midrasz” wie, że musi opowiadać żydowskie życie – każde. Byłe, teraźniejsze i jutrzejsze. Jutrzejsze życie wynika z tego, co było pomyślane, przemyślane, wyobrażone wczoraj. I my to robimy z naszym życiem. Jeśli ktoś asymilujący się przybiegnie do nas, będziemy szczęśliwi, ale on sam musi chcieć. „Midrasz” opowiada żydowskie życie w języku polskim, bo wszak chodzi o „wszystkie zainteresowane osoby” tym oto opowiadanym życiem. My robimy to w języku polskim i naszych haworkach. Jeśli zaczniemy pisać wyłącznie w haworkach, stracimy wiele, wiele zainteresowanych naszym życiem odbiorców. To jest życie, a nie oderwany od życia virtual, gdzie pełno nienawiści do nas i wyzwisk, tych tradycyjnych, od kacapów. I won z Polski.

Że też ja o tym muszę pisać.

Internet oczywiście jest bardzo potrzebny, ale bez prowincjonalnej przesady. Powtórzę – wyłącznie obrazki i krótkie tekściki to jest jest dopiero powrót do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu z 19. wieku. Upasi Hospadzi!

„Midrasz” opowiada żydowskie życie wierzących i niewierzących, starych i młodych. A co my robimy? Nasi duchowni nie zdjęli klątwy z naszego pisma i robią dystrybucyjną blokadę, nie chcą go w świątyniach.  A bo kiedyś Sokrat skrytykował naszych duchownych za niesprzyjanie białoruskości. I co z tego? Kochajmy naszych wierzących, niewierzących i krytycznych, tak jak kochają swoich Żydów Żydzi z „Midraszu! Wysłuchujmy się. Nie narzucajmy jakiegoś „jedynego rozwiązania”. Pozostańmy barwni i różnorodni. I nie zamieniajmy się w licealistów z virtualu.

Że też ja muszę kolejny raz przypominać, że jesteśmy w dramacie asymilacji, że asymilacja to dramat. T o  j e s t
dr a m a t, proszę Pana. I on będzie trwał. Czy nam się podoba, czy nie, jesteśmy dramatyczni, i tak już będzie. Voilà! C’est tout!

Milion stron internetowych „dla licealistów esemiarzyków” nie zmieni tego naszego dramatycznego statusu. Nie wstrzyma asymilacji. Ale odrodzenia białoruskości możemy spodziewać się w Białorusi. (Kiedy indziej o tym napiszę; zresztą o tym mówi Biełsat).

Dziś mówimy tak: On czyta „Czasopis”. Gość w porządku, bo czyta „Czasopis”. To taki nobilitujący status, proszę Pana. Dotyczy również katolików i Polaków. Tak samo jest z „Midraszem”. Nie musimy równać do łatwiejących njusłików, robionych przed idiotów kultury dla idiotów kultury. Pismo to nie gazeta i nie wolno tego mylić. „Midrasz” wie, na czym stoi, na jakim nakładzie, i do zaniżonego poziomu njusłików nie równa i nie kłopocze się o nakład.  Ale nasi duchowni nadal nas zakazują. Nie dorośli do samowiedzy o tym, kim są. Tworzą zdziecinniałe religijne pisemka. Oto „nowoczesność”. Obliczona na milionowe stado idiotów kultury. Voilà! Duchowni blokują nam dystrybucję w świątyniach. Słuchajcie, biskupi i baciuszki, wy się nie rozwijacie. Wy się boicie każdej krytycznej myśli. Wy się boicie świeckości. Pora zacząć się rozwijać i nie poprzestawać na zdziecinniałej katechezie. Pora zdjąć z nas klątwę za słowa Sokrata.

Że też ja muszę o tym pisać! Że też ja nie mogę powołać się na jakieś Pańskie genialne słowo, jak się powoływałam na słowo Sokrata czy Janusza Korbela! Pan bzdurzy. Niechże Pan zacznie opowiadać prawdziwe życie. To jest to. To jest rzeczywista nowoczesność. Polubić własną tożsamość i opowiadać ją wszystkim zainteresowanym.

Sensowne badania na temat e-gazet wskazują, że tylko chwilowo zyskują one czytelników, po czym tracą ponownie na rzecz wersji papierowych, ponieważ internetowe wersje zawierają „zamazane treści”, tj. kłamliwe, fejkowate. Czytelnik to nie bałwan. Ucieka od propagandy i fejków. Przy czym w e-gazetach nagminna jest kradzież tekstów z innych gazet, podróbki i przeróbki. Nawet rysunki kradną od innych autorów (pisałam już o tym). Nie ma się co podniecać doskakiwaniem do uwspółcześnienia poprzez e-publikacje kosztem wersji papierowej, tj. realistycznej. Pozostańmy przy prawdziwym życiu, tj. przy naszym piśmie – takim, jakie ono jest, z dotychczasową obecnością w Internecie, a ta jest solidna.

Jeszcze raz powtórzę: nie jesteśmy gazetą. Panu się śni jakaś njusłikowość pisma mniejszości? Matko. Jaki Pan „nowoczesny”.

Nie jest tak, że młodzi lecą na e-pisma. Jest odwrotnie. Pogardzają nimi, podobnie jak telewizją. Pod krzyczącym tytułem jak z żółtej prasy znajdują treść dla głąba, a w telewizji samą polityczną manipulację.  Z jakiejże to czarnej dupy Pan wyciąga tych licealistów, którzy czytają tylko krótkie tekściki i oglądają wyłącznie obrazki?!!! I którzy mają masowo nawrócić się na białoruskość, jak tylko zmienimy nasze pismo w elektroniczne? Litości!

E-pisma (te duże, korporacyjne) mają jedynie 1% czytelników. Trzeba znać te sprawy i te statystyki. Typowy czytelnik e-pisma do mężczyzna w wieku 35 lat. Już to każe mi patrzeć moim babskim okiem na te sprawę z podejrzliwością.  Facet lat 35 szuka po prostu sensacji. W dodatku to bogaty facet z dużego miasta. Ten facet to nie my, Panie Janie, chyba że Pan jest takim facetem i ma w związku z tym e-finansowy i e-gadżetowy punkt widzenia, a także stałe szerokopasmowe łącze. A i tak Pan zależy od elektrowni, w którą w każdej chwili może łupnąć bombą jakiś pan dupek wojny

Nadal prawo nie uznaje e-pisma za dokument i długo nie uzna ze względu na zrzyny, podróbki i żywe plagiaty; ze względu na nierzetelność dziennikarzy, którzy chcą się wykpić tanim kosztem – poprzez kradzież tekstu, fotografii czy rysunku. O tym trzeba wiedzieć, aby nie wskakiwać nadmiernie do internetowego bajora. Nawet e-booki nie są brane poważnie jako publikacja. Kundera niedawno zabronił wydawania go w e-bookach.

Redaktorzy e-pism skarżą się, że mają „tylu autorów, ilu czytelników”, tj. drukują byle co, napływające od „czytelników”. To „byle co” ma poziom miernych szkolnych wypracowań i nigdy nie wychodzi poza 4 tysiące osób. Ot, poziom nad poziomy. Autor czyta autora, dokonawszy przedtem wielu własnych gazetek ściennych w virtualu. Takie samouwielbienie. Trwa ono rok, albo i dwa lata. Po czym ginie w odmętach virtualu.

Badacze zgodnie twierdzą, że komercjalizacja prasy i e-prasy jest jej deformacją (pogoń za reklamą, a nie myślącą treścią, i to właśnie skutkuje ucieczką czytelników –  nie spowodował tego  ani nie papier, ani nie virtual, tylko gówniana treść z trzech słów i obrazki).

Istotą pism mniejszości jest zakorzenienie, a nie ich komercjalizacja, która upodabnia do milionów i wykorzenia z tożsamości. Nie ma co, Panie Janie, forsować jednakowości nas, bo już doskoczyliśmy do uwspółcześnienia, i hop w e-gównianość obrazków i trzech słów.

Tak więc Panie Janie, proszę oprzytomnieć i nie wygadywać bzdur o przewadze obrazkowego virtualu nad papierową publikacją i proszę nie martwić się o nakład, równając do njusłików, bo to po prostu jest durne. W e-prasie trzymają się tylko duże koncerny, ale i tam treści są tandetne, i nie biegną do nich tłumy. Nawet pojawiają się opinie, że czytelnik prasy drukowanej jest dwustukrotnie cenniejszy, ponieważ nie goni za sensacją i obrazkami. Ten, co tu zerknął, tam zerknął i już wszystko wie, to nie jest nasz człowiek. Czym innym są portale filozoficzne i naukowe. One nie muszą chronić mniejszościowego zakorzenienia. Ale filozofowie i naukowcy nie mają dla siebie niekomercyjnego miejsca w prasie papierowej i u rozumnych wydawców, stąd istnieją w virtualu, ale i te treści nie mają statusu rzeczywistej publikacji niestety. Mamy 50 lat na przechodzenie wyłącznie do virtualu, jak mówią znawcy. Nastąpi to wtedy, kiedy Internet będzie czymś stabilnym i obejmującym cały glob. Na razie tak nie jest.

Przepraszam, że tak krytycznie odnoszę się do tego, co Pan plecie, ale Pan przecież jedynie plecie.

A teraz mój toast totalny. Wygłosiłam go, jak powiedziałam na początku, na juliańskim balu 2017, a że ze mną przyszły fajne katoliczki, które nie mają uprzedzeń w stosunku do nas kacapów, to zawarłam w nim ekumeniczne treści. Mam nadzieję, że przeczytają ten toast nasi licealiści, wszak mają w liceach „Czasopisy”. „Czasopisy” są też w podstawówkach, gdzie naucza się białoruskiego. Chyba że owi licealiści, nasi zbawcy, nasza przyszłość białoruska, wolą się naćpać i będą zdolni jedynie do odczytania „jak najkrótszego” esemesu.

Do dzieła, moja pani. Mów swój toast totalny, póki jeszcze można mówić długo, a co nie jest tożsame z tokowaniem.

Wznoszę toast totalny:

Za to, żeby panowie wojny uspokoili się wreszcie i za to, żeby panom wojny przestała się śnić wojna w Europie.

Za to, żeby młodość pędziła przed siebie wolną drogą, długą i ważną, a starość nie traciła domu i poduszki i mogła żyć na skutecznych lekach.

Za nasze życie doczesne, aż się jego siły wyczerpią.

Za śniadanie, obiad i kolację.

Za dach nad głową aż do śmierci.

Za dziecko, za jego zabawki i jego umysł, wolny, odważny i twórczy.

Za dobry sen – za spokojny sen.

Za nasze życie bez strachu. Za nasze życie bez strachu o życie.

Za miłość. Za to, żeby nie znikało nam to słowo.

Za agape – za miłość do ludzi. Za miłość do pięknych ludzi i żywotność naszej odrazy do bandytów i panów wojny.

Za moc naszych ikon i za moc naszego duchowego życia.

Za piękne sople nad oknami naszych wiejskich chat – za te zimowe ptaszki, przyssane do okapów i połyskujące ogonami z tęczowego lodu.

Za pamięć, bo nie można żyć bez pamięci. Za pamięć o naszych przodkach, babkach i dziadkach, i prababkach, i praprabkach, i praprapradziadkach, za pamięć o ich biednym życiu i ich mądrości. Za pamięć o ich łzach i ich uśmiechu. Za pamięć o ich biednych, ale bardzo zadbanych chatach, pięknych, z drzwiami paradnymi. Za pamięć o rękawiczkach i skarpetkach, które wydziergała nam na drutach matka lub babka. Za pamięć o naszych dziecięcych czapkach z króliczego puchu.

Za to, żeby nikt nie czuł się obywatelem drugiej kategorii we własnej ojczyźnie.

Za odrazę do szowinistów, nacjonalistów, faszystów, mizoginów, fundamentalistów i wszelki polityczny krzywdzący nas (szczególnie kobiety) folklor sprzed potopu.

Za życie.

Za życie, które zawsze i wszędzie wisi na włosku, stare czy młode.  Za ten włosek, za jego odporność na ostrze w ręku bandyty lub tylko nieostrożnego.

Za piękno.

Za słowa Dostojewskiego: To piękno zbawi świat.

Za każdą chwilę piękna.

Za to, aby przemocy nikt nie uznawał za piękno ani za dobro.

Za dobro.

Za dobrych ludzi.

Za pełnię piękna w postaci dobra.

Za to, abyśmy zrezygnowali z wyboru pomiędzy większym a mniejszym złem na rzecz dobra i piękna.

Za upadek systemów politycznych, które nakazują nam wybierać większe lub mniejsze zło, a przez to brzydną i my w nich brzydniemy, osaczani przez zło, większe lub jedynie mniejsze.

Za to, aby rządy zaczęły przestrzegać prawa międzynarodowego.

Za to, aby w rządach nie było złych i mniej złych ludzi, a pojawili się ludzie dobrzy, piękni. Za to, aby w rządach pojawili się piękni i dobrzy humaniści.

Za to, za co zawsze wznosimy toast w Naraju – żeby było lepiej, niż było.

Za zdrowie pań i panów. Za zdrowie pań i za to, aby mogły mówić. Aby mogły mówić własnym głosem.

Za rozum, który stawia tamy wolności, jak mówił Kant. Za nieśmiertelność Kanta. Za jego słowa: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Za prawo moralne w nas.

Za to, abym mogła głosić te nieśmiertelne słowa Kanta.

Za to, aby nie rządzili nami idioci kultury, jak mówi Dubravka, i analfabeci kultury, jak mówił Sokrat.

Za życie bez strachu o życie dzieci.

Za życie bez strachu, czy ocaleją nam nasze domy.

Za Romajów, czyli chrześcijan z Bizancjum, zwących siebie Romajami, czyli Rzymianami. I wszyscy ich tak nazywali. I nie było robienia z Bizantyńczyków obywateli drugiej kategorii.

Za chrześcijan, bez oznaczania wyznania.

Za muzykę dzwonów, przejętą od Rzymian Rzymu.

Za organy, które przewędrowały od Romajów do Rzymian Rzymu.

Za upór Kanta, z jakim wzywał panów wojny do opamiętania się, z jakim nalegał na powołanie ONZ – organizacji, która wymuszałaby pokój.

Za ONZ takie, jakie powstało z woli Kanta – z zasadą pokoju i ustanawiania pokoju –  wymuszania go na panach wojny.

Za pokój.

Za ludzi dobrej woli każdego wyznania.

Za wymienianie się i dopełnianie duchowością różnych wyznań – za ten złoty środek tego, co istotne, a co oznacza brak konfliktu z przemocą, a jest jedynie słodka przemocą tego, który widzi głębiej.

Za to, aby w 21 wieku idioci kultury nie wykluczali tych, którzy widzą głębiej.

Za oczy duszy i za duszę w oczach.

Za rozumnych mężczyzn, dostrzegających rozumne kobiety, i odwrotnie.

Za rozum, uczucie i wyobraźnię. Za te trzy siostry, które tworzą intelekt.

Za intelekt.

Za młodość, która nigdy nie wraca.

Za starość, która trwa i trwa, i żeby trwała jeszcze, nie słabnąc z dnia na dzień.

Za to, aby człowiek nie zapominał, że składa się z dziecka, dorosłego i starca. Żeby młody nie wykluczał starego, i odwrotnie.

Za naszą nieustającą romajską profesorskość.

Za naszą romajską odwagę sprzeciwiania się robieniu bohaterów z bandytów, cudzych i własnych.

Za nasze romajskie autsajderstwo.

Za naszą romajską niepoprawność polityczną z powodu innowierczości, a przecież ona jest piękna.

Za naszą romajską delikatność.

Za nasz romajski brak podwójnej moralności w linii generalnej. Abyśmy nie psuli tej linii generalnej.

Za to, abyśmy nasz język prosty rozwijali w stronę literacką i nie utrzymywali go w statusie haworki. I za to, abyśmy żadnej naszej haworki nie utrzymywali w statusie haworki, zamykając ją w lokalności.

Za nasze romajskie pełnozgłoskowe „ł”, którego tak chętnie się pozbywamy.

Za nasze białoruskie unikatowe „ǔ”. Za tę literę.

Za wszystkie nasze litery, łacińskie i cyryliczne, i za alfabet polski.

Za nasze romajskie wyszczekane kobiety.

Za nasze romajskie twarde kobiety.

Za naszych romajskich miękkich mężczyzn.

Za każdą sprawę, która służy dobru, pięknu i pokojowi.

Za pamięć o wojennej odwadze naszych miękkich mężczyzn w czasie II wojny światowej i za to, że odtąd stawali się ludźmi pokoju, choć byli poranieni fizycznie i psychicznie. I dobrze, jeśli wrócili – za to nasze zdanie o nich.

Za nasze matki i naszych ojców. Za to, że byli dla nas dobrzy i dawali nam pełnię wolności, licząc na nasz rozum, którego nie mieliśmy, a posiedliśmy go dopiero na starość.

Za jak najwcześniejsze uczenie się rozumu.

Za wolność.

Za wolnych ludzi i za to, żeby człowiek przemocy nie uważał się za wolnego człowieka. Za to, żeby wolny człowiek odmawiał wykonywania cudzych odrażających rozkazów, krzywdzących niewinnych. Za takiego wolnego człowieka. Za to, aby taki wolny człowiek nie został ukarany więzieniem czy rozstrzelaniem.

Za wolność słowa. Za to, żeby wolności słowa nie mylić z wygadywaniem głupot i mądrzeniem się. Za to, aby nie mylić wolności słowa z nabywaniem i głoszeniem jedynie poglądów partyjnych czy fundamentalistycznych.

Za myślenie. Za to, aby nie mylić myślenia z nabyciem cudzych poglądów.

Za sceptycyzm, gwaranta przemyślenia w odpowiedniej chwili prędkich decyzji.

Za humanistyczną czujność uczonych, zapobiegającą nowej hodowli atomowych grzybów i za to, żeby uczeni każdą sztuczną inteligencję uznawali jednak za durną, za durniejszą od człowieka, i za to, aby sztuczna inteligencja posiadała autocenzurę w postaci autorozkazu: teraz spierdalaj do kąta raz na zawsze i tam się rozpadaj, bo krzywdzisz ludzi i chcesz mieć nad ludźmi władzę.

Za to, aby Europa zrezygnowała z bycia klubem upokorzonych imperiów, a zaczęła być domem dla ludzi nieimperialnych.

Za to, aby imperia, czy jak tam nazwiemy państwowe kolosy, zrezygnowały z bycia panami wojny, a zaczęły sprzyjać swoim obywatelom i sąsiadom.

Za wolne uniwersytety, aby broniły swej autonomii jak największego skarbu.

Za ziemię, aby jej nie niszczyły upokorzone imperia, i ślepe wyniosłe korporacje i koncerny.

Za drzewa, aby piękniały nam przed oczami i unikały piły, rozpędzonej ślepo.

Za wyobraźnię, przez cały czas czynną, bo ona zawsze i wszędzie zapobiega budzeniu się z ręką w nocniku, zapobiega krzywdzeniu, zapobiega manipulacji, zapobiega złym skutkom narwanej ślepej decyzji.

Za to, aby nie pojawiały się najgorsze słowa roku, jak postfakty, postprawda, świadczące o stadnym braku wyobraźni, o ślepej wierze w fejki jak w prawdy, o emocjonalności w miejscu rozumu, o nietrzymaniu w cuglach ślepych emocji.

Za pojedynczego.

Za pojedynczego rozumnego człowieka. Za to, żeby wiedział, jak dużo może pojedynczy rozumny człowiek.

Za to, abyśmy się cieszyli tym, co mamy i nie marnowali tego, co mamy, trwoniąc w ślepych emocjonalnych decyzjach.

Za żołnierzy, aby bronili nas przed tym, kto na nas napadnie, ale niech nie biorą udziału w głupich wojnach upokorzonych imperiów, kiedy Polak strzela do Polaka, Białorusin do Białorusina, tj, najemnik rodak do najemnika rodaka, i wraca z takich wojen z traumą, kończąc w psychiatryku, niemy i bez pracy mózgu.

Za babki, dzięki którym nie umiera język i kultura mniejszości, ale i kultura i język narodu, zmuszanego do globalnej asymilacji, do obowiązującej nowomowy, do kurczenia pracy umysłu i własnej kultury. Jakże rosną te babki u wnuków, bo to od nich nauczyli się np. języka niemieckiego, rosyjskiego, a nawet poprawnej bogatej polszczyzny, no i języka prostego. Jakże rzadko chodzi tu o nasz język prosty. Nasze babki są onieśmielone nowoczesnością wnuków, ślepo pędzących wprost pod pieczątkę nowoczesności, i stamtąd wychodzą jednakowi do mdłości, banalni, trywialni, banalizujący i trywializujący, komercyjni. Nasze babki nie rosną pod wnukami spod pieczątek. Za to, aby jednak rosły. Za te, które jednak rosną.

Za licealistów, wielbiących swoje babki za to, że ich nauczyły języka przodków.

Za licealistów, którzy słyszą okrutne słowa Sokrata „ty się w ogóle nie rozwijasz!” i nie obrażają się, tylko zaczynają myśleć twórczo, i uczą się oddzielać informację od chłamu i literacką treść od chłamu.

Za Sokratesa. Za jego nieśmiertelne słowa: Otwarte wolne społeczeństwo jest niezgodne. Za niezgodę, to znaczy za wolność opinii, za myślenie z pomyłką i bez pomyłki, za salę, gdzie można pomówić o wszystkim. Za tę niezgodę, kiedy za jej sprawą ginie wszystko, co jest rozwiązaniem nieludzkim. Za tę dobrą demokratyczną niezgodę, która nigdy nie prowadzi do wojny domowej, a unieważnia nieludzkie decyzje i dekrety. Faszyzm budowała zgoda na faszyzm, stalinizm budowała zgoda na stalinizm. Nie było sali niezgody, gdzie by nie pozwolono na totalitaryzm. Niezgodni umierali w łagrach i obozach zagłady, bo nie było sali niezgody. Wymuszana odgórnie zgoda to hodowanie totalitaryzmu. Za salę niezgody, unicestwiającą każdy totalitaryzm.

Za złoty środek, wynaleziony przez pitagorejkę matematyczkę o imieniu Teano. Złoty środek zapobiega naszemu świrowi w religii, w buddyzmie, weganizmie, polityce, w asymilacji, tj. zapobiega wszelkiemu neofictwu. Jak się kto nawróci na buddyzm i weganizm, to gotów zabijać jedzących ryby i chodzących w futrze. Nie, o nie, on nie zabije muchy ni karalucha, ni komara, nawet wszy, ale palcem nie kiwnie przeciw panom wojny. I będzie kotu podawał potrawy jarskie, aż ten zdechnie z wycieńczenia. Jak już pędzi w jedną stronę, to krańcowo nietolerancyjnie.

Za tolerancję, tj. za brak neofickiego świra.

Za Teano.

Za tę starożytną kobietę, żyjącą w czasach patriarchalnych, kiedy jej wynalazek musiał być scedowany na mężczyznę, Pitagorasa. Ale to ona jest wynalazczynią złotego środka, istotnego nie tylko w matematyce, ale i w myśleniu, w postępowaniu.

Za pamięć o Teano. Za nasze współczesne kobiety, podobne do Teano. Za to, aby nie żyły w mizoginicznym patriarchalizmie.

Za to, że nie może tak być, abym wznosiła toast za sprawy niewykonalne. Jeśli choć jeden procent ludzi na ziemi uzna je za swoje i wykonalne, będzie nad dużo. Za słowa „dużo nas”.

Toast totalny będę kontynuować, poszerzać o bolesne i radosne sprawy.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Marsz nas zjednoczył

26 lutego już po raz drugi odbył się Hajnowski Marsz Żołnierzy Wyklętych, organizowany przez internetową społeczność „Narodowa Hajnówka” oraz Obóz Radykalno-Narodowy z Białegostoku. Przez kilka tygodni jego zapowiedzią żyły media i lokalna społeczność. W proteście przeciwko marszowi zjednoczyli się mieszkańcy i absolutna większość hajnowskiej rady miejskiej. 

W jednym z programów publicystycznych historyk, prof. Andrzej Paczkowski, zapytany o planowany w Hajnówce marsz przyznał, iż „jest to w pewnym sensie prowokacja”. Dodał, iż rozmawiając o Żołnierzach Wyklętych wolałby skupić się na tym, iż walczyli z systemem, a nie z Białorusinami czy Ukraińcami.

W słowach historyka wyczytuję problem, z jakim boryka się mit Wyklętych. Prowokacją wydaje się marsz ich pamięci, organizowany na terenach, gdzie przeważają mniejszości narodowe. A zatem ocena podziemia niepodległościowego zależy od tego, czy skupimy się na tym ułamku mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych, czy też weźmiemy ich pamięć w nawias. Pan profesor proponuje skupić uwagę na walce z reżimem, co ja odbieram jako propozycję analizy biografii Ala Capone pod kątem jego działalności charytatywnej (słynny gangster m.in. trzy razy dziennie wydawał ciepłe posiłki bezrobotnym). Mit o Wyklętych uderza w mniejszości narodowe, wyrzucając ich pamięć poza społeczny nawias. Oczywiście mit ten uderza też w polskie rodziny, choćby w powiecie sokołowskim na południowym Podlasiu, gdzie oddziały nie wybierały wrogów według klucza narodowościowego. Zła polska pamięć o Żołnierzach Wyklętych ma charakter indywidualny, pamięć białoruskiej mniejszości – zbiorowy. Państwo może oczywiście zignorować mniejszości, ale w kontekście zapisów wynikających z konwencji ramowej o ochronie mniejszości narodowych, sprawa może mieć swój finał w relacjach z Unią Europejską.

Po zeszłorocznym marszu, który wzbudził sporo kontrowersji, organizatorzy mieli wyciągnąć wnioski i unikać prezentowania postaci Romualda Rajsa „Burego” który w 1946 roku palił białoruskie wsie pod Hajnówką. Prawdopodobnie taki był nawet plan, ostatecznie „Bury” ponownie pojawił się na ulotkach kolportowanych po Hajnówce i Bielsku oraz na plakacie. Dawid Poleszuk, formalny organizator marszu, który kilka lat temu otrzymał wyrok za wykrzykiwanie haseł nawołujących do nienawiści na tle narodowym, pozostał nieugięty w sprawie terminu i trasy przemarszu, mającej w tym roku prowadzić tuż przy prawosławnym soborze Świętej Trójcy,  dokładnie w czasie wieczornego nabożeństwa Niedzieli Przebaczenia Win, rozpoczynającej Wielki Post. Wierni proszą wówczas o wybaczenie im win wszelakich, ale i odpuszczają je swoim winowajcom..

Argument ten przeciw organizatorom podniósł burmistrz Hajnówki Jerzy Sirak, a przed wydaniem zgody na marsz o zajęcie stanowiska poprosił radę miasta. Tu nie było zaskoczenia, wszyscy radni poza Bogusławem Łabędzkim (PiS) burmistrza poparli. Poparło go także dwóch innych radnych z klubu Prawa i Sprawiedliwości. Radny Karol Nieciecki oświadczył, iż nie może postąpić inaczej, gdyż nie będzie mógł spojrzeć w oczy swoim prawosławnym sąsiadom, którzy stanowią większość jego wyborców. Organizator marszu od decyzji burmistrza miał prawo się odwołać, co uczynił, a sąd przyznał mu rację. Zażalenie urzędu miasta zostało z kolei oddalone przez sąd apelacyjny, co zakończyło bieg sprawy. Marsz, mimo niechęci burmistrza, prawie całej rady miasta i – jak się wydaje – większości mieszkańców, mógł się odbyć.

(…) Wyrażamy sprzeciw wobec wzmożenia nacjonalistycznych nastrojów, które (…) przekładają się na wzrost przestępczości na tle rasistowskim, ksenofobicznym, etnicznym oraz religijnym w naszym kraju.Apelujemy do przedstawicieli władz państwowych i kościelnych każdego szczebla, aby zaprzestały gloryfikacji postaw nacjonalistycznych, lecz z uwagi na zagrożenia, jakich są nośnikami, w duchu odpowiedzialności, potępiły takie postawy. W naszej ocenie idea, która przyświeca organizatorom marszu, prowadzi do konfliktów i podziałów społecznych, wyrasta z kompleksów, stereotypów i uogólnień, agresji, ksenofobii, rasizmu i braku szacunku wobec innych ludzi, co budzi w nas oburzenie oraz obrzydzenie i – wbrew deklaracjom – nie ma związku z patriotyzmem.
(petycji którą w internecie podpisało blisko 2 tys. osób)

W niedzielę w Hajnówce od rana panowało poruszenie. Zjawili się dziennikarze, ekipy telewizyjne i radiowe, wozy transmisyjne, radiowozy, dziesiątki policjantów, w ślad za narodowcami pojawili się antyfaszyści. Z Warszawy dojechali aktywiści z ruchu Obywatele, znani z blokowania miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Generalnie wszystko to nawołocz, czyli niechciani przyjezdni, przez których tego dnia senna na co dzień Hajnówka znalazła się na ustach całej Polski. Policja incydentów nie zanotowała, w medialnych przekazach widać było pewne zaczepki i prowokacyjne zachowanie narodowych mediów względem mieszkańców. Ot, przeszli, pokrzyczeli „Bury, Bury nasz bohater!” i rozjechali się po domach. Policja w ostatniej chwili nakazała zmianę trasy i marsz pod prawosławną świątynię nie dotarł.

Policja zaraz po marszu szacowała, że wzięło w nim udział około dwustu narodowców, zaś w kontrmanifestacji około pięćdziesięciu ich przeciwników. Mieszkańcy miasta na ulice nie wylegli.

Sprawą hajnowskiego marszu zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich, który wysłał do Hajnówki swego obserwatora. W mediach rozgorzała dyskusja na temat Wyklętych, wiele emocji było zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej. Paweł Kukiz ponownie internetowym wpisem, iż „Bury” i „Ogień” nie powinni być uważani za bohaterów, rozpętał prawdziwą burzę. W obronę ponownie wziął go red. Piotr Zychowicz z „Do Rzeczy”, kwitując że poseł ma po prostu rację. Z kolei media publiczne (TVP) wypuściły we „Wiadomościach” materiał, którym bronią dobrego imienia Romualda Rajsa. Do sprawy odniósł się białostocki historyk, prof. Oleg Łatyszonek, który w liście otwartym do prezesa TVP nie pozostawił na autorach materiału suchej nitki. Mówimy o telewizji publicznej, która wyprodukowała niedawno film „Siaroża” w reżyserii Jerzego Kaliny, dokument opowiadający o losach potomka pogorzelców z Zaleszan. Powstaje wrażenie, że rozrastający się popkulturowo mit Wyklętych zaczyna się chwiać w posadach. Coraz częściej w prawicowych mediach obserwujemy pęknięcia. Takie akcje jak w Hajnówce tę tendencję jedynie umocnią. Tegoroczny marsz zjednoczył środowisko prawosławne i białoruskie jak nigdy wcześniej.

Tomasz Sulima