Od redaktora – Jerzy Chmielewski (10/2014)

Jerzy ChmielewskiW listopadzie we władzach samorządowych w Polsce nastąpi nowe otwarcie. Kampania wyborcza w naszym regionie wydaje się na razie trochę niemrawa, ale widać że zdecydowanie więcej niż w poprzednich kadencjach wójtów, burmistrzów i radnych będzie ubiegać się o reelekcję. W Gródku na przykład, gdzie pracuję, chęć ponownego kandydowania zadeklarował zarówno wójt, piastujący to stanowisku już trzy kadencje, jak też niemal cały skład obecnej rady gminy. Podobnie jest w innych samorządach. Z pewnością czynnik materialny nie jest decydującym motywem. Co prawda zarobki wójtów i burmistrzów małe nie są, bo wielu z nich z różnymi dodatkami pobiera co miesiąc nawet ponad dziesięć tysięcy złotych, ale jest to praca niezwykle absorbująca, często kosztem życia prywatnego, także zdrowia. Diety radnych są natomiast raczej symboliczne, wynoszą z reguły kilkaset złotych miesięcznie.
Skąd zatem się bierze taki pęd do władzy? Myślę, że chodzi głównie o wyższą pozycję społeczną. Oprócz prestiżu zasiadanie w samorządzie daje też możliwość rozwiązywania problemów najbliższego środowiska, polepszenia warunków życia w miejscu zamieszkania. Radni na sesjach domagają się przede wszystkim załatwienia bliskich sobie spraw, najczęściej budowy dróg i ulic we własnym rejonie, niekoniecznie kierując się przy tym interesem całej gminy. W tych wyborach radni zostaną wybrani już wszędzie – poza gminami z siedzibą w miastach na prawach powiatu – w okręgach jednomandatowych i takie postawy będą jeszcze bardziej widoczne. Swoją drogą jest to dobre rozwiązanie dla demokracji lokalnej. Bo dotychczas radni byli wybierani według metody preferującej silne ugrupowania i potem nie zawsze było wiadomo, czyim kto dokładnie jest reprezentantem. Teraz mieszkańcy wybiorą wreszcie swych konkretnych przedstawicieli i będą potem wiedzieli kogoi z czego rozliczać.
Za wprowadzeniem okręgów jednomandatowych sam niejednokrotnie optowałem, także na łamach Cz. Bo takie rozwiązanie daje też pełną możliwość wyboru swoich radnych przez mieszkańców miejscowości zamieszkałych przez naszą mniejszość. Szkoda tylko, że nastąpiło to tak późno, kiedy już sprawa tożsamości białoruskiej ze względu na procesy asymilacyjno-polonizacyjne zeszła nieco na dalszy plan także dla naszych samorządowców. Mimo to na tym polu można jeszcze coś zdziałać. Zachęcam kandydatów spośród mniejszości białoruskiej, aby otwartym głosem podnosili w swych programach wyborczych i takie kwestie, nie tylko gospodarcze. Aby deklarowali, że jako samorządowcy będą nie tylko domagać się remontów dróg, budowy chodników we wsi, przyciągania inwestorów do gminy i tworzenia miejsc pracy, ale też będą troszczyć się o kulturową i historyczną spuściznę swych przodków, zabiegając o pieniądze z budżetu gminy na białoruskie imprezy i inicjatywy.
Wprowadzenie okręgów jednomandatowych prawdopodobnie przetasuje składy rad gmin. Może więc nowi radni z większym przekonaniem niż poprzednicy podejmą inicjatywę wprowadzenia u siebie urzędowych nazw polsko-białoruskich. Zwłaszcza, że zostanie obniżony próg z 20 do 10 proc. mieszkańców, którzy w spisie zadeklarowali narodowość białoruską.
Aby tak się stało, muszą też zmienić się wójtowie i burmistrzowie, szczególnie ci, którzy okoniem stają wobec tych pomysłów lub unikają tematu, czekając na inicjatywę radnych. Ale ci, wiadomo, spoglądać zawsze będą przede wszystkim na włodarza i czekać na jego ruch. To sytuacja patowa. A tematu podwójnych nazw bać się nie należy, co pokazała Orla. Trzeba przede wszystkim zacząć od uświadamiania mieszkańców, że to tylko usankcjonowanie tutejszej tradycji, prawdy historycznej. Swoją drogą to niesprawiedliwe, aby o nadaniu nazw dwujęzycznych białoruskim wsiom decydowali pojedynczy staruszkowie, którzy w nich się ostali oraz coraz liczniejsza tam polska ludność napływowa. Tysięcy ludzi, którzy w Polsce deklarują przecież narodowość białoruską, nie tylko w niejednoznacznych spisach powszechnych, nikt nawet nie pyta, czy chcą, aby tam skąd wyszli były takie nazwy.
Oprócz okręgów jednomandatowych należałoby wprowadzić do kodeksu wyborczego jeszcze jedną zmianę – ograniczenie liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do dwóch. Taki pomysł pojawił się już dawno. Na początku 2013 r. Ruch Palikota (teraz Twój Ruch) złożył nawet w sejmie projekt nowelizacji przepisów. W głosowaniu Sejm jednak go odrzucił. Przeciwnicy powtarzali, że przecież co cztery lata włodarze samorządów są rozliczani przez mieszkańców. Wiadomo jednak, że chodziło o utrzymanie posad w samorządach dla swoich ludzi, którzy w obecnych realiach są nie do ruszenia często od wielu już kadencji. Poza tym w przypadku wprowadzenia ograniczenia kadencji do dwóch odchodzącym wójtom należałoby zapewnić jakąś przyszłość, umożliwić podjęcie jakiejś pracy. Pojawił się nawet pomysł, aby mogli przechodzić na wcześniejszą emeryturę.
Od ponad dwudziestu lat funkcjonowanie samorządów lokalnych obserwuję z bliska, sam uczestnicząc w tej sferze życia publicznego. Moje spostrzeżenia i doświadczenia jednoznacznie przemawiają za tym, aby wójtowie nie mogli sprawować swych urzędów bezgranicznie. W demokracjach zachodnich od dawna obowiązuje ograniczenie kadencji do dwóch. Tak jest w USA, gdzie wprowadzono takie rozwiązanie, gdyż okazało się, że piastowanie wysokich stanowisk publicznych przez dłuższy czas jest korupcjogenne i prowadzi do podporządkowania władzy interesom wąskiej grupy obywateli, ignorowania przepisów prawa, a nawet zastraszania obywateli. Niedawno osobiście się o tym przekonałem, gdy nieoczekiwanie wszedł mi w drogę burmistrz Michałowa. W ciągu trzech kadencji podporządkował on sobie gminny samorząd, a jego ambicje zaczęły sięgać coraz wyżej.
У лістападаўскіх выбарах, на жаль, чарговы ўжо раз не будзе спіскаў Беларускага вабарчага камітэта. Што тут не гаварыць і чым не тлумачыць, ёсць гэта перадусім доказ слабасці беларускага асяроддзя на Беласточчыне. Нашы дзеячы проста здаліся, бо можна было б яшчэ пазмагацца, каб выбраць сваіх войтаў, бурмістраў і радных у гмінах ці паветах ды хаця б аднаго прадстаўніка ў соймік (рэальны шанц павялічвае пашырэнне бельска-гайнаўскай акругі – менавіта і для таго). Але асобы, якія калісь так моцна ангажаваліся ў беларускую выбарчую справу, цяпер знайшлі сабе цёплыя месцы – хто на Радыё Рацыя, Белсаце, хто ва ўніверсітэце ці іншых установах або фірмах… Хаця нядобрай з’явай ёсць, калі хтосьці ідзе ў палітыку, каб дарабляцца, што было відавочна калісь і найчасцей ёсць так надалей, у кожным асяроддзі, не толькі нашым. І прыклады ёсць, як паслы ці ваяводскія радныя, якія рэпрэзентуючы нібыта беларускія інтарэсы дабіліся і асабістых. Але гэта ёсць прызнака яшчэ слаба развінутай польскай дэмакратыі. На захадзе ідуць у палітыку тыя, якім не трэба дарабляцца. Мабыць і ў нас такія калісь з’явяцца, толькі што будзе ўжо позна, бо свядомых і адкрытых беларусаў з кожным годам робіцца штораз менш. І каго будуць тады рэпрэзентаваць нейкія бізнесмены ці іншыя багацеі з беларускім радаводам? За чые інтэрэсы будуць яны змагацца?