Jerzy Chmielewski. Od Redaktora (1/2015)

Jerzy ChmielewskiNasi przodkowie spotykali nowy rok nie – jak dziś – na balach i hucznych imprezach rozrywkowych, ale w zaciszu domowym i niezwykłym nastroju wróżb, czarów i magii. Dawniej w
tradycji białoruskiej był to szczególny czas przepowiadania przyszłości, choć nie zawsze traktowano to serio. Było przy tym bowiem uciechy i zabawy co niemiara.

Tamte czasy guseł, naiwnych wróżb i zabobonów to wcale nie zamierzchła przeszłość. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu te pogańskie zwyczaje masowo kultywowali mieszkańcy każdej wsi i przecież nie tylko u nas. Moja blisko osiemdziesięcioletnia dziś matka każdego roku przy świątecznym stole opowiada o takich breweriach z czasów swego dzieciństwa i młodości. Urodziła się i dorastała w Słoi – typowo białoruskiej wsi na Sokólszczyźnie. W ostatni w roku wieczór dorastające dziewczyny zbierały się w domu którejś z koleżanek na wróżby. Wróżyły, która z nich pierwsza wyjdzie za mąż, z jakiej strony przybędzie kawaler i czy zamążpójście będzie udane, czy nie.

Najpierw zatem dziewczyny ustawiały się w rządku, a u stóp każdej z nich była miska z jedzeniem. Wtedy do izby wpuszczano wygłodniałego psa. Ta z dziewczyn miała pierwsza wyjść za mąż, do której miski najpierw rzucił się pies. Jak wspomina dziś matka, zgłodniałe psisko (specjalnie nie dawano mu jeść przez cały dzień), widząc rząd mis z jedzeniem, dostawało mętliku w oczach. Ale ani w głowie mu było wybierać. Pies łapczywie opróżniał wszystkie miski po kolei, zaczynając od najbliższej, czyli pierwszej od drzwi.

Następnie dziewczyny wychodziły na dwór, nasłuchując szczekania psów – z której strony się rozlegnie, stamtąd przybędą swaty. W tym samym celu rzucano butem – za siebie lub przed siebie, albo w furtkę. Kierunek wskazywał nosek upadłego buta.

Powodzenie zamążpójścia gwarantowała natomiast parzysta liczba objętych ramionami kołków w płocie lub polan drewna.

Do takich noworocznych wróżb nie przywiązywano oczywiście większej wagi. Nikt raczej w to nie wierzył, ani później sprawdzał. Chodziło przede
wszystkim o śmiech i zabawę.

Po 20-30 latach tego typu wróżby całkowicie wygasły, gdyż w czasach mego dzieciństwa w odległym o dziesięć kilometrów od Słoi Ostrowiu
takich zwyczajów już nie było. Pamiętam za to noworoczne psoty, które urządzaliśmy we wsi z kolegami. Jak ściągaliśmy furtki z zawiasów i wynosiliśmy gdzieś daleko w krzaki, albo jak wyciągaliśmy saniebi robiliśmy z nimi to samo, najpierw pojeździwszy trochę z górki. Sypaliśmy też na śniegu ścieżki z popiołu od „kawalera” do „panny”. Ryglowaliśmy również drzwi wejściowebdo domów, gdy domownicy już usnęli. Aby je otworzyć, gospodarze nazajutrz zmuszeni byli wychodzić oknem, złorzecząc i klnąc na nas ile wlezie.

Proszę wybaczyć mi za te dziecinne nieco refleksje i wspomnienia. Mam jednak wrażenie, że właśnie opada kotara zapomnienia i tamte noworoczne figle bezpowrotnie wpadają w otchłań historii. A przecież były tak zabawne, że i dziś rozweselają.

Na szczęście świat naszych przodków z ich wierzeniami, obrzędami i zwyczajami jest solidnie udokumentowany. Wielka w tym zasługa uczonych z Białorusi. Mam w swojej bibliotece dużo napisanych przez nich książek na ten temat. Można też sporo poczytać o tym w Internecie. Białoruska obrzędowość na Białostocczyźnie również została dobrze udokumentowana, a już szczególnie ta związana z Kaladami i Nowym Hodam. Folklor niemalże każdej naszej wsi jest opisany w pracach magisterskich, obronionych na przestrzeni minionych kilkudziesięciu lat w katedrach filologii białoruskiej w Warszawie, a później także w Białymstoku. Zebrany w nich materiał stał się kanwą kilku niezwykle wartościowych pozycji książkowych, jak rozprawa habilitacyjna dr. Aleksandra Barszczewskiego z 1990 r. Na ten temat ukazało się też wiele artykułów w Niwie i Czasopisie. Przypomnę choćby cykl „Lud nadnarwiański”, opublikowany na łamach naszego miesięcznika w latach dziewięćdziesiątych przez Irenę Matus, obecną profesor Uniwersytetu w Białymstoku.

Uchwycić białoruski świat naszych przodków zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Bo dziś to już tylko historia. Niestety, takich wątków niewiele znajdziemy w literaturze. Poza ckliwymi przeważnie wierszami i opowiadaniami naszych bieławieżcau, o Białorusinach na Podlasiu nie powstała ani jedna powieść osadzona w realiach minionej epoki. A jeśli już ktoś brał się za ten temat, to najczęściej go wybielał. Wyjątkiem jest Bazyli Pietruczuk, do dziś obecny na naszych łamach. W „Pożni”, wydanej też po polsku („Ściernisko”), a potem w „Kryszynkach”, w fabularny sposób opisał siermiężny świat swego dzieciństwa, spędzonego we wsi pomiędzy Bielskiem a Hajnówką. Krajanie mają zresztą mu za złe, że w książkach obnażył nędzę, prymitywizm i zacofanie ich wsi w nie tak odległych jeszczen czasach. Koledzy po piórze tę niekończącąnsię opowieść Pietruczuka potraktowalinzaś jako jego… donos na macochęni rodzinę za to, że w dzieciństwienzgotowali mu nieczłowieczy los.

A już najbardziej brakuje mi filmunfabularnego, opartego na losach białoruskich,nz akcją rozgrywającą się nanBiałostocczyźnie. Takich filmów historycznychni dokumentalnych trochę  zrealizowano, a ich autorzy zdobylinnawet za nie laury. Powinien wnkońcu powstać zatem solidny film fabularny, choć jego budżet z telewizyjnymi impresjami jest oczywiście nieporównywalny. Ale starania możnanpodjąć, tym bardziej że w dzisiejszych czasach da się zrobić w miarę profesjonalny film nawet przy użyciu domowej kamery. Taka nowa białoruska inicjatywa mogłaby zresztą z pewnością liczyć na dofinansowanie z budżetu państwa, choćby Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Brakuje dobrego scenariusza. Można byłoby go stworzyć na kanwie przywołanej przeze mnie literatury. Taki pomysł rzuciłem podczas niedawnego uniwersyteckiego sympozjumm w Białymstoku, poświęconego Sokratowi Janowiczowi. Powiedziałem, że zekranizować którąś z jego książek. Życiorys pisarza z Krynek to moim zdaniem również idealny scenariusz do filmu. Oglądałem niedawno film „Różyczka”, oparty na losach pisarza Pawła Jasienicy, który mocno mnie poruszył. W życiu Sokrata Janowicza także były dramatyczne momenty, jak z dramatu filmowego. Ze scenografią nie byłoby problemu. Wystrój wnętrz, ubrania, miejskie i wiejskie krajobrazy z epoki PRL łatwo jeszcze można odtworzyć. Wciąż w niezmienionym stanie stoi w Białymstoku gmach komitetu wojewódzkiego PZPR (teraz mieści się tam uniwersytet). W tym budynku rozgrywały się nie mniej dramatyczne sceny niż w filmie „Różyczka”. Złamano tam życie niejednego niewinnego człowieka, uwikłanego jak Jasienica w ówczesny system polityczny. Sokrat Janowicz mocno tego osobiście doświadczył.

Od redaktora – Jerzy Chmielewski (10/2014)

Jerzy ChmielewskiW listopadzie we władzach samorządowych w Polsce nastąpi nowe otwarcie. Kampania wyborcza w naszym regionie wydaje się na razie trochę niemrawa, ale widać że zdecydowanie więcej niż w poprzednich kadencjach wójtów, burmistrzów i radnych będzie ubiegać się o reelekcję. W Gródku na przykład, gdzie pracuję, chęć ponownego kandydowania zadeklarował zarówno wójt, piastujący to stanowisku już trzy kadencje, jak też niemal cały skład obecnej rady gminy. Podobnie jest w innych samorządach. Z pewnością czynnik materialny nie jest decydującym motywem. Co prawda zarobki wójtów i burmistrzów małe nie są, bo wielu z nich z różnymi dodatkami pobiera co miesiąc nawet ponad dziesięć tysięcy złotych, ale jest to praca niezwykle absorbująca, często kosztem życia prywatnego, także zdrowia. Diety radnych są natomiast raczej symboliczne, wynoszą z reguły kilkaset złotych miesięcznie.
Skąd zatem się bierze taki pęd do władzy? Myślę, że chodzi głównie o wyższą pozycję społeczną. Oprócz prestiżu zasiadanie w samorządzie daje też możliwość rozwiązywania problemów najbliższego środowiska, polepszenia warunków życia w miejscu zamieszkania. Radni na sesjach domagają się przede wszystkim załatwienia bliskich sobie spraw, najczęściej budowy dróg i ulic we własnym rejonie, niekoniecznie kierując się przy tym interesem całej gminy. W tych wyborach radni zostaną wybrani już wszędzie – poza gminami z siedzibą w miastach na prawach powiatu – w okręgach jednomandatowych i takie postawy będą jeszcze bardziej widoczne. Swoją drogą jest to dobre rozwiązanie dla demokracji lokalnej. Bo dotychczas radni byli wybierani według metody preferującej silne ugrupowania i potem nie zawsze było wiadomo, czyim kto dokładnie jest reprezentantem. Teraz mieszkańcy wybiorą wreszcie swych konkretnych przedstawicieli i będą potem wiedzieli kogoi z czego rozliczać.
Za wprowadzeniem okręgów jednomandatowych sam niejednokrotnie optowałem, także na łamach Cz. Bo takie rozwiązanie daje też pełną możliwość wyboru swoich radnych przez mieszkańców miejscowości zamieszkałych przez naszą mniejszość. Szkoda tylko, że nastąpiło to tak późno, kiedy już sprawa tożsamości białoruskiej ze względu na procesy asymilacyjno-polonizacyjne zeszła nieco na dalszy plan także dla naszych samorządowców. Mimo to na tym polu można jeszcze coś zdziałać. Zachęcam kandydatów spośród mniejszości białoruskiej, aby otwartym głosem podnosili w swych programach wyborczych i takie kwestie, nie tylko gospodarcze. Aby deklarowali, że jako samorządowcy będą nie tylko domagać się remontów dróg, budowy chodników we wsi, przyciągania inwestorów do gminy i tworzenia miejsc pracy, ale też będą troszczyć się o kulturową i historyczną spuściznę swych przodków, zabiegając o pieniądze z budżetu gminy na białoruskie imprezy i inicjatywy.
Wprowadzenie okręgów jednomandatowych prawdopodobnie przetasuje składy rad gmin. Może więc nowi radni z większym przekonaniem niż poprzednicy podejmą inicjatywę wprowadzenia u siebie urzędowych nazw polsko-białoruskich. Zwłaszcza, że zostanie obniżony próg z 20 do 10 proc. mieszkańców, którzy w spisie zadeklarowali narodowość białoruską.
Aby tak się stało, muszą też zmienić się wójtowie i burmistrzowie, szczególnie ci, którzy okoniem stają wobec tych pomysłów lub unikają tematu, czekając na inicjatywę radnych. Ale ci, wiadomo, spoglądać zawsze będą przede wszystkim na włodarza i czekać na jego ruch. To sytuacja patowa. A tematu podwójnych nazw bać się nie należy, co pokazała Orla. Trzeba przede wszystkim zacząć od uświadamiania mieszkańców, że to tylko usankcjonowanie tutejszej tradycji, prawdy historycznej. Swoją drogą to niesprawiedliwe, aby o nadaniu nazw dwujęzycznych białoruskim wsiom decydowali pojedynczy staruszkowie, którzy w nich się ostali oraz coraz liczniejsza tam polska ludność napływowa. Tysięcy ludzi, którzy w Polsce deklarują przecież narodowość białoruską, nie tylko w niejednoznacznych spisach powszechnych, nikt nawet nie pyta, czy chcą, aby tam skąd wyszli były takie nazwy.
Oprócz okręgów jednomandatowych należałoby wprowadzić do kodeksu wyborczego jeszcze jedną zmianę – ograniczenie liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do dwóch. Taki pomysł pojawił się już dawno. Na początku 2013 r. Ruch Palikota (teraz Twój Ruch) złożył nawet w sejmie projekt nowelizacji przepisów. W głosowaniu Sejm jednak go odrzucił. Przeciwnicy powtarzali, że przecież co cztery lata włodarze samorządów są rozliczani przez mieszkańców. Wiadomo jednak, że chodziło o utrzymanie posad w samorządach dla swoich ludzi, którzy w obecnych realiach są nie do ruszenia często od wielu już kadencji. Poza tym w przypadku wprowadzenia ograniczenia kadencji do dwóch odchodzącym wójtom należałoby zapewnić jakąś przyszłość, umożliwić podjęcie jakiejś pracy. Pojawił się nawet pomysł, aby mogli przechodzić na wcześniejszą emeryturę.
Od ponad dwudziestu lat funkcjonowanie samorządów lokalnych obserwuję z bliska, sam uczestnicząc w tej sferze życia publicznego. Moje spostrzeżenia i doświadczenia jednoznacznie przemawiają za tym, aby wójtowie nie mogli sprawować swych urzędów bezgranicznie. W demokracjach zachodnich od dawna obowiązuje ograniczenie kadencji do dwóch. Tak jest w USA, gdzie wprowadzono takie rozwiązanie, gdyż okazało się, że piastowanie wysokich stanowisk publicznych przez dłuższy czas jest korupcjogenne i prowadzi do podporządkowania władzy interesom wąskiej grupy obywateli, ignorowania przepisów prawa, a nawet zastraszania obywateli. Niedawno osobiście się o tym przekonałem, gdy nieoczekiwanie wszedł mi w drogę burmistrz Michałowa. W ciągu trzech kadencji podporządkował on sobie gminny samorząd, a jego ambicje zaczęły sięgać coraz wyżej.
У лістападаўскіх выбарах, на жаль, чарговы ўжо раз не будзе спіскаў Беларускага вабарчага камітэта. Што тут не гаварыць і чым не тлумачыць, ёсць гэта перадусім доказ слабасці беларускага асяроддзя на Беласточчыне. Нашы дзеячы проста здаліся, бо можна было б яшчэ пазмагацца, каб выбраць сваіх войтаў, бурмістраў і радных у гмінах ці паветах ды хаця б аднаго прадстаўніка ў соймік (рэальны шанц павялічвае пашырэнне бельска-гайнаўскай акругі – менавіта і для таго). Але асобы, якія калісь так моцна ангажаваліся ў беларускую выбарчую справу, цяпер знайшлі сабе цёплыя месцы – хто на Радыё Рацыя, Белсаце, хто ва ўніверсітэце ці іншых установах або фірмах… Хаця нядобрай з’явай ёсць, калі хтосьці ідзе ў палітыку, каб дарабляцца, што было відавочна калісь і найчасцей ёсць так надалей, у кожным асяроддзі, не толькі нашым. І прыклады ёсць, як паслы ці ваяводскія радныя, якія рэпрэзентуючы нібыта беларускія інтарэсы дабіліся і асабістых. Але гэта ёсць прызнака яшчэ слаба развінутай польскай дэмакратыі. На захадзе ідуць у палітыку тыя, якім не трэба дарабляцца. Мабыць і ў нас такія калісь з’явяцца, толькі што будзе ўжо позна, бо свядомых і адкрытых беларусаў з кожным годам робіцца штораз менш. І каго будуць тады рэпрэзентаваць нейкія бізнесмены ці іншыя багацеі з беларускім радаводам? За чые інтэрэсы будуць яны змагацца?