Tamara Bołdak-Janowska. Luli, luli.

felietonisci-051. Zakłębiły mi się w głowie kołysanki, śpiewane przez matkę. Luli, luli, ǔsie dzietki pasnuli. Albo: śpi maja kwietaczka… Cicho świecić miesiac jasny ǔ kałybiel twaju… Luli, luli, luli, prylacieli kury, stali sakataci, nima czaho jeści daci. Trochu harochu, jaczmieniu żmieniu, żyta paǔ sita, luli, luli, luli… Luli, luli, luli, ǔsie dietki pasnuli, tolki doczańka ni spić… W miejscu słowa „doczańka” wstawiało się konkretne imię, córki albo syna.
– Widzę, że wasze kołysanki miały przede wszystkim charakter bytowy – mówi mi Tolo.
– Bo to były śpiewa
ne opowiadania o życiu – odpowiadam. – Wszystkie nasze pieśni były takie, bytowe, więc tożsamościowe. A ty pamiętasz matczyne kołysanki?
– Nie pamiętam i nie wiem, czy mi matka je śpiewała.
– Może znała same niemieckie, to nie śpiewała? Smutna powojenna sankcja kulturowa? Mówiłeś, że takie sankcje były u was.
– Może i tak. Nie pamiętam i już. Chyba u nas było surowiej w stosunku do dzieci.
– Ja matczyne pamiętam. Mam wczesne wspomnienia. Poza tym matka śpiewała mi je wtedy jeszcze, kiedy miałam trzy lata. Ostatnio, aby zasnąć, przywołuję głos matki i kałychanki. Nigdy, nigdy już tak nie będzie. Szkoda, że nie znasz niemieckich kołysanek. Wygooglałam, że „Oh, du lieber Augustin, Augustin” to kołysanka. I nie wiem.
– To chyba nie kołysanka.
– Następująca polska kołysanka jest cudna, skoczna: Ta Dorotka, ta maluśka, ta maluśka, tańcowała dokoluśka, dokoluśka… Teraz śpi już w kolebusi na różowej swej podusi… Racja stanu nie widzi matki i dziecka, i tej podusi.
– Nie ma na świecie większej intymności, niż matka, śpiewająca kołysankę zasypiającemu dziecku. Racje stanu są zbyt odległe od tych dwojga, od tej jedni.
– Nie ceni tego obrazka kreatura, wydająca rozkaz bombardowania „wroga”. Nikt nie ceni tej intymności. Matka śpiewa dziecku „Pridiot siereńkij wołczok i uchopit za boczok”, a tu spada bomba i nie ma dziecka, nie ma matki, nie ma kołysanki. Bo śpiewała po rosyjsku, a więc i ona, i dziecko są wrogami. Inna matka śpiewała po białorusku „śpi maja kwietaczka” i oboje zginęli, spaleni żywcem przez oddziały SS-Galizien. Bo to „wrogowie”. Dzisiejszą racją stanu u mnie jest pokój. Nie lubię ludzi z wiecznie prowojenną racją stanu. Nie lubię ludzi, lecących po wojenne łupy. A współczesna racja stanu dość długo trwała w świecie jednobiegunowym. W takim świecie, z jednym centrum, każda racja stanu będzie kolonialna, podporządkowana zachciance jednego centrum, jego egoizmowi w imię jego interesów. Racje stanu zaczynają to rozumieć, kiedy już egoizm i cynizm tego jednego centrum rozbestwia się w jego niezliczone wojny, w bez dania racji napastnicze, a chodzi wyłącznie o wojenne łupy.

A matka śpiewa: Śpić pad lesam abłaczynka, zasynaj maja dziaǔczynka… . dobraj noczy, zasynaj moj luby chłopczyk… A tut nima spakoju, nima dobraj noczy. Bomby z nieba laciać i u piǔnicy trebo jakoś spać. I po ukraińsku: De chamońka tepłeseńka, de dytyna małeseńka… De’ż my budem noczuwaty… I walą bomby wojny domowej. De’ż my budem noczuwaty… I bomby. Mam za bandytę każdego, kto krwawo przerwie matczyną kołysankę, polityka też, a czy to polityk Zachodu czy Wschodu nie obchodzi mnie. Teraz chyba matki nie śpiewają kołysanek nawet tam, gdzie pokój. Pytam młodych o kołysanki, a im ich nie śpiewano. Niektóre matki jednak śpiewają. Jestem tego pewna. Mimo wszystko to malutka pewność. Kołysanka należy do czasu pokoju i matczynej pewności dachu nad głową, czystej pościeli, miękkiej poduszki.
– Szkoda, że nie pamiętam, czy śpiewano mi kołysanki – żali się Tolo.
– Wiesz, że Słowianie nazywali swoją mitologię bają? Stad słowo „bajka” i „bajuszki, baju” w kołysankach?
– Co ty mówisz? Aha, czyli stąd „bajać”.
– Tak. Nie znamy swojej słowiańskiej historii. Już kolejny raz stwierdzam to z przykrością, niemal z bólem. Śpi spakojno, zakryj ty woczki, bajuszki, baju…Matki już nie rozumiały śpiewanych słów, jak rozumieliśmy to przed wiekami, ale podświadomie wyczuwały dawne znaczenie duchowe, taką tajemnicę. Dziecko miało spokojnie zasnąć i pogrążyć się w bajce śnienia. Baja miała je obdarzać wspaniałymi obrazami. No i ta łączność matki i dziecka, to było coś wspaniałego. Teraz co usypia dziecko, telewizja, komputer? Zimny wychów wraca? Co robi matka, gdy dziecko zasypia? Może mu czyta bajkę? Dlaczego przestała śpiewać kołysanki? Nie ma czasu, bo musi wsadzić nos do Internetu i jeszcze popracować? Bo się wali z nóg ze zmęczenia? To nie jest życie, praca przez całą dobę. Dawniej nianie z ludu śpiewały kołysanki dzieciom. Miały na to dość czasu. To one podtrzymywały ciąg naszej kulturowej historii.
– Oglądałem film dokumentalny o Berlinie w czasie I wojny światowej. Matki pracowały w fabrykach broni i otrzymywały zasiłek socjalny, ale tylko na jedną osobę. Nie można było z tego wyżywić dzieci. Głód był straszny. W filmie wypowiadały się roczniki 1910-14. O dzieci wtedy nikt nie dbał. Przeżyje to przeżyje, a nie, to nie. Ojciec wraca z wojny, a dziecko chowa się w kącie ze strachu, bo nie poznaje. To obcy w mundurze.
– Jasne. Nikt wtedy nie miał głowy do kołysanek. To przerażające. Oh, du lieber Augustin, Augustin. O, mój miły Augustynie, Augustynie, wszystko minie, wszystko minie. Nie mijają straszne wspomnienia z dzieciństwa bardzo starych dzieci. Dobrze, że powstał taki dokument o zniszczonym przez dorosłych drani dzieciństwie. Poruszający dokument?
– Poruszający. Starcy z pokaleczonym dzieciństwem. Reżyser zdążył ich wypytać. Jutro umrą. I znowu dorosły oprych będzie niszczył czyjeś dzieciństwo.
– Kiedy siadamy sobie przy fontannie z kormoranami w naszym parku Podzamcze, to niezmiennie myślę: jak dobrze, że można sobie tak posiedzieć. Miło. A w parku Podzamcze wokół centralnej misy fontanny z kormoranami rosną białe piwonie. Białe i płowe. I ty je widzisz. Blisko wody, więc ogromne. Patrzę i widzę białe i płowe fryzury aniołów. Staranne. Z lokami. Kiwają się. Nachylają ku sobie. Oglądam rajski spektakl. I chcę tu siedzieć długo, aż poczuję, że mi pośladki zdrętwiały od twardej ławki. Jaka błoga chwila pokoju. Nigdzie nie widziałam tak ogromnych piwonii. I ciągle ci to powtarzam, że to aniołowie, szczątek raju.
– Kolęda „Lulajże, Jezuniu” to właściwie kołysanka.
– Tak, ale sakralna. Matki tego nie śpiewają dzieciom.
– Przejdź się po kołysankach świata, indiańskich, afrykańskich.
– A jak? Musiałabym znać wszystkie języki świata. Coś mogę wygooglać, ale to nie to samo, co słuchać ich w chwili śpiewania w samym życiu. Wygooglałam tyle, że to Łemkowie i Białorusini mają czy też mieli najwięcej kołysanek, że pieśń u nich budowała tożsamość. Ciąg pieśni matek jednak został zakłócony przez kulturę bez pamięci, bez tożsamości. Łemkowska kołysanka też była śpiewanym opowiadaniem o życiu. Hajciu lulu, lulu, a ja tebe stulu. Stulu ja tia stulu, pid zelenu dulu. Dula bude cwyty, Marynia chodyty… Piękne. Szkoda, że nasze pianino potraciło struny i rozstroiło się. Siadłabym, zagrała kołysankę. Poczułabym się matką albo dzieckiem, albo dwojgiem.
– Mamy coraz więcej możliwości ogłaszania nowych racji stanu i machinacji przy tym, bo przecież mnożymy wojny o strefy wpływów, o surowce. Na tej drodze matka z dzieckiem nie naszego narodu to wróg. To obcy. Trzeba go zabić, poznęcać się, odczłowieczyć. Społeczeństwa demokratyczne nie zasłaniają się coraz nowszą i wredniejsza racją stanu, bo w nich każdy może mieć swoją kulturową tożsamość. Wymuszają to w procesie pokojowym na sąsiedzkich wrogich kołysankom racjach stanu. Państwa Zachodu żyją w pokoju sąsiedzkimi grupami. Nie do pomyślenia tam wojna domowa. Nie odczłowieczają sąsiedzkiej matki z dzieckiem i kołysanką. Inna sprawa: czy jest tak, że im mniej kołysanek, tym dzieci chętniej krytykują matki, hodują w stosunku do nich chłód serca?
– Nie ma idealnych matek. Kołysanki się pamięta. To wspomnienie ratuje przed złym myśleniem o matce. Pokojowe współistnienie w Europie? Różnie to bywało, przecież wiesz. A dzisiejsza racja stanu ma charakter naciąganej racji, bo jakieś mocarstwo tak nakazuje. Europa nie tak dawno była straszna. Natknęłam się na pracę Julii Makosz, a w niej na coś przerażającego. Julia Makosz w pracy pt. „Pieśni getta” opowiada o żydowskich kołysankach z getta. Nit kejn rożinkes, nit kejn mandlen. Nie ma rodzynek, nie ma migdałów. Ta kołysanka powstała z innej pieśni getta o głodzie. Autorka przytacza poruszającą pożegnalną wojenną kołysankę: Nit kejn jidysz, kejn lid, wajl du bist mer kejn jid. Żadnego żydowskiego słowa, żadnej pieśni, bo nie jesteś już Żydem… Chodziło o to, że matki porzucały dzieci pod nieżydowskimi domami w nadziei, że ktoś je przygarnie. Matka w tej kołysance żegna synka. Taki rodowód miała ta kołysanka. Przerażające. Przygnębiające. Nie do zapomnienia. No widzisz. Najsmutniejsze kołysanki świata powstawały w żydowskim getcie.

– Niedawno obejrzałem „Zakazane piosenki”. Szczególnie poruszyła mnie pieśń dziewczyny, Żydówki z getta. Śpiewała o Warszawie, ale na melodię „Mejn sztetełe Bełz”. Polskie okupacyjne pieśni wychwalały smykałkę radzenia sobie z napastnikiem i wyśmiewania go, wyszydzania. Miały zadziorny ton. Warszawiak sobie poradzi. Nikt go nie zniszczy, nie upokorzy. Była w nich radość sprzeciwu i niepodważalna nadzieja na poradzenie sobie z okupantem. A ta pieśń żydowskiej dziewczyny była bezgranicznie smutna i bez odrobiny nadziei na przeżycie. Ojej.
– Pamiętam. I to też jest nie do zapomnienia. Teraz przymierz to do gier komputerowych, do zabijanek, a najgorzej, że zwykle utrzymanych w klimacie macho i seksistowskim. Stało się coś strasznego w kulturze. Dziecko jest uczone krwawej przemocy, seksizmu, bycia twardym macho. Klik. I wróg zdechł w kałuży krwi. Klik. Dopadamy „dziwkę”. Koleżankę w realu zwyzywamy od dziwek. Jaka strata czasu na nauczenie się wrażliwości! Stasiek Wielanek z Kapeli Warszawskiej śpiewał kołysankę wojenną: W suterynie daleko za miastem, w suterynie, gdzie nędza i głód… Teraz mamy lulu-lulu dla dorosłych, gadki szmatki telewizyjne. Propaganda wojenna to takie lulu-lulu. Śpijcie spokojnie, bo wróg znaleziony i będziemy go odczłowieczać i zabijać. Śnijcie zwycięstwo bez zwątpienia. Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że zwątpienie łączy, a fundamentalizm dzieli. Tak się dzieje w religii, ale przecież i w polityce, kiedy partia czy dmuchana racja stanu to fundamentalna wiara. No więc usypiacze bardzo dbają o nasz brak zwątpienia. To nie jest wbrew pozorom myśl banalna. Spostrzegłam, że w religii zwątpienie, aż do postawy ateistycznej, naprawdę łączy. Ludzie, wolni od propagandy religijnej, mogą ze sobą rozmawiać na przykład o sztuce. I rozmawiają. Ci ludzie rozmawiają!
– Napisałem antykołysankę wojenną. Rundherum dumm! Dumm! Dumm! Schritt und Tritt und Schritt: und vorwärts, Lili Heil!
– Ale Lili Marlene to piękna pieśń. A ty tu tak nawiązujesz. Lubię Lili i często słucham. To o kobiecie strasznych wojennych czasów piosenka. To nic, że śpiewali ją niemieccy żołnierze. Mnie ona wzrusza i ma piękną melodię.
– To nic, że u mnie jest Lili Heil. Tłumaczę całość: Naokoło dum! Dum! Dum! (znaczy to również: głupio! Głupio! Głupio!) Krok i kopniak, i krok. Naprzód, Lili Heil (heil to: cały, nienaruszony, zagojony).
– Jako antykołysanka jest bardzo na miejscu.
– Antykołysanka czasu wojny. Nie. To nie antykołysanka. To parodia kołysanki.
– Ojej. Miałam pisać w miłym tonie. Słyszę polską kołysankę: Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga… Elżbieta Binswanger-Stefańska pamięta tego Wojtusia. I aa-a, kotki dwa. Spytałam ją na fb, czy pamięta matczyny śpiew, bo mało kto pamięta. Ona pamięta. Mój ojciec śpiewał mi jakieś żołnierskie piosenki na dobry sen, przygrywając na akordeonie. Zapamiętałam tylko „Rozszumiały się wierzby płaczące”. Potem śnili mi się ludzie o strasznych twarzach, zaglądali do okien. Na ogół spałam dobrze i po „wierzbach płaczących”. Najbardziej zapamiętałam matczyną kołysankę o dwóch Jasieńkach: Luli, luli, lulasieński, pabilisa dwa Jasieńki. Za jakuju pryczynu, za charoszu dzieǔczynu. Tę kołysankę zanotował spośród wielu innych Stefan Kopa w swojej książce „Biełaruskije pieśni Haradockaj ziamli”, podał nuty. To książka bezcenna, o której już pisałam, ale znowu do ciebie mówię o niej, bo warto wiedzieć, że są na świecie ludzie, dla których nasze kałychanki są fascynującym tematem. Co więcej, uważam, że ta książka powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich z utraconym dzieciństwem, takim jak moje, białoruskim, ale po wojnie pogranicznym. Tyle pieśniowego bogactwa przeminęło lub właśnie przemija. Chociaż sobie przypomnijmy, co nam matki śpiewały. Ale ty nie pamiętasz, czy matka ci śpiewała kołysanki.
– To ja teraz przeczytam twoją „Kołysankę osobistą” z twego „Hop! Hop! Hop! Traktatu o samotności”. Ty ją napisałaś dla matki, która śpi w ziemi, ale nie może usnąć w tobie. Napisałaś sonet-kołysankę. Opisałaś rytm relacji matka-dziecko. Posłuchaj siebie, jak brzmisz w moich ustach:

Jestem kobietą, rodzę czaszkę,
ciesząc się z niej.
Ładnieję.
Czaszka cherubinowa.
Prawdziwie moja.
Do krzyku jej dziąseł
pierś natychmiast doniosę
z fizjologicznie ciepłym mlekiem.
A zęby czaszki wykarmionej
nadadzą ciału mojej czaszki
lokalne i światowe imię:
moja matka.
A ja się już tak nie wyzbieram.
Mojej matki nie ma.
A jeśli jest, to nagą czaszką.
I ja jej zwrócę własną.

– To prosty sonet, ale niezupełnie. Rymy tworzą zasłonę na przepaści, do której trafiają wszyscy. Płytka przepaść, mahiłka. A wiesz, że lulek to psianka, której dym działa uspokajająco i nasennie? Maryśka rodzima? Wytępiono ją na rzecz alkoholu i rozpijania. Czarownice rozbiły z lulka „maść do latania”, czyli wizji. Z dodatkiem pokrzyku, mandragory i bielunia. Ten sonet napisałam bez Bai i nie po lulku, nie po „maści do latania”. Nie używam. Lubię trzeźwość oglądu spraw. Trzeźwo ujrzałam rytm czaszek. Ramiona matczyne, lulające dziecko do snu, działały przyjemnie narkotycznie. W mózgu małego człowieka tworzyło się miejsce na przyjemność, naturalnie wywołaną. Chyba dziś to miejsce się kurczy albo w ogóle nie powstaje. Nie czujemy języka, tracimy go. Nawet nie wiemy, że słowo „człowiek” oznacza: czuć, czuwać, być na czele swego plemienia, narodu, z powodu mądrości. Tracimy w języku czucie tego, co było słowiańskie. Nie wiemy, że słowo „naród” ma znaczenie „rodzić”, „narodzić ludzi”. Jest słowo „ululać się”, czyli upić. „Ululany” to pijany. A to wszystko w znaczeniu: narkotyczny, śniący albo nieprzytomny. „Lulki palą” nie oznacza, że palą fajki, tylko że mają w fajkach narkotyczne lulki. Jeśli jesteśmy przyjemnie zmęczeni, mówimy: idę lulu. W kałychankach mieliśmy: luli, luli. Ramiona matki i jej śpiew na dobranoc to był właściwy narkotyk.

Tamara Bołdak-Janowska, Adzin dzień z majaho życcia (II)

felietonisci-05 2. Męczy mnie wczorajsza myśl: w USA będą powielać filmy Kieślowskiego jako serial, oparty na amerykańskich realiach. O, matko! To takie pośmiertne życie ma wybitny reżyser? Rozmienią go na serial? Wezmą jego pomysły, jego motywy, jego pracę i dowolnie pozamieniają w popkulturowy serialik? Napiszą chociaż, że to na motywach z Kieślowskiego? Komuś się forsa w oczach kręci, więc w taki sposób sprzedał Kieślowskiego? Nie podoba mi się ten brak ochrony wybitnego pierwowzoru Kieślowskiego. Wyniknie z tego jakaś kieślowszczyzna, tak jak z Dostojewskiego wyniknęła dostojewszczyzna?
Piję następną kawę.

Ćmi ząb. O, matko. Przedni ząb. To znaczy czwórka. Muszę ją usunąć i wstawić nowy. Kilka lat temu przewróciłam się na bruk i wybiłam sobie piątkę, a czwórkę złamałam i jest nadbudowana. W miejscu piątki mam klips. Teraz będę musiała robić sobie podwójny klips. Niespodziewany wydatek. Głupi upadek, który odebrał mi dwa zdrowe zęby. Potknęłam się o wystający kamień.

Tolo nagli: Przygotowałem ci następne dwie deseczki na ikony. Będę czytał ci Amosa Oza. Utwór o kobietach Izraela. Dużo czytania mamy.

Jem przeceniony ser, przecenioną suchą kiełbasę i popijam przecenioną jogobelą. Kupuję tylko przecenione jedzenie. Nauczyłam się wybierać trwalsze produkty, te, którym służy schnięcie. Przecenione jogurty wszystkie są dobre. W tym sklepie przecenione jedzenie ma jeszcze dzień lub dwa do upłynięcia terminu ważności. Jak dobrze, że mam taki sklep. Obok mnie grzebią w tych przecenach emerytki, wynędzniałe i nie. I te dobrze ubrane, i wymalowane też grzebią. I młoda osoba stale bierze przecenione jogurty, ciesząc się, że może kupić ich dużo.

Jem bez chleba. Jem, to znaczy biorę kęs tego i tamtego. Inaczej nie będę miała za co leczyć zębów. Dlaczego u nas jedynie parlamentarzyści mają darmowych dentystów? Co to jest? Przecież jestem ubezpieczona, płacę składki zdrowotne z mojej najniższej emerytury. W publicznej przychodni w Olsztynie na leczenie zęba czeka się kilka miesięcy. Najbliższy termin: styczeń 2016. Tia… Czyli na wizytę przychodzi się w stanie bezzębnym lub prawie bezzębnym. Co do jedzenia: kaliś żyli biez ladowak. Mai pieracenianyja pradukty takija samyja, jak byli naszyja, kali my żyli biez ladowak i jaża lażała na palicach. Najlepszaje było suchoje miaso, suchija kumpiaki. Kumpiak wisieǔ na hare. Suchuju kaǔbasu maci kłała letam u piecz. Piecz heta była nasza ladoǔka. Chałodny padwał heta była ladoǔka. Myszej ni było, bo u chaci zaǔsza była ławucza koszka. Pacukoǔ ni było nawat la pamyjnaj jamy. Czasami pajaǔlaǔsa adzin pacuk, ale maci zaraz jaho czymś strasznym atruła. Atrawu prywiazła ad swajej siatry, majej ciotki z Białastoku. Arszenik? Hetuju strasznuju atrawu maci patom hłyboko zakapała u jołkach, kali mieła wyjachać da Białastoku. Lażyć tam. Miesto znaju.

Ćmi ząb. Cóż. I tak, wybity czy nadłamany, to jeszcze nie wszystkie kłopoty z zębami. Wiek zrobi swoje i wkrótce pozostałe zęby wyruszą w podróż z moich ust.

No tak, ale ja już jestem spisana na straty. Nawet dowód osobisty otrzymałam już dożywotnio. Już mam wyliczone, ile mniej więcej będę żyła. Nieco powyżej cyfry: 10. Tak? Ano. Niedobrze mi. Tak bliski koniec. Cieszę się jednak, że już nie muszę kłopotać się uzyskiwaniem nowego dowodu osobistego. Mam go do końca życia. Zdaje się, że już o tym pisałam. Jednakże w związku z dożywotnim dowodem osobistym niemal codziennie powraca doznanie krótkości drogi przede mną.

Tolo skarży się na bóle w kręgach szyjnych. Robię mu masaż. Umiem robić masaże. Sobie robię dzień w dzień masaże całego ciała. Nawyk ten został mi z czasów, kiedy trenowałam akrobatykę. Na leczenie Tolo musi czekać jeszcze kilka tygodni. Czeka od kilku miesięcy.

Po głowie od tygodnia krąży początkowa fraza pieśni: szałandy połnyje kiefali.
Co to znaczy? Od lat znam tę pieśń i od lat nie znam znaczenia tych słów. Tolo też nie wie, co to są te szałandy połnyje kiefali.

W końcu zmuszam się do sprawdzenia w Internecie, co znaczą te słowa. Aha. Kiefali to cefale, rodzaj ryb, a szałandy to statki rybackie. Nareszcie wiem.
Śmiejemy się.

A ja myślałam, że to kieliszki, napełnione jakimś gruzińskim winem. I chyba też o tym już pisałam.
Muszę wyrzucić z głowy te szałandy połnyje kiefali. Za chwilę dopadnie mnie inna pieśń.
Dopadła. Wstawaj, strana agromnaja
Poskramiam. Nie moja to pieśń.
Inna pieśń dopada: Wo błażennom uspienji wiecznyj pakoj podażd’ Hospodi, rabie twojej, Tamare, i sotwory jej wiecznuju pamiat’…
Poskramiam. Nie pora jeszcze położyć się tak, żeby już nie wstać. Wstawaj strana agromnaja – wołam do siebie. Mogę się uśmiechnąć.
Tolo nagli: Idziesz? Malujesz?
Przerywam szkic. Idę malować kolejną ikonę i słuchać utworu Amosa Oza o kobietach Izraela.
Szkic dokończę po południu.

Przerywam malowanie małej ikony. Idę coś zapisać. Postanawiam nic nie jeść do wieczora. Dziś już jadłam. Jeśli będę więcej pieniędzy wydawać na jedzenie, to nie będę mogła zapłacić za czyszczenie mego laptopa, który jest prezentem od córki. Kompy też się starzeją.

Bohaterowie Amosa Oza rozmawiają o sztuce, o literaturze. Prawie nigdy o sprawach rodzinnych, domowych. Takie rozmowy łatwo przeradzają się w obrzydliwe plotki. My, Słowianie czy też chrześcijanie, żyjemy plotkami. Ja z Tolem zdecydowanie – nie. Rozmawiamy o dziełach sztuki, książkach, tak jak Żydzi u Oza.

Plotkarskie rodzinne rozmowy straszliwie mnie nudzą. Brzydzę się nimi przez to, że tworzą góry plotek na temat osób bliskich, spokrewnionych, znajomych. Chrześcijańskie rodziny wymyślają niestworzone rzeczy o bliźnich swoich i tym żyją. Uczulenie na plotki mam po matce. Nie znosiła plotek i ich autorów czy autorek. Tolo też nie lubi rodzinnej plotkarskiej gadaniny. Trwa godzinami i nie stanowi wiedzy, ani jej nie daje.

Przez chwilę rozmawiamy z Tolem o tej różnicy rozmów chrześcijańskich i żydowskich na korzyść żydowskich. Jak to sprawnie opisuje Amos Oz. Jak drąży charakter swego narodu. Jakie prawdziwe są u niego kobiety. Przede wszystkim nie istnieje u niego ześwirowany bohater, jakiś zbok i narcyz, jak notorycznie to bywa w naszej literaturze. A kobiety nie są jak lalki. To nie przedmioty. I nie muszą być piękne ani zgrabne, aby były ludźmi. Seks opisuje nie w sposób pornograficzny, jak w naszej literaturze. Męskie kłopoty z pożądaniem też opisuje nie w sposób pornograficzny, nie w sposób wulgarny. Opisuje zwykłego człowieka, a w ten sposób pozbawia człowiek zwykłości. Nie ma u niego zwykłych. Każdy jego znajomy i nieznajomy, każdy swajak, heta zaǔsza chtoś inciaresny i fachowy u swajej raboci. I daścipny. Jakże tego brakuje w naszej literaturze. Musi być zbok, bandyta i porno, a wszystko papierowe, a to porno to obleśny kicz. U Amosa Oza nie istnieje papierowy bohater, a do tego odpychający.

Chce mi się jeść. Hola, moja pani. Jeśli jeszcze schudniesz, będzie lżej chodzić. Już nie możesz szybko i lekko chodzić po Olsztynie, który leży na wzgórzach i każda ulica to droga pod górę i z górki, i znowu pod górę. Schody i schody. I górka bez schodów. I znowu nie możesz wejść. Kucasz. Masujesz łydki. Sapiesz. Schudnij jeszcze trochę. Trzymaj się swego reżimu. Mówię do Tola: Przeprowadźmy się w miejsce równinne, równe jak stół. Tolo się śmieje. Ja też. Tam dobro, dzie nas nima. Zaǔsza tak dumajam.
Znowu Wo błażennom uspienji wiecznyj pakoj…

Jak mało mam czasu w życiorysie.

Bezdomny, aby w nocy ułożyć się do snu na moim półpiętrze, otwiera drzwi wytrychem. Wiecznie popsuty zamek. W którymś momencie stwierdzam, że zamek otwiera się, kiedy rzucę „kurwa mać”, jak w filmie „Seksmisja”. Kręci się kluczem, kręci, aż na „kurwa mać” nagle załapie. Dziś przypomniałam sobie ten sposób otwierania popsutego zamka i jestem mniej zła na tego bezdomnego z wytrychem. Nie. Nadal jestem na niego zła. I natychmiast na system, tworzący niezliczoną liczbę bezdomnych.

Idziemy na spacer do parku Podzamcze. W nim też góry i doliny. Ciężki spacer. Chwilami tortura. Lewa noga odmawia posłuszeństwa. Tolo: Za dużo gadasz o zębie i nodze.
Kulhaju.

Kulbaki ni ǔziała. Uże maju kulbaku. Tolo jaje zrabiǔ. Na joj ǔzory. Ja ich wyrazała wostrym nożykam. I dała kalory. Jeśli mieńsz jem, ta kulbaka ni patrebna. Jesz mieńsz.

Nic szczególnego, ten spacer. Spokojny, nie było nieznośnych spacerowiczów, wrzeszczących do komórek. Ludzkie głosy w nowym systemie są z reguły nieprzyjemne. Nawet w telewizji. Nieprzyjemna ostrość w głosie. Spikerzy nie mówią na wdechu, tylko z tą nieprzyjemną ostrością. Nie raczą poćwiczyć mówienia. I nieprzyjemne twarze na każdym kroku i w telewizji. Nieprzyjemnie otyłe sylwetki. Co się dzieje z ludźmi, że tak brzydną? Brzydko, ciężko chodzą. Na młodych mężczyznach wiszą dupy, to jest spodnie mają z wiszącą dupą. Nie mogę na to patrzeć. Tolo: Już o tym nie mów, nie patrz. Ja: Jak nie patrzeć, kiedy komuś dupa wisi? Głupi szpan. Lezie w oczy sam. O, kolejny z obowiązkowo wiszącą dupą. Jakby tam co niósł.
I dzień to nic szczególnego.

Wracamy, Tolo czyta Amosa Oza, a ja maluję dwie miniaturowe ikony.
Wieczorem oglądamy rosyjskie wiadomości. Tu przynajmniej zdarza się rzetelny komentarz. Znowu wieczór z Sołowjowem. Temat: państwo islamskie. Zaproszony imam nie jest zbyt wysłuchiwany. Mówi, że chrześcijanie rozwalili Orient, no to następnie odzywa się najostrzejszy fundamentalizm. Nie było powodu do bombardowania Iraku, Syrii.

Przez chwilę czuję od wewnątrz, o co mu chodzi. Bez dania racji spadają na ludzi bomby, a no bo należy rozwalić Orient i zaprowadzić tam tzw. demokrację. Należy? Pora już i to późna, żeby mówić prawdę. Nie chodzi o demokrację. Demokracji już nie ma.

Czy to wiemy? My sobie, wojna sobie, bo jakiemuś zbirowi tak się chce? U nas nigdy nie będzie wojny?
Znowu nie godzę się na przekonanie Rosjan, że Biełarusy i Ukraincy eto odin narod. Powtarzają to ciągle. To pogląd z głębokiej komuny, ale już niezupełnie. To powielenie amerykańskiej wiary w jeden niepodzielny „naród amerykański”. Amerykanie obywatelstwo amerykańskie pojmują jako „jeden naród”. Rosja dziś robi z tego analogię u siebie. A jak może to robić, kiedy część byłych republik to już samodzielne państwa, a nie stany, jak w USA? Przestaliby wreszcie głosić to, co nie jest prawdą. Kab choć raz chtoś u Sołowjiwa heta skazaǔ. Szto heta ni adzin narod. Ali nie. Ceły czas piardziać ab adnom narodzi.

Ni taki kiepski byǔ dzień. Paczytali Amosa Oza i pahawaryli ab ludziach, katorych apisaǔ tak praǔdziwo. Namalawała ikonku.

Znoǔ sztoś prypaminaju. Słowy, katoryje paǔtarała maci: A skolko mnie tut żyć astałosa? Usio, szto mieło być, uże było. Niczoho mnie ni trebo. Za doǔho żywu, ali żyć ceły czas choczacca. Kab choć ni lażać na hłybokuju staraść. Mnohija kabiety tak lażać. Kab choć chadzić da kanca swaimi nahami i ad nikoho ni damahacca łaski. A ruki parabilisa nizhrabojdami. I z cełaho czaławieka robicca nizhrabojda.

Zrabiła probu: ci mahu pierakłaści na prostuju mowu mój manadram o światoj Ksieni z Piciara. Chibo ni mahu. Moża mahu? Ksienia była wykształconaja. Ci joj pasuje nasza prastaja mowa?

Biaru mai nasonnyja pigułki, jak ǔczora, pazaǔczora, ada dnia, kali daczka umiarła, i budu ich brać da kanca życia, i zaraz zasynaju.

Tamara Bołdak-Janowska, Byǔ sabie mużyk (1)

felietonisci-05 1. „Była sobie baba” – tak brzmi tytuł jednego z opowiadań Izaaka Babla. Opowiadania Babla są rewolucyjnie wybitne, to znaczy są genialne na wieki wieków. Nikt tak nigdy nie pisał i nikt tak już nic nie napisze. Dziś obowiązuje słuszny produkcyjniak. Najlepiej wodolejstwo przemieszać z porno. Najlepiej pisać jak gimnazjalista. Łatwo, prosto. Niewykształconym, niedojrzałym językiem ojczystym, a może nawet gwarą uczniowską. No i koniecznie to porno.
Za swoją genialną twórczość Babel zapłacił życiem. Nawet grobu nie ma. Nawet nie wiadomo, kiedy został zabity przez agenturę. Nie tak opisał wojnę domową na Ukrainie. Nie tak opisał armię konną. Nie tak opisał Rosjan, Żydów i Polaków. Nie tak opisał dowódców. Nie tak opisał kobiety. Trzeba było nie pisać, że kobieta musiała znosić obecność mężczyzny przemocy – obecność straszną, męczącą, rujnującą życie i urodę. Trzeba było opiewać rewolucję, wojnę domową i dzielnego faceta, a tu Babel opisuje prawdziwe życie. Opisuje wrednych strasznych ludzi każdej narodowości na Ukrainie.
Tak jak po Pinie Bausch nie jestem w stanie oglądać opiewanych współczesnych spektakli teatralnych, tak po Izaaku Bablu nie jestem w stanie czytać opiewanej współczesnej literatury.
Nieznajomość utworów Babla uważam za współczesne kalectwo umysłowe.
Byǔ sabie mużyk. Żyǔ byǔ sabie muzyk.
Takiego pisarza zamordowano!
Takiemu pisarzowi nie przeznaczono miejsca na cmentarzu.
Takich pisarzy, jak Babel, stawiamy pośród bliskich, najbliższych.
Opowiadania są zwięzłe, krótkie, ale ileż w nich życia! Żydowskie życie Odessy, Galicji. Tego życia, tej kultury już nie będzie w Europie.
Co to są „wartości europejskie”? Krew, przemoc, nasza kochana wojna, partyzantka, wojenka, wojenka?
Te „wartości europejskie” to coś takiego: ot, tak sobie po prostu można usunąć całą kulturę, jej ludzi, prostych i wykształconych. Spustoszyć przez to Europę, aż serce boli. Nigdy już nie będzie w Europie zachwycającej kultury żydowskiej, ani jidysz, ani żydowskiego porywającego folkloru. Luka nie do przebaczenia, nie do zaakceptowania.
Jest z Europejczykami gorzej. Gorzej jest w europejskiej kulturze. Z tego co było, z dramatu wojny, holokaustu, robi się nawet rozrywkę, a z obecnych przerażającyh wojennych dramatów – telewizyjne jednostronne propagandowe „szoły”. Te „szoły” to mają być te „wartości europejskie”?
Maluję koty na zamówienie, a Tolo czyta mi Babla. Tak mamy od dwóch tygodni. Słucham opowieści Babla i widzę wszystko, co w nich jest. Słyszę tamte głosy. Widzę ich nędzne życie.
Tak jest dobrze, stworzyć taki duet.
Namalowałam już dziewięć portretów kotów.
Namalowałam koty mojej córki.
Tolo mówi nagle: Kobiecie łatwiej nakrzyczeć. Rzucić się z pięściami.
Powiedział to w związku z antywojennymi protestami kobiet na Ukrainie.
Może tak jest, ale przecież kto je wysłucha? Kto przerwie głupią wojnę z powodu kobiecych pięści i kobiecego krzyku?
W jednym z opowiadań Babla jest podsłuchana przez autora rozmowa prostytutek. Podsłuchana, a więc autentyk. Kobiety musiały sobie radzić podczas wojny domowej. Tak też – poprzez prostytucję. Kobiety w dramacie wojny.
Babel zapisuje słowa o bezcennym znaczeniu w literaturze: „Po raz pierwszy w życiu usłyszałem, co kobieta mówi do kobiety”.
Mówię, że to bezcenne słowa, ponieważ nigdy dotąd żaden z pisarzy nie wsłuchiwał się, co też mówi kobieta do kobiety. Nie interesowało to pisarzy. Wymyślali sobie kobietę i jej słowa. I u Babla kobiety są, jakie są, brzydkie i piękne, mądre, mądrzejsze, głupie, głupsze. Jednak najważniejsze, najdonioślejsze jest to, że Babel widzi kobietę w obcej dla niej historii, w czasie wojny domowej. No i te słowa kobiety do kobiety, to porozumienie: radzimy sobie, jak możemy.
A my, kobiety, wciąż mówimy więcej, kiedy jesteśmy w towarzystwie samych kobiet. Ja też to robię. Wszystkie tak robimy.
Nasza mowa nie istnieje w pełni.
Mówię więcej, ale nie wszystko. I nie chodzi o głupie myśli, które po pewnym czasie ulegają rozumnej modyfikacji. Chodzi o fakty z naszego kobiecego życia.
W „Restauracji strasznych potraw. Rozprawie gardłowej” opisałam jawnie, co mówi kobieta do kobiety, i w „Tfu! Z ludźmi! Szkicach małych i miniaturowych”. Reakcja była i pozytywna, ale ze strony kobiet otrzymałam również wrogą napaść. Nie mogę się temu nadziwić. Moje zdziwienie jest tragiczne. I wiąże się ze słowami innego wspaniałego autora, Bertranda Russella. Zaraz do tego dojdę.
Tolo teraz czyta autobiografię Bertranda Russella, a ja maluję ikony, porzuciwszy koty. Jedni badacze twierdzą, że ikony się pisze, bowiem składają się z samych promieni, jasnych i ciemnych, ale inni mówią, że nie, że ikony maluje się, że greckie słowo na oznaczenie tej pracy oznacza i pisanie, i malowanie. Toteż będę używać słowa „malowanie”. Tolo przywiózł kilkanaście pięknych desek ze stuletniej jabłoni, sama umarła. Deski są mniej i bardziej wklęsłe. Niemal same zawołały: chcemy stać się ikoną. Na jednej z tych desek namalowałam jeszcze jednego kota dla córki. To kot z Narejek. Resztę desek przeznaczam na ikony.
Tolo czyta mi na głos, ja tworzę prace plastyczne, a to taki duet, że nikt nie znajdzie lepszego w żadnej kuchni świata, a mówię o kuchni, bo duet ten tworzymy w naszej kuchni. I oto dochodzę w szkicu do wyżej wspomnianych słów Russella i mego tragicznego zdziwienia z powodu napaści kobiet na kobiety. Russell opisuje początki walki zachodnich kobiet o prawa wyborcze i uznanie kobiety za człowieka, zdolnego do samodzielnego życia. Wtedy też same kobiety zajęły się ośmieszaniem kobiet, biorąc aktywny udział we wpuszczaniu szczurów na place, gdzie odbywały się wiece kobiet. Chodziło o to, aby wykazać, że kobiety to żałosne istoty, bo przerażą się tych szczurów i uciekną. Russell bardzo się dziwił, że tak postępują kobiety wobec kobiet. Kiedy Tolo doszedł do tego fragmentu tekstu, sam bardzo się zdziwił. Jak to możliwe, że kobieta naskakuje na kobietę w takiej sytuacji? I ja przypomniałam sobie, jak to kobieta naskoczyła na mnie za „Restaurację strasznych potraw”, nauczycielka akademicka (feministka taka) i któryś raz z kolei zdziwiłam się tragicznie. I przypomnieliśmy sobie podsłuchaną przez Babla rozmowę kobiety z kobietą, tę łaskawość kobiety dla kobiety w czasie wojny domowej, kurwiszona dla kurwiszona, i w naszej kuchni sławiliśmy Babla, najmocniej, jak tylko mogliśmy. I w czasie tego wszystkiego, tekstu, myśli, zdziwienia, powstawała pierwsza, druga i trzecia ikona.
Ikony napełniały się powyższymi treściami i stawały się stopniowo żywe. Kiedy zmieniałam pozycję deski, aby było zręczniej malować jej kolejny fragment na wklęsłej powierzchni, drewno drgało, jakby biło w nim serce. Zjawisku temu towarzyszyło szereg kuchennych zdarzeń. A to sama przewróciła się szklanka, a to kefir sam skoczył ze stołu na podłogę w szczelnie zamkniętym plastiku i sam się z tej szczelności wylał. Przedtem tak nie było. Wszystko trzymało się stołu i innych blatów. Chyba że sam człowiek strącił i dobrze to wiedział i widział. Zaczęła mnie opanowywać myśl, że ikona związana jest z rzeczywistością duchową w sensie dosłownym. Rzeczywistość ta, powstająca przez wieki w umysłach, przejętych chrześcijaństwem, musi trwać w cząsteczkach elementarnych.
Bertrand Russell. Byǔ taki mużyk. Hety mużyk maje swaju mahiłku. Jaho ni zabili. Jaho kniżka żywie u naszaj kuchni. I ta jaszcze jak. Jon dziwiǔsa, szto żanczyny bjuć żanczynaǔ. Nam wielmi padabajeccca, szto jon heta apisywaǔ.
Teraz Tolo czyta mi Andersena, a ja maluję następne ikony. Po tylu latach wracam do malowania ikon i te obrazy zdają mi się najcenniejsze ze wszystkich obrazów świata. Są surrealizmem tej innej rzeczywistości, o której tak głęboko opowiadali Nowosielski, Dostojewski, Floreński. Zdaję sobie sprawę, że przed laty tworzyłam ikony dość pobieżnie. Teraz odkrywam ich detale, na przykład pola marginesów, gdzie w starannych prostokątach opowiadana jest historia życia przedstawianej postaci. ■
Dobrze maluje się ikony pod Andersena, czytanego na głos przez Tola. Przy okazji uzupełniamy nasze braki duchowe, odnawiamy cenne lektury, które czytaliśmy bardzo dawno temu. Teraz zauważamy, że się nie zestarzały. Nic a nic.
Wpada mi do ucha zdanie z Andersena i zasmuca mnie: „Ptak ludowej pieśni przemawia ojczystym językiem i nigdy nie umiera”. Ależ tak. Tylko że dziś ptak ten umarł. Nasz ptak umarł. Nie ma wioski, nie ma tego ptaka. Co ja mówię. To moich wiosek nie ma. Ptak ten, nasz ptak ludowej pieśni, pojawia się nawet w rosyjskiej telewizji i stamtąd przemawia do mnie moim językiem, i wtedy umieram z tęsknoty za nim. Pragnę, aby siadał choć raz na miesiąc przy mnie. Niektóre osoby pogardzają ludową pieśnią. Ja nie lubię tylko niemieckich „hajmatów”, bo to takie sobie melodyjki. Potężny pozostaje folklor hiszpański, żydowski, a dla mnie białoruski. W tych trzech folklorach zawiera się codzienne i świąteczne życie. To nie jest hop-siup.
Pod Andersena maluję ikonę starowierów, Bogurodzicę Szujską. Dzieciątko opiera się łokciem o kolano nogi, postawionej na kolanie drugiej nogi, a palcami trzyma się za aureolę. W tej ikonie jest łagodny humor. Dopuszczalny humor w ikonie czyni ją bliską, niczym bliską żywą istotę. Skracam ilość falban na Bogurodzicy. Są ich trzy rzędy. Ograniczam się do jednego rzędu. I tak jest bogato od nich w jej starowierskiej szacie.
Pod Andersena namalowałam kilka ikon, w tym ikonę Bogurodzicy Bogolubskiej, trzymającej Księgę. To kobieta Księgi. W ikonie są najróżniejsze postaci kobiece wraz ich charakterem. Bogurodzica Bogolubska to intelektualny typ kobiety. Dotąd myślałam, że to ta sama Bogurodzica wygląda raz tak, raz inaczej. A to nie to. To przegląd żeńskich charakterów niczym u Dostojewskiego.
Pod Andersena maluję Eleuzę, to znaczy Czułość, kiedy Syn przytula się do Matki policzkiem. Najpełniejszą Czułość wyraża Bogurodzica Kazańska. To tę ikonę powtarzam, ale nie kopiuję. Musi dziać się historia ikony. Musi być w niej coś nowego. Daję bogate pola. Niemal przedobrzam.

Tamara Bołdak-Janowska. Biaru ciabie, Wiktar

felietonisci-05To, co napisał Wiktar, świadczy o tym, że naszym życiem jeszcze wczoraj rządziły te wiekowe słowiańskie rytuały, dziś uchodzące za przeżytek. Jedzenie mięsa tylko w święta świadczyło o traktowaniu świni jako zwierzęcia ofiarnego, którego niejadalne czy drobniejsze kawałki miały strzec domu i gospodarzy, a okazała „reszta” mięsa miała nakarmić do syta ich rodziny tylko dwa razy do roku, na Kolady i Pasku. To było już tylko echo pradawnego rytuału z jego elementem, zwanym ubojem rytualnym, ale wiązało się też z życiem w nędzy. Utraciliśmy to raz na zawsze, ten rytm bardzo biednych wiejskich ludzi, to echo, lecz nie staliśmy się szczęśliwsi. Na wioscy zaŭsza jakajaś nasza chata była, mienszaja ci bolszaja, i było u jej ciapło, i żyli u jej usiakija damaŭniki, domowe duchy. A w miastach obecnie duża część z nas żyje o krok od bezdomności i bezrobocia. Zaradni też nie są szczęśliwsi, ponieważ nasza strata jest ogromna. Tracimy tysiącletnią i starszą tożsamość. I żyjemy w nieszczęściu nieustającej nostalgii.
Upewniłam się, dzwoniąc do Wiktora, czy mogę użyć jego nazwiska w szkicu. Tak, mogę. I cieszy się, że jego list i wiersz może mi się przydać, choć heta nieaciosany tekst, bo jon ni wuczany. Usio raŭno, wuczany ci nie, biaru, bo czahoś ważnaho minie nawuczyŭ.
Przypomniałam sobie, czytając wiersz, w którym mowa o kutniaj kiszcy, że mamy kutnija zuby, czyli trzonowce. Pytano: A ty majasz jaszcze kutnija zuby? Mówiono: Kutnich zuboŭ uże ni maju. Tolki samyja pieradnija astalisa. Niezbyt zdawaliśmy sobie sprawę, że te kutnija zuby są o wiele ważniejsze ad pieradnich, bo to na nich trzyma się sztuczna szczęka, którą każdy w końcu będzie miał, albo i nie – wielu z nas nie stać na dentystę. Aby tolki piedradnija astalisa – mówiły kobiety. No właśnie. Kobiety nie dbały o kutnija zuby. Nasza stara czy starzejąca się kobieta zawsze uśmiechała się szczerbato. Przez chwilę zatrzymuję się na myśli, że te twarze są mi bardzo miłe, że je kocham.
Wiktar pisza, szto ni znaje literaturnaj biełaruskaj mowy. A ja znaju? Ja znaju prastuju mowu. Ja wyszła z domu, kali mnie było siem let, da polskaj szkoły ŭ Wiarabjach, i damoŭ nikoli ni wiarnułasa. Szkoła była daleko ad Narejkaŭ i maja maci addała mnie swajamu bratu u Zubkach, kab mieła blisko da szkoły. Tam było ciesno i ja spała na stale. Tam byli dwa pakoi, adzin malusiańki. Ja spała u wielkam pakoi na wielkam stale.
U minie tam byli dwie dwajuradnyja siostry i jany mnoju dobro zanimalisa. Jany byli wuczycielkami, po liceum pedagogicznym, ali nie pracawali jak wuczycielki. Ni znaju, czamu. Ni tak daŭno pamierli. U aboich patom na staraść była chwaroba Alzheimera. Ich maci, żonka majaho dziadźki Antona, Wolha, mieła hetu chwarobu. Jana dziadziczna.
Mai hetyja dwajuradnyja siostry pawychodzili zamuż, jak im było pa 17 let. Tak chacieła ich maci, Wolha. Maja maci krytykawała ciotku Wolhu za heta. Za rano! I na szto! Majuć czas. I adna, i druhaja, i tak sidzieła u Zubkach, bo mużyki byli u wojsku. Adzin pałkoŭnik, druhi kapitan. Adzin patom cełyje hody sidzieǔ u turmie za nielehalny handel na hranicy z Niemcami, a druhoho pasyłali tudy-siudy. Patom hetyje mai dwajuradnyje siostry wyjechali, adna u Warszawu, druhaja u Biełastok. A patom wiarnulisa u wiosku (biez mużykoŭ), kab pamierci na Alzheimera. Adna u Zubki, a druhaja dzieś pad Haradok.
Widzisz, Wiktor. Mój język jest też, jak i Twój, nieociosany. Heta nasza prastaja mowa. Heta majo, jak i twajo. Ja cieszę się, że czytasz moje szkice, że cieszysz się z mojej pamięci, która każe mi notować nasze byłe słowa, jakby to był niebywały skarb. Teraz jest to skarb, który przemija bezpowrotnie.
Do tego dochodzi mój wymysł, słowo – radzimka. Piszu na radzimcy, bo jaje lublu, bo wuczyłasa tolki u polskich szkołach, bo na radzimcy słowy biahuć i cieszacca, i dumajuć. Inny alfabet, właściwa łacinka, wstrzymuje mi słowa z języka prostego, zmusza do pilnowania się, aby „nie napisać źle”. To nie dla mnie. Jednak na tym moim pomyśle z radzimką możemy jechać tylko my z Polski. Na Białorusi taka radzimka nie wchodzi w grę. Tam potrzeba genialnego pomysłu na przetrwanie języka, i to na miarę Chrystusa. Nie żartuję, przywołując to święte Imię.
Chrystus w genialny sposób zmienił religię. Do takiego wniosku doszłam po obejrzeniu kilku telewizyjnych audycji na temat ortodoksji w judaizmie. Ta ortodoksja wymusza na rodzinach postępowanie według drobiazgowo opracowanego systemu, aby przygotować się do szabasu i przeżyć go. Tyle pracy! Kobieta dzień i noc zajęta koszerowaniem mieszkania czy domu. Symboliczne pozbywanie się „śmieci”, to znaczy nadmiaru rzeczy, w tym cennych, a ściślej mówiąc symboliczne „sprzedawanie” ich osobie innego wyznania, aby potem je „odkupić” od tej osoby, znowu symbolicznie. I tak co tydzień. Chrystus opracował genialny program uwolnienia się od terroru bezczynności w szabas, od terroru tych drobiazgowych przygotowań, na zasadzie „Bóg tak sobie życzy i on to widzi”, to jest dopuścił czynienie dobra w szabas, na przykład zajęcie się chorymi, i zaproponował człowieka wolnego, to znaczy uwolnionego od odgórnego rozkazu czynienia tak i tak, a dokonał tego na rzecz indywidualnego sumienia, indywidualnej wrażliwości i odpowiedzialności za los bliźniego, bliskich i za swój, skierowany ku byciu lepszym człowiekiem. To okazało się zbyt radykalną zmianą w religii. Trwanie przy starej religii stanowiło o tożsamości wyznawców. Nie zechcieli stawać się nowymi ludźmi z nową religią, ponieważ narodowość i religia stanowiły jedność, z nikim nie dzieloną, aż po czasy obecne. Ja to rozumiem, ten opór, ale genialność Chrystusowej zmiany poraziła mnie i poraża. Nie doceniamy jej. Nie doceniamy tej genialności. Jest to genialność zmiany. Jesteśmy ludźmi tej zmiany?
Obecnie musimy mieć na uwadze, że stale żyjemy w warunkach zmiany, ale nie tej genialnej, tylko innej, niedobrej, odczłowieczającej, asymilującej, infantylizującej.
Bez genialnego ludzkiego, wrażliwego i stanowczego pomysłu na przetrwanie z uwzględnieniem niedobrej stałej zmiany w kulturze, polityce, to jest w warunkach globalizacji, i do tego w warunkach rozproszenia, nie poradzimy sobie z utrzymaniem naszej mentalności, kultury, języka, a jeśli chodzi o język, to choćby naszej dwujęzyczności, choćby tyle. Potrzeba nam jakiejś obszerniejszej radzimki, która zatrzymałaby nas dla nas – naszą oryginalność. Nasza oryginalność jest dobra. O niej pisałam wiele razy, wskazując, czym jest.
Jednoczącej radzimki nam potrzeba, takiej, żeby utrzymywała nas jak najdłużej w stanie podwójności kulturowo-językowej. Taka rolę spełnia nasze kochane pismo „Czasopis”.
Tak. Nowy genialny pomysł na przetrwanie jest koniecznością, ale cieszmy się z tego, co jeszcze mamy. Cieszmy się z pamięci, z dzielnych przodków, dzielnych kobiet, z naszego pisma. Poniżej genialności żadna recepta nie jest nas godna, bo żadna mniejsza nie uratuje nas przed wtopieniem się w ludzi nijakich, mdłych, bez poczucia humoru, przystosowanych, niewidocznych. „takich, jak się należy”. Bez kultury i bez pamięci. Z językiem ubogim i mało rozumnym. Taki podczłowiek jest obecnie hodowany przez systemy polityczne.
Wiktor napisał wiersz, który bawi przez powagę. Śmieszy i smuci.
Wiersz spowodował, że znowu mam w głowie pełno naszych słów.
Pamiętacie, że nasze karowy kaliś byli putanyje? Putajacie swai karowy? My uże piarastali putać. Puto. Kto jeszcze pamięta to nasze wiejskie słowo?
W pewnym momencie krowy zaczęto przywiązywać łańcuchami do palików. Trebo było ich piarawiazywać. Idzi, piarawiaży karowu, a to ŭsiu trawu uże wyhryzła. A wy jaszcze putajacie swai karowy? Tak uże nichto ni robić.
Przedtem był pastuch i wiejskie stado krów. Wiktor mówił w czasie naszej telefonicznej rozmowy, że przez jakiś czas był pastuchem i wypasał krowie stada z Zubek pod Narejkami. Nie wiedziałam.
Stada potem stopniały, zniknęły, bo ludzie wyjechali do miast. To pamiętam. Potem przyszła moda na łańcuch, palikowanie i przewiązywanie. Potem nie było już krów. Jak myśmy nazywali palik?
Idziemy z Tolem przez nasz nowy park, Centralny. – Puto – mówię.
– Co, puto? Co to jest? – pyta Antoni.
– Puto. Pęto.
Tolo: – U nas na Pomorzu nikt nie pętał krów. Palikowaliśmy. Trzeba było potem przepalikować.
W tym szkicu zrzuciłam puto z języka i przemieszałam język polski z prostym. Ujdzie? ■

Tamara Bołdak-Janowska – Na praszczki

felietonisci-05Zacznę od nostalgicznej wędrówki na praszczki. Pamiętacie nasze określenie: na praszczki? Iści na praszczki. Paszoǔ na praszczki i zabłudziǔ. Paszli na praszczki, a apynulisa u czużom aǔsie i leć wylaźli z jaho.

Oznaczało to: na skróty.

Można było iści na praszczki czeraz bałoto, ale na bałoci byli reczki. Te rzeczki, liczne, kręte, przecinały łąki i wędrowały do Świsłoczy. Były bardzo głębokie, muliste i pełne pijawek.

Przypomniało mi się to nasze chodzenie na praszczki, bo w związku z tym mieliśmy wiele mocno wydeptanych żółtych ścieżek przez pola, wzgórza, doliny, zagajniki i lasy, a tego już nie ma i nie będzie. Ścieżki te były twarde i jedwabiście gładkie. Żółta ścieżka na praszczki z Gobiat do Mostowlan zdawała się nagim ciałem ziemi. Ja teraz przytulam się do niej i całuję z daleka. Całuję pamiętaną. Siłą wyobraźni staję na niej i idę. Po obu stronach żółtej ścieżki rosło wysokie zboże. Na brzegach zbóż rosły ultramarynowe wałoszki i buraczkowy kukal. Teraz tutaj jest ugór i żółtej ścieżki nie ma. I nigdy w tym miejscu nikt takiej już nie wydepcze – za mało ludzi, nie chodzą pieszo.

Żyliśmy w zgodzie z ziemią i byliśmy czuli na jej piękno, choć ciężko harowaliśmy. Ponoć zaharowani nie widzą piękna ziemi. Nieprawda. Stanowiliśmy element ziemi, a ona dla nas była żywą istotą. Ja takim „elementem” zostanę na zawsze. Jeśli ktoś w podobny sposób pamięta tę czy inną naszą ścieżkę, z tych nadświsłoczańskich, ten wie, że po każdej szliśmy ostatni raz, będąc małym narodem tu i teraz. Mały naród zniknął stąd i zniknęła ścieżka. Po niej szliśmy na mahiłki. I tam zaraśli i zarastajem. Żywiem jaszcze tut i tam? Żywiem, ali jak czużyje. Ceły czas jak czużyje. Nas bez przerwy choczuć papraǔlać. Ali wy nam ni hawarycie, jak majam żyć. U nas bolsz tałantaǔ, czym u druhich, i nas trebo na rukach nasić. Ni nosiać. Zusim ni baczać. Trochi baczać. Pierastali chadzić basikom – heta nowaść. Kachaju tych, katoryje nas baczać, kali my uże u botach i taksoǔkach. Usie samachody my nazywali taksoǔkami.

Wędrując kilometrami po ścieżkach, wykonywaliśmy niesłychaną pracę nad sobą, rozmyślaliśmy. Niektórzy mówili do siebie. Właściwie wszyscy mówiliśmy do siebie. Potem zaczęliśmy opowiadać nasze życie w książkach. Stała się rzecz niesłychana, a to za sprawą Sokrata Janowicza, który nieustannie prosił o opowiadanie przez nas naszego życia, żeby już nie po ścieżkach i nie do siebie: powstała równoległa do ściśle polskiej nasza literatura, w dwóch językach. Rola Sokrata jest u nie do przecenienia. Co ważne: my nie krzyczymy na polskość, tylko przedstawiamy siebie – opisujemy to wszystko, co gadaliśmy w samotności do siebie na naszych ścieżkach na praszczki. Jest dobrze, że jesteśmy tak oficjalnie, bez knucia we własnym gronie przeciw większości. Na polskość zwykle krzyczą neofici (to im się nie podoba, i tamto, i wszystko). Nie czujemy się mniejszością, ale nią jesteśmy w wyniku złej granicy – przecięto nas. Nikt nie dał Polsce tyle literatury, co my. Od wieków tak było. Czujemy się drugim narodem z Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Siedzi w nas mocno poczucie równoprawności, kultury, wypowiedzi, losu. Źle?

Prócz związku z ziemią, niemal miłosnego, mamy jeszcze trzy cechy: profesorskość, czyli skłonność do refleksji, i to wysokiej próby, nawet u ludzi prostych, dowcip i pacyfizm, określony przez Janusza Korbela jako „specyficzny”, polegający na tym, że uwagę poświęcamy ofiarom, a nie bohaterom. Rzeczywiście nie zwracamy uwagi na bohaterów, ponieważ dobrze widzimy, jak się ich robi, na przykład z Rajsa „Burego” czy Bandery. My wiecznie widzimy niewinną krew na rękach bohaterów. Nasze wojenne cywilne ofiary pamiętamy przez całe życie. Pamiętam – siedemnastoletniego brata mojej matki na jej oczach rozstrzelali wojenni „bohaterowie”. Za co? Za nic. Za to, że jeszcze żył. Na szto heta tabie? Czaho biażysz bicca? Czaho biażysz tudy, dzie bjucca? Razumny znajszoǔsa!– wołały nasze matki. Jeśli syny biehli bicca i na ich była kroǔ, to potem umierała matczyna miłość do nich. Naszą cechą jest chłód kobiecego serca w stosunku do dzieci, które nie stały się pracowite i pokojowe, i nie chcą naszej pamięci o ofiarach. Zbyt często matka była chłodna dla mnie. Zawodziłam ją. Słyszę ją: Dzicia heta ni takoje znoǔ szczaście. Dzicia mieło poǔnuju wolu. I zawodziło. Podobny chłód żeńskiego serca cechuje nas w stosunku do mężczyzny, który zawiódł w życiowych sprawach.

Mam wrażenie, że idąc ulicą, ocieram się o morderców, którzy przetrwali jako bohaterowie tej czy tamtej wojny. Zbyt dalekie stwierdzenie? Nie. Jeszcze żyją, drepczą. Ocieram się o wnuków, gloryfikujących dziadków bandziorów. Widzę to naszym czuciem. Nie wyzbędę się go i nie chcę się wyzbyć. Jesteśmy tacy – widzimy czuciem. Dlatego wciąż mamy szeptuchy i szeptunów. Obywamy się bez ćpania. Jesteśmy surrealistyczni, a to oznacza rozmach wyobraźni. Nasza wyobraźnia nieustannie podsuwa nam obrazy z dni jutrzejszych, a w nich więcej złego niż dobrego.

Wielkie dzięki Januszowi Korbelowi za genialną recenzję naszego pacyfizmu. Janusz czuje nas słuchem absolutnym, wraz z wadami oczywiście. No tak, pacyfizm taki, ale przez ten pacyfizm narażamy się, bo jak to można gardzić bohaterami, a w kółko opowiadać o ofiarach? Za dużo ich mieliśmy. Tysiące spalonych wiosek. Kuropaty. Nie możemy inaczej – mamy dość.

Idę moją wyimaginowaną ścieżką, to jest odtworzoną z pamięci, i myślę o naszym charakterze. Na praszczki idę, wydobywając główne cechy a pomijając wady, ponieważ zalety są większe, choć dotyczą mniejszej naszej liczby. Jesteśmy niekochani ze względu na zalety. Dziś inne cechy są pożądane, hierojam sława, bombardowanie „wrogów” i nieliczenie trupów, bo i po co, to jacyś tam nieważni ludzie, cynizm, mordobicie, trebo pajści u najomniki i rezać worahoǔ. A my ni choczam. My zusim druhije. Usie pajszli u jakijaś najomniki. Hetyje haworać tolki toje, szto z wierchu prydzie i z telebaczannia, tyja nawuczylisa nienawidziłeś kacapaǔ (sibie) i żywuć u nienawiści, i u nienawiści hadujuć dziaciej i unukaǔ (da sibie). A my ni choczam. I takich nas sztoraz mieńsz. Ali usio jaszcze żywiem i niczoho ni baimsa. A jak ni baimsa, ta nas baczać i dobro czujuć. I kamu my patrebnyje takije? Lepiaj maǔczać. Tomasz Sulima ni chocza maǔczać. Sakrat ni chacieǔ maǔczac. I ja ni chaczu.

Do kogo mówię? W tej chwili do ścieżki, którą znowu całuję.

Myśleć na praszczki znaczy: posiadać zdolność do syntetycznego myślenia. Mamy to. To dobra cecha, już unikalna. Unikalność dziś nie jest w cenie, jest podejrzana. W naszym „Cz” robimy to – realizujemy unikalność myślącą. Pani Dyrektor Biełsatu nazywa to „omszałością”. Co z tą kobietą się stało? Lubiłam ją, a tu taka wyższość. Zdolność do syntezy traktowana jest mylnie, jako generalizacja.

Niektórzy czytają nasze książki z uprzedzeniem, czyli można powiedzieć, że na krywyje praszczki, albo nie czytają z powodu uprzedzenia, bo co tam Białorusini albo mieszańcy mogą napisać. Mam alergię na megalomanię narodową. I mam alergię na spotkania z autorami, którzy omal nie pękną, tak są zarozumiali. Nudni, mętni, politycznie poprawni. Zamiast wybuchu intelektu, barwności, dowcipu, mamy puszenie się w „znaności”. Gdzie się podziali pisarze? Przestałam chodzić na spotkania z autorami. Unikam miejsc, które mnie męczą. Nie tylko ja tak czuję. Julio Cortazar najtrafniej to ujął:

„Pisarze? Ależ są to nudni panowie w ciemnych garniturach”. Myśl Cortazara nabiera mocy, ponieważ nudni panowie w ciemnych garniturach utworzyli siatki, kółka, koła, jeden duży fotel, aby się rozsiąść wszędzie (mówi o tym Dubravka Ugresić). Jeśli tylko zapragnę chwili istotnej rozmowy z modnym pisarzem, ten się odwróci dupą, coś burknąwszy. To ja mam czytać jego utwory? Poczucie godności nie pozwala mi na to. W utworach też będę miała solidną dawkę nudziarstwa. Nudny pan to nudny pan. Rozmowy z nim nie ma, a pisze tak, jaki jest. I oto doszłam do głównego aforyzmu tego szkicu: jak ktoś odwraca się do mnie dupą, to nie może pisać dobrze. Żartuję wyniośle? Nie wolno mi? Wszak wyniosłość jest w cenie w świecie, gdzie ludzie ludzi zmuszają do bycia na cynicznymi. Jednak odzywa się we mnie godność, a nie cynizm. Poczucie godności jest w nas bardzo silne i zazwyczaj nie myli nas.

Pisarska znaność nie robi na mnie wrażenia, bo chodzi mi, podobnie jak Julio Cortazarowi, o utalentowanie tekstu i jego dojrzałość, chociaż dojrzewanie. Jestem na mojej samotnej ścieżce w tej robocie? Z żyjącym Sokratem było raźniej. Nie lubię pisarzy dyżurnych. U nas wygląda to tak: mainstream to dyżurni pisarze. Wypowiadają się wszędzie i o wszystkim, ale to tylko gadanina. Nic z tego nie bywa istotne.

Czytam we wstępniaku Redaktora Cz. kuriozalną rzecz: Stasiuk na Trialogu nazwał Sokrata grafomanem, to jest „piszącym na pograniczu grafomanii”, co na jedno wychodzi. Jasne. My jesteśmy tak głupi, że cenimy sobie Sokrata grafomana? Litości.

Książka, którą miał rzeczony autor przeczytać i upewnić się, że to pogranicze grafomanii, to „Utwory wybrane” (2011). Nie przeczytał, skoro wygaduje banialuki.

A ja z jaho niczoho ni mahła wyciahnuć da maich fiłazaficznych tekstaǔ, a ja piszu tolki takije teksty, bo chtoś musić heta rabić u zdziacinniełym i dziacinniejuczym świeci. Wikicytataǔ paǔniochańko wycianutych z hetaho aǔtara, ali ja niczoho u hetych sławach ni baczu. Nu bo ci heta takoje wielkaje, wyciahnutaje z „Fado”.

Nasze piękne słowa. (2) Tamara Bołdak-Janowska (10/2014)

felietonisci-05Totalitarne komunizmy również miały swego kolonizatora – ZSRR. Jednak język rosyjski nie likwidował innych języków w innych państwach (nie republikach), ponieważ istniał w nich autentyczny głęboki opór przeciw kolonizatorowi i inne języki pod tą kolonizacją wręcz kwitły w tych innych krajach – w literaturze czy teatrze (noblowska poezja Seiferta). Obecnie w ramach „wolności i cywilizowania się” języki marnieją w popsie, która stała się upiornym reżimem, a u młodych „wolnością i cywilizowaniem się”. Dodajmy jeszcze, że współczesny kolonizator kanalizuje energię młodych poprzez modę na narkotyki. Niby je zwalcza, ale to nieprawda, to tylko pozór „troski o młodych”. Da się uczniom pogadanki, i na tym koniec. No i jeszcze rozda się ćpunom darmowe igły i strzykawki. Państwo sojusznik mafii? Pytam tak, bo pamiętam, że nasza komuna największe zyski czerpała z handlu spirytusem. Zresztą na temat powiązań rządów z mafiami narkotykowymi materiału w Internecie mnóstwo i to nie tajemnica.
La! Pahladzi, ciala, jaki ty staǔ. Smokczasz swaje narkotyki i durniejasz.
Według Manifestu Komunistycznego „robotnicy nie mają ojczyzny”. Czy współgrają z tym hasłem słowa Diega Rivery? Może tak: „Artyści nie mają ojczyzny”? To akurat współgra i to coraz bardziej. Słowa Rivery „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie” zakładają, że wielcy artyści znają na pamięć hasła i postulaty komunizmu. Są świniami, bo rzeczywiście czują: nie mamy ojczyzny, bo naszą ojczyzną jest sztuka niezależna, myśl niezależna, literatura niezależna. Jesteśmy wolni od propagandy i retoryki ojczyzny w danym politycznym momencie. Propaganda i retoryka danego momentu przemija, a wielka sztuka – nie.
La, pahladzi na toje, szto dziś majam.
Powiesz: ha? Powtarzać będziesz „ha”, udając, że nic nie słyszysz?
La! Pahladzi i ni hawary „ha”. Hawary poǔnaju mowaju. Ty jaszcze czaławiek, a ni wuczonaja maszyna.
No więc kwitnie nam odgórny „antymarksistowski marksizm kulturowy” i oducza mówienia prawdy, psuje języki, a wymaga podwójnej moralności, zakłamania, wszak poprawność polityczna, narzucana przez państwowych urzędników, przerabia ludzi w idealne stado, grzeczne, uprzejme, i zakłamane do bólu, bo to tylko na pokaz. No i to stado zaczyna mówić zalecanym językiem, unikając normalnych słów. Jednakowa sztuczna mowa! Lalka i lalek z nakręcanym głosem. Szczyt hipokryzji! Uczycie nas hipokryzji, panowie komuna!
La! Zabacz! Uzirajsa! Współczesny patologiczny komunizm jako „wolność i demokracja” oczywiście ma swoje łagry. Zajął się wykluczaniem. Tego, bo za stary, a tamtego, bo za chory. Dochodzi do tego, że pani minister z Litwy oficjalnie proponuje biednym eutanazję zamiast lekarza, a bo ich przecież nie stać na leczenie się. Ktoś wrzucił materiał o tym na fb. Ona naprawdę to głosi! Współczesna komuna pragnie mieć pod sobą samych młodych, zdrowych i bogatych, a reszta razi ją, psuje obraz doskonałego państwa. No to do dzieła. Biednych i chorych trzeba zlikwidować, rozwiązać tę kwestię raz na zawsze. Co to jest, jak nie łagier, proszę szanownych współczesnych komunistów? Znowu budujecie raj na ziemi? Tylko tym razem dla garstki kosztem wszystkich?
Czy w komunie było coś jednoznacznie dobrego? Tak – opór, możliwość oporu, godny humanistyczny intelektualizm. Nie uświadczysz obecnie nawet śladu oporu wobec nowej postaci komunizmu. Państwo jest tak organizowane, że „wszystko pływa na powierzchni”, jak to ujęła wybitna myślicielka Dubravka Ugresić. Nic nie może stawać się dysydenckie, czyli ozdrowieńcze.
Inaczej jeszcze rozwinę przytoczone wcześniej słowa Diega Rivery: „Dziś każdy wielki artysta jest niepoprawny politycznie”. Nie łyknie nowomowy z 500 zabronionymi słowami, a ich lista rośnie.
Ty maje lusterko, a ja twaje. Haworym praǔdu a sabie i a tabie.
Dzisiaj jednak artysta, niepoprawny politycznie, będzie wykluczony. Ten sam mechanizm dotyczy w ogóle ludzi: jeśli nie mówisz, jak my, jeśli nie używasz nowomowy, starannie unikając owych 500 zakazanych słów czy innej ich liczby (u nas też są zakazane słowa), będziesz wykluczany z towarzystwa (w szkole również). Musisz być korekt jak nakręcana czy elektroniczna lalka z głosem. To chyba w związku z tym pilnowaniem się, autocenzurą, słyszę na ulicy same nudne rozmowy. Nic nie wpada w ucho, nic nie ma znaczenia. Od mężczyzn lecą same „kurwy”. Tu autocenzura nie obowiązuje.
Obecna postać „antymarksistowskiego marksizmu kulturowego” ma rodowód bolszewicki, właśnie z powodu systemu wykluczania i terroru w sprawie nowomowy. Mów, jak my! Ni chaczu!
Pamiętacie nasze „bożenie się”? Nasze „jejbohu’? Nasze zarzekanie się, zaklinanie, naszą przysięgę?
Pabażysa. Jon machluja i jaszcze bożycca, szto haworyć praǔdu. Ciapier nichto nie bożycca. Nima jak bażycca, bo usie machlujuć, bo tak trebo. Ja ni chaczu machlawać, ta maǔczu. Z nikim ni chaczu razmaǔlać. Nadajeło machlarstwo.
Trebo? Trebo machlawać?
Pabażysa choć adzin, szto ni lubisz „antymarksistowskiego marksizmu kulturowego”. Nu choć adzin. Tady budziasz za mnoju.
Co naprawdę współczesna komuna proponuje kobiecie, aby czuła się wolna? Ano to: możesz razem z nami, mężczyznami iść na wojnę. Dajemy ci taką wolność, w której możesz być, jak my, umundurowani faceci. Możesz zostać żołnierzem, najemnikiem. Zabijaj razem z nami.
Ni chaczu! Ni chaczu ani trochi wajny. Nawet dwa tydni waszaj wajny ni chaczu! Jaj bohu – ni chaczu. Nijakaja heta maja wola, kali ja mahu być tolki jak wy.
La! Zabacz minie z majeju wolaju.
Coś lżejszego na koniec. Pamiętacie nasze słowo „jasionka”? Ni możasz znajści jasionki? La! Dzie pawiesiǔ, tak wisić. Dzie kinuǔ, tam lażyć. Był to rodzaj lekkiego jesiennego wdzianka, w języku polskim zwanego jesionką. Była też wiatrówka, lekka kurtka. Nasza wiatroǔka. Ani naszych, ani polskich tych nazw już nie używamy, choć w Internecie na modowych stronach pojawia się ta nazwa – kurtka wiatrówka. Są damskie i męskie wiatrówki. Na modowych stronach Inter6
netu mam przynajmniej wolność od wojennej propagandy. Lubię oglądać modę. Jaki spokój, jaki pokój! Tylko słownictwo nam się skurczyło i wszystko jest kurtką. Przedtem jesionkę zastąpił skafander, ale obecnie upadł i skafander. Słowo „kurtka” wywodzi się od łacińskiego curtus (krótki). Dzisiaj kurtka może być do kolan i nawet do kostek.
Pamiętacie, że mieliśmy jeszcze świtkę? Świtka była cieplejsza od jasionki i wiatroǔki. Przedtem było jasne, co mieliśmy na sobie jesienią czy zimą. To było precyzyjne słonictwo. Wiatroǔka mieła kaǔpak. Dziś ǔsio raǔno, ci z kaǔpakom ci nie, ǔsio: kurtka. Reszta słów umarła.
Pamiętacie, kobiety, słowo „chłopka”? Nie, to nie o rolniczce. To nazwa sukienki. Kaliś szyli chłopki, takije sukienki. Jany byli z gumkaju u pasi i szyrokije. Słyszę głos matki: Jak paszyć sukienku? Najlepiaj chłopkaju. Charoszaje toje, szto prastoje. Brydkaje toje, szto praściackaje. Czyli: tamte sukienki były marszczone w talii, a jeszcze z gumką; dół był odcinany; u góry były umiarkowanie dopasowane. Dziś mamy bardzo podobne modne sukienki. O, la, la, la, pahladzi! Tam, na wulicy, u parku dzieǔczyna idzie u modnaj chłopcy. Jak charasze! Naszyja sukienki żywuć. Nasza kaliśniejszaja chłopka żywie!

Nasze piękne słowa – Tamara Bołdak-Janowska (9/2014)

felietonisci-05Pamiętacie nasze piękne wiejskie słowo „la”? Piękne? Uchodziło za niezbyt eleganckie, pospolite i właśnie – wiejskie. Mówić „la”, to jak pokazywać coś palcem. Używane w znaczeniu: o, tu to jest. Gdzie? A ni baczysz? La!
Aby pokazanie czegoś było pełne bez pokazywania palcem, trzeba było to coś pokazać twarzą, zadzierając głowę i wysuwając brodę. La! Tam heta lażyć.
Czasem mówiono: la, la, la! La-la-la! La, la, la! Hladzi! Chodziło o coś, o jakieś zjawisko, które jest ulotne i nie należy tego przegapić. Czasem używano „la”, aby pokazać, że rzecz wcale się nie zawieruszyła i la, na wiarchu pad samym nosam lażyć.
O, la, la, la, na niebi samalot, tam, hladzi, jon stralaja. La, la, la, tam! Uciakajmo!
Nie ma „la”, nie ma naszej kultury, nie ma nas. Powstaje w tym miejscu jakieś zmanipulowane dziwadło. Dziwadło to milczy i potakuje zmanipulowanym wiadomościom. Taż jany wiedajuć, szto haworać, janyż nam haworać praǔdu, a jak im ni wieryć, ta kamu wieryć? Janyż musiać hawaryć prauǔdu, taż jany tam byli i baczyli.
Tia… Byli tam, baczyli, ali ci skażuć, szto baczyli?
Ten, kto pierwszy krzyknął la, la, la, hladzi, stralajuć, ten widział. Może go prawdomówni pokażą i rzetelnie pokażą, co widział. Może sam nagrał telefonem komórkowym to, szto baczyǔ, i heta ukinia u internet. W Internecie jednak mnóstwo zmanipulowanych obrazków. Aż się wierzyć nie chce, że człowiek posługujący się najnowocześniejszą maszyną daje się na nie nabrać. Przy pomocy programów graficznych można stworzyć propagandowe cuda dla naiwnych. O la, nahladzieǔsa i ǔ wa ǔsio ad razu wieryć. Mamy w 21. wieku następującą sytuację: manipulatorów obrazkami i odbiorców biegłych tylko w klikaniu, a w istocie analfabetów, bardzo wierzących w obrazki.
Już przed laty pisałam o hodowli człowieka znieczulonego przy pomocy zmasowanej propagandy i obrazków dla bardzo wierzących w nie. Jak obuchem po głowie powtarza się to samo, to samo i jeszcze raz to samo. A idźcie wy wszyscy w cholerę – woła w końcu człowiek jeszcze myślący i wrażliwy, zmęczony tym propagandowym obuchem.
Coraz więcej ludzi znieczulonych i o lodowatym sercu.
Ale i ten wrażliwy i myślący czuje, jak mu lodowacieje serce. W związku z nieustającą wojenną propagandą, z manipulacją przy obrazkach, z codziennym pokazywaniem cywilnych trupów, ja również czuję, jak mi lodowacieje serce. To moja kapitulacja. Nie cieszę się z tego.
Człowiek zamyka się w domowym kręgu i coś tam mówi. Ot, coś o sprawach wąskich, codziennych, a jeśli odrobinę szerszych, to plemiennych. To za mało, aby nam rozwijał się krytyczny umysł, dotyczący egzystencji i świata, a taki być musi, inaczej będziemy jak zwierzęta, to znaczy będziemy gorsi niż zwierzęta, wszak bez krytycznego umysłu nie istniejemy w ogóle. Człowiek nieopowiedziany i nieopowiadający świata w sposób krytyczny przemija jak kot albo wróbel. Nie posiada treści. Treść podają mu media. On nie żyje sobą. Co innego mówi w domu, a co innego publicznie. Publicznie mówi to, co mu podają media. A co mówi w domu? A kto to wie! La, jaki czaławiek. Niczoho ni skaża i ja jaho bajusa.
W takiej sytuacji umiera sztuka, a przede wszystkim sztuka słowa. W mediach słowach pędzą jak durnieńkie.
La! Heta ty. Pohladzi na siabie. Możasz tolki rabić wojny? Na szto jakijaś razhawory, kali można zrabić wajnu i da woli nakraść trafiejaǔ. Jany uże niczyje. Biary da woli.
Bez krytycznego umysłu człowiek jest srającą bombą. Brydko hawaru? Heta patrafić zaǔsza. Jon zahłuszaja haworaszczych ludziej, srajuczy swajeju bombaju.
Czasem ktoś na wskazanie „la” odpowiadał: la, ciala. Albo odwrotnie. To wskazujący gdaknął złośliwie: la, ciala.
Twaja hołka lażyć la – dzie. „La – dzie”, czyli „tutaj”. Skróciliśmy sobie „la – dzie” na „la”. Albo inaczej: było „la, dzie”, czyli: „o, tutaj”. W „la – dzie” akcent kładliśmy na pierwszą sylabę.
Szkoda naszego „la”. Odeszło na zawsze. Może nie. Może żyje w jakiejś wiosce. Wioski jednak żyją dziś naśladownictwem miasta i same sobie niszczą swoje barwne języki.
Nie spotkałam w poezji Białorusinów naszego pięknego „la”.
Pamiętacie inny nasz krótki dźwięk: „ha”?
Jeśli ktoś czegoś nie usłyszał, pytał: ha?
Jeśli ktoś kogoś wezwała po imieniu, wezwany odpowiadał: ha?
Czasem ktoś złośliwie skomentował czyjeś niesłyszenie: ha, kaczarha.
Osoba, stale niesłysząca nas, stale odpowiadająca „ha”, zbyt często tak odpowiadająca, zyskiwała przydomek „hakało”? A ty jakojaś hakało, hetaho ni czujasz, taho ni czujasz. Usio ha dy ha. Hakało. Ustaǔ sabie słuchaǔku u wucho abo choć zapałkaju u wuchu padziubaj, bo zaǔsim ahłoch.
Polski pytający dźwięk „a?” Ma inne znaczenie: i co, widzisz, co narobiłeś? Aha? Masz za swoje.
Nasze „ha” oprócz „co?” miało znaczenie: tu jestem!
Dźwięki tego typu to wykrzykniki. Dużo ich. A, ach, aha, yhy, bach, bach-barach, buch, cap, tfu. Nie ma sensu wyliczanie, bo ich długą listę można zobaczyć na Wikipedii czy w spisach słów podlaskich, a w życiu to już mniej.
Charakterystyczny i niezapisywalny jest wykrzyknik, będący połączeniem „m” i h”, ale nie „mhm”, tylko w znaczeniu naszego „ha”, kiedy nie chce się otwierać ust, a ktoś wzywa nas po imieniu, i pyta „słyszysz”? I wtedy wymrukujemy to „em” plus „ha” przy zamkniętych ustach.
Najstraszniejsza sytuacja: wszystko ulegnie takiej zmianie, która cię likwiduje. Kolejny raz cytat z Maxa Schelera: „Jestem tu, gdzie nikt i nic nie jest mną”. To zdanie nie daje mi spokoju.
Bez „la”, bez „ha” nikt i nic nie jest mną. Żyje wewnątrz ogromnej straty.
Wszystko ulega takiej zmianie, która mnie likwiduje. To jest rewolucja, zmiana ustroju, likwidacja literatury.
Sztuka. Literatura. Język.
Językiem dominującym, duszącym języki „tubylcze”, zawsze i wszędzie jest język kolonizatora. Jeśli jakiś język umiera, to przez kolonizatora. Język polski nie umarł, choć był duszony przez kolonizatorów przez całe wieki. Język polski wręcz ożywał pod butem kolonizatora, ale przede wszystkim jednego: Rosji. To wobec Rosji język polski zachowywał zdeterminowaną odwagę istnienia. Inny (współczesny) kolonizator bardzo łatwo może zniszczyć ten język. Tak się dzieje, kiedy kolonizator dudni przez całą dobę, że przynosi wolność i cywilizuje.
Wszystko, co „ważne” lud tubylczy ma głosić w języku kolonizatora. Kolonizator, głoszący, że przynosi wolność i cywilizuje, ogłasza szereg konkursów i wymaga swego języka, bo inaczej nie zapewnia „sławy”, czy to w konkursach piosenek, czy nauki, czy czegoś innego, co trzeba wysłowić. W ten sposób język tubylców staje się wtórny i zaprzestaje rozwoju. Nawet stare piosenki żołnierskie zostają zamienione na piosenki kolonizatora. Upada rodzimy folklor, rodzima literatura i wszystko, co przez wieki kształtowało dany naród. Młode pokolenie żyje bez pamięci historycznej, bez tożsamości, ponieważ żyje życiem narzuconym przez kolonizatora, który zapewnia sławę, sukces, karierę i dobrze płaci. Bo to przecież jest wolność, bo to przecież cywilizuje. Z całą pewnością w tej sytuacji starsi ludzie mogą z bólem powtórzyć słowa Maxa Schelera: „Jestem tu, gdzie nic i nikt nie jest mną”. Ludzie starsi, jeśli są intelektualni, jeśli zachowali krytyczny umysł, będą uchodzić za dziwaków, niedoceniających wolności i tych nowych warunków, jak chce kolonizator – cywilizujących, i będą wykluczani z mediów, ze sztuki, z nauki, z literatury. Będą umierali jako ludzie głęboko nieszczęśliwi.
Nowy typ kolonizatora wszędzie tępi komunizm. Komunizm a stalinizm to są dwie różne sprawy. Trzeba by nad tym podyskutować, ale kolonizator nie pozwala. Komunizm to zło, najgorsze zło świata, i basta. Każdy ustrój ma swoje zło i basta, i widać to aż za dobrze. Jest taki arcydzielny film Julie Taymor o meksykańskiej genialnej malarce Fridzie Kahlo. W filmie z ust malarza Diega Rivery padają następujące słowa: „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie”.
Rzeczywiście tak jest?
Czym jest komunizm? Co takiego daje, że Diego może śmiało, bez najmniejszego zażenowania, powiedzieć, a reżyserka zachowuje to i uwypukla: „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie”? Te słowa z filmu pozostają na długo w pamięci.
Egalitaryzm i wspólnota własności były charakterystyczne dla wspólnoty pierwotnej, a tęsknota za nią drzemie w każdym człowieku. To tęsknota za stanem bez relacji pan-niewolnik. Tylko i aż tyle. Rewolucje pożerają własne dzieci, więc reżimy komunistyczne zrobiły to – własne dzieci pożarły z nadzwyczajnym smakiem, w systemie łagrów. Jednak bez tęsknoty za życiem bez relacji pan-niewolnik i śladów walki o taki stan nie uda się żaden ustrój. A już na pewno nie uda się ustrój, kiedy to nowy kolonizator przechwytuje „walkę o wolność, demokrację i ucywilizowanie tubylców”.