Tamara Bołdak-Janowska – Na praszczki

felietonisci-05Zacznę od nostalgicznej wędrówki na praszczki. Pamiętacie nasze określenie: na praszczki? Iści na praszczki. Paszoǔ na praszczki i zabłudziǔ. Paszli na praszczki, a apynulisa u czużom aǔsie i leć wylaźli z jaho.

Oznaczało to: na skróty.

Można było iści na praszczki czeraz bałoto, ale na bałoci byli reczki. Te rzeczki, liczne, kręte, przecinały łąki i wędrowały do Świsłoczy. Były bardzo głębokie, muliste i pełne pijawek.

Przypomniało mi się to nasze chodzenie na praszczki, bo w związku z tym mieliśmy wiele mocno wydeptanych żółtych ścieżek przez pola, wzgórza, doliny, zagajniki i lasy, a tego już nie ma i nie będzie. Ścieżki te były twarde i jedwabiście gładkie. Żółta ścieżka na praszczki z Gobiat do Mostowlan zdawała się nagim ciałem ziemi. Ja teraz przytulam się do niej i całuję z daleka. Całuję pamiętaną. Siłą wyobraźni staję na niej i idę. Po obu stronach żółtej ścieżki rosło wysokie zboże. Na brzegach zbóż rosły ultramarynowe wałoszki i buraczkowy kukal. Teraz tutaj jest ugór i żółtej ścieżki nie ma. I nigdy w tym miejscu nikt takiej już nie wydepcze – za mało ludzi, nie chodzą pieszo.

Żyliśmy w zgodzie z ziemią i byliśmy czuli na jej piękno, choć ciężko harowaliśmy. Ponoć zaharowani nie widzą piękna ziemi. Nieprawda. Stanowiliśmy element ziemi, a ona dla nas była żywą istotą. Ja takim „elementem” zostanę na zawsze. Jeśli ktoś w podobny sposób pamięta tę czy inną naszą ścieżkę, z tych nadświsłoczańskich, ten wie, że po każdej szliśmy ostatni raz, będąc małym narodem tu i teraz. Mały naród zniknął stąd i zniknęła ścieżka. Po niej szliśmy na mahiłki. I tam zaraśli i zarastajem. Żywiem jaszcze tut i tam? Żywiem, ali jak czużyje. Ceły czas jak czużyje. Nas bez przerwy choczuć papraǔlać. Ali wy nam ni hawarycie, jak majam żyć. U nas bolsz tałantaǔ, czym u druhich, i nas trebo na rukach nasić. Ni nosiać. Zusim ni baczać. Trochi baczać. Pierastali chadzić basikom – heta nowaść. Kachaju tych, katoryje nas baczać, kali my uże u botach i taksoǔkach. Usie samachody my nazywali taksoǔkami.

Wędrując kilometrami po ścieżkach, wykonywaliśmy niesłychaną pracę nad sobą, rozmyślaliśmy. Niektórzy mówili do siebie. Właściwie wszyscy mówiliśmy do siebie. Potem zaczęliśmy opowiadać nasze życie w książkach. Stała się rzecz niesłychana, a to za sprawą Sokrata Janowicza, który nieustannie prosił o opowiadanie przez nas naszego życia, żeby już nie po ścieżkach i nie do siebie: powstała równoległa do ściśle polskiej nasza literatura, w dwóch językach. Rola Sokrata jest u nie do przecenienia. Co ważne: my nie krzyczymy na polskość, tylko przedstawiamy siebie – opisujemy to wszystko, co gadaliśmy w samotności do siebie na naszych ścieżkach na praszczki. Jest dobrze, że jesteśmy tak oficjalnie, bez knucia we własnym gronie przeciw większości. Na polskość zwykle krzyczą neofici (to im się nie podoba, i tamto, i wszystko). Nie czujemy się mniejszością, ale nią jesteśmy w wyniku złej granicy – przecięto nas. Nikt nie dał Polsce tyle literatury, co my. Od wieków tak było. Czujemy się drugim narodem z Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Siedzi w nas mocno poczucie równoprawności, kultury, wypowiedzi, losu. Źle?

Prócz związku z ziemią, niemal miłosnego, mamy jeszcze trzy cechy: profesorskość, czyli skłonność do refleksji, i to wysokiej próby, nawet u ludzi prostych, dowcip i pacyfizm, określony przez Janusza Korbela jako „specyficzny”, polegający na tym, że uwagę poświęcamy ofiarom, a nie bohaterom. Rzeczywiście nie zwracamy uwagi na bohaterów, ponieważ dobrze widzimy, jak się ich robi, na przykład z Rajsa „Burego” czy Bandery. My wiecznie widzimy niewinną krew na rękach bohaterów. Nasze wojenne cywilne ofiary pamiętamy przez całe życie. Pamiętam – siedemnastoletniego brata mojej matki na jej oczach rozstrzelali wojenni „bohaterowie”. Za co? Za nic. Za to, że jeszcze żył. Na szto heta tabie? Czaho biażysz bicca? Czaho biażysz tudy, dzie bjucca? Razumny znajszoǔsa!– wołały nasze matki. Jeśli syny biehli bicca i na ich była kroǔ, to potem umierała matczyna miłość do nich. Naszą cechą jest chłód kobiecego serca w stosunku do dzieci, które nie stały się pracowite i pokojowe, i nie chcą naszej pamięci o ofiarach. Zbyt często matka była chłodna dla mnie. Zawodziłam ją. Słyszę ją: Dzicia heta ni takoje znoǔ szczaście. Dzicia mieło poǔnuju wolu. I zawodziło. Podobny chłód żeńskiego serca cechuje nas w stosunku do mężczyzny, który zawiódł w życiowych sprawach.

Mam wrażenie, że idąc ulicą, ocieram się o morderców, którzy przetrwali jako bohaterowie tej czy tamtej wojny. Zbyt dalekie stwierdzenie? Nie. Jeszcze żyją, drepczą. Ocieram się o wnuków, gloryfikujących dziadków bandziorów. Widzę to naszym czuciem. Nie wyzbędę się go i nie chcę się wyzbyć. Jesteśmy tacy – widzimy czuciem. Dlatego wciąż mamy szeptuchy i szeptunów. Obywamy się bez ćpania. Jesteśmy surrealistyczni, a to oznacza rozmach wyobraźni. Nasza wyobraźnia nieustannie podsuwa nam obrazy z dni jutrzejszych, a w nich więcej złego niż dobrego.

Wielkie dzięki Januszowi Korbelowi za genialną recenzję naszego pacyfizmu. Janusz czuje nas słuchem absolutnym, wraz z wadami oczywiście. No tak, pacyfizm taki, ale przez ten pacyfizm narażamy się, bo jak to można gardzić bohaterami, a w kółko opowiadać o ofiarach? Za dużo ich mieliśmy. Tysiące spalonych wiosek. Kuropaty. Nie możemy inaczej – mamy dość.

Idę moją wyimaginowaną ścieżką, to jest odtworzoną z pamięci, i myślę o naszym charakterze. Na praszczki idę, wydobywając główne cechy a pomijając wady, ponieważ zalety są większe, choć dotyczą mniejszej naszej liczby. Jesteśmy niekochani ze względu na zalety. Dziś inne cechy są pożądane, hierojam sława, bombardowanie „wrogów” i nieliczenie trupów, bo i po co, to jacyś tam nieważni ludzie, cynizm, mordobicie, trebo pajści u najomniki i rezać worahoǔ. A my ni choczam. My zusim druhije. Usie pajszli u jakijaś najomniki. Hetyje haworać tolki toje, szto z wierchu prydzie i z telebaczannia, tyja nawuczylisa nienawidziłeś kacapaǔ (sibie) i żywuć u nienawiści, i u nienawiści hadujuć dziaciej i unukaǔ (da sibie). A my ni choczam. I takich nas sztoraz mieńsz. Ali usio jaszcze żywiem i niczoho ni baimsa. A jak ni baimsa, ta nas baczać i dobro czujuć. I kamu my patrebnyje takije? Lepiaj maǔczać. Tomasz Sulima ni chocza maǔczać. Sakrat ni chacieǔ maǔczac. I ja ni chaczu.

Do kogo mówię? W tej chwili do ścieżki, którą znowu całuję.

Myśleć na praszczki znaczy: posiadać zdolność do syntetycznego myślenia. Mamy to. To dobra cecha, już unikalna. Unikalność dziś nie jest w cenie, jest podejrzana. W naszym „Cz” robimy to – realizujemy unikalność myślącą. Pani Dyrektor Biełsatu nazywa to „omszałością”. Co z tą kobietą się stało? Lubiłam ją, a tu taka wyższość. Zdolność do syntezy traktowana jest mylnie, jako generalizacja.

Niektórzy czytają nasze książki z uprzedzeniem, czyli można powiedzieć, że na krywyje praszczki, albo nie czytają z powodu uprzedzenia, bo co tam Białorusini albo mieszańcy mogą napisać. Mam alergię na megalomanię narodową. I mam alergię na spotkania z autorami, którzy omal nie pękną, tak są zarozumiali. Nudni, mętni, politycznie poprawni. Zamiast wybuchu intelektu, barwności, dowcipu, mamy puszenie się w „znaności”. Gdzie się podziali pisarze? Przestałam chodzić na spotkania z autorami. Unikam miejsc, które mnie męczą. Nie tylko ja tak czuję. Julio Cortazar najtrafniej to ujął:

„Pisarze? Ależ są to nudni panowie w ciemnych garniturach”. Myśl Cortazara nabiera mocy, ponieważ nudni panowie w ciemnych garniturach utworzyli siatki, kółka, koła, jeden duży fotel, aby się rozsiąść wszędzie (mówi o tym Dubravka Ugresić). Jeśli tylko zapragnę chwili istotnej rozmowy z modnym pisarzem, ten się odwróci dupą, coś burknąwszy. To ja mam czytać jego utwory? Poczucie godności nie pozwala mi na to. W utworach też będę miała solidną dawkę nudziarstwa. Nudny pan to nudny pan. Rozmowy z nim nie ma, a pisze tak, jaki jest. I oto doszłam do głównego aforyzmu tego szkicu: jak ktoś odwraca się do mnie dupą, to nie może pisać dobrze. Żartuję wyniośle? Nie wolno mi? Wszak wyniosłość jest w cenie w świecie, gdzie ludzie ludzi zmuszają do bycia na cynicznymi. Jednak odzywa się we mnie godność, a nie cynizm. Poczucie godności jest w nas bardzo silne i zazwyczaj nie myli nas.

Pisarska znaność nie robi na mnie wrażenia, bo chodzi mi, podobnie jak Julio Cortazarowi, o utalentowanie tekstu i jego dojrzałość, chociaż dojrzewanie. Jestem na mojej samotnej ścieżce w tej robocie? Z żyjącym Sokratem było raźniej. Nie lubię pisarzy dyżurnych. U nas wygląda to tak: mainstream to dyżurni pisarze. Wypowiadają się wszędzie i o wszystkim, ale to tylko gadanina. Nic z tego nie bywa istotne.

Czytam we wstępniaku Redaktora Cz. kuriozalną rzecz: Stasiuk na Trialogu nazwał Sokrata grafomanem, to jest „piszącym na pograniczu grafomanii”, co na jedno wychodzi. Jasne. My jesteśmy tak głupi, że cenimy sobie Sokrata grafomana? Litości.

Książka, którą miał rzeczony autor przeczytać i upewnić się, że to pogranicze grafomanii, to „Utwory wybrane” (2011). Nie przeczytał, skoro wygaduje banialuki.

A ja z jaho niczoho ni mahła wyciahnuć da maich fiłazaficznych tekstaǔ, a ja piszu tolki takije teksty, bo chtoś musić heta rabić u zdziacinniełym i dziacinniejuczym świeci. Wikicytataǔ paǔniochańko wycianutych z hetaho aǔtara, ali ja niczoho u hetych sławach ni baczu. Nu bo ci heta takoje wielkaje, wyciahnutaje z „Fado”.

Nasze piękne słowa. (2) Tamara Bołdak-Janowska (10/2014)

felietonisci-05Totalitarne komunizmy również miały swego kolonizatora – ZSRR. Jednak język rosyjski nie likwidował innych języków w innych państwach (nie republikach), ponieważ istniał w nich autentyczny głęboki opór przeciw kolonizatorowi i inne języki pod tą kolonizacją wręcz kwitły w tych innych krajach – w literaturze czy teatrze (noblowska poezja Seiferta). Obecnie w ramach „wolności i cywilizowania się” języki marnieją w popsie, która stała się upiornym reżimem, a u młodych „wolnością i cywilizowaniem się”. Dodajmy jeszcze, że współczesny kolonizator kanalizuje energię młodych poprzez modę na narkotyki. Niby je zwalcza, ale to nieprawda, to tylko pozór „troski o młodych”. Da się uczniom pogadanki, i na tym koniec. No i jeszcze rozda się ćpunom darmowe igły i strzykawki. Państwo sojusznik mafii? Pytam tak, bo pamiętam, że nasza komuna największe zyski czerpała z handlu spirytusem. Zresztą na temat powiązań rządów z mafiami narkotykowymi materiału w Internecie mnóstwo i to nie tajemnica.
La! Pahladzi, ciala, jaki ty staǔ. Smokczasz swaje narkotyki i durniejasz.
Według Manifestu Komunistycznego „robotnicy nie mają ojczyzny”. Czy współgrają z tym hasłem słowa Diega Rivery? Może tak: „Artyści nie mają ojczyzny”? To akurat współgra i to coraz bardziej. Słowa Rivery „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie” zakładają, że wielcy artyści znają na pamięć hasła i postulaty komunizmu. Są świniami, bo rzeczywiście czują: nie mamy ojczyzny, bo naszą ojczyzną jest sztuka niezależna, myśl niezależna, literatura niezależna. Jesteśmy wolni od propagandy i retoryki ojczyzny w danym politycznym momencie. Propaganda i retoryka danego momentu przemija, a wielka sztuka – nie.
La, pahladzi na toje, szto dziś majam.
Powiesz: ha? Powtarzać będziesz „ha”, udając, że nic nie słyszysz?
La! Pahladzi i ni hawary „ha”. Hawary poǔnaju mowaju. Ty jaszcze czaławiek, a ni wuczonaja maszyna.
No więc kwitnie nam odgórny „antymarksistowski marksizm kulturowy” i oducza mówienia prawdy, psuje języki, a wymaga podwójnej moralności, zakłamania, wszak poprawność polityczna, narzucana przez państwowych urzędników, przerabia ludzi w idealne stado, grzeczne, uprzejme, i zakłamane do bólu, bo to tylko na pokaz. No i to stado zaczyna mówić zalecanym językiem, unikając normalnych słów. Jednakowa sztuczna mowa! Lalka i lalek z nakręcanym głosem. Szczyt hipokryzji! Uczycie nas hipokryzji, panowie komuna!
La! Zabacz! Uzirajsa! Współczesny patologiczny komunizm jako „wolność i demokracja” oczywiście ma swoje łagry. Zajął się wykluczaniem. Tego, bo za stary, a tamtego, bo za chory. Dochodzi do tego, że pani minister z Litwy oficjalnie proponuje biednym eutanazję zamiast lekarza, a bo ich przecież nie stać na leczenie się. Ktoś wrzucił materiał o tym na fb. Ona naprawdę to głosi! Współczesna komuna pragnie mieć pod sobą samych młodych, zdrowych i bogatych, a reszta razi ją, psuje obraz doskonałego państwa. No to do dzieła. Biednych i chorych trzeba zlikwidować, rozwiązać tę kwestię raz na zawsze. Co to jest, jak nie łagier, proszę szanownych współczesnych komunistów? Znowu budujecie raj na ziemi? Tylko tym razem dla garstki kosztem wszystkich?
Czy w komunie było coś jednoznacznie dobrego? Tak – opór, możliwość oporu, godny humanistyczny intelektualizm. Nie uświadczysz obecnie nawet śladu oporu wobec nowej postaci komunizmu. Państwo jest tak organizowane, że „wszystko pływa na powierzchni”, jak to ujęła wybitna myślicielka Dubravka Ugresić. Nic nie może stawać się dysydenckie, czyli ozdrowieńcze.
Inaczej jeszcze rozwinę przytoczone wcześniej słowa Diega Rivery: „Dziś każdy wielki artysta jest niepoprawny politycznie”. Nie łyknie nowomowy z 500 zabronionymi słowami, a ich lista rośnie.
Ty maje lusterko, a ja twaje. Haworym praǔdu a sabie i a tabie.
Dzisiaj jednak artysta, niepoprawny politycznie, będzie wykluczony. Ten sam mechanizm dotyczy w ogóle ludzi: jeśli nie mówisz, jak my, jeśli nie używasz nowomowy, starannie unikając owych 500 zakazanych słów czy innej ich liczby (u nas też są zakazane słowa), będziesz wykluczany z towarzystwa (w szkole również). Musisz być korekt jak nakręcana czy elektroniczna lalka z głosem. To chyba w związku z tym pilnowaniem się, autocenzurą, słyszę na ulicy same nudne rozmowy. Nic nie wpada w ucho, nic nie ma znaczenia. Od mężczyzn lecą same „kurwy”. Tu autocenzura nie obowiązuje.
Obecna postać „antymarksistowskiego marksizmu kulturowego” ma rodowód bolszewicki, właśnie z powodu systemu wykluczania i terroru w sprawie nowomowy. Mów, jak my! Ni chaczu!
Pamiętacie nasze „bożenie się”? Nasze „jejbohu’? Nasze zarzekanie się, zaklinanie, naszą przysięgę?
Pabażysa. Jon machluja i jaszcze bożycca, szto haworyć praǔdu. Ciapier nichto nie bożycca. Nima jak bażycca, bo usie machlujuć, bo tak trebo. Ja ni chaczu machlawać, ta maǔczu. Z nikim ni chaczu razmaǔlać. Nadajeło machlarstwo.
Trebo? Trebo machlawać?
Pabażysa choć adzin, szto ni lubisz „antymarksistowskiego marksizmu kulturowego”. Nu choć adzin. Tady budziasz za mnoju.
Co naprawdę współczesna komuna proponuje kobiecie, aby czuła się wolna? Ano to: możesz razem z nami, mężczyznami iść na wojnę. Dajemy ci taką wolność, w której możesz być, jak my, umundurowani faceci. Możesz zostać żołnierzem, najemnikiem. Zabijaj razem z nami.
Ni chaczu! Ni chaczu ani trochi wajny. Nawet dwa tydni waszaj wajny ni chaczu! Jaj bohu – ni chaczu. Nijakaja heta maja wola, kali ja mahu być tolki jak wy.
La! Zabacz minie z majeju wolaju.
Coś lżejszego na koniec. Pamiętacie nasze słowo „jasionka”? Ni możasz znajści jasionki? La! Dzie pawiesiǔ, tak wisić. Dzie kinuǔ, tam lażyć. Był to rodzaj lekkiego jesiennego wdzianka, w języku polskim zwanego jesionką. Była też wiatrówka, lekka kurtka. Nasza wiatroǔka. Ani naszych, ani polskich tych nazw już nie używamy, choć w Internecie na modowych stronach pojawia się ta nazwa – kurtka wiatrówka. Są damskie i męskie wiatrówki. Na modowych stronach Inter6
netu mam przynajmniej wolność od wojennej propagandy. Lubię oglądać modę. Jaki spokój, jaki pokój! Tylko słownictwo nam się skurczyło i wszystko jest kurtką. Przedtem jesionkę zastąpił skafander, ale obecnie upadł i skafander. Słowo „kurtka” wywodzi się od łacińskiego curtus (krótki). Dzisiaj kurtka może być do kolan i nawet do kostek.
Pamiętacie, że mieliśmy jeszcze świtkę? Świtka była cieplejsza od jasionki i wiatroǔki. Przedtem było jasne, co mieliśmy na sobie jesienią czy zimą. To było precyzyjne słonictwo. Wiatroǔka mieła kaǔpak. Dziś ǔsio raǔno, ci z kaǔpakom ci nie, ǔsio: kurtka. Reszta słów umarła.
Pamiętacie, kobiety, słowo „chłopka”? Nie, to nie o rolniczce. To nazwa sukienki. Kaliś szyli chłopki, takije sukienki. Jany byli z gumkaju u pasi i szyrokije. Słyszę głos matki: Jak paszyć sukienku? Najlepiaj chłopkaju. Charoszaje toje, szto prastoje. Brydkaje toje, szto praściackaje. Czyli: tamte sukienki były marszczone w talii, a jeszcze z gumką; dół był odcinany; u góry były umiarkowanie dopasowane. Dziś mamy bardzo podobne modne sukienki. O, la, la, la, pahladzi! Tam, na wulicy, u parku dzieǔczyna idzie u modnaj chłopcy. Jak charasze! Naszyja sukienki żywuć. Nasza kaliśniejszaja chłopka żywie!

Nasze piękne słowa – Tamara Bołdak-Janowska (9/2014)

felietonisci-05Pamiętacie nasze piękne wiejskie słowo „la”? Piękne? Uchodziło za niezbyt eleganckie, pospolite i właśnie – wiejskie. Mówić „la”, to jak pokazywać coś palcem. Używane w znaczeniu: o, tu to jest. Gdzie? A ni baczysz? La!
Aby pokazanie czegoś było pełne bez pokazywania palcem, trzeba było to coś pokazać twarzą, zadzierając głowę i wysuwając brodę. La! Tam heta lażyć.
Czasem mówiono: la, la, la! La-la-la! La, la, la! Hladzi! Chodziło o coś, o jakieś zjawisko, które jest ulotne i nie należy tego przegapić. Czasem używano „la”, aby pokazać, że rzecz wcale się nie zawieruszyła i la, na wiarchu pad samym nosam lażyć.
O, la, la, la, na niebi samalot, tam, hladzi, jon stralaja. La, la, la, tam! Uciakajmo!
Nie ma „la”, nie ma naszej kultury, nie ma nas. Powstaje w tym miejscu jakieś zmanipulowane dziwadło. Dziwadło to milczy i potakuje zmanipulowanym wiadomościom. Taż jany wiedajuć, szto haworać, janyż nam haworać praǔdu, a jak im ni wieryć, ta kamu wieryć? Janyż musiać hawaryć prauǔdu, taż jany tam byli i baczyli.
Tia… Byli tam, baczyli, ali ci skażuć, szto baczyli?
Ten, kto pierwszy krzyknął la, la, la, hladzi, stralajuć, ten widział. Może go prawdomówni pokażą i rzetelnie pokażą, co widział. Może sam nagrał telefonem komórkowym to, szto baczyǔ, i heta ukinia u internet. W Internecie jednak mnóstwo zmanipulowanych obrazków. Aż się wierzyć nie chce, że człowiek posługujący się najnowocześniejszą maszyną daje się na nie nabrać. Przy pomocy programów graficznych można stworzyć propagandowe cuda dla naiwnych. O la, nahladzieǔsa i ǔ wa ǔsio ad razu wieryć. Mamy w 21. wieku następującą sytuację: manipulatorów obrazkami i odbiorców biegłych tylko w klikaniu, a w istocie analfabetów, bardzo wierzących w obrazki.
Już przed laty pisałam o hodowli człowieka znieczulonego przy pomocy zmasowanej propagandy i obrazków dla bardzo wierzących w nie. Jak obuchem po głowie powtarza się to samo, to samo i jeszcze raz to samo. A idźcie wy wszyscy w cholerę – woła w końcu człowiek jeszcze myślący i wrażliwy, zmęczony tym propagandowym obuchem.
Coraz więcej ludzi znieczulonych i o lodowatym sercu.
Ale i ten wrażliwy i myślący czuje, jak mu lodowacieje serce. W związku z nieustającą wojenną propagandą, z manipulacją przy obrazkach, z codziennym pokazywaniem cywilnych trupów, ja również czuję, jak mi lodowacieje serce. To moja kapitulacja. Nie cieszę się z tego.
Człowiek zamyka się w domowym kręgu i coś tam mówi. Ot, coś o sprawach wąskich, codziennych, a jeśli odrobinę szerszych, to plemiennych. To za mało, aby nam rozwijał się krytyczny umysł, dotyczący egzystencji i świata, a taki być musi, inaczej będziemy jak zwierzęta, to znaczy będziemy gorsi niż zwierzęta, wszak bez krytycznego umysłu nie istniejemy w ogóle. Człowiek nieopowiedziany i nieopowiadający świata w sposób krytyczny przemija jak kot albo wróbel. Nie posiada treści. Treść podają mu media. On nie żyje sobą. Co innego mówi w domu, a co innego publicznie. Publicznie mówi to, co mu podają media. A co mówi w domu? A kto to wie! La, jaki czaławiek. Niczoho ni skaża i ja jaho bajusa.
W takiej sytuacji umiera sztuka, a przede wszystkim sztuka słowa. W mediach słowach pędzą jak durnieńkie.
La! Heta ty. Pohladzi na siabie. Możasz tolki rabić wojny? Na szto jakijaś razhawory, kali można zrabić wajnu i da woli nakraść trafiejaǔ. Jany uże niczyje. Biary da woli.
Bez krytycznego umysłu człowiek jest srającą bombą. Brydko hawaru? Heta patrafić zaǔsza. Jon zahłuszaja haworaszczych ludziej, srajuczy swajeju bombaju.
Czasem ktoś na wskazanie „la” odpowiadał: la, ciala. Albo odwrotnie. To wskazujący gdaknął złośliwie: la, ciala.
Twaja hołka lażyć la – dzie. „La – dzie”, czyli „tutaj”. Skróciliśmy sobie „la – dzie” na „la”. Albo inaczej: było „la, dzie”, czyli: „o, tutaj”. W „la – dzie” akcent kładliśmy na pierwszą sylabę.
Szkoda naszego „la”. Odeszło na zawsze. Może nie. Może żyje w jakiejś wiosce. Wioski jednak żyją dziś naśladownictwem miasta i same sobie niszczą swoje barwne języki.
Nie spotkałam w poezji Białorusinów naszego pięknego „la”.
Pamiętacie inny nasz krótki dźwięk: „ha”?
Jeśli ktoś czegoś nie usłyszał, pytał: ha?
Jeśli ktoś kogoś wezwała po imieniu, wezwany odpowiadał: ha?
Czasem ktoś złośliwie skomentował czyjeś niesłyszenie: ha, kaczarha.
Osoba, stale niesłysząca nas, stale odpowiadająca „ha”, zbyt często tak odpowiadająca, zyskiwała przydomek „hakało”? A ty jakojaś hakało, hetaho ni czujasz, taho ni czujasz. Usio ha dy ha. Hakało. Ustaǔ sabie słuchaǔku u wucho abo choć zapałkaju u wuchu padziubaj, bo zaǔsim ahłoch.
Polski pytający dźwięk „a?” Ma inne znaczenie: i co, widzisz, co narobiłeś? Aha? Masz za swoje.
Nasze „ha” oprócz „co?” miało znaczenie: tu jestem!
Dźwięki tego typu to wykrzykniki. Dużo ich. A, ach, aha, yhy, bach, bach-barach, buch, cap, tfu. Nie ma sensu wyliczanie, bo ich długą listę można zobaczyć na Wikipedii czy w spisach słów podlaskich, a w życiu to już mniej.
Charakterystyczny i niezapisywalny jest wykrzyknik, będący połączeniem „m” i h”, ale nie „mhm”, tylko w znaczeniu naszego „ha”, kiedy nie chce się otwierać ust, a ktoś wzywa nas po imieniu, i pyta „słyszysz”? I wtedy wymrukujemy to „em” plus „ha” przy zamkniętych ustach.
Najstraszniejsza sytuacja: wszystko ulegnie takiej zmianie, która cię likwiduje. Kolejny raz cytat z Maxa Schelera: „Jestem tu, gdzie nikt i nic nie jest mną”. To zdanie nie daje mi spokoju.
Bez „la”, bez „ha” nikt i nic nie jest mną. Żyje wewnątrz ogromnej straty.
Wszystko ulega takiej zmianie, która mnie likwiduje. To jest rewolucja, zmiana ustroju, likwidacja literatury.
Sztuka. Literatura. Język.
Językiem dominującym, duszącym języki „tubylcze”, zawsze i wszędzie jest język kolonizatora. Jeśli jakiś język umiera, to przez kolonizatora. Język polski nie umarł, choć był duszony przez kolonizatorów przez całe wieki. Język polski wręcz ożywał pod butem kolonizatora, ale przede wszystkim jednego: Rosji. To wobec Rosji język polski zachowywał zdeterminowaną odwagę istnienia. Inny (współczesny) kolonizator bardzo łatwo może zniszczyć ten język. Tak się dzieje, kiedy kolonizator dudni przez całą dobę, że przynosi wolność i cywilizuje.
Wszystko, co „ważne” lud tubylczy ma głosić w języku kolonizatora. Kolonizator, głoszący, że przynosi wolność i cywilizuje, ogłasza szereg konkursów i wymaga swego języka, bo inaczej nie zapewnia „sławy”, czy to w konkursach piosenek, czy nauki, czy czegoś innego, co trzeba wysłowić. W ten sposób język tubylców staje się wtórny i zaprzestaje rozwoju. Nawet stare piosenki żołnierskie zostają zamienione na piosenki kolonizatora. Upada rodzimy folklor, rodzima literatura i wszystko, co przez wieki kształtowało dany naród. Młode pokolenie żyje bez pamięci historycznej, bez tożsamości, ponieważ żyje życiem narzuconym przez kolonizatora, który zapewnia sławę, sukces, karierę i dobrze płaci. Bo to przecież jest wolność, bo to przecież cywilizuje. Z całą pewnością w tej sytuacji starsi ludzie mogą z bólem powtórzyć słowa Maxa Schelera: „Jestem tu, gdzie nic i nikt nie jest mną”. Ludzie starsi, jeśli są intelektualni, jeśli zachowali krytyczny umysł, będą uchodzić za dziwaków, niedoceniających wolności i tych nowych warunków, jak chce kolonizator – cywilizujących, i będą wykluczani z mediów, ze sztuki, z nauki, z literatury. Będą umierali jako ludzie głęboko nieszczęśliwi.
Nowy typ kolonizatora wszędzie tępi komunizm. Komunizm a stalinizm to są dwie różne sprawy. Trzeba by nad tym podyskutować, ale kolonizator nie pozwala. Komunizm to zło, najgorsze zło świata, i basta. Każdy ustrój ma swoje zło i basta, i widać to aż za dobrze. Jest taki arcydzielny film Julie Taymor o meksykańskiej genialnej malarce Fridzie Kahlo. W filmie z ust malarza Diega Rivery padają następujące słowa: „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie”.
Rzeczywiście tak jest?
Czym jest komunizm? Co takiego daje, że Diego może śmiało, bez najmniejszego zażenowania, powiedzieć, a reżyserka zachowuje to i uwypukla: „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie”? Te słowa z filmu pozostają na długo w pamięci.
Egalitaryzm i wspólnota własności były charakterystyczne dla wspólnoty pierwotnej, a tęsknota za nią drzemie w każdym człowieku. To tęsknota za stanem bez relacji pan-niewolnik. Tylko i aż tyle. Rewolucje pożerają własne dzieci, więc reżimy komunistyczne zrobiły to – własne dzieci pożarły z nadzwyczajnym smakiem, w systemie łagrów. Jednak bez tęsknoty za życiem bez relacji pan-niewolnik i śladów walki o taki stan nie uda się żaden ustrój. A już na pewno nie uda się ustrój, kiedy to nowy kolonizator przechwytuje „walkę o wolność, demokrację i ucywilizowanie tubylców”.