Tamara Bołdak-Janowska. Język prosty

felietonisci-051. Czy to język, czy dialekt? Gwara? Język. Ludowy białoruski? Nie taki ludowy. To sytuacja, kiedy urzędowy język WKL, język warstw wykształconych i niewykształconych, zachowany został przez wieś, a więc podlegał ustnemu rozwojowi. Już w WKL przecież nazywano go językiem prostym. Przecież to z WKL sprzed wieków mamy zwrot: hawaryć pa-prostu. Zawsze tak było, że to chłopi ocalali język. Tolo: Ależ tak! Języki przechowywali chłopi. Język polski też. Tu był luz. Wolna słowotwórczość. Przez wieki media nie narzucały poprawnościowego, lecz ubogiego slangu dziennikarzy, jak dziś. Ludzie nie bali się mówić. I nie bali się kontroli, że może coś powiedzą niepoprawnie. Język barwniał. I było w nim dużo poczucia humoru, żartu.

Dodaję: I języki różnicowały się po wioskach, nie przestając być danym językiem, i literacki język z tego pił. Aż do dziś. Dziś media narzucają poprawność polityczną, a na nią składa się kilkadziesiąt eufemizmów i czasowników języka urzędowego. Tylko tyle. Gotowe frazesy. Każdy język, zachowany przez chłopów, marnieje w naszych czasach, bo zastępowany jest przez kilkadziesiąt dziennikarskich słów, które nie są trzonem języka, lecz jego pianą, a w niej pełno pospolitych byków. Znikają nawet dialekty. Gdzieś się przed tym bronią, i nie tylko chłopi, na przykład na Śląsku. Dziś media mówią gwarą. Beznadziejna, pusta znaczeniowo telewizyjna gwara! Tępa, ogłupiająca.

Monika Stępień, młoda osoba, o której już napomknęłam w jednym ze szkiców, mówi, że zakochała się w Podlasiu i nieznanym jej języku z okolic Orli. Mówi, że była tam jedyną Polką. Zwiedzała Podlasie. A więc ten język żyje tam, gdzie ostały się białoruskie wiejskie skupiska. No i żyje on w domach miejskich, u ludzi starszych, choć niekoniecznie. Znam młode miejsce małżeństwa, które rozmawiają z dziećmi pa-prostu.

Językiem prostym posługiwali się również Polacy. Szlachta. Księża katoliccy. Wszyscy zresztą w WKL, skoro to był język urzędowy, a zarazem język wsi. Nic go nie krępowało i nie chowało po domach. Gdziekolwiek dziś ktoś mówi pa-prostu, nadal jest obywatelem WKL. Nobilitujące obywatelstwo.

Na internetowych stronach Sokółki mamy wołanie o ocalenie tego języka, bo jest „piękny”, „uroczy” – tak go widzą przybysze z innych regionów Polski. Rzeczywiście taki jest. Jest miękki, aż baśniowy. Ale mogliby nazywać go językiem, a nie gwarą. Pytam Tola, czy by zrozumiał, gdybym polską łacinką napisała cały esej o języku prostym. Odpowiada, że nie, bo umknęłaby mu melodyka tego języka, akcent ruchomy, więc czytałby z trudem, nawet w polskiej łacince. Chyba że mu to przeczytam, wtedy zrozumie wszystko. Wkrótce okaże się, że czyta swobodnie, czując melodykę. Co do akcentu: ogólnie u nas dzieją się z nim durne rzeczy, skoro nawet łacińskie dura lex telewizyjna dziennikarka wymawia jako duraleks, z akcentem na przedostatniej sylabie, na „a”! Litości! Na boga! To nie żaden „duraleks”. Łacina to nie język z PRL, któremu trzeba przydać „nowoczesności” w postaci kuśtykania akcentem na przedostatniej sylabie. Co za durna moda. Gwara. Wymowa też staje się kuriozalna. W ramach nowoczesnej ogłady już nawet słowo „qua­si” jest wymawiane jako „kłazi”. To brzmi „kwazi”! To łacina, a nie angielski. Kurde. Gwara! Fuck! Znowu przeklinam angielskim barbaryzmem.

Googlam pytanie: Język prosty a białoruski – i znajduję potwierdzenie tego, co napisałam na początku, ale jeszcze coś nad wyraz interesującego. Z rozmowy Mikołaja Glińskiego z Lawonem Barszczeǔskim wynika, że język o trzech nazwach, prosty/ruski/białoruski, był zapisywany aż czterema alfabetami! Prócz cyrylicy i polskiej łacinki, były jeszcze dwa alfabety dla języka prostego, Żydzi pisali pa prostu alfabetem hebrajskim, Tatarzy alfabetem arabskim. Czyli język prosty/ruski/białoruski dobrze miał się w licznych alfabetach, w takich, które znały piśmienne liczne narody WKL. Trzy nazwy, cztery alfabety.

Dla mnie język prosty jest językiem białoruskim. Ilekroć rozmawiam z poetami białoruskim, posługując się językiem prostym, i wyrażam obawę, że może mówię trasianką, oni niezmiennie wykrzykują: aliż wy haworycie wielmi dobro pa biełarusku! Różnice w końcówkach słów czy wymowie nie są zatem tak istotne. I nie jest taka istotna nasza chłopska zmiana w języku, a miejscowy koloryt, miejscowe słowotwórstwo, tylko dodaje uroku. Przecież to taka różnica jak pomiędzy językiem polskim w Polsce a językiem polskim na dzisiejszej Białorusi, czyli w byłym WKL, czy też językiem polskim, jaki kwitł w WKL za sprawą protestantów. Z pewnością nikt nie nazwie języka polskiego z WKL i dzisiejszej Białorusi – gwarą czy dialektem! A język prosty uporczywie zwie się gwarą. Zbyt nikła różnica z językiem-matką, aby miała to być gwara. Matki nie ma. Matka umarła wraz z WKL. Matka żyje, choć umarła. Język literacki białoruski pobiegł inną drogą, trochę zruszczył się. Dobrze się jednak rozumiemy. To nadal matka, choć nieco cudzoziemska. Nasza prastaja mowa ad papiaredniaj maciary. My joju apiekawalisa. My jaje ni zabylisa. Sionniajsza i ǔczarajsza maci spatkajucca, ci nie? Taż heta adno. Ja daju jej lusterko. Pahladzi, maci, heta ty. Prastaja mowa.

Coś jeszcze ważnego znajduję w wyżej przytoczonej rozmowie Glińskiego z Barszczeǔskim: wukaelowa czy też postwukaleowa szlachta marzyła przed powstaniem styczniowym o „byciu Polakami”, ale nie w sensie etnicznym, tylko państwowym. Celem była odbudowa ogromnej wielonarodowej Rzeczpospolitej. W WKL i Polacy byli Litwinami (Lićwinami), czyli obywatelami WKL. Stan ten nie oznaczał „chwiejności” tożsamościowej. Jeśli żyło się w WKL, gdzie obywatelskość miała status nadrzędny nad etnicznością (wówczas mozaikową), to siłą rzeczy było się Litwinem, obywatelem. I na tej wielonarodowej obywatelskiej zasadzie szlachta chciała być Polakami. Nie udało się.

Nadal mamy tendencję do mylenia narodowości z obywatelstwem. Żenująca niechlujność, niewiedza. Poczucie obywatelskości musi istnieć nad poczuciem etniczności, ponieważ to ona wymusza demokrację i demokratyzowanie się. Stawianie etniczności nad obywatelskością prowadzi do nacjonalistycznych reżimów, a coraz częściej do wojen domowych w państwach narodowościowo mozaikowych, kiedy nagle jedną z narodowości ogarnia szał panowania nad resztą. A gdzie innych narodowości mało, w wyniku rozszarpania WKL na sztuki, tam prymat etniczności nad obywatelskością równa się morderstwu na mniejszościach, a w istocie na resztkach narodów WKL. Nieobywatelskie powodowanie dramatu w 21 wieku.

Na stronie Dziedzictwo Językowe Rzeczpospolitej znajduję interesującą informację (Michaluk), że przed 16. wiekiem wszystkie ruskie ziemie WKL nazywano Białą Rusią, a dotyczyło to nawet Kijowa. I ǔwiaździe hawaryli na prastoj mowie. Sionnia u minie niprapadajuczaja paczućcia, szto u realnaści żywu u adnoj z ciesnych czaściej raździelanaj krainy, kaliś ćwituczaj. 

Zastanawiam się, czy można o nas powiedzieć następująco: My ŭże byli. My ŭże żyli. My uże ŭsio swajo prażyli. Horsz. My uże ŭsio swajo pradali. My ŭciakli kudy woczy paniaśli.  Jaszcze horsz i adnaczasno pryczyna: nas razahnała nowaja miaża, katoraj u hetym miescy nikoli ni było. Nas razrezali. My ni mahli prywyknuć da nowaj miaży. Nikoli ni prywykli. Maja mama ni mahła pajści u les, u katory ŭsie chadzili pierad wajnoju. Ni mahła adwiedać swajakoŭ, bo jany akazalisa za miażoju. Nikoli bolsz ich ŭże ni zabaczyła i ni pahawaryła z jimi. Tak samo baćkawy swajaki astalisa u Horadni i jon nikoli z jimi ŭże ni zabaczyŭca, ni adwiedaŭ jich i ni pahawaryŭ. Ni mahli pajechać u Waŭkawysk ci u Horadniu, jak kaliś swabodno rabili. Swajaki stalisa czużymi. Miaża pahnała ludziej u druhi kirunak, u Biełastok, katory naczaŭ razrastacca, bo i siudy my paŭciakali, hubiaczy naszu prastuju mowu. A kali my wiartajamsa da prastoj mowy, heta znaczyć, szto pastareli i śmierć sidzić nam na nosi. Choczam za każduju cenu pahawaryć, choć z saboju, da lusterka, papisać pa prostu, kab choć jaszcze raz paczuć dziacinstwo i prysutnaść pryjacialaŭ. Z dziaćmi i ŭnukami tak nie pahaworym, bo jany piarastali hawaryć ni tolko z nami, ali i z rawieśnikami. Piszuć esemesy, sztoś tam w interneci, sztoś tam pawykrykiwajuć czeraz kamurku, i heta ŭsio. Jany haworać z maszynami i ni hubami, tolki rukami, i biaz waczej. Ni razwiwajuć nijakoho jazyka, chibo szto angielski, czuży, ali wielmi cool. A nasz angielski najwyżaj poor, bo jon nam ni byŭ patrebny. I dobro, szto choć poor. Na biełastockich wulicach my na prastoj mowi bajalisa hawaryć, a jeśli, ta zaraz ahladalisa, ci chto ni paczuŭ. Durny byŭ hety strach, ali byŭ. I sionnia jon żywie u mnohich. Szto tut dziwiacca siońnia na Sakolszczyni, szto „piękny, uroczy język” piarażywaja swoj kaniec. Szto możam zrabić? My majam u sabie sztoś takoja, szto możam nazwać histarycznym stracham. Najmieńsz milion ludziej u nas razumieja prastuju mowu, ali z hetym stracham. Ali ci jany ŭsie czytajuć kirylicu? A praczytajuć swabodno prastuju mowu, pisanuju polskaju łacinkaju? Moża chuczej takuju, kali i dla Tola akazywajacca heta u paŭnie dastupnym. Na sajtach Sakolszczyny piszuć polskaju łacinkaju. Szczyryja sajty, miłyja.

Maja wykształconaja szkolnaja kalażanka, katoraja ceły czas haworyć na prastoj mowie u chaci, każa, szto nijak ni moża czytać biełaruskuju kirylicu. My ni wuczylisa u szkoli biełaruskaj mowy. Jana każa, szto moża czytać ruskuju kirylicu, ali z hetaju biada: zabywajacca. Czytaja polskija teksty. Jana umieja talentawita hawaryć na prastoj mowie, apawiadać, tak jak jaje maci. Jaje słuchać: czystaja zachapleńnie, i słuchać jaje stareńkuju maciaru (94 hod żyćcia) heta czystaja zachapleńnie. Mahłaby sztoś napisać polskaju łacinkaju, ali ci heta pryjemlimo?

Pryjemlimo. Taż prastoj mowie jaszcze ŭczora służyli aż czatery alfabety! Heta nijakaja niraszliwaść, nijakoj dyrdyhan. Heta: wolnaść, ci jak każuć sionnia: wola.

Tamara Bołdak-Janowska. Rozciągłość

Tolo mówi: powiem ci, jak jest po białorusku „ziewać”, bo na pewno nie pamiętasz. Ciekawe, czy pamiętasz. Pamiętasz?

– A ty skąd znasz to słowo? Usłyszałeś na Biełsacie?

Tolo: Na Biełsacie. I bardzo mi się to słowo podoba. Pamiętasz, czy nie?

– Zaraz. Przecież muszę je znać. Matko. Nie pamiętam. To jak brzmi?

Tolo: Paziachać.

Paziachać. Słowo z dzieciństwa. Przecież mówiliśmy: dzieci paziachajuć, para spać. Przecież mówiliśmy: ceły dzień paziachajacca, bo nawat ni prylahła u dzień choć na pahadziny. Mai słowy ad minie adychodziać nazad, i tam trymajucca majej chaty z żywymi baćkami. Jak ja mahła tak pazabywać sztadzionnyja słowy! Pamiać miascami heta adłoh. Tam lażać słowy jak mahiłcy. Aliż heta słowo żywoja, kali ty czu jaho na Biełsaci. Znaczyć żywie dzieś u ludziej.

Tolo: A określenie na zdarawiec, znasz?

Tak my kaliś hawaryli. Ni pamiataju, z jakoj akazji. Da dzieciaci, kali czychnuło, ci kali pili wodku?

FB pacza uspaminać majo żyćcio. Rysunki z-pierad dziasiaci hado. Zdymki, na jakich ja jaszcze maładaja. Mnie stało ni wielmi dobro, kali tak pierahladywała swajo żyćcio. U dadatak ja stała czytać sich ważnych fiłasofa, ad Platona czeraz Plotyna pa Kanta, Hegla i Heideggera, i hety fejsbukowy pierahlad iszo razam. Kaliś hetych fiłasofa że raz czytała, ali tolki cipier ja ich razumieju i heta tak samo, jakby ja piarahladywała majo żyćcio. Siahodnia adnyja fiłasofy padabajucca, druhija nie, bo ich ni możno piaracianuć u 21wiek (jany abo antysemity i mizaginy, jak amal sie, abo liczać niemca za adziny dziejsny narod, jak Hegel i Heidegger). Dla minie astajecca ważnym pierad sim Kant.

Przecież to Kant spowodował powstanie Ligi Narodów i ONZ, jako międzynarodowego ciała ludzi dobrej woli, nieustannie napominającego o obowiązku pokoju. Kant żądał apodyktyczności postulatu pokoju, a także napominał, że każdy człowiek jest zdolny do moralności: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Nie można zapomnieć tej Kantowskiej myśli, tożsamej z wezwaniem do trzymania siebie w moralnych ryzach. Uważał, że człowiek z natury jest zły, złośliwy i zakłamany, ciągle udaje lepszego niż inni, ale zdolny do dążenia ku Dobru, do moralności, do bycia lepszym. Ciało międzynarodowe, jak ONZ, z apodyktycznym postulatem pokoju, musi być ciągle słyszalne, musi ciągle przymuszać państwa do rezygnacji z rozwiązywania konfliktów przy pomocy wojen, bez wtrącania się w wewnętrzne sprawy danego państwa, ale jednak nieustępliwie, tj. bez końca i głośno nawołując do pokoju. Kant pozostaje rozciągły, tj. jest aktualny, żywy. Był filozofem zachodnio-wschodnim. Höffe, jego wielki komentator, twierdzi, że Kant liznął rosyjskości, bezpretensjonalnej i luzackiej, za pierwszej rosyjskiej okupacji Prus, i wtedy rozkwitła jego filozofia. Kant jest nasz, tj. nieuprzedzony do wschodnich Słowian. Wg niego, czas naszego życia musi biec zgodnie z pytaniem: co widzę i co mogę zrobić na rzecz Dobra?

To, że mówię o rozciągłości w czasie, ma związek z fejsbukowym przeglądem mego życia i filozofami, dużo mówiącymi o czasie, jak jeszcze np. Plotyn, a także z białoruskością, która traci rozciągłość, i w ogóle ma to związek z człowiekiem. Człowiek traci rozciągłość losu i czuje, że traci. U starych ludzi pojawia się depresja, bo czują tracenie rozciągłości w czasie. Smutni są. Tępieją. Chorują, a zbyt często nie stać ich na leki i stają się jeszcze smutniejsi, samotni.

Wg Plotyna, nie czas nas mierzy, tylko my mierzymy sobą czas. Jeśli czuję, że mną już prawie zmierzyłam czas, to zmierzyłam według tego czucia – przez ujrzenie siebie, dobiegającej życia. Czas, wg Plotyna, nigdy nie jest dokończony. Ciągle ktoś go mierzy sobą. I ptak mierzy sobą czas. I koń mierzy sobą czas. Przede wszystkim ciało mierzy czas poprzez ruch w nim samym, aż do słabnięcia i kresu. Jesteśmy w ten sposób rozciągli. Dusza porusza się w jej własnym czasie, ale jej ruch nie jest rozciągły, bowiem nieustannie dotyka tego, co jest-jako-jest, niezmienne i nieporuszone, a co nazywamy Bogiem, absolutem, wiecznością, nie-światem, niebytem. Jakkolwiek to nazwiemy, dotykamy z nadzieją, że jednak tam coś jest. Nie ma człowieka, który by nie doznawał własnej marności, zmęczenia cielesnym życiem, poprzez dotyk tego czegoś, co widzi w tęsknocie jako niezmiennie trwające i nie podlegające zniszczeniu, spokojne, pokojowe, pozacielesne i pozazmysłowe, i być może jest to Nic, ale niekoniecznie. Może to być żywa, choć nieosobowa matematyka. Można stwierdzić oczywiście, że się tego czepiamy jak ratunku, którego nie ma, a który mogą znaleźć ludzie wierzący, dopóki żyją. Dusza w jej własnym czasie obcuje z tym, co dana religia jej przynosi, jeśli nie staje się fundamentalizmem, jeśli nie kostnieje, jeśli nie prowadzi do politycznego terroru. Duszę coś buduje, a coś niszczy i spycha w dół ku podłości i bandytyzmowi. To martwa dusza. Dusza zbyt łatwo rozprasza się przez byle kogo, kto po trupach wylezie na przywódcę i będzie zachęcał do pastwienia się nad innym narodem, prowadząc masy do takiej lepszości. Dusza staje się pozbawiona umysłu i skazana na ślepy pęd – mówi Plotyn. W ten sposób tracimy naszą obecność w wątku umysłowym. Stajemy się nierozumni.

Mówi się: prawosławie to Plotyn, kontynuujący Platona. Plotyn nie zostawia nawet cienia nadziei na życie pozagrobowe, choć mówi o duszy i duszy świata, ale mówi jedynie matematycznie, tworząc tzw. matematy. Matematyczne trwanie po śmierci nie jest tym samym, co rzeczywiste trwanie z oczami i uszami, i innymi zmysłami, a przede wszystkim z pamięcią. Duszę mamy, dopóki żyjemy. Jest związana z ciałem, z narządami, a przede wszystkim z myśleniem, z umysłem. Nieśmiertelność możemy jedynie pomyśleć naszym śmiertelnym mózgiem. Wg Plotyna, dusza po śmierci ciała nie będzie pamiętać życiorysu osoby. Związać Plotyn z prawosławiem, znaczy uznać prawosławie za filozofię egzystencjalną, jak robił to Dostojewski, Bułhakow czy Floreński. Jeśli prawosławie czy inne wyznanie ugrzęźnie w katechetycznych formułkach, traci moc filozoficzną. Dla mnie prawosławie jest nadal egzystencjalną filozofią poza formułkami. Jest tak, dopóki rozmowa z duchownymi jest interesująca i nie zawiera wyniosłych pouczeń. O życie pozagrobowe ja się nie kłopoczę. Trudno sobie robić plany na życie pozagrobowe. Czy ktoś je ma? Wg Plotyna dusza jest liczbą. Liczby nie widać. Dusza jest liczbą w wątku rozumnym. Ludzie tworzą wątek rozumny. Takim wątkiem rozumnym jest dusza zwierząt i roślin, ale bardziej prostym, bardziej zależnym od rozumu wszechświata. Ustrój kosmosu, jego ład, wynika z niewidzialnego rozumu wszechświata.

Plotyn, choć nowożytny przecież, tzn. ostatni wielki filozof grecki, odwołuje się do Zeusa jako najmocniejszego z bogów (woła: na Zeusa!), i mówi też o innych bogach, także żeńskich. I ani słowa o chrześcijaństwie, które przecież wtedy już było. Nie było doniosłe od razu? Poza tym od filozofów odrzuca mnie ich mizoginia, której najmniej u Kanta. Plotyn też okazuje się ostatecznie mizoginem, kiedy przypomina akt stworzenia kobiety: Pandorę, pierwszą kobietę na ziemi, stwarza Prometeusz i inni bogowie, jak Afrodyta i Charyta, po czym Prometeusz odrzuca ją, ale Herakles podejmuje trud wyzwolenia kobiety spod tej niechęci stwórcy – czyni ją wolną i z umysłem. A Plotyn nadal nazywa Pandorę pejoratywnie: „ten twór”. Mizoginia nie przemija. Czytający mizoginicznych filozofów utwierdzają się w mizoginii. Chrześcijański monoteizm ściska bogów w jednym Bogu Ojcu bez imienia, a Afrodyty i Charyty już nie ma, a kobieta co? Pozostaje jako „ten twór”, odrzucony przez stworzyciela Prometeusza? Przecież Herakles ją wyzwala. Mimo to Plotyn nie rozwija wątku wolnej myślącej kobiety, pomija starożytny heraklesowy trud wyzwolenia jej. Potem, w toku rozwoju chrześcijaństwa, w nowożytności, wolna myśląca kobieta nadal jest niższa w historii od mężczyzny. Wg Plotyna, tkwiącego jeszcze w starożytnej Grecji, pełnej bogów, duszę stworzył Kronos, czyli ten, który jest Syty Umysłem. I potem ścisnęliśmy tę mnogość bogów w jednym Bogu. Bogowie to były umysły i byli w naszych umysłach niby współcześni psychologowie. Wielość bogów zapobiegała fundamentalizmowi religijnemu, bo jeden bóg nie gromadził tłumu przeciw innemu tłumowi, tj. każdy bóg za coś innego odpowiadał – za taki czy inny stan ludzkich umysłów. Monoteizm sprzyja fundamentalizmowi, fanatyzmowi, bo jeden jedyny bóg jednego ludu staje przeciw jednemu jedynemu bogu innego ludu i zaraz mamy targi i wojny o to, który ten jeden jedyny bóg jest słuszny i prawdziwy. Jedynie monoteistyczny judaizm nikogo nie nawraca, nie uprawia prozelityzmu. Prawosławie powinno pamiętać filozofię grecką, skoro mówią, że to plotynizm. Nie daje mi spokoju ten związek. Przez chwilę pobiegnę przez starożytność i Plotyna. Wg Plotyna, to Kronos zrodził syna o imieniu Zeus, tj. umysł zrodził duszę. Z kolei Platon uważał, że stwórcą świata jest umysł, że Początek jest umysłem, że przyczyną umysłu jest Dobro, czyli: umysł pochodzi od Dobra, a dusza od umysłu. Byt i umysł to idea. Parmenides: to samo jest myśleć i być. Myślenie zawiera się w samym sobie i nie jest cielesne. Heraklit: ciała płyną, a to, co wieczne, jest Jedno i umysłowe. Empedokles: spór rozłącza, a miłość jest znowu „Jednem”. Platon: w człowieku jest człowiek wewnętrzny, a jest on troistością bytu, umysłu i duszy, a dusza rozumuje o rzeczach dobrych, pięknych i sprawiedliwych, a żeby mogła tak rozumować, musi mieć coś stałego i miarodajnego, np. ideę Boga. To w tym punkcie neoplatonizm Plotyna wiąże mnie z prawosławiem. Dotykam przez liturgię tego, co Jedno i niezmienne, a tym Jednym w wielości jest każde życie, które płynie, czyli jak śpiewamy: wsiakaje dychanie da chwalit Hospoda. W „Enneadzie piątej” Plotyn tworzy prefigurację Chrystusa, kiedy mówi, że można pomyśleć tylko jedno jedyne Ja, tożsame z pierwotnym Bogiem, o którym mówi Jedno lub Ono, a da się pomyśleć, tzn. zobaczyć jak promienisty otok na świetle-źródle. Poza tym otokiem są już mnogie promienie. Tzn. biegniemy trzeci po drugich, a drudzy po pierwszych. Biegniemy po rodzicach i dziadkach. Poruszyło nas Ono, a Ono jest Pierwsze. W tym biegu po rodzicach, którzy biegli po swoich rodzicach, itd. wstecz, obowiązuje nas pamiętanie, nawet jeśli biegnąc po rodzicach, pobiegliśmy do pracy w Anglii. Niech będę „tym tworem”, jak mówi Plotyn o Pandorze. W 21 wieku „ten twór” opowiada jak człowiek, a każda baba to Pandora, bo wciąż i wciąż musi mówić od nowa, że oto jest, że wskazuje na sprawy do rozwiązania i pokojowe.

Pospolicie mówiąc: czas zabiera sobie moje dawne słowa i lokuje w pamięci, która jest jego workiem, a worek to pojemne Nic. Nikt poza mną nie widzi, co w tym worku mam, chyba że opowiem. Pojemne Nic wykrada słowa i gromadzi je w worku, jakby to był, jak mówią rosyjskie wory, jego obszczag. Wykrada wszelką teraźniejszość i gromadzi u siebie. Wszystko wykrada. I słowo paziachać, i okrzyk na zdarawiec!, i moich rodziców, i moją chatę, mój pejzaż, moich ludzi, moje zabawki, moje podwórko, moje książki z dzieciństwa, tamte meble, tamte wróble, tamtą trawę, tamte bociany i tamte żaby, tamte łąki, tamte krwawniki, mlecze i rumianki itd., tj. pozbawia tamte rzeczy i osoby rozciągłości w sobie, w ich ciele, a więc i w czasie, którym sam jest, i jesteśmy z nim zrośnięci. One i oni, rzeczy i osoby, przemijają wraz z ich ciałem i niektóre już przeminęły. Ostatecznie przeminą z moim ciałem, z moją pamięcią, która jest w moim ciele, chyba że coś opowiem i będzie to trwałe – ktoś zapamięta. Z ciałem mojej chaty przeminęły rozmowy w chacie, opowieści w chacie, opowieści o strasznych wojnach i bieżenstwie, uczucia w chacie, słowa w chacie, podróże z chaty i powroty do niej, progi chaty, sień chaty, podwórko chaty i kwiaty tamtego podwórka, tamte rumianki, tamte mlecze, tamte krwawniki, i tamte drzewa, akacje, kaliny i czeremchy, i dzikie słodkie maliny. I moja dawna białoruskość przestała być rozciągła. Ona już się nie dzieje. Ona nie ma dalszego ciągu. Ona się wynaradawia. Ona zmienia narodowość. Ona wyjeżdża. Ona choruje, starzeje się, wymiera. Jeszcze nasz cmentarz w Mostowlanach pozostaje rozciągły w czasie, jeszcze żyje, tj. pojawiają się ciągle nowe groby. To bardzo smutna, wręcz tragiczna nasza cmentarna rozciągłość. I to będzie miało swój koniec, kiedy wymrzemy doszczętnie – my wszyscy w moim wieku. My z tamtą wiejską białoruskością, z naszymi opowieściami o życiu, z naszym szczęściem i nieszczęściem. Znowu sama nuci mi się nasza sakralna pieśń: Sława Bohu za sio. Za to, co dobre i za to, co złe. Żeby tak możliwy był powrót do tego, co było, złe i dobre, ale było, i nie poprzez pamiętanie, a w rzeczywistości. Choć jeden jedyny raz. Tęsknię do jednej jedynej chwili, jak każdy człowiek z traconą rozciągłością losu. Mogę tylko poprzez pamiętanie. Słyszę słowa nieżyjącej córki: to, co było, zarówno dobre, jak i złe, było jako dobre, to znaczy całość jako życie jest dobrem. Słyszysz mnie, mamo? Życie jest dobrem. Nie mogę zapomnieć tych jej słów. A kiedy miała jakieś cztery lata, powiedziała ze zdziwieniem, jakby to było odkrycie pierwszej wagi: mamo, jakie dziwne uczucie – ja jestem w sobie. I tych słów nie mogę zapomnieć. Moja mądra córka mówiła Kantem i Plotynem sama z siebie. I jeszcze pamiętam inne jej słowa: ja i mój pies z miejsca wyczuwamy dobrego lub złego człowieka.

Wzdycham i mówię do Tola: wolałabym się nie urodzić, bo kiedy czuję, że już nie mam czym mierzyć czasu, że się ciało rozsypuje, że tu i tam byłam, to i tamto zobaczyłam, że rozsypuje się ciało białoruskości, czyli to, co było wokół mnie kiedyś, co mnie tworzyło, że życie dobiega końca, że w literaturze panoszą się lekko, łatwo i słusznie mędrkujący, jak mówi Kant, że wszędzie widzę przemoc, machinację, oszustwo, to jedynie ta właśnie myśl zaczyna władać człowiekiem: niepotrzebnie się urodziłam.

Tolo: Przecież to słowa Sokratesa.

– Co? Sokrates tak powiedział? Czyli co. Czytam filozofów i zaczynam mówić jak Sokrates? Lepiej odpytaj mnie z jakichś białoruskich słów, abym się zaczepiła o moje i tylko moje życie.

Tolo mówi, że już odpytał ze słowa „paziachać” i zwrotu „na zdarawiec”! Od śmierci córki nie wiem, co to znaczy paziachać. Mnie ni paziajachacca i ja muszu brać nasonnyja tabletki. Maja maci też da kanca brała takija tabletki. Aby tolki narmalno spać i ni leźli u hoławu dumki, i ni budzili ciomnuju nocz, kab tolki ni stawili noczju na dyby. Karowa nas budziła noczju, kali joj zabrali dzicia. Hałasno płakała. Patom swajo dzicia zabyłasa. A patom zno płakała pa nowamu adobranamu dziciaci. Praz heta ja ni mahu jeść karowianoho miasa. ziać tabletku, patary abo dźwie, i ni czuć, jak zasiul świet płacza karowianym hołasam pa swaich dzieciach, a sio tak płacza, i maci, i miesco, i siastra, i baćko. Jak chtoś adorwany ad świetu, ta śpić spakojno, ni czujuczy hetaho razpacznaho lamientu. Aliż my, ludzi, dy sie żywiny, związany z saboju. Czuć sibie mnohich i hety razpaczny lamient ad mnohich musim.

Fiłasofy biaruć żyćcio jak złuczana z hadzinami. Hadziny heta nasz siabar. Kali my razsypajamsa, znaczyć zbiaremsa punkt, katorym mu że raz byli, i nasz siabar Czas – hety, zhetul, nasz – prapadzie. Mahiłka u Mastalanach heta budzia moj punkt, ali ja jaszcze hetym punkci ni razu ni była. Ta dzie była, kali minie ni było? U punkci, jakoho ni pamiataju. Dumać ab hetym straszno, a anijak ni mahu padumać, czym ja była, kali minie ni było. Z jakoho punktu ja ziałasa na hety świet? Adnak dobro, szto z kachańnia baćko, z żywata maciary. Mój baćko płaka, kali pamior mój maleńki bracik. Ja ab hetych ślozach znaju, ali jany zhinuć razam z majej haławoju.

Czas heta nasz adziny siabar, katoraho ni możam bazbycca, pakul żywiem. Czas, katory dla nas pieraznaczany jak nasza cieło. A patom? A patom budziam mieć ciażkaja cieło ziamli. A szto jaszcze, ta ja ni znaju i ni mahu znać, pakul żywu.

Jakija plany na zatra? Nijakija. Nima plana. Aby prażyć nocz i zabaczyć dzień. I paciahuszak rano nima. Ni paciahajusa, bo bajusa, szto paszkodżu sabie chrybiet i pakarocicca maja razciahłaść. Chwaroby u naszych ludziej rastuć, paszyrajucca, bo my starejam. Możno skazać: my chwory narod, bo stary. Kożny starejuczy narod chwory. Piarastaje być razciahłym. Nima kamu piaradać razciahłaści kultury, bo za mało dziaciej i jany imknucca da druhoho, da swajaho madniejszaho.

Zno wiasna. Takaja jak papiarednia. Ni takaja, bo pahoda wisić pamiż niebam i ziamloju i ni moża stacca jak wiasieńniaja. Możno skazać, szto pahody nima. Ptuszki śpiawajuć. Adnyja zachrypło, jak piła u ćwiordaj belcy, a druhija jak zwanki, a jaszcze druhija wykrykiwajuć: kwik, kwik! Kryłatyja świnki. Pajawilisa wiarabji, katorych dano ni było. Dumała, nikoli ni wiernucca. Jany zasza wiasiołyja. Kupajucca u łużach i szczabieczuć, jak kaliś u Narejkach. Trawa jak razadrana, z płytkimi jamami z piasku, bo i jana ni znaja narowa pahody i robicca aściarożna. Pahoda, kali zmianiajacca, zmianiajamoj krywiany cisk. Mieru jaho. Tolo mieryć. Zno 127 na 227! Biahu noczju u szpital, katory pad bokam, i pytajusa, jakija tabletki uziać, hetyha ci tyja. Tabletka pad jazyk. Żywu. Maju jaszcze majo żyćcio. że znaju, jakija tabletki brać i jakija z saboju nasić u kiszeni, kali wyjdu na wulicu ci park. Cisk brykają, kali i jak chocza. Maja wolnaja wola tut ni pryczom.

Lepiaj sztoś druhoja apawiadaj, zwiazanaja z raściahłaśćju, sztoś kalarowaja. Szukaju i szukaju naszaj razciahłaści. Ja jaje znajszła na juliański Nowy Rok, a jana trywaja nawat u wiasnu. U budzia trywać da nastupnaha Nowaho Roku. I czeraz Naraj.

Dy zaraz i wiasna piarajszła pozdnuju, wyraźniejszuju, ciaplejszuju.

W tym roku, 2016, poszłam poszukać mojej rozciągłości w czasie – mojej i tylko mojej, czy też naszej i tylko naszej, żeby być choć przez chwilę u siebie. Nie zadowoliła mnie rozciągłość miejskiego Sylwestra pod chmurką, bo zamiast muzyki dali mi cierpienie dla uszu, serca i całego organizmu. Charczący łomot ani do słuchania, ani do tańca. Minęło kilka miesięcy, a w uszach mam tamten charczący łomot. Jakiś koszmar. Uszkodziło mnie to tak trwale, że jeszcze teraz czuję się zatruta. Ludzie nie wytrzymywali dłużej niż pół godziny. Uciekali starzy, dojrzali i młodzi. Toteż zapragnęłam drugiego Sylwestra i znalazłam. Jak dobrze. Omyję się z trucizny łomotliwego charczenia. Omyłam się, gruntownie. Głęboko wewnętrznie. Właściwie chciałam wyskakać trochę cukru, bo dopadła mnie cukrzyca. Jak heta skazać pa naszamu? Maju dyjabiet, jaki mie nasz Sokrat. Maci hawaryła: a heta Sońka ta uże i cukrzycy dastała. I trebo żyć da kanca na dyjeci, i brać nowyja tabletki. I trebo hroszy mieć na lekarstwa. Szto raz bolsz hrosza trebo addawać na tabletki dy raznyja prybory. Mieryć toja i toja. Mieryć kro i mieryć cukiar. Ja ni prywykła tak sibie mieryć i mieryć. Ja ni prywykła chwareć. Zaraz budu łysaja i kulhawaja. Kali ja zwaniła da naszaho Sakrata, jon zasza sztoś sabie miery, cisk abo cukiar. I zno cisk i cukiar. Cipier heta ja rablu. Wieczno hałodna, bo dyjeta. Możno zjeść na obied dźwie śliwy, adnu średniuju kartofielinu i dźwie sałaciny. Chleb tolki IG. Czamu chleb IG taki darahi? Czamu druhija pradukty dla dyjabetyka takija darahija?! Czamu chtoś chocza aż tak mnoho zarablać na chworych ludziach?! Zaczynaju razumieć Sakrata, katory hawary, szto sie hroszy iduć na maleńkuju jadu. Razumieju, szto znaczyć hetaja maleńkaja jada. Rada by jaszcze razciahnucca u losi. Naszaj biełaruskaj razciahłaści chaczu.

A chleb hety akazasa atrawaju. Darahaja atrawa! Leć wyżyła, kali najełasa. Stolko jom jadawitych składnika! Musi z dwaccać. Szto wy robicia?

Nasz baciuszka, noszący świąteczne imię, Sylwester, zorganizował nam naszego juliańskiego Sylwestra w lokalu o nazwie Kris-tan. Nareszcie nasza muzyka. Skoczna radosna wschodniość. Ostatnio słyszę w telewizji, że należy mieć zachodni punkt widzenia. Nie chcę, bo to nowomowa, propaganda, indoktrynacja, formułki, frazesy; kilka modnych frazesów. Nie chcę żadnego „zachodniego punktu widzenia”, bo taki nie istnieje. Albo myślimy, albo nie. Myśleć możemy wszędzie, tak samo jak głupieć. Ta charcząca muza, ten sylwestrowy koszmar spod chmurki to ten „zachodni punkt widzenia”? Takie obowiązujące decybele bez rytmu? Tak doskakujemy, jak mówi Heidegger, do uwspółcześnienia? Koszmar! Tak się łomot ładuje komu? Młodym? Młodzi pouciekali.

A w Kris-tan nareszcie na chwilę jestem u siebie, jak w Naraju. Mogę poskakać i wytrzepać okropny cukier. Jutro naprawdę stracę moją rozciągłość w czasie i z trudem będę stawiać kroki. Tańcz, póki czas. Te same piosenki, co w Naraju. Ukraińskie, białoruskie, rosyjskie, łemkowskie. Uczestnikami byli młodzi i starzy. Jak dobrze. Jak dobrze, że bez kompleksów wszyscy śpiewali także rosyjskie piosenki, nie bacząc po zachodniemu, że one ze strasznej Rosji. Folklor, piosenki biesiadne, romanse – to przecież nasza słowiańska dusza. Te same melodie przechodziły od Słowian do Słowian. Są trwale piękne.

Matuszka wyłożyła śpiewniki folkowe. W przerwach między tańcami, goście śpiewali z nich. Pięknie śpiewali. Z uczuciem. Dali prawdziwy koncert. Śpiewał świąteczny stół. Pierwszy raz w życiu widziałam zjawisko wyzwalania dobrych uczuć przez śpiewanie – wielkiej tęsknoty do bycia sobą w zgodzie z własną kulturą – ze słowiańskością. Ta nasza rozciągłość, wschodnia bez kompleksów, spoza narzucanej anglosaskości najgorszego rzutu, bo popkulturowego, odtruła mnie z koszmarnego doświadczenia pod chmurką, gdzie trzeba było doskoczyć do uwspółcześnienia poprzez charczący łomot. Zaspiwajmo pisniu wesełenku, pro susidku mołodeńku. Pro susidku zaspiwajmo. Serce j duszu zweselajmo. Albo: Wy szumicie, szumicie nada mnoju biarozy, kałyszycie, lulajcie swój napie wiekawy. A ja lahu, prylahu kraj haścinca staroha, na duchmianym pakosie niedaspiełaj trawy. Prawie widzę, jak zmęczona kładę się gdzieś na miedzy pamiż pałoskami wysokaho żyta. Nima takoho miesca.

Nie mogę zapomnieć słów jednego z uczestników balu w Kris-tan, a spytałam go, kim jest: a ja schodni czaławiek i takim budu.

I nie mogę zapomnieć słów Rosjanina, który emigrował do Olsztyna z Woroneża. Kiedy spytałam go, w jakim słowiańskim języku możemy rozmawiać, a nie wiedziałam jeszcze, że jest Rosjaninem, i następnie zaczęliśmy rozmowę o językach, to powiedział uroczyście, z namaszczeniem: każdyj jazyk krasiwyj.

Z baciuszkaju hawaryli pa prostu. Nasz baciuszka tańczy. Tańczyła matuszka.

Ta nasza rozciągłość działa się w europejskim kącie i cieszyła się sobą, i była ceła schodniaja. Trudno ją znaleźć na co dzień. Nasza rozciągłość staje się niemal pokątna.

Nasze koło obraca się inaczej. Plotyn mówi o życiu w zgodzie z obrotem naszej kultury i obrotem świata pod obrotem kosmosu nad nami. Nasze koło obraca w innym kalendarzowym rytmie. W innym terminie mamy święta i Nowy Rok. Wg tego ostatniego greckiego filozofa w wielkim stylu, jesteśmy końcówkami Stwórcy, tak jak gałąź i jej listki. Tyle mamy wolności, woli życia, i samego życia. Jako końcówki Stwórcy czujemy naszą tragiczność, śmiertelność. Każdy człowiek dobrej woli nie chce skracać jednego jedynego życia bliźniego, bowiem trwoga z powodu własnej śmiertelności wystarcza mu aż nadto. On ją rozciąga na bliźnich i wie, że bliźni też posiada jedno jedyne życie.

Jesteśmy końcówkami i żyjemy w końcówkach naszego życiodajnego ognia – słońca. Nie jesteśmy w bezpośrednim ogniu słońca, nie oddychamy w ogniu słońca i on nam nie pali żywcem płuc, nie giniemy w ogniu słońca. To daleki ogień. Widzimy go. Grzeje nas. Daje nam dzienne światło. Od tego ognia odgradza nas ziemska atmosfera, powietrze. Pod tym dobroczynnym ogniem słońca ludzie ludziom rozpalają zły ogień wojny. Ciągle. Blisko i daleko. Ludzie wpadli na pomysł, aby mieć armie prywatne, jak np. Black-water. Te prywatne armie angażowane są do robienia złego ognia wojny i utrzymywania stanu napięcia w upatrzonym regionie. Państwowe armie dobrze im płacą, ale już ich nie obchodzi, ilu z tych wojennych prywaciarzy zginie. Nikt nie liczy martwych żołnierzy prywatnych armii. Wiedzą, na co idą. Zależy im wyłącznie na pieniądzach i otrzymują je. Są drożsi od państwowych żołnierzy, ale skuteczniejsi, bardziej bezlitośni, bardziej naćpani, więc państwa ich wykorzystują gdziekolwiek mają strategiczne czy gospodarcze interesy. Oni są jak maszyny. Bez skrupułów zabijają ludność cywilną. Oni są w każdym miejscu na naszej planecie, gdzie w 21wieku toczy się wojna. Wg Kanta zło nie jest sprawą idei, lecz wolności. Jest człowiek liberum, czyli wolny, i jest człowiek brutum, czyli zwierzęcy, niepanujący nad zmysłowymi popędami. „Rozum stawia tamy wolności” – mówi Kant w „Krytyce czystego rozumu”. Zło jest nierozumne. Jeśli nie kształtujemy duszy, a kształtować ją możemy jedynie ku Dobru (ku złu ona leci sama jak głupia), to stajemy się brutum, zwierzęcy, popędliwi, źli, złośliwi, nieszczerzy – udajemy lepszych od innych, bardziej cywilizowanych, w pełni demokratycznych. Człowiek brutum, jedyne takie zwierzę w przyrodzie, chętnie wywołuje wojny, męczy i tępi własny gatunek, mnoży wojny, przedłuża je.

Jesteśmy tragiczni, my wszyscy pokojowo nastrojeni. Żyjemy w niezgodzie w obrotem świata. Żyjemy w zgodzie z obrotem wszechświata, ale nie świata. Dusze nam przestają się poruszać muzycznie i harmonijnie, bo wciąż nie jesteśmy u siebie, nie w pokoju, lecz w wojnie, zmieszanej z pokojem, o czym mówił Heidegger. Żyjemy pośród nieprzychylnych nam obrotów świata. Gdzieś musimy być u siebie. Gdzie?

Wg Kanta i innych humanistycznych filozofów nie ma idei zła. Idee są niezbędne, aby człowiek kształtował się ku Dobru. Potrzebna jest idea wolności, aby stawiać jej tamy tu, w cielesnym zmysłowym świecie. Potrzebna jest idea pokoju, aby o niej apodyktycznie uparcie przypominać. Jeśli zapominamy o idei pokoju, natychmiast stajemy się brutum, zwierzęcy. Jak mówię, zwierzęcość człowieka jest jedyna w swoim rodzaju, niepodobna do innej zwierzęcości, bestialska. Człowiek brutum jest w stanie zorganizować fabryki śmierci dla swego gatunku, dla podludzi. Człowiek-zwierzę to nadczłowiek. Zły ogień wojny, coraz to nowszy, pod dobroczynnym ogniem słońca, bez stawiania tam wolności, powstaje z woli istoty nierozumnej. Ludzkie zwierzę faszeruje się narkotykami, aby zabijać bez wyrzutów sumienia. Jedyne takie zwierzę na naszej jedynej życiodajnej planecie. Naukowcy ciągle szukają warunków życia dla nas na innych planetach. Potem opowiadają bajki o znalezieniu wody na odległej planecie, rzeźb czy śladów cywilizacji. W tych bajkach ja żadnych narodów nie widzę, ani śladów po jakichś narodach. Narody są wyłącznie na naszej planecie. W tych bajkach widzę antropomorfizację odległych planet. Tiaaa. Tam na Marsie zobaczą rzeźbę ludzkiej twarzy. Może jeszcze znajdą ruski walonek i białoruski samogon prosto z lasu na Marsie. Naukowcy w 21 wieku marzą o zobaczeniu ludzkich myśli. Nigdy nie zobaczą ani idei Dobra, ani idei Wolności, Sprawiedliwości, Piękna. To było i pozostanie niewidzialne. Ani tęsknoty ani uczuć nie zobaczą.

Białorusini z Białorusi są przez świat traktowani jako Nikt, bo nie rwą się do rewolucji. Jakieś głupie oczekiwanie: zrobicie u siebie krwawy majdan, to uznamy was za ludzi. Na razie nimi nie jesteście. Obroty świata są pełne przemocy, wojen, głupiego medialnego mędrkowania, zwłaszcza w byłych demoludach, które tak doskakują do uwspółcześnia: poprzez tokowanie o niczym i umocnienie wiary we własną lepszość. Nie żyję według tych strasznych obrotów, okręconych śliczną medialną nowomową o tym, jacy to my nowocześni, cywilizowani, jacy to my lepsi, jacy to my niosący wszystkim gorszym naszą demokrację. To zakłamanie. Europa jest zakłamana. Krańcowo nieszczera. Tzw. drastycznych obrazków z „naszej słusznej wojny” nie pokaże.

Skoro Plotyn jest nasz, grecki, to jeszcze coś o jego rozprawach, zwanych Enneadami. W „Enneadzie czwartej” mówi, że ziemia jest żywa, posiada duszę i chce współistnieć z ludźmi, a także jest zdolna do obserwacji ludzkiego zachowania się wobec niej – nie przy pomocy oczu, lecz poprzez głębokie wewnętrzne czucie. Udział biorą w tym żeńskie bóstwa, np. Hestia i Demeter. Żeńskie bóstwa podziały się nam w mroku przeszłości. Plotyn określa ziemię mianem bóstwa. Tak. My w to bóstwo sadzimy bomby. Trujemy nasze bóstwo. Znęcamy się nad naszym bóstwem, nieprzytomnie, nierozumnie. Eksploatujemy nasze bóstwo krańcowo nierozumnie. Przypomina mi się Janusz Korbel, związany z dziką puszczą. Tak sobie dobrze żył wśród drzew i zwierząt, a nagle go nie ma. Poprzez to jedno zdanie przywracam rozciągłość jego dzikiemu życiu. Pozostaje rozciągły w mojej pamięci. Janusz woził moich Narajów po okolicy i opowiadał historię miejsc, wymieniał zapomniane nazwy wzgórz i dolin. Robił to zajmująco. Zachwycał Narajów. Nasz redaktor też to robił. Panie Redaktorze, taka rozciągłość naszych miejsc jest konieczna, jest potrzebna także gościom Naraju. Gdybym znowu zorganizowała Naraj, to poproszę o podróże po naszych miejscach, po wioskach, lub chociaż o opowieści o nich.

Ziemię zaczyna boleć ludzkość. Boli ją wszędzie. Mówię do Tola: ziemia końcu da człowiekowi po mordzie. Tolo: mało po mordzie. Da mu porządniej, w kość.

Nasze pierwsze dziecięce doświadczenia były związane z ziemią, a nie posadzką i dywanem. Nie byliśmy uwięzieni w mieszkaniu, jak nasi współcześni wnukowie. Rośliny, piasek, kamienie, mnóstwo dzikich owoców, rzeka, łąka z mnóstwem ziół, las i maślaki, posypane po mchu jadalną rodziną. Dzikich zwierząt było mało. Zające, jeże, lisy. Mało, bo to było po wojnie. Bomby wystraszyły zwierzęta. Po wojnie nareszcie można żyć. Po wojnie ziemia wydaje się wolna, szeroka, bezpieczna. Po wojnie oczywiście należy zrobić porządek z leśnymi bandytami, dla których zabijanie to norma, patologia wyniesiona z wojny. Po wojnie trzeba powykrywać miny. Ale to najpiękniejszy czas, bo każdy myśli, że żadnej wojny nigdy już nie będzie. To jasna myśl, rozświetlająca duszę. To czas szczęśliwego dzieciństwa, nawet jeśli ono półgłodne. Najemy się dzikich owoców, jabłek, gruszek, śliwek, wiśni. Też dobrze. najemy się samego chleba. Napijemy się mleka. To nam wystarczy.

Spostrzeżenie Plotyna: powietrze jest ciemne, czarne. To światło sprawia, że widzimy przedmioty i samo powietrze jako jasne nic. Jeśli przystawimy przedmiot do oka, to zobaczymy ciemność, czerń, cień światła, a nie sam przedmiot. Przykładam drugi tom jego „Ennead” i widzę ciemność, a nie książkę. Przez chwilę bawię tak z innymi przedmiotami. Mogę sobie tak z bliska zaświecić latarką w oko, ale to sztuczne światło, z zewnątrz. Nie świecę, bo uszkodzę oko. Plotyn mówi, że wewnątrz nas możemy zobaczyć światło, a nie jest ono od słońca, lecz od duszy. Ja spostrzegam, że są myśli jasne i myśli ciemne. Jedne cudze myśli, wyrażone głośno, rozjaśniają nas, a inne zaciemniają, denerwują, przerażają, wywołują trwogę. Jak najmniej takich przybywających z zewnątrz myśli. Jak najmniej słuchania medialnego łatwego głupiego mędrkowania. Oto czasy. Trzeba bronić się przed głupiejącymi mediami. Sprawą rozumną staje się ucieczka od nich. Nie słuchać. Nie widzieć. Własnych ciemnych myśli nie posiadam. Nie posiadam myśli zawistnych, mściwych, bandyckich. A dziś trzeba to w sobie mieć! A ja nie mam. Białorusini nie mają. Wszyscy? Oczywiście nie. Linia generalna jednak jest tu nieustającym nastrojem ku pokojowi. Niezmiennie pragniemy ładu, a nie chaosu. Dziś taka rozciągłość jest naganna, bo oznacza odrętwienie, bezruch. W jakiejkolwiek chacie. Z jakimkolwiek jedzeniem. W jakichkolwiek ubraniu. Ze słoikiem zamiast filiżanki czy szklanki. Tacy jesteśmy. Obejmuję twarz rękoma. Ręce są czarne.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Jaszcze adzin dzień z majaho życcia.

felietonisci-05Nastrój: coś do zrobienia. Bardzo chcę, aby osoby pióra miały swoją ceremonię pogrzebową, jak mają żołnierze w Anglii. Tam zawsze wygłaszają na żołnierskim pogrzebie wiersz dla żołnierzy. Zawsze ten sam. Wszedł do kanonu ceremonii. Wiem o tym od Joanny, mieszkającej w Anglii i pracującej na prestiżowej uczelni. Kupiła mieszkanie w Olsztynie, niedaleko nas. Duże, piękne, z widokiem na park i Zamek. Urządziła je ze smakiem artystycznym. Czasem przyjeżdża i rozmawiamy. Joanna przeżyła nieszczęście – nagle zmarł jej brat, a zaraz potem matka. Jest samotna. Jest „tylko” ciocią dla pięciu bratanic. Łączy nas samotność po gwałtownej stracie osób najbliższych. Poza tą stratą moja samotność jest inna. Znika wszystko, co kochałam. Ludzie, język, krajobraz i moje życie. To strata gwałtowna, wcale nie stopniowa. Nie mam dokąd pojechać, aby to odnaleźć w nienaruszonej całości. Mam w tych miejscach szczątki albo zielsko. I nowe popkulturowe domy innych ludzi. Moją samotność umniejsza nasz Czasopis. Bez niego byłabym kompletnie ogołocona ze wszystkiego, co mnie tworzyło. To niesłychanie ważne pismo, jeśli tak łączy ludzi, tak samo samotnych. Jesteśmy samotni, autorzy. Jesteśmy samotni jako resztka, rozmyślająca o losie, a nawet o stanie świata, a to ostatnie przez miejsca nam bliskie, wszak stan świata i nas kaleczy, i nasze miejsca też. R o z m y ś l a j ą-
c a. Nie jakaś tam, jedna z wielu jakichś tam mniejszości. Wnuków, podobnych do nas, nie będziemy mieli. Obym się myliła. Byłaby to drogocenna pomyłka. Ludzi zdolnych do rozmyślania powinno nosić się na rękach. Znowu ta myśl: człowiek jest psychicznie chorym zwierzęciem. W literaturze czy w polityce dopieszcza zboka – tak się „rozwija”.

Joanna od czasu śmierci osób najbliższych żyła w nieustannej żałobie, w rozpaczy. Teraz mówi, że znalazła sposób istnienia – wygłasza mowy pogrzebowe. Te mowy to dla niej twórczość, zgodna z jej stanem, wciąż pełnym rozpaczy. Jej mowy wzruszają do tego stopnia, że nawet nasza Gazeta Olsztyńska opublikowała jedną z nich.

Jestem poruszona. Zaimponowała mi.

Po bracie, znanym lekarzu, pozostała ogromna willa w Stawigudzie. Jedziemy tam. Joanna nadzoruje pracę robotników. Willi brat nie zdążył dokończyć. Trzeba jeszcze tu popracować. Joanna mówi, że być może zorganizuje tu następny Zajazd Do Naraju (Joanno, byłoby wspaniale). Koniecznie chce naszą stałą orkiestrę, Chutar Haradok. Zatem mamy podobne upodobania do kapeli ludowych, tych unikatowych. Denerwuje mnie, kiedy ktoś postkomunistycznie oświadcza: a ja folkloru nie lubię. Dlaczego używam tu słowa „postkomunistycznie”? Bo to komuna obrzydziła folklor, tworząc z niego cepelię. Wtedy folklor oderwał się od żywego źródła, jakim dla niego była wieś. Przestał być autentykiem, kiedy ludzie grają swoje ludowe kawałki, ciesząc się ze słów i melodii, od wieków związanych z ich życiem. Folklor wtedy stał się bez zarzutu teatralny, niemal estradowy. Czyściutki, ładniutki, już niezwiązany z wiejskim życiem. Wyjęty z niego i martwy, choć ładny.

W gazetach nastała moda na mowy pogrzebowe. Rodzina płaci, zamawia. Zwykle są to kiczowate laurki i śmieszą czytelnika. A nie o to chodzi w takich mowach. Mają przecież być takie, aby postronny czytelnik też się wzruszył. A tu czyta i wie, że to nieszczere i tak laurkowe, że właśnie śmieszne. Nowoprestawlennyj. Nie musimy go wybielać, aż go poznać nie możemy. Swoje słabostki ma każdy. Tylko bandyci nie powinni mieć mów pogrzebowych. A jak wytłumaczyć dziecku, że bohater to bandyta? – pyta matka, która nie jest wielbicielką Bandery. Gdzie usłyszałam to straszne pytanie? Już nie pamiętam. Tak samo może spytać prawnuk ofiar Rajsa-Burego. Tak samo może spytać każda matka, kiedy trwa wojna domowa, a obie strony gloryfikują swoich bandytów. Takie pytanie matek niestety nie wzbudza trwogi. We mnie wzbudza.

Jak mam opracować ceremonię pogrzebową dla osób pióra?

Taką poza liturgią tego czy tamtego Kościoła. Taką, żeby poza liturgią stała się stałym elementem pogrzebu osób pióra.

Jaki mam stworzyć wiersz na tę okoliczność?

Tolo: Już napisałaś wiersz „Król mowy”. I nie trzeba innego. Inna sprawa, że nie każda osoba pióra to król mowy.

Tak. Tylko ma to być wiersz dla obu płci. Musiałabym nieco zmienić ten wiersz, aby łatwo było zamienić „króla mowy” na „królową mowy”. To jest myśl. Muszę zajrzeć do tomiku sprzed kilku lat z tym wierszem. Potem.

Rzeczywiście pasowałby „Król mowy” i „Królowa mowy”. To nie może być byle co na taką okoliczność. Tylko usunąć z wiersza elementy osobiste. Zrobić z niego sonet. Nie potem, a teraz zajrzę do tomiku. Nie. To wiersz na śmierć Tomasza Orzechowskiego. Zbyt osobisty. Zbyt z Tomaszem związany. Z jego osobą, a nie inną. Tylko tytuł i kilka wersów pasuje. Trzeba go napisać od nowa ze względu na tytuł. Kto kiedy poza mną nazwał człowieka pióra królem mowy? Poza tym w tym wierszu miałam na myśli człowieka jako takiego, władającego mową i pismem, i różniącego się tym od zwierzęcia. Kiedy dopada mnie myśl, a właściwie doznanie, że dziś człowiek stał się chorym psychicznie zwierzęciem, widzę to jak na dłoni. Pisze książki o zbokach i bestiach. Śpiewa, gloryfikując przemoc. Zabija bliźnich jak w amoku, a przedtem podskakuje z uciechy. Gdzie się podział człowiek?

Matko, jakie nędzne wierszyki są omawiane na kanale TVP Kultura! Co wy robicie? Koleżanka omawia kolegę. Jakie bełkotliwe rozmowy! Pusta gadanina. To nigdy nie jest o poezji. Patriarchalnym zwyczajem wymienia się mnóstwo samych męskich nazwisk! Koledzy pomagają kolegom. Koleżanka pomaga stu kolegom kolegów. Drętwe, nudne, nie o poezji. Chała!!! Jeśli rozmawiamy o poezji, to przecież cytujemy ją i to obficie, recytujemy ją, bo to ona ma być bohaterką spotkania, a teksty mają być dla odbiorcy intelektualną i duchową ucztą. I nie sypiemy nazwiskami znajomych facetów, którzy coś tam napisali. Ja tych facetów czytać nie będę. Coś swego przeczytają, a ja widzę, że to drętwy banał albo średniość. Nic nowego. Tego się nie smakuje. Denerwujące. Brak osobowości. Mainstream jest głupi. Bezdennie głupi. To sztuczny twór. Potworek. Rak. Chyba to będę pisać po płotach i murach. Od TVP Kultura zażądam odszkodowania i zwrotu abonamentu. Napisałam o tej chale na FB. Jak to jest, że na tym kanale mam znakomite filmy, a literatura polska i sposób jej „omawiania” wypada bezdennie głupio?

W GW pojawiają się kuriozalne recenzyjki filmów – z ostrzeżeniem, że to nie dla mainstreamu. Filmy niejednokrotnie okazują się wybitne. Promocja bezguścia jest promocją mainstreamu? Kampanie promocyjne jakichś tam pisarzy wzorowane są na kampaniach wyborczych jakichś tam polityków. Ojczyzna głupieje w sferze kultury i polityki. Panowie, co wy robicie?

Powinniśmy mieć swoją telewizję. My, czasopismowicze. Utworzyłam ten neologizm od tytułu naszego kochanego pisma. Pomyślmy o tym, skoro stworzyliśmy unikatowe pismo i środowisko. Tworzymy centrum kultury. Cenne dla kultury centrum. Skoro tak, to powinniśmy mieć swoją telewizję. A jak to zrobić? Nie lubimy pańskiej łaski. Powinniśmy mieć coś zupełnie innego, niż polityczny propagandowy Biełsat. Ten kanał nie jest dla nas. Kiedy pojawiają się w nim momenty białoruskie, to są propagandą, wielosłowiem o tym, jacy powinniśmy być, abyśmy się stali wzorcowi i wzorowi. Lubimy normalność i prawdziwość faktów. Propagandę czujemy jak wiedźmy i wróże.

Na kanale Biełsat tyle rosyjskich słów w języku białoruskim. Mówimy „chutko”, a nie „bystro”. Mówimy „śpiawać”, a nie „piet’”.

Jesteśmy rozproszeni. Pismo tworzymy w stanie rozproszenia. W takim stanie trudno zorganizować sobie telewizję. Jakieś okienko mniejszościowe w telewizjach nie oddaje naszego potencjału intelektualnego. Już pisałam, i to wielokrotnie, że jesteśmy osobliwą mniejszością, to znaczy jesteśmy agonalnym odpryskiem z WKL, resztką jego głównego narodu. I nie możemy się nigdzie dopasować. A FB nie wystarczy. FB przekształca się w jakieś tam obrazki i jakieś tam notatki. Jednak to na kanale Biełsat od czasu do czasu pojawia się wybitny znakomity film, wolny od tezy, propagandy i pustego wielosłowia. Obejrzeliśmy z Tolem film o Turkach w Niemczech: „Almanya – witajcie w Niemczech”, w reżyserii Yasemin i Nesrina Samderelli. Było w nim wspaniałe poczucie humoru, a to dziś rzadkość w dziele z dziedziny kultury. Turcy postrzegają chrześcijan jak ludożerców. Katolicy mają zwłoki na krzyżu. Wszyscy chrześcijanie jedzą ludzkie ciało i piją ludzką krew. Tak wyglądamy w oczach tureckich dzieci, które nie zetknęły się jeszcze z chrześcijańską kulturą oko w oko i po raz pierwszy stykają się ze zwłokami na krzyżu i sakralnym ludożerstwem. Malec ma sen – zwłoki wyrywają się z krzyża i z zakrwawionymi rękami i kończynami rzucają się na malca, aby go pożreć. W prawosławiu nie ma realistycznych zwłok na krzyżu, ale ciało i krew konsumujemy. Jeśli to przeistoczenie, to wychodzi nam żywa krew i żywe ciało. A więc i my to ludożercy. Tak nas widzą cudze oczy. Cudze oczy uzmysławiają nam, jak przerażające może być to, do czego przywykliśmy, w czym żyjemy od wewnątrz i wydaje się nam, że to piękne. Zderzenie kultur jest uwidocznieniem nas niemal jako zboków ze względu na religię. Oczywiście genialność chrześcijaństwa polega na przeniesieniu sakralnego morderstwa w sferę abstrakcji, ale cudze oczy tego nie widzą. Genialność chrześcijaństwa polega na bezwzględnym zakazie realnego mordowania bliźnich, ale…. Mało jest chrześcijan – twierdził Sokrat. Moje „ale” niech pozostanie zawieszone w powietrzu, choć dodam: chrześcijanie mordują bliźnich. Chrześcijanie mordują chrześcijan. Chrześcijanie pozostają mordercami. Czy to chrześcijanie?

W filmie „Almanya – witajcie w Niemczech” tureckiemu malcowi wydaje się, że kobieta w sukience bez rękawów jest naga. Janaż hołaja! – krzyczy z przerażeniem. A jamnika, prowadzonego na smyczy, jon baczyć jak wielizarnaho pacuka. Jany pacukoǔ wiaduć pa ulicy? Filmy na kanale Biełsat są świetnie tłumaczone na język białoruski, barwny, żywy. Mamy językową ucztę. Teraz ilekroć widzimy jamnika na smyczy, śmiejemy się. Jany pacukoǔ wiaduć. O, wielizarny pacuk!

My z kolei, chrześcijanie, z przerażeniem patrzymy na namordnicze duszące stroje kobiet islamu, na wielożeństwo, na orientalny patriarchalizm, na kamienowanie i zarzynanie kobiet z byle powodu. Komputerze, nie poprawiaj mi słowa „namordnicze”.

A bohaterowie filmu „Almanya” są sympatyczni, niemal wzruszający, czy to kobiety, czy mężczyźni. Mają poczucie humoru i autoironii. Film jednak jest zbyt lekki. Lekkość była reżyserskim wyborem. Celem było ukazanie zetknięcia się kultur oczami dziecka.

Jak bardzo nie czujemy własnej śmieszności, tkwiąc w stanie nadętym i śmiertelnie poważnym, wyjaśnię na innym przykładzie.

Szto z majeju karalewaju mowy i z hetym karalom? Mo napisać hety wiersz na prastoj mowie? Tolki dla swaich królaǔ i królowych? My hawaryli: król i królowa, a nie pa rusku: karol i karalewa. Chto by hawaryǔ hety wiersz dla nas? Ja mahu. A tak ta majam tolki panichidu. Tolki? Heta mało? Mało. Dla karala/króla i karalewy/królowaj mowy – heta mało.

 Kali sztoś piszu na prastoj mowie, ni mahu dakończyć, bo ni chwataje słoǔ – znoǔ heta sytuacja . Ja wyszła z domu u siem let i stała hawaryć pa polsku. Daleko da szkoły było. I ja żyła u dziadźki u Zubkach, brata mamy. Da domu ja nikoli ni wiarnułasa. Najhorsz było u liceum. Mużyki czaplalisa. Katoliki czaplalisa. Bolsz czym paławina majej radni heta katoliki. I jany czaplalisa małodzieńkaj dziaǔczyny. Źmianiała kwatery, kab było u prawasłaǔnych. Hetyja mużyki, dziadźki, ni leźli z rukami pad spadnicu. Mieli żonki i im chwatało. Razpuszczanaja mużczynskaja jurliwaść. Adno adzin prawasłaǔwny dziadźko taki byǔ, ale na wioscy. Da minie ni czaplaǔsa. Czaplaǔsa da paǔsirotaǔ kuzynkaǔ. Paǔsirota, znaczyć niczyja, i możno.

Adzin prawasłaǔny białastocki dziadźko skazaǔ: ja ni budu cibie wykarystowywać, bo ty by płakała. Naszyja mużyki ni takija znoǔ jabaki, kab ich ni szanawać. Durny jabaka zdarycca u nas adzin na tysiaczu abo i na sto tysiacz. Skul ich braǔ tysiaczami Sakrat? I ustanaǔliwaǔ naszaho takoho mużyka, byccam my mieli tolki takich? Naszyje mużyki bolsz delikatnyja ad naszych babaǔ.

Mieńsz delikatnyje naszyje mużyki maciuhalisa, i u poli na kaniej, i na padworku na rowar abo wiadro, bo rowar papsuǔsa, a wiadro razpałasa, a koń ni tak zairżaǔ. U naszaj chaci ni było możno maciuhacca. Chto pryszoǔ i maciuhauǔsa, taho maci ni szczytała czaławiekam i wyhaniała z chaty. Chata heta było światoje miesco. My ni żyli u wioscy, a u kaszarcy – heta uże apisywała. Prastuju mowu ja czuła tady, kali chtoś da nas prychodziǔ, i u szkoli na przerwach. Baćki hawaryli na prastoj mowie, ale heta była razmowa dźwiuch asobaǔ. Mowa maich baćkoǔ była takaja, jak u Zubkach, bolsz trasiankawaja ad toj, na jakoj razmaǔlali u Gabiatach. Baćko hałoǔnym czynam hawaryǔ pa polsku i biez przerwy jeździǔ u swaju Warszawu. I ryżyki tam waziǔ. I kuplaǔ mnie u Warszawi sukienki i boty. I znajomstwa mieǔ uwiaździe. Ja takoho znajomstwa ni maju i ni budu mieć. I ja biadniejsza ad maich baćkoǔ, a jaszcze bolsz ad dziedaǔ. Dziedy byli bahatszyje ad baćkoǔ. Baćko mieǔ znajomstwo u pahranicznikaǔ, jakija jamu pazwalali ławić rybu u Świsłaczy, kali zachacieǔ. My mieli łodku. Hetu łodku chtoś nam u nacze parubaǔ. Patom mieli druhuju łodku, i jaje chtoś parubaǔ, i znoǔ u nacze. Bolsz łodak baćko uże ni chacieǔ. Hetyja łodki rabiǔ jamu jaho brat, stolar. Reczka była tady szyrokaja i poǔnaja ryby. Kali ja u joj kupałasa, ryby husto krucilisa kala nahi.

Ci ja dobro piszu na prastoj mowie i polskimi literami? Piszu słowy, jakije pamiataju i kachanymi literami. I tamu, szto chaczu, kab Tolo minie zrazumieǔ. Dwa razy zabiwali biełaruskuju mowu. U Polszczy i u carskaj Maskwie. U caroǔ biełaruskaja mowa była zabaroniena. Pomnim? Astałasa prastaja mowa u wioskach. Treci raz zabiwali biełaruskuju mowu u Łukaszenki. Tak na paławinu zabiwali, zraǔniaǔszy z ruskaju. Astałasa jak prastaja mowa. Astałasa?

U starszych ludziej astałasa. I jany hetu mowu woźmiuć z saboju u mahiłku. Tak budzia?

My jaszcze czuli, jak naszy baćki haworać pa prostu. Naszyja dzieci uże ni czuli, jak my haworym pa prostu. Tolki ad czasu da czasu pradzirałasa jakajaś zabaǔlanka ci kałychanka. Mało.

Tak samo było u Niemcaǔ u Prusach. U hetych, jakija astalisa u Olsztyni. Znaju, bo czuła i baczyła. Adna na sto babulauǔ nauczyła unukaǔ hawaryć pa niamiecku. I za heta unuki kachajuć swaich babulaǔ. Nima takoho kachannia u nas. I nima takich babulaǔ.

Tamara Bołdak-Janowska. Adzin dzień z majaho życcia.

1. Siłą rzeczy używam słów „wczoraj” i „dzisiaj”. Dzisiaj to wczoraj. I odwrotnie. Budzimy się. Prochy nasenne kończą działanie. „Siedzą, piją, lulki palą. Tańce, hulanki swawola”. Nie. Nie prowadzę hulaszczego trybu życia. Prowadzę tryb życia wfelietonisci-05 dwustu procentach odwrotny od hulaszczego.

Wczoraj na kanale Historia obejrzałam wstrząsające filmy z żydowskiego getta w Warszawie.

W 1942 roku na zlecenie nazistowskiego rządu Niemiec został wysłany do żydowskiego getta w Warszawie niemiecki operator z zadaniem sfilmowania Żydów w sensie: pokazania ich charakteru, rozwarstwienia finansowego, obojętności bogatych na los biednych. Słowem: trzeba Żydów pokazać w złym świetle.

Operator jednak filmu nie dokończył. Pozostawił po sobie szereg krótkich filmów, nigdy niezłożonych w całość. Wstrząsające!

Mocodawcy organizowali sceny. Na przykład zaprosili Żydów do knajpy, dali im dobre jedzenie. Miało to świadczyć o rozkosznym życiu w getcie.

Mimo tych scen, organizowanych dla propagandowych celów, filmiki pokazują prawdziwe życie getta. Trupy na ulicy. Trupy dziewczyn, dzieci, starców. Żebrzące dzieci. Owrzodzone, wychudzone, siedzące pod murem, leżące, konające. Operator był wybitny, choć nazista. To trzeba przyznać. Studia twarzy, sylwetek, tłumu. Wysmakowane lub od razu takie, bo oko sprawne. I obecność dramatu, wyciskająca łzy. Aż człowiek wątpi, czy operator to faktycznie nazista. Tyle ludzkiego dramatu zarejestrował. Przejmujące są studia twarzy. Trwają nawet pół minuty. Tych twarzy za chwilę nie będzie. Ładne, piękne i brzydkie – jutro te twarze pójdą do gazu.

Źle spałam po tym filmie. Śniło mi się, że w czasie Zajazdu do Naraju wybuchła wojna i zostałam wciągnięta do wojskowej ciężarówki, i w jej ciemnych czeluściach zastrzelona. Zostałam oskarżona o zdradę stanu i posługiwanie się językiem prostym. We śnie jednak żyję po śmierci i wrzeszczę w języku prostym w stronę oprawców, że nie uznaję ich za ludzi. Rzucam w ich stronę naszym białoruskim mięchem, pełnym i obrzydliwym. Job waszu mać. Pierdalonyje faszysty. Durnyja zasrancy. Kab was chalera uziała. Kab was pakruciło raz i na zaǔsza. Kab wy zhinuli na zaǔsza z majaho życia i swajaho. Moi goście natychmiast przeszli na język polski, więc nie oskarżono ich o zdradę stanu. Za chwilę jednak część gości staje w mojej obronie, posługując się językiem prostym. Coraz głośniej. Boję się o nich. Budzę się cała mokra od potu.

Piję trzecią kawę. Mogę. Kawa jest tania. Palę papierochy. Papierochy są już dla mnie za drogie. Palę najtańsze, najcieńsze, różowe RGD.

Mam trzy papierochy, więc za chwilę już ich nie mam. Ubieram się, aby wyjść i kupić tę nową truciznę.

Na półpiętrze leży mężczyzna. Ten bezdomny ciągle tu nocuje, a ja ciągle go wyganiam. Śmierdzi i ten smród przenika do mego strychowego mieszkania, które bardzo lubię. Dziś nieproszony gość nie śmierdzi. Proszę wstać i wyjść. Proszę pana, pan psuje nam ciągle zamek w drzwiach wejściowych. I jest pan za młody, aby się tarzać pod cudzymi progami. Proszę wyjść. Dziś tak nie ma, że półpiętro jest niczyje. Ja za nie płacę. To moje podwórko. Nie jestem noclegownią dla pana. Proszę wyjść.

Ile ma lat? Może trzydzieści. Najwyżej trzydzieści pięć.

Mam wrażenie, że chodzę ulicami getta, że obok mnie leżą umierający mężczyźni.

Bezdomni nocują też na niższych półpiętrach. Tam srają i szczają.

Ten tego nie robi. Wygląda na chorego.

Wracam z moją trucizną i widzę, że mężczyzna nadal leży, gdzie leżał.

Powtarzam swoje. Proszę pana, jest pan za młody na bezrobocie i bezdomność. Proszę wyjść. Mężczyzna: Leżę sobie spokojnie.

Ja: Że spokojnie to nic, ale niech pan przestanie tu leżeć. Co to jest? Ubrać się porządnie, wykąpać, znaleźć pracę. To wstyd dla mężczyzny nocować po cudzych półpiętrach. Oczywiście znowu pan zepsuł zamek w drzwiach wejściowych. Nie mogłam wejść do mego domu, bo zamek przez pana nie działa. Mocowałam się z nim przez kwadrans, nim zaskoczył. Naraża mnie pan na koszty ciągłego reperowania zamka. Za młody pan, aby leżeć tu. W sile wieku pan jest. To nie nazistowskie getto. A mam wrażenie, że to przedwojenne czasy i getto.

Mężczyzna unosi twarz: A która godzina?

Ja: Dziewiąta. Pora stąd wyjść. Już się pan wyspał.

Nosi okulary na zaczerwienionych oczach.

Pije? Ćpa? Nie wiem. Eksmitowany? Nie wiem. Jest przystojny. Kawał chłopa.

Echo wczorajszego filmu nie chce mnie opuścić. Jakbym się przeszła po niższych piętrach, to pewnie tam by niejeden facet leżał. System urządza nam nazistowskie getto. Na ulicach pełno wykluczonych ludzi. Nie każdy bezdomny ćpa czy chleje. Straszny system.

Powtarzam: straszny system.

Nareszcie pojawiły się ponure statystyki w mediach: mamy czterysta tysięcy dzieci ulicy. Ćpuny. Dzieci alkoholików. Młodociani przestępcy. A więc my też mamy dzieci ulicy, a nie tylko Rosja, jak nam trąbiono.

Znowu przychodzi mi na myśl naukowa praca Moniki Stępień o buncie ludzi młodych, którzy nie wychodzą z domu, dla których sama ulica jest straszna, a system nie do przyjęcia. Osoba musi niszczyć osobę, aby „do czegoś dojść”. Dobrowolna izolacja młodych ludzi jako bunt. Dobrowolne zamykanie się w czterech ścianach. Aby tylko nie mieć do czynienia z przemocą. Rosnąca liczba takich buntowników.

Kto to zauważy?

Monika zauważa.

I ja tu zauważam.

Kto jeszcze?

Tolo śpi. Siadam do komputera. Piszę ten szkic.

Coś muszę zrobić. Co? O czymś zapomniałam. Kolejny list od Wiktora Łukaszewicza. Przeczytać. Od dwóch tygodni leży nieprzeczytany. Wiktor przysłał mi kolejne wiersze. Tym razem opisuje, jak to dzieckiem narejkowskie krowy pasł. Po to, żeby chociaż kupić sabie czarawiki za grosz pastucha. Jako dziecko był budzony o drugiej w nocy. Ustawaj karowy wyhaniać. Trebo biehczy da Narejkaǔ.

Pisze: Spaǔ stojaczy.

Znowu ta myśl: nie miałam pojęcia, że dziecięcy los moich szkolnych kolegów był taki straszny. Wstawać o drugiej w nocy, aby pracować jako pastuch stada krów z Narejek. Bo rodzice nie mają pieniędzy na buty. A może u nas było tak: niech dziecko samo zarobi? Przyzwyczajanie do ciężkiej pracy przez całe życie? Jak w Ameryce? O jego rodzinie moja matka mówiła: Heta trochi naszy swajaki. Żonka Łukaszewicza nasza swajaczka. Malusiańkaja baba. Dzieci buduć malusieńkije. A szto takoje, szto malusieńkija? Aby dobryje wyraśli.

Szanuję Cię, Wiktorze. Naprawdę, czuję wielki szacunek, że od dziecka pracowałeś na siebie. Przerywam lekturę listu. Odzywa się inna sprawa, o której zapomniałam.

Moja imienniczka przysłała mi swój „wiersz dla żołnierzy”. Jej prośba: opublikuj to w Czasopisie, tylko pamiętaj, że teraz jestem Tamara Promyk. Tak się teraz nazywam i nie zmieniaj tego.

Początkowo myślałam, że to taki sobie wierszyk. Po powtórnym przeczytaniu stwierdzam, że to istotny wiersz na dziś. Tola pytam (czytam mu wiersz): dobry to wiersz?

Tolo stwierdził, że dobry.

Tamara, ty nie miej mi za złe, że wciągam twój wiersz do eseju. Za bardzo mi pasuje do szkicu, nastroju i wczorajszego filmu o getcie, abym prosiła redakcję o opublikowanie go osobno. Istniejesz z moim i Tola komentarzem. Mam nadzieję, że dzięki temu nie będzie czytany kątem oka, pobieżnie. Czuję, że Tamara od razu ma wiersz, bez żmudnego poszukiwania formy. Ja nigdy nie poprzestaję w poezji na pierwszej wersji tekstu i długo poszukuję formy. To moja ułomność? Może ułomność. Podziwiam osoby, które tworzą wiersz od ręki i jest on od razu dobry.

Oto wiersz „dla żołnierzy” Tamary Promyk:

z czterdziestego piątego roku
zaglądali do mego dzieciństwa
tacy zranieni
i chociaż przynosili wiele
zabawek
ze szczęściem
lalki dyskretnie podsłuchiwały
ich dusze
i chlipały cichutko
malując oczy łzami
nawet dzielny
szmaciany miś
rozepchany wspomnieniami
pękał z różnych stron
pomagali mi go zszywać
dobrymi słowami
tak jak się czasem zszywa
ludzki sens (los?)
ale i tak musiałam
drewnianym pistoletem
poprawiać wojnę
na dywanie
bez strat
żeby chociaż w wyobraźni
pousuwać im więcej ran
a potem nagle zginęli
w wielu innych
sprawach
po latach spotkałam ich trochę
w rozmowach przez telefon
z komandosem
Józefem Rembiszem
w żołnierzach
z Iraku
Afganistanu
a wczoraj
na strychu
w obcym domu
zobaczyłam swego misia
leży tam
popękany z prawej strony
lewa wyżarta przez szczury

Tamara Bołdak-Janowska. Robię moje.

felietonisci-05Mam starą Biblię Odesską, w której mój dziadek podkreślił wszystkie momenty antyfeministyczne z dopiskami na marginesach: priewoschodno. Zrobił to poślinionym kopiowym ołówkiem. Takie ołówki przybierały fioletową barwę. Są nie do usunięcia. Te ołówki zniknęły. Jeszcze je pamiętam. Dokumenty podpisywało się takim kopiowym ołówkiem, poślinionym, bo niepoślinione nie pisały w ogóle. Nauczyciele posługiwali się kopiowym ołówkiem. Podkreślali nim byki i stawiali oceny. Potem zaczęli używać dwustronnego ołówka, czerwono-granatowego, którego nie trzeba było ślinić, bo od razu wżerał się w papier jak tamten kopiowy. I nie można było wymazać ani wytrzeć gumką uwag i złych ocen.

Dziadkowe dopiski oczywiście mi się nie podobają. Nie wiem dlaczego dziadek wiązał język rosyjski z białoruskim – gdzieniegdzie napisał: heta priewoschodno. Nie jest to powodem do nielubienia naszej Księgi, ponieważ pełno w niej momentów feministycznych, choćby ten, kiedy kobiety widzą Zmartwychwstałego i to one tworzą ten obraz. Nie jesteśmy też ludźmi książek. Już nie. Mamy w tym miejscu gadaninę lub milczenie. Mamy w tym miejscu czczą gadaninę w Internecie. Byle szybciej, byle krócej. Z bykami ortograficznymi i wszelkimi. I slangiem. Czasy mamy takie, że nas kurczą. W telewizyjnej gadaninie o kulturze mamy bełkot. Mówi się dużo i głupio. Nie nadaję się do życia w warunkach takiej globalizacji, kurczącej umysł, rozwadniającej język.

Eliot przed laty napisał o wydrążonych ludziach. Teraz ktoś powinien napisać o skurczonych głowach. Debilejemy, bo mamy nadprodukcję podłych tekstów i innych dzieł kultury. Filmy nam debileją. Nawet Raczek, znawca filmów, zdenerwował się i wywalił: moglibyście już przestać oglądać tę amerykańską taniochę, bo staniecie się pełnymi debilami. Od dawna nie oglądam tej taniochy. Przerzucam kanały, a tam wszędzie strzelają się, padają martwo, wstają i pędzą do tego samego w następnej taniosze.

W jakim świecie my żyjemy? Monika Stępień, notabene znakomita poetka, napisała pracę magisterską na temat młodzieży, unikającej rzeczywistości. Coraz więcej młodych ludzi, z przewagą płci męskiej, odmawia uczestnictwa w życiu poza domem, ponieważ mechanizmy systemu są dla nich zbyt okrutne. Albo pracują zdalnie, tj. używając komputera, albo są na utrzymaniu rodziców. Ich znajomi to internetowi znajomi. To bunt przeciw systemowi ze stale rosnącą liczbą buntowników. Zdajemy sobie z tego sprawę, jak wielu młodych ludzi uznaje system polityczno-społeczny za nieludzki? Czują się osaczeni przez zło, dopadające ich dosłownie zewsząd. Żyją w świecie okrutnej przemocy i odmawiają współudziału.

Robię swoje. Robię moje. Ikona to moje.

Lubię wschodnie chrześcijaństwo ze względu na obecność w nim sztuki i bliskości do filozofii zen – znowu setny raz powtarzam. Europeizacja wschodniego chrześcijaństwa oznacza jego zniszczenie. Zniszczenie sztuki ikony, sztuki muzyki, sztuki bycia jurodiwymi (chociaż w odwadze bycia autsajderami), sztuki otszelników, sztuki starców. To wszystko jest wyrafinowaną wielką sztuką słowa, obrazu, muzyki, teologii i krańcową nieobecnością kiczu i dewocji. Taki jest trzon naszej ortodoksji, unikalny, surowy, piękny. Europeizacja oznacza pójście w stronę na przykład krzywienia ikony, aby było słodko, realistycznie, z perspektywą „jak w rzeczywistości” i wychodzą z tej Europy rzewne obrazki jak z dewocyjnych pisemek. Nowe ikony to straganowy kicz. Tu nie mamy czego doganiać. Ikona powinna pozostać archaiczna, jak u starowierców. Prosta, surowa, piękna. Powstał jej kanon i trzeba się go trzymać, choć można wynaleźć inną formę plastyczną, niemal geometryczną, jak zrobił to Nowosielski, ale on kanonu nie zmieniał. Twarze, pochylenia głowy, znaczenie barw. To wszystko Nowosielski utrzymał.

Podobne zdanie o niszczeniu przez europeizację kultury bizantyńskiej znajduję w znakomitym wstępie Barbary Dąb-Kalinowskiej do książki „Między Bizancjum a Wschodem” (PAN,1990). Europeizacja oznacza podporządkowanie, najczęściej podporządkowanie obowiązującej modzie. Moda to sezonowość. Wchodzimy jak w cudze masło w tę modną sezonowość, tracąc siebie. Sezonowi ludzie.

Maluję ikony i kolejny raz jestem poprawiana, że ikony się pisze. Kolejny raz powtarzam: nie. Pisać obraz to rusycyzm. W języku rosyjskim mówi się: pisat’ kartiny. I oznacza to malować obrazy.

Namalowałam kilkanaście miniaturowych Kseniek Petersburskich. Kobieta z laską i białymi włosami, wymykającymi się spod kartuza. Te miniaturki były pamiątką dla gości Naraju 2015. Napisałam monodram o Kseni dla pani Joanny Troc i jej teatru, a następnie posypały mi się miniaturki Kseniek.

Ze znajomą doktor psychiatrii rozmawiam o istocie ikony. Mówi, że trzeba mieć oczy duszy i wiarę, aby docenić jej wartość. Mówię, że rozumiem to inaczej: wartość ikony jest niesiona przez cząsteczki elementarne, ponieważ zawiera się w niej życie świętej osoby, jej marzenia, pragnienia, jej duchowość. I to się do nas niesie sprzed wieków – nadal żywe. Ikona to najwyższy rodzaj obrazu, jaki kiedykolwiek stworzył człowiek. Nie można jej podrobić, bo ona się rodzi i albo się urodzi, albo nie. Musi na nas patrzeć. Jeśli nie urodziła oczu, wnikliwie na nas patrzących, to nie jest żywa. Nie może być robiona pod wystawę. Najlepiej, jeśli osoba na ikonie pochodzi z głębi czasów, kiedy religia była doświadczeniem obecności innego wymiaru i było to szczere doświadczanie.

Musi być w niej głębokie piękno. Na czym to polega? Na tym, że ukazuje duchowe piękno danego człowieka, a także jego mękę dialogu, wręcz kłótni z Bogiem, aby poprawił los osoby i jej kochanych bliskich. Kłótnia z Bogiem? Ano. Taką mękę wyznaczyła sobie św. Ksenia Petersburska, która nie mogła pogodzić się z przedwczesną śmiercią męża, Andreja Fiodorowicza Pietrowa. Hospodi Boże, ja się na to nie godzę. Moja matka twierdziła: Boh? Jon minie tak skryǔdziǔ. Sapraǔdy skrydziǔu. Kłótnia z Bogiem nie przeczy jego istnieniu. A ci jon sapraǔdy jość, Hospodź Boh? Im mniej kłótni z Hospodom Bohom, tym mniej Hospoda Boha. Głupie mam myśli? Jeśli są wierni, to jest Bóg. A jaki? Bez naszej z nim kłótni nie staje się lepszy. Wierni bywają straszni, jeśli z imieniem bożym na ustach zabijają bliźnich. Lepiej jednak, jeśli duchowni zdejmują z nas ciężar obcowania z Bogiem. Lepiej? Niekiedy lepiej. Lepiej wtedy, kiedy groziłby nam religijny świr, a taki świr charakterystyczny jest dla wielu starych kobiet.

Piękno ikony żyje w cząsteczkach elementarnych, bo co zostało raz stworzone, to nie ginie. Mamy wokół siebie mnóstwo kieszeni, tworzonych przez cząstki elementarne, a w tych kieszeniach tkwią dobre, uwznioślające energie. Nie tylko takie kieszenie mamy obok siebie. Kieszeń z faszyzmem również. Mamy z czego brać. Bierzemy rzeczy ludzkie i nieludzkie. Nic nie ginie, jeśli tylko człowiek coś wymyśli. Według Seneki, obrzydzenie wywołują w nas ludzie, którzy czerpią z byłych rzeczy nieludzkich. W nas, to znaczy w kim? Oczywiście w ludziach, którzy nieustannie zmieniają się na lepszych, na bardziej ludzkich, i dobrze wiedzą, że sami niejednokrotnie byli nieludzcy. I taka zmiana jest dla nich przyjemna. Według Seneki, mało jest ludzi, którzy nie chcą służyć innym ludziom, aby powiększać zło na świecie. Czy zdajemy sobie sprawę, że tak służymy nie sobie, tylko tym innym od przemocy? Jak mahu, uciakaju ad kiszanioǔ, poǔnych ludziej wajny. Hetyje kiszani wyzywajuć i mianie trywohu i nienawiść. Napisałam te zdania w języku prostym i kolejny raz myślę: czy dobrze leżą w kontekście filozoficznym? Czy język prosty nie może udźwignąć żadnej myśli spoza dotyczących jedynie spraw bytowych, domowych? Hetuju prastuju mowu trebo rabić na nowo. Heta mowa ważna, a nie z telebaczannia. U hetaj mowie możno mnoho zrabić, a na peǔno sztoś skazać, ci lepiaj napisać jak szyfram, i chto znaja, toj znaja, toj praczytaje i zrazumieja. U telebaczynnaj mowie niczoho ni możno zrabić, bo jana prapahandnaja i ceły czas syplacca z kiszanioǔ, poǔnych czużoj wajny. Prynamści Biełsat sypla z kiszynioǔ czużoju wajnoju. I wymahaje ad mianie, kab była pa hetaj samaj staranie. A ja ni chaczu być pa czyjejś staranie u czużoj wajnie.

Tolo czyta mi Senekę i jest to dla nas obojga przyjemne. Odkrywamy myśliciela i zdajemy sobie sprawę, ze dotychczasowa nieznajomość jego esejów była ohydnym brakiem. Seneka: życie jest krótkie, kiedy je trwonimy. Jednak Seneka stawia kobietę między dzieci. Jest jeszcze niepełna człowieczeństwa. Każdy myśliciel sprzed wieków, a i przez wieki, robi ten patriarchalny błąd. Ten błąd rośnie w siłę. O tym błędzie, o nieustającej przemocy wobec kobiety, pisała Anna Świrszczyńska. Pisała tak przejmująco, że aż Miłosz nazwał ją „najbardziej bezczelną feministką”.

Odkrywam rzadką ikonę – „Kobieta jako źródło życia”. Bogurodzica z Dzieciątkiem  siedzi na niej w głębokim naczyniu, w kielichu, jakby w fontannie, z której przez otwory w kielichu leje się żywa woda. Dołem ludzie piją  tę żywą wodę z różnych kielichów, mniejszych i większych, zależnie od stanu finansowego. Picie żywej wody łączy żebraków z bogaczami. Bogacze mogą dziś w jednej chwili stawać się żebrakami. Taki system. Niemal wojenny. Nawet nie „niemal”. Globalizacja jest systemem wojennym i przetasowuje majątki przy pomocy brudnej gry, to jest wojny. Po prostu: wojny. Wojna nagle ma różne nazwy – ekonomiczna, hybrydowa, medialna.

Górą ikony Kobiety Jako Źródła Życia płyną chmury, złożone z błękitnych kulek. To nie są realistyczne obłoki, może jeszcze z wiązkami promieni. Na tych kulkach stoją archaniołowie ze złotymi aureolami.

Na niebie nad Olsztynem pojawiły się nagle te chmury złożone z kulek. Pierwszy raz widzę takie. Następnego dnia znowu są takie.

Żywa woda na ikonie. Rzeczywiste obłoki z ikonicznych kulek na rzeczywistym niebie.

Europeizacja oznacza rozwój patriarchatu. Piszę to, jakkolwiek kuriozalnie brzmią takie słowa. Koryguję: nie tyle rozwój patriarchatu, co jego stan wstrzymany na złośliwym rodzaju raka, na przykład na ciszy wokół handlu ludźmi, na traktowaniu kobiety jako przedmiotu, a o tym nie wolno mówić w głównym nurcie. Ponoć kobieta ma już wszystko. Ponoć wolna jest i basta.

Szkoda, że percepcja ikony ogranicza się do Madonn z Dzieciątkiem. Reszta ikon pozostaje w cieniu. Jest zapomniana, nieodkrywana na nowo. A przecież tyle w nich prekursorskiej teologii. Kobieta, kobieta. Jak jej dużo w ikonach.

To, że maluję kolejne ikony, otwiera mi oczy na detale rzeczywistości. Nagle widzę zielonego ptaka z zielonym dziobem. Ależ to nie ptak. To czubek gałązki, urwany wiatrem, wleciał mi pod nogi. Nie. To zielony ptak. Postawił zielone skrzydła. Wysunął zielony dziób.

Jakie fantastyczne złudzenie.

Rodzą mi się myśli na pograniczu snu i jawy, kiedy zasypiam albo się budzę. Na przykład: żyć w nierozchlapanej jęzorami anegdocie. Albo: starość to stan,  kiedy nie ma ani jednej rzeczy, która by nie wymykała się z rąk. Ani jednej. Albo: najcięższa jest nieobecność. Martwość. Cześć bliskich umarła. Dźwigam te nieobecność jako straszliwy ciężar.

A więc wnikanie w istotę ikony jest wnikaniem w rzeczywistość duchową. Zielony ptak z gałązki jest duchową postacią tej gałązki. Kuriozalnie brzmi? Nie wiem. Metaforyzacja jest stanem duchowości. Ikona to nie symbol. To metafora. To dosłowne życie duchowe. Metafora jest dosłownym życiem duchowym. Metafora bywa istotna i wydumana. Ta wydumana nie pasuje do rzeczy, którą usiłuje określać. Mój zielony ptak nie był wydumaniem. Rzeczywiście wyrósł mi pod nogami.

Maluję ikonę, której tematem jest drabina. Tym razem Tolo czyta mi na przemian to Senekę, to Koran Buczackiego. Dobrze jest słuchać tego i tego. Tolo od razu, już na wstępie, na „Krowie” (część Koranu) nie zgadza się z treścią tej Księgi. Bo Księga już na wstępie dzieli ludzi na wiernych i niewiernych i jest w tym bardzo kategoryczna.

Mówię, że to Orient, że zaraz natkniesz się na frazę, która miło spojrzy na niewiernych, by po chwili znowu ostro ich potraktować. Bierz cudzymi oczami nasze chrześcijaństwo.  W końcu wyprawy krzyżowe kończyły się rzezią ludzi Orientu. Jak mają postrzegać takich chrześcijan oprawców? Cudze oczy to coś. Zobaczysz siebie cudzymi oczami i otrzymasz straszny widok. Poza tym Koran wyrósł z poezji pustynnej i sam stanowi poezję. Ważna w nim metafora. No i jeszcze to: Orient to wpadanie z nastroju z nastrój, taka ciągła zmiana spojrzenia na zjawisko, sprawę, czasy, los, płeć.

A z innej beczki: żyjemy w czasach złej poezji i złej jej percepcji. Większość uważa, że jak krótkie, to poezja, a jak długie, to proza. O, tak rozumieją tekst. W półśnie zostałam obdarzona przez mój mózg tą frazą: jak krótkie to poezja, a jak długie, to proza. Roześmiałam z się w półśnie z tego powodu. Dobrze obudzić się ze śmiechem z doznanej myśli.

Przyrządzamy sobie wierszyk w parku.
Przed nami fontanna. Mówię: patrz, fontanna dymi.

Patrzymy, rzeczywiście dymi. Stawia dymy z białej wody.

Zadymieła. Dymić, a jakby dychała. Dychaje u horu i u niz.

Mówię: patrz, a drzewa wybuchły i tak stoją. To banalne spostrzeżenie, bo nawet mówi się, że wiosna wybuchła. Ale jakby zestawić jedno i drugie, to mamy wierszyk:

Dymiące fontanny
i wybuchłe drzewa.

Inaczej:

Wybuchłe drzewa
i dymiące fontanny.

Straszny cokolwiek wierszyk z drugim znaczeniem. Jeśli w tle czujemy niedawną bombę i trupią obecność cywilnych ofiar w strasznym pejzażu. Poza tym w pierwszym znaczeniu to wiosenny wierszyk. Pogodny.

Tolo dodaje: słyszymy wczorajszy śpiew ptaków. Masz trzecią frazę do wierszyka. Ptaki śpiewają, jak śpiewały wczoraj.

Mamy całość wierszyka:

Wybuchłe drzewa
i dymiące fontanny.
Wczorajszy śpiew ptaków.

Oboje jesteśmy pewni, że to prawdziwa poezja. Nie żadne tam sentymentalizmy, bujanie w obłokach i pijane pędzenie na słowie i na niewstrzymanym przez formę uczuciu.

Usiłuję przetłumaczyć to na język prosty. Jakbyśmy to wczoraj powiedzieli…

Wybuchłyje drewy
i dymiaszczyje fantany.
Ǔczorasznija  śpiewy ptuszkaǔ.
Oj. Ci heta dobry pierakład?

Niekataryje mocno upeǔniany, szto nikjakoj wajny ni budzia, bo każdaja starana maja atom. I szto z hetaho, szto atom majuć i na hetym raście peǔnaść?

 Ja niupeǔniana ani trochi. Heta skazaǔ mnie nasz wierszyk. Jon prylacieǔ z wietram z paślazaǔtra i adtul hladzić na mianie dymiaszczymi waczami.

Da pabaczennia paślazaǔtra.

Tamara Bołdak-Janowska. Luli, luli.

felietonisci-051. Zakłębiły mi się w głowie kołysanki, śpiewane przez matkę. Luli, luli, ǔsie dzietki pasnuli. Albo: śpi maja kwietaczka… Cicho świecić miesiac jasny ǔ kałybiel twaju… Luli, luli, luli, prylacieli kury, stali sakataci, nima czaho jeści daci. Trochu harochu, jaczmieniu żmieniu, żyta paǔ sita, luli, luli, luli… Luli, luli, luli, ǔsie dietki pasnuli, tolki doczańka ni spić… W miejscu słowa „doczańka” wstawiało się konkretne imię, córki albo syna.
– Widzę, że wasze kołysanki miały przede wszystkim charakter bytowy – mówi mi Tolo.
– Bo to były śpiewa
ne opowiadania o życiu – odpowiadam. – Wszystkie nasze pieśni były takie, bytowe, więc tożsamościowe. A ty pamiętasz matczyne kołysanki?
– Nie pamiętam i nie wiem, czy mi matka je śpiewała.
– Może znała same niemieckie, to nie śpiewała? Smutna powojenna sankcja kulturowa? Mówiłeś, że takie sankcje były u was.
– Może i tak. Nie pamiętam i już. Chyba u nas było surowiej w stosunku do dzieci.
– Ja matczyne pamiętam. Mam wczesne wspomnienia. Poza tym matka śpiewała mi je wtedy jeszcze, kiedy miałam trzy lata. Ostatnio, aby zasnąć, przywołuję głos matki i kałychanki. Nigdy, nigdy już tak nie będzie. Szkoda, że nie znasz niemieckich kołysanek. Wygooglałam, że „Oh, du lieber Augustin, Augustin” to kołysanka. I nie wiem.
– To chyba nie kołysanka.
– Następująca polska kołysanka jest cudna, skoczna: Ta Dorotka, ta maluśka, ta maluśka, tańcowała dokoluśka, dokoluśka… Teraz śpi już w kolebusi na różowej swej podusi… Racja stanu nie widzi matki i dziecka, i tej podusi.
– Nie ma na świecie większej intymności, niż matka, śpiewająca kołysankę zasypiającemu dziecku. Racje stanu są zbyt odległe od tych dwojga, od tej jedni.
– Nie ceni tego obrazka kreatura, wydająca rozkaz bombardowania „wroga”. Nikt nie ceni tej intymności. Matka śpiewa dziecku „Pridiot siereńkij wołczok i uchopit za boczok”, a tu spada bomba i nie ma dziecka, nie ma matki, nie ma kołysanki. Bo śpiewała po rosyjsku, a więc i ona, i dziecko są wrogami. Inna matka śpiewała po białorusku „śpi maja kwietaczka” i oboje zginęli, spaleni żywcem przez oddziały SS-Galizien. Bo to „wrogowie”. Dzisiejszą racją stanu u mnie jest pokój. Nie lubię ludzi z wiecznie prowojenną racją stanu. Nie lubię ludzi, lecących po wojenne łupy. A współczesna racja stanu dość długo trwała w świecie jednobiegunowym. W takim świecie, z jednym centrum, każda racja stanu będzie kolonialna, podporządkowana zachciance jednego centrum, jego egoizmowi w imię jego interesów. Racje stanu zaczynają to rozumieć, kiedy już egoizm i cynizm tego jednego centrum rozbestwia się w jego niezliczone wojny, w bez dania racji napastnicze, a chodzi wyłącznie o wojenne łupy.

A matka śpiewa: Śpić pad lesam abłaczynka, zasynaj maja dziaǔczynka… . dobraj noczy, zasynaj moj luby chłopczyk… A tut nima spakoju, nima dobraj noczy. Bomby z nieba laciać i u piǔnicy trebo jakoś spać. I po ukraińsku: De chamońka tepłeseńka, de dytyna małeseńka… De’ż my budem noczuwaty… I walą bomby wojny domowej. De’ż my budem noczuwaty… I bomby. Mam za bandytę każdego, kto krwawo przerwie matczyną kołysankę, polityka też, a czy to polityk Zachodu czy Wschodu nie obchodzi mnie. Teraz chyba matki nie śpiewają kołysanek nawet tam, gdzie pokój. Pytam młodych o kołysanki, a im ich nie śpiewano. Niektóre matki jednak śpiewają. Jestem tego pewna. Mimo wszystko to malutka pewność. Kołysanka należy do czasu pokoju i matczynej pewności dachu nad głową, czystej pościeli, miękkiej poduszki.
– Szkoda, że nie pamiętam, czy śpiewano mi kołysanki – żali się Tolo.
– Wiesz, że Słowianie nazywali swoją mitologię bają? Stad słowo „bajka” i „bajuszki, baju” w kołysankach?
– Co ty mówisz? Aha, czyli stąd „bajać”.
– Tak. Nie znamy swojej słowiańskiej historii. Już kolejny raz stwierdzam to z przykrością, niemal z bólem. Śpi spakojno, zakryj ty woczki, bajuszki, baju…Matki już nie rozumiały śpiewanych słów, jak rozumieliśmy to przed wiekami, ale podświadomie wyczuwały dawne znaczenie duchowe, taką tajemnicę. Dziecko miało spokojnie zasnąć i pogrążyć się w bajce śnienia. Baja miała je obdarzać wspaniałymi obrazami. No i ta łączność matki i dziecka, to było coś wspaniałego. Teraz co usypia dziecko, telewizja, komputer? Zimny wychów wraca? Co robi matka, gdy dziecko zasypia? Może mu czyta bajkę? Dlaczego przestała śpiewać kołysanki? Nie ma czasu, bo musi wsadzić nos do Internetu i jeszcze popracować? Bo się wali z nóg ze zmęczenia? To nie jest życie, praca przez całą dobę. Dawniej nianie z ludu śpiewały kołysanki dzieciom. Miały na to dość czasu. To one podtrzymywały ciąg naszej kulturowej historii.
– Oglądałem film dokumentalny o Berlinie w czasie I wojny światowej. Matki pracowały w fabrykach broni i otrzymywały zasiłek socjalny, ale tylko na jedną osobę. Nie można było z tego wyżywić dzieci. Głód był straszny. W filmie wypowiadały się roczniki 1910-14. O dzieci wtedy nikt nie dbał. Przeżyje to przeżyje, a nie, to nie. Ojciec wraca z wojny, a dziecko chowa się w kącie ze strachu, bo nie poznaje. To obcy w mundurze.
– Jasne. Nikt wtedy nie miał głowy do kołysanek. To przerażające. Oh, du lieber Augustin, Augustin. O, mój miły Augustynie, Augustynie, wszystko minie, wszystko minie. Nie mijają straszne wspomnienia z dzieciństwa bardzo starych dzieci. Dobrze, że powstał taki dokument o zniszczonym przez dorosłych drani dzieciństwie. Poruszający dokument?
– Poruszający. Starcy z pokaleczonym dzieciństwem. Reżyser zdążył ich wypytać. Jutro umrą. I znowu dorosły oprych będzie niszczył czyjeś dzieciństwo.
– Kiedy siadamy sobie przy fontannie z kormoranami w naszym parku Podzamcze, to niezmiennie myślę: jak dobrze, że można sobie tak posiedzieć. Miło. A w parku Podzamcze wokół centralnej misy fontanny z kormoranami rosną białe piwonie. Białe i płowe. I ty je widzisz. Blisko wody, więc ogromne. Patrzę i widzę białe i płowe fryzury aniołów. Staranne. Z lokami. Kiwają się. Nachylają ku sobie. Oglądam rajski spektakl. I chcę tu siedzieć długo, aż poczuję, że mi pośladki zdrętwiały od twardej ławki. Jaka błoga chwila pokoju. Nigdzie nie widziałam tak ogromnych piwonii. I ciągle ci to powtarzam, że to aniołowie, szczątek raju.
– Kolęda „Lulajże, Jezuniu” to właściwie kołysanka.
– Tak, ale sakralna. Matki tego nie śpiewają dzieciom.
– Przejdź się po kołysankach świata, indiańskich, afrykańskich.
– A jak? Musiałabym znać wszystkie języki świata. Coś mogę wygooglać, ale to nie to samo, co słuchać ich w chwili śpiewania w samym życiu. Wygooglałam tyle, że to Łemkowie i Białorusini mają czy też mieli najwięcej kołysanek, że pieśń u nich budowała tożsamość. Ciąg pieśni matek jednak został zakłócony przez kulturę bez pamięci, bez tożsamości. Łemkowska kołysanka też była śpiewanym opowiadaniem o życiu. Hajciu lulu, lulu, a ja tebe stulu. Stulu ja tia stulu, pid zelenu dulu. Dula bude cwyty, Marynia chodyty… Piękne. Szkoda, że nasze pianino potraciło struny i rozstroiło się. Siadłabym, zagrała kołysankę. Poczułabym się matką albo dzieckiem, albo dwojgiem.
– Mamy coraz więcej możliwości ogłaszania nowych racji stanu i machinacji przy tym, bo przecież mnożymy wojny o strefy wpływów, o surowce. Na tej drodze matka z dzieckiem nie naszego narodu to wróg. To obcy. Trzeba go zabić, poznęcać się, odczłowieczyć. Społeczeństwa demokratyczne nie zasłaniają się coraz nowszą i wredniejsza racją stanu, bo w nich każdy może mieć swoją kulturową tożsamość. Wymuszają to w procesie pokojowym na sąsiedzkich wrogich kołysankom racjach stanu. Państwa Zachodu żyją w pokoju sąsiedzkimi grupami. Nie do pomyślenia tam wojna domowa. Nie odczłowieczają sąsiedzkiej matki z dzieckiem i kołysanką. Inna sprawa: czy jest tak, że im mniej kołysanek, tym dzieci chętniej krytykują matki, hodują w stosunku do nich chłód serca?
– Nie ma idealnych matek. Kołysanki się pamięta. To wspomnienie ratuje przed złym myśleniem o matce. Pokojowe współistnienie w Europie? Różnie to bywało, przecież wiesz. A dzisiejsza racja stanu ma charakter naciąganej racji, bo jakieś mocarstwo tak nakazuje. Europa nie tak dawno była straszna. Natknęłam się na pracę Julii Makosz, a w niej na coś przerażającego. Julia Makosz w pracy pt. „Pieśni getta” opowiada o żydowskich kołysankach z getta. Nit kejn rożinkes, nit kejn mandlen. Nie ma rodzynek, nie ma migdałów. Ta kołysanka powstała z innej pieśni getta o głodzie. Autorka przytacza poruszającą pożegnalną wojenną kołysankę: Nit kejn jidysz, kejn lid, wajl du bist mer kejn jid. Żadnego żydowskiego słowa, żadnej pieśni, bo nie jesteś już Żydem… Chodziło o to, że matki porzucały dzieci pod nieżydowskimi domami w nadziei, że ktoś je przygarnie. Matka w tej kołysance żegna synka. Taki rodowód miała ta kołysanka. Przerażające. Przygnębiające. Nie do zapomnienia. No widzisz. Najsmutniejsze kołysanki świata powstawały w żydowskim getcie.

– Niedawno obejrzałem „Zakazane piosenki”. Szczególnie poruszyła mnie pieśń dziewczyny, Żydówki z getta. Śpiewała o Warszawie, ale na melodię „Mejn sztetełe Bełz”. Polskie okupacyjne pieśni wychwalały smykałkę radzenia sobie z napastnikiem i wyśmiewania go, wyszydzania. Miały zadziorny ton. Warszawiak sobie poradzi. Nikt go nie zniszczy, nie upokorzy. Była w nich radość sprzeciwu i niepodważalna nadzieja na poradzenie sobie z okupantem. A ta pieśń żydowskiej dziewczyny była bezgranicznie smutna i bez odrobiny nadziei na przeżycie. Ojej.
– Pamiętam. I to też jest nie do zapomnienia. Teraz przymierz to do gier komputerowych, do zabijanek, a najgorzej, że zwykle utrzymanych w klimacie macho i seksistowskim. Stało się coś strasznego w kulturze. Dziecko jest uczone krwawej przemocy, seksizmu, bycia twardym macho. Klik. I wróg zdechł w kałuży krwi. Klik. Dopadamy „dziwkę”. Koleżankę w realu zwyzywamy od dziwek. Jaka strata czasu na nauczenie się wrażliwości! Stasiek Wielanek z Kapeli Warszawskiej śpiewał kołysankę wojenną: W suterynie daleko za miastem, w suterynie, gdzie nędza i głód… Teraz mamy lulu-lulu dla dorosłych, gadki szmatki telewizyjne. Propaganda wojenna to takie lulu-lulu. Śpijcie spokojnie, bo wróg znaleziony i będziemy go odczłowieczać i zabijać. Śnijcie zwycięstwo bez zwątpienia. Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że zwątpienie łączy, a fundamentalizm dzieli. Tak się dzieje w religii, ale przecież i w polityce, kiedy partia czy dmuchana racja stanu to fundamentalna wiara. No więc usypiacze bardzo dbają o nasz brak zwątpienia. To nie jest wbrew pozorom myśl banalna. Spostrzegłam, że w religii zwątpienie, aż do postawy ateistycznej, naprawdę łączy. Ludzie, wolni od propagandy religijnej, mogą ze sobą rozmawiać na przykład o sztuce. I rozmawiają. Ci ludzie rozmawiają!
– Napisałem antykołysankę wojenną. Rundherum dumm! Dumm! Dumm! Schritt und Tritt und Schritt: und vorwärts, Lili Heil!
– Ale Lili Marlene to piękna pieśń. A ty tu tak nawiązujesz. Lubię Lili i często słucham. To o kobiecie strasznych wojennych czasów piosenka. To nic, że śpiewali ją niemieccy żołnierze. Mnie ona wzrusza i ma piękną melodię.
– To nic, że u mnie jest Lili Heil. Tłumaczę całość: Naokoło dum! Dum! Dum! (znaczy to również: głupio! Głupio! Głupio!) Krok i kopniak, i krok. Naprzód, Lili Heil (heil to: cały, nienaruszony, zagojony).
– Jako antykołysanka jest bardzo na miejscu.
– Antykołysanka czasu wojny. Nie. To nie antykołysanka. To parodia kołysanki.
– Ojej. Miałam pisać w miłym tonie. Słyszę polską kołysankę: Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga… Elżbieta Binswanger-Stefańska pamięta tego Wojtusia. I aa-a, kotki dwa. Spytałam ją na fb, czy pamięta matczyny śpiew, bo mało kto pamięta. Ona pamięta. Mój ojciec śpiewał mi jakieś żołnierskie piosenki na dobry sen, przygrywając na akordeonie. Zapamiętałam tylko „Rozszumiały się wierzby płaczące”. Potem śnili mi się ludzie o strasznych twarzach, zaglądali do okien. Na ogół spałam dobrze i po „wierzbach płaczących”. Najbardziej zapamiętałam matczyną kołysankę o dwóch Jasieńkach: Luli, luli, lulasieński, pabilisa dwa Jasieńki. Za jakuju pryczynu, za charoszu dzieǔczynu. Tę kołysankę zanotował spośród wielu innych Stefan Kopa w swojej książce „Biełaruskije pieśni Haradockaj ziamli”, podał nuty. To książka bezcenna, o której już pisałam, ale znowu do ciebie mówię o niej, bo warto wiedzieć, że są na świecie ludzie, dla których nasze kałychanki są fascynującym tematem. Co więcej, uważam, że ta książka powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich z utraconym dzieciństwem, takim jak moje, białoruskim, ale po wojnie pogranicznym. Tyle pieśniowego bogactwa przeminęło lub właśnie przemija. Chociaż sobie przypomnijmy, co nam matki śpiewały. Ale ty nie pamiętasz, czy matka ci śpiewała kołysanki.
– To ja teraz przeczytam twoją „Kołysankę osobistą” z twego „Hop! Hop! Hop! Traktatu o samotności”. Ty ją napisałaś dla matki, która śpi w ziemi, ale nie może usnąć w tobie. Napisałaś sonet-kołysankę. Opisałaś rytm relacji matka-dziecko. Posłuchaj siebie, jak brzmisz w moich ustach:

Jestem kobietą, rodzę czaszkę,
ciesząc się z niej.
Ładnieję.
Czaszka cherubinowa.
Prawdziwie moja.
Do krzyku jej dziąseł
pierś natychmiast doniosę
z fizjologicznie ciepłym mlekiem.
A zęby czaszki wykarmionej
nadadzą ciału mojej czaszki
lokalne i światowe imię:
moja matka.
A ja się już tak nie wyzbieram.
Mojej matki nie ma.
A jeśli jest, to nagą czaszką.
I ja jej zwrócę własną.

– To prosty sonet, ale niezupełnie. Rymy tworzą zasłonę na przepaści, do której trafiają wszyscy. Płytka przepaść, mahiłka. A wiesz, że lulek to psianka, której dym działa uspokajająco i nasennie? Maryśka rodzima? Wytępiono ją na rzecz alkoholu i rozpijania. Czarownice rozbiły z lulka „maść do latania”, czyli wizji. Z dodatkiem pokrzyku, mandragory i bielunia. Ten sonet napisałam bez Bai i nie po lulku, nie po „maści do latania”. Nie używam. Lubię trzeźwość oglądu spraw. Trzeźwo ujrzałam rytm czaszek. Ramiona matczyne, lulające dziecko do snu, działały przyjemnie narkotycznie. W mózgu małego człowieka tworzyło się miejsce na przyjemność, naturalnie wywołaną. Chyba dziś to miejsce się kurczy albo w ogóle nie powstaje. Nie czujemy języka, tracimy go. Nawet nie wiemy, że słowo „człowiek” oznacza: czuć, czuwać, być na czele swego plemienia, narodu, z powodu mądrości. Tracimy w języku czucie tego, co było słowiańskie. Nie wiemy, że słowo „naród” ma znaczenie „rodzić”, „narodzić ludzi”. Jest słowo „ululać się”, czyli upić. „Ululany” to pijany. A to wszystko w znaczeniu: narkotyczny, śniący albo nieprzytomny. „Lulki palą” nie oznacza, że palą fajki, tylko że mają w fajkach narkotyczne lulki. Jeśli jesteśmy przyjemnie zmęczeni, mówimy: idę lulu. W kałychankach mieliśmy: luli, luli. Ramiona matki i jej śpiew na dobranoc to był właściwy narkotyk.

Tamara Bołdak-Janowska, Adzin dzień z majaho życcia (II)

felietonisci-05 2. Męczy mnie wczorajsza myśl: w USA będą powielać filmy Kieślowskiego jako serial, oparty na amerykańskich realiach. O, matko! To takie pośmiertne życie ma wybitny reżyser? Rozmienią go na serial? Wezmą jego pomysły, jego motywy, jego pracę i dowolnie pozamieniają w popkulturowy serialik? Napiszą chociaż, że to na motywach z Kieślowskiego? Komuś się forsa w oczach kręci, więc w taki sposób sprzedał Kieślowskiego? Nie podoba mi się ten brak ochrony wybitnego pierwowzoru Kieślowskiego. Wyniknie z tego jakaś kieślowszczyzna, tak jak z Dostojewskiego wyniknęła dostojewszczyzna?
Piję następną kawę.

Ćmi ząb. O, matko. Przedni ząb. To znaczy czwórka. Muszę ją usunąć i wstawić nowy. Kilka lat temu przewróciłam się na bruk i wybiłam sobie piątkę, a czwórkę złamałam i jest nadbudowana. W miejscu piątki mam klips. Teraz będę musiała robić sobie podwójny klips. Niespodziewany wydatek. Głupi upadek, który odebrał mi dwa zdrowe zęby. Potknęłam się o wystający kamień.

Tolo nagli: Przygotowałem ci następne dwie deseczki na ikony. Będę czytał ci Amosa Oza. Utwór o kobietach Izraela. Dużo czytania mamy.

Jem przeceniony ser, przecenioną suchą kiełbasę i popijam przecenioną jogobelą. Kupuję tylko przecenione jedzenie. Nauczyłam się wybierać trwalsze produkty, te, którym służy schnięcie. Przecenione jogurty wszystkie są dobre. W tym sklepie przecenione jedzenie ma jeszcze dzień lub dwa do upłynięcia terminu ważności. Jak dobrze, że mam taki sklep. Obok mnie grzebią w tych przecenach emerytki, wynędzniałe i nie. I te dobrze ubrane, i wymalowane też grzebią. I młoda osoba stale bierze przecenione jogurty, ciesząc się, że może kupić ich dużo.

Jem bez chleba. Jem, to znaczy biorę kęs tego i tamtego. Inaczej nie będę miała za co leczyć zębów. Dlaczego u nas jedynie parlamentarzyści mają darmowych dentystów? Co to jest? Przecież jestem ubezpieczona, płacę składki zdrowotne z mojej najniższej emerytury. W publicznej przychodni w Olsztynie na leczenie zęba czeka się kilka miesięcy. Najbliższy termin: styczeń 2016. Tia… Czyli na wizytę przychodzi się w stanie bezzębnym lub prawie bezzębnym. Co do jedzenia: kaliś żyli biez ladowak. Mai pieracenianyja pradukty takija samyja, jak byli naszyja, kali my żyli biez ladowak i jaża lażała na palicach. Najlepszaje było suchoje miaso, suchija kumpiaki. Kumpiak wisieǔ na hare. Suchuju kaǔbasu maci kłała letam u piecz. Piecz heta była nasza ladoǔka. Chałodny padwał heta była ladoǔka. Myszej ni było, bo u chaci zaǔsza była ławucza koszka. Pacukoǔ ni było nawat la pamyjnaj jamy. Czasami pajaǔlaǔsa adzin pacuk, ale maci zaraz jaho czymś strasznym atruła. Atrawu prywiazła ad swajej siatry, majej ciotki z Białastoku. Arszenik? Hetuju strasznuju atrawu maci patom hłyboko zakapała u jołkach, kali mieła wyjachać da Białastoku. Lażyć tam. Miesto znaju.

Ćmi ząb. Cóż. I tak, wybity czy nadłamany, to jeszcze nie wszystkie kłopoty z zębami. Wiek zrobi swoje i wkrótce pozostałe zęby wyruszą w podróż z moich ust.

No tak, ale ja już jestem spisana na straty. Nawet dowód osobisty otrzymałam już dożywotnio. Już mam wyliczone, ile mniej więcej będę żyła. Nieco powyżej cyfry: 10. Tak? Ano. Niedobrze mi. Tak bliski koniec. Cieszę się jednak, że już nie muszę kłopotać się uzyskiwaniem nowego dowodu osobistego. Mam go do końca życia. Zdaje się, że już o tym pisałam. Jednakże w związku z dożywotnim dowodem osobistym niemal codziennie powraca doznanie krótkości drogi przede mną.

Tolo skarży się na bóle w kręgach szyjnych. Robię mu masaż. Umiem robić masaże. Sobie robię dzień w dzień masaże całego ciała. Nawyk ten został mi z czasów, kiedy trenowałam akrobatykę. Na leczenie Tolo musi czekać jeszcze kilka tygodni. Czeka od kilku miesięcy.

Po głowie od tygodnia krąży początkowa fraza pieśni: szałandy połnyje kiefali.
Co to znaczy? Od lat znam tę pieśń i od lat nie znam znaczenia tych słów. Tolo też nie wie, co to są te szałandy połnyje kiefali.

W końcu zmuszam się do sprawdzenia w Internecie, co znaczą te słowa. Aha. Kiefali to cefale, rodzaj ryb, a szałandy to statki rybackie. Nareszcie wiem.
Śmiejemy się.

A ja myślałam, że to kieliszki, napełnione jakimś gruzińskim winem. I chyba też o tym już pisałam.
Muszę wyrzucić z głowy te szałandy połnyje kiefali. Za chwilę dopadnie mnie inna pieśń.
Dopadła. Wstawaj, strana agromnaja
Poskramiam. Nie moja to pieśń.
Inna pieśń dopada: Wo błażennom uspienji wiecznyj pakoj podażd’ Hospodi, rabie twojej, Tamare, i sotwory jej wiecznuju pamiat’…
Poskramiam. Nie pora jeszcze położyć się tak, żeby już nie wstać. Wstawaj strana agromnaja – wołam do siebie. Mogę się uśmiechnąć.
Tolo nagli: Idziesz? Malujesz?
Przerywam szkic. Idę malować kolejną ikonę i słuchać utworu Amosa Oza o kobietach Izraela.
Szkic dokończę po południu.

Przerywam malowanie małej ikony. Idę coś zapisać. Postanawiam nic nie jeść do wieczora. Dziś już jadłam. Jeśli będę więcej pieniędzy wydawać na jedzenie, to nie będę mogła zapłacić za czyszczenie mego laptopa, który jest prezentem od córki. Kompy też się starzeją.

Bohaterowie Amosa Oza rozmawiają o sztuce, o literaturze. Prawie nigdy o sprawach rodzinnych, domowych. Takie rozmowy łatwo przeradzają się w obrzydliwe plotki. My, Słowianie czy też chrześcijanie, żyjemy plotkami. Ja z Tolem zdecydowanie – nie. Rozmawiamy o dziełach sztuki, książkach, tak jak Żydzi u Oza.

Plotkarskie rodzinne rozmowy straszliwie mnie nudzą. Brzydzę się nimi przez to, że tworzą góry plotek na temat osób bliskich, spokrewnionych, znajomych. Chrześcijańskie rodziny wymyślają niestworzone rzeczy o bliźnich swoich i tym żyją. Uczulenie na plotki mam po matce. Nie znosiła plotek i ich autorów czy autorek. Tolo też nie lubi rodzinnej plotkarskiej gadaniny. Trwa godzinami i nie stanowi wiedzy, ani jej nie daje.

Przez chwilę rozmawiamy z Tolem o tej różnicy rozmów chrześcijańskich i żydowskich na korzyść żydowskich. Jak to sprawnie opisuje Amos Oz. Jak drąży charakter swego narodu. Jakie prawdziwe są u niego kobiety. Przede wszystkim nie istnieje u niego ześwirowany bohater, jakiś zbok i narcyz, jak notorycznie to bywa w naszej literaturze. A kobiety nie są jak lalki. To nie przedmioty. I nie muszą być piękne ani zgrabne, aby były ludźmi. Seks opisuje nie w sposób pornograficzny, jak w naszej literaturze. Męskie kłopoty z pożądaniem też opisuje nie w sposób pornograficzny, nie w sposób wulgarny. Opisuje zwykłego człowieka, a w ten sposób pozbawia człowiek zwykłości. Nie ma u niego zwykłych. Każdy jego znajomy i nieznajomy, każdy swajak, heta zaǔsza chtoś inciaresny i fachowy u swajej raboci. I daścipny. Jakże tego brakuje w naszej literaturze. Musi być zbok, bandyta i porno, a wszystko papierowe, a to porno to obleśny kicz. U Amosa Oza nie istnieje papierowy bohater, a do tego odpychający.

Chce mi się jeść. Hola, moja pani. Jeśli jeszcze schudniesz, będzie lżej chodzić. Już nie możesz szybko i lekko chodzić po Olsztynie, który leży na wzgórzach i każda ulica to droga pod górę i z górki, i znowu pod górę. Schody i schody. I górka bez schodów. I znowu nie możesz wejść. Kucasz. Masujesz łydki. Sapiesz. Schudnij jeszcze trochę. Trzymaj się swego reżimu. Mówię do Tola: Przeprowadźmy się w miejsce równinne, równe jak stół. Tolo się śmieje. Ja też. Tam dobro, dzie nas nima. Zaǔsza tak dumajam.
Znowu Wo błażennom uspienji wiecznyj pakoj…

Jak mało mam czasu w życiorysie.

Bezdomny, aby w nocy ułożyć się do snu na moim półpiętrze, otwiera drzwi wytrychem. Wiecznie popsuty zamek. W którymś momencie stwierdzam, że zamek otwiera się, kiedy rzucę „kurwa mać”, jak w filmie „Seksmisja”. Kręci się kluczem, kręci, aż na „kurwa mać” nagle załapie. Dziś przypomniałam sobie ten sposób otwierania popsutego zamka i jestem mniej zła na tego bezdomnego z wytrychem. Nie. Nadal jestem na niego zła. I natychmiast na system, tworzący niezliczoną liczbę bezdomnych.

Idziemy na spacer do parku Podzamcze. W nim też góry i doliny. Ciężki spacer. Chwilami tortura. Lewa noga odmawia posłuszeństwa. Tolo: Za dużo gadasz o zębie i nodze.
Kulhaju.

Kulbaki ni ǔziała. Uże maju kulbaku. Tolo jaje zrabiǔ. Na joj ǔzory. Ja ich wyrazała wostrym nożykam. I dała kalory. Jeśli mieńsz jem, ta kulbaka ni patrebna. Jesz mieńsz.

Nic szczególnego, ten spacer. Spokojny, nie było nieznośnych spacerowiczów, wrzeszczących do komórek. Ludzkie głosy w nowym systemie są z reguły nieprzyjemne. Nawet w telewizji. Nieprzyjemna ostrość w głosie. Spikerzy nie mówią na wdechu, tylko z tą nieprzyjemną ostrością. Nie raczą poćwiczyć mówienia. I nieprzyjemne twarze na każdym kroku i w telewizji. Nieprzyjemnie otyłe sylwetki. Co się dzieje z ludźmi, że tak brzydną? Brzydko, ciężko chodzą. Na młodych mężczyznach wiszą dupy, to jest spodnie mają z wiszącą dupą. Nie mogę na to patrzeć. Tolo: Już o tym nie mów, nie patrz. Ja: Jak nie patrzeć, kiedy komuś dupa wisi? Głupi szpan. Lezie w oczy sam. O, kolejny z obowiązkowo wiszącą dupą. Jakby tam co niósł.
I dzień to nic szczególnego.

Wracamy, Tolo czyta Amosa Oza, a ja maluję dwie miniaturowe ikony.
Wieczorem oglądamy rosyjskie wiadomości. Tu przynajmniej zdarza się rzetelny komentarz. Znowu wieczór z Sołowjowem. Temat: państwo islamskie. Zaproszony imam nie jest zbyt wysłuchiwany. Mówi, że chrześcijanie rozwalili Orient, no to następnie odzywa się najostrzejszy fundamentalizm. Nie było powodu do bombardowania Iraku, Syrii.

Przez chwilę czuję od wewnątrz, o co mu chodzi. Bez dania racji spadają na ludzi bomby, a no bo należy rozwalić Orient i zaprowadzić tam tzw. demokrację. Należy? Pora już i to późna, żeby mówić prawdę. Nie chodzi o demokrację. Demokracji już nie ma.

Czy to wiemy? My sobie, wojna sobie, bo jakiemuś zbirowi tak się chce? U nas nigdy nie będzie wojny?
Znowu nie godzę się na przekonanie Rosjan, że Biełarusy i Ukraincy eto odin narod. Powtarzają to ciągle. To pogląd z głębokiej komuny, ale już niezupełnie. To powielenie amerykańskiej wiary w jeden niepodzielny „naród amerykański”. Amerykanie obywatelstwo amerykańskie pojmują jako „jeden naród”. Rosja dziś robi z tego analogię u siebie. A jak może to robić, kiedy część byłych republik to już samodzielne państwa, a nie stany, jak w USA? Przestaliby wreszcie głosić to, co nie jest prawdą. Kab choć raz chtoś u Sołowjiwa heta skazaǔ. Szto heta ni adzin narod. Ali nie. Ceły czas piardziać ab adnom narodzi.

Ni taki kiepski byǔ dzień. Paczytali Amosa Oza i pahawaryli ab ludziach, katorych apisaǔ tak praǔdziwo. Namalawała ikonku.

Znoǔ sztoś prypaminaju. Słowy, katoryje paǔtarała maci: A skolko mnie tut żyć astałosa? Usio, szto mieło być, uże było. Niczoho mnie ni trebo. Za doǔho żywu, ali żyć ceły czas choczacca. Kab choć ni lażać na hłybokuju staraść. Mnohija kabiety tak lażać. Kab choć chadzić da kanca swaimi nahami i ad nikoho ni damahacca łaski. A ruki parabilisa nizhrabojdami. I z cełaho czaławieka robicca nizhrabojda.

Zrabiła probu: ci mahu pierakłaści na prostuju mowu mój manadram o światoj Ksieni z Piciara. Chibo ni mahu. Moża mahu? Ksienia była wykształconaja. Ci joj pasuje nasza prastaja mowa?

Biaru mai nasonnyja pigułki, jak ǔczora, pazaǔczora, ada dnia, kali daczka umiarła, i budu ich brać da kanca życia, i zaraz zasynaju.

Tamara Bołdak-Janowska, Byǔ sabie mużyk (1)

felietonisci-05 1. „Była sobie baba” – tak brzmi tytuł jednego z opowiadań Izaaka Babla. Opowiadania Babla są rewolucyjnie wybitne, to znaczy są genialne na wieki wieków. Nikt tak nigdy nie pisał i nikt tak już nic nie napisze. Dziś obowiązuje słuszny produkcyjniak. Najlepiej wodolejstwo przemieszać z porno. Najlepiej pisać jak gimnazjalista. Łatwo, prosto. Niewykształconym, niedojrzałym językiem ojczystym, a może nawet gwarą uczniowską. No i koniecznie to porno.
Za swoją genialną twórczość Babel zapłacił życiem. Nawet grobu nie ma. Nawet nie wiadomo, kiedy został zabity przez agenturę. Nie tak opisał wojnę domową na Ukrainie. Nie tak opisał armię konną. Nie tak opisał Rosjan, Żydów i Polaków. Nie tak opisał dowódców. Nie tak opisał kobiety. Trzeba było nie pisać, że kobieta musiała znosić obecność mężczyzny przemocy – obecność straszną, męczącą, rujnującą życie i urodę. Trzeba było opiewać rewolucję, wojnę domową i dzielnego faceta, a tu Babel opisuje prawdziwe życie. Opisuje wrednych strasznych ludzi każdej narodowości na Ukrainie.
Tak jak po Pinie Bausch nie jestem w stanie oglądać opiewanych współczesnych spektakli teatralnych, tak po Izaaku Bablu nie jestem w stanie czytać opiewanej współczesnej literatury.
Nieznajomość utworów Babla uważam za współczesne kalectwo umysłowe.
Byǔ sabie mużyk. Żyǔ byǔ sabie muzyk.
Takiego pisarza zamordowano!
Takiemu pisarzowi nie przeznaczono miejsca na cmentarzu.
Takich pisarzy, jak Babel, stawiamy pośród bliskich, najbliższych.
Opowiadania są zwięzłe, krótkie, ale ileż w nich życia! Żydowskie życie Odessy, Galicji. Tego życia, tej kultury już nie będzie w Europie.
Co to są „wartości europejskie”? Krew, przemoc, nasza kochana wojna, partyzantka, wojenka, wojenka?
Te „wartości europejskie” to coś takiego: ot, tak sobie po prostu można usunąć całą kulturę, jej ludzi, prostych i wykształconych. Spustoszyć przez to Europę, aż serce boli. Nigdy już nie będzie w Europie zachwycającej kultury żydowskiej, ani jidysz, ani żydowskiego porywającego folkloru. Luka nie do przebaczenia, nie do zaakceptowania.
Jest z Europejczykami gorzej. Gorzej jest w europejskiej kulturze. Z tego co było, z dramatu wojny, holokaustu, robi się nawet rozrywkę, a z obecnych przerażającyh wojennych dramatów – telewizyjne jednostronne propagandowe „szoły”. Te „szoły” to mają być te „wartości europejskie”?
Maluję koty na zamówienie, a Tolo czyta mi Babla. Tak mamy od dwóch tygodni. Słucham opowieści Babla i widzę wszystko, co w nich jest. Słyszę tamte głosy. Widzę ich nędzne życie.
Tak jest dobrze, stworzyć taki duet.
Namalowałam już dziewięć portretów kotów.
Namalowałam koty mojej córki.
Tolo mówi nagle: Kobiecie łatwiej nakrzyczeć. Rzucić się z pięściami.
Powiedział to w związku z antywojennymi protestami kobiet na Ukrainie.
Może tak jest, ale przecież kto je wysłucha? Kto przerwie głupią wojnę z powodu kobiecych pięści i kobiecego krzyku?
W jednym z opowiadań Babla jest podsłuchana przez autora rozmowa prostytutek. Podsłuchana, a więc autentyk. Kobiety musiały sobie radzić podczas wojny domowej. Tak też – poprzez prostytucję. Kobiety w dramacie wojny.
Babel zapisuje słowa o bezcennym znaczeniu w literaturze: „Po raz pierwszy w życiu usłyszałem, co kobieta mówi do kobiety”.
Mówię, że to bezcenne słowa, ponieważ nigdy dotąd żaden z pisarzy nie wsłuchiwał się, co też mówi kobieta do kobiety. Nie interesowało to pisarzy. Wymyślali sobie kobietę i jej słowa. I u Babla kobiety są, jakie są, brzydkie i piękne, mądre, mądrzejsze, głupie, głupsze. Jednak najważniejsze, najdonioślejsze jest to, że Babel widzi kobietę w obcej dla niej historii, w czasie wojny domowej. No i te słowa kobiety do kobiety, to porozumienie: radzimy sobie, jak możemy.
A my, kobiety, wciąż mówimy więcej, kiedy jesteśmy w towarzystwie samych kobiet. Ja też to robię. Wszystkie tak robimy.
Nasza mowa nie istnieje w pełni.
Mówię więcej, ale nie wszystko. I nie chodzi o głupie myśli, które po pewnym czasie ulegają rozumnej modyfikacji. Chodzi o fakty z naszego kobiecego życia.
W „Restauracji strasznych potraw. Rozprawie gardłowej” opisałam jawnie, co mówi kobieta do kobiety, i w „Tfu! Z ludźmi! Szkicach małych i miniaturowych”. Reakcja była i pozytywna, ale ze strony kobiet otrzymałam również wrogą napaść. Nie mogę się temu nadziwić. Moje zdziwienie jest tragiczne. I wiąże się ze słowami innego wspaniałego autora, Bertranda Russella. Zaraz do tego dojdę.
Tolo teraz czyta autobiografię Bertranda Russella, a ja maluję ikony, porzuciwszy koty. Jedni badacze twierdzą, że ikony się pisze, bowiem składają się z samych promieni, jasnych i ciemnych, ale inni mówią, że nie, że ikony maluje się, że greckie słowo na oznaczenie tej pracy oznacza i pisanie, i malowanie. Toteż będę używać słowa „malowanie”. Tolo przywiózł kilkanaście pięknych desek ze stuletniej jabłoni, sama umarła. Deski są mniej i bardziej wklęsłe. Niemal same zawołały: chcemy stać się ikoną. Na jednej z tych desek namalowałam jeszcze jednego kota dla córki. To kot z Narejek. Resztę desek przeznaczam na ikony.
Tolo czyta mi na głos, ja tworzę prace plastyczne, a to taki duet, że nikt nie znajdzie lepszego w żadnej kuchni świata, a mówię o kuchni, bo duet ten tworzymy w naszej kuchni. I oto dochodzę w szkicu do wyżej wspomnianych słów Russella i mego tragicznego zdziwienia z powodu napaści kobiet na kobiety. Russell opisuje początki walki zachodnich kobiet o prawa wyborcze i uznanie kobiety za człowieka, zdolnego do samodzielnego życia. Wtedy też same kobiety zajęły się ośmieszaniem kobiet, biorąc aktywny udział we wpuszczaniu szczurów na place, gdzie odbywały się wiece kobiet. Chodziło o to, aby wykazać, że kobiety to żałosne istoty, bo przerażą się tych szczurów i uciekną. Russell bardzo się dziwił, że tak postępują kobiety wobec kobiet. Kiedy Tolo doszedł do tego fragmentu tekstu, sam bardzo się zdziwił. Jak to możliwe, że kobieta naskakuje na kobietę w takiej sytuacji? I ja przypomniałam sobie, jak to kobieta naskoczyła na mnie za „Restaurację strasznych potraw”, nauczycielka akademicka (feministka taka) i któryś raz z kolei zdziwiłam się tragicznie. I przypomnieliśmy sobie podsłuchaną przez Babla rozmowę kobiety z kobietą, tę łaskawość kobiety dla kobiety w czasie wojny domowej, kurwiszona dla kurwiszona, i w naszej kuchni sławiliśmy Babla, najmocniej, jak tylko mogliśmy. I w czasie tego wszystkiego, tekstu, myśli, zdziwienia, powstawała pierwsza, druga i trzecia ikona.
Ikony napełniały się powyższymi treściami i stawały się stopniowo żywe. Kiedy zmieniałam pozycję deski, aby było zręczniej malować jej kolejny fragment na wklęsłej powierzchni, drewno drgało, jakby biło w nim serce. Zjawisku temu towarzyszyło szereg kuchennych zdarzeń. A to sama przewróciła się szklanka, a to kefir sam skoczył ze stołu na podłogę w szczelnie zamkniętym plastiku i sam się z tej szczelności wylał. Przedtem tak nie było. Wszystko trzymało się stołu i innych blatów. Chyba że sam człowiek strącił i dobrze to wiedział i widział. Zaczęła mnie opanowywać myśl, że ikona związana jest z rzeczywistością duchową w sensie dosłownym. Rzeczywistość ta, powstająca przez wieki w umysłach, przejętych chrześcijaństwem, musi trwać w cząsteczkach elementarnych.
Bertrand Russell. Byǔ taki mużyk. Hety mużyk maje swaju mahiłku. Jaho ni zabili. Jaho kniżka żywie u naszaj kuchni. I ta jaszcze jak. Jon dziwiǔsa, szto żanczyny bjuć żanczynaǔ. Nam wielmi padabajeccca, szto jon heta apisywaǔ.
Teraz Tolo czyta mi Andersena, a ja maluję następne ikony. Po tylu latach wracam do malowania ikon i te obrazy zdają mi się najcenniejsze ze wszystkich obrazów świata. Są surrealizmem tej innej rzeczywistości, o której tak głęboko opowiadali Nowosielski, Dostojewski, Floreński. Zdaję sobie sprawę, że przed laty tworzyłam ikony dość pobieżnie. Teraz odkrywam ich detale, na przykład pola marginesów, gdzie w starannych prostokątach opowiadana jest historia życia przedstawianej postaci. ■
Dobrze maluje się ikony pod Andersena, czytanego na głos przez Tola. Przy okazji uzupełniamy nasze braki duchowe, odnawiamy cenne lektury, które czytaliśmy bardzo dawno temu. Teraz zauważamy, że się nie zestarzały. Nic a nic.
Wpada mi do ucha zdanie z Andersena i zasmuca mnie: „Ptak ludowej pieśni przemawia ojczystym językiem i nigdy nie umiera”. Ależ tak. Tylko że dziś ptak ten umarł. Nasz ptak umarł. Nie ma wioski, nie ma tego ptaka. Co ja mówię. To moich wiosek nie ma. Ptak ten, nasz ptak ludowej pieśni, pojawia się nawet w rosyjskiej telewizji i stamtąd przemawia do mnie moim językiem, i wtedy umieram z tęsknoty za nim. Pragnę, aby siadał choć raz na miesiąc przy mnie. Niektóre osoby pogardzają ludową pieśnią. Ja nie lubię tylko niemieckich „hajmatów”, bo to takie sobie melodyjki. Potężny pozostaje folklor hiszpański, żydowski, a dla mnie białoruski. W tych trzech folklorach zawiera się codzienne i świąteczne życie. To nie jest hop-siup.
Pod Andersena maluję ikonę starowierów, Bogurodzicę Szujską. Dzieciątko opiera się łokciem o kolano nogi, postawionej na kolanie drugiej nogi, a palcami trzyma się za aureolę. W tej ikonie jest łagodny humor. Dopuszczalny humor w ikonie czyni ją bliską, niczym bliską żywą istotę. Skracam ilość falban na Bogurodzicy. Są ich trzy rzędy. Ograniczam się do jednego rzędu. I tak jest bogato od nich w jej starowierskiej szacie.
Pod Andersena namalowałam kilka ikon, w tym ikonę Bogurodzicy Bogolubskiej, trzymającej Księgę. To kobieta Księgi. W ikonie są najróżniejsze postaci kobiece wraz ich charakterem. Bogurodzica Bogolubska to intelektualny typ kobiety. Dotąd myślałam, że to ta sama Bogurodzica wygląda raz tak, raz inaczej. A to nie to. To przegląd żeńskich charakterów niczym u Dostojewskiego.
Pod Andersena maluję Eleuzę, to znaczy Czułość, kiedy Syn przytula się do Matki policzkiem. Najpełniejszą Czułość wyraża Bogurodzica Kazańska. To tę ikonę powtarzam, ale nie kopiuję. Musi dziać się historia ikony. Musi być w niej coś nowego. Daję bogate pola. Niemal przedobrzam.

Tamara Bołdak-Janowska. Biaru ciabie, Wiktar

felietonisci-05To, co napisał Wiktar, świadczy o tym, że naszym życiem jeszcze wczoraj rządziły te wiekowe słowiańskie rytuały, dziś uchodzące za przeżytek. Jedzenie mięsa tylko w święta świadczyło o traktowaniu świni jako zwierzęcia ofiarnego, którego niejadalne czy drobniejsze kawałki miały strzec domu i gospodarzy, a okazała „reszta” mięsa miała nakarmić do syta ich rodziny tylko dwa razy do roku, na Kolady i Pasku. To było już tylko echo pradawnego rytuału z jego elementem, zwanym ubojem rytualnym, ale wiązało się też z życiem w nędzy. Utraciliśmy to raz na zawsze, ten rytm bardzo biednych wiejskich ludzi, to echo, lecz nie staliśmy się szczęśliwsi. Na wioscy zaŭsza jakajaś nasza chata była, mienszaja ci bolszaja, i było u jej ciapło, i żyli u jej usiakija damaŭniki, domowe duchy. A w miastach obecnie duża część z nas żyje o krok od bezdomności i bezrobocia. Zaradni też nie są szczęśliwsi, ponieważ nasza strata jest ogromna. Tracimy tysiącletnią i starszą tożsamość. I żyjemy w nieszczęściu nieustającej nostalgii.
Upewniłam się, dzwoniąc do Wiktora, czy mogę użyć jego nazwiska w szkicu. Tak, mogę. I cieszy się, że jego list i wiersz może mi się przydać, choć heta nieaciosany tekst, bo jon ni wuczany. Usio raŭno, wuczany ci nie, biaru, bo czahoś ważnaho minie nawuczyŭ.
Przypomniałam sobie, czytając wiersz, w którym mowa o kutniaj kiszcy, że mamy kutnija zuby, czyli trzonowce. Pytano: A ty majasz jaszcze kutnija zuby? Mówiono: Kutnich zuboŭ uże ni maju. Tolki samyja pieradnija astalisa. Niezbyt zdawaliśmy sobie sprawę, że te kutnija zuby są o wiele ważniejsze ad pieradnich, bo to na nich trzyma się sztuczna szczęka, którą każdy w końcu będzie miał, albo i nie – wielu z nas nie stać na dentystę. Aby tolki piedradnija astalisa – mówiły kobiety. No właśnie. Kobiety nie dbały o kutnija zuby. Nasza stara czy starzejąca się kobieta zawsze uśmiechała się szczerbato. Przez chwilę zatrzymuję się na myśli, że te twarze są mi bardzo miłe, że je kocham.
Wiktar pisza, szto ni znaje literaturnaj biełaruskaj mowy. A ja znaju? Ja znaju prastuju mowu. Ja wyszła z domu, kali mnie było siem let, da polskaj szkoły ŭ Wiarabjach, i damoŭ nikoli ni wiarnułasa. Szkoła była daleko ad Narejkaŭ i maja maci addała mnie swajamu bratu u Zubkach, kab mieła blisko da szkoły. Tam było ciesno i ja spała na stale. Tam byli dwa pakoi, adzin malusiańki. Ja spała u wielkam pakoi na wielkam stale.
U minie tam byli dwie dwajuradnyja siostry i jany mnoju dobro zanimalisa. Jany byli wuczycielkami, po liceum pedagogicznym, ali nie pracawali jak wuczycielki. Ni znaju, czamu. Ni tak daŭno pamierli. U aboich patom na staraść była chwaroba Alzheimera. Ich maci, żonka majaho dziadźki Antona, Wolha, mieła hetu chwarobu. Jana dziadziczna.
Mai hetyja dwajuradnyja siostry pawychodzili zamuż, jak im było pa 17 let. Tak chacieła ich maci, Wolha. Maja maci krytykawała ciotku Wolhu za heta. Za rano! I na szto! Majuć czas. I adna, i druhaja, i tak sidzieła u Zubkach, bo mużyki byli u wojsku. Adzin pałkoŭnik, druhi kapitan. Adzin patom cełyje hody sidzieǔ u turmie za nielehalny handel na hranicy z Niemcami, a druhoho pasyłali tudy-siudy. Patom hetyje mai dwajuradnyje siostry wyjechali, adna u Warszawu, druhaja u Biełastok. A patom wiarnulisa u wiosku (biez mużykoŭ), kab pamierci na Alzheimera. Adna u Zubki, a druhaja dzieś pad Haradok.
Widzisz, Wiktor. Mój język jest też, jak i Twój, nieociosany. Heta nasza prastaja mowa. Heta majo, jak i twajo. Ja cieszę się, że czytasz moje szkice, że cieszysz się z mojej pamięci, która każe mi notować nasze byłe słowa, jakby to był niebywały skarb. Teraz jest to skarb, który przemija bezpowrotnie.
Do tego dochodzi mój wymysł, słowo – radzimka. Piszu na radzimcy, bo jaje lublu, bo wuczyłasa tolki u polskich szkołach, bo na radzimcy słowy biahuć i cieszacca, i dumajuć. Inny alfabet, właściwa łacinka, wstrzymuje mi słowa z języka prostego, zmusza do pilnowania się, aby „nie napisać źle”. To nie dla mnie. Jednak na tym moim pomyśle z radzimką możemy jechać tylko my z Polski. Na Białorusi taka radzimka nie wchodzi w grę. Tam potrzeba genialnego pomysłu na przetrwanie języka, i to na miarę Chrystusa. Nie żartuję, przywołując to święte Imię.
Chrystus w genialny sposób zmienił religię. Do takiego wniosku doszłam po obejrzeniu kilku telewizyjnych audycji na temat ortodoksji w judaizmie. Ta ortodoksja wymusza na rodzinach postępowanie według drobiazgowo opracowanego systemu, aby przygotować się do szabasu i przeżyć go. Tyle pracy! Kobieta dzień i noc zajęta koszerowaniem mieszkania czy domu. Symboliczne pozbywanie się „śmieci”, to znaczy nadmiaru rzeczy, w tym cennych, a ściślej mówiąc symboliczne „sprzedawanie” ich osobie innego wyznania, aby potem je „odkupić” od tej osoby, znowu symbolicznie. I tak co tydzień. Chrystus opracował genialny program uwolnienia się od terroru bezczynności w szabas, od terroru tych drobiazgowych przygotowań, na zasadzie „Bóg tak sobie życzy i on to widzi”, to jest dopuścił czynienie dobra w szabas, na przykład zajęcie się chorymi, i zaproponował człowieka wolnego, to znaczy uwolnionego od odgórnego rozkazu czynienia tak i tak, a dokonał tego na rzecz indywidualnego sumienia, indywidualnej wrażliwości i odpowiedzialności za los bliźniego, bliskich i za swój, skierowany ku byciu lepszym człowiekiem. To okazało się zbyt radykalną zmianą w religii. Trwanie przy starej religii stanowiło o tożsamości wyznawców. Nie zechcieli stawać się nowymi ludźmi z nową religią, ponieważ narodowość i religia stanowiły jedność, z nikim nie dzieloną, aż po czasy obecne. Ja to rozumiem, ten opór, ale genialność Chrystusowej zmiany poraziła mnie i poraża. Nie doceniamy jej. Nie doceniamy tej genialności. Jest to genialność zmiany. Jesteśmy ludźmi tej zmiany?
Obecnie musimy mieć na uwadze, że stale żyjemy w warunkach zmiany, ale nie tej genialnej, tylko innej, niedobrej, odczłowieczającej, asymilującej, infantylizującej.
Bez genialnego ludzkiego, wrażliwego i stanowczego pomysłu na przetrwanie z uwzględnieniem niedobrej stałej zmiany w kulturze, polityce, to jest w warunkach globalizacji, i do tego w warunkach rozproszenia, nie poradzimy sobie z utrzymaniem naszej mentalności, kultury, języka, a jeśli chodzi o język, to choćby naszej dwujęzyczności, choćby tyle. Potrzeba nam jakiejś obszerniejszej radzimki, która zatrzymałaby nas dla nas – naszą oryginalność. Nasza oryginalność jest dobra. O niej pisałam wiele razy, wskazując, czym jest.
Jednoczącej radzimki nam potrzeba, takiej, żeby utrzymywała nas jak najdłużej w stanie podwójności kulturowo-językowej. Taka rolę spełnia nasze kochane pismo „Czasopis”.
Tak. Nowy genialny pomysł na przetrwanie jest koniecznością, ale cieszmy się z tego, co jeszcze mamy. Cieszmy się z pamięci, z dzielnych przodków, dzielnych kobiet, z naszego pisma. Poniżej genialności żadna recepta nie jest nas godna, bo żadna mniejsza nie uratuje nas przed wtopieniem się w ludzi nijakich, mdłych, bez poczucia humoru, przystosowanych, niewidocznych. „takich, jak się należy”. Bez kultury i bez pamięci. Z językiem ubogim i mało rozumnym. Taki podczłowiek jest obecnie hodowany przez systemy polityczne.
Wiktor napisał wiersz, który bawi przez powagę. Śmieszy i smuci.
Wiersz spowodował, że znowu mam w głowie pełno naszych słów.
Pamiętacie, że nasze karowy kaliś byli putanyje? Putajacie swai karowy? My uże piarastali putać. Puto. Kto jeszcze pamięta to nasze wiejskie słowo?
W pewnym momencie krowy zaczęto przywiązywać łańcuchami do palików. Trebo było ich piarawiazywać. Idzi, piarawiaży karowu, a to ŭsiu trawu uże wyhryzła. A wy jaszcze putajacie swai karowy? Tak uże nichto ni robić.
Przedtem był pastuch i wiejskie stado krów. Wiktor mówił w czasie naszej telefonicznej rozmowy, że przez jakiś czas był pastuchem i wypasał krowie stada z Zubek pod Narejkami. Nie wiedziałam.
Stada potem stopniały, zniknęły, bo ludzie wyjechali do miast. To pamiętam. Potem przyszła moda na łańcuch, palikowanie i przewiązywanie. Potem nie było już krów. Jak myśmy nazywali palik?
Idziemy z Tolem przez nasz nowy park, Centralny. – Puto – mówię.
– Co, puto? Co to jest? – pyta Antoni.
– Puto. Pęto.
Tolo: – U nas na Pomorzu nikt nie pętał krów. Palikowaliśmy. Trzeba było potem przepalikować.
W tym szkicu zrzuciłam puto z języka i przemieszałam język polski z prostym. Ujdzie? ■