Ból odmienności

Odmienność jest bólem. W Narejkach zawsze ktoś z emerytów wylicza, kto umarł. Emerytów coraz mniej. Tak, i ja zawsze słyszę to wyliczanie – mówi córka – a ta wyliczanka jest bolesna.

Kto umarł, temu już ani dzieci, ani wnukowie po Narejkach nie pobiegną. Wyjechali. Taka nasza samotniejąca odmienność, taki ból.

Tym razem usłyszałam od Ch., że nie żyje Murka Bladź. Tak ją przezywano, bo miała kochanków. Od matki wiem: Jana była ponaja sirata, ni mahła znajści dobraho mużyka. Bywaja. Jana była niczyja, a kali była maładaja, ta pryhożaja była. Jana charasze adziawałasa, a na wioscy trebo było szeryja łachi adziawacca i hetyja jaje mody kałoli woczy. Chto dziciaciam niczoho ni mie, ta patom chocza mieć siaho za mnoho, i łacha nakuplaja, a i sama naszyja, a jana szyła, bo heta tak dzieło idzie, szto jeśli tolki pajawicca hrosz, pojdzia na toja, czaho kaliś, dziciaciam, czaławiek ni mie. Waluszki boty, waluszki łachi. I zaraz adna swarka z mużykom. A mnie twoj baćko zasza łacha naprywozi z Warszawy, i złościsa: czamu ni naszu. Córka: Na kogo trafisz i jak z nim będziesz żyć, i kim on się ostatecznie okaże, tego nie wiesz nigdy.

Zatrwożyło mnie słowo „nigdy”. W małżeństwie trzeba wpływać wzajemnie bez dominacji. W naszych małżeństwach obserwowałam szczęśliwość z bycia razem. Oczywiście były złe małżeństwa, ale takiej naszej szczęśliwości z bycia razem nie widziałam u nikogo. Taka była nasza odmienność.

Znowu opiszę o Narejkach, bo siedzieliśmy z Tolem przez tydzień w tej wymierającej naszej wiosce. Postanowiliśmy pojechać jeszcze raz, bo na Zajeździe 2016 byliśmy tylko półtora dnia. Jeszcze raz – zrobiliśmy sobie późny urlop.

Jesień. Opada w dół krajobraz. Sypie się, rozbiera. Zwarte sukienki drzew rwą się na strzępy i kładą się po ziemi. Była to sukienka z rękawiczek. Była to sukienka z gwiazd. Była to sukienka z rąk. Była to sukienka z ust. Usta ciemno poczerwieniały, wierzbowe. Gwiazdy świecą z ziemi, klonowe. Jesienne porównania zwykle są banalne. Nic tu nowego nie wymyślisz. Narejkowskie te szmatki nie są pojedzone. W Olsztynie opadłe szmatki z klonów są zawsze pojedzone, wyjedzone, w dziurki. W tym roku nie ma jabłek w Naraju. Tylko słodka antonówka na końcu podwórza obrodziła, choć tym razem skromnie. Cztery jabłka jeszcze trzymają się gałęzi. Na każdym jabłku tłusty ciemny osad. To chyba od tirów na szosie. Bo skąd? Szosa daleko, ale dociera i truje. Jabłka trzeba szorować i obierać. Ich miąższ ma słodki cierpki smak z odrobiną goryczki. Bardzo je lubię. Nikt z bliskich ich nie je, a więc jestem odmienna, choć ta odmienność nie jest bólem.

Na kolejowym podwórku mieliśmy podobną jabłoń. Dymiły parowozy, dymiły kominy, ale czarnego osadu na owocach nie było.

Jeszcze nigdy dotąd jesień nie pasowała tak bardzo do życiorysu. Znikam. Co roku będę odczuwała jesień jak obecność dogorywającej oberwanej bliźniaczki. Aż powiem: ty to ja. Ja to ty w całej pełni. Jeśli umrę w innej porze roku, i tak będę tobą, moja oberwana bliźniaczko. Jutro będzie zima, ale i zimą będę czuła nie to, że po niej nastąpi wiosna, tylko ciebie, bliźniaczko o imieniu Jesień.

Z półki z książkami córki wyciągam „muzeum bezwarunkowej kapitulacji” (tytuł małą literą), Dubravki Ugrešić, a z niej cytat: (…) niejasny ból, ból odmienności”.

Piszę to bolesne zdanie, jego fragment na kartce i czynię je tu i teraz myślą przewodnią eseju.

Ból odmienności. Odmienność jest bólem. Jestem bólem odmienności. Jak Dubravka. Tylko że ja nie mam takich szans jak ona na pełne literackie istnienie. Nie wyemigrowałam w porę.

Tolo mówi, że w moich tekstach, pisanych po polsku, nie ma tyle tęsknoty za językiem prostym, za białoruskością, co w tekstach pisanych w języku prostym. Ta tęsknota poraża.

Tak? Bo to moja białoruska intymność zawiera się z języku prostym. Moja koszula postrzegania, koszula uczuć, koszula strachu, dyskomfortu, wykluczenia. Nawet nie koszula, tylko skóra. To czucie znikania wraz z ludźmi, jacy jeszcze nie tak dawno tu żyli. Ból odmienności i znikania jej wokół. Tu żyłam. Tu się urodziłam. Tu miałam dzieciństwo. Teraz to bezludne miejsce. Moich ludzi już tu nie będzie nigdy. Tęsknię do tego, co było, do tamtych ludzi, do ich obecności.

To zdanie z Dubravki od razu mnie skreśla, to znaczy w nim zawiera się czynność skreślania odmienności. Inaczej: większość chce żyć bez bólu odmienności. Każdy zresztą ból znika w 21 wieku w gadaninie i pisaninie.

Gdzie się podział ból?!

Ból odmienności. Zasypiam i budzę się z tym zdaniem jak z tożsamością.

Tak się każdy czuje świetnie w jednakowości gadaniny i pisaniny? Tak się każdy cieszy, że się upodobnił do tysiąca sąsiadów? Do milionów, uprawiających gadaninę i pisaninę?

Nasze odmienne spojrzenie na życie, nasz minimalizm i odraza do bycia konsumentem, nasza skłonność myślicielska… To nie jest w cenie. A więc należę do wykluczanych.

Myśląc, człowiek czuje ból odmienności. A w tym całym globalizacyjnym obozie myślenie jest wielką odmiennością.

Kultura powstaje i rozwija się wtedy, kiedy tworzą ją osoby z bólem odmienności.

Tak?

Ano tak. Inaczej powtarzamy w pisaninie i gadaninie banały i stereotypy. Skoro nie ma miejsca na ból odmienności, to co zostaje? Banał, stereotyp, gadanina, pisanina. To co „wiedzą wszyscy”. Jeśli tylko wyjdziemy poza banały i stereotypy, poza pisaninę i gadaninę, poza to, co „wiedzą wszyscy”, dopada nas ból odmienności. Widzimy mnóstwo złego poza stereotypami dzisiejszości, wielbionymi zwłaszcza przez media, gdzie mamy gadaninę, gadaninę, aby tylko nie wyszły na jaw złe mechanizmy, wywołujące zło (przemoc).

Widzimy, co będzie jutro, bo dzisiaj kwitną mechanizmy, produkujące jutrzejsze zło, przemoc, i my to widzimy – ból odmienności ma własne przenikliwe oczy. Każde zło przede wszystkim dotyka odmiennych. Jeśli większość unicestwia myśli mniejszości, nie daje im miejsca lub miejsce podrzędne, natychmiast mamy totalitaryzm – władztwo tych, co „wiedzą wszystko” i tyle, ile „trzeba”. Obrzydzenie wywołują we mnie pisarze, którzy wiedzą, co mówić i czego nie mówić. Osobnicy zainseminowani słusznościami nieuchwytnego kierownictwa literatury, jak to ujął Martin.

Dubravka powołuje się na Nabokova, kiedy twierdzi, że mówić i pisać znaczy: widzieć, co będzie jutro i widzieć sprawy, które wskazują na jakość tego, co będzie jutro. To, co „wiedzą wszyscy” nie może mieć statusu: „my wiemy wszystko, bo wiemy to, co wiedzą wszyscy”. Dzisiaj wie się tyle, ile się wie, żeby za wszelką cenę przeżyć. Tak się dzieje w 21 wieku. Trzeba opisywać sposoby przeżycia, zwykłe dni. Te zwykłe dni świadczą o tym, jakie będzie życie jutro. Amatorskość dzisiejszej polityki, dzisiejsza przemoc, staczanie się w biedę, ministerstwa wojny i koncerny wojny, dzisiejszy szowinizm, rasizm, ksenofobia – przecież to bardzo źle rozwija nam nasze jutro.

Smutno mi i znowu boję się. Wiedzieć, co może być jutro, oznacza: strach.

Znowu strach. Dubravka pisze o nieustannym strachu osób, dotkniętych bólem odmienności. Tak, jak ona, boję się nazistów, szowinistów, rasistów i rządu, który ich ośmiela. Boję się negatywnych odpowiedzi od wydawców. Wysyłasz im istotną dobrą książkę, a oni wpadają w złość, że to nie kolejny rynkowy produkcyjniak. Szczególnie kobiety tak reagują. Sekretarki pilnują przeciętności w wydawnictwach? Matko. Kobiety, co wyrobicie?

Boję się jutrzejszego dnia i najbliższej nocy. Boję się, że w nocy zacznę umierać i będzie to ból nie do wytrzymania. Boję się udaru wylewu. Cukrzyca może mi to podarować. Boję się paraliżu i leżenia. Boję się utraty możliwości myślenia. Boję się, że zadławię się szorstką gruszką. Na starość nauczycielska krtań robi się naprawdę szorstka i gruszka utyka. Omal się nią nie zadławiłam na śmierć. Boję się zjeść gruszkę, a mam ją w diecie. Boję się, że zostanę na starość bezdomna. Powodów wiele, na przykład wojna albo złodziej budynku wraz z lokatorami.

Już nie wyliczam powodów mego strachu. On jest wykluczany.

Tolo: Jeszcze nie spotkałem osoby, aż tak owładniętej strachem. Przestań.

Ja: Nie przestanę się bać, bo jestem bólem odmienności. Poza tym wszędzie mam homo capitalisticusa, wstrętniejszego od homo sovieticusa. Sam widzisz. Podstęp, kłamstwo, propaganda, przemoc. Znowu maskulinizacja kultury w najgorszym stylu, bo mizoginicznie. I poprzez wykluczanie kobiety wybitnej. To Dubravka o tym przypomina.

Przemoc. „Panowie wojny”– mówi Dubravka.

Najbrzydsza kotka świata. Jest niczyja. Przyzwyczaiła się do tego, że jeśli ktoś przyjeżdża do chaty, to ją dokarmia. Jest bura i cała pocętkowana zębatymi brązowymi łatami, które upodobniają ja do wyświechtanego rękawa zużytego kożucha. Ceła abciopkana. Ceła żabracza na wyhlad. Bo jana ż żabraczka, ta i wyhladaja na żabraczku. Ze wszystkich niczyich kotów w Narejkach ona jedyna przetrwała ostatnią zimę, a było tych kotów kilkanaście. Nie jest natrętna. Przychodzi i czeka, aż posypiemy karmą. Karma na wyczerpaniu, więc Tolo daje jej kawałek białego sera, do którego ona podchodzi ostrożnie, i bierze go bokiem pyszczka. Może nie ma wszystkich zębów? Jest taka wynędzniała.

Tym razem Tolo sypie jej koci pokarm, ostrożną garścią, bo musi wystarczyć na kilka dni, a kiedy wieczorem siada w plecionym fotelu na werandzie, kotka wskakuje mu na kolana i cała tuli się do jego piersi – przylega i tak trwa. Pierwszy raz w życiu Tolo jest wzruszony zachowaniem się narejkowskiego niczyjego kota, tej naszej brzydkiej kotki, żebraczki. Ona zjawiła się i na Naraju 2016. Była wtedy ciężarna. Po kociakach ani śladu. Znaczy nie przeżyły. Bo gdzieś byłyby.

Do mnie podchodzi i nie ocierając się głośno mruczy. Kiedy wyjeżdżamy, sypiemy jej te naszą czarkę hołoblową kociego pokarmu. Mówię do niej: trzymaj się, kocie/kotko. Przetrwaj do następnego Naraju i jesieni. Żywi, da pabaczeńnia! Zno pasyplam jadoju.

Ona chyba wie, co mówię. Kładzie się na grzbiet i tarza się w kulkach kitekatu.

Tak z kotem żegnałam się po raz pierwszy w życiu. Czułam kocie życie i kocią chwilę. Czułam kocią bezdomną sytuację. Czułam kocią przyjaźń i wdzięczność, a także delikatność. Brzydka kotka żebraczka nie była nachalna, lecz ufna.

Czułam to wszystko, bo wokół tylko przyroda, tylko puszcza. Tylko krzaki, tylko trawa i zioła. Tylko wiatr i bezwietrzność. Tylko deszcz i słońce.

Tylko ta akurat pora roku. Pora roku jest jak rozległa osoba. Łatwo o mit i mityczne imiona.

Po raz pierwszy w życiu słyszałam nocą ryk jelenia. On śpiewa jak kastrat – powiedział Tolo.

Drugi kot. Idziemy na spacer w stronę Gobiat. Z naprzeciwka, z górki, biegnie ku nam coś czarnego. Patrz, mówię do Tola, czarny diabełek biegnie do nas. Bo to coś tak biegnie, że trzepie swoją czernią na boki i w górę, i na boki, jakby było rogate i miało kopytka, jakby powiększało swoją czerń, rozbijało ją jak kogel-mogel. Co to jest? To coś rozsypuje własną czerń na żółtym piasku, przez co wydaje się większe. Ależ to czarny kot. Ma wąski biały szalik. Jest duży. Na pewno samiec.

Do nas biegnie?

Z lewej las, z prawej lasek. Oprócz nas i czarnego kota nie ma nikogo.

Zbliżamy się do siebie. Kot jest piękny. Pierwszy zaczął rozmowę. Miau. Miau. Mówi dzień dobry czy prosi, żeby go wziąć do siebie? Nie możemy.

Może to czyjś kot, a nie bezdomny? Niesamowite było to, że się pierwszy do nas odezwał w tym przyrodniczym otoczeniu. Odezwał się jak człowiek. Jak przyjacielski życzliwy człowiek. Po chwili gdzieś się zapodział.

Cisza. Drzewa stoją. Nie ma wiatru.

Czarny kot nie wyglądał na zabiedzonego. Świecił złotymi ślipiami, jak to czarny kot.

Znowu mówiłam do kota: trzymaj się. Dotrwaj do przyszłego Naraju, bracie. Jak będziesz głodny, to cię nakarmimy. Mam nadzieję, że masz gospodarzy. Połyskujesz sierścią. Nie jesteś chudy. Moża ty tolki dobry palaniczy. Sam za sibie dobro zabociszsa. Pakul małady. Baczu, szto małady. Żywi. Da pabaczeńnia!

Bezludność ma swój dwór. Po prawej mieliśmy narejkowski pensjonat „Miód/malina”. W dolinie. Mokrej. Bo tam wybijają źródła. Z tych źródeł tworzy się rzeka i miejscowe bajoro. Rzeczka wędruje przez łąki, teraz niczyje. Wpada do Świsłoczy za Świsłoczanami. To bezimienna rzeczka. Jest tu od zawsze. Kiedyś trzeba było z tych miejsc wynosić siano, żeby wyschło. Sojka wywalił ten dwór? I ma zarządcę?

Dwór jest uzbrojony w dwa przerażające psy za niskim ogrodzeniem (do kolan). Psy są większe ode mnie i od Tola. Bestie. Gdyby stanęły na tylnych łapach byłyby jak goryle. – Niech się pan nie boi – krzyczy do Tola zarządca z głębi podwórza. – Psy wiedzą, że w ogrodzeniu jest prąd, nie zaatakują. Dobre sobie. Mogą przeskoczyć to całe nikłe ogrodzenie. Tolo na wszelki wypadek ma gruby kij. Ja mam moją wąską laskę. Ona na nic w razie czego.

Obraz z tym psami potworami jest obcy w tym moim krajobrazie. I ten płotek. Przechodzący ma się bać. Nikt tu przedtem nie znał takiego strachu przed sąsiadem.

Wieczorem zachodzę do wiekowej, wciąż żyjącej i żywotnej T.

  1. mówi, że to tajemniczy gość, ten od miodu i maliny. Jakiś taki straszny z tymi strasznymi psami. Ale przecież on ma żonę, dzieci. Skoro tak, to może nie taki straszny.
  2. ze łzami w oczach skarży się na G., że ten stał się durny wredny, bo nawołuje do wyrzucenia wszystkich Białorusinów do Łukaszenki, a w to miejsce chce sprowadzić Polaków z Białorusi.

Zgłupiałeś, bracie? Pamiętam cię od dziecka, od niemowlęcia. Byliśmy sąsiadami, dobrymi i życzliwymi. Chcesz mnie wyrzucać z mojej ojczyzny? Powtarzam w myśli słowa Dubravki: „w końcu jesteśmy z jednego Elementarza”.

Może to ploty. Może to tylko linia mętów, ośmielonych do szowinizmu i nie dotyczy to G.. Dobrze, ale status rządów poznajesz po tym, kogo ośmielają i kto się przylepia poza G., a tych wielu, wielu. Chcę zajść do G., żeby go o to spytać, o stan jego umysłu, ale u niego też straszne psy wieszają się cielskami na ogrodzeniu. Rezygnuję.

Ploty się rodzą w związku z nazwą pensjonatu. Tolo: Bo taka frywolna.

Wysłuchuję opowieści pana, który robi chatę z byłej obory. Ponoć minibusem przybyły do pensjonatu młode prostytutki. Cztery czy pięć. No bo kto? Z błędu tej ploty wyprowadza mnie T.: To nie prostytutki, tylko pięć porządnych ładnych miłych muzułmanek z Gdańska przybyło do pensjonatu.

Opowiadam córce o tej plocie. Mówi wkurzona: Tak, wystarczy pięć młodych kobiet w minibusie, które spytają o drogę do pensjonatu „Miód/malina”, żeby pomyśleć o nich jak o kurwach. Gdyby przybyło pięciu młodych mężczyzn, nikt by nie robił plot, że to pięciu alfonsów. No i nikt by nie pomyślał, że to męskie kurwy.

Jeśli tylko wyjdziemy poza banały i stereotypy, poza pisaninę i gadaninę, poza to, co „wiedzą wszyscy”, dopada nas ból odmienności.

Tak to obecność strasznych psów, strzegących pensjonatu, jego tajemniczość, sprzyja różnym plotom.

Nazwa pensjonatu nie jest frywolna. U nas się tak mówiło (o rajskich warunkach): miód/malina. Mało kto pamięta ten zwrot. Właśnie go sobie przypomniałam.

Wracamy z kolejnego spaceru w kierunku Gobiat. Teraz mamy pensjonat po lewej stronie. Znowu strach, że zostaniemy zjedzeni przez straszne psy.

Wprowadza się nowy człowiek. Człowiek strachu. Drży o swój majątek? Boi się, że przez bliską granicę przedostaną się jacyś bandyci? Boi się turystów? Nas się boi? Nie mogę tego pojąć.

Od T. kupujemy miód. Mówi: a ten cały C. z Gobiat to robi taki miód, że latem stawia balię z cukrem na wodzie, i śmieje się z tych co robią prawdziwy miód. Jedzcie pijcie – gada do pszczół. Cukru macie dużo, głupie pszczoły. A my robimy prawdziwy miód. Syn nie chce fałszować miodu.

W kierunku granicy. Idziemy. Wieki nie szłam torami do granicy. Idziemy po ubitym trakcie, gdzie kiedyś były szerokie rosyjskie tory. Robotnicy leśni jeżdżą tędy maszynami i wycinają drzewa, jak leci. Mówią, że przerabiają je na opał. Rzeczywiście tam, gdzie było nasze kolejowe pole, stoi maszyna i miele drzewa. Zwalili piękny, dorodny kędzierzawy dąb. Szkoda.

Nie poznaję krajobrazu, tak zarósł, tak się rozczochrał. Buhrów nie widać, tylko samosieje. Jakie bezładne. Mocne. Wesołe.

Robotnicy ostrzegli, że jeśli się zbyt zbliżymy do granicy, natychmiast przyjedzie straż graniczna i będzie nas męczyć, a przedtem napstrykają się zdjęcia z nadgranicznych fotoradarów. Nie chcemy być zatrzymani, przepytywani. Nie dochodzimy do granicy. Zawracamy, nie odnajdę dzieciństwa. Nie pójdę torami do samej granicy. Nie wejdę pod most. Nie popatrzę na rzekę. To rzeka dzieciństwa. Nie odnajdę na buhrze wojennego bezimiennego grobu. Buhry rozkopane. Nie odnajdę ścieżki na praszczki przez buhor z Gobiat do Mostowlan. Nic mego nie odnajdę. Hałasują psy, od G. i od pensjonatu. Nie odnajdę naszej kolejowej łąki w dole, tuż przy granicy. Zarosła krzakami. Nie mogę jej wyodrębnić z pejzażu, żeby krzyknąć do Tola: O, tu była nasza łąka. Wskazuję ją mniej więcej. Dochodziła do samej rzeki.

Boję się granicy i reakcji straży. Nowy rodzaj strachu.

Taka wycieczka po miejscach dzieciństwa.

Żyje swoim nowym życiem daleko stąd.

Nie wrosłam w Olsztyn.

Dopiero w Gródku odkrywam białoruskość. Język prosty na ulicy. Tu się część z nas przeniosła. To tu jest nasze życie.

Uparłam się, że odszukam aleję morwową w Gobiatach, prowadząca kiedyś do dworku Niemcewiczów. Po dworku ani śladu. Jego ostatki, piwnice, skryły się pod ziemią. Kurhan rozkopany, obrzydliwie, bezładnie. Tu była żwirownia jeszcze w PRL. Nie widzę ani jednej morwy. Nie mogę łazić po chaszczach, bo mi się moje miejskie buty wykręcają na boki. Rezygnuję z morwy. Smutno mi. To już nie mój widok.

Dzień dobry. Takie powitanie słyszymy w Gródku. Jesteśmy zdumieni i pytamy, czy my się znamy? To starsza pani tak nas wita. Mówi, że się nie znamy i ona tutejszym obyczajem mówi nam „dzień dobry”

Tak. Pamiętam. Przypomniałam. Dawniej tak się witaliśmy bez względu na to, czy się znaliśmy, czy nie. To był piękny obyczaj. Zachował się u starszych ludzi. Kiedyś dzieci wszystkim napotkanym po drodze mówiły „dzień dobry”.

Bliskość. Jedziemy na grób moich rodziców.

I tu wycinają wiekowe drzewa. Żal.

Boże, jak blisko.

Jak blisko stoi śmierć.

Radio. W Narejkach nie ma Internetu. Nie ma telewizora w chacie. Mamy tylko radio, a w nim państwowy I program białoruskiego radia. W języku białoruskim. Wysłuchaliśmy dwóch znakomitych audycji, o chórze Piatnickiego i o Moniuszce. Piękna muzyka. Chór Piatnickiego zachwycająco wykonywał muzykę ludową. Moniuszko leci po białorusku i też jest zachwycający. Jest też audycja Retro, przypominająca stare powojenne przeboje. Tanga. Romanse. Jakby nas wtrącono w nasze młode lata. Jakby się nic nie zmieniło. Te same tanga, co były u nas, w PRL. Tylko inne słowa.

Palimy w piecu. Noce są zimne. Siadamy na kanapie naprzeciw pieca i słuchamy muzyki retro. Jesteśmy żywcem przeniesieni w PRL, na godzinę, na dwie.

W chacie robi się ciepło. Za ciepło. Gorąco. Bo to jest stary bardzo dobry piec w bardzo starej chacie, grzeją się wszystkie ściany. W sposób skomplikowany wędruje komin i to on powoduje, ta jego plątanina, że nagrzewają się ściany. Obudziliśmy wszystkie śnięte muchy. Huczą jak silniki kilku tirów. Gorzej, bo dźwięcznie jak młotkiem po blachach. Tolo wybija je muchołapką, a one są i są. Coraz więcej. Ciągle nowe obudzone. Same kobylaste. Drzewa ciche, powietrze ciche, więc te muchy robią niemożebny hałas. Otwieram okno, żeby je wszystkie wywiać ręcznikiem na dwór, a tu ze szczelin wysypują się czarne wianki much i wlatują do chaty. Tak się w te wianki zebrały na zimę. Znowu wkracza Tolo z muchołapką. Rano nie dadzą nam spać. Obsiądą powieki. Powłażą do nosa i uszu.

Tolo pyta: Dlaczego ja rozumiem ten tu radiowy język białoruski, wszystko rozumiem, absolutnie wszystko, a nie rozumiem języka białoruskiego na Biełsat, to znaczy nie wszystko rozumiem? To po jakiemu mówisz ty?

Odpowiadam, że są co najmniej cztery języki białoruskie, a ja mówię jednym z nich, językiem prostym. Na Biełsat dominuje dziennikarski żargon.

Tolo: No i zamiast wiadomości mam na Biełsat rusofobską urabialnię poglądów politycznych, polityczną propagandę, nowomowę, a to odstręcza od samego języka. Tak to jest. Język przestaje nieść znaczenie. Skoro to polityczna propaganda…

Ja też jestem uczulona na polityczną propagandę. Media zrobaczywiały przez to. Jak to można mieszać – sensowne audycje z tą robaczywością? Takiego grzyba się nie je. Jemy częściowo. To żaden udział.

Dziennikarze nie są rzeczowi. Są wesołkowaci, papkowaci, tokujący, a politycy nadęci, zaperzeni, prawicowi pełni „prawdy”, lewicowi „poprawnie” dopasowani do globalizacji. Ech.

Deszcz. W ciszy nagły deszcz. Jaki głośny, jak z ostrych twardych patyków, z metalowych prętów. Późny wieczór. W nocy leje i osoba deszczu stuka nawet do drzwi. To co, jutro wracamy do Olsztyna? Bo leje?

Jeszcze nie. Jeszcze pobędziemy tu ze dwa dni. Nie chce się wracać.

Ranek jest nagle słoneczny i ciepły. Wracamy pojutrze.

W jedynym miejscu komórka ma zasięg. Trzeba wyjść na koniec podwórka, za jabłoń, i stanąć na takiej jednej kępie. Próbuję, przesuwając się z kępy na kępę. Wreszcie mam zasięg. Marzną mi nogi. Ziemia już nie ogrzewa. Dzwonię do córki: Wracamy jutro lub pojutrze.

Tolo znowu kupuje chleb z objazdowego sklepu na kółkach i znowu dziwi się, że jest dwukrotnie tańczy niż w Olsztynie, i taki smaczny.

W Olsztynie musimy jeść chemiczny chleb. Z rzadka można trafić na ten z Suwałk, podobny w smaku do tego kupionego przez Tola.

Można zwariować. Niektórzy, siedząc w takiej głuszy, zaczynają popijać. Nam jest dobrze bez wódki. Bez Internetu jednak źle. Kiedy tu do cholery będzie Internet? Moglibyśmy tu zostać na zawsze. Jednak chata nie nasza. Jeszcze nie zaczęliśmy wariować, ale gdyby tu człowiek miesiącami siedział… Bez wiadomości, bez telefonu, z nagle kończącymi się lekami.

Przypomina mi się rozmowa z rozważną panią od spraw kultury. Mówi, ze młodzi ludzie zaczynają wariować, wpadają w depresje i choroby umysłowe. Nie mogą wytrzymać politycznego systemu: globalizacji. Tego nie da się wytrzymać. To wszystko stało się chore. Chora polityka, chore mechanizmy, chorzy młodzi. Propozycja systemu: wydrapać oczy rywalom i odmiennym.

To główna „propozycja”.

Zaraz zdrada, zaraz odwet, zaraz zemsta, zaraz oskarżenia. Taki klimat rządów mamy wymiennie z rządami, które każdą sprawę kryją za nieszczerym uśmiechem. I tak w kółko. Jedne rządy głoszą: wszystko dobrze, a drugie: wszystko źle i wskazują podejrzanych. Ostatnio emeryta („bo to darmozjad”).

Nie da się żyć w takiej atmosferze. Tropią. Podejrzewają. Media wzmagają wrzące polityczne klimaty i jak żółta prasa zajmują się plotkami i wymysłami, zamiast zająć się informacją – rzetelną.

Znowu zerkam w Plotyna. Znajduję zdanie (w Enneadzie Szóstej): „Było tak, że ktoś zarzuca Bogu, że ten nie leczy”?

Ano nie leczy. U filozofów Bóg jest punktem odniesienia. Przymierzamy się do tego, czego nam brakuje, na przykład nieśmiertelności, wzorcowej sprawiedliwości, wzorcowej wolności, itd. Jeśli wzorzec (ideał) chcemy na siłę wprowadzić w życie tu na ziemi, mamy totalitaryzm, piekło.

Jeśli afiszujemy się z wiarą, Boga nie robi się więcej, a obnoszenie się z niewiarą nie powoduje, że Boga jest mniej. Patrzymy, co wierni i niewierni robią z ludźmi i dla ludzi.

Sumienie zbyt łatwo uczynić spokojnym. Spokojne sumienie to martwe sumienie, bo na naszej ziemi nie można mieć spokojnego sumienia – zbyt wiele tu niemocy wobec zła, i obojętności. Przede wszystkim obojętności. Żywe sumienie to nieustanna praca sumienia, chcemy tego, czy nie. Nie jest nam dobrze w 21 wieku. Żywe sumienie odzywa się, chcemy tego, czy nie: ja tu żyję, ja tu widzę krzywdy i nieszczęścia, a nie robię nic, bo nie pozwalają mi na to bandyci, a i samemu już się nie chce.

Lepszy punkt widzenia: żywe sumienie to nieustanna praca nad sobą, poczucie: źle robię, muszę się zmienić.

Spokojne sumienie mówi nam: ktoś cierpi, ale to nie twoja wina. Ty cierpisz, to znajdź kozła ofiarnego i zwal na niego wszystkie swoje krzywdy, nieszczęścia. „Winien Żyd”. „Winien kacap”. „Winne kobiety”. Ja jestem winny? Nie, nie. Ja nie! Ja mam czyste sumienie.

Mniej więcej to tak wygląda.

Z sumienia rozliczają nas inni.

I Bóg: Mnie otomszczenije, az wozdam. Człowiek nie może wyręczać Boga w zemście. Prawo to coś innego; w prawie nie może być cienia zemsty.

Niemoc, bezradność wobec krzywdy własnej i innych, i bliskich, nie jest tożsama z uspokojonym sumieniem.

Początek. Piszę list do filozofki, którą dopadł straszny Alzheimer. Wiem, że nie wyjdę poza początek listu: Kochana Jolanto! Już nigdy nie napiszesz do mnie: „Odłożyłam wszystko, przeczytałam Twoją rozprawę, i nie zawiodłam się – gratuluję!”

Kochana Jolanto! Inne filozofki będą na mnie patrzeć z góry, będą tłumaczyć się brakiem czasu, będą zajęte i niechętne. Mój tekst będzie się u nich walać, wyrzucą go, nie czytając.

Kochana Jolanto! Chce zrozumieć, jak to jest, żyć z Alzheimerem.

Zanik pamięci rodzi się wtedy, kiedy myśl opuszcza obraz. W umyśle zostają same obrazy, a ich imiona, ich nazwy utykają na końcu języka. Mówimy: mam to na końcu języka, ale nie przypomnę. Jak brzmi nazwisko? Imię? Jak to się nazywa?

W umyśle zostają same obrazy i nigdy nie połączą się z myślą. Żyjemy w chaosie obrazów, które należą do innego czasu i do innych czasów. One osaczają nas naraz, nieprzyczepione do daty, zegara, pory roku.

Obraz i myśl zawsze są jednią. Ta jednia została rozdarta, rozbita na rzecz chaosu obrazów. Już koniec języka omdlewa i umiera. Nawet w nim nie ma nic.

Kochana Jolanto! Moja myśl jest samotna bez Twojej przyjaźni. Czy ja, czy bezdomna narajska kotka, to to samo.

Widzisz to zdjęcie najbrzydszej kotki świata?

To prawie ja.

Kochana Jolanto!

W sztuce znika mistrzostwo ręki, a więc znika odpowiednik muzyki klasycznej, a bez tego sztuka staje się martwa. Nie ma w niej trzonu. To samo dzieje się w literaturze. Rozpowszechniło się plagiatowanie. Czym innym byłoby wykonanie cudzego utworu, to znaczy kontynuowanie mistrza po mistrzowsku, jego niedokończonej myśli, jego wyobraźni – poprzez dawanie osobistego więcej, poprzez wirtuozerię. Kochana Jolanto, ja naprawdę jestem narajską kotką. Masz tu poniżej jej fotografię. Poznajesz mnie?

Panowie wojny obudzili się do maskulinizacji świata w tradycyjnym stylu, w stronę niekończącej się spirali przemocy. Ta kotka, czy ja, czy listek, to to samo: nic.

 

Tamara Bołdak-Janowska

 

 

Tamara Bołdak-Janowska. Szywarat na wywarat.

felietonisci-05Antoni Radczenka w artykule „Białorusini – paradoks świadomości narodowej” pisze, że na Litwie mieszkają 43 tysiące Białorusinów i że najpotężniejsze środowisko intelektualne Białorusini tworzą na Litwie i w Polsce. Czyli decyduje jakość głów, a nie liczba ciał. Omawia jeszcze jedną sprawę: pomiędzy młodymi a starymi istnieje rozdźwięk, nawet niechęć czy też wrogość. Starzy czy też starsi strzegą tradycji, a młodzi chcą nowoczesności i są radykalni. Radykalizm. Pewnie wg hasła: precz ze starymi. Nasi starzy nie krzyczą tak w stronę młodych. A może ich radykalizm jest taki, że nie władając językiem białoruskim czy prostym, ani nie ceniąc własnej kultury, chcą iść na krwawe barykady za białoruskość?

No więc tradycja. Oczywiście tradycja jest dobrem danego narodu i dobrze, że ktoś jej strzeże. Zapewnia kulturową ciągłość. Żaden naród nie przetrwa, jeśli każde następne pokolenie będzie na nowo zrywać ciągłość kulturową. W 21. wieku będziemy mieli śmierć wielu narodów Europy, bo w końcu nić kulturowa zerwie się definitywnie i będziemy „Merykanami”, jak się należy, modnie, trendy-srendy. Szybko. Skok do uwspółcześnienia. Czy może jednak ten skok obdarzy nas czymś lepszym? Nie. Odwrotnie – ten skok powoduje to, że skaczący tak naród rozpłynie się w narodzie, który tak nie skacze. Najpierw kultura wchłaniającego nas narodu jest atrakcyjna. Tu jest nowocześnie, współcześnie, modnie, glamurowo, a wszyscy pobazgrani tatuażami na uliczne hulanki z nijaką, niczyją muzyką, byle głośno. No więc wypływamy w inny naród, pełni satysfakcji, że doskakujemy do uwspółcześnienia. Tymczasem poddaliśmy się jedynie popkulturowej przemocy innego narodu. Taka przemoc istnieje, jest dobrze zorganizowana, wcale jednak nieobowiązująca odgórnie. My sami porzucamy naszą kulturę i doskakujemy do innej, tej przemocowo dobrze zorganizowanej i kiepskiej.

Karol Sadkowski w tekście „Białorusini inaczej” mówi coś ważnego: białoruskość z istoty jest pogranicznością pomiędzy Rosją a Europą. Toż o tym mówiłam, o stanie kulturowego bi.

Sadkowski zwraca uwagę, że w Polsce młodzi Białorusini mają świadomość białoruskiego pochodzenia, ale określają się jako Polacy. To tak jak polscy Tatarzy, ale Tatarzy pamiętają lepiej, kim są. Nie tracą tożsamości.

W okolicach Bielska i Hajnówki Sadkowski widzi tożsamość hybrydową. Tak nazywa to, co ja określam bi. Ogólnie dostrzega brak więzi polskich Białorusinów z Białorusią. Nie tam widzą swoją ojczyznę. I ja jej tam nie widzę.

W Polsce my możemy mieć jedynie swoje małe ojczyzny, czy to Lićwiny z Północy, czy to Podlaszuki z Południa w tym samym województwie. Mało mamy. I z tych małych ojczyzn uciekamy. Co my mamy? Przeszłość tylko? Pamięć? I tego nie chcemy. Aby żyć, musimy dusić w sobie pamięć o życiu sprzed ucieczki. Maja razumnaja maci hawaryła: ja razumieju, szto siahodnia druhoja żyćcio. Ni haniła minie, szto ja na studiach nasiła karociańkija spadniczki. Ani za toja, szto ja lubiła jeździć tudy siudy, i za hranicu. Ani za toja, szto ja słuchała durnoj muzyki, ali chutko piarastała, bo heta muzyka stała kaścianieć adzinakawaści i bałbytańni. Pryjechała dwajuradnaja siastra z Rasieji i każa: szto ty słuszajesz tolko takuju adnostaronniuju muzyku? Daj Wertynskowo ili Mocarta. Maci ni haniła minie nawat za toja, szto ja pastanawiła mieć dzicia zasim małodzieńkaju i doho ni chacieła wychodzić zamuż. Ja hawaryła, szto ja lublu adzinotu i ni patrebny dla minie nijaki mużyk. Maci razumieła heta. Ani za toja ni haniła, szto ja malawałasa. Maci sama malawałasa, kali była maładaja. A ja tak ni umieju, kab razumieć nowaja żyćcio. Jano pierastało razwiwacca. Jano duszyć, bolsz czym duszyła kamuna, prynamści nasza, bo joj była wolnaja kultura, choć ni sia była wolnaja. Była i kamunistyczna popkultura, ali siahodnia jana adno śmieszyć. telewizary bez przerwy laciać filmy, katoryja nakrucili kamuni i katoryja ni starejuć. Jany intelektualno ceły czas nas śmieszać, bo baczym, szto sio jakim było, takim astałosa, jak kaliś hawaryli: adno szywarat na wywarat. Ci pomnim jaszcze hety słowy – szywarat na wywarat? Po polsku: na odwyrtkę? Odwyrtka staje się normą dla następnego pokolenia. Starzy, którzy widzą jeszcze odwyrtkę, męczą się w beznadziejnym oporze.

Sadkowski przytacza liczbę Białorusinów w Polsce po wojnie. W latach czterdziestych było nas 125 tysięcy. No tak, podzialiśmy się. Część wypchnięto do Sajuza (po wojnie, ale i w latach sześćdziesiątych), część zasymilowała się, a część nadała sobie „narodowość prawosławną”. Część (kułaków, nauczycieli) Sajuz wywiózł w czasie wojny. Ze 125 tysięcy została garstka. Moje pokolenie uciekło na uniwersytety. Potem rodzice uciekli do mieszkania w mieście. A co mieliśmy zrobić, skoro powojenne granica uczyniła z naszych wiosek koniec świata? Ani dokądś dojechać, ani doczekać się karetki pogotowia. Cztery pałoski nieurodzajnej ziemi? Młodzi, ale i starzy mieli jedno w głowie – uciekać z tego końca świata i od tych marnych pałosek. Wnukowie jeszcze dalej uciekną, do Berlina czy Londynu, do Ameryki. Nasza ucieczka nie ma końca. Ucieczka stanowi naszą tożsamość. Wpływamy, wpływamy w inne narody, które trwają, będąc sobą, a nami się ulepszają, asymilując.

Wikipedia podaje, że przed wojną było nas prawie milion w Polsce. Było jeszcze pół miliona Poleszuków. Jakże zmiana granic szkodzi ludziom, tj. narodom. Niszczy całe narody, krojąc je i wymuszając życie w coraz to innej ojczyźnie, nastawionej na swoją asymilację. Każda nowa ojczyzna ciągnie w swoją asymilacyjną stronę naród pokrojony i w 21. wieku. Naród pokrojony asymilować łatwo. W istocie nie ma on ojczyzny. Popada w odrętwienie. Asymiluje się machinalnie, nie myśląc. W 21. wieku takim pokrojonym narodem, który się obudził do walki o ojczyznę, są Kurdowie, traktowani ambiwalentnie przez media, bo raz to terroryści, a innym razem walczący o ojczyznę nie w kawałkach.

Po katastrofie czarnobylskiej z 215 tysięcy hektarów południowo-wschodniej Białorusi wysiedlono 135 tysięcy ludzi. Obecnie to zona czarnobylska. Białoruś została najmocniej napromieniowana. W 21. wieku Białoruś choruje od napromieniowania. To się rozciąga na całe lata. Tarczyca staje się guzowata. W Polsce też tak mamy. Mam czarnobylską tarczycę. O tym się w mediach nie mówi. Jakoby było i minęło. Nie minęło. Choruję od tego.

Ryszard Radzik w artykule pt. „Polak, Litwin, Białorusin (…)” mówi: „Po powstaniu styczniowym wzmocniła się terminologia polskości kosztem litewskości. Po likwidacji Kościoła unickiego powoli słabła ruskość jako element polskości, wzmacniając się w swym wymiarze prawosławnym, ewoluującym w kierunku rosyjskości. Białoruscy chłopi świadomości narodowej nie mieli, dość długo także i wspólnego endoetnonimu (tzn. nazwy, którą by się określali”. Niezupełnie to tak. Skoro bycie Białorusinem było zakazane lub przynajmniej naganne w każdej nowej ich ojczyźnie, to sami się zakazywali – milczeli o sobie. To milczenie o sobie nie jest tożsame z brakiem tożsamości narodowej. Lepiaj maczać lepiaj ni pryznawacca, chto ty, bo ni znajasz dnia ni hadziny, kali cibie dzieś wywiazuć abo spalać razam z twajoj wioskaju. Badacze białoruskości nie rozmawiają z żyjącymi tu i teraz Białorusinami. Mają ich pod nosem i mogliby się wiele o nich dowiedzieć z ich ust. Poza tym w języku prostym do dziś przetrwało rozróżnianie słowa „ruski” i „rasiejski”. My ludzi ruskija, i szto? W języku polskim słowo „ruski” stało się pejoratywne i tożsame z „rosyjski”. „Narody ruskie” – już się tak nie mówi, aby określić Słowian wschodnich. A Białorusini ciągle tak o sobie mówią. My ruskija, i szto? My ruskija, ali ni rasiejskija, adroźniwaj. Co ważne – prawosławie trzyma przy białoruskości polskich Białorusinów i wcale nie wzbudza tęsknoty za Moskwą. Od dawna nie ma takiej łączności pomiędzy Kościołami, aby Moskwa uprawiała rusyfikację polskiego KP. Nie możemy myśleć kategoriami z 19. wieku. Tylko ten strach – lepiaj maczy, chto ty – pozostał białoruskim strachem.

Oleg Łatyszonek w wywiadzie dla Newsweeka wymienia pełną nazwę WKL – Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie i Żmudzkie. Potwierdza to statut litewski z roku 1588. Znaczyć my byli tam ruskimi razam z kraincami i sio ab hetym pamiatajam. Heta była nasza ajczyna. Heta była ajczyna roznych sławianskich i ni sławianskich naroda. Kali skaracić nazwu wyjdzia: WKLRiŻ. Inaczej hawary Wacła Łastoski: Wielkie Księstwo Białoruskie (Litewskie) lub Wielkie Księstwo Litewskie (Białoruskie).WKB (L) lub: WKL(B). ahulnaj pamiaci prapała paczatkowaja nazwa. Była za dohaja? Patom skaracili jaszcze tak: Rzeczpospolita Obojga Narodów. Narody adnak nijak ni skaracilisa pad nowaju nazwaju. Skaracisa adno biełaruski narod, bo pabieh u palaki i rasiejcy, i razbiehsa pa kantynentach. Łatyszonek jaszcze haworyć: zamak Radziwiłła (w Mirze) zbudawa ruski prawasłany mahnat, Jury Ilinin. Mahnaty chutko pazmianiali swaju tojesnaść i wieru.

Budzę się zmęczona. Dawniej tak nie było. Ranek to był raj. Człowiek miał rano tyle sił! Budziły mnie dźwięki z kuchni. Rodzice wstawali bardzo wcześnie. Matka temperowała ojcowskie opowieści: ni hałasuj, niachaj dzicia jaszcze paśpić. Piarastań bzdrynkać na hetaj skrypcy! Naszo poru! Ta ż ranica. Dzicia spało i da dwanastaj. Jak było dobro. Nasz piewiań lez u majo wokno, stawa na padakonnik, i lamiantawa majo wucho. Kukareku! Ustawać para! Czyrwanie ad hetaj pracy nada mnoju. Sztoś tady że było ni paradku z majim zdarowjam, kali nijak ni mahła razbudzicca. Kali mnie było dziesiać miesiaca, ja pamirała. Z trudom minie adratawali. Piaralili maminu kro. I ja stała duszoju padobna da jaje.

Tolo mówi: a ty ostatnio ciągle wracasz do przeszłości, zupełnie jak moja mama.

Mama Tola ma ponad dziewięćdziesiąt lat.

Wracam do przeszłości, bo nie mam przyszłości. Sakrat hawary ceły rok: zatra ja umru. Dobro i praz rok hawaryć takija słowy. Cipier ja ich pataraju. Ni znaju, jak doho. Heta czućcio adbiraja mnie energju, wolu żyćcia. Jak mnie brakuja Sakrata! Nichto jaho ni zastupić. I Janusza brakuja, i jaho nichto ni zastupić. Mnohich cikawiło, jaki u jich budzia pohlad na heta i toja. To koniec mego świata. Nie ma pociągów, bez których nie mogłam zasnąć. I domu nie ma. Pamięć przybliża mi tamto życie coraz wyraźniej. Jestem coraz bliżej kołyski. Dusza się cofa – wraca do dziecka, do niemowlęcia. Nie chcę. Bez znaczenia jest mój sprzeciw. Należę do planety, która przecież jest każdą żywiną na sobie. Kwitną tamte akacje. Nie wezmę już do rąk ich strączków.

Żywina. Nasze słowo.

Wiarnusa da naszaho Plotyna. Plotyn żyćcio nazywaja żywinaju, ci ludzkoja, ci źwiarynaja. sio heta jaho: żywina. Takija słowo używają jaho piarakładczyk, Adam Krokiewicz. Miło. Miło, bo my damawoja źwiario nazywali żywinaju. Heta nasza mowa. I karowa heta była żywina, i koń, i parszuk, i nawat kuryca. Żywinu trebo nakarmić. Żywinu trebo pahłaskać. Z żywinaju trebo pahawaryć. Żywini trebo padasłać świeżaj sałomy. Żywinu trebo wyhnać na wyhan. Żywina ryczyć, piszczyć, jeści chocza. Szykuj jadu, idzi, pakarmi. Jak miło, szto naszy słowy żywuć u fiłasofa. My mieli paczućcio ważnaści słowa, kab ich ni kidać na wieciar i ni bałbytać. Cipier telewizary bałbyczuć, razmywajuć znaczeńnie sło. My darażyli słowam. Dzie heta prapało? Czamu czaławiek pazwoli ludziam bałbatać? Czamu ludzi marnujuć słowy? Czamu robić z jich imhłu?

My druhija. My adroźniwajamsa ad sich. Ad rasiejca adroźniwajamsa. Henry Miller baczyć adzinakawaść rasiejca i amierykanca. Bo padobnaja ziamla, szyrokaja i dzikaja. Klimat padobny. Trebo było być ćwiordym na takoj dzikaj ziamle, i chadzić z pistaletam. U Sibiry kożny maja karabin, jaszcze za kamuny tak było. Dawali żyljo i karabin, adno jedź tudy i tam pracuj. Pry tom i adnyja, i druhija żywuć u mahutnaj dziarżawie. I adnych, i druhich pohlad imperjalny. Takich ludziej stwaraja kożna imperjia. Takija imperjalnyja ludzi baruć sibie jak ważniejszych ad sich na cełaj ziamle. Hetaho nichto ni zmienić.

A my druhija, nas żywie sławianskaja dabro, a katoram my nawat ni haworym. Jano nas naturalnaja, jak nidrapieżnaj żywiny. My heta zabywajam. Sibie zabywajam.

Pierszy raz baczu, jak u naszam parku całujucca hołuby. Dwa razy pacaławalisa. Doho. Dumała, szto adzin druhomu pamahaja sztoś wyniać z dziuby. Ali nie. Jany caławalisa. Jon z jeju. Para. I zaraz jon nasie na jaje. Ni wyszło, bo chtoś prajecha rowaram. Chtoś iszo siudoju. Razahnali paru. Tolo tak samo nikoli ni baczy całujuczychsa hałubko. Splali szyi i tak trywali, dziuba dziubu. I jaszcze raz. Aż chaciełaso wykryknuć: Horko! Horko! Pij da dna, my naljem jaszcze wina. Mnohaje, mnohaje leta. Za jakojuś hałubkaju u hetym miescy zasza tańczyć jakiś hołub, chwost wałacze pa ziamle, i niczoho z hetych zalota ni wychodzić. A tut udałosa zrazumiecca ad razu. Znaczyć ptuszak jak ludziej, jeść kachańnie.

Tut iszła jakajaś hramada. Dziaczyna ad jich każa: jakieś straszne te gołębie, oczy mają straszne. Co, nigdy nie widziała gołębi z bliska? Tolo: chciała być oryginalna. Głupi babon – mówię. Jak czasem człowiek coś powie, to wszystkie ptaki uciekną – warczę nie najmądrzej. Czego ona chce od oczu gołębi?! Jany takija, jak trebo. sie ptuszki majuć swaji woczy, takija jak trebo. Hołuby majuć woczy u czyrwonych kaloskach. Pieni i kury u żotych. szulako szalonyja zialanawatyja woczy. U arło woczy jasnyja. Gołębie nagle odleciały. Potem siada na sąsiedniej ławce mężczyzna, gołębie wracają stadem, gromadzą się przy nim. Coś im sypie z pełnej garści. Przylatują większym stadem, pożerają; widocznie jest to coś smacznego, jakieś ziarno. Potem jedzą mu z ręki, tłoczą się – ufnie. A tamta baba odwróciła wzrok od ptaka. Dwie różne ludzkie postawy. Milej, znacznie milej patrzeć na tego mężczyznę. Tej babie i czyjeś ludzkie oczy wydadzą się straszne, obce, nie z tej cywilizacji?

Czytaju, szto pisza u interneci Ilona Karpiuk i zhadżajusa: cipier łatwiej tabie, kali haworysz, szto ty prawasłanaja polka, a ni biełaruska. Zno straszno. Jak ni toja, ta tamtoja proci biełaruskaści. Być biełaruskaju heta natykmiest palityczna sprawa. A my tak nawat nikoli i ni padumali. Nasza tojesnaść ni palityczna. Jana damawaja. Adno chaci my napradu sibie. I haworym, jak umiejam. Haworym pa prostu. Jak tolki paza chataju pryznajamsa da biełaruskaści, zaraz na nas panawieszywajuć nacjanalista dy faszysta. W UE my sibie. W UE sie histarycznyja miańszyny u sibie. Ab ich dbajuć. Biez hetaho pustoszycca kultura. Zmuszajuć świeżych uńjata, kab dbali tak samo sibie. W UE duszacca ad wajennych ciakaczo, ali heta druhaja sprawa. Nam strach padumać, szto Polszcza mahłaby wyjci z UE. Zno papaliby ruki szawinista? Nasz strach żywie. I jon heta tak samo nasza tojesnaść. My pamiatajam kryży na dźwiarach, napisanyja czornym ałokam. Chto chacie nas pazabiwać tady? Na maich dźwiarach by taki kryż. Moj nowy strach zastalaja minie zno hladzieć na dźwiery. Ni chaczu hladzieć, a hladżu. Jak atamat. Pierastań hladzieć na dźwiery! Heta ni tyja strasznyja hody. A szto, susiedzi heta rabili, i jany jaszcze ni pamierli? I zno prasnucca i da toj samaj raboty? Jakuś łatwo prasynacca szawinistycznym źwieram. Hetaj siaczyny nichto ni spyniaja. Nasz Redaktar Cz. haworyć: „trzeba zdusić w zarodku marsze rasistów”. Ba! Nichto ni spyniaja. I bolsz, i horsz – łada biare ich jak patryjota.

Tamara Bołdak-Janowska. Język prosty (3)

felietonisci-053. Język prosty. Słowa w języku prostym wracają do nas, ale nie wszystkie. Część na zawsze została w przeszłości. Możemy przestać uśmiercać język prosty. Jeszcze możemy. Chyba możemy? Przecież on żyje.

Chaładziec. Wykrzykuję tę nazwę. Co, chaładziec? – pyta Tolo. Chaładziec. Po rosyjsku „chasz”. Mickiewiczowski „chołodziec”.

Nikt nigdy nie spytał nas, tu i teraz żyjących, co to jest ten chołodziec, co go u Mickiewicza „łyżkami żwawo jedli”. Hańba braku pytań. A domyślali się, a dyskutowali, a czy to nóżki w galarecie, a czy to chłodnik, bo „łyżkami żwawo jedli”, a dlaczego łyżkami. Odpowiedź jest prosta jak drut: heta nasz chaładzieć, czyli zawiesista zupa na nóżkach, bardzo dobra na kaca, jak też zawczasu ratująca przed kacem. Zupa chołodziec, jak to zupa, domaga się, aby ją jeść się łyżkami. Chołodziec musi być parzący, ale nie można się nim oparzyć. Ta zupa, w zasadzie nóżki w galarecie na gorąco, smaruje gardło dobroczynnym kojącym tłuszczem, podobnie jak sało. Je się ją łyżkami – powtarzam. Czas ad czasu chaładziec my waryli i u zwykły budziań biez harełki.

Jak można żyć z brakiem odpowiedzi, kiedy odpowiedź jest? My wprost lśnimy odpowiedziami na temat mickiewiczowskich słów „niezrozumiałych”. Brak pytań, kierowanych do nas, to hańba. Umrzemy i te słowa umrą.

Nie denerwuj się – słyszę głos Tola.

Nie mogę pozostawać w spokoju, bo znam odpowiedź. Nie opinię, a odpowiedź. Nasz chaładziec astaŭsa sam dla sibie dzieś u pawietry, jak jakajaś sirota, jakoju nichto ni zaapiakawaŭsa, choć ŭsie zbiahajucca, kab ab joj hawaryć hadami, ŭpustuju. Jeśli u Mickiewicza poŭno naszaj leksyki, ta zdawałobysa, szto ad razu trebo biehczy pa wyjaśnieńnie da nas, a tut – nie. Jakby nas ni było jaszcze żywych na świeci z żywoju mowaju. A ci chtoś jaszcze waryć nasz chaładziec? Ja nawaru pryhatoŭlu spicz, szto heta takoja, hety chaładziec. Zabaczycia, jaki jon delikatny i efektyŭny. Suniacca czeraz horło jak śliskaja ptuszaczka.

Poza tym źle pojmowane obecnie jest słowo „litewski”. Za czasów Mickiewicza „litewskość” nie oznaczała w dzisiejszego rozumienia litewskości. Już wiele razy to wyjaśniałam. Już mi ręce opadają. Ten „chołodziec litewski” jest lićwiński, czyli z WKL, po prostu białoruski (i rosyjski). Mieli kaca, albo bali się kaca, to żwawo jedli łyżkami chołodziec. Gdziekolwiek pili gorzałę, a mickiewiczowskie Lićwiny pili, to chołodziec musiał być. Sama nazwa chyba jest myląca, bo sugeruje że danie to spożywa się na zimno. Nic podobnego. Danie to miało dwojaką postać. To nie chłodnik. To chasz! Mam się wydzierać? Pływali u joj tłuściańkija  chrastki. Niemiec Grass w wierszu „Zylca wieprzowa” opisał proces robienia tej zupy, więc jest ona znana w Europie. A u nas nieznana w tych dwóch postaciach, na zimno i gorąco? Fuck.

„Końskie placki” – są takie? Nie ma! Jeść tolki karowinyja placki. Ja ab jich uże hawaryła, ali prybiehli znoŭ. Ajoj! Ajoj! Jakaja zniwaha, kali ja na aŭtarskam wiaczorku adnaho aŭtaryka zajawiła, szto nijakach konskich plackaŭ nima, jak jon pisza, ni znajuczy u realnaści, a czom, chibo szto heta końskaja sraczka. Ajoj! Zniwaha. Mój suicyd, bo uże bolsz ja ni isnuju u razmolanych prapawiednikaŭ hetaj konskaj sraczki. Nu i dobro. Isnuju u druhom mieści. Ŭkinuła u Internet zapytanie: „jak nazwać konskaja haŭno”, a tam nachodżu tolki „łajno” i jaszcze prapanowy ad internaŭtaŭ: „kule” i „bobki”. Tiaaa. „Bobki” mohuć być awieczyja, a ni konskija. Lepszyja uże „kule”, ali i heta ni toja. Klocki. Bolsz jak piatelnia albo nawat kapialusz, katory chtoś nichoczuczy prysieŭ ciażkaju srakaju. Czamu ludzi piarastali być staralnymi u mowi?! Czamu uże ni tworczyja i biaz kryszyny fantazyji? Czamu zaraz, ajoj, abida za racju? Mało, abida. a jaszcze heta adrazu  hejt na ich asobu! Hejt. Pryszła moda na hetu admyczku. Piszu na FB: hejt heta tolki srejt. Jaki heta hejt, kali za jaho hajciory atrymywajuć hroszy i jakiś supiernik aŭtara u jich heta zamowiŭ? Za hroszy! U jich nijakoj waradźby nima. Jany pradajucca za hroszy, kab pazbawić supiernika rekłamy jaho asoby i jaho kniżki, bo jakiś zajzdrony chłycz u jich heta zamowiŭ. Dobro płacić, ta czamu nie? Słowy-admyczki heta ni kluczy, a waradźba u hajcioraŭ dutaja ŭsia u hety hroszy. Fuck. Chibo szto jany psichi, ali heta zaŭsim druhaja pieśnia. Fuck. Hejterom. Im się nie odpowiada tonem pokrzywdzonego. Ich się ignoruje. Racja, kryciki heta nijaki hejt. A tut hejt, hejt. Jak siem babka, tak siem babka – hejt. Fuck.

Taciana: A hety Ciarech znou zastreliŭ try gabiackija sabaki. Bo wałaczylisa pa wioskach, pa lesu. Źwiarjo razdzirali. i pa czużych padworkach szwendalisa. A ab sabaku trebo dbać. A sabacy, jeśli trymajam jaje u budzie, trebo sztodzień świeżańkaj sałomy padasłać, abo świeżańkaho sienca. Kab mieła czyściańko, miahkańko, milańko. A ni tak, szto biaz dbańja. Hałodnaja, złaja. A sabacy trebo sztodzień zupu smasznuju i hustuju zwaryć. A ni tak, szto sama lasnym źwiarjom nakormicca, dy jaszcze nakiniacca na czaławieka. Dy nu ich z niekatarymi ludźmi. Hawaryć z jimi ni choczacca. A z sabakaju ta i pahawaryć sztodzień trebo, i paskarżycca. I jana zrazumieja czaławieka. Woczy u jaje razumnyja, i ŭsio razumniejuć, kali jej sztoś apawiadajasz.  A Hreś wyjachaŭ na urlap, a swai sabaki astawiŭ. Kinulisa na czaławieka, jaki spakojno iszoŭ da Świsłaczanaŭ la jaho padworka. Czuć ni zahryźli. Piaraleźli czeraz ahradu. A i budku trebo zrabić jak chatku, cioplańkuju, nipramakalnuju.

Arszula. Arszula to było coś dużego, ciemnego z dużymi uszami. Coś jak ciemna chmura. Coś, co się z miejsca nie ruszy. Duże zwierzę. Krowa. Arszulaju my nazywali karowu. O, staić uże nasza arszula, upierłasa. Ryczyć. Daić prosicca. Nu, arszula, idziem na wyhan. Staić nasza arszula, żujku żuje. Nie znalazłam w Internecie tego słowa, nawet w słownikach gwar podlaskich. Wyskakują mi same „Urszule”. A przecież słowo to było używane, i to często, na pewno w Zubkach. Było pieszczotliwe, ale niezupełnie. Oznaczało zarazem konieczność. Oto coś trzeba zrobić dla krowy, wydoić, nakarmić, napoić. Nie można nie wykonać tego, o co prosi arszula. Jeśli słowo ma rodowód niemiecki oznacza: srakula, dupula (od: Arsch), a jeśli łacińki, to oznacza niedźwiedzicę (łacińskie: ursa; zdrobniale: ursula). Do arszuli porównywano też babę ze względu na cielesną objętość; taką dużą puszystą babę. Pryszła i staić u dźwiarach heta nasza arszula. Arszula pryszła, staić, maŭczyć. Użyte w stosunku do kobiety słowo „arszula” zawsze oznaczało, że milczy. Prykłypała da nas, na parozi arszulaju staić, choć by prymaŭku jakuju skazała. A ci jana szto ciamić? Musić sztoś ciamić, kali umieja chadzić. Arszula. Milcząca obecność. Cokolwiek było duże, zasłaniające, milczące, stanowiło arszulę. Tam rastuć karczy, ciomnyja, wielkija, hustyja, a razraślisa jak jakijaś arszuli.

Białoruskie „brazhatać” w języku prostym miało formę: brazgitać. Brazgiczasz harszczkami. Szklanki zwanili, a harszczki, łożki i naży brazgitali.

Białoruskie „czmureć”, w języku prostym brzmiało: czureć. Ja jaszcze ni aczureła. Możno aczureć ad hetaj sztadzionnnaj ŭsiaczyny. Chodzić jak aczurełaja. Chyba zgubiliśmy „z” w tym słowie przez analogię ze słowem „dureć”, „adureŭ”, adureła”.

Zamiast „tuzać” mieliśmy: turzać. Bol u kaleni turzaja. A czaho ty biaz przerwy turzajasz dzicia? Szto ty czaŭpiesz, ŭsio turzajasz maju duszu. Turzanuŭ jaho za kaŭnier i kryknuŭ: a nu, wypindywaj z majej z chaty.

Nasza twarda wymowa. Nasze jedyne na świecie słowa, które nie przeszyły w rynkową sraczkę. Nasze słowa w dzień powszedni i w święta dotyczyły spraw istotnych. Nasze słowa były święte. Nie można było opowiadać bzdur, czyli czynić ze słów śmieci. Nie tworzyliśmy wiązanek eufemizmów, aby zamydlić problem, ugrzecznić go. Chibo szto chto napiŭszysa wypuskaŭ z rotu adnu truchlacinu pad sibie, aż ŭpaŭ i ścich. Jaho truchlaciny nichto ni paŭtaraŭ, bo ni było czaho paŭtoryć. Dy jaszcze aplawuszyŭ adzin druhoho, i aboja ŭpali, i ścichli.

Słowo „bersać znaczyło nie „pętać”, ale: rozrzucać. Dzicia śpić nispakojno, paściel razbersało, a ŭpiarod razbersało ŭsie cacki. Karowa sieno bersaja na ŭsie boki. Chtoś słowami bersaja, ŭże lepiaj maŭczaŭby. Łożkami bersaja.

Psik! Koszki adhaniali ad stałoŭ słowam, to jest krzykiem: „psik”!

„Cilifon”, cilihram”. Tak uże nichto ni skaża. Cilihramy adyszli na zaŭsza, a cilifony heta cipier pierad ŭsim kamurki, choć i damawyja cilifony astalisa, ali jany uże daŭno stali nazywacca „telefonami”.

Zhadka oznaczało: wspomnienie. Zhadaj nam sztoś. Sztoś nahadywaju, ali jak czeraz imhłu.

Zieŭra oznaczało: przepaść. Iszła i baczu, szto jaszcze raz stupnu, a akażusa u zieŭry. Słowo „zieura” zawiera polskie „zianie”: ziejąca dziura, przepaść.

Zzamaładu: w młodości. Złahada: zgoda. Dabrydzień: dzień dobry.

Dobrze, że w dzieciństwie nasłuchałam się barwnych opowieści z ust wiejskich kobiet. Jakże one umiały opowiadać na pasidziełkach! Teraz w pamięci odżywają stare słowa i krzyczą, to znaczy czas krzyczy: notuj! Czas to osoba osób, bo składa się ze zmarłych i tych, którzy umrą. Czas jest pełen mówiących ludzi.

Kaŭbacić: wstrząsać. Ni możno było skaŭbacić małaka u bancy, kali uże odstojałasa śmiatana.

Zniczka: spadająca gwiazda. Adnaho razu, kali my żyli jaszcze u kaszarcy, Tolo wyjszaŭ na padworak, a byŭ pozny wieczar, ŭhladzieŭ cely roj zniczak. Hladzieŭ i hladzieŭ, a jany padali, padali. Druhi raz my razam zabaczyli cełyja roji światlakoŭ. Zaścialili ziemlu ad kaszarki da Świsłaczanaŭ. Świacili tak husto! My ni mahli pawieryć, szto heta ni kazka, a praŭda. Chacieli nabrać u żmieni, ali ni dałosa. Ruki nijak ni mahli ich schapić. Bolsz nikoli ni zabaczyli takoho fenomenu. Kab tak świacili czaławieczy słowy. U niekatarych piśmiannikoŭ słowy tak świeciać. Aleś Razanaŭ: „Nocz u suzorjach, kniha knih”.

Apluchacca. Wieki nie słyszałam tego słowa. Apluchacca możno było nichoczuczy, naprykład niasuczy wiadro pamyjaŭ. Ni daniasła da pamyjnaj jamy, a tolki apluchałasa. Druhi raz ty niasi, moża ty ni apluchajaszsa.

Śniedać, abiedać, wiaczerać. Nie stworzyliśmy tu eufemizmów polskiego typu: jeść kolację, jeść śniadanie. Polskie piękne jednowyrazowe określenia „śniadać”, „wieczerzać”, „obiadać”, odeszły w niepamięć, jakby używanie kilku wyrazów zamiast jednego było czymś lepszym. W języku polskim zachowało się słowo „objadać się” jako echo dawnego „obiadania”, i co innego znaczy. „Śniadać”, „wieczerzać”, „obiadać”: te słowa obecnie zachowały się może tylko gdzieś tam w gwarach. Inteligenci PRL uznali je za kompromitujące, bo wiejskie. Szkoda. Jednak język, aby żył, musi być napełniany współczesną treścią i rzeczywistością, inaczej stanie się archaizmem, wspomnieniem i wspominaniem. Czy ten status można nadać językowi prostemu? Próbuję. Skoro jesteśmy wciąż dwujęzyczni, to piszmy dwujęzycznie, mieszajmy języki. Zaczynam to robić. Pan Jan Maksymiuk wzywa mnie do tego, ale ja wybieram polską łacinkę. Już pisałam: bo taka tradycja istnieje (zapiski szlachty). Pan Redaktor nasz kochany, też już o tym pisałam, boleśnie przeżywa zanik języka prostego. No to mieszam oba języki. Chcę mieć w obu treści współczesne, nawet filozoficzne. Oduczam nasz język prosty treści zamierzchłych, choć i takie mnie interesują, na przykład nazwy byłych wiejskich czynności i rzeczy. Ali ni możam żyć adnymi ŭspaminkami, szto kaliści chtoś sztoś kazaŭ, sztoś tak i hetak nazywaŭ. Kaliśniajszyja macunki nam siahodnia nanicz. Tak samo fortki. I jakuś nam nanicz litaraturnaja mowa, bo jana zdajecca nam miortwaja, czużaja. U joj za mnoho prapahandy, a nima naszaj sztadzionnaj siahodniajszaj kanicieli. U prastoj mowi nam patrebny flansy. Maji sproby heta ŭsioż taki jakijaś flansy. My hawaryli: flanz; flanzy. Moża i jany nanicz. Moża heta paŭczwiertak taho, szto pomniu z mowy baćkoŭ. Wielkaho pazaranku z hetaho ni budzia. Prastaja mowa heta biełaruskaja mowa, ali miascami z druhim akcentam i druhimi kanczatkami słoŭ, a heta mnie miło i ja ni chaczu hetaho wyraczysa. I niekataryja słowy inaczej u nas huczali. My mieli naprykład „chlupu” zamiest „chalupy”.

Sztoś mnie zhadałaso. Kali mnie było siem hadoŭ i ja waroczałasa z szkoły, a była zima i wokna byli zaleplany marozam, i ja zahlanuła u wakno kufni czeraz wydźmuchanu dyraczku u hustych biełych uzorach, i ŭhledziała jakohoś monstara z czużoj cywilizacyji. Banisty czorny szlem na haławie, czorny kambinezon, wializarnyja czornyja akulary i wializarnyja czornyja boty, a ceły abwieszany bliszczanymi łancuchami. I sam wializarny pad połap. I jaszcze ceły u czornych huzakach. Bajałasa ŭwajci u chatu. Pabiehła za chleŭ i dumaju, szto na nas chtoś straszny napaŭ, szto moża wajna. Prasidzieła tam paŭhadziny. Patom hety monstar razam z mamaju wychodzić z chaty, ja aściarożno wyhlanuła, a heta nasz kalejowy stoŭbałaz. A huzaki…  taż heta jaho kambinazon tak huzakami kłubiŭsa, na hrudziach, na kalenach. Nijakaja źjawa. Swoj czaławiek.

Spatykaju adnaho mużczynu na wulicy. Jon chacieŭ ŭsunuć mnie u ruki jakojaś zapraszeńnie. Ali ja ni chaczu ŭziać. Hawaru, szto dla nikoho ni chaczu bywać publikaju. Ni chaczu razmaŭlać, kali adzin puchnia, hanorycca, a ty siadzi jak pień abo paddakiwaj, kab na kaniec paprucianieć. Nawiazywajacca razmowa. Jon byŭ żaŭnieram. Tut i tam. Najomnik znaczyć? Najomnik.

I jon mnie każa, sztoś, czaho ja ni mahu zabycca: wiarnuŭsa, bo tut i tam trebo było zabiwać swaich, znaczyć palakaŭ. I tut, i tam. Jak heta paniaŭ, ta ŭiok. Dali ameryturu, kab tolki stuliŭ rot, kab ni hawaryŭ, szto tut i tam czaŭ piecca.

Jon mnie ni chacieŭ skazać, dzie hetak czaŭ
piecca. Skazaŭ szto ŭwiaździe, dzie hramadzianskija wojny. Spytaŭsa, ci możno wyżyć z pisańnia kniżak. Nie. Ja ni mahu. Mnie ni dajuć.

A z waszaj amerytury możno? Skazaŭ: możno, bo dali wielkuju, kab tolki stuliŭ rot.

Hety mużczyna, duży, ścipły, byŭ jakiś mnie simpatyczny. Ni zhubiŭ serca, buduczy najomnikam. Ni zhubiŭ sumleńja.

Gwiazdy się w nas wpatrywały

zajazd_do_naraju

Raz do roku w wyludnionej wsi Narejki (Фота Міры Лукшы)

IX Zajazd do Naraju

Życie. Już dziewiąty Zajazd! To narajskie literacko-muzyczno-teatralne widowisko w bezludnej przygranicznej (granica UE) wiosce Narejki przedłuża życie mojej książce „Rzeczy uprzyjemniające. Utopia” i przywraca wiosce życie, no i daje nam, uczestnikom, chwilę utopijnej szczęśliwości. Opisywałam to wielokrotnie w esejach, które można przeczytać na internetowych stronach „Czasopisu”, więc tylko krótko wspomnę, że stałam się reżyserką corocznych narajskich improwizacji. Zajazdy oparte są na improwizacjach gości, którzy na ten czas stają się pokojowym i wynalazczym plemieniem Narajów z mojej książki-utopii i dzielą się z pozostałymi refleksją, scenką teatralną czy wierszem. Nie istnieje podział na my – wy, tj. nie ma tradycyjnie sztywnej sytuacji, kiedy mamy tu tablo/nadajnik, a tam znudzoną i cierpiącą  publiczność. Tablo/nadajnik zazwyczaj mówi mętnie, śmiertelnie poważnie, unika odpowiedzi na pytania publiczności i właściwie nie jest nimi zainteresowany. Nie jest zainteresowany ani stanem publiczności, męczącej się nasiadówą, ani myślami publiczności, ani jej problemami, ani jej uczuciami, ani stanem świata, ani tzw. bolesnymi problemami. Ma się odbyć robienie trumny na zadany temat i koniec. Zadanie: przy pomocy zmasowanej reklamy zwabić tłum. Odbębnić. Wykonać trumnę tematu. Publiczność potraktować jak trumnę, bo co „oni tam” mogą powiedzieć. „Oni robią mi widownię”. Wziąć honoraria. I to wszystko. Potem nie ma dyskusji. Potem nie rodzi się z tego żaden poważny fakt w realu, choćby typu: przeżyć to jeszcze raz.

Spęd bez tego narajskiego pragnienia „przeżyć to jeszcze raz” jest jednorazową torturą dla każdego, kto posmakował choć raz raju Naraju bez tej selekcji: tu my, tam wy. Chociaż są osoby, które biegną na kolejne spędy, myśląc że staną się jego ważnym elementem. A skąd! Na spędach nie macie imienia.

Nie udało mi się porozumieć z Trialogiem w Krynkach, aby nam się nie pokrywały terminy, albo żeby chociaż poinformowano mnie w porę o terminie Trialogu, a tak o to prosiłam. Organizatorzy Trialogu zbyli moje prośby milczeniem. Jak w ub. r., tak i w tym to nie była gra fair, zwłaszcza że to już drugi raz pozbawiono mnie możliwości promocji naszego zjawiskowego Naraju. Nawet Wrota Podlasia zignorowały informację o IX Zajeździe. Tym razem miałam totalną blokadę. Jedynie Dyrektor GCK w Gródku spisał się na medal, dając wyczerpującą i miłą  informację na swojej internetowej stronie. Dziękuję.

Lubię luz i szczęśliwość. Gdzie to znaleźć poza Narajem?

Tak żyje i tak umiera moja książka-utopia. Każdy uczestnik Naraju starzeje się o rok, i ten młody, i ten stary. Dla młodych to rok życia na jeszcze długiej drodze. Dla starych to chwila szczęścia, czasem ostatnia. Dla mojej utopii to co roku cdn. i nowi bohaterowie. I, że się tak wyrażę: nowe siwe pasma w jej włosach. Tak jest. Książki też siwieją. Ich siwizna dodaje im uroku i znaczenia, albo nie.

parebski

Powitalna ceremonia (Фота Міры Лукшы)



Motyl. Naraj 2016 zaczął się w przeddzień. Pierwszy gość przyleciał na własnych skrzydłach, a był to pawik. Sto lat nie widziałam tego motyla. W Olsztynie latają po parku same seledynowe i drobne, najzwyklejsze. Pawiki są bajecznie kolorowe, okazałe, królewskie, arlekinowe. To składał, to rozkładał skrzydła, siadając to tu, to tam na parapetach werandy, a wreszcie osiadł na stole, na serwetce i spijał z niej coś. Chyba resztki wina. Połyskiwał amarantem. Trzepotał po poręczach. Odleciał. Przyleciał. Znowu ssał wino z rowków w serwetce (to plecionka). Pomyślałam, że zwiastuje narajskie szczęście. Druga myśl była rozpaczliwa: będziemy jutro w Naraju tak trzepotać naszym pięknem, jak ten samotny motyl. Bałam się, że w związku ze zmasowaną reklamą Trialogu i blokadą informacji o Naraju skurczy mi się liczba Narajów do zera.

 

Drugi drogi gość Naraju. Tolo przywiózł nam z dworca w sobotę, czyli w dzień Naraju, Katarzynę Boruń-Jagodzińską. Jak dobrze. Katarzyna z kamerą (kamera z SPP w Warszawie, notująca ważne dla kultury zjawiska).

Katarzyna ma rękę do robienia małych filmów. Świetnie montuje materiał. Równie świetnie dobiera muzykę, kiedy coś filmuje dzień po Naraju. Dwa filmiki z któregoś z poprzednich Narajów zmontowała tak perfekcyjnie, że poeta z Niemiec (w tym roku nieobecny) stwierdził w mejlu do mnie: Cudo! Mistrzostwo świata! Nie widziałem lepszych w całym Internecie!

Jak dobrze, że mieliśmy tę warszawską Narajkę 2016.

Natychmiast sfilmowała motyla, ssącego wino z serwetki.

 

Potem. Potem Katarzyna przeczyta fragmenty ze swojej książki „Pożar w operze”, pięknie wydanej przez „miniaturę”. Utkwiły mi frazy o kobiecie:

Śmieszne. Tu palce mi zgrubiały,
a ręce wciąż bolą
od krów dojenia,
od noszenia broni,
bez żartów,
wcale nie od rozmów.
„Ona taka wrażliwa”
mówiliście o mnie
Bo tylko Oni mają tę wrażliwość”.
I jeszcze ta wcześniejsza fraza:
Wiem to dopiero dzisiaj.
I to, że w melodii skwierczą
płonące stosy.

Dziękuje Katarzynie. Nagrywała całość Zajazdu profesjonalną kamerą i profesjonalnie, więc niebawem pojawią filmy na YouTube. Dwa już się pojawiły.

Powitanie. Przybył minibus z gośćmi z Gródka. Była to grupa literacka Kłosy i orkiestra Chutar. Wraz z nią przybyła Mira Łuksza (poetka z Białoruskiego Literackiego Stowarzyszenia Białowieża), pisząca po białorusku i polsku, współpracująca z Niwą), no i nasza stała orkiestra – kapela Chutar Haradok.

Zgodnie z planem miałam wycofać się w głąb werandy, następnie podejść i zatrzymać się na  schodkach, bo Chutar przygotował całą ceremonię stopniowego witania mojej osoby. Zagrali mi marsza, wręczyli kwiaty i prezenty, recytowali okolicznościowe wierszyki. Zaśpiewali Mnohaja leta. Motywem Naraju 2016 była moja okrągła rocznica urodzin: 70. Temat: Urodziny! Urodziny!

Dziękuję.

Dziękuję kapeli Chutar za granie w Naraju.

Na YouTube jest już film z oszałamiająco uroczystym powitaniem mnie przez kapelę Chutar.

 

Potem. Potem Mira przeczyta swoje wiersze o drzewach. Utkwił mi w pamięci ten o jesionie. Z jesionu przed wiekami Słowianie wykonywali broń, ale – jak mówi Mira: ważniejsze były łyżki i miski/ i dla dziatek jesionowe kołyski.

Potem Grupa Kłosy przeczyta swoje wiersze w języku białoruskim.

Potem Asia Czaban przeprowadzi ze mną rozmowę. Chyba nie wyszłam w niej poza powtórki z Kanta o człowieku, który jest albo liberum (wolny), albo brutum (zwierzęcy), ale czy to nie warte po-Kantowskiego powtarzania? Wciąż to nie banał, choćbym po Kancie powtarzała te słowa codziennie. Dziękuję.

chutar

Zajazd – literacko-muzyczno-teatralne widowisko na tarasie dobudowanym do dawnego wiejskiego domu (Фота Міры Лукшы)

 

Joanna Troc. Naraj 2016 uświetnił jednoosobowy teatr Czrewo Joanny Troc. Cały Naraj czekał, aż się ściemni, bo tylko wtedy mógł się odbyć spektakl, w którym ważne są światła i światełka. Joanna zagrała mój monodram o św. Kseni, a zrobiła to fenomenalnie, na luzie i w narajskiej szczęśliwości – w pełnej symbiozie z widzami w kocach i kurtkach. Poruszyła ich. Teatr długo montował się na końcu podwórza. Joanna z mężem przywieźli elementy scenografii, ale potrzebne były przedłużacze, świece, świeczki. Znalazłam w szufladach starych kredensów w chacie mojej córki.

Monodram o św. Kseni napisałam w ubiegłym roku na prośbę Joanny dla jej teatru i na jej prośbę przetłumaczyłam na język prosty. Ten język to ukochana przeze mnie ludowa wersja języka białoruskiego, także język domowy litewskich Polaków. I przypomnę: to był urzędowy język Wielkiego Księstwa Litewskiego. Premiera odbyła się rok temu w Operze i Filharmonii Podlaskiej na II Festiwalu Teatralnym ODE, organizowanym przez Joannę. Osoby zainteresowane treścią spektaklu i historią św. Kseni odsyłam do pełnej wersji monodramu w języku polskim – jest opublikowany na filozoficznym portalu Sofijon pod tytułem „Ksienia Andrej Fiodorowicz Pietrow”. Rzecz dzieje się w 18. wieku w Petersburgu, do którego w tamtym czasie masowo przybywali Polacy, inżynierowie i artyści. W pierwotnej wersji z Sofijonu są obecne elementy polskości i dużo humoru. Sofijon należy do Elżbiety Binswanger-Stefańskiej, kobiety myślącej.

Jeszcze inna moja wersja Kseni (w języku prostym) ukazała się w „Czasopisie” (jest w Internecie).

Na pytanie Tola (jeszcze w Operze Podlaskiej), dlaczego Joanna Troc wybrała z treści mego monodramu tylko mękę miłości, odpowiedziała, że dla młodej osoby to jest ważne, miłość.

Teatrowi i widzom przyświecał Wielki Wóz i inne wzory nieba nad nami. Gwiazdy były także naszymi widzami. Zdaje się, że przybliżyły się do ziemi i wpatrywały się w nas – jednookie, ale dobrze widzące. Omal nie powpadały nam za kołnierze. Źle mówię. One miękko i świetliście osiadały nam na czołach, tworząc dodatkową scenografię. Nadal źle mówię. One, te oczy gwiazd, przybliżyły się do nas na sukienkach z linijek światła jak na pojazdach z kierunkiem: w dół. I kucnęły na swoich nogach z drobnych igieł w kroplach rosy. I stały się szlifowanymi brylantami tego podwórka. Wiem, że porównywanie kropel rosy z brylantami brzmi banalnie, ale to był bardzo rozległy autentyk. Dodatkowa wysadzana klejnotami scenografia. Mogłabym też powiedzieć: gwiazdy nam tak pięknie nasikały.

Spektaklem zakończył się nasz dzień narajski.

Dziękuje Teatrowi Czrevo.

Na YouTube jest już film z tego spektaklu na podwórku w Narejkach pod gwiazdami.

 

Tolo: A w tej chacie naprzeciwko jakieś kobiety komentowały spektakl. Jedna mówi: A potem  biały obrus jak wystrzelił do góry! Wysoko!

Wioska podglądała spektakl oczami wczasowiczów (po głosach sądzę, że nie były jedynie narejkowskie, czyli tradycyjnie emeryckie i słabnące). Bardzo dobrze.

Ten „biały obrus” był elementem scenografii i treści: Joanna wystrzeliła z teatralnej racy stado połyskliwych motyli.

Kończę miniaturą Tola (z cyklu „Pocałunek oka”):

Pod foremną gwiazdą

jestem drobny i spluty.

Tolowi dziękuję za modyfikację swego dwuwiersza. Pomyślałam, że „pięknie spluty” to dobry tytuł dla tego szkicu. Przez chwilę pomyślałam też, że równie dobry byłby tytuł „A gwiazdy nam tak pięknie nasikały tej nocy”. Ale redakcja wolała swój.

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Język prosty

felietonisci-051. Czy to język, czy dialekt? Gwara? Język. Ludowy białoruski? Nie taki ludowy. To sytuacja, kiedy urzędowy język WKL, język warstw wykształconych i niewykształconych, zachowany został przez wieś, a więc podlegał ustnemu rozwojowi. Już w WKL przecież nazywano go językiem prostym. Przecież to z WKL sprzed wieków mamy zwrot: hawaryć pa-prostu. Zawsze tak było, że to chłopi ocalali język. Tolo: Ależ tak! Języki przechowywali chłopi. Język polski też. Tu był luz. Wolna słowotwórczość. Przez wieki media nie narzucały poprawnościowego, lecz ubogiego slangu dziennikarzy, jak dziś. Ludzie nie bali się mówić. I nie bali się kontroli, że może coś powiedzą niepoprawnie. Język barwniał. I było w nim dużo poczucia humoru, żartu.

Dodaję: I języki różnicowały się po wioskach, nie przestając być danym językiem, i literacki język z tego pił. Aż do dziś. Dziś media narzucają poprawność polityczną, a na nią składa się kilkadziesiąt eufemizmów i czasowników języka urzędowego. Tylko tyle. Gotowe frazesy. Każdy język, zachowany przez chłopów, marnieje w naszych czasach, bo zastępowany jest przez kilkadziesiąt dziennikarskich słów, które nie są trzonem języka, lecz jego pianą, a w niej pełno pospolitych byków. Znikają nawet dialekty. Gdzieś się przed tym bronią, i nie tylko chłopi, na przykład na Śląsku. Dziś media mówią gwarą. Beznadziejna, pusta znaczeniowo telewizyjna gwara! Tępa, ogłupiająca.

Monika Stępień, młoda osoba, o której już napomknęłam w jednym ze szkiców, mówi, że zakochała się w Podlasiu i nieznanym jej języku z okolic Orli. Mówi, że była tam jedyną Polką. Zwiedzała Podlasie. A więc ten język żyje tam, gdzie ostały się białoruskie wiejskie skupiska. No i żyje on w domach miejskich, u ludzi starszych, choć niekoniecznie. Znam młode miejsce małżeństwa, które rozmawiają z dziećmi pa-prostu.

Językiem prostym posługiwali się również Polacy. Szlachta. Księża katoliccy. Wszyscy zresztą w WKL, skoro to był język urzędowy, a zarazem język wsi. Nic go nie krępowało i nie chowało po domach. Gdziekolwiek dziś ktoś mówi pa-prostu, nadal jest obywatelem WKL. Nobilitujące obywatelstwo.

Na internetowych stronach Sokółki mamy wołanie o ocalenie tego języka, bo jest „piękny”, „uroczy” – tak go widzą przybysze z innych regionów Polski. Rzeczywiście taki jest. Jest miękki, aż baśniowy. Ale mogliby nazywać go językiem, a nie gwarą. Pytam Tola, czy by zrozumiał, gdybym polską łacinką napisała cały esej o języku prostym. Odpowiada, że nie, bo umknęłaby mu melodyka tego języka, akcent ruchomy, więc czytałby z trudem, nawet w polskiej łacince. Chyba że mu to przeczytam, wtedy zrozumie wszystko. Wkrótce okaże się, że czyta swobodnie, czując melodykę. Co do akcentu: ogólnie u nas dzieją się z nim durne rzeczy, skoro nawet łacińskie dura lex telewizyjna dziennikarka wymawia jako duraleks, z akcentem na przedostatniej sylabie, na „a”! Litości! Na boga! To nie żaden „duraleks”. Łacina to nie język z PRL, któremu trzeba przydać „nowoczesności” w postaci kuśtykania akcentem na przedostatniej sylabie. Co za durna moda. Gwara. Wymowa też staje się kuriozalna. W ramach nowoczesnej ogłady już nawet słowo „qua­si” jest wymawiane jako „kłazi”. To brzmi „kwazi”! To łacina, a nie angielski. Kurde. Gwara! Fuck! Znowu przeklinam angielskim barbaryzmem.

Googlam pytanie: Język prosty a białoruski – i znajduję potwierdzenie tego, co napisałam na początku, ale jeszcze coś nad wyraz interesującego. Z rozmowy Mikołaja Glińskiego z Lawonem Barszczeǔskim wynika, że język o trzech nazwach, prosty/ruski/białoruski, był zapisywany aż czterema alfabetami! Prócz cyrylicy i polskiej łacinki, były jeszcze dwa alfabety dla języka prostego, Żydzi pisali pa prostu alfabetem hebrajskim, Tatarzy alfabetem arabskim. Czyli język prosty/ruski/białoruski dobrze miał się w licznych alfabetach, w takich, które znały piśmienne liczne narody WKL. Trzy nazwy, cztery alfabety.

Dla mnie język prosty jest językiem białoruskim. Ilekroć rozmawiam z poetami białoruskim, posługując się językiem prostym, i wyrażam obawę, że może mówię trasianką, oni niezmiennie wykrzykują: aliż wy haworycie wielmi dobro pa biełarusku! Różnice w końcówkach słów czy wymowie nie są zatem tak istotne. I nie jest taka istotna nasza chłopska zmiana w języku, a miejscowy koloryt, miejscowe słowotwórstwo, tylko dodaje uroku. Przecież to taka różnica jak pomiędzy językiem polskim w Polsce a językiem polskim na dzisiejszej Białorusi, czyli w byłym WKL, czy też językiem polskim, jaki kwitł w WKL za sprawą protestantów. Z pewnością nikt nie nazwie języka polskiego z WKL i dzisiejszej Białorusi – gwarą czy dialektem! A język prosty uporczywie zwie się gwarą. Zbyt nikła różnica z językiem-matką, aby miała to być gwara. Matki nie ma. Matka umarła wraz z WKL. Matka żyje, choć umarła. Język literacki białoruski pobiegł inną drogą, trochę zruszczył się. Dobrze się jednak rozumiemy. To nadal matka, choć nieco cudzoziemska. Nasza prastaja mowa ad papiaredniaj maciary. My joju apiekawalisa. My jaje ni zabylisa. Sionniajsza i ǔczarajsza maci spatkajucca, ci nie? Taż heta adno. Ja daju jej lusterko. Pahladzi, maci, heta ty. Prastaja mowa.

Coś jeszcze ważnego znajduję w wyżej przytoczonej rozmowie Glińskiego z Barszczeǔskim: wukaelowa czy też postwukaleowa szlachta marzyła przed powstaniem styczniowym o „byciu Polakami”, ale nie w sensie etnicznym, tylko państwowym. Celem była odbudowa ogromnej wielonarodowej Rzeczpospolitej. W WKL i Polacy byli Litwinami (Lićwinami), czyli obywatelami WKL. Stan ten nie oznaczał „chwiejności” tożsamościowej. Jeśli żyło się w WKL, gdzie obywatelskość miała status nadrzędny nad etnicznością (wówczas mozaikową), to siłą rzeczy było się Litwinem, obywatelem. I na tej wielonarodowej obywatelskiej zasadzie szlachta chciała być Polakami. Nie udało się.

Nadal mamy tendencję do mylenia narodowości z obywatelstwem. Żenująca niechlujność, niewiedza. Poczucie obywatelskości musi istnieć nad poczuciem etniczności, ponieważ to ona wymusza demokrację i demokratyzowanie się. Stawianie etniczności nad obywatelskością prowadzi do nacjonalistycznych reżimów, a coraz częściej do wojen domowych w państwach narodowościowo mozaikowych, kiedy nagle jedną z narodowości ogarnia szał panowania nad resztą. A gdzie innych narodowości mało, w wyniku rozszarpania WKL na sztuki, tam prymat etniczności nad obywatelskością równa się morderstwu na mniejszościach, a w istocie na resztkach narodów WKL. Nieobywatelskie powodowanie dramatu w 21 wieku.

Na stronie Dziedzictwo Językowe Rzeczpospolitej znajduję interesującą informację (Michaluk), że przed 16. wiekiem wszystkie ruskie ziemie WKL nazywano Białą Rusią, a dotyczyło to nawet Kijowa. I ǔwiaździe hawaryli na prastoj mowie. Sionnia u minie niprapadajuczaja paczućcia, szto u realnaści żywu u adnoj z ciesnych czaściej raździelanaj krainy, kaliś ćwituczaj. 

Zastanawiam się, czy można o nas powiedzieć następująco: My ŭże byli. My ŭże żyli. My uże ŭsio swajo prażyli. Horsz. My uże ŭsio swajo pradali. My ŭciakli kudy woczy paniaśli.  Jaszcze horsz i adnaczasno pryczyna: nas razahnała nowaja miaża, katoraj u hetym miescy nikoli ni było. Nas razrezali. My ni mahli prywyknuć da nowaj miaży. Nikoli ni prywykli. Maja mama ni mahła pajści u les, u katory ŭsie chadzili pierad wajnoju. Ni mahła adwiedać swajakoŭ, bo jany akazalisa za miażoju. Nikoli bolsz ich ŭże ni zabaczyła i ni pahawaryła z jimi. Tak samo baćkawy swajaki astalisa u Horadni i jon nikoli z jimi ŭże ni zabaczyŭca, ni adwiedaŭ jich i ni pahawaryŭ. Ni mahli pajechać u Waŭkawysk ci u Horadniu, jak kaliś swabodno rabili. Swajaki stalisa czużymi. Miaża pahnała ludziej u druhi kirunak, u Biełastok, katory naczaŭ razrastacca, bo i siudy my paŭciakali, hubiaczy naszu prastuju mowu. A kali my wiartajamsa da prastoj mowy, heta znaczyć, szto pastareli i śmierć sidzić nam na nosi. Choczam za każduju cenu pahawaryć, choć z saboju, da lusterka, papisać pa prostu, kab choć jaszcze raz paczuć dziacinstwo i prysutnaść pryjacialaŭ. Z dziaćmi i ŭnukami tak nie pahaworym, bo jany piarastali hawaryć ni tolko z nami, ali i z rawieśnikami. Piszuć esemesy, sztoś tam w interneci, sztoś tam pawykrykiwajuć czeraz kamurku, i heta ŭsio. Jany haworać z maszynami i ni hubami, tolki rukami, i biaz waczej. Ni razwiwajuć nijakoho jazyka, chibo szto angielski, czuży, ali wielmi cool. A nasz angielski najwyżaj poor, bo jon nam ni byŭ patrebny. I dobro, szto choć poor. Na biełastockich wulicach my na prastoj mowi bajalisa hawaryć, a jeśli, ta zaraz ahladalisa, ci chto ni paczuŭ. Durny byŭ hety strach, ali byŭ. I sionnia jon żywie u mnohich. Szto tut dziwiacca siońnia na Sakolszczyni, szto „piękny, uroczy język” piarażywaja swoj kaniec. Szto możam zrabić? My majam u sabie sztoś takoja, szto możam nazwać histarycznym stracham. Najmieńsz milion ludziej u nas razumieja prastuju mowu, ali z hetym stracham. Ali ci jany ŭsie czytajuć kirylicu? A praczytajuć swabodno prastuju mowu, pisanuju polskaju łacinkaju? Moża chuczej takuju, kali i dla Tola akazywajacca heta u paŭnie dastupnym. Na sajtach Sakolszczyny piszuć polskaju łacinkaju. Szczyryja sajty, miłyja.

Maja wykształconaja szkolnaja kalażanka, katoraja ceły czas haworyć na prastoj mowie u chaci, każa, szto nijak ni moża czytać biełaruskuju kirylicu. My ni wuczylisa u szkoli biełaruskaj mowy. Jana każa, szto moża czytać ruskuju kirylicu, ali z hetaju biada: zabywajacca. Czytaja polskija teksty. Jana umieja talentawita hawaryć na prastoj mowie, apawiadać, tak jak jaje maci. Jaje słuchać: czystaja zachapleńnie, i słuchać jaje stareńkuju maciaru (94 hod żyćcia) heta czystaja zachapleńnie. Mahłaby sztoś napisać polskaju łacinkaju, ali ci heta pryjemlimo?

Pryjemlimo. Taż prastoj mowie jaszcze ŭczora służyli aż czatery alfabety! Heta nijakaja niraszliwaść, nijakoj dyrdyhan. Heta: wolnaść, ci jak każuć sionnia: wola.

Tamara Bołdak-Janowska. Rozciągłość

Tolo mówi: powiem ci, jak jest po białorusku „ziewać”, bo na pewno nie pamiętasz. Ciekawe, czy pamiętasz. Pamiętasz?

– A ty skąd znasz to słowo? Usłyszałeś na Biełsacie?

Tolo: Na Biełsacie. I bardzo mi się to słowo podoba. Pamiętasz, czy nie?

– Zaraz. Przecież muszę je znać. Matko. Nie pamiętam. To jak brzmi?

Tolo: Paziachać.

Paziachać. Słowo z dzieciństwa. Przecież mówiliśmy: dzieci paziachajuć, para spać. Przecież mówiliśmy: ceły dzień paziachajacca, bo nawat ni prylahła u dzień choć na pahadziny. Mai słowy ad minie adychodziać nazad, i tam trymajucca majej chaty z żywymi baćkami. Jak ja mahła tak pazabywać sztadzionnyja słowy! Pamiać miascami heta adłoh. Tam lażać słowy jak mahiłcy. Aliż heta słowo żywoja, kali ty czu jaho na Biełsaci. Znaczyć żywie dzieś u ludziej.

Tolo: A określenie na zdarawiec, znasz?

Tak my kaliś hawaryli. Ni pamiataju, z jakoj akazji. Da dzieciaci, kali czychnuło, ci kali pili wodku?

FB pacza uspaminać majo żyćcio. Rysunki z-pierad dziasiaci hado. Zdymki, na jakich ja jaszcze maładaja. Mnie stało ni wielmi dobro, kali tak pierahladywała swajo żyćcio. U dadatak ja stała czytać sich ważnych fiłasofa, ad Platona czeraz Plotyna pa Kanta, Hegla i Heideggera, i hety fejsbukowy pierahlad iszo razam. Kaliś hetych fiłasofa że raz czytała, ali tolki cipier ja ich razumieju i heta tak samo, jakby ja piarahladywała majo żyćcio. Siahodnia adnyja fiłasofy padabajucca, druhija nie, bo ich ni możno piaracianuć u 21wiek (jany abo antysemity i mizaginy, jak amal sie, abo liczać niemca za adziny dziejsny narod, jak Hegel i Heidegger). Dla minie astajecca ważnym pierad sim Kant.

Przecież to Kant spowodował powstanie Ligi Narodów i ONZ, jako międzynarodowego ciała ludzi dobrej woli, nieustannie napominającego o obowiązku pokoju. Kant żądał apodyktyczności postulatu pokoju, a także napominał, że każdy człowiek jest zdolny do moralności: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Nie można zapomnieć tej Kantowskiej myśli, tożsamej z wezwaniem do trzymania siebie w moralnych ryzach. Uważał, że człowiek z natury jest zły, złośliwy i zakłamany, ciągle udaje lepszego niż inni, ale zdolny do dążenia ku Dobru, do moralności, do bycia lepszym. Ciało międzynarodowe, jak ONZ, z apodyktycznym postulatem pokoju, musi być ciągle słyszalne, musi ciągle przymuszać państwa do rezygnacji z rozwiązywania konfliktów przy pomocy wojen, bez wtrącania się w wewnętrzne sprawy danego państwa, ale jednak nieustępliwie, tj. bez końca i głośno nawołując do pokoju. Kant pozostaje rozciągły, tj. jest aktualny, żywy. Był filozofem zachodnio-wschodnim. Höffe, jego wielki komentator, twierdzi, że Kant liznął rosyjskości, bezpretensjonalnej i luzackiej, za pierwszej rosyjskiej okupacji Prus, i wtedy rozkwitła jego filozofia. Kant jest nasz, tj. nieuprzedzony do wschodnich Słowian. Wg niego, czas naszego życia musi biec zgodnie z pytaniem: co widzę i co mogę zrobić na rzecz Dobra?

To, że mówię o rozciągłości w czasie, ma związek z fejsbukowym przeglądem mego życia i filozofami, dużo mówiącymi o czasie, jak jeszcze np. Plotyn, a także z białoruskością, która traci rozciągłość, i w ogóle ma to związek z człowiekiem. Człowiek traci rozciągłość losu i czuje, że traci. U starych ludzi pojawia się depresja, bo czują tracenie rozciągłości w czasie. Smutni są. Tępieją. Chorują, a zbyt często nie stać ich na leki i stają się jeszcze smutniejsi, samotni.

Wg Plotyna, nie czas nas mierzy, tylko my mierzymy sobą czas. Jeśli czuję, że mną już prawie zmierzyłam czas, to zmierzyłam według tego czucia – przez ujrzenie siebie, dobiegającej życia. Czas, wg Plotyna, nigdy nie jest dokończony. Ciągle ktoś go mierzy sobą. I ptak mierzy sobą czas. I koń mierzy sobą czas. Przede wszystkim ciało mierzy czas poprzez ruch w nim samym, aż do słabnięcia i kresu. Jesteśmy w ten sposób rozciągli. Dusza porusza się w jej własnym czasie, ale jej ruch nie jest rozciągły, bowiem nieustannie dotyka tego, co jest-jako-jest, niezmienne i nieporuszone, a co nazywamy Bogiem, absolutem, wiecznością, nie-światem, niebytem. Jakkolwiek to nazwiemy, dotykamy z nadzieją, że jednak tam coś jest. Nie ma człowieka, który by nie doznawał własnej marności, zmęczenia cielesnym życiem, poprzez dotyk tego czegoś, co widzi w tęsknocie jako niezmiennie trwające i nie podlegające zniszczeniu, spokojne, pokojowe, pozacielesne i pozazmysłowe, i być może jest to Nic, ale niekoniecznie. Może to być żywa, choć nieosobowa matematyka. Można stwierdzić oczywiście, że się tego czepiamy jak ratunku, którego nie ma, a który mogą znaleźć ludzie wierzący, dopóki żyją. Dusza w jej własnym czasie obcuje z tym, co dana religia jej przynosi, jeśli nie staje się fundamentalizmem, jeśli nie kostnieje, jeśli nie prowadzi do politycznego terroru. Duszę coś buduje, a coś niszczy i spycha w dół ku podłości i bandytyzmowi. To martwa dusza. Dusza zbyt łatwo rozprasza się przez byle kogo, kto po trupach wylezie na przywódcę i będzie zachęcał do pastwienia się nad innym narodem, prowadząc masy do takiej lepszości. Dusza staje się pozbawiona umysłu i skazana na ślepy pęd – mówi Plotyn. W ten sposób tracimy naszą obecność w wątku umysłowym. Stajemy się nierozumni.

Mówi się: prawosławie to Plotyn, kontynuujący Platona. Plotyn nie zostawia nawet cienia nadziei na życie pozagrobowe, choć mówi o duszy i duszy świata, ale mówi jedynie matematycznie, tworząc tzw. matematy. Matematyczne trwanie po śmierci nie jest tym samym, co rzeczywiste trwanie z oczami i uszami, i innymi zmysłami, a przede wszystkim z pamięcią. Duszę mamy, dopóki żyjemy. Jest związana z ciałem, z narządami, a przede wszystkim z myśleniem, z umysłem. Nieśmiertelność możemy jedynie pomyśleć naszym śmiertelnym mózgiem. Wg Plotyna, dusza po śmierci ciała nie będzie pamiętać życiorysu osoby. Związać Plotyn z prawosławiem, znaczy uznać prawosławie za filozofię egzystencjalną, jak robił to Dostojewski, Bułhakow czy Floreński. Jeśli prawosławie czy inne wyznanie ugrzęźnie w katechetycznych formułkach, traci moc filozoficzną. Dla mnie prawosławie jest nadal egzystencjalną filozofią poza formułkami. Jest tak, dopóki rozmowa z duchownymi jest interesująca i nie zawiera wyniosłych pouczeń. O życie pozagrobowe ja się nie kłopoczę. Trudno sobie robić plany na życie pozagrobowe. Czy ktoś je ma? Wg Plotyna dusza jest liczbą. Liczby nie widać. Dusza jest liczbą w wątku rozumnym. Ludzie tworzą wątek rozumny. Takim wątkiem rozumnym jest dusza zwierząt i roślin, ale bardziej prostym, bardziej zależnym od rozumu wszechświata. Ustrój kosmosu, jego ład, wynika z niewidzialnego rozumu wszechświata.

Plotyn, choć nowożytny przecież, tzn. ostatni wielki filozof grecki, odwołuje się do Zeusa jako najmocniejszego z bogów (woła: na Zeusa!), i mówi też o innych bogach, także żeńskich. I ani słowa o chrześcijaństwie, które przecież wtedy już było. Nie było doniosłe od razu? Poza tym od filozofów odrzuca mnie ich mizoginia, której najmniej u Kanta. Plotyn też okazuje się ostatecznie mizoginem, kiedy przypomina akt stworzenia kobiety: Pandorę, pierwszą kobietę na ziemi, stwarza Prometeusz i inni bogowie, jak Afrodyta i Charyta, po czym Prometeusz odrzuca ją, ale Herakles podejmuje trud wyzwolenia kobiety spod tej niechęci stwórcy – czyni ją wolną i z umysłem. A Plotyn nadal nazywa Pandorę pejoratywnie: „ten twór”. Mizoginia nie przemija. Czytający mizoginicznych filozofów utwierdzają się w mizoginii. Chrześcijański monoteizm ściska bogów w jednym Bogu Ojcu bez imienia, a Afrodyty i Charyty już nie ma, a kobieta co? Pozostaje jako „ten twór”, odrzucony przez stworzyciela Prometeusza? Przecież Herakles ją wyzwala. Mimo to Plotyn nie rozwija wątku wolnej myślącej kobiety, pomija starożytny heraklesowy trud wyzwolenia jej. Potem, w toku rozwoju chrześcijaństwa, w nowożytności, wolna myśląca kobieta nadal jest niższa w historii od mężczyzny. Wg Plotyna, tkwiącego jeszcze w starożytnej Grecji, pełnej bogów, duszę stworzył Kronos, czyli ten, który jest Syty Umysłem. I potem ścisnęliśmy tę mnogość bogów w jednym Bogu. Bogowie to były umysły i byli w naszych umysłach niby współcześni psychologowie. Wielość bogów zapobiegała fundamentalizmowi religijnemu, bo jeden bóg nie gromadził tłumu przeciw innemu tłumowi, tj. każdy bóg za coś innego odpowiadał – za taki czy inny stan ludzkich umysłów. Monoteizm sprzyja fundamentalizmowi, fanatyzmowi, bo jeden jedyny bóg jednego ludu staje przeciw jednemu jedynemu bogu innego ludu i zaraz mamy targi i wojny o to, który ten jeden jedyny bóg jest słuszny i prawdziwy. Jedynie monoteistyczny judaizm nikogo nie nawraca, nie uprawia prozelityzmu. Prawosławie powinno pamiętać filozofię grecką, skoro mówią, że to plotynizm. Nie daje mi spokoju ten związek. Przez chwilę pobiegnę przez starożytność i Plotyna. Wg Plotyna, to Kronos zrodził syna o imieniu Zeus, tj. umysł zrodził duszę. Z kolei Platon uważał, że stwórcą świata jest umysł, że Początek jest umysłem, że przyczyną umysłu jest Dobro, czyli: umysł pochodzi od Dobra, a dusza od umysłu. Byt i umysł to idea. Parmenides: to samo jest myśleć i być. Myślenie zawiera się w samym sobie i nie jest cielesne. Heraklit: ciała płyną, a to, co wieczne, jest Jedno i umysłowe. Empedokles: spór rozłącza, a miłość jest znowu „Jednem”. Platon: w człowieku jest człowiek wewnętrzny, a jest on troistością bytu, umysłu i duszy, a dusza rozumuje o rzeczach dobrych, pięknych i sprawiedliwych, a żeby mogła tak rozumować, musi mieć coś stałego i miarodajnego, np. ideę Boga. To w tym punkcie neoplatonizm Plotyna wiąże mnie z prawosławiem. Dotykam przez liturgię tego, co Jedno i niezmienne, a tym Jednym w wielości jest każde życie, które płynie, czyli jak śpiewamy: wsiakaje dychanie da chwalit Hospoda. W „Enneadzie piątej” Plotyn tworzy prefigurację Chrystusa, kiedy mówi, że można pomyśleć tylko jedno jedyne Ja, tożsame z pierwotnym Bogiem, o którym mówi Jedno lub Ono, a da się pomyśleć, tzn. zobaczyć jak promienisty otok na świetle-źródle. Poza tym otokiem są już mnogie promienie. Tzn. biegniemy trzeci po drugich, a drudzy po pierwszych. Biegniemy po rodzicach i dziadkach. Poruszyło nas Ono, a Ono jest Pierwsze. W tym biegu po rodzicach, którzy biegli po swoich rodzicach, itd. wstecz, obowiązuje nas pamiętanie, nawet jeśli biegnąc po rodzicach, pobiegliśmy do pracy w Anglii. Niech będę „tym tworem”, jak mówi Plotyn o Pandorze. W 21 wieku „ten twór” opowiada jak człowiek, a każda baba to Pandora, bo wciąż i wciąż musi mówić od nowa, że oto jest, że wskazuje na sprawy do rozwiązania i pokojowe.

Pospolicie mówiąc: czas zabiera sobie moje dawne słowa i lokuje w pamięci, która jest jego workiem, a worek to pojemne Nic. Nikt poza mną nie widzi, co w tym worku mam, chyba że opowiem. Pojemne Nic wykrada słowa i gromadzi je w worku, jakby to był, jak mówią rosyjskie wory, jego obszczag. Wykrada wszelką teraźniejszość i gromadzi u siebie. Wszystko wykrada. I słowo paziachać, i okrzyk na zdarawiec!, i moich rodziców, i moją chatę, mój pejzaż, moich ludzi, moje zabawki, moje podwórko, moje książki z dzieciństwa, tamte meble, tamte wróble, tamtą trawę, tamte bociany i tamte żaby, tamte łąki, tamte krwawniki, mlecze i rumianki itd., tj. pozbawia tamte rzeczy i osoby rozciągłości w sobie, w ich ciele, a więc i w czasie, którym sam jest, i jesteśmy z nim zrośnięci. One i oni, rzeczy i osoby, przemijają wraz z ich ciałem i niektóre już przeminęły. Ostatecznie przeminą z moim ciałem, z moją pamięcią, która jest w moim ciele, chyba że coś opowiem i będzie to trwałe – ktoś zapamięta. Z ciałem mojej chaty przeminęły rozmowy w chacie, opowieści w chacie, opowieści o strasznych wojnach i bieżenstwie, uczucia w chacie, słowa w chacie, podróże z chaty i powroty do niej, progi chaty, sień chaty, podwórko chaty i kwiaty tamtego podwórka, tamte rumianki, tamte mlecze, tamte krwawniki, i tamte drzewa, akacje, kaliny i czeremchy, i dzikie słodkie maliny. I moja dawna białoruskość przestała być rozciągła. Ona już się nie dzieje. Ona nie ma dalszego ciągu. Ona się wynaradawia. Ona zmienia narodowość. Ona wyjeżdża. Ona choruje, starzeje się, wymiera. Jeszcze nasz cmentarz w Mostowlanach pozostaje rozciągły w czasie, jeszcze żyje, tj. pojawiają się ciągle nowe groby. To bardzo smutna, wręcz tragiczna nasza cmentarna rozciągłość. I to będzie miało swój koniec, kiedy wymrzemy doszczętnie – my wszyscy w moim wieku. My z tamtą wiejską białoruskością, z naszymi opowieściami o życiu, z naszym szczęściem i nieszczęściem. Znowu sama nuci mi się nasza sakralna pieśń: Sława Bohu za sio. Za to, co dobre i za to, co złe. Żeby tak możliwy był powrót do tego, co było, złe i dobre, ale było, i nie poprzez pamiętanie, a w rzeczywistości. Choć jeden jedyny raz. Tęsknię do jednej jedynej chwili, jak każdy człowiek z traconą rozciągłością losu. Mogę tylko poprzez pamiętanie. Słyszę słowa nieżyjącej córki: to, co było, zarówno dobre, jak i złe, było jako dobre, to znaczy całość jako życie jest dobrem. Słyszysz mnie, mamo? Życie jest dobrem. Nie mogę zapomnieć tych jej słów. A kiedy miała jakieś cztery lata, powiedziała ze zdziwieniem, jakby to było odkrycie pierwszej wagi: mamo, jakie dziwne uczucie – ja jestem w sobie. I tych słów nie mogę zapomnieć. Moja mądra córka mówiła Kantem i Plotynem sama z siebie. I jeszcze pamiętam inne jej słowa: ja i mój pies z miejsca wyczuwamy dobrego lub złego człowieka.

Wzdycham i mówię do Tola: wolałabym się nie urodzić, bo kiedy czuję, że już nie mam czym mierzyć czasu, że się ciało rozsypuje, że tu i tam byłam, to i tamto zobaczyłam, że rozsypuje się ciało białoruskości, czyli to, co było wokół mnie kiedyś, co mnie tworzyło, że życie dobiega końca, że w literaturze panoszą się lekko, łatwo i słusznie mędrkujący, jak mówi Kant, że wszędzie widzę przemoc, machinację, oszustwo, to jedynie ta właśnie myśl zaczyna władać człowiekiem: niepotrzebnie się urodziłam.

Tolo: Przecież to słowa Sokratesa.

– Co? Sokrates tak powiedział? Czyli co. Czytam filozofów i zaczynam mówić jak Sokrates? Lepiej odpytaj mnie z jakichś białoruskich słów, abym się zaczepiła o moje i tylko moje życie.

Tolo mówi, że już odpytał ze słowa „paziachać” i zwrotu „na zdarawiec”! Od śmierci córki nie wiem, co to znaczy paziachać. Mnie ni paziajachacca i ja muszu brać nasonnyja tabletki. Maja maci też da kanca brała takija tabletki. Aby tolki narmalno spać i ni leźli u hoławu dumki, i ni budzili ciomnuju nocz, kab tolki ni stawili noczju na dyby. Karowa nas budziła noczju, kali joj zabrali dzicia. Hałasno płakała. Patom swajo dzicia zabyłasa. A patom zno płakała pa nowamu adobranamu dziciaci. Praz heta ja ni mahu jeść karowianoho miasa. ziać tabletku, patary abo dźwie, i ni czuć, jak zasiul świet płacza karowianym hołasam pa swaich dzieciach, a sio tak płacza, i maci, i miesco, i siastra, i baćko. Jak chtoś adorwany ad świetu, ta śpić spakojno, ni czujuczy hetaho razpacznaho lamientu. Aliż my, ludzi, dy sie żywiny, związany z saboju. Czuć sibie mnohich i hety razpaczny lamient ad mnohich musim.

Fiłasofy biaruć żyćcio jak złuczana z hadzinami. Hadziny heta nasz siabar. Kali my razsypajamsa, znaczyć zbiaremsa punkt, katorym mu że raz byli, i nasz siabar Czas – hety, zhetul, nasz – prapadzie. Mahiłka u Mastalanach heta budzia moj punkt, ali ja jaszcze hetym punkci ni razu ni była. Ta dzie była, kali minie ni było? U punkci, jakoho ni pamiataju. Dumać ab hetym straszno, a anijak ni mahu padumać, czym ja była, kali minie ni było. Z jakoho punktu ja ziałasa na hety świet? Adnak dobro, szto z kachańnia baćko, z żywata maciary. Mój baćko płaka, kali pamior mój maleńki bracik. Ja ab hetych ślozach znaju, ali jany zhinuć razam z majej haławoju.

Czas heta nasz adziny siabar, katoraho ni możam bazbycca, pakul żywiem. Czas, katory dla nas pieraznaczany jak nasza cieło. A patom? A patom budziam mieć ciażkaja cieło ziamli. A szto jaszcze, ta ja ni znaju i ni mahu znać, pakul żywu.

Jakija plany na zatra? Nijakija. Nima plana. Aby prażyć nocz i zabaczyć dzień. I paciahuszak rano nima. Ni paciahajusa, bo bajusa, szto paszkodżu sabie chrybiet i pakarocicca maja razciahłaść. Chwaroby u naszych ludziej rastuć, paszyrajucca, bo my starejam. Możno skazać: my chwory narod, bo stary. Kożny starejuczy narod chwory. Piarastaje być razciahłym. Nima kamu piaradać razciahłaści kultury, bo za mało dziaciej i jany imknucca da druhoho, da swajaho madniejszaho.

Zno wiasna. Takaja jak papiarednia. Ni takaja, bo pahoda wisić pamiż niebam i ziamloju i ni moża stacca jak wiasieńniaja. Możno skazać, szto pahody nima. Ptuszki śpiawajuć. Adnyja zachrypło, jak piła u ćwiordaj belcy, a druhija jak zwanki, a jaszcze druhija wykrykiwajuć: kwik, kwik! Kryłatyja świnki. Pajawilisa wiarabji, katorych dano ni było. Dumała, nikoli ni wiernucca. Jany zasza wiasiołyja. Kupajucca u łużach i szczabieczuć, jak kaliś u Narejkach. Trawa jak razadrana, z płytkimi jamami z piasku, bo i jana ni znaja narowa pahody i robicca aściarożna. Pahoda, kali zmianiajacca, zmianiajamoj krywiany cisk. Mieru jaho. Tolo mieryć. Zno 127 na 227! Biahu noczju u szpital, katory pad bokam, i pytajusa, jakija tabletki uziać, hetyha ci tyja. Tabletka pad jazyk. Żywu. Maju jaszcze majo żyćcio. że znaju, jakija tabletki brać i jakija z saboju nasić u kiszeni, kali wyjdu na wulicu ci park. Cisk brykają, kali i jak chocza. Maja wolnaja wola tut ni pryczom.

Lepiaj sztoś druhoja apawiadaj, zwiazanaja z raściahłaśćju, sztoś kalarowaja. Szukaju i szukaju naszaj razciahłaści. Ja jaje znajszła na juliański Nowy Rok, a jana trywaja nawat u wiasnu. U budzia trywać da nastupnaha Nowaho Roku. I czeraz Naraj.

Dy zaraz i wiasna piarajszła pozdnuju, wyraźniejszuju, ciaplejszuju.

W tym roku, 2016, poszłam poszukać mojej rozciągłości w czasie – mojej i tylko mojej, czy też naszej i tylko naszej, żeby być choć przez chwilę u siebie. Nie zadowoliła mnie rozciągłość miejskiego Sylwestra pod chmurką, bo zamiast muzyki dali mi cierpienie dla uszu, serca i całego organizmu. Charczący łomot ani do słuchania, ani do tańca. Minęło kilka miesięcy, a w uszach mam tamten charczący łomot. Jakiś koszmar. Uszkodziło mnie to tak trwale, że jeszcze teraz czuję się zatruta. Ludzie nie wytrzymywali dłużej niż pół godziny. Uciekali starzy, dojrzali i młodzi. Toteż zapragnęłam drugiego Sylwestra i znalazłam. Jak dobrze. Omyję się z trucizny łomotliwego charczenia. Omyłam się, gruntownie. Głęboko wewnętrznie. Właściwie chciałam wyskakać trochę cukru, bo dopadła mnie cukrzyca. Jak heta skazać pa naszamu? Maju dyjabiet, jaki mie nasz Sokrat. Maci hawaryła: a heta Sońka ta uże i cukrzycy dastała. I trebo żyć da kanca na dyjeci, i brać nowyja tabletki. I trebo hroszy mieć na lekarstwa. Szto raz bolsz hrosza trebo addawać na tabletki dy raznyja prybory. Mieryć toja i toja. Mieryć kro i mieryć cukiar. Ja ni prywykła tak sibie mieryć i mieryć. Ja ni prywykła chwareć. Zaraz budu łysaja i kulhawaja. Kali ja zwaniła da naszaho Sakrata, jon zasza sztoś sabie miery, cisk abo cukiar. I zno cisk i cukiar. Cipier heta ja rablu. Wieczno hałodna, bo dyjeta. Możno zjeść na obied dźwie śliwy, adnu średniuju kartofielinu i dźwie sałaciny. Chleb tolki IG. Czamu chleb IG taki darahi? Czamu druhija pradukty dla dyjabetyka takija darahija?! Czamu chtoś chocza aż tak mnoho zarablać na chworych ludziach?! Zaczynaju razumieć Sakrata, katory hawary, szto sie hroszy iduć na maleńkuju jadu. Razumieju, szto znaczyć hetaja maleńkaja jada. Rada by jaszcze razciahnucca u losi. Naszaj biełaruskaj razciahłaści chaczu.

A chleb hety akazasa atrawaju. Darahaja atrawa! Leć wyżyła, kali najełasa. Stolko jom jadawitych składnika! Musi z dwaccać. Szto wy robicia?

Nasz baciuszka, noszący świąteczne imię, Sylwester, zorganizował nam naszego juliańskiego Sylwestra w lokalu o nazwie Kris-tan. Nareszcie nasza muzyka. Skoczna radosna wschodniość. Ostatnio słyszę w telewizji, że należy mieć zachodni punkt widzenia. Nie chcę, bo to nowomowa, propaganda, indoktrynacja, formułki, frazesy; kilka modnych frazesów. Nie chcę żadnego „zachodniego punktu widzenia”, bo taki nie istnieje. Albo myślimy, albo nie. Myśleć możemy wszędzie, tak samo jak głupieć. Ta charcząca muza, ten sylwestrowy koszmar spod chmurki to ten „zachodni punkt widzenia”? Takie obowiązujące decybele bez rytmu? Tak doskakujemy, jak mówi Heidegger, do uwspółcześnienia? Koszmar! Tak się łomot ładuje komu? Młodym? Młodzi pouciekali.

A w Kris-tan nareszcie na chwilę jestem u siebie, jak w Naraju. Mogę poskakać i wytrzepać okropny cukier. Jutro naprawdę stracę moją rozciągłość w czasie i z trudem będę stawiać kroki. Tańcz, póki czas. Te same piosenki, co w Naraju. Ukraińskie, białoruskie, rosyjskie, łemkowskie. Uczestnikami byli młodzi i starzy. Jak dobrze. Jak dobrze, że bez kompleksów wszyscy śpiewali także rosyjskie piosenki, nie bacząc po zachodniemu, że one ze strasznej Rosji. Folklor, piosenki biesiadne, romanse – to przecież nasza słowiańska dusza. Te same melodie przechodziły od Słowian do Słowian. Są trwale piękne.

Matuszka wyłożyła śpiewniki folkowe. W przerwach między tańcami, goście śpiewali z nich. Pięknie śpiewali. Z uczuciem. Dali prawdziwy koncert. Śpiewał świąteczny stół. Pierwszy raz w życiu widziałam zjawisko wyzwalania dobrych uczuć przez śpiewanie – wielkiej tęsknoty do bycia sobą w zgodzie z własną kulturą – ze słowiańskością. Ta nasza rozciągłość, wschodnia bez kompleksów, spoza narzucanej anglosaskości najgorszego rzutu, bo popkulturowego, odtruła mnie z koszmarnego doświadczenia pod chmurką, gdzie trzeba było doskoczyć do uwspółcześnienia poprzez charczący łomot. Zaspiwajmo pisniu wesełenku, pro susidku mołodeńku. Pro susidku zaspiwajmo. Serce j duszu zweselajmo. Albo: Wy szumicie, szumicie nada mnoju biarozy, kałyszycie, lulajcie swój napie wiekawy. A ja lahu, prylahu kraj haścinca staroha, na duchmianym pakosie niedaspiełaj trawy. Prawie widzę, jak zmęczona kładę się gdzieś na miedzy pamiż pałoskami wysokaho żyta. Nima takoho miesca.

Nie mogę zapomnieć słów jednego z uczestników balu w Kris-tan, a spytałam go, kim jest: a ja schodni czaławiek i takim budu.

I nie mogę zapomnieć słów Rosjanina, który emigrował do Olsztyna z Woroneża. Kiedy spytałam go, w jakim słowiańskim języku możemy rozmawiać, a nie wiedziałam jeszcze, że jest Rosjaninem, i następnie zaczęliśmy rozmowę o językach, to powiedział uroczyście, z namaszczeniem: każdyj jazyk krasiwyj.

Z baciuszkaju hawaryli pa prostu. Nasz baciuszka tańczy. Tańczyła matuszka.

Ta nasza rozciągłość działa się w europejskim kącie i cieszyła się sobą, i była ceła schodniaja. Trudno ją znaleźć na co dzień. Nasza rozciągłość staje się niemal pokątna.

Nasze koło obraca się inaczej. Plotyn mówi o życiu w zgodzie z obrotem naszej kultury i obrotem świata pod obrotem kosmosu nad nami. Nasze koło obraca w innym kalendarzowym rytmie. W innym terminie mamy święta i Nowy Rok. Wg tego ostatniego greckiego filozofa w wielkim stylu, jesteśmy końcówkami Stwórcy, tak jak gałąź i jej listki. Tyle mamy wolności, woli życia, i samego życia. Jako końcówki Stwórcy czujemy naszą tragiczność, śmiertelność. Każdy człowiek dobrej woli nie chce skracać jednego jedynego życia bliźniego, bowiem trwoga z powodu własnej śmiertelności wystarcza mu aż nadto. On ją rozciąga na bliźnich i wie, że bliźni też posiada jedno jedyne życie.

Jesteśmy końcówkami i żyjemy w końcówkach naszego życiodajnego ognia – słońca. Nie jesteśmy w bezpośrednim ogniu słońca, nie oddychamy w ogniu słońca i on nam nie pali żywcem płuc, nie giniemy w ogniu słońca. To daleki ogień. Widzimy go. Grzeje nas. Daje nam dzienne światło. Od tego ognia odgradza nas ziemska atmosfera, powietrze. Pod tym dobroczynnym ogniem słońca ludzie ludziom rozpalają zły ogień wojny. Ciągle. Blisko i daleko. Ludzie wpadli na pomysł, aby mieć armie prywatne, jak np. Black-water. Te prywatne armie angażowane są do robienia złego ognia wojny i utrzymywania stanu napięcia w upatrzonym regionie. Państwowe armie dobrze im płacą, ale już ich nie obchodzi, ilu z tych wojennych prywaciarzy zginie. Nikt nie liczy martwych żołnierzy prywatnych armii. Wiedzą, na co idą. Zależy im wyłącznie na pieniądzach i otrzymują je. Są drożsi od państwowych żołnierzy, ale skuteczniejsi, bardziej bezlitośni, bardziej naćpani, więc państwa ich wykorzystują gdziekolwiek mają strategiczne czy gospodarcze interesy. Oni są jak maszyny. Bez skrupułów zabijają ludność cywilną. Oni są w każdym miejscu na naszej planecie, gdzie w 21wieku toczy się wojna. Wg Kanta zło nie jest sprawą idei, lecz wolności. Jest człowiek liberum, czyli wolny, i jest człowiek brutum, czyli zwierzęcy, niepanujący nad zmysłowymi popędami. „Rozum stawia tamy wolności” – mówi Kant w „Krytyce czystego rozumu”. Zło jest nierozumne. Jeśli nie kształtujemy duszy, a kształtować ją możemy jedynie ku Dobru (ku złu ona leci sama jak głupia), to stajemy się brutum, zwierzęcy, popędliwi, źli, złośliwi, nieszczerzy – udajemy lepszych od innych, bardziej cywilizowanych, w pełni demokratycznych. Człowiek brutum, jedyne takie zwierzę w przyrodzie, chętnie wywołuje wojny, męczy i tępi własny gatunek, mnoży wojny, przedłuża je.

Jesteśmy tragiczni, my wszyscy pokojowo nastrojeni. Żyjemy w niezgodzie w obrotem świata. Żyjemy w zgodzie z obrotem wszechświata, ale nie świata. Dusze nam przestają się poruszać muzycznie i harmonijnie, bo wciąż nie jesteśmy u siebie, nie w pokoju, lecz w wojnie, zmieszanej z pokojem, o czym mówił Heidegger. Żyjemy pośród nieprzychylnych nam obrotów świata. Gdzieś musimy być u siebie. Gdzie?

Wg Kanta i innych humanistycznych filozofów nie ma idei zła. Idee są niezbędne, aby człowiek kształtował się ku Dobru. Potrzebna jest idea wolności, aby stawiać jej tamy tu, w cielesnym zmysłowym świecie. Potrzebna jest idea pokoju, aby o niej apodyktycznie uparcie przypominać. Jeśli zapominamy o idei pokoju, natychmiast stajemy się brutum, zwierzęcy. Jak mówię, zwierzęcość człowieka jest jedyna w swoim rodzaju, niepodobna do innej zwierzęcości, bestialska. Człowiek brutum jest w stanie zorganizować fabryki śmierci dla swego gatunku, dla podludzi. Człowiek-zwierzę to nadczłowiek. Zły ogień wojny, coraz to nowszy, pod dobroczynnym ogniem słońca, bez stawiania tam wolności, powstaje z woli istoty nierozumnej. Ludzkie zwierzę faszeruje się narkotykami, aby zabijać bez wyrzutów sumienia. Jedyne takie zwierzę na naszej jedynej życiodajnej planecie. Naukowcy ciągle szukają warunków życia dla nas na innych planetach. Potem opowiadają bajki o znalezieniu wody na odległej planecie, rzeźb czy śladów cywilizacji. W tych bajkach ja żadnych narodów nie widzę, ani śladów po jakichś narodach. Narody są wyłącznie na naszej planecie. W tych bajkach widzę antropomorfizację odległych planet. Tiaaa. Tam na Marsie zobaczą rzeźbę ludzkiej twarzy. Może jeszcze znajdą ruski walonek i białoruski samogon prosto z lasu na Marsie. Naukowcy w 21 wieku marzą o zobaczeniu ludzkich myśli. Nigdy nie zobaczą ani idei Dobra, ani idei Wolności, Sprawiedliwości, Piękna. To było i pozostanie niewidzialne. Ani tęsknoty ani uczuć nie zobaczą.

Białorusini z Białorusi są przez świat traktowani jako Nikt, bo nie rwą się do rewolucji. Jakieś głupie oczekiwanie: zrobicie u siebie krwawy majdan, to uznamy was za ludzi. Na razie nimi nie jesteście. Obroty świata są pełne przemocy, wojen, głupiego medialnego mędrkowania, zwłaszcza w byłych demoludach, które tak doskakują do uwspółcześnia: poprzez tokowanie o niczym i umocnienie wiary we własną lepszość. Nie żyję według tych strasznych obrotów, okręconych śliczną medialną nowomową o tym, jacy to my nowocześni, cywilizowani, jacy to my lepsi, jacy to my niosący wszystkim gorszym naszą demokrację. To zakłamanie. Europa jest zakłamana. Krańcowo nieszczera. Tzw. drastycznych obrazków z „naszej słusznej wojny” nie pokaże.

Skoro Plotyn jest nasz, grecki, to jeszcze coś o jego rozprawach, zwanych Enneadami. W „Enneadzie czwartej” mówi, że ziemia jest żywa, posiada duszę i chce współistnieć z ludźmi, a także jest zdolna do obserwacji ludzkiego zachowania się wobec niej – nie przy pomocy oczu, lecz poprzez głębokie wewnętrzne czucie. Udział biorą w tym żeńskie bóstwa, np. Hestia i Demeter. Żeńskie bóstwa podziały się nam w mroku przeszłości. Plotyn określa ziemię mianem bóstwa. Tak. My w to bóstwo sadzimy bomby. Trujemy nasze bóstwo. Znęcamy się nad naszym bóstwem, nieprzytomnie, nierozumnie. Eksploatujemy nasze bóstwo krańcowo nierozumnie. Przypomina mi się Janusz Korbel, związany z dziką puszczą. Tak sobie dobrze żył wśród drzew i zwierząt, a nagle go nie ma. Poprzez to jedno zdanie przywracam rozciągłość jego dzikiemu życiu. Pozostaje rozciągły w mojej pamięci. Janusz woził moich Narajów po okolicy i opowiadał historię miejsc, wymieniał zapomniane nazwy wzgórz i dolin. Robił to zajmująco. Zachwycał Narajów. Nasz redaktor też to robił. Panie Redaktorze, taka rozciągłość naszych miejsc jest konieczna, jest potrzebna także gościom Naraju. Gdybym znowu zorganizowała Naraj, to poproszę o podróże po naszych miejscach, po wioskach, lub chociaż o opowieści o nich.

Ziemię zaczyna boleć ludzkość. Boli ją wszędzie. Mówię do Tola: ziemia końcu da człowiekowi po mordzie. Tolo: mało po mordzie. Da mu porządniej, w kość.

Nasze pierwsze dziecięce doświadczenia były związane z ziemią, a nie posadzką i dywanem. Nie byliśmy uwięzieni w mieszkaniu, jak nasi współcześni wnukowie. Rośliny, piasek, kamienie, mnóstwo dzikich owoców, rzeka, łąka z mnóstwem ziół, las i maślaki, posypane po mchu jadalną rodziną. Dzikich zwierząt było mało. Zające, jeże, lisy. Mało, bo to było po wojnie. Bomby wystraszyły zwierzęta. Po wojnie nareszcie można żyć. Po wojnie ziemia wydaje się wolna, szeroka, bezpieczna. Po wojnie oczywiście należy zrobić porządek z leśnymi bandytami, dla których zabijanie to norma, patologia wyniesiona z wojny. Po wojnie trzeba powykrywać miny. Ale to najpiękniejszy czas, bo każdy myśli, że żadnej wojny nigdy już nie będzie. To jasna myśl, rozświetlająca duszę. To czas szczęśliwego dzieciństwa, nawet jeśli ono półgłodne. Najemy się dzikich owoców, jabłek, gruszek, śliwek, wiśni. Też dobrze. najemy się samego chleba. Napijemy się mleka. To nam wystarczy.

Spostrzeżenie Plotyna: powietrze jest ciemne, czarne. To światło sprawia, że widzimy przedmioty i samo powietrze jako jasne nic. Jeśli przystawimy przedmiot do oka, to zobaczymy ciemność, czerń, cień światła, a nie sam przedmiot. Przykładam drugi tom jego „Ennead” i widzę ciemność, a nie książkę. Przez chwilę bawię tak z innymi przedmiotami. Mogę sobie tak z bliska zaświecić latarką w oko, ale to sztuczne światło, z zewnątrz. Nie świecę, bo uszkodzę oko. Plotyn mówi, że wewnątrz nas możemy zobaczyć światło, a nie jest ono od słońca, lecz od duszy. Ja spostrzegam, że są myśli jasne i myśli ciemne. Jedne cudze myśli, wyrażone głośno, rozjaśniają nas, a inne zaciemniają, denerwują, przerażają, wywołują trwogę. Jak najmniej takich przybywających z zewnątrz myśli. Jak najmniej słuchania medialnego łatwego głupiego mędrkowania. Oto czasy. Trzeba bronić się przed głupiejącymi mediami. Sprawą rozumną staje się ucieczka od nich. Nie słuchać. Nie widzieć. Własnych ciemnych myśli nie posiadam. Nie posiadam myśli zawistnych, mściwych, bandyckich. A dziś trzeba to w sobie mieć! A ja nie mam. Białorusini nie mają. Wszyscy? Oczywiście nie. Linia generalna jednak jest tu nieustającym nastrojem ku pokojowi. Niezmiennie pragniemy ładu, a nie chaosu. Dziś taka rozciągłość jest naganna, bo oznacza odrętwienie, bezruch. W jakiejkolwiek chacie. Z jakimkolwiek jedzeniem. W jakichkolwiek ubraniu. Ze słoikiem zamiast filiżanki czy szklanki. Tacy jesteśmy. Obejmuję twarz rękoma. Ręce są czarne.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Jaszcze adzin dzień z majaho życcia.

felietonisci-05Nastrój: coś do zrobienia. Bardzo chcę, aby osoby pióra miały swoją ceremonię pogrzebową, jak mają żołnierze w Anglii. Tam zawsze wygłaszają na żołnierskim pogrzebie wiersz dla żołnierzy. Zawsze ten sam. Wszedł do kanonu ceremonii. Wiem o tym od Joanny, mieszkającej w Anglii i pracującej na prestiżowej uczelni. Kupiła mieszkanie w Olsztynie, niedaleko nas. Duże, piękne, z widokiem na park i Zamek. Urządziła je ze smakiem artystycznym. Czasem przyjeżdża i rozmawiamy. Joanna przeżyła nieszczęście – nagle zmarł jej brat, a zaraz potem matka. Jest samotna. Jest „tylko” ciocią dla pięciu bratanic. Łączy nas samotność po gwałtownej stracie osób najbliższych. Poza tą stratą moja samotność jest inna. Znika wszystko, co kochałam. Ludzie, język, krajobraz i moje życie. To strata gwałtowna, wcale nie stopniowa. Nie mam dokąd pojechać, aby to odnaleźć w nienaruszonej całości. Mam w tych miejscach szczątki albo zielsko. I nowe popkulturowe domy innych ludzi. Moją samotność umniejsza nasz Czasopis. Bez niego byłabym kompletnie ogołocona ze wszystkiego, co mnie tworzyło. To niesłychanie ważne pismo, jeśli tak łączy ludzi, tak samo samotnych. Jesteśmy samotni, autorzy. Jesteśmy samotni jako resztka, rozmyślająca o losie, a nawet o stanie świata, a to ostatnie przez miejsca nam bliskie, wszak stan świata i nas kaleczy, i nasze miejsca też. R o z m y ś l a j ą-
c a. Nie jakaś tam, jedna z wielu jakichś tam mniejszości. Wnuków, podobnych do nas, nie będziemy mieli. Obym się myliła. Byłaby to drogocenna pomyłka. Ludzi zdolnych do rozmyślania powinno nosić się na rękach. Znowu ta myśl: człowiek jest psychicznie chorym zwierzęciem. W literaturze czy w polityce dopieszcza zboka – tak się „rozwija”.

Joanna od czasu śmierci osób najbliższych żyła w nieustannej żałobie, w rozpaczy. Teraz mówi, że znalazła sposób istnienia – wygłasza mowy pogrzebowe. Te mowy to dla niej twórczość, zgodna z jej stanem, wciąż pełnym rozpaczy. Jej mowy wzruszają do tego stopnia, że nawet nasza Gazeta Olsztyńska opublikowała jedną z nich.

Jestem poruszona. Zaimponowała mi.

Po bracie, znanym lekarzu, pozostała ogromna willa w Stawigudzie. Jedziemy tam. Joanna nadzoruje pracę robotników. Willi brat nie zdążył dokończyć. Trzeba jeszcze tu popracować. Joanna mówi, że być może zorganizuje tu następny Zajazd Do Naraju (Joanno, byłoby wspaniale). Koniecznie chce naszą stałą orkiestrę, Chutar Haradok. Zatem mamy podobne upodobania do kapeli ludowych, tych unikatowych. Denerwuje mnie, kiedy ktoś postkomunistycznie oświadcza: a ja folkloru nie lubię. Dlaczego używam tu słowa „postkomunistycznie”? Bo to komuna obrzydziła folklor, tworząc z niego cepelię. Wtedy folklor oderwał się od żywego źródła, jakim dla niego była wieś. Przestał być autentykiem, kiedy ludzie grają swoje ludowe kawałki, ciesząc się ze słów i melodii, od wieków związanych z ich życiem. Folklor wtedy stał się bez zarzutu teatralny, niemal estradowy. Czyściutki, ładniutki, już niezwiązany z wiejskim życiem. Wyjęty z niego i martwy, choć ładny.

W gazetach nastała moda na mowy pogrzebowe. Rodzina płaci, zamawia. Zwykle są to kiczowate laurki i śmieszą czytelnika. A nie o to chodzi w takich mowach. Mają przecież być takie, aby postronny czytelnik też się wzruszył. A tu czyta i wie, że to nieszczere i tak laurkowe, że właśnie śmieszne. Nowoprestawlennyj. Nie musimy go wybielać, aż go poznać nie możemy. Swoje słabostki ma każdy. Tylko bandyci nie powinni mieć mów pogrzebowych. A jak wytłumaczyć dziecku, że bohater to bandyta? – pyta matka, która nie jest wielbicielką Bandery. Gdzie usłyszałam to straszne pytanie? Już nie pamiętam. Tak samo może spytać prawnuk ofiar Rajsa-Burego. Tak samo może spytać każda matka, kiedy trwa wojna domowa, a obie strony gloryfikują swoich bandytów. Takie pytanie matek niestety nie wzbudza trwogi. We mnie wzbudza.

Jak mam opracować ceremonię pogrzebową dla osób pióra?

Taką poza liturgią tego czy tamtego Kościoła. Taką, żeby poza liturgią stała się stałym elementem pogrzebu osób pióra.

Jaki mam stworzyć wiersz na tę okoliczność?

Tolo: Już napisałaś wiersz „Król mowy”. I nie trzeba innego. Inna sprawa, że nie każda osoba pióra to król mowy.

Tak. Tylko ma to być wiersz dla obu płci. Musiałabym nieco zmienić ten wiersz, aby łatwo było zamienić „króla mowy” na „królową mowy”. To jest myśl. Muszę zajrzeć do tomiku sprzed kilku lat z tym wierszem. Potem.

Rzeczywiście pasowałby „Król mowy” i „Królowa mowy”. To nie może być byle co na taką okoliczność. Tylko usunąć z wiersza elementy osobiste. Zrobić z niego sonet. Nie potem, a teraz zajrzę do tomiku. Nie. To wiersz na śmierć Tomasza Orzechowskiego. Zbyt osobisty. Zbyt z Tomaszem związany. Z jego osobą, a nie inną. Tylko tytuł i kilka wersów pasuje. Trzeba go napisać od nowa ze względu na tytuł. Kto kiedy poza mną nazwał człowieka pióra królem mowy? Poza tym w tym wierszu miałam na myśli człowieka jako takiego, władającego mową i pismem, i różniącego się tym od zwierzęcia. Kiedy dopada mnie myśl, a właściwie doznanie, że dziś człowiek stał się chorym psychicznie zwierzęciem, widzę to jak na dłoni. Pisze książki o zbokach i bestiach. Śpiewa, gloryfikując przemoc. Zabija bliźnich jak w amoku, a przedtem podskakuje z uciechy. Gdzie się podział człowiek?

Matko, jakie nędzne wierszyki są omawiane na kanale TVP Kultura! Co wy robicie? Koleżanka omawia kolegę. Jakie bełkotliwe rozmowy! Pusta gadanina. To nigdy nie jest o poezji. Patriarchalnym zwyczajem wymienia się mnóstwo samych męskich nazwisk! Koledzy pomagają kolegom. Koleżanka pomaga stu kolegom kolegów. Drętwe, nudne, nie o poezji. Chała!!! Jeśli rozmawiamy o poezji, to przecież cytujemy ją i to obficie, recytujemy ją, bo to ona ma być bohaterką spotkania, a teksty mają być dla odbiorcy intelektualną i duchową ucztą. I nie sypiemy nazwiskami znajomych facetów, którzy coś tam napisali. Ja tych facetów czytać nie będę. Coś swego przeczytają, a ja widzę, że to drętwy banał albo średniość. Nic nowego. Tego się nie smakuje. Denerwujące. Brak osobowości. Mainstream jest głupi. Bezdennie głupi. To sztuczny twór. Potworek. Rak. Chyba to będę pisać po płotach i murach. Od TVP Kultura zażądam odszkodowania i zwrotu abonamentu. Napisałam o tej chale na FB. Jak to jest, że na tym kanale mam znakomite filmy, a literatura polska i sposób jej „omawiania” wypada bezdennie głupio?

W GW pojawiają się kuriozalne recenzyjki filmów – z ostrzeżeniem, że to nie dla mainstreamu. Filmy niejednokrotnie okazują się wybitne. Promocja bezguścia jest promocją mainstreamu? Kampanie promocyjne jakichś tam pisarzy wzorowane są na kampaniach wyborczych jakichś tam polityków. Ojczyzna głupieje w sferze kultury i polityki. Panowie, co wy robicie?

Powinniśmy mieć swoją telewizję. My, czasopismowicze. Utworzyłam ten neologizm od tytułu naszego kochanego pisma. Pomyślmy o tym, skoro stworzyliśmy unikatowe pismo i środowisko. Tworzymy centrum kultury. Cenne dla kultury centrum. Skoro tak, to powinniśmy mieć swoją telewizję. A jak to zrobić? Nie lubimy pańskiej łaski. Powinniśmy mieć coś zupełnie innego, niż polityczny propagandowy Biełsat. Ten kanał nie jest dla nas. Kiedy pojawiają się w nim momenty białoruskie, to są propagandą, wielosłowiem o tym, jacy powinniśmy być, abyśmy się stali wzorcowi i wzorowi. Lubimy normalność i prawdziwość faktów. Propagandę czujemy jak wiedźmy i wróże.

Na kanale Biełsat tyle rosyjskich słów w języku białoruskim. Mówimy „chutko”, a nie „bystro”. Mówimy „śpiawać”, a nie „piet’”.

Jesteśmy rozproszeni. Pismo tworzymy w stanie rozproszenia. W takim stanie trudno zorganizować sobie telewizję. Jakieś okienko mniejszościowe w telewizjach nie oddaje naszego potencjału intelektualnego. Już pisałam, i to wielokrotnie, że jesteśmy osobliwą mniejszością, to znaczy jesteśmy agonalnym odpryskiem z WKL, resztką jego głównego narodu. I nie możemy się nigdzie dopasować. A FB nie wystarczy. FB przekształca się w jakieś tam obrazki i jakieś tam notatki. Jednak to na kanale Biełsat od czasu do czasu pojawia się wybitny znakomity film, wolny od tezy, propagandy i pustego wielosłowia. Obejrzeliśmy z Tolem film o Turkach w Niemczech: „Almanya – witajcie w Niemczech”, w reżyserii Yasemin i Nesrina Samderelli. Było w nim wspaniałe poczucie humoru, a to dziś rzadkość w dziele z dziedziny kultury. Turcy postrzegają chrześcijan jak ludożerców. Katolicy mają zwłoki na krzyżu. Wszyscy chrześcijanie jedzą ludzkie ciało i piją ludzką krew. Tak wyglądamy w oczach tureckich dzieci, które nie zetknęły się jeszcze z chrześcijańską kulturą oko w oko i po raz pierwszy stykają się ze zwłokami na krzyżu i sakralnym ludożerstwem. Malec ma sen – zwłoki wyrywają się z krzyża i z zakrwawionymi rękami i kończynami rzucają się na malca, aby go pożreć. W prawosławiu nie ma realistycznych zwłok na krzyżu, ale ciało i krew konsumujemy. Jeśli to przeistoczenie, to wychodzi nam żywa krew i żywe ciało. A więc i my to ludożercy. Tak nas widzą cudze oczy. Cudze oczy uzmysławiają nam, jak przerażające może być to, do czego przywykliśmy, w czym żyjemy od wewnątrz i wydaje się nam, że to piękne. Zderzenie kultur jest uwidocznieniem nas niemal jako zboków ze względu na religię. Oczywiście genialność chrześcijaństwa polega na przeniesieniu sakralnego morderstwa w sferę abstrakcji, ale cudze oczy tego nie widzą. Genialność chrześcijaństwa polega na bezwzględnym zakazie realnego mordowania bliźnich, ale…. Mało jest chrześcijan – twierdził Sokrat. Moje „ale” niech pozostanie zawieszone w powietrzu, choć dodam: chrześcijanie mordują bliźnich. Chrześcijanie mordują chrześcijan. Chrześcijanie pozostają mordercami. Czy to chrześcijanie?

W filmie „Almanya – witajcie w Niemczech” tureckiemu malcowi wydaje się, że kobieta w sukience bez rękawów jest naga. Janaż hołaja! – krzyczy z przerażeniem. A jamnika, prowadzonego na smyczy, jon baczyć jak wielizarnaho pacuka. Jany pacukoǔ wiaduć pa ulicy? Filmy na kanale Biełsat są świetnie tłumaczone na język białoruski, barwny, żywy. Mamy językową ucztę. Teraz ilekroć widzimy jamnika na smyczy, śmiejemy się. Jany pacukoǔ wiaduć. O, wielizarny pacuk!

My z kolei, chrześcijanie, z przerażeniem patrzymy na namordnicze duszące stroje kobiet islamu, na wielożeństwo, na orientalny patriarchalizm, na kamienowanie i zarzynanie kobiet z byle powodu. Komputerze, nie poprawiaj mi słowa „namordnicze”.

A bohaterowie filmu „Almanya” są sympatyczni, niemal wzruszający, czy to kobiety, czy mężczyźni. Mają poczucie humoru i autoironii. Film jednak jest zbyt lekki. Lekkość była reżyserskim wyborem. Celem było ukazanie zetknięcia się kultur oczami dziecka.

Jak bardzo nie czujemy własnej śmieszności, tkwiąc w stanie nadętym i śmiertelnie poważnym, wyjaśnię na innym przykładzie.

Szto z majeju karalewaju mowy i z hetym karalom? Mo napisać hety wiersz na prastoj mowie? Tolki dla swaich królaǔ i królowych? My hawaryli: król i królowa, a nie pa rusku: karol i karalewa. Chto by hawaryǔ hety wiersz dla nas? Ja mahu. A tak ta majam tolki panichidu. Tolki? Heta mało? Mało. Dla karala/króla i karalewy/królowaj mowy – heta mało.

 Kali sztoś piszu na prastoj mowie, ni mahu dakończyć, bo ni chwataje słoǔ – znoǔ heta sytuacja . Ja wyszła z domu u siem let i stała hawaryć pa polsku. Daleko da szkoły było. I ja żyła u dziadźki u Zubkach, brata mamy. Da domu ja nikoli ni wiarnułasa. Najhorsz było u liceum. Mużyki czaplalisa. Katoliki czaplalisa. Bolsz czym paławina majej radni heta katoliki. I jany czaplalisa małodzieńkaj dziaǔczyny. Źmianiała kwatery, kab było u prawasłaǔnych. Hetyja mużyki, dziadźki, ni leźli z rukami pad spadnicu. Mieli żonki i im chwatało. Razpuszczanaja mużczynskaja jurliwaść. Adno adzin prawasłaǔwny dziadźko taki byǔ, ale na wioscy. Da minie ni czaplaǔsa. Czaplaǔsa da paǔsirotaǔ kuzynkaǔ. Paǔsirota, znaczyć niczyja, i możno.

Adzin prawasłaǔny białastocki dziadźko skazaǔ: ja ni budu cibie wykarystowywać, bo ty by płakała. Naszyja mużyki ni takija znoǔ jabaki, kab ich ni szanawać. Durny jabaka zdarycca u nas adzin na tysiaczu abo i na sto tysiacz. Skul ich braǔ tysiaczami Sakrat? I ustanaǔliwaǔ naszaho takoho mużyka, byccam my mieli tolki takich? Naszyje mużyki bolsz delikatnyja ad naszych babaǔ.

Mieńsz delikatnyje naszyje mużyki maciuhalisa, i u poli na kaniej, i na padworku na rowar abo wiadro, bo rowar papsuǔsa, a wiadro razpałasa, a koń ni tak zairżaǔ. U naszaj chaci ni było możno maciuhacca. Chto pryszoǔ i maciuhauǔsa, taho maci ni szczytała czaławiekam i wyhaniała z chaty. Chata heta było światoje miesco. My ni żyli u wioscy, a u kaszarcy – heta uże apisywała. Prastuju mowu ja czuła tady, kali chtoś da nas prychodziǔ, i u szkoli na przerwach. Baćki hawaryli na prastoj mowie, ale heta była razmowa dźwiuch asobaǔ. Mowa maich baćkoǔ była takaja, jak u Zubkach, bolsz trasiankawaja ad toj, na jakoj razmaǔlali u Gabiatach. Baćko hałoǔnym czynam hawaryǔ pa polsku i biez przerwy jeździǔ u swaju Warszawu. I ryżyki tam waziǔ. I kuplaǔ mnie u Warszawi sukienki i boty. I znajomstwa mieǔ uwiaździe. Ja takoho znajomstwa ni maju i ni budu mieć. I ja biadniejsza ad maich baćkoǔ, a jaszcze bolsz ad dziedaǔ. Dziedy byli bahatszyje ad baćkoǔ. Baćko mieǔ znajomstwo u pahranicznikaǔ, jakija jamu pazwalali ławić rybu u Świsłaczy, kali zachacieǔ. My mieli łodku. Hetu łodku chtoś nam u nacze parubaǔ. Patom mieli druhuju łodku, i jaje chtoś parubaǔ, i znoǔ u nacze. Bolsz łodak baćko uże ni chacieǔ. Hetyja łodki rabiǔ jamu jaho brat, stolar. Reczka była tady szyrokaja i poǔnaja ryby. Kali ja u joj kupałasa, ryby husto krucilisa kala nahi.

Ci ja dobro piszu na prastoj mowie i polskimi literami? Piszu słowy, jakije pamiataju i kachanymi literami. I tamu, szto chaczu, kab Tolo minie zrazumieǔ. Dwa razy zabiwali biełaruskuju mowu. U Polszczy i u carskaj Maskwie. U caroǔ biełaruskaja mowa była zabaroniena. Pomnim? Astałasa prastaja mowa u wioskach. Treci raz zabiwali biełaruskuju mowu u Łukaszenki. Tak na paławinu zabiwali, zraǔniaǔszy z ruskaju. Astałasa jak prastaja mowa. Astałasa?

U starszych ludziej astałasa. I jany hetu mowu woźmiuć z saboju u mahiłku. Tak budzia?

My jaszcze czuli, jak naszy baćki haworać pa prostu. Naszyja dzieci uże ni czuli, jak my haworym pa prostu. Tolki ad czasu da czasu pradzirałasa jakajaś zabaǔlanka ci kałychanka. Mało.

Tak samo było u Niemcaǔ u Prusach. U hetych, jakija astalisa u Olsztyni. Znaju, bo czuła i baczyła. Adna na sto babulauǔ nauczyła unukaǔ hawaryć pa niamiecku. I za heta unuki kachajuć swaich babulaǔ. Nima takoho kachannia u nas. I nima takich babulaǔ.

Tamara Bołdak-Janowska. Adzin dzień z majaho życcia.

1. Siłą rzeczy używam słów „wczoraj” i „dzisiaj”. Dzisiaj to wczoraj. I odwrotnie. Budzimy się. Prochy nasenne kończą działanie. „Siedzą, piją, lulki palą. Tańce, hulanki swawola”. Nie. Nie prowadzę hulaszczego trybu życia. Prowadzę tryb życia wfelietonisci-05 dwustu procentach odwrotny od hulaszczego.

Wczoraj na kanale Historia obejrzałam wstrząsające filmy z żydowskiego getta w Warszawie.

W 1942 roku na zlecenie nazistowskiego rządu Niemiec został wysłany do żydowskiego getta w Warszawie niemiecki operator z zadaniem sfilmowania Żydów w sensie: pokazania ich charakteru, rozwarstwienia finansowego, obojętności bogatych na los biednych. Słowem: trzeba Żydów pokazać w złym świetle.

Operator jednak filmu nie dokończył. Pozostawił po sobie szereg krótkich filmów, nigdy niezłożonych w całość. Wstrząsające!

Mocodawcy organizowali sceny. Na przykład zaprosili Żydów do knajpy, dali im dobre jedzenie. Miało to świadczyć o rozkosznym życiu w getcie.

Mimo tych scen, organizowanych dla propagandowych celów, filmiki pokazują prawdziwe życie getta. Trupy na ulicy. Trupy dziewczyn, dzieci, starców. Żebrzące dzieci. Owrzodzone, wychudzone, siedzące pod murem, leżące, konające. Operator był wybitny, choć nazista. To trzeba przyznać. Studia twarzy, sylwetek, tłumu. Wysmakowane lub od razu takie, bo oko sprawne. I obecność dramatu, wyciskająca łzy. Aż człowiek wątpi, czy operator to faktycznie nazista. Tyle ludzkiego dramatu zarejestrował. Przejmujące są studia twarzy. Trwają nawet pół minuty. Tych twarzy za chwilę nie będzie. Ładne, piękne i brzydkie – jutro te twarze pójdą do gazu.

Źle spałam po tym filmie. Śniło mi się, że w czasie Zajazdu do Naraju wybuchła wojna i zostałam wciągnięta do wojskowej ciężarówki, i w jej ciemnych czeluściach zastrzelona. Zostałam oskarżona o zdradę stanu i posługiwanie się językiem prostym. We śnie jednak żyję po śmierci i wrzeszczę w języku prostym w stronę oprawców, że nie uznaję ich za ludzi. Rzucam w ich stronę naszym białoruskim mięchem, pełnym i obrzydliwym. Job waszu mać. Pierdalonyje faszysty. Durnyja zasrancy. Kab was chalera uziała. Kab was pakruciło raz i na zaǔsza. Kab wy zhinuli na zaǔsza z majaho życia i swajaho. Moi goście natychmiast przeszli na język polski, więc nie oskarżono ich o zdradę stanu. Za chwilę jednak część gości staje w mojej obronie, posługując się językiem prostym. Coraz głośniej. Boję się o nich. Budzę się cała mokra od potu.

Piję trzecią kawę. Mogę. Kawa jest tania. Palę papierochy. Papierochy są już dla mnie za drogie. Palę najtańsze, najcieńsze, różowe RGD.

Mam trzy papierochy, więc za chwilę już ich nie mam. Ubieram się, aby wyjść i kupić tę nową truciznę.

Na półpiętrze leży mężczyzna. Ten bezdomny ciągle tu nocuje, a ja ciągle go wyganiam. Śmierdzi i ten smród przenika do mego strychowego mieszkania, które bardzo lubię. Dziś nieproszony gość nie śmierdzi. Proszę wstać i wyjść. Proszę pana, pan psuje nam ciągle zamek w drzwiach wejściowych. I jest pan za młody, aby się tarzać pod cudzymi progami. Proszę wyjść. Dziś tak nie ma, że półpiętro jest niczyje. Ja za nie płacę. To moje podwórko. Nie jestem noclegownią dla pana. Proszę wyjść.

Ile ma lat? Może trzydzieści. Najwyżej trzydzieści pięć.

Mam wrażenie, że chodzę ulicami getta, że obok mnie leżą umierający mężczyźni.

Bezdomni nocują też na niższych półpiętrach. Tam srają i szczają.

Ten tego nie robi. Wygląda na chorego.

Wracam z moją trucizną i widzę, że mężczyzna nadal leży, gdzie leżał.

Powtarzam swoje. Proszę pana, jest pan za młody na bezrobocie i bezdomność. Proszę wyjść. Mężczyzna: Leżę sobie spokojnie.

Ja: Że spokojnie to nic, ale niech pan przestanie tu leżeć. Co to jest? Ubrać się porządnie, wykąpać, znaleźć pracę. To wstyd dla mężczyzny nocować po cudzych półpiętrach. Oczywiście znowu pan zepsuł zamek w drzwiach wejściowych. Nie mogłam wejść do mego domu, bo zamek przez pana nie działa. Mocowałam się z nim przez kwadrans, nim zaskoczył. Naraża mnie pan na koszty ciągłego reperowania zamka. Za młody pan, aby leżeć tu. W sile wieku pan jest. To nie nazistowskie getto. A mam wrażenie, że to przedwojenne czasy i getto.

Mężczyzna unosi twarz: A która godzina?

Ja: Dziewiąta. Pora stąd wyjść. Już się pan wyspał.

Nosi okulary na zaczerwienionych oczach.

Pije? Ćpa? Nie wiem. Eksmitowany? Nie wiem. Jest przystojny. Kawał chłopa.

Echo wczorajszego filmu nie chce mnie opuścić. Jakbym się przeszła po niższych piętrach, to pewnie tam by niejeden facet leżał. System urządza nam nazistowskie getto. Na ulicach pełno wykluczonych ludzi. Nie każdy bezdomny ćpa czy chleje. Straszny system.

Powtarzam: straszny system.

Nareszcie pojawiły się ponure statystyki w mediach: mamy czterysta tysięcy dzieci ulicy. Ćpuny. Dzieci alkoholików. Młodociani przestępcy. A więc my też mamy dzieci ulicy, a nie tylko Rosja, jak nam trąbiono.

Znowu przychodzi mi na myśl naukowa praca Moniki Stępień o buncie ludzi młodych, którzy nie wychodzą z domu, dla których sama ulica jest straszna, a system nie do przyjęcia. Osoba musi niszczyć osobę, aby „do czegoś dojść”. Dobrowolna izolacja młodych ludzi jako bunt. Dobrowolne zamykanie się w czterech ścianach. Aby tylko nie mieć do czynienia z przemocą. Rosnąca liczba takich buntowników.

Kto to zauważy?

Monika zauważa.

I ja tu zauważam.

Kto jeszcze?

Tolo śpi. Siadam do komputera. Piszę ten szkic.

Coś muszę zrobić. Co? O czymś zapomniałam. Kolejny list od Wiktora Łukaszewicza. Przeczytać. Od dwóch tygodni leży nieprzeczytany. Wiktor przysłał mi kolejne wiersze. Tym razem opisuje, jak to dzieckiem narejkowskie krowy pasł. Po to, żeby chociaż kupić sabie czarawiki za grosz pastucha. Jako dziecko był budzony o drugiej w nocy. Ustawaj karowy wyhaniać. Trebo biehczy da Narejkaǔ.

Pisze: Spaǔ stojaczy.

Znowu ta myśl: nie miałam pojęcia, że dziecięcy los moich szkolnych kolegów był taki straszny. Wstawać o drugiej w nocy, aby pracować jako pastuch stada krów z Narejek. Bo rodzice nie mają pieniędzy na buty. A może u nas było tak: niech dziecko samo zarobi? Przyzwyczajanie do ciężkiej pracy przez całe życie? Jak w Ameryce? O jego rodzinie moja matka mówiła: Heta trochi naszy swajaki. Żonka Łukaszewicza nasza swajaczka. Malusiańkaja baba. Dzieci buduć malusieńkije. A szto takoje, szto malusieńkija? Aby dobryje wyraśli.

Szanuję Cię, Wiktorze. Naprawdę, czuję wielki szacunek, że od dziecka pracowałeś na siebie. Przerywam lekturę listu. Odzywa się inna sprawa, o której zapomniałam.

Moja imienniczka przysłała mi swój „wiersz dla żołnierzy”. Jej prośba: opublikuj to w Czasopisie, tylko pamiętaj, że teraz jestem Tamara Promyk. Tak się teraz nazywam i nie zmieniaj tego.

Początkowo myślałam, że to taki sobie wierszyk. Po powtórnym przeczytaniu stwierdzam, że to istotny wiersz na dziś. Tola pytam (czytam mu wiersz): dobry to wiersz?

Tolo stwierdził, że dobry.

Tamara, ty nie miej mi za złe, że wciągam twój wiersz do eseju. Za bardzo mi pasuje do szkicu, nastroju i wczorajszego filmu o getcie, abym prosiła redakcję o opublikowanie go osobno. Istniejesz z moim i Tola komentarzem. Mam nadzieję, że dzięki temu nie będzie czytany kątem oka, pobieżnie. Czuję, że Tamara od razu ma wiersz, bez żmudnego poszukiwania formy. Ja nigdy nie poprzestaję w poezji na pierwszej wersji tekstu i długo poszukuję formy. To moja ułomność? Może ułomność. Podziwiam osoby, które tworzą wiersz od ręki i jest on od razu dobry.

Oto wiersz „dla żołnierzy” Tamary Promyk:

z czterdziestego piątego roku
zaglądali do mego dzieciństwa
tacy zranieni
i chociaż przynosili wiele
zabawek
ze szczęściem
lalki dyskretnie podsłuchiwały
ich dusze
i chlipały cichutko
malując oczy łzami
nawet dzielny
szmaciany miś
rozepchany wspomnieniami
pękał z różnych stron
pomagali mi go zszywać
dobrymi słowami
tak jak się czasem zszywa
ludzki sens (los?)
ale i tak musiałam
drewnianym pistoletem
poprawiać wojnę
na dywanie
bez strat
żeby chociaż w wyobraźni
pousuwać im więcej ran
a potem nagle zginęli
w wielu innych
sprawach
po latach spotkałam ich trochę
w rozmowach przez telefon
z komandosem
Józefem Rembiszem
w żołnierzach
z Iraku
Afganistanu
a wczoraj
na strychu
w obcym domu
zobaczyłam swego misia
leży tam
popękany z prawej strony
lewa wyżarta przez szczury

Tamara Bołdak-Janowska. Robię moje.

felietonisci-05Mam starą Biblię Odesską, w której mój dziadek podkreślił wszystkie momenty antyfeministyczne z dopiskami na marginesach: priewoschodno. Zrobił to poślinionym kopiowym ołówkiem. Takie ołówki przybierały fioletową barwę. Są nie do usunięcia. Te ołówki zniknęły. Jeszcze je pamiętam. Dokumenty podpisywało się takim kopiowym ołówkiem, poślinionym, bo niepoślinione nie pisały w ogóle. Nauczyciele posługiwali się kopiowym ołówkiem. Podkreślali nim byki i stawiali oceny. Potem zaczęli używać dwustronnego ołówka, czerwono-granatowego, którego nie trzeba było ślinić, bo od razu wżerał się w papier jak tamten kopiowy. I nie można było wymazać ani wytrzeć gumką uwag i złych ocen.

Dziadkowe dopiski oczywiście mi się nie podobają. Nie wiem dlaczego dziadek wiązał język rosyjski z białoruskim – gdzieniegdzie napisał: heta priewoschodno. Nie jest to powodem do nielubienia naszej Księgi, ponieważ pełno w niej momentów feministycznych, choćby ten, kiedy kobiety widzą Zmartwychwstałego i to one tworzą ten obraz. Nie jesteśmy też ludźmi książek. Już nie. Mamy w tym miejscu gadaninę lub milczenie. Mamy w tym miejscu czczą gadaninę w Internecie. Byle szybciej, byle krócej. Z bykami ortograficznymi i wszelkimi. I slangiem. Czasy mamy takie, że nas kurczą. W telewizyjnej gadaninie o kulturze mamy bełkot. Mówi się dużo i głupio. Nie nadaję się do życia w warunkach takiej globalizacji, kurczącej umysł, rozwadniającej język.

Eliot przed laty napisał o wydrążonych ludziach. Teraz ktoś powinien napisać o skurczonych głowach. Debilejemy, bo mamy nadprodukcję podłych tekstów i innych dzieł kultury. Filmy nam debileją. Nawet Raczek, znawca filmów, zdenerwował się i wywalił: moglibyście już przestać oglądać tę amerykańską taniochę, bo staniecie się pełnymi debilami. Od dawna nie oglądam tej taniochy. Przerzucam kanały, a tam wszędzie strzelają się, padają martwo, wstają i pędzą do tego samego w następnej taniosze.

W jakim świecie my żyjemy? Monika Stępień, notabene znakomita poetka, napisała pracę magisterską na temat młodzieży, unikającej rzeczywistości. Coraz więcej młodych ludzi, z przewagą płci męskiej, odmawia uczestnictwa w życiu poza domem, ponieważ mechanizmy systemu są dla nich zbyt okrutne. Albo pracują zdalnie, tj. używając komputera, albo są na utrzymaniu rodziców. Ich znajomi to internetowi znajomi. To bunt przeciw systemowi ze stale rosnącą liczbą buntowników. Zdajemy sobie z tego sprawę, jak wielu młodych ludzi uznaje system polityczno-społeczny za nieludzki? Czują się osaczeni przez zło, dopadające ich dosłownie zewsząd. Żyją w świecie okrutnej przemocy i odmawiają współudziału.

Robię swoje. Robię moje. Ikona to moje.

Lubię wschodnie chrześcijaństwo ze względu na obecność w nim sztuki i bliskości do filozofii zen – znowu setny raz powtarzam. Europeizacja wschodniego chrześcijaństwa oznacza jego zniszczenie. Zniszczenie sztuki ikony, sztuki muzyki, sztuki bycia jurodiwymi (chociaż w odwadze bycia autsajderami), sztuki otszelników, sztuki starców. To wszystko jest wyrafinowaną wielką sztuką słowa, obrazu, muzyki, teologii i krańcową nieobecnością kiczu i dewocji. Taki jest trzon naszej ortodoksji, unikalny, surowy, piękny. Europeizacja oznacza pójście w stronę na przykład krzywienia ikony, aby było słodko, realistycznie, z perspektywą „jak w rzeczywistości” i wychodzą z tej Europy rzewne obrazki jak z dewocyjnych pisemek. Nowe ikony to straganowy kicz. Tu nie mamy czego doganiać. Ikona powinna pozostać archaiczna, jak u starowierców. Prosta, surowa, piękna. Powstał jej kanon i trzeba się go trzymać, choć można wynaleźć inną formę plastyczną, niemal geometryczną, jak zrobił to Nowosielski, ale on kanonu nie zmieniał. Twarze, pochylenia głowy, znaczenie barw. To wszystko Nowosielski utrzymał.

Podobne zdanie o niszczeniu przez europeizację kultury bizantyńskiej znajduję w znakomitym wstępie Barbary Dąb-Kalinowskiej do książki „Między Bizancjum a Wschodem” (PAN,1990). Europeizacja oznacza podporządkowanie, najczęściej podporządkowanie obowiązującej modzie. Moda to sezonowość. Wchodzimy jak w cudze masło w tę modną sezonowość, tracąc siebie. Sezonowi ludzie.

Maluję ikony i kolejny raz jestem poprawiana, że ikony się pisze. Kolejny raz powtarzam: nie. Pisać obraz to rusycyzm. W języku rosyjskim mówi się: pisat’ kartiny. I oznacza to malować obrazy.

Namalowałam kilkanaście miniaturowych Kseniek Petersburskich. Kobieta z laską i białymi włosami, wymykającymi się spod kartuza. Te miniaturki były pamiątką dla gości Naraju 2015. Napisałam monodram o Kseni dla pani Joanny Troc i jej teatru, a następnie posypały mi się miniaturki Kseniek.

Ze znajomą doktor psychiatrii rozmawiam o istocie ikony. Mówi, że trzeba mieć oczy duszy i wiarę, aby docenić jej wartość. Mówię, że rozumiem to inaczej: wartość ikony jest niesiona przez cząsteczki elementarne, ponieważ zawiera się w niej życie świętej osoby, jej marzenia, pragnienia, jej duchowość. I to się do nas niesie sprzed wieków – nadal żywe. Ikona to najwyższy rodzaj obrazu, jaki kiedykolwiek stworzył człowiek. Nie można jej podrobić, bo ona się rodzi i albo się urodzi, albo nie. Musi na nas patrzeć. Jeśli nie urodziła oczu, wnikliwie na nas patrzących, to nie jest żywa. Nie może być robiona pod wystawę. Najlepiej, jeśli osoba na ikonie pochodzi z głębi czasów, kiedy religia była doświadczeniem obecności innego wymiaru i było to szczere doświadczanie.

Musi być w niej głębokie piękno. Na czym to polega? Na tym, że ukazuje duchowe piękno danego człowieka, a także jego mękę dialogu, wręcz kłótni z Bogiem, aby poprawił los osoby i jej kochanych bliskich. Kłótnia z Bogiem? Ano. Taką mękę wyznaczyła sobie św. Ksenia Petersburska, która nie mogła pogodzić się z przedwczesną śmiercią męża, Andreja Fiodorowicza Pietrowa. Hospodi Boże, ja się na to nie godzę. Moja matka twierdziła: Boh? Jon minie tak skryǔdziǔ. Sapraǔdy skrydziǔu. Kłótnia z Bogiem nie przeczy jego istnieniu. A ci jon sapraǔdy jość, Hospodź Boh? Im mniej kłótni z Hospodom Bohom, tym mniej Hospoda Boha. Głupie mam myśli? Jeśli są wierni, to jest Bóg. A jaki? Bez naszej z nim kłótni nie staje się lepszy. Wierni bywają straszni, jeśli z imieniem bożym na ustach zabijają bliźnich. Lepiej jednak, jeśli duchowni zdejmują z nas ciężar obcowania z Bogiem. Lepiej? Niekiedy lepiej. Lepiej wtedy, kiedy groziłby nam religijny świr, a taki świr charakterystyczny jest dla wielu starych kobiet.

Piękno ikony żyje w cząsteczkach elementarnych, bo co zostało raz stworzone, to nie ginie. Mamy wokół siebie mnóstwo kieszeni, tworzonych przez cząstki elementarne, a w tych kieszeniach tkwią dobre, uwznioślające energie. Nie tylko takie kieszenie mamy obok siebie. Kieszeń z faszyzmem również. Mamy z czego brać. Bierzemy rzeczy ludzkie i nieludzkie. Nic nie ginie, jeśli tylko człowiek coś wymyśli. Według Seneki, obrzydzenie wywołują w nas ludzie, którzy czerpią z byłych rzeczy nieludzkich. W nas, to znaczy w kim? Oczywiście w ludziach, którzy nieustannie zmieniają się na lepszych, na bardziej ludzkich, i dobrze wiedzą, że sami niejednokrotnie byli nieludzcy. I taka zmiana jest dla nich przyjemna. Według Seneki, mało jest ludzi, którzy nie chcą służyć innym ludziom, aby powiększać zło na świecie. Czy zdajemy sobie sprawę, że tak służymy nie sobie, tylko tym innym od przemocy? Jak mahu, uciakaju ad kiszanioǔ, poǔnych ludziej wajny. Hetyje kiszani wyzywajuć i mianie trywohu i nienawiść. Napisałam te zdania w języku prostym i kolejny raz myślę: czy dobrze leżą w kontekście filozoficznym? Czy język prosty nie może udźwignąć żadnej myśli spoza dotyczących jedynie spraw bytowych, domowych? Hetuju prastuju mowu trebo rabić na nowo. Heta mowa ważna, a nie z telebaczannia. U hetaj mowie możno mnoho zrabić, a na peǔno sztoś skazać, ci lepiaj napisać jak szyfram, i chto znaja, toj znaja, toj praczytaje i zrazumieja. U telebaczynnaj mowie niczoho ni możno zrabić, bo jana prapahandnaja i ceły czas syplacca z kiszanioǔ, poǔnych czużoj wajny. Prynamści Biełsat sypla z kiszynioǔ czużoju wajnoju. I wymahaje ad mianie, kab była pa hetaj samaj staranie. A ja ni chaczu być pa czyjejś staranie u czużoj wajnie.

Tolo czyta mi Senekę i jest to dla nas obojga przyjemne. Odkrywamy myśliciela i zdajemy sobie sprawę, ze dotychczasowa nieznajomość jego esejów była ohydnym brakiem. Seneka: życie jest krótkie, kiedy je trwonimy. Jednak Seneka stawia kobietę między dzieci. Jest jeszcze niepełna człowieczeństwa. Każdy myśliciel sprzed wieków, a i przez wieki, robi ten patriarchalny błąd. Ten błąd rośnie w siłę. O tym błędzie, o nieustającej przemocy wobec kobiety, pisała Anna Świrszczyńska. Pisała tak przejmująco, że aż Miłosz nazwał ją „najbardziej bezczelną feministką”.

Odkrywam rzadką ikonę – „Kobieta jako źródło życia”. Bogurodzica z Dzieciątkiem  siedzi na niej w głębokim naczyniu, w kielichu, jakby w fontannie, z której przez otwory w kielichu leje się żywa woda. Dołem ludzie piją  tę żywą wodę z różnych kielichów, mniejszych i większych, zależnie od stanu finansowego. Picie żywej wody łączy żebraków z bogaczami. Bogacze mogą dziś w jednej chwili stawać się żebrakami. Taki system. Niemal wojenny. Nawet nie „niemal”. Globalizacja jest systemem wojennym i przetasowuje majątki przy pomocy brudnej gry, to jest wojny. Po prostu: wojny. Wojna nagle ma różne nazwy – ekonomiczna, hybrydowa, medialna.

Górą ikony Kobiety Jako Źródła Życia płyną chmury, złożone z błękitnych kulek. To nie są realistyczne obłoki, może jeszcze z wiązkami promieni. Na tych kulkach stoją archaniołowie ze złotymi aureolami.

Na niebie nad Olsztynem pojawiły się nagle te chmury złożone z kulek. Pierwszy raz widzę takie. Następnego dnia znowu są takie.

Żywa woda na ikonie. Rzeczywiste obłoki z ikonicznych kulek na rzeczywistym niebie.

Europeizacja oznacza rozwój patriarchatu. Piszę to, jakkolwiek kuriozalnie brzmią takie słowa. Koryguję: nie tyle rozwój patriarchatu, co jego stan wstrzymany na złośliwym rodzaju raka, na przykład na ciszy wokół handlu ludźmi, na traktowaniu kobiety jako przedmiotu, a o tym nie wolno mówić w głównym nurcie. Ponoć kobieta ma już wszystko. Ponoć wolna jest i basta.

Szkoda, że percepcja ikony ogranicza się do Madonn z Dzieciątkiem. Reszta ikon pozostaje w cieniu. Jest zapomniana, nieodkrywana na nowo. A przecież tyle w nich prekursorskiej teologii. Kobieta, kobieta. Jak jej dużo w ikonach.

To, że maluję kolejne ikony, otwiera mi oczy na detale rzeczywistości. Nagle widzę zielonego ptaka z zielonym dziobem. Ależ to nie ptak. To czubek gałązki, urwany wiatrem, wleciał mi pod nogi. Nie. To zielony ptak. Postawił zielone skrzydła. Wysunął zielony dziób.

Jakie fantastyczne złudzenie.

Rodzą mi się myśli na pograniczu snu i jawy, kiedy zasypiam albo się budzę. Na przykład: żyć w nierozchlapanej jęzorami anegdocie. Albo: starość to stan,  kiedy nie ma ani jednej rzeczy, która by nie wymykała się z rąk. Ani jednej. Albo: najcięższa jest nieobecność. Martwość. Cześć bliskich umarła. Dźwigam te nieobecność jako straszliwy ciężar.

A więc wnikanie w istotę ikony jest wnikaniem w rzeczywistość duchową. Zielony ptak z gałązki jest duchową postacią tej gałązki. Kuriozalnie brzmi? Nie wiem. Metaforyzacja jest stanem duchowości. Ikona to nie symbol. To metafora. To dosłowne życie duchowe. Metafora jest dosłownym życiem duchowym. Metafora bywa istotna i wydumana. Ta wydumana nie pasuje do rzeczy, którą usiłuje określać. Mój zielony ptak nie był wydumaniem. Rzeczywiście wyrósł mi pod nogami.

Maluję ikonę, której tematem jest drabina. Tym razem Tolo czyta mi na przemian to Senekę, to Koran Buczackiego. Dobrze jest słuchać tego i tego. Tolo od razu, już na wstępie, na „Krowie” (część Koranu) nie zgadza się z treścią tej Księgi. Bo Księga już na wstępie dzieli ludzi na wiernych i niewiernych i jest w tym bardzo kategoryczna.

Mówię, że to Orient, że zaraz natkniesz się na frazę, która miło spojrzy na niewiernych, by po chwili znowu ostro ich potraktować. Bierz cudzymi oczami nasze chrześcijaństwo.  W końcu wyprawy krzyżowe kończyły się rzezią ludzi Orientu. Jak mają postrzegać takich chrześcijan oprawców? Cudze oczy to coś. Zobaczysz siebie cudzymi oczami i otrzymasz straszny widok. Poza tym Koran wyrósł z poezji pustynnej i sam stanowi poezję. Ważna w nim metafora. No i jeszcze to: Orient to wpadanie z nastroju z nastrój, taka ciągła zmiana spojrzenia na zjawisko, sprawę, czasy, los, płeć.

A z innej beczki: żyjemy w czasach złej poezji i złej jej percepcji. Większość uważa, że jak krótkie, to poezja, a jak długie, to proza. O, tak rozumieją tekst. W półśnie zostałam obdarzona przez mój mózg tą frazą: jak krótkie to poezja, a jak długie, to proza. Roześmiałam z się w półśnie z tego powodu. Dobrze obudzić się ze śmiechem z doznanej myśli.

Przyrządzamy sobie wierszyk w parku.
Przed nami fontanna. Mówię: patrz, fontanna dymi.

Patrzymy, rzeczywiście dymi. Stawia dymy z białej wody.

Zadymieła. Dymić, a jakby dychała. Dychaje u horu i u niz.

Mówię: patrz, a drzewa wybuchły i tak stoją. To banalne spostrzeżenie, bo nawet mówi się, że wiosna wybuchła. Ale jakby zestawić jedno i drugie, to mamy wierszyk:

Dymiące fontanny
i wybuchłe drzewa.

Inaczej:

Wybuchłe drzewa
i dymiące fontanny.

Straszny cokolwiek wierszyk z drugim znaczeniem. Jeśli w tle czujemy niedawną bombę i trupią obecność cywilnych ofiar w strasznym pejzażu. Poza tym w pierwszym znaczeniu to wiosenny wierszyk. Pogodny.

Tolo dodaje: słyszymy wczorajszy śpiew ptaków. Masz trzecią frazę do wierszyka. Ptaki śpiewają, jak śpiewały wczoraj.

Mamy całość wierszyka:

Wybuchłe drzewa
i dymiące fontanny.
Wczorajszy śpiew ptaków.

Oboje jesteśmy pewni, że to prawdziwa poezja. Nie żadne tam sentymentalizmy, bujanie w obłokach i pijane pędzenie na słowie i na niewstrzymanym przez formę uczuciu.

Usiłuję przetłumaczyć to na język prosty. Jakbyśmy to wczoraj powiedzieli…

Wybuchłyje drewy
i dymiaszczyje fantany.
Ǔczorasznija  śpiewy ptuszkaǔ.
Oj. Ci heta dobry pierakład?

Niekataryje mocno upeǔniany, szto nikjakoj wajny ni budzia, bo każdaja starana maja atom. I szto z hetaho, szto atom majuć i na hetym raście peǔnaść?

 Ja niupeǔniana ani trochi. Heta skazaǔ mnie nasz wierszyk. Jon prylacieǔ z wietram z paślazaǔtra i adtul hladzić na mianie dymiaszczymi waczami.

Da pabaczennia paślazaǔtra.

Tamara Bołdak-Janowska. Luli, luli.

felietonisci-051. Zakłębiły mi się w głowie kołysanki, śpiewane przez matkę. Luli, luli, ǔsie dzietki pasnuli. Albo: śpi maja kwietaczka… Cicho świecić miesiac jasny ǔ kałybiel twaju… Luli, luli, luli, prylacieli kury, stali sakataci, nima czaho jeści daci. Trochu harochu, jaczmieniu żmieniu, żyta paǔ sita, luli, luli, luli… Luli, luli, luli, ǔsie dietki pasnuli, tolki doczańka ni spić… W miejscu słowa „doczańka” wstawiało się konkretne imię, córki albo syna.
– Widzę, że wasze kołysanki miały przede wszystkim charakter bytowy – mówi mi Tolo.
– Bo to były śpiewa
ne opowiadania o życiu – odpowiadam. – Wszystkie nasze pieśni były takie, bytowe, więc tożsamościowe. A ty pamiętasz matczyne kołysanki?
– Nie pamiętam i nie wiem, czy mi matka je śpiewała.
– Może znała same niemieckie, to nie śpiewała? Smutna powojenna sankcja kulturowa? Mówiłeś, że takie sankcje były u was.
– Może i tak. Nie pamiętam i już. Chyba u nas było surowiej w stosunku do dzieci.
– Ja matczyne pamiętam. Mam wczesne wspomnienia. Poza tym matka śpiewała mi je wtedy jeszcze, kiedy miałam trzy lata. Ostatnio, aby zasnąć, przywołuję głos matki i kałychanki. Nigdy, nigdy już tak nie będzie. Szkoda, że nie znasz niemieckich kołysanek. Wygooglałam, że „Oh, du lieber Augustin, Augustin” to kołysanka. I nie wiem.
– To chyba nie kołysanka.
– Następująca polska kołysanka jest cudna, skoczna: Ta Dorotka, ta maluśka, ta maluśka, tańcowała dokoluśka, dokoluśka… Teraz śpi już w kolebusi na różowej swej podusi… Racja stanu nie widzi matki i dziecka, i tej podusi.
– Nie ma na świecie większej intymności, niż matka, śpiewająca kołysankę zasypiającemu dziecku. Racje stanu są zbyt odległe od tych dwojga, od tej jedni.
– Nie ceni tego obrazka kreatura, wydająca rozkaz bombardowania „wroga”. Nikt nie ceni tej intymności. Matka śpiewa dziecku „Pridiot siereńkij wołczok i uchopit za boczok”, a tu spada bomba i nie ma dziecka, nie ma matki, nie ma kołysanki. Bo śpiewała po rosyjsku, a więc i ona, i dziecko są wrogami. Inna matka śpiewała po białorusku „śpi maja kwietaczka” i oboje zginęli, spaleni żywcem przez oddziały SS-Galizien. Bo to „wrogowie”. Dzisiejszą racją stanu u mnie jest pokój. Nie lubię ludzi z wiecznie prowojenną racją stanu. Nie lubię ludzi, lecących po wojenne łupy. A współczesna racja stanu dość długo trwała w świecie jednobiegunowym. W takim świecie, z jednym centrum, każda racja stanu będzie kolonialna, podporządkowana zachciance jednego centrum, jego egoizmowi w imię jego interesów. Racje stanu zaczynają to rozumieć, kiedy już egoizm i cynizm tego jednego centrum rozbestwia się w jego niezliczone wojny, w bez dania racji napastnicze, a chodzi wyłącznie o wojenne łupy.

A matka śpiewa: Śpić pad lesam abłaczynka, zasynaj maja dziaǔczynka… . dobraj noczy, zasynaj moj luby chłopczyk… A tut nima spakoju, nima dobraj noczy. Bomby z nieba laciać i u piǔnicy trebo jakoś spać. I po ukraińsku: De chamońka tepłeseńka, de dytyna małeseńka… De’ż my budem noczuwaty… I walą bomby wojny domowej. De’ż my budem noczuwaty… I bomby. Mam za bandytę każdego, kto krwawo przerwie matczyną kołysankę, polityka też, a czy to polityk Zachodu czy Wschodu nie obchodzi mnie. Teraz chyba matki nie śpiewają kołysanek nawet tam, gdzie pokój. Pytam młodych o kołysanki, a im ich nie śpiewano. Niektóre matki jednak śpiewają. Jestem tego pewna. Mimo wszystko to malutka pewność. Kołysanka należy do czasu pokoju i matczynej pewności dachu nad głową, czystej pościeli, miękkiej poduszki.
– Szkoda, że nie pamiętam, czy śpiewano mi kołysanki – żali się Tolo.
– Wiesz, że Słowianie nazywali swoją mitologię bają? Stad słowo „bajka” i „bajuszki, baju” w kołysankach?
– Co ty mówisz? Aha, czyli stąd „bajać”.
– Tak. Nie znamy swojej słowiańskiej historii. Już kolejny raz stwierdzam to z przykrością, niemal z bólem. Śpi spakojno, zakryj ty woczki, bajuszki, baju…Matki już nie rozumiały śpiewanych słów, jak rozumieliśmy to przed wiekami, ale podświadomie wyczuwały dawne znaczenie duchowe, taką tajemnicę. Dziecko miało spokojnie zasnąć i pogrążyć się w bajce śnienia. Baja miała je obdarzać wspaniałymi obrazami. No i ta łączność matki i dziecka, to było coś wspaniałego. Teraz co usypia dziecko, telewizja, komputer? Zimny wychów wraca? Co robi matka, gdy dziecko zasypia? Może mu czyta bajkę? Dlaczego przestała śpiewać kołysanki? Nie ma czasu, bo musi wsadzić nos do Internetu i jeszcze popracować? Bo się wali z nóg ze zmęczenia? To nie jest życie, praca przez całą dobę. Dawniej nianie z ludu śpiewały kołysanki dzieciom. Miały na to dość czasu. To one podtrzymywały ciąg naszej kulturowej historii.
– Oglądałem film dokumentalny o Berlinie w czasie I wojny światowej. Matki pracowały w fabrykach broni i otrzymywały zasiłek socjalny, ale tylko na jedną osobę. Nie można było z tego wyżywić dzieci. Głód był straszny. W filmie wypowiadały się roczniki 1910-14. O dzieci wtedy nikt nie dbał. Przeżyje to przeżyje, a nie, to nie. Ojciec wraca z wojny, a dziecko chowa się w kącie ze strachu, bo nie poznaje. To obcy w mundurze.
– Jasne. Nikt wtedy nie miał głowy do kołysanek. To przerażające. Oh, du lieber Augustin, Augustin. O, mój miły Augustynie, Augustynie, wszystko minie, wszystko minie. Nie mijają straszne wspomnienia z dzieciństwa bardzo starych dzieci. Dobrze, że powstał taki dokument o zniszczonym przez dorosłych drani dzieciństwie. Poruszający dokument?
– Poruszający. Starcy z pokaleczonym dzieciństwem. Reżyser zdążył ich wypytać. Jutro umrą. I znowu dorosły oprych będzie niszczył czyjeś dzieciństwo.
– Kiedy siadamy sobie przy fontannie z kormoranami w naszym parku Podzamcze, to niezmiennie myślę: jak dobrze, że można sobie tak posiedzieć. Miło. A w parku Podzamcze wokół centralnej misy fontanny z kormoranami rosną białe piwonie. Białe i płowe. I ty je widzisz. Blisko wody, więc ogromne. Patrzę i widzę białe i płowe fryzury aniołów. Staranne. Z lokami. Kiwają się. Nachylają ku sobie. Oglądam rajski spektakl. I chcę tu siedzieć długo, aż poczuję, że mi pośladki zdrętwiały od twardej ławki. Jaka błoga chwila pokoju. Nigdzie nie widziałam tak ogromnych piwonii. I ciągle ci to powtarzam, że to aniołowie, szczątek raju.
– Kolęda „Lulajże, Jezuniu” to właściwie kołysanka.
– Tak, ale sakralna. Matki tego nie śpiewają dzieciom.
– Przejdź się po kołysankach świata, indiańskich, afrykańskich.
– A jak? Musiałabym znać wszystkie języki świata. Coś mogę wygooglać, ale to nie to samo, co słuchać ich w chwili śpiewania w samym życiu. Wygooglałam tyle, że to Łemkowie i Białorusini mają czy też mieli najwięcej kołysanek, że pieśń u nich budowała tożsamość. Ciąg pieśni matek jednak został zakłócony przez kulturę bez pamięci, bez tożsamości. Łemkowska kołysanka też była śpiewanym opowiadaniem o życiu. Hajciu lulu, lulu, a ja tebe stulu. Stulu ja tia stulu, pid zelenu dulu. Dula bude cwyty, Marynia chodyty… Piękne. Szkoda, że nasze pianino potraciło struny i rozstroiło się. Siadłabym, zagrała kołysankę. Poczułabym się matką albo dzieckiem, albo dwojgiem.
– Mamy coraz więcej możliwości ogłaszania nowych racji stanu i machinacji przy tym, bo przecież mnożymy wojny o strefy wpływów, o surowce. Na tej drodze matka z dzieckiem nie naszego narodu to wróg. To obcy. Trzeba go zabić, poznęcać się, odczłowieczyć. Społeczeństwa demokratyczne nie zasłaniają się coraz nowszą i wredniejsza racją stanu, bo w nich każdy może mieć swoją kulturową tożsamość. Wymuszają to w procesie pokojowym na sąsiedzkich wrogich kołysankom racjach stanu. Państwa Zachodu żyją w pokoju sąsiedzkimi grupami. Nie do pomyślenia tam wojna domowa. Nie odczłowieczają sąsiedzkiej matki z dzieckiem i kołysanką. Inna sprawa: czy jest tak, że im mniej kołysanek, tym dzieci chętniej krytykują matki, hodują w stosunku do nich chłód serca?
– Nie ma idealnych matek. Kołysanki się pamięta. To wspomnienie ratuje przed złym myśleniem o matce. Pokojowe współistnienie w Europie? Różnie to bywało, przecież wiesz. A dzisiejsza racja stanu ma charakter naciąganej racji, bo jakieś mocarstwo tak nakazuje. Europa nie tak dawno była straszna. Natknęłam się na pracę Julii Makosz, a w niej na coś przerażającego. Julia Makosz w pracy pt. „Pieśni getta” opowiada o żydowskich kołysankach z getta. Nit kejn rożinkes, nit kejn mandlen. Nie ma rodzynek, nie ma migdałów. Ta kołysanka powstała z innej pieśni getta o głodzie. Autorka przytacza poruszającą pożegnalną wojenną kołysankę: Nit kejn jidysz, kejn lid, wajl du bist mer kejn jid. Żadnego żydowskiego słowa, żadnej pieśni, bo nie jesteś już Żydem… Chodziło o to, że matki porzucały dzieci pod nieżydowskimi domami w nadziei, że ktoś je przygarnie. Matka w tej kołysance żegna synka. Taki rodowód miała ta kołysanka. Przerażające. Przygnębiające. Nie do zapomnienia. No widzisz. Najsmutniejsze kołysanki świata powstawały w żydowskim getcie.

– Niedawno obejrzałem „Zakazane piosenki”. Szczególnie poruszyła mnie pieśń dziewczyny, Żydówki z getta. Śpiewała o Warszawie, ale na melodię „Mejn sztetełe Bełz”. Polskie okupacyjne pieśni wychwalały smykałkę radzenia sobie z napastnikiem i wyśmiewania go, wyszydzania. Miały zadziorny ton. Warszawiak sobie poradzi. Nikt go nie zniszczy, nie upokorzy. Była w nich radość sprzeciwu i niepodważalna nadzieja na poradzenie sobie z okupantem. A ta pieśń żydowskiej dziewczyny była bezgranicznie smutna i bez odrobiny nadziei na przeżycie. Ojej.
– Pamiętam. I to też jest nie do zapomnienia. Teraz przymierz to do gier komputerowych, do zabijanek, a najgorzej, że zwykle utrzymanych w klimacie macho i seksistowskim. Stało się coś strasznego w kulturze. Dziecko jest uczone krwawej przemocy, seksizmu, bycia twardym macho. Klik. I wróg zdechł w kałuży krwi. Klik. Dopadamy „dziwkę”. Koleżankę w realu zwyzywamy od dziwek. Jaka strata czasu na nauczenie się wrażliwości! Stasiek Wielanek z Kapeli Warszawskiej śpiewał kołysankę wojenną: W suterynie daleko za miastem, w suterynie, gdzie nędza i głód… Teraz mamy lulu-lulu dla dorosłych, gadki szmatki telewizyjne. Propaganda wojenna to takie lulu-lulu. Śpijcie spokojnie, bo wróg znaleziony i będziemy go odczłowieczać i zabijać. Śnijcie zwycięstwo bez zwątpienia. Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że zwątpienie łączy, a fundamentalizm dzieli. Tak się dzieje w religii, ale przecież i w polityce, kiedy partia czy dmuchana racja stanu to fundamentalna wiara. No więc usypiacze bardzo dbają o nasz brak zwątpienia. To nie jest wbrew pozorom myśl banalna. Spostrzegłam, że w religii zwątpienie, aż do postawy ateistycznej, naprawdę łączy. Ludzie, wolni od propagandy religijnej, mogą ze sobą rozmawiać na przykład o sztuce. I rozmawiają. Ci ludzie rozmawiają!
– Napisałem antykołysankę wojenną. Rundherum dumm! Dumm! Dumm! Schritt und Tritt und Schritt: und vorwärts, Lili Heil!
– Ale Lili Marlene to piękna pieśń. A ty tu tak nawiązujesz. Lubię Lili i często słucham. To o kobiecie strasznych wojennych czasów piosenka. To nic, że śpiewali ją niemieccy żołnierze. Mnie ona wzrusza i ma piękną melodię.
– To nic, że u mnie jest Lili Heil. Tłumaczę całość: Naokoło dum! Dum! Dum! (znaczy to również: głupio! Głupio! Głupio!) Krok i kopniak, i krok. Naprzód, Lili Heil (heil to: cały, nienaruszony, zagojony).
– Jako antykołysanka jest bardzo na miejscu.
– Antykołysanka czasu wojny. Nie. To nie antykołysanka. To parodia kołysanki.
– Ojej. Miałam pisać w miłym tonie. Słyszę polską kołysankę: Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga… Elżbieta Binswanger-Stefańska pamięta tego Wojtusia. I aa-a, kotki dwa. Spytałam ją na fb, czy pamięta matczyny śpiew, bo mało kto pamięta. Ona pamięta. Mój ojciec śpiewał mi jakieś żołnierskie piosenki na dobry sen, przygrywając na akordeonie. Zapamiętałam tylko „Rozszumiały się wierzby płaczące”. Potem śnili mi się ludzie o strasznych twarzach, zaglądali do okien. Na ogół spałam dobrze i po „wierzbach płaczących”. Najbardziej zapamiętałam matczyną kołysankę o dwóch Jasieńkach: Luli, luli, lulasieński, pabilisa dwa Jasieńki. Za jakuju pryczynu, za charoszu dzieǔczynu. Tę kołysankę zanotował spośród wielu innych Stefan Kopa w swojej książce „Biełaruskije pieśni Haradockaj ziamli”, podał nuty. To książka bezcenna, o której już pisałam, ale znowu do ciebie mówię o niej, bo warto wiedzieć, że są na świecie ludzie, dla których nasze kałychanki są fascynującym tematem. Co więcej, uważam, że ta książka powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich z utraconym dzieciństwem, takim jak moje, białoruskim, ale po wojnie pogranicznym. Tyle pieśniowego bogactwa przeminęło lub właśnie przemija. Chociaż sobie przypomnijmy, co nam matki śpiewały. Ale ty nie pamiętasz, czy matka ci śpiewała kołysanki.
– To ja teraz przeczytam twoją „Kołysankę osobistą” z twego „Hop! Hop! Hop! Traktatu o samotności”. Ty ją napisałaś dla matki, która śpi w ziemi, ale nie może usnąć w tobie. Napisałaś sonet-kołysankę. Opisałaś rytm relacji matka-dziecko. Posłuchaj siebie, jak brzmisz w moich ustach:

Jestem kobietą, rodzę czaszkę,
ciesząc się z niej.
Ładnieję.
Czaszka cherubinowa.
Prawdziwie moja.
Do krzyku jej dziąseł
pierś natychmiast doniosę
z fizjologicznie ciepłym mlekiem.
A zęby czaszki wykarmionej
nadadzą ciału mojej czaszki
lokalne i światowe imię:
moja matka.
A ja się już tak nie wyzbieram.
Mojej matki nie ma.
A jeśli jest, to nagą czaszką.
I ja jej zwrócę własną.

– To prosty sonet, ale niezupełnie. Rymy tworzą zasłonę na przepaści, do której trafiają wszyscy. Płytka przepaść, mahiłka. A wiesz, że lulek to psianka, której dym działa uspokajająco i nasennie? Maryśka rodzima? Wytępiono ją na rzecz alkoholu i rozpijania. Czarownice rozbiły z lulka „maść do latania”, czyli wizji. Z dodatkiem pokrzyku, mandragory i bielunia. Ten sonet napisałam bez Bai i nie po lulku, nie po „maści do latania”. Nie używam. Lubię trzeźwość oglądu spraw. Trzeźwo ujrzałam rytm czaszek. Ramiona matczyne, lulające dziecko do snu, działały przyjemnie narkotycznie. W mózgu małego człowieka tworzyło się miejsce na przyjemność, naturalnie wywołaną. Chyba dziś to miejsce się kurczy albo w ogóle nie powstaje. Nie czujemy języka, tracimy go. Nawet nie wiemy, że słowo „człowiek” oznacza: czuć, czuwać, być na czele swego plemienia, narodu, z powodu mądrości. Tracimy w języku czucie tego, co było słowiańskie. Nie wiemy, że słowo „naród” ma znaczenie „rodzić”, „narodzić ludzi”. Jest słowo „ululać się”, czyli upić. „Ululany” to pijany. A to wszystko w znaczeniu: narkotyczny, śniący albo nieprzytomny. „Lulki palą” nie oznacza, że palą fajki, tylko że mają w fajkach narkotyczne lulki. Jeśli jesteśmy przyjemnie zmęczeni, mówimy: idę lulu. W kałychankach mieliśmy: luli, luli. Ramiona matki i jej śpiew na dobranoc to był właściwy narkotyk.