Tamara Bołdak-Janowska. Toast totalny.

Na juliańskim „Sylwestrze” w restauracji Krys-Stan w Olsztynie wygłosiłam zaraz na początku długi toast, który Tolo nazwał totalnym. Teraz, kiedy piszę ten szkic, jest 18 lutego 2017. Nie za późno na powtórzenie go tutaj? Ależ nie. Myślę, że nawet w marcu nie będzie za późno. Za chwilę spiszę go z kartki. Aby przed wiosną albo i na wiosnę. Na toasty nigdy za późno. Ten toast totalny przekracza obecny rok i stać go na kreowanie każdego następnego. To toast wieloroczny. Najpierw kilka słów o czym innym.

Pan Jan Maksymiuk rozczarował mnie felietonowym molestowaniem, abyśmy redakcją wskoczyli do Internetu, w obrazki i krótkie tekściki („jak najkrótsze”), bo jeśli tak nie doskoczymy do uwspółcześnienia, to nie będzie nas i pozostaniemy w 19. wieku. Ależ Panie Janie! Myślenie należy do 19. wieku? Jesteśmy dopóki myślimy i dopóki mamy gdzie myśleć. Sam Pan pisze, że to „brzmi strasznie”. Po co mamy wskakiwać w rzeczy straszne i kurczyć własny łeb?

Trochę się poznęcam nad Panem, a lubię Pana, i mimo to obejrzę problem wnikliwiej, od ponurej strony. Przepraszam, ale powinnam znaleźć złoty środek. To kobieta pitagorejka wynalazła „złoty środek”, zapobiegający świrowi w jedną stronę, tj. neofictwu, ale o niej powiem na końcu, w toaście totalnym.

Uwaga ogólna – średni nakład książki czy prasy wciąż u nas maleje, także w Internecie, a my mamy nakład stabilny i z tego się cieszmy, i nie wymyślajmy ładnej dziury w całym. Cieszmy się z naszego pisma. Mnie taka radość buduje.

Jeszcze jedna uwaga ogólna – tylko dla programistów Internet to poezja i duży zysk finansowy, ale to zupełnie inna bajka. No i to: pismo mniejszości to ani mainstream, ani nisza. Portalu nie zrobimy, bo to sprawa koncernów i skupiania reklam, to egoistyczne zarabialnie. Jedynie żebracze portale, np. filozoficzne, jakoś się z datków utrzymują, ale i one muszą karmić finansującą rękę żądanym zaniżeniem poziomu tekstu. O tym potem.

Podlasie nie jest w pełni zinternetowane. Poza tym takie doskakiwanie do uwspółcześnienia, hop do e-dziury i w obrazki, to prześmieszna prowincjonalna wyginanka. Równie doskocznie można zaproponować, abyśmy zrezygnowali z każdego języka słowiańskiego na rzecz skakanki do-angielskiej. Jeden nasz dureń tak doskoczył do uwspółcześnienia, że na grobie dziadka (czy kogoś bliskiego, nie pamiętam) dał tekst po angielsku.

Obrazki, doskok, obrazki, trzy słowa plus pięć? I to wszystko? Upasi Hospadzi nas ad hetaho, dapakul żywiem! No i hejt oczywiście. A ten będzie, jeśli staniemy się internetowi, zgodnie z Pana propozycji: zdolni do obrazków i trzech słów. Codziennie będzie się na nas wylewać szowinistyczny świr z 19. wieku, przewyższający te nasze trzy słowa. Po co mamy to robić? W imię związku z licealistami? To oni niech się wiążą z nami. Ze mną się wiążą. Widocznie znam innych licealistów. Skąd Pan wytrzasnął licealistów głąbów? Z jakiej to dupy?

I tu od razu przypominam jedno z przykazań wolnego człowieka autorstwa Tymothy’ego Snydera: Wolny człowiek czyta długie artykuły.

Dlaczego? Bo to jest treść. Treści nie można przejrzeć pobieżnie. Treść to dogłębna analiza. To rozwija. Przeskakiwanie z komunikatów na obrazki i odwrotnie nie rozwija. Przez to kurczy się mózg (pisałam o tym).

Nieprawda, że młodzi żyją wyłącznie komunikatem i obrazkiem. Nieprawda, że papierowe pisma to 19. wiek. Wielką sprawą w 21. wieku jest mieć papierowe pismo, jak nasze, i jest to wielka istotność. Pan uważa, że powinniśmy mieć miliony odbiorców? A po co? Po co liczyć na miliony, kiedy na świecie jest tylko garstka ludzi myślących? To na nią liczymy, panie Janie. W kulturze pięć osób może więcej niż milionowe stado. My bierzemy udział w wątku rozumnym. Doskoczenie do „jak najkrótszych treści” i obrazków przesuwa nas wprost w 19 wiek, do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu. Upasi Hospadzi! Pisma mniejszości to nie njusiki z durną korporacyjną treścią i wieczną rozmyślanką, jakby tu zwiększyć nakład.

Przeczytałam Martina rozprawy filozoficzne o śmiesznym doskakiwaniu do uwspółcześnienia, stadnym, panie Janie, i doskakiwać nie chcę. I mało tego. Chcę, aby Pan to przeczytał, istotną filozofię Martina, i zobaczył, jakie to żenujące, takie doskoki, jakie krótkotrwałe. Tak. Krótkotrwałe, ponieważ młodzi dojrzewają. Dojrzewają albo i nie. Nam powinno zależeć na dojrzewających. Ci przyjdą do nas z własnej woli. Reszta wyjedzie za granicę, dokądkolwiek. Stamtąd też można poznać najistotniejszy ludzki trzon filozoficzny – nagle wiem, że jestem kim jestem. I tęsknię do tego, co utracone. I opowiem o tym. Wtedy przyjdą do nas i będą pisać o swojej utracie i nostalgii.

I jeszcze inaczej. Doskoczenie do virtualu nie jest nowoczesnością, tylko chwilowym nuworyszostwem w byłych demoludach, co chcą mieć „jak w Ameryce”. Przeminie. Już przemija. Nowoczesność to bycie bez prowincjonalnych kompleksów gorszości. Nowoczesność już jest intelektualnym oporem wobec przemocy obrazków i trzech słów czy tam okrzyków. Poza tym kończy się era nieograniczone dostępu do Internetu – trzeba to wiedzieć nowocześnie.

Białoruskość jest rzadkością. I tak już będzie. Jest rzadkością wśród starych i młodych, i tak już będzie. Jesteśmy rzadkością wśród emerytów i licealistów, i tak już będzie. Naszą sprawą jest utrzymanie fenomenu tekstu i fenomenu rzadkości jak długo się da. Nasze pismo to nie codzienna internetowa gazeta, z codziennymi fejkami i hejtami. W Internecie coraz więcej fejków, hejtu i coraz mniej wolności.

Niech się w to bawią chwilowo dzieci. Mamy dziecinnieć?

Licealiści niech sobie robią internetową stronę białoruską obrazkowo-krzykankową. Jakoś nie robią. I otóż w tym rzecz, że nie robią. Nie jest to sprawa naszego unikalnego pisma, robienie takiej strony. Licealistów z doskokiem wyłącznie do virtualu nie interesuje żadna inność, a już na pewno nie białoruskość. Jeśli już, to oni zakładają sobie e-strony w języku angielskim i nie są to nasi ludzie. I nasi ludzie z nich nie wyrosną. Chociaż… Może się znudzą świrem fejku, hejtu i stalkingu.

Dosyć. Niedobrze, że muszę to mówić, ale nie mogę nie mówić. Jeśli wskoczymy w nieme, choć rozkrzyczane ,internetowe licealne stado, to nie będzie nas. Niejednokrotnie to samo mówił Sokrat Janowicz. On mówił gorzej o młodych. Że to jednakowe coś spod pieczątki. Ja tak nie myślę, że to coś spod pieczątki, bo jestem przez nich czytana. Nie przez wszystkich rzecz jasna, ale to i tak coś istotnego. Kontaktują się ze mną. Powinniśmy liczyć na tę właśnie istotność, ale wtedy musimy pisać zachwycająco i krytycznie, i samokrytycznie, i szczerze. Jedynie takie unikaty i takie unikatowe relacje są kulturotwórcze.

W stosunku do młodych z doskokami do uwspółcześnienia potrzeba okrucieństwa Sokrata, krzyczącego: Ależ ty się nie rozwijasz! Jesteś spod pieczątki! Nie rozumiesz, czym jest literatura ani esej! Sokrat niejedną młodą osobę tymi krzykami nawrócił na myślenie i tożsamość, i czytanie długich tekstów filozofów. Okrutni są nauczyciele w szkołach artystycznych, plastycznych czy baletowych, i to jest to. Okrutne krzyki „ty się nie rozwijasz!” – to jest  nasz status w stosunku do wielbicieli obrazkowego chłamu.

„Czasopis” przecież jest w Internecie. Jest na FB. To wystarczy aż nadto. Pisma mniejszości w naszych czasach u nas pełnią rolę wentyla myślenia i to jest nowoczesność. Poza nami robi to „Midrasz”. Midrasz jest skierowany, cytuję z niego: „do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem”, tj. żydowskim życiem. Tak. „Czasopis” też jest kierowany do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem, tj. życiem białoruskim. To zwiększa wagę pisma. „Midrasz” nie jest kierowany do milionów i o tym mówi w Internecie. My też nie kierujemy się na miliony. Jesteśmy czytani np. w warszawskim KiK-u i jest to wspaniałą sprawą. „Midrasz” nie rezygnuje z papierowego wydania. Na jego internetowej stronie jest go tyle, ile jest nas w Internecie, tj. nas jest znacznie więcej. Strony internetowe bywają w ciągłej „przebudowie” i są bardzo kosztowne, i muszą liczyć na reklamy, a te są kapryśne i zależne od polityków. „Midrasz” to wie i z pierwszeństwa papieru nie zrezygnuje. Teraz ma stronę w „przebudowie”. „Midrasz” wie, że ważny jest wybitny odbiorca, a nie milionowy. Tak. Jest ktoś taki, jak wybitny odbiorca. Dla mnie jest on cenniejszy od złota. On jest rzadkością. I co z tego? Stadność właśnie przestaje być modna. Stado z doskokiem do uwspółcześnienia to wiara w propagandę i reklamiarstwo rynkowego produkcyjniaka.

Że też ja to muszę pisać. Że też ja muszę nie godzić się na propozycje, płynące od nas, jakieś zdziecinniałe i zbyt prędkie, nieprzemyślane gruntownie. „Midrasz” opowiada żydowskie życie. Ja opowiadam białoruskie życie. Czemuż to Pan Jan nie opowiada naszego (swego) życia, tylko nieistniejące utopijne miliony licealistów mu się w oczach kręcą? „Midrasz” wie, że musi opowiadać żydowskie życie – każde. Byłe, teraźniejsze i jutrzejsze. Jutrzejsze życie wynika z tego, co było pomyślane, przemyślane, wyobrażone wczoraj. I my to robimy z naszym życiem. Jeśli ktoś asymilujący się przybiegnie do nas, będziemy szczęśliwi, ale on sam musi chcieć. „Midrasz” opowiada żydowskie życie w języku polskim, bo wszak chodzi o „wszystkie zainteresowane osoby” tym oto opowiadanym życiem. My robimy to w języku polskim i naszych haworkach. Jeśli zaczniemy pisać wyłącznie w haworkach, stracimy wiele, wiele zainteresowanych naszym życiem odbiorców. To jest życie, a nie oderwany od życia virtual, gdzie pełno nienawiści do nas i wyzwisk, tych tradycyjnych, od kacapów. I won z Polski.

Że też ja o tym muszę pisać.

Internet oczywiście jest bardzo potrzebny, ale bez prowincjonalnej przesady. Powtórzę – wyłącznie obrazki i krótkie tekściki to jest jest dopiero powrót do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu z 19. wieku. Upasi Hospadzi!

„Midrasz” opowiada żydowskie życie wierzących i niewierzących, starych i młodych. A co my robimy? Nasi duchowni nie zdjęli klątwy z naszego pisma i robią dystrybucyjną blokadę, nie chcą go w świątyniach.  A bo kiedyś Sokrat skrytykował naszych duchownych za niesprzyjanie białoruskości. I co z tego? Kochajmy naszych wierzących, niewierzących i krytycznych, tak jak kochają swoich Żydów Żydzi z „Midraszu! Wysłuchujmy się. Nie narzucajmy jakiegoś „jedynego rozwiązania”. Pozostańmy barwni i różnorodni. I nie zamieniajmy się w licealistów z virtualu.

Że też ja muszę kolejny raz przypominać, że jesteśmy w dramacie asymilacji, że asymilacja to dramat. T o  j e s t
dr a m a t, proszę Pana. I on będzie trwał. Czy nam się podoba, czy nie, jesteśmy dramatyczni, i tak już będzie. Voilà! C’est tout!

Milion stron internetowych „dla licealistów esemiarzyków” nie zmieni tego naszego dramatycznego statusu. Nie wstrzyma asymilacji. Ale odrodzenia białoruskości możemy spodziewać się w Białorusi. (Kiedy indziej o tym napiszę; zresztą o tym mówi Biełsat).

Dziś mówimy tak: On czyta „Czasopis”. Gość w porządku, bo czyta „Czasopis”. To taki nobilitujący status, proszę Pana. Dotyczy również katolików i Polaków. Tak samo jest z „Midraszem”. Nie musimy równać do łatwiejących njusłików, robionych przed idiotów kultury dla idiotów kultury. Pismo to nie gazeta i nie wolno tego mylić. „Midrasz” wie, na czym stoi, na jakim nakładzie, i do zaniżonego poziomu njusłików nie równa i nie kłopocze się o nakład.  Ale nasi duchowni nadal nas zakazują. Nie dorośli do samowiedzy o tym, kim są. Tworzą zdziecinniałe religijne pisemka. Oto „nowoczesność”. Obliczona na milionowe stado idiotów kultury. Voilà! Duchowni blokują nam dystrybucję w świątyniach. Słuchajcie, biskupi i baciuszki, wy się nie rozwijacie. Wy się boicie każdej krytycznej myśli. Wy się boicie świeckości. Pora zacząć się rozwijać i nie poprzestawać na zdziecinniałej katechezie. Pora zdjąć z nas klątwę za słowa Sokrata.

Że też ja muszę o tym pisać! Że też ja nie mogę powołać się na jakieś Pańskie genialne słowo, jak się powoływałam na słowo Sokrata czy Janusza Korbela! Pan bzdurzy. Niechże Pan zacznie opowiadać prawdziwe życie. To jest to. To jest rzeczywista nowoczesność. Polubić własną tożsamość i opowiadać ją wszystkim zainteresowanym.

Sensowne badania na temat e-gazet wskazują, że tylko chwilowo zyskują one czytelników, po czym tracą ponownie na rzecz wersji papierowych, ponieważ internetowe wersje zawierają „zamazane treści”, tj. kłamliwe, fejkowate. Czytelnik to nie bałwan. Ucieka od propagandy i fejków. Przy czym w e-gazetach nagminna jest kradzież tekstów z innych gazet, podróbki i przeróbki. Nawet rysunki kradną od innych autorów (pisałam już o tym). Nie ma się co podniecać doskakiwaniem do uwspółcześnienia poprzez e-publikacje kosztem wersji papierowej, tj. realistycznej. Pozostańmy przy prawdziwym życiu, tj. przy naszym piśmie – takim, jakie ono jest, z dotychczasową obecnością w Internecie, a ta jest solidna.

Jeszcze raz powtórzę: nie jesteśmy gazetą. Panu się śni jakaś njusłikowość pisma mniejszości? Matko. Jaki Pan „nowoczesny”.

Nie jest tak, że młodzi lecą na e-pisma. Jest odwrotnie. Pogardzają nimi, podobnie jak telewizją. Pod krzyczącym tytułem jak z żółtej prasy znajdują treść dla głąba, a w telewizji samą polityczną manipulację.  Z jakiejże to czarnej dupy Pan wyciąga tych licealistów, którzy czytają tylko krótkie tekściki i oglądają wyłącznie obrazki?!!! I którzy mają masowo nawrócić się na białoruskość, jak tylko zmienimy nasze pismo w elektroniczne? Litości!

E-pisma (te duże, korporacyjne) mają jedynie 1% czytelników. Trzeba znać te sprawy i te statystyki. Typowy czytelnik e-pisma do mężczyzna w wieku 35 lat. Już to każe mi patrzeć moim babskim okiem na te sprawę z podejrzliwością.  Facet lat 35 szuka po prostu sensacji. W dodatku to bogaty facet z dużego miasta. Ten facet to nie my, Panie Janie, chyba że Pan jest takim facetem i ma w związku z tym e-finansowy i e-gadżetowy punkt widzenia, a także stałe szerokopasmowe łącze. A i tak Pan zależy od elektrowni, w którą w każdej chwili może łupnąć bombą jakiś pan dupek wojny

Nadal prawo nie uznaje e-pisma za dokument i długo nie uzna ze względu na zrzyny, podróbki i żywe plagiaty; ze względu na nierzetelność dziennikarzy, którzy chcą się wykpić tanim kosztem – poprzez kradzież tekstu, fotografii czy rysunku. O tym trzeba wiedzieć, aby nie wskakiwać nadmiernie do internetowego bajora. Nawet e-booki nie są brane poważnie jako publikacja. Kundera niedawno zabronił wydawania go w e-bookach.

Redaktorzy e-pism skarżą się, że mają „tylu autorów, ilu czytelników”, tj. drukują byle co, napływające od „czytelników”. To „byle co” ma poziom miernych szkolnych wypracowań i nigdy nie wychodzi poza 4 tysiące osób. Ot, poziom nad poziomy. Autor czyta autora, dokonawszy przedtem wielu własnych gazetek ściennych w virtualu. Takie samouwielbienie. Trwa ono rok, albo i dwa lata. Po czym ginie w odmętach virtualu.

Badacze zgodnie twierdzą, że komercjalizacja prasy i e-prasy jest jej deformacją (pogoń za reklamą, a nie myślącą treścią, i to właśnie skutkuje ucieczką czytelników –  nie spowodował tego  ani nie papier, ani nie virtual, tylko gówniana treść z trzech słów i obrazki).

Istotą pism mniejszości jest zakorzenienie, a nie ich komercjalizacja, która upodabnia do milionów i wykorzenia z tożsamości. Nie ma co, Panie Janie, forsować jednakowości nas, bo już doskoczyliśmy do uwspółcześnienia, i hop w e-gównianość obrazków i trzech słów.

Tak więc Panie Janie, proszę oprzytomnieć i nie wygadywać bzdur o przewadze obrazkowego virtualu nad papierową publikacją i proszę nie martwić się o nakład, równając do njusłików, bo to po prostu jest durne. W e-prasie trzymają się tylko duże koncerny, ale i tam treści są tandetne, i nie biegną do nich tłumy. Nawet pojawiają się opinie, że czytelnik prasy drukowanej jest dwustukrotnie cenniejszy, ponieważ nie goni za sensacją i obrazkami. Ten, co tu zerknął, tam zerknął i już wszystko wie, to nie jest nasz człowiek. Czym innym są portale filozoficzne i naukowe. One nie muszą chronić mniejszościowego zakorzenienia. Ale filozofowie i naukowcy nie mają dla siebie niekomercyjnego miejsca w prasie papierowej i u rozumnych wydawców, stąd istnieją w virtualu, ale i te treści nie mają statusu rzeczywistej publikacji niestety. Mamy 50 lat na przechodzenie wyłącznie do virtualu, jak mówią znawcy. Nastąpi to wtedy, kiedy Internet będzie czymś stabilnym i obejmującym cały glob. Na razie tak nie jest.

Przepraszam, że tak krytycznie odnoszę się do tego, co Pan plecie, ale Pan przecież jedynie plecie.

A teraz mój toast totalny. Wygłosiłam go, jak powiedziałam na początku, na juliańskim balu 2017, a że ze mną przyszły fajne katoliczki, które nie mają uprzedzeń w stosunku do nas kacapów, to zawarłam w nim ekumeniczne treści. Mam nadzieję, że przeczytają ten toast nasi licealiści, wszak mają w liceach „Czasopisy”. „Czasopisy” są też w podstawówkach, gdzie naucza się białoruskiego. Chyba że owi licealiści, nasi zbawcy, nasza przyszłość białoruska, wolą się naćpać i będą zdolni jedynie do odczytania „jak najkrótszego” esemesu.

Do dzieła, moja pani. Mów swój toast totalny, póki jeszcze można mówić długo, a co nie jest tożsame z tokowaniem.

Wznoszę toast totalny:

Za to, żeby panowie wojny uspokoili się wreszcie i za to, żeby panom wojny przestała się śnić wojna w Europie.

Za to, żeby młodość pędziła przed siebie wolną drogą, długą i ważną, a starość nie traciła domu i poduszki i mogła żyć na skutecznych lekach.

Za nasze życie doczesne, aż się jego siły wyczerpią.

Za śniadanie, obiad i kolację.

Za dach nad głową aż do śmierci.

Za dziecko, za jego zabawki i jego umysł, wolny, odważny i twórczy.

Za dobry sen – za spokojny sen.

Za nasze życie bez strachu. Za nasze życie bez strachu o życie.

Za miłość. Za to, żeby nie znikało nam to słowo.

Za agape – za miłość do ludzi. Za miłość do pięknych ludzi i żywotność naszej odrazy do bandytów i panów wojny.

Za moc naszych ikon i za moc naszego duchowego życia.

Za piękne sople nad oknami naszych wiejskich chat – za te zimowe ptaszki, przyssane do okapów i połyskujące ogonami z tęczowego lodu.

Za pamięć, bo nie można żyć bez pamięci. Za pamięć o naszych przodkach, babkach i dziadkach, i prababkach, i praprabkach, i praprapradziadkach, za pamięć o ich biednym życiu i ich mądrości. Za pamięć o ich łzach i ich uśmiechu. Za pamięć o ich biednych, ale bardzo zadbanych chatach, pięknych, z drzwiami paradnymi. Za pamięć o rękawiczkach i skarpetkach, które wydziergała nam na drutach matka lub babka. Za pamięć o naszych dziecięcych czapkach z króliczego puchu.

Za to, żeby nikt nie czuł się obywatelem drugiej kategorii we własnej ojczyźnie.

Za odrazę do szowinistów, nacjonalistów, faszystów, mizoginów, fundamentalistów i wszelki polityczny krzywdzący nas (szczególnie kobiety) folklor sprzed potopu.

Za życie.

Za życie, które zawsze i wszędzie wisi na włosku, stare czy młode.  Za ten włosek, za jego odporność na ostrze w ręku bandyty lub tylko nieostrożnego.

Za piękno.

Za słowa Dostojewskiego: To piękno zbawi świat.

Za każdą chwilę piękna.

Za to, aby przemocy nikt nie uznawał za piękno ani za dobro.

Za dobro.

Za dobrych ludzi.

Za pełnię piękna w postaci dobra.

Za to, abyśmy zrezygnowali z wyboru pomiędzy większym a mniejszym złem na rzecz dobra i piękna.

Za upadek systemów politycznych, które nakazują nam wybierać większe lub mniejsze zło, a przez to brzydną i my w nich brzydniemy, osaczani przez zło, większe lub jedynie mniejsze.

Za to, aby rządy zaczęły przestrzegać prawa międzynarodowego.

Za to, aby w rządach nie było złych i mniej złych ludzi, a pojawili się ludzie dobrzy, piękni. Za to, aby w rządach pojawili się piękni i dobrzy humaniści.

Za to, za co zawsze wznosimy toast w Naraju – żeby było lepiej, niż było.

Za zdrowie pań i panów. Za zdrowie pań i za to, aby mogły mówić. Aby mogły mówić własnym głosem.

Za rozum, który stawia tamy wolności, jak mówił Kant. Za nieśmiertelność Kanta. Za jego słowa: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Za prawo moralne w nas.

Za to, abym mogła głosić te nieśmiertelne słowa Kanta.

Za to, aby nie rządzili nami idioci kultury, jak mówi Dubravka, i analfabeci kultury, jak mówił Sokrat.

Za życie bez strachu o życie dzieci.

Za życie bez strachu, czy ocaleją nam nasze domy.

Za Romajów, czyli chrześcijan z Bizancjum, zwących siebie Romajami, czyli Rzymianami. I wszyscy ich tak nazywali. I nie było robienia z Bizantyńczyków obywateli drugiej kategorii.

Za chrześcijan, bez oznaczania wyznania.

Za muzykę dzwonów, przejętą od Rzymian Rzymu.

Za organy, które przewędrowały od Romajów do Rzymian Rzymu.

Za upór Kanta, z jakim wzywał panów wojny do opamiętania się, z jakim nalegał na powołanie ONZ – organizacji, która wymuszałaby pokój.

Za ONZ takie, jakie powstało z woli Kanta – z zasadą pokoju i ustanawiania pokoju –  wymuszania go na panach wojny.

Za pokój.

Za ludzi dobrej woli każdego wyznania.

Za wymienianie się i dopełnianie duchowością różnych wyznań – za ten złoty środek tego, co istotne, a co oznacza brak konfliktu z przemocą, a jest jedynie słodka przemocą tego, który widzi głębiej.

Za to, aby w 21 wieku idioci kultury nie wykluczali tych, którzy widzą głębiej.

Za oczy duszy i za duszę w oczach.

Za rozumnych mężczyzn, dostrzegających rozumne kobiety, i odwrotnie.

Za rozum, uczucie i wyobraźnię. Za te trzy siostry, które tworzą intelekt.

Za intelekt.

Za młodość, która nigdy nie wraca.

Za starość, która trwa i trwa, i żeby trwała jeszcze, nie słabnąc z dnia na dzień.

Za to, aby człowiek nie zapominał, że składa się z dziecka, dorosłego i starca. Żeby młody nie wykluczał starego, i odwrotnie.

Za naszą nieustającą romajską profesorskość.

Za naszą romajską odwagę sprzeciwiania się robieniu bohaterów z bandytów, cudzych i własnych.

Za nasze romajskie autsajderstwo.

Za naszą romajską niepoprawność polityczną z powodu innowierczości, a przecież ona jest piękna.

Za naszą romajską delikatność.

Za nasz romajski brak podwójnej moralności w linii generalnej. Abyśmy nie psuli tej linii generalnej.

Za to, abyśmy nasz język prosty rozwijali w stronę literacką i nie utrzymywali go w statusie haworki. I za to, abyśmy żadnej naszej haworki nie utrzymywali w statusie haworki, zamykając ją w lokalności.

Za nasze romajskie pełnozgłoskowe „ł”, którego tak chętnie się pozbywamy.

Za nasze białoruskie unikatowe „ǔ”. Za tę literę.

Za wszystkie nasze litery, łacińskie i cyryliczne, i za alfabet polski.

Za nasze romajskie wyszczekane kobiety.

Za nasze romajskie twarde kobiety.

Za naszych romajskich miękkich mężczyzn.

Za każdą sprawę, która służy dobru, pięknu i pokojowi.

Za pamięć o wojennej odwadze naszych miękkich mężczyzn w czasie II wojny światowej i za to, że odtąd stawali się ludźmi pokoju, choć byli poranieni fizycznie i psychicznie. I dobrze, jeśli wrócili – za to nasze zdanie o nich.

Za nasze matki i naszych ojców. Za to, że byli dla nas dobrzy i dawali nam pełnię wolności, licząc na nasz rozum, którego nie mieliśmy, a posiedliśmy go dopiero na starość.

Za jak najwcześniejsze uczenie się rozumu.

Za wolność.

Za wolnych ludzi i za to, żeby człowiek przemocy nie uważał się za wolnego człowieka. Za to, żeby wolny człowiek odmawiał wykonywania cudzych odrażających rozkazów, krzywdzących niewinnych. Za takiego wolnego człowieka. Za to, aby taki wolny człowiek nie został ukarany więzieniem czy rozstrzelaniem.

Za wolność słowa. Za to, żeby wolności słowa nie mylić z wygadywaniem głupot i mądrzeniem się. Za to, aby nie mylić wolności słowa z nabywaniem i głoszeniem jedynie poglądów partyjnych czy fundamentalistycznych.

Za myślenie. Za to, aby nie mylić myślenia z nabyciem cudzych poglądów.

Za sceptycyzm, gwaranta przemyślenia w odpowiedniej chwili prędkich decyzji.

Za humanistyczną czujność uczonych, zapobiegającą nowej hodowli atomowych grzybów i za to, żeby uczeni każdą sztuczną inteligencję uznawali jednak za durną, za durniejszą od człowieka, i za to, aby sztuczna inteligencja posiadała autocenzurę w postaci autorozkazu: teraz spierdalaj do kąta raz na zawsze i tam się rozpadaj, bo krzywdzisz ludzi i chcesz mieć nad ludźmi władzę.

Za to, aby Europa zrezygnowała z bycia klubem upokorzonych imperiów, a zaczęła być domem dla ludzi nieimperialnych.

Za to, aby imperia, czy jak tam nazwiemy państwowe kolosy, zrezygnowały z bycia panami wojny, a zaczęły sprzyjać swoim obywatelom i sąsiadom.

Za wolne uniwersytety, aby broniły swej autonomii jak największego skarbu.

Za ziemię, aby jej nie niszczyły upokorzone imperia, i ślepe wyniosłe korporacje i koncerny.

Za drzewa, aby piękniały nam przed oczami i unikały piły, rozpędzonej ślepo.

Za wyobraźnię, przez cały czas czynną, bo ona zawsze i wszędzie zapobiega budzeniu się z ręką w nocniku, zapobiega krzywdzeniu, zapobiega manipulacji, zapobiega złym skutkom narwanej ślepej decyzji.

Za to, aby nie pojawiały się najgorsze słowa roku, jak postfakty, postprawda, świadczące o stadnym braku wyobraźni, o ślepej wierze w fejki jak w prawdy, o emocjonalności w miejscu rozumu, o nietrzymaniu w cuglach ślepych emocji.

Za pojedynczego.

Za pojedynczego rozumnego człowieka. Za to, żeby wiedział, jak dużo może pojedynczy rozumny człowiek.

Za to, abyśmy się cieszyli tym, co mamy i nie marnowali tego, co mamy, trwoniąc w ślepych emocjonalnych decyzjach.

Za żołnierzy, aby bronili nas przed tym, kto na nas napadnie, ale niech nie biorą udziału w głupich wojnach upokorzonych imperiów, kiedy Polak strzela do Polaka, Białorusin do Białorusina, tj, najemnik rodak do najemnika rodaka, i wraca z takich wojen z traumą, kończąc w psychiatryku, niemy i bez pracy mózgu.

Za babki, dzięki którym nie umiera język i kultura mniejszości, ale i kultura i język narodu, zmuszanego do globalnej asymilacji, do obowiązującej nowomowy, do kurczenia pracy umysłu i własnej kultury. Jakże rosną te babki u wnuków, bo to od nich nauczyli się np. języka niemieckiego, rosyjskiego, a nawet poprawnej bogatej polszczyzny, no i języka prostego. Jakże rzadko chodzi tu o nasz język prosty. Nasze babki są onieśmielone nowoczesnością wnuków, ślepo pędzących wprost pod pieczątkę nowoczesności, i stamtąd wychodzą jednakowi do mdłości, banalni, trywialni, banalizujący i trywializujący, komercyjni. Nasze babki nie rosną pod wnukami spod pieczątek. Za to, aby jednak rosły. Za te, które jednak rosną.

Za licealistów, wielbiących swoje babki za to, że ich nauczyły języka przodków.

Za licealistów, którzy słyszą okrutne słowa Sokrata „ty się w ogóle nie rozwijasz!” i nie obrażają się, tylko zaczynają myśleć twórczo, i uczą się oddzielać informację od chłamu i literacką treść od chłamu.

Za Sokratesa. Za jego nieśmiertelne słowa: Otwarte wolne społeczeństwo jest niezgodne. Za niezgodę, to znaczy za wolność opinii, za myślenie z pomyłką i bez pomyłki, za salę, gdzie można pomówić o wszystkim. Za tę niezgodę, kiedy za jej sprawą ginie wszystko, co jest rozwiązaniem nieludzkim. Za tę dobrą demokratyczną niezgodę, która nigdy nie prowadzi do wojny domowej, a unieważnia nieludzkie decyzje i dekrety. Faszyzm budowała zgoda na faszyzm, stalinizm budowała zgoda na stalinizm. Nie było sali niezgody, gdzie by nie pozwolono na totalitaryzm. Niezgodni umierali w łagrach i obozach zagłady, bo nie było sali niezgody. Wymuszana odgórnie zgoda to hodowanie totalitaryzmu. Za salę niezgody, unicestwiającą każdy totalitaryzm.

Za złoty środek, wynaleziony przez pitagorejkę matematyczkę o imieniu Teano. Złoty środek zapobiega naszemu świrowi w religii, w buddyzmie, weganizmie, polityce, w asymilacji, tj. zapobiega wszelkiemu neofictwu. Jak się kto nawróci na buddyzm i weganizm, to gotów zabijać jedzących ryby i chodzących w futrze. Nie, o nie, on nie zabije muchy ni karalucha, ni komara, nawet wszy, ale palcem nie kiwnie przeciw panom wojny. I będzie kotu podawał potrawy jarskie, aż ten zdechnie z wycieńczenia. Jak już pędzi w jedną stronę, to krańcowo nietolerancyjnie.

Za tolerancję, tj. za brak neofickiego świra.

Za Teano.

Za tę starożytną kobietę, żyjącą w czasach patriarchalnych, kiedy jej wynalazek musiał być scedowany na mężczyznę, Pitagorasa. Ale to ona jest wynalazczynią złotego środka, istotnego nie tylko w matematyce, ale i w myśleniu, w postępowaniu.

Za pamięć o Teano. Za nasze współczesne kobiety, podobne do Teano. Za to, aby nie żyły w mizoginicznym patriarchalizmie.

Za to, że nie może tak być, abym wznosiła toast za sprawy niewykonalne. Jeśli choć jeden procent ludzi na ziemi uzna je za swoje i wykonalne, będzie nad dużo. Za słowa „dużo nas”.

Toast totalny będę kontynuować, poszerzać o bolesne i radosne sprawy.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Moj czarhowy dzień.

Tolo znowu przyniósł z biblioteki Amosa Oza, tym razem „Fimę”. Masz co robić, malować? Będę ci znowu czytał. „Fima” to męskie imię. Czarhowy dzień znoŭ budzia z Amisam Ozam.

Kiedy zmieniliśmy słowo czarhowy na kalejny w miarę postępu trasianki w kierunku polszczyzny? Może się mylę. Może obu słów używaliśmy?

Nasze analfabetki na pytanie Skolko majacie kuraniat? odpowiadały: szmat. Powstawał rymowany wierszyk: Ta skolko u was kuraniat? Szmat.

Dobrze. Coś do roboty na kuchennym znajdę. Czytaj mi o żydowskim życiu, bo jest tak podobne do białoruskiego. Czytaj to życie, opisane drobiazgowo, dzień po dniu. Dlaczego w taki sposób? Bo za chwilę w tym miejscu, w którym jesteśmy, będzie żył ktoś inny i różniący się wszystkim, a może nie będzie tu nikogo. Jak się to łączy z moim losem. I to, że jego bohaterowie to emigranci, i to, że robią błędy w języku ojczystym, to znaczy oni w hebrajskim, i są tego świadomi, i się nie wstydzą, no i ta świadomość, najbardziej nas łącząca, że za chwilę w tym moim miejscu będą żyli inni ludzie, albo nikt, i to, że rozmawiają o sprawach, a nie o plotkach, i to, ze rozmawiają o sztuce, o książkach (nie czytają modnych produkcyjniaków), o dzieciach, o sprawności intelektualnej dzieci, o charakterze dzieci, a z dzieckiem rozmawiają jak z człowiekiem, który dorośleje. I ta nieustająca tułaczka. I w jednym życiorysie kilka wyniszczających wojen. I oszczędzanie na energii, na jedzeniu. I zadowalanie się tym, co się ma i co się jeszcze ma. I życie w opresji ze względu na narodowość. I kilka języków słowiańskich w pamięci. I niemożliwość powrotu do domu dzieciństwa, bo tego domu nie ma.

Jednak jest miejsce, gdzie żydowskie życie może przebiegać bez przeszkód – kibuc. I jest miłość do tego miejsca, bo w nim można żyć, nie martwiąc się o jutro, o jedzenie, o dach, o ubranie, i można tam uciec, zbrzydziwszy się wyścigiem szczurów i wszechobecną przemocą. Kibuc, czyli komuna. Jakże cenna jest stała obecność takiego miejsca, gdzie można żyć pracując bez pośpiechu, bez nerwów. Można tam prowadzić zapiski z codziennego życia i stworzyć z tego prawdziwie przejmującą literaturę, jak Amos Oz. Dzień po dniu zapisywać życie.

Larysa Geniusz podobnym sposobem opisała białoruskie życie w „Ptakach bez gniazd”. Opisała dzień po dniu, ale we wspomnieniach, a więc wiele spraw umknęło.

Amos Oz nie wybiela swego narodu, tylko pokazuje rozmaite postawy, i te nacjonalistyczne, i postawy przestępcze, bez pouczeń, bez wywyższania się.

I Sokrat tak opisywał białoruskie życie, ale wydobywał przede wszystkim negatywne cechy własnego narodu, a właściwie to była nieustanna krytyka własnego narodu. Czytaj mi żydowskie życie, a będę się czuła, jak u siebie. Nasza kuchnia to nasz malutki kibuc – żartuję.

Najbardziej łączy mnie z nim to, że narzucam sobie dyscyplinę, niemal reżim, aby zadowolić się tym, co mam. Pilnuję się, aby zachować dyscyplinę myślenia. Przemyśl sprawę. Reaguj po przemyśleniu. Poza Amosem Ozem nikt z pisarzy nie opisywał procesu trzymania siebie w ryzach, a on nawet seks opisywał w taki sposób. Nie fantazjował o orgiach w stylu topornego porno, co u nas nie wychodzi z durnej mody w literaturopodobnym produkcie. Po raz pierwszy spotykam się w literaturze z bohaterem mężczyzną, który panicznie boi się, że jego partnerka zajdzie w ciążę, a także z tym, że męskie pożądanie to stała kłopotliwa sprawa i należy nad nią panować, ponieważ jest stałą niemal całodobową potrzebą i sprawia, że umysł rozprasza się. Pożądanie przeszkadza żyć normalnie. Normalny bohater. Normalność oznacza życie poprzez myślenie, a nie poprzez taśmowe kopulacje. Część ciała, która odzywa się nie w papad, jak mówią Rosjanie. Kłopot mężczyzny.

Z Ozem łączy mnie jeszcze coś: brak podziału na elity i tak zwanych zwykłych ludzi, a co więcej – uczulenie na taki podział. To są ludzie, a nie „zwykli ludzie”. To są uczucia ludzi. To są losy ludzi. Takie rozumienie scala dany naród. Jeśli tylko z danego narodu wyłonią się nadludzie, to mamy nieustanną wojnę wewnątrz i nie czujemy się rodziną. Jeśli tylko elity polityczne wyniosą się nad ludzi, to mamy u góry nadludzi, wszelkimi sposobami znęcających się nad poddanymi.

Protest matek ukraińskich przeciw odrażającej wojnie domowej i zabijaniu ich dzieci przez nikogo nie jest brany poważnie. Przez nikogo. To tylko baby. Baby ni majuć nijakoho znaczenia. Niważna, szto tam sabie haworać. Ja to biorę poważnie, ale ja ta też jakajaś tam baba, katoraja sztoś tam sabie haworyć. Taki majam świet u 21 wieku? Kiedy to się skończy? Na Ukrainie uzbrojeni po zęby mużyki hwałtujuć babaŭ i dziauczataŭ. Wojenne zbiorowe gwałty. Czamuż nijakoje telebaczennie ob hetam słowa ni skaża? Litwa haworyć, ali jana winu zwaliwaje adno na separatystaŭ. Jakoby separatysty pawypuszczali bandytaŭ z turmaŭ i heta jany robiać. Moża heta i tak. Dobro, szto żanczyna prezydent Litwy Dalia Grybauskaite kryczyć ab hetym. Adna na cełu Europu, katoraja ni maci dla żanczyn. Materiały o tych wojennych gwałtach poznikały z Internetu. Pozostał okrojony materiał Amnesty International, która to organizacja oskarża o wojenne gwałty obie strony, ukraińską i separastyczną. Na szczęście GW też mówi o obu stronach, więc nie wypadam na idiotkę. Wg AI prócz gwałtów obie strony mordują, torturują, porywają. Znowu jedynie ja z pisarzy drę mordę w tej sprawie? – pytam na FB. Chyba sobie a fejsbukowym muzom. Albo zaczną do mnie strzelać, to jest dowalać niewybrednymi komentami. Występuję z pozycji ludzkich, a nie politycznych, panie i panowie. Nagradzani są pisarze poprawni politycznie – dodaję. Milczcie dalej.

Robię naszyjnik przy kuchennym stole i słucham „Fimy” Amosa Oza. „Fima” to utwór przede wszystkim o kobietach, widzianych oczami ludzkiego mężczyzny. Aborcje, miesiączki, porody, krwotoki, połogi, rak macicy, rak jajnika, rak piersi. Krew. Kroǔ. Ból. Tolo dwukrotnie czyta jedno zdanie, niemal połączone pępowiną z „Sabotażem” Hitchcocka, to znaczy z tym, co my zyskaliśmy na tym filmie. Zdanie brzmi następująco: „Ma pan szczęście, że nie urodził się pan kobietą. Nie ma pan zielonego pojęcia, co zostało panu oszczędzone”.

Przez chwilę wyliczam, co jeszcze nie zostało kobiecie oszczędzone. Handel ludźmi płci żeńskiej, gwałty i wojenne gwałty bardzo blisko Polski. I wojna jako taka blisko Polski. Nikt, dosłownie nikt nie liczy się ze zdaniem kobiety. Nikt nie liczy się z życiem kobiety. Nikt nie liczy się z protestem kobiety przeciw obniżaniu jakości jej życia i życia jej dzieci, przeciw sprowadzaniu tej jakości na dno poprzez wojny. Nikt.

Kobieta nie może mówić! Nie opowiada swoich dramatów, uczuć.

Czy kobieta zaczęła mówić? Nie. Tak. Tylko jest usuwana z pola widzenia. Jest usuwana, ponieważ ona w końcu się drze.

Kobieta się drze. Drze się o swoje.

Nikt nie liczy się z drąca się o swoje życie kobietą. Nikt nie liczy się z kobietą drącą się o życie jej dzieci.

Matka: najhorszaje życcio majuć baby. Napraŭdu nima horszaho życcia, czym babskaje. Dzicia pojdzia z kroŭju. Adno. Druhoje. Samaadwolny abort. Treci miesiac i kroŭ, zamiest żywoho dziciaci za paru miesiacaŭ. Znoŭ z kroŭju dzicia paszło, znoŭ samaadwolny abort, bo wajna, a z joju nerwy i ślozy, bo brata zabili. I zuby hubiacca z każdym hetym paranieniam.

Narzekania matki na babską dolę słyszę dziś, jakby stała obok. Kali chto zwiarnuŭ uwahu, szto u wajnu dzicia z kroŭju babie paszło? A jeszcze wajennyje hwałty. U naszych wioskach ad swaich nikoli czahoś takoho ni było, kab hwałtawali swai kabiety.

Patom jakijaś try prydurki zhwałtawali i u nas naszu dziaŭczynu na jakojś zabawi. Maci ni astawiła suchoj nitki na hetych naszych prydurkach.

W pierwszej klasie szkoły podstawowej dziewczynki i chłopcy trzymali się razem. W siódmej, ostatniej wtedy klasie, byliśmy już rozdzieleni. Okres dorastania dzielił. Nie tylko. Dzieliła kultura bycia, ustanowiona wieki temu, a nie świadomość płciowa czy płeć mózgu, jak to nazwano w jednej z książek (rynkowej, a więc miałkiej). My i wy. Trwa rozdział kobiety od mężczyzny przy pozorowaniu człowieczeństwa obu stron.

Pisarze tak nisko upadli, że rozróżniają „niewybaczalne mordowanie dzieci od mniej niewybaczalnego mordowania dzieci”? Czuję pogardę do tak rozróżniających pisarzy. Powtarzam te słowa i pogrążam się w jeszcze większy smutek. Jeśli nie rozumiemy ludzkiej potęgi tego zdania, upadamy naprawdę nisko. Kładę się na pół godziny w dzień i znowu śni mi się wojna. Wokół mnie latają z pistoletami w obu dłoniach posłowie ukraińskiej Rady i drą mordę. Nie odpowiadam za treść moich snów. Nie uważam Ukraińców i Rosjan za adin narod, jak uważają Rosjanie na sposób wciąż komunistyczny, a zarazem imperialny, ale wojna oligarchów i wszystkich ze wszystkimi i mnóstwem cywilnych ofiar nie jest ludzkim rozwiązaniem. A jest. Trwa. Widzę samych uzbrojonych gówniarzy, latających po świecie, jakby mieli napęd w dupach. Czy to wahabici, czy to prywatne armie oligarchów – to są uzbrojeni gówniarze. Pogardzam mordercami gówniarzami, gdziekolwiek są, gdziekolwiek mordują, gdziekolwiek z kobiet czynią seksualne niewolnice, gdziekolwiek je gwałcą. Rosjanie nie są jeszcze wolnymi ludźmi – pisze mi w mejlu na FB pan Ryszard. Tak. Nie są. Obowiązuje w Rosji niewolnicze rozdwojenie: albo rozwalam Rosję, albo bronię jej imperialności. A budować nie łaska? Budowanie. A gdzie to jest? Może u nas? Może w Europie? U nas i w Europie też mamy to samo rozdwojenie, jeśli chodzi o Rosję, i dajemy fory tym, którzy chcą rozwalać Rosję. „Dajemy fory”. Użyłam starego zwrotu i śmieję się z tego powodu, bo może już nikt tego zwrotu nie rozumie. Mnie się podoba. Znowu się śmieję, bo trzeba mówić „mi się podoba”. „Mi” na początku zdania?

A siebie? Budujemy, czy ideologizujemy? To drugie.

Kończę naszyjnik i zabieram się do przygotowania deski na ikonę. Zrobię ikonę Bogurodzicy Z Pustymi Dłońmi. Nie ma już Dzieciątka. Zamiast brodatego starca Boga Ojca nad głową Bogurodzicy umieszczę jej dziecko. Pierszyju takuju z pustymi rukami napisaŭ Fieafan Grek. Pa prawaj staranie staić Ioann Priedtiecza u żoŭtaj i zialonaj adzioży. Dam druhija kalory. Ja ni maju praŭdziwaho zołata. Maju załatuju temperu na pczalinym wosku. Dobro i heta. Charasze wyhladaje. Charasze pachnia. Na peŭ
no ni tanno wyhladaja i ni tanno pachnia. Z lewaj starany staić Archangieł Gawriił. I jamu dam druhije kalory.

Szkicuję Bogurodzicę Z Pustymi Dłońmi. Lekko rozstawione. Modlitewnie. Jej dłonie się modlą.

Postać Bogurodzicy Z Pustymi Dłońmi musi być dostojna, królewska.

Dawniej na dole ikon umieszczano postaci starożytnych filozofów i filozofek greckich. Bez nimbów. Nimby przysługują postaciom chrześcijan. Zachowywano i podkreślano kontynuację. Czego? Myśli egzystencjalnej i filozoficznej. I sztuki greckiej. Ciągłość jest ważna. Zrywanie ciągłości sprawia, że w kulturze wyważane są dawno otwarte drzwi. Nadchodzi gówniarz, uzbrojony w „nowe”, choć jest śmieszny, bo to, co mówi, powiedziano już setki razy i jest to tak wytarte, że wzbudza odruch wymiotny.

Tolo pyta, czy wiem, że pomnik Piotra I, Miedziany Jeździec, stworzyła też Maria Anna Collot, a nie tylko Étienne Maurice Falconet. Nie wiedziałam. Maria Anna Collot była asystentką Falconeta. On nie mógł sobie poradzić z twarzą cara. I to Anna Maria szybko poradziła sobie z tym, czemu nie mógł sprostać uznany mistrz.

Powtarzam z rosnącą przyjemnością: Twarz Piotra I w Miedzianym Jeźdźcu stworzyła kobieta, Maria Anna Collot. Otrzymała za to wysoką dożywotnią rentę od carycy Katarzyny II. W tamtych czasach utalentowana artystka mogła być jedynie asystentką uznanego mistrza.

Tolo dodaje: To tak jak z rzeźbami Rodina. Jego rzeźby to również artystyczna praca jego asystentki Camille Claudel, z której uczyniono w końcu wariatkę i zamknięto w szpitalu dla obłąkanych.

Za sprawą carycy Katarzyny II Maria Anna Collot została członkinią Rassijskoj Adadiemii Chudożestw. Pierwaja żenszczina akadiemik. Jej ojca nie interesował talent córki. Czytałam o tym w materiałach, wyszukanych przy pomocy rosyjskiej wyszukiwarki Yaindex. W języku polskim nie ma w Internecie ani słowa o tej wybitnej artystce. Rosja odkrywa utalentowane kobiety z ubiegłych stuleci. Francja odkrywa – w Internecie mnóstwo materiałów o Marii Annie w języku francuskim.

Tak czy siak muszę spytać: Dopiero w 21. wieku odkrywamy imiona i nazwiska artystek, które były w swoich czasach jedynie niemymi pomocnicami uznanych mistrzów?

Przywołuję się do porządku: o co znowu pytam! I dziś wybitne artystki, poetki pakuje się do ciemnego kąta, ale tak dzieje się przede wszystkim w mojej ojczyźnie. Jedne skutecznie, innej mniej skutecznie (bo się drą o swoje miejsce), ale ten sam proces trwa i trwa – w Polsce! Gdzie się podziała znakomita poetka Marzanna Kielar? Cicho o niej u nas.

Choć o Marii Annie Collot powstało kilkanaście książek, to jednak w świadomości powszechnej jedynym autorem Miedzianego Jeźdźca pozostaje Falconet. Utalentowana niema pomocnica umyka powszechnej uwadze. A co mnie obchodzi pospolita świadomość?

Kończę ikonę Bogurodzicy Z Pustymi Dłońmi. Nad Archaniołem Garbrielem umieszczam tekst w języku polskim: MODLĄ SIĘ MOJE DŁONIE.

Mieszam zatem napisy w SCS i w języku polskim. Wolno mi. Miaszaju jazyki i chibo heta dobraja rabota? Ci moża nie? A ci moża ni możno dapisywać na ikoni czahoś pa polsku? Czatery asoby uże choczuć, kab im pradać ikony.

Tolo zmienia lekturę. Znowu czyta Koran. W kuchennym kibucu znowu robię naszyjnik. W surze „Pszczoła” mowa o kobiecie o imieniu Reita: „Nie bądźcie podobni do tej, która gdy się nić splącze, rozrywa ją”. Przypis dokładnie podaje, o co chodzi: „Reita z pokolenia Korejszytów w nocy pruła dzienną pracę swoją i rozkręcała nici skręcone we dnie”.

Ależ to się wiąże ze Białorusinami! – wykrzykuję i przytaczam dowód, naszą pahaworkę, której pewnie już nikt nie pamięta: „Hłuchaja Chwiadora ta szyja, ta pora”. Czyli ludzie Ziemi mają te same korzenie, a kiedyś mieli tę samą Księgę, być może ustną, a być może pisaną. Mieli ten sam folklor. Bo skąd by się wzięła w Narejkach Hłuchaja Chwiadora, która nieustannie pruła, co przed chwilą uszyła?

Orientalna Reita czy białoruska Chwiadora. Przecież to ta sama kobieta z naszej wspólnej przeszłości. Czamu jana hłuchaja? Nikoho ni słuchaje i dalej ta szyja, ta pora?

Podstawowa bliskość dwóch odległych kultur poraża. Poraża też odrzucenie tej podstawowej bliskości ludzi, zapomnienie o niej na rzecz budowania wrogości.

Tamara Bołdak-Janowska. Formuła czaławiecznaści.

Śniłasa mnie formuła duszy: strełka . o o o . strełka. Piersz pa strełcy punkt, patom jaho razwićcie, patom znoŭ punkt i strełka. Naszaj duszy prybywaja, a patom ŭbywaja, aż jana waroczajacca ŭ bieły list. Bieły list heta adna ahulnaja dusza.

Formuła nikudysznaja. Kożny tak moża padumać ci pryśnić, jeśli czytaŭ matematycznaho Plotyna. Znaczyć Plotyn mnie śniŭsa.

Patom śniłasa mnie ajczyna, katoraja nazywałasa: Mcheńja. Moża ad mochu. Żyli u joj na zialonym mochu zialonyja ludzi z zialonymi wałasami. Mieli zialonyja wokna, dażdzi i boty. Śpiawali im zialonyja ptuszki, klakatali zialonyja busły. Ćwili zialonyja kwietki. Zialonaść mieła raznyja tony, ad bananawaj pa ŭsiakuju ciomnuju. A ŭsio heta razwiwałaso na wielizarnym biełym listu. Padabajucca mnie takija sny. Ja ŭ jich jak na spatkańji. Jak ŭ adwiedzinach ŭ jakichś aniołaŭ, katoryja umiejuć pisać, majuć ałoŭki i piszuć sztoś dla minie na biełych listach. Abo biełym pa czornaj daszkie, ali hetak radczej. Ta żywiem. Idziem z biełaho lista ŭ bieły list. Ad Alfy da Omegi. Α/ά – Ω/ω. Cipier u hreckim alfabeci u słoŭnikach astatniuju piszuć Sigmu: Σ. Ŭsio raŭno, ci Alfa-Omega, ci Alfa- Sigma. Papichaja nas strełka. Z hłubinki biełaho lista na wierch, i znoŭ ŭ hłubinku biełaho lista. A pad listom ciemra. Palotajam adnu minutu pa jasnaści świeta. Sztoś nam pryśnicca. Ni choczacca mnie wychodzić z majich snoŭ. Ja ŭ jich jak ŭ bajcy. Tak samo chadżu ŭ cerkwu jak ŭ bajku. Lublu naszyja bajki. Maja formuła: ja i maja bajka. Moża być relihijnaja, jeśli jana krasiwaja. A nasza takaja. Czasam majam amal adzinakija sny z Tolam. Znaczyć haława czytają haławu. Haława wybiahaja z haławy. Haława nachodzić toja samaja tolki u lohkaj madyfikacyji. Mnie śnicca śnieh, katory mahu zawiwać jak koŭdru, skruczywać jaje ŭ rułon abo nawiwać na ruku jak na szpulku, aściarożno padymać, i baczyć, jak pad joju rastuć kwietki i jakijaś błakitnyja hryby. Tolawi śnicca ŭ hety czas biełaja koŭdra, katora pakrywaja ŭsie horki. I tak samo moża jaje zawiwać, skruczywać, padymać. I tak lożaczy kala sibie, baczym amal toja samaja.

Naszym ŭzoram ŭ praŭdziwym świeci, znaczyć pa wierchu biełaho lista z maho snu, było sztoś, szto my mnoho razoŭ apisywali i nas tak apisywali: naszyja prastyja ludzi haworać jak prafesary. Doŭho, nadto doŭho my byli prastymi ludźmi. Za doŭho? Niważno.

Ważno, szto majuczy ŭsiakija ważnyja szkoły, majuczy dyplomy, astajemsa tymi samymi prafesarami, prastymi. Jeśli hinia heta prafesarstwo, hinia ważnaja razmowa. Jeśli heta prafesarstwo hinia, hinia myszleńnie. Wohule hinia, ni tolki ŭ nas i naszaja. Fiłasofija biarecca z najpraściejszych dumkaŭ. Patom kamplikujacca ŭ słowach, bo heta nawuka. Heta humanistycznaja nawuka. Adzinaja humanistycznaja nawuka. Ni budzia jaje, dy ludziej ni budzia. Biez jaje czaławiek robicca biezdusznaju maszynaju, ŭsio raŭno, jak byŭby mocno wuczany. Hinia ŭ jom najpraściejszaja prafesarstwo. Hinuć asnoŭnyja pytańnia. Hinia wola zadawać takija asnoŭnyja pytańnia. Hinia spynańnie ludziej nawuki, kab ni wyczaŭpali czahoś suprać żyćcia czaławieka i jaho losu.

A cierpienie? Muka? My doŭho muczylisa i roznych ajczynach, katoryja baczyli u nas niawolnikaŭ, paŭdzikich ludziej. Wiera ni taja, mowa ni taja, tojesnasć ni taja. I wohule ni wiadomo, szto siadzić ŭ jich haławach. Siadzieła muka. Nichto ni chacieŭ czuć ab joj. Heta nasza formuła: nasza muka i niachwota druhich paczuć jaje i doŭho adczuwać, i ni zabywać. Praz hetyja cełyja wieki muki my stali ŭciakać z naszych chataŭ kudy papało. Moża dzieś budzia lepiaj. Była ŭ nas pahaworka: Tam dobro, dzie nas nima. Tak i nie najszli naszaho dabra ci szczaścia.

Formuła biełaruskaści: my choczam żyć. Tolki hetaho choczacia? A szto, mało? Paśla strasznych wojnaŭ, paśla stalinoŭskaho terroru, pasla taho, jak nam ŭ sanacyjnaj Polszczy zabaraniali wuczycca, my choczam wuczycca, pracawać i żyć. My dumajam, szto u siońniasznim świeci heta ŭże mnoho, a ŭ mnohich krajinach i heta żadańnie liczycca za wielkim. Heta za wielkaja? Ta ż heta grunt! Biez hetaho gruntu pad nahami czaławiek pierastaje hawaryć, pisać ważnyja kniżki. Jaho mowu, takuju ci druhuju, hłuszać nahajki ŭłady, chałodny wieciar ŭ roci biazdomnych, bol u kaściach i doŭhaja pamirańnie na dware z braku lekarstwaŭ i domu.

Jeśli ludzi ni umiejuć dahawarywacca, ta ŭładaja jimi nienawiść, jakby jana cianuła za nos i wuszy napierad. Nimaja nijakoho „napierad”. Ŭ 21 wieku ja ŭsio baczy rastuczuju nienawiść ludziej da ludziej ŭwiaździe, i heta nijakoja „napierad”, tolki plusk ŭ staroja, a jakża, ŭ nienawiść, katoraja kipieła, kipieła, aż skipiaciłasa, i kipić, a tak było zaŭsza. Zaŭsza u ludziej nakipiwała i skipiaczałasa nienawiść. Nima kamu źniać czajnika z ahnia. Ludzi robiacca kipiaczymi czajnikami. Czymś druhim jaŭlacca słowo, katoraja my kidajam ŭ nerwach, ŭ złości, ŭ swarcy. Patom prosim prabaczeńnia, żywiem ŭ nudzie, szto kiepsko pastupili, szto skryŭdzili kahoś. Ciażko nam. Takimi jaŭlajucca biełarusy. Formuła: ciażko nam.

Max Scheller haworyć, szto czaławiek pusty, sibie ni ceniaczy, hatowy addać swajo żyćcio za druhich, ale heta niczoho ni znaczyć, kali jaho żyćcio tak niważno. Niczoho jon ni addaje za druhich. Tolki pazbywajacca taho, czaho ni cenić. Jon nibyto chocza twaryć szczaście druhim, mnohim, ŭsim, cełamu świetu. Biare broniu i idzie zabiwać ŭsich, jakija jamu ni wierać, padazrawajuć, szto niszczyry, a robić jon heta zapluszczyŭszy woczy, jakraz naŭhad. Jamu zdajecca, szto zabiwaja samych złych ludziej. Jon jakaby dadumaŭsa ŭsiaho, czaho chocza druhi mnohi czaławiek i idzie bicca za jaho. Ty, Max, baczysz druhoja: hety czaławiek ni umieja kachać, bo jaho wychawali u dzierżawie abo siamje, dzie byli chworyja patryarchalnyja adnosiny: pan-słuha, pan-lakiej, i tak dalej. Jon nawuczyŭsa nienawidziać, jak kożny niwolnik. I hetu nienawiść musić dzieś ulakawać. I miesco nojdzia. Papruć tudy najomniki z cełaho świetu, ŭ katorych tak samo adno nienawiść, niczym ni zatknuta. Nima kamu jaje zatykać u takich dziarżawach, dzie żywuć tolki pan i jaho słuha, nidaczaławiek. Adnyja buduć baranicca, druhija atakawać. Pamiż nimi raście adno dwajnaja nienawiść. Ta jak budzia z hetym tematam, Max, jeśli nima biełaruskaj nienawiści, a ŭsio taki ludzi żywuć ŭ autorezygnacyji, i adnosinach pan-słuha da nidaŭniaho kalanizatara, ta czy heta znaczyć, szto jany ceły czas niawolniki? Ci moża heta atsutnaść nienawiści robić z jich dobrych ludziej ŭ 21 wieku? Szto jany napieradzi ludziej świetu? Jasno, szto tolki tady jany takija, kali ni sujicidzić ich harełka. A jana sztadzionny ich kamrat. Dachodziać kamraty narkotyki. Znaju. Ŭsio taki nienawiści u jich nima.

Wolny czaławiek heta czaławiek wolny ad pomsty, ad adpłaty, ad złoj pamiatliwaści, ad ŭsiakich sankcyjaŭ i ad ŭsiakaho załpawaho ahniu, katory cipier ŭ takoj wielkaj modzi u mnohich narodaŭ z adyszedszaju imperyalnaju sławaju. I my takija, wolnyja, jak każu: ni robim pomsty, ni szukajam worahaŭ. Heta nasza formuła.

Kali ja da Cibie napisała hety słowy, Max, umieszwajacca Tolo i haworyć, szto nijak ni moża zhadzicca na Kantaŭskija słowy a czaławieku, szto czaławiek z natury zły, złosny, i mało tako, jaszcze zajzdrośliwy.

Heta nipraŭda, bo ja taki ni byŭ, kali byŭ mały – każa Tolo.

Ja hawaru, szto heta praŭda, a tyczycca balszyństwa, bo daj wolnuju wolu dzieciam, ta jany buduć muczyć druhich dziaciej, katorych mieńsz, i majam hetak ŭ szkołach. Adnyja dzieci muczać druhich, bo ŭ tych druhich nima modnych darahich gadżetaŭ, ci modnaj darahoj adzioży, ci jany ni biełaj rasy, ci jany ni toj wiery. Muczać straszno, mal katujuć. Aż niekataryja muczanyja kończać suicydam. O, i baczysz, Tolo, hawaru, majasz zło, złosnaść, dy jaszcze zajzdrośliwaść da biadniejszych, bo jany na ohuł dobro wuczacca. Majasz swajich dobrych ludziej. Małych, bo małych, ali ludziej, i tym horsz, szto małych. Nima nijakoj empatyji i jich, choć im heta słowo paŭtarajuć pa sto razoŭ ŭ szkoli. Heta słowo zrabiłaso wielmi modnaja. Jeśli małoho czaławieka nichto ni spyniaja, ta jon bałdzieja. I tak samo bałdzieja darosły. Czaławiek musić nawuczycca dziarżać sibie ŭ rukach, i wiedać, szto z natury jon zły, złosny, zajzdrośliwy, i tolki tady, kali paznaje heta u sibie samom, robicca dobrym (jeśli robicca). Jeśli dobry, znaczyć nawuczyŭsa spyniacca albo nawuczyli jaho tyja, chto nawuczyŭsa być dobrym i sam sibie spyniaja. Dobrym moża być razumny i razumniejszy. Formuła czaławieka byłab takaja: Sam rablusa dobrym, bo parazumnieŭ, bo ceły czas ludzi kryczali na minie małoho i nawat starejszaho, kab parazumnieŭ. Sztoraz mieńsz tak kryczyć na niparazumniełych. A naszy ŭsio tak kryczać. Biełaruski kryk: rabisa dobrym! – heta formuła.

Max, biełarusy ni pasujuć da nikoho. Ni majuć nienawiści, ta kim jich liczyć? Ni majuć zajzdrosliwaści, ta kim jich liczyc? Bywajuć złujuczymi, ali ni złosnymi, ta kim jich liczyć? Baćki, sasiedy, wuczycieli ceły czas spyniajuć dziaciej, kab ni rabili zła, ceły czas swaracca: jak ty moh sztoś takoja rabić? I my papraŭlajamsa. Max, my ni pasujam ni da teoryji, ni da świetu. I skażuć: nima takich ludziej. Znaczyć nasza formuła: nima takich ludziej?

Tamara Bołdak-Janowska. Fiaduł, czaho łupy naduǔ.

Baćko lubiǔ żartawać, hrać na harmoni i skrypcy, śmiajacca, sztoś apawiadać, zbirać hryby, ławić rybu, kudyś chadzić i waroczacca z jakojuś dabyczaju, z pysznaju ziagrataju żuraǔlinaju abo falszywymi apieńkami biez charakterystycznych catkaǔ. Maci wykidała hetyja apieńki. Z druhimi hrybami nikoli ni pamylaǔsa. Adnym słowam, wieciar jon byǔ, moj baćko. Ni zaǔsza. Ni lubiǔ ludziej nadutych. Da minie hawaryǔ: Fiaduł, czaho łupy naduǔ. Heta pahaworka ci lepiaj drażniłka ǔsiałasa chibo z Rasieji, bo jana tam dalej żywie u rasiejskaj wersji i jaje możno paczuć u ichniam telebaczeńni: Fieduł, czewo guby naduł. Baćko skaraczaǔ jaje: o, znoǔ zrabiła Fiaduła. O, znoǔ Fiaduł pad nosam. Skolko razoǔ mnie sztoś ni padabałaso i ja burmuszyłasa, zaǔsza czuła hetaho Fiaduła ad baćki. Ni znaju, chto heta byǔ toj Fiaduł. U majich mnohich słoǔnikach ni najszła. Rasiejskaja mowa ni redukujacca. Jana żywie razam z ǔsimi starymi pahaworkami i z nowymi słowami. Jana bahacieja, bo jaje ni skaraczajuć, ni rujnujuć wuczanyja ludzi – jany biaruć sabie i pahaworki, i usiakija narodnyja idyjomy, choć karystajuć bahato i z nowaj leksyki. Prynamści tak jeść ŭ mediach, a heta hałoǔnaja. Naszu mowy piarachoǔwali ludzi niwuczanyja. Wuczanyja jaje kurczyli, razmaǔlajuczy adno z baćkami ab siom tom i skupo, pakul tyja żyli. Ǔsio „razumniejszaja” stali hawaryć na nibaracznym żurnalistycznym żargonie etnicznaho balszyństwa. Pamiż ich i baćkoǔ stała ukoǔzywajacca heta czużyna, a znaczyć i maǔczańnie. Adnyja druhich piarastali razwiwać ǔ mowie, czaho dahetul na świeci nikoli ni było. Hety samy mechanizm dziejsny i dla etnicznaho balszyństwa. Pamiż baćkami i dziaćmi – czużyna.

Baćko byǔ ciażko raniany u ’39. Ja raz zabaczyła rwany roǔ na jaho pleczach. Pytajusa: szto heta? Adkazaǔ: ja byǔ raniany. I bolsz ab hetym nikoli ni słowa bolsz. Daǔno jaho nima u żywych. Żywie ǔwa snach abo ǔspaminach, tolki ǔ majich, i napraǔdu bolsz nidzie jaho nima. Byǔ kambatantam. Ǔ minie astałasa jaho legitymacyja. Dzień ǔ dzień dajażdżaǔ da pracy ǔ Biełastok. Wiartaǔsa, siadaǔ na nasz wysoki paroh i hawaryǔ: jak ja zdarożyǔsa. Pasidżu. Patom lahaǔ spać. Spaǔ i spaǔ. A zdarożany był zaǔsza. Siadaǔ na paroh, braǔ lusterko, brytwu, pendzalok, myło, wastryǔ brytwu na pojasie, i bryǔsa. Pojas aż świaciǔ, tak byǔ wyhładżany brytwaju. Używaǔ wady kalonskaj, katoraja nazywałasa Wars. I chibo jaszcze „Przemysławki”. Zausza pachnuǔ, a czasami babskimi, majimi parfumami. Uże ni siadzia na paroh. Ni budzia brycca. Dy parohu toho nima. Baćko nikoli ni nasiǔ ni wusoǔ, ni barady. Bryǔsa sztodzień, tak szto ni pajaǔlałasa u jaho najmieńszaja szczacina. Ja nazywała jaho ni tato, tolki papa. Jon tak chacieǔ.

Podoba mi się stwierdzenie filozofa: miejsce jest obramowaniem ciała (Enneada szósta). Wiele razy w życiu zmieniałam obramowanie mego ciała. Tamto stare obramowanie z żyjącym ojcem i jego drażniłką o Fiadule, zróżniczkowało się. W realu nie ma. Realem jest przywołanie. No i grób. Nie mogę inaczej obramować się moim starym białoruskim miejscem w całej jego pełni. Wdzianko jakieś gdzie mogę mieć. W Narejkach. Kamizeleczkę białoruskości. Nawet nie tak. Jestem coraz bliżej głosu ojca. Tak wracam. Tak się w siebie ubieram. Coraz skromniej. Tracę dzisiejsze obramowanie, czyli ubieranie się w moje własne miejsce, które by przybywało. Taciana z bezludnej wioski: Stolki sadoǔ, stolki jabłykaǔ, stolki śliwaǔ, pareczkaǔ, wiszniaǔ, i nima kamu ich jeści. Padajuć, lażać i hnijuć. A drewy ǔsio ćwituć, ǔsio nanawo kidajuć nam amal ǔ lico swaji sałodkija padarunki. Jaszcze wyczuwajuć haspadara, katory śpić wiecznym snom. Ci drewy wyczuwajuć duszu czaławieka? I dziczejuć, kali dusza adychodzić wyżaj ci kudyś hłybiej, ǔ ziamlu? Drewy ni umiejuć prytwaracca. Pa jim widno ǔsio, szto z jimi robicca, jak jany żywuć, i jak dziczejuć i umirajuć. Jak zdziczejuć, znaczyć nikahutko z haspadaroǔ nidzie nima.

Dwójka nie rodzi trójki, ani piątka szóstki – mówi filozof. Pomiędzy liczbami nie istnieje stan pośredni w postaci ich narządów rodnych. Liczba to więcej, więcej, lub mniej, mniej. To w matematyce. A w życiu, w którym są narządy rozrodcze i rodząca głowa? Życia nie może być więcej lub mniej, ale miejsca tak. W obramowaniu ciała, tj. naszym miejscu na ziemi, to, co poprzednie, powinno rodzić to, co następne lub chociaż część powinna rodzić część. Zmiana obramowania ciała powinna dobrowolnie rodzić się z woli człowieka. Zmiana w obramowaniu mego ciała już tak się nie rodzi. Powiedzmy, że z wiejskiej trójki od razu przeskoczyliśmy w miejską dwudziestkę, a z miejskiej dwudziestki przeskoczyliśmy w trzydziestkę emigracji. I już nas nie ma. Utonęliśmy w innym narodzie. I już się nie wynurzymy. Nie posiadamy obramowania jako miłej, bliskiej, kochanej, obserwowalnej zmiany pokoleń w naszej kulturze. Następne pokolenie należy do innego narodu i do innej kultury. I to nie do jednego narodu. Czujemy jego obcość. Widzimy rozproszenie. Określamy siebie, jak to mówił Sokrat, ostatnimi Mohikanami. Dopiero teraz dochodzi do mnie dramatyczna waga jego słów.

Kiedyś mówiliśmy: haǔniak lub haǔniuk. Tak mówiliśmy o dzieciach, które zrobiły coś nieodpowiedzialnego, głupiego. Hłabalizujuć nas haǔniaki. Haǔniaki robiać nipatrebnyja wojny. Haǔniaki nawat ni zadumajucca, szto czużaja wola prynosić sztoraz bolsz kryǔdy sztoraz bolszaj kolkaści ludziej. Ali słowo haǔniak heta amal piaszczotnaja słowo. Tyczyłasa naszych amal niewinnych dziaciej, a ni stałych. Jany jaszcze ǔczylisa stałaści. Sakrat u heta miesco ustawiǔby hrubaja słowo: zasrancy. Astajusa z Sakratam. Ǔsio taki stały i darosły znaczać druhoja. Ni kożny darosły heta stały. Bywajuć stałyja dzieci. Takimi robiacca ad biady i hora.

My spadziawalisa, szto waśmiletniaja dzicia budzia ǔże razumnym, amal darosłym. I ǔstydzili za haǔniakaść. My chacieli, kab dzicia ni szukało sabie kiraǔnika ci naczalnika, nijakoj czużoj haławy. My chacieli, kab ǔczyłaso dumać samo i za sibie, biez haǔniaczaho plemieni. I hetaho spadziawalisa pa dziciaci. Ni zaǔsza nasza spadziawańnie spraǔdżałaso. I ni zaǔsza spraudżałaso spadziawańnie dziaciej da nas, szto my ich ǔratujam ad ǔsiaho złoho, żyć nawuczym i damo wielkija hroszy, i jany jaszcze buduć za hetyja hroszy farsić, i tak doǔho, aż ich ǔsie prapuściać na puściaki, na jakujuś nowuju modu. I adny, i druhija ǔsio ż taki znali: idealnych ludziej, ci baćkoǔ, ci dziaciej, ci ciotkaǔ i dziadźkaǔ, nima i ni budzia. Ciper dzieci ǔciakajuć ad baćkoǔ, ad siamjiej, ad swajakoǔ, ad dzieda i baby, i liczać sibie idealnymi. Ad starych niczoho ni choczuć wuczycca. Nawat wysłuchać ni choczuć. Niaǔże taki parwany maja być świet? Niaǔże heta cywilizowanaja dabro?

Znika moje dawne obramowanie ciała.

Adziawajusa ǔ hołas baćki i ǔ hołas maciary. Jaje hołas: Ja piarawiarnułasa, spatknuǔszysa ab łańcuch ci kamiań, moża ab ćwiorduju hrudu pad trawoj, i ǔpała pad karowu. A janaż bitliwa. I boracca. Nu, dumaju, budzia moj kaniec. Ali karowa, choć tolki szto chacieła ǔciakać i razmachiwała rahami, staić jak murawana, a jaszcze nohi raztapyryła, szyroko, i czakaja, aż ja jakuś wykulnusa z-pad jaje. Znaczyć żywina razumieja czaławieka. Moża jaho uratawać. Ja wykawarkałasa ceła. Szczaśliwa. Znaczyć karowa moża dać czaławieku szczaście. Ni nastupiła, choć mahła, bo wajoǔny mieła charakter. Znaczyć jana ǔmieła dumać. Wiedała, jak stanuć, kab haspadyni ni pakaleczyć.

Hołas baćki: Dzieda maho za dapamohu paǔstancam, car uziaǔ na 25 let u armiju. Ni kała, ni dwara ni było, kali wiarnuǔsa. Wiarnuǔsa wysokim aficeram, ali szto z hetaho?

Hołas maciary: Dzie ty wałaczyǔsa? Wadu trebo źmianić ǔ cebry i nanasić da domu.

Hołas baćki: Jaki ty mnie kampot ǔ butyłku naliła? Mieli być czornyja jahady, a tut jahada z nahami. Hłyknuǔ, a jahada horkaja. Miamlu zubami, na adzin zub ǔziaǔ, a jana dziarawianaja i horkaja. Wyplunuǔ na ruku, pryhledżywajusa, a heta wielizarnaja mucha! Pażowanaja, ali widać, szto mucha. Ty ni dobro prapałaskała butyłku. Jana mucha na peǔno prylapiłasa da dna i z wadoju ni spłyła.

Hołas maciary: Nu i szto? Ta ż ni atruǔsa. Wyplunuǔ i pi dalej. Mucha, ci jahada. Trebo było pryhladziecca lepiaj.

Hołas baćki: A jak ja mieǔ pryhladziecca, kali toja czornaja, i toja czornaja.

Hołas maciary: Ali smaszno było?

Hołas baćki: Sam budu pałaskać butyłki.

Baćko nazywaǔ minie Tamasikam. Maci nikoli tak. Zaǔsza syrjozno, zaǔsza poǔnym imieniam.

Baćko prywoziǔ mnie padarunki z Biełastoku. Raz prywioz mnie lalku. Jana była takaja pryhożaja, szto ja bajałasa jaje ǔziać ǔ ruki. Była z masy, jak kaliś hawaryli. Takija wyraby z hetaj masy nazywali masowymi. Masowaja lalka była ćwiordaja i lohko łamałasa. Ja ni bawiłasa hetaju lalkaju. Takich lalok daǔno nima. Pastawiła jaje na połku pamiż kniżki i jana tam wiek sidzieła, pakul ni ǔpała mnie pad nohi. Razbiłasa na suchija treski. Chacieła sklejić, ali ni udawałaso. Szkada tamtoj lalki. Cipier liczać ich antykwaryjatnaju kasztoǔnaściu. U znakomaj mastaczki padobnaja lalka sidzić na pianinie. Jana pryhożaść jaje sałonu. Jany ni marhali, hety lalki. Woczy mieli narysowanyja. Dobro patom pryszli marhajuczyja i miahkija. Tamtaja masa acaleła dla zakrutak na czarnilicach, a macniejszaja na wuszach ǔ harszczkach; abiedźwija czornyja.

Hołas maciary: Trebo piersz pakumiakać, a ni ad razu sztos rabić z haracza i kudyś pierci na stromhałoǔ.

Hołas baćki: Sidżu i dumaju, kali prydzia nowaja wojna, bo prydzia. Ja umru, i heta majo szczaścia.

Hołas maciary: Ni straszy nas. Moża wajna ni prydzia tak chutko. I ja umru, i heta tak samo majo szczaścia. Ali daczka i ǔnuczata? Strach dumać.

Hołas baćki: Ta ż chałodnaja wajna heta praciah druhoj suświetnaj, a ni szto druhoja, nijakaja nowaja. Czakajuć, kab pryszoǔ mamient kanca Jałty, i tady dakończać tuju wajnu. Zabaczysz. Durniaǔ ni brakuja.

Moj hołas: A ty stralaǔ?

Hołas baćki: A jak! Na wajnie stralajuć.

Moj hołas: I ty zabiwaǔ?

Hołas baćki: Zabiwaǔ. Kali papaǔ. Papadaǔ, kab wyżyć i kab praciǔnik ni zdaleǔ pierszy papaść ǔ minie. Ni choczacca hetaho ǔspaminać. Praklaty czas. Chaczu hawaryć o czoms zwykłym. Adzieńsa u wajenny mundur, piarahlańsa u lusterku, wyjdzi z domu, dy ni wierniaszsa da swaho lusterka. I lusterka ni budzia. I ściany ni budzia. Dy i ruki na małoja lusterko ni budzia. Kożny cipieraszni baćko tady zabiwaǔ. Z wajny baćki waroczajucca bolsz mieńsz adurełymi.

Moj hołas: Papa, a kali budzia taja wajna? Piarażywu? Na kaniec żyćcia budu ǔciakać ad wajny? Budu umirać biez domu? Ja tak ni chaczu! Ja chaczu bolsz mieńsz spakojnaj staraści.

Hołas baćki: A skul mahu wiedać, kali dakładno? Cibie nichto ni spytaja, dzie i jak choczasz umirać. Pryduć strasznyja ludzi. Jany takija zaǔsza prychodziać. Żyǔjom spalać.

Ból odmienności

Odmienność jest bólem. W Narejkach zawsze ktoś z emerytów wylicza, kto umarł. Emerytów coraz mniej. Tak, i ja zawsze słyszę to wyliczanie – mówi córka – a ta wyliczanka jest bolesna.

Kto umarł, temu już ani dzieci, ani wnukowie po Narejkach nie pobiegną. Wyjechali. Taka nasza samotniejąca odmienność, taki ból.

Tym razem usłyszałam od Ch., że nie żyje Murka Bladź. Tak ją przezywano, bo miała kochanków. Od matki wiem: Jana była ponaja sirata, ni mahła znajści dobraho mużyka. Bywaja. Jana była niczyja, a kali była maładaja, ta pryhożaja była. Jana charasze adziawałasa, a na wioscy trebo było szeryja łachi adziawacca i hetyja jaje mody kałoli woczy. Chto dziciaciam niczoho ni mie, ta patom chocza mieć siaho za mnoho, i łacha nakuplaja, a i sama naszyja, a jana szyła, bo heta tak dzieło idzie, szto jeśli tolki pajawicca hrosz, pojdzia na toja, czaho kaliś, dziciaciam, czaławiek ni mie. Waluszki boty, waluszki łachi. I zaraz adna swarka z mużykom. A mnie twoj baćko zasza łacha naprywozi z Warszawy, i złościsa: czamu ni naszu. Córka: Na kogo trafisz i jak z nim będziesz żyć, i kim on się ostatecznie okaże, tego nie wiesz nigdy.

Zatrwożyło mnie słowo „nigdy”. W małżeństwie trzeba wpływać wzajemnie bez dominacji. W naszych małżeństwach obserwowałam szczęśliwość z bycia razem. Oczywiście były złe małżeństwa, ale takiej naszej szczęśliwości z bycia razem nie widziałam u nikogo. Taka była nasza odmienność.

Znowu opiszę o Narejkach, bo siedzieliśmy z Tolem przez tydzień w tej wymierającej naszej wiosce. Postanowiliśmy pojechać jeszcze raz, bo na Zajeździe 2016 byliśmy tylko półtora dnia. Jeszcze raz – zrobiliśmy sobie późny urlop.

Jesień. Opada w dół krajobraz. Sypie się, rozbiera. Zwarte sukienki drzew rwą się na strzępy i kładą się po ziemi. Była to sukienka z rękawiczek. Była to sukienka z gwiazd. Była to sukienka z rąk. Była to sukienka z ust. Usta ciemno poczerwieniały, wierzbowe. Gwiazdy świecą z ziemi, klonowe. Jesienne porównania zwykle są banalne. Nic tu nowego nie wymyślisz. Narejkowskie te szmatki nie są pojedzone. W Olsztynie opadłe szmatki z klonów są zawsze pojedzone, wyjedzone, w dziurki. W tym roku nie ma jabłek w Naraju. Tylko słodka antonówka na końcu podwórza obrodziła, choć tym razem skromnie. Cztery jabłka jeszcze trzymają się gałęzi. Na każdym jabłku tłusty ciemny osad. To chyba od tirów na szosie. Bo skąd? Szosa daleko, ale dociera i truje. Jabłka trzeba szorować i obierać. Ich miąższ ma słodki cierpki smak z odrobiną goryczki. Bardzo je lubię. Nikt z bliskich ich nie je, a więc jestem odmienna, choć ta odmienność nie jest bólem.

Na kolejowym podwórku mieliśmy podobną jabłoń. Dymiły parowozy, dymiły kominy, ale czarnego osadu na owocach nie było.

Jeszcze nigdy dotąd jesień nie pasowała tak bardzo do życiorysu. Znikam. Co roku będę odczuwała jesień jak obecność dogorywającej oberwanej bliźniaczki. Aż powiem: ty to ja. Ja to ty w całej pełni. Jeśli umrę w innej porze roku, i tak będę tobą, moja oberwana bliźniaczko. Jutro będzie zima, ale i zimą będę czuła nie to, że po niej nastąpi wiosna, tylko ciebie, bliźniaczko o imieniu Jesień.

Z półki z książkami córki wyciągam „muzeum bezwarunkowej kapitulacji” (tytuł małą literą), Dubravki Ugrešić, a z niej cytat: (…) niejasny ból, ból odmienności”.

Piszę to bolesne zdanie, jego fragment na kartce i czynię je tu i teraz myślą przewodnią eseju.

Ból odmienności. Odmienność jest bólem. Jestem bólem odmienności. Jak Dubravka. Tylko że ja nie mam takich szans jak ona na pełne literackie istnienie. Nie wyemigrowałam w porę.

Tolo mówi, że w moich tekstach, pisanych po polsku, nie ma tyle tęsknoty za językiem prostym, za białoruskością, co w tekstach pisanych w języku prostym. Ta tęsknota poraża.

Tak? Bo to moja białoruska intymność zawiera się z języku prostym. Moja koszula postrzegania, koszula uczuć, koszula strachu, dyskomfortu, wykluczenia. Nawet nie koszula, tylko skóra. To czucie znikania wraz z ludźmi, jacy jeszcze nie tak dawno tu żyli. Ból odmienności i znikania jej wokół. Tu żyłam. Tu się urodziłam. Tu miałam dzieciństwo. Teraz to bezludne miejsce. Moich ludzi już tu nie będzie nigdy. Tęsknię do tego, co było, do tamtych ludzi, do ich obecności.

To zdanie z Dubravki od razu mnie skreśla, to znaczy w nim zawiera się czynność skreślania odmienności. Inaczej: większość chce żyć bez bólu odmienności. Każdy zresztą ból znika w 21 wieku w gadaninie i pisaninie.

Gdzie się podział ból?!

Ból odmienności. Zasypiam i budzę się z tym zdaniem jak z tożsamością.

Tak się każdy czuje świetnie w jednakowości gadaniny i pisaniny? Tak się każdy cieszy, że się upodobnił do tysiąca sąsiadów? Do milionów, uprawiających gadaninę i pisaninę?

Nasze odmienne spojrzenie na życie, nasz minimalizm i odraza do bycia konsumentem, nasza skłonność myślicielska… To nie jest w cenie. A więc należę do wykluczanych.

Myśląc, człowiek czuje ból odmienności. A w tym całym globalizacyjnym obozie myślenie jest wielką odmiennością.

Kultura powstaje i rozwija się wtedy, kiedy tworzą ją osoby z bólem odmienności.

Tak?

Ano tak. Inaczej powtarzamy w pisaninie i gadaninie banały i stereotypy. Skoro nie ma miejsca na ból odmienności, to co zostaje? Banał, stereotyp, gadanina, pisanina. To co „wiedzą wszyscy”. Jeśli tylko wyjdziemy poza banały i stereotypy, poza pisaninę i gadaninę, poza to, co „wiedzą wszyscy”, dopada nas ból odmienności. Widzimy mnóstwo złego poza stereotypami dzisiejszości, wielbionymi zwłaszcza przez media, gdzie mamy gadaninę, gadaninę, aby tylko nie wyszły na jaw złe mechanizmy, wywołujące zło (przemoc).

Widzimy, co będzie jutro, bo dzisiaj kwitną mechanizmy, produkujące jutrzejsze zło, przemoc, i my to widzimy – ból odmienności ma własne przenikliwe oczy. Każde zło przede wszystkim dotyka odmiennych. Jeśli większość unicestwia myśli mniejszości, nie daje im miejsca lub miejsce podrzędne, natychmiast mamy totalitaryzm – władztwo tych, co „wiedzą wszystko” i tyle, ile „trzeba”. Obrzydzenie wywołują we mnie pisarze, którzy wiedzą, co mówić i czego nie mówić. Osobnicy zainseminowani słusznościami nieuchwytnego kierownictwa literatury, jak to ujął Martin.

Dubravka powołuje się na Nabokova, kiedy twierdzi, że mówić i pisać znaczy: widzieć, co będzie jutro i widzieć sprawy, które wskazują na jakość tego, co będzie jutro. To, co „wiedzą wszyscy” nie może mieć statusu: „my wiemy wszystko, bo wiemy to, co wiedzą wszyscy”. Dzisiaj wie się tyle, ile się wie, żeby za wszelką cenę przeżyć. Tak się dzieje w 21 wieku. Trzeba opisywać sposoby przeżycia, zwykłe dni. Te zwykłe dni świadczą o tym, jakie będzie życie jutro. Amatorskość dzisiejszej polityki, dzisiejsza przemoc, staczanie się w biedę, ministerstwa wojny i koncerny wojny, dzisiejszy szowinizm, rasizm, ksenofobia – przecież to bardzo źle rozwija nam nasze jutro.

Smutno mi i znowu boję się. Wiedzieć, co może być jutro, oznacza: strach.

Znowu strach. Dubravka pisze o nieustannym strachu osób, dotkniętych bólem odmienności. Tak, jak ona, boję się nazistów, szowinistów, rasistów i rządu, który ich ośmiela. Boję się negatywnych odpowiedzi od wydawców. Wysyłasz im istotną dobrą książkę, a oni wpadają w złość, że to nie kolejny rynkowy produkcyjniak. Szczególnie kobiety tak reagują. Sekretarki pilnują przeciętności w wydawnictwach? Matko. Kobiety, co wyrobicie?

Boję się jutrzejszego dnia i najbliższej nocy. Boję się, że w nocy zacznę umierać i będzie to ból nie do wytrzymania. Boję się udaru wylewu. Cukrzyca może mi to podarować. Boję się paraliżu i leżenia. Boję się utraty możliwości myślenia. Boję się, że zadławię się szorstką gruszką. Na starość nauczycielska krtań robi się naprawdę szorstka i gruszka utyka. Omal się nią nie zadławiłam na śmierć. Boję się zjeść gruszkę, a mam ją w diecie. Boję się, że zostanę na starość bezdomna. Powodów wiele, na przykład wojna albo złodziej budynku wraz z lokatorami.

Już nie wyliczam powodów mego strachu. On jest wykluczany.

Tolo: Jeszcze nie spotkałem osoby, aż tak owładniętej strachem. Przestań.

Ja: Nie przestanę się bać, bo jestem bólem odmienności. Poza tym wszędzie mam homo capitalisticusa, wstrętniejszego od homo sovieticusa. Sam widzisz. Podstęp, kłamstwo, propaganda, przemoc. Znowu maskulinizacja kultury w najgorszym stylu, bo mizoginicznie. I poprzez wykluczanie kobiety wybitnej. To Dubravka o tym przypomina.

Przemoc. „Panowie wojny”– mówi Dubravka.

Najbrzydsza kotka świata. Jest niczyja. Przyzwyczaiła się do tego, że jeśli ktoś przyjeżdża do chaty, to ją dokarmia. Jest bura i cała pocętkowana zębatymi brązowymi łatami, które upodobniają ja do wyświechtanego rękawa zużytego kożucha. Ceła abciopkana. Ceła żabracza na wyhlad. Bo jana ż żabraczka, ta i wyhladaja na żabraczku. Ze wszystkich niczyich kotów w Narejkach ona jedyna przetrwała ostatnią zimę, a było tych kotów kilkanaście. Nie jest natrętna. Przychodzi i czeka, aż posypiemy karmą. Karma na wyczerpaniu, więc Tolo daje jej kawałek białego sera, do którego ona podchodzi ostrożnie, i bierze go bokiem pyszczka. Może nie ma wszystkich zębów? Jest taka wynędzniała.

Tym razem Tolo sypie jej koci pokarm, ostrożną garścią, bo musi wystarczyć na kilka dni, a kiedy wieczorem siada w plecionym fotelu na werandzie, kotka wskakuje mu na kolana i cała tuli się do jego piersi – przylega i tak trwa. Pierwszy raz w życiu Tolo jest wzruszony zachowaniem się narejkowskiego niczyjego kota, tej naszej brzydkiej kotki, żebraczki. Ona zjawiła się i na Naraju 2016. Była wtedy ciężarna. Po kociakach ani śladu. Znaczy nie przeżyły. Bo gdzieś byłyby.

Do mnie podchodzi i nie ocierając się głośno mruczy. Kiedy wyjeżdżamy, sypiemy jej te naszą czarkę hołoblową kociego pokarmu. Mówię do niej: trzymaj się, kocie/kotko. Przetrwaj do następnego Naraju i jesieni. Żywi, da pabaczeńnia! Zno pasyplam jadoju.

Ona chyba wie, co mówię. Kładzie się na grzbiet i tarza się w kulkach kitekatu.

Tak z kotem żegnałam się po raz pierwszy w życiu. Czułam kocie życie i kocią chwilę. Czułam kocią bezdomną sytuację. Czułam kocią przyjaźń i wdzięczność, a także delikatność. Brzydka kotka żebraczka nie była nachalna, lecz ufna.

Czułam to wszystko, bo wokół tylko przyroda, tylko puszcza. Tylko krzaki, tylko trawa i zioła. Tylko wiatr i bezwietrzność. Tylko deszcz i słońce.

Tylko ta akurat pora roku. Pora roku jest jak rozległa osoba. Łatwo o mit i mityczne imiona.

Po raz pierwszy w życiu słyszałam nocą ryk jelenia. On śpiewa jak kastrat – powiedział Tolo.

Drugi kot. Idziemy na spacer w stronę Gobiat. Z naprzeciwka, z górki, biegnie ku nam coś czarnego. Patrz, mówię do Tola, czarny diabełek biegnie do nas. Bo to coś tak biegnie, że trzepie swoją czernią na boki i w górę, i na boki, jakby było rogate i miało kopytka, jakby powiększało swoją czerń, rozbijało ją jak kogel-mogel. Co to jest? To coś rozsypuje własną czerń na żółtym piasku, przez co wydaje się większe. Ależ to czarny kot. Ma wąski biały szalik. Jest duży. Na pewno samiec.

Do nas biegnie?

Z lewej las, z prawej lasek. Oprócz nas i czarnego kota nie ma nikogo.

Zbliżamy się do siebie. Kot jest piękny. Pierwszy zaczął rozmowę. Miau. Miau. Mówi dzień dobry czy prosi, żeby go wziąć do siebie? Nie możemy.

Może to czyjś kot, a nie bezdomny? Niesamowite było to, że się pierwszy do nas odezwał w tym przyrodniczym otoczeniu. Odezwał się jak człowiek. Jak przyjacielski życzliwy człowiek. Po chwili gdzieś się zapodział.

Cisza. Drzewa stoją. Nie ma wiatru.

Czarny kot nie wyglądał na zabiedzonego. Świecił złotymi ślipiami, jak to czarny kot.

Znowu mówiłam do kota: trzymaj się. Dotrwaj do przyszłego Naraju, bracie. Jak będziesz głodny, to cię nakarmimy. Mam nadzieję, że masz gospodarzy. Połyskujesz sierścią. Nie jesteś chudy. Moża ty tolki dobry palaniczy. Sam za sibie dobro zabociszsa. Pakul małady. Baczu, szto małady. Żywi. Da pabaczeńnia!

Bezludność ma swój dwór. Po prawej mieliśmy narejkowski pensjonat „Miód/malina”. W dolinie. Mokrej. Bo tam wybijają źródła. Z tych źródeł tworzy się rzeka i miejscowe bajoro. Rzeczka wędruje przez łąki, teraz niczyje. Wpada do Świsłoczy za Świsłoczanami. To bezimienna rzeczka. Jest tu od zawsze. Kiedyś trzeba było z tych miejsc wynosić siano, żeby wyschło. Sojka wywalił ten dwór? I ma zarządcę?

Dwór jest uzbrojony w dwa przerażające psy za niskim ogrodzeniem (do kolan). Psy są większe ode mnie i od Tola. Bestie. Gdyby stanęły na tylnych łapach byłyby jak goryle. – Niech się pan nie boi – krzyczy do Tola zarządca z głębi podwórza. – Psy wiedzą, że w ogrodzeniu jest prąd, nie zaatakują. Dobre sobie. Mogą przeskoczyć to całe nikłe ogrodzenie. Tolo na wszelki wypadek ma gruby kij. Ja mam moją wąską laskę. Ona na nic w razie czego.

Obraz z tym psami potworami jest obcy w tym moim krajobrazie. I ten płotek. Przechodzący ma się bać. Nikt tu przedtem nie znał takiego strachu przed sąsiadem.

Wieczorem zachodzę do wiekowej, wciąż żyjącej i żywotnej T.

  1. mówi, że to tajemniczy gość, ten od miodu i maliny. Jakiś taki straszny z tymi strasznymi psami. Ale przecież on ma żonę, dzieci. Skoro tak, to może nie taki straszny.
  2. ze łzami w oczach skarży się na G., że ten stał się durny wredny, bo nawołuje do wyrzucenia wszystkich Białorusinów do Łukaszenki, a w to miejsce chce sprowadzić Polaków z Białorusi.

Zgłupiałeś, bracie? Pamiętam cię od dziecka, od niemowlęcia. Byliśmy sąsiadami, dobrymi i życzliwymi. Chcesz mnie wyrzucać z mojej ojczyzny? Powtarzam w myśli słowa Dubravki: „w końcu jesteśmy z jednego Elementarza”.

Może to ploty. Może to tylko linia mętów, ośmielonych do szowinizmu i nie dotyczy to G.. Dobrze, ale status rządów poznajesz po tym, kogo ośmielają i kto się przylepia poza G., a tych wielu, wielu. Chcę zajść do G., żeby go o to spytać, o stan jego umysłu, ale u niego też straszne psy wieszają się cielskami na ogrodzeniu. Rezygnuję.

Ploty się rodzą w związku z nazwą pensjonatu. Tolo: Bo taka frywolna.

Wysłuchuję opowieści pana, który robi chatę z byłej obory. Ponoć minibusem przybyły do pensjonatu młode prostytutki. Cztery czy pięć. No bo kto? Z błędu tej ploty wyprowadza mnie T.: To nie prostytutki, tylko pięć porządnych ładnych miłych muzułmanek z Gdańska przybyło do pensjonatu.

Opowiadam córce o tej plocie. Mówi wkurzona: Tak, wystarczy pięć młodych kobiet w minibusie, które spytają o drogę do pensjonatu „Miód/malina”, żeby pomyśleć o nich jak o kurwach. Gdyby przybyło pięciu młodych mężczyzn, nikt by nie robił plot, że to pięciu alfonsów. No i nikt by nie pomyślał, że to męskie kurwy.

Jeśli tylko wyjdziemy poza banały i stereotypy, poza pisaninę i gadaninę, poza to, co „wiedzą wszyscy”, dopada nas ból odmienności.

Tak to obecność strasznych psów, strzegących pensjonatu, jego tajemniczość, sprzyja różnym plotom.

Nazwa pensjonatu nie jest frywolna. U nas się tak mówiło (o rajskich warunkach): miód/malina. Mało kto pamięta ten zwrot. Właśnie go sobie przypomniałam.

Wracamy z kolejnego spaceru w kierunku Gobiat. Teraz mamy pensjonat po lewej stronie. Znowu strach, że zostaniemy zjedzeni przez straszne psy.

Wprowadza się nowy człowiek. Człowiek strachu. Drży o swój majątek? Boi się, że przez bliską granicę przedostaną się jacyś bandyci? Boi się turystów? Nas się boi? Nie mogę tego pojąć.

Od T. kupujemy miód. Mówi: a ten cały C. z Gobiat to robi taki miód, że latem stawia balię z cukrem na wodzie, i śmieje się z tych co robią prawdziwy miód. Jedzcie pijcie – gada do pszczół. Cukru macie dużo, głupie pszczoły. A my robimy prawdziwy miód. Syn nie chce fałszować miodu.

W kierunku granicy. Idziemy. Wieki nie szłam torami do granicy. Idziemy po ubitym trakcie, gdzie kiedyś były szerokie rosyjskie tory. Robotnicy leśni jeżdżą tędy maszynami i wycinają drzewa, jak leci. Mówią, że przerabiają je na opał. Rzeczywiście tam, gdzie było nasze kolejowe pole, stoi maszyna i miele drzewa. Zwalili piękny, dorodny kędzierzawy dąb. Szkoda.

Nie poznaję krajobrazu, tak zarósł, tak się rozczochrał. Buhrów nie widać, tylko samosieje. Jakie bezładne. Mocne. Wesołe.

Robotnicy ostrzegli, że jeśli się zbyt zbliżymy do granicy, natychmiast przyjedzie straż graniczna i będzie nas męczyć, a przedtem napstrykają się zdjęcia z nadgranicznych fotoradarów. Nie chcemy być zatrzymani, przepytywani. Nie dochodzimy do granicy. Zawracamy, nie odnajdę dzieciństwa. Nie pójdę torami do samej granicy. Nie wejdę pod most. Nie popatrzę na rzekę. To rzeka dzieciństwa. Nie odnajdę na buhrze wojennego bezimiennego grobu. Buhry rozkopane. Nie odnajdę ścieżki na praszczki przez buhor z Gobiat do Mostowlan. Nic mego nie odnajdę. Hałasują psy, od G. i od pensjonatu. Nie odnajdę naszej kolejowej łąki w dole, tuż przy granicy. Zarosła krzakami. Nie mogę jej wyodrębnić z pejzażu, żeby krzyknąć do Tola: O, tu była nasza łąka. Wskazuję ją mniej więcej. Dochodziła do samej rzeki.

Boję się granicy i reakcji straży. Nowy rodzaj strachu.

Taka wycieczka po miejscach dzieciństwa.

Żyje swoim nowym życiem daleko stąd.

Nie wrosłam w Olsztyn.

Dopiero w Gródku odkrywam białoruskość. Język prosty na ulicy. Tu się część z nas przeniosła. To tu jest nasze życie.

Uparłam się, że odszukam aleję morwową w Gobiatach, prowadząca kiedyś do dworku Niemcewiczów. Po dworku ani śladu. Jego ostatki, piwnice, skryły się pod ziemią. Kurhan rozkopany, obrzydliwie, bezładnie. Tu była żwirownia jeszcze w PRL. Nie widzę ani jednej morwy. Nie mogę łazić po chaszczach, bo mi się moje miejskie buty wykręcają na boki. Rezygnuję z morwy. Smutno mi. To już nie mój widok.

Dzień dobry. Takie powitanie słyszymy w Gródku. Jesteśmy zdumieni i pytamy, czy my się znamy? To starsza pani tak nas wita. Mówi, że się nie znamy i ona tutejszym obyczajem mówi nam „dzień dobry”

Tak. Pamiętam. Przypomniałam. Dawniej tak się witaliśmy bez względu na to, czy się znaliśmy, czy nie. To był piękny obyczaj. Zachował się u starszych ludzi. Kiedyś dzieci wszystkim napotkanym po drodze mówiły „dzień dobry”.

Bliskość. Jedziemy na grób moich rodziców.

I tu wycinają wiekowe drzewa. Żal.

Boże, jak blisko.

Jak blisko stoi śmierć.

Radio. W Narejkach nie ma Internetu. Nie ma telewizora w chacie. Mamy tylko radio, a w nim państwowy I program białoruskiego radia. W języku białoruskim. Wysłuchaliśmy dwóch znakomitych audycji, o chórze Piatnickiego i o Moniuszce. Piękna muzyka. Chór Piatnickiego zachwycająco wykonywał muzykę ludową. Moniuszko leci po białorusku i też jest zachwycający. Jest też audycja Retro, przypominająca stare powojenne przeboje. Tanga. Romanse. Jakby nas wtrącono w nasze młode lata. Jakby się nic nie zmieniło. Te same tanga, co były u nas, w PRL. Tylko inne słowa.

Palimy w piecu. Noce są zimne. Siadamy na kanapie naprzeciw pieca i słuchamy muzyki retro. Jesteśmy żywcem przeniesieni w PRL, na godzinę, na dwie.

W chacie robi się ciepło. Za ciepło. Gorąco. Bo to jest stary bardzo dobry piec w bardzo starej chacie, grzeją się wszystkie ściany. W sposób skomplikowany wędruje komin i to on powoduje, ta jego plątanina, że nagrzewają się ściany. Obudziliśmy wszystkie śnięte muchy. Huczą jak silniki kilku tirów. Gorzej, bo dźwięcznie jak młotkiem po blachach. Tolo wybija je muchołapką, a one są i są. Coraz więcej. Ciągle nowe obudzone. Same kobylaste. Drzewa ciche, powietrze ciche, więc te muchy robią niemożebny hałas. Otwieram okno, żeby je wszystkie wywiać ręcznikiem na dwór, a tu ze szczelin wysypują się czarne wianki much i wlatują do chaty. Tak się w te wianki zebrały na zimę. Znowu wkracza Tolo z muchołapką. Rano nie dadzą nam spać. Obsiądą powieki. Powłażą do nosa i uszu.

Tolo pyta: Dlaczego ja rozumiem ten tu radiowy język białoruski, wszystko rozumiem, absolutnie wszystko, a nie rozumiem języka białoruskiego na Biełsat, to znaczy nie wszystko rozumiem? To po jakiemu mówisz ty?

Odpowiadam, że są co najmniej cztery języki białoruskie, a ja mówię jednym z nich, językiem prostym. Na Biełsat dominuje dziennikarski żargon.

Tolo: No i zamiast wiadomości mam na Biełsat rusofobską urabialnię poglądów politycznych, polityczną propagandę, nowomowę, a to odstręcza od samego języka. Tak to jest. Język przestaje nieść znaczenie. Skoro to polityczna propaganda…

Ja też jestem uczulona na polityczną propagandę. Media zrobaczywiały przez to. Jak to można mieszać – sensowne audycje z tą robaczywością? Takiego grzyba się nie je. Jemy częściowo. To żaden udział.

Dziennikarze nie są rzeczowi. Są wesołkowaci, papkowaci, tokujący, a politycy nadęci, zaperzeni, prawicowi pełni „prawdy”, lewicowi „poprawnie” dopasowani do globalizacji. Ech.

Deszcz. W ciszy nagły deszcz. Jaki głośny, jak z ostrych twardych patyków, z metalowych prętów. Późny wieczór. W nocy leje i osoba deszczu stuka nawet do drzwi. To co, jutro wracamy do Olsztyna? Bo leje?

Jeszcze nie. Jeszcze pobędziemy tu ze dwa dni. Nie chce się wracać.

Ranek jest nagle słoneczny i ciepły. Wracamy pojutrze.

W jedynym miejscu komórka ma zasięg. Trzeba wyjść na koniec podwórka, za jabłoń, i stanąć na takiej jednej kępie. Próbuję, przesuwając się z kępy na kępę. Wreszcie mam zasięg. Marzną mi nogi. Ziemia już nie ogrzewa. Dzwonię do córki: Wracamy jutro lub pojutrze.

Tolo znowu kupuje chleb z objazdowego sklepu na kółkach i znowu dziwi się, że jest dwukrotnie tańczy niż w Olsztynie, i taki smaczny.

W Olsztynie musimy jeść chemiczny chleb. Z rzadka można trafić na ten z Suwałk, podobny w smaku do tego kupionego przez Tola.

Można zwariować. Niektórzy, siedząc w takiej głuszy, zaczynają popijać. Nam jest dobrze bez wódki. Bez Internetu jednak źle. Kiedy tu do cholery będzie Internet? Moglibyśmy tu zostać na zawsze. Jednak chata nie nasza. Jeszcze nie zaczęliśmy wariować, ale gdyby tu człowiek miesiącami siedział… Bez wiadomości, bez telefonu, z nagle kończącymi się lekami.

Przypomina mi się rozmowa z rozważną panią od spraw kultury. Mówi, ze młodzi ludzie zaczynają wariować, wpadają w depresje i choroby umysłowe. Nie mogą wytrzymać politycznego systemu: globalizacji. Tego nie da się wytrzymać. To wszystko stało się chore. Chora polityka, chore mechanizmy, chorzy młodzi. Propozycja systemu: wydrapać oczy rywalom i odmiennym.

To główna „propozycja”.

Zaraz zdrada, zaraz odwet, zaraz zemsta, zaraz oskarżenia. Taki klimat rządów mamy wymiennie z rządami, które każdą sprawę kryją za nieszczerym uśmiechem. I tak w kółko. Jedne rządy głoszą: wszystko dobrze, a drugie: wszystko źle i wskazują podejrzanych. Ostatnio emeryta („bo to darmozjad”).

Nie da się żyć w takiej atmosferze. Tropią. Podejrzewają. Media wzmagają wrzące polityczne klimaty i jak żółta prasa zajmują się plotkami i wymysłami, zamiast zająć się informacją – rzetelną.

Znowu zerkam w Plotyna. Znajduję zdanie (w Enneadzie Szóstej): „Było tak, że ktoś zarzuca Bogu, że ten nie leczy”?

Ano nie leczy. U filozofów Bóg jest punktem odniesienia. Przymierzamy się do tego, czego nam brakuje, na przykład nieśmiertelności, wzorcowej sprawiedliwości, wzorcowej wolności, itd. Jeśli wzorzec (ideał) chcemy na siłę wprowadzić w życie tu na ziemi, mamy totalitaryzm, piekło.

Jeśli afiszujemy się z wiarą, Boga nie robi się więcej, a obnoszenie się z niewiarą nie powoduje, że Boga jest mniej. Patrzymy, co wierni i niewierni robią z ludźmi i dla ludzi.

Sumienie zbyt łatwo uczynić spokojnym. Spokojne sumienie to martwe sumienie, bo na naszej ziemi nie można mieć spokojnego sumienia – zbyt wiele tu niemocy wobec zła, i obojętności. Przede wszystkim obojętności. Żywe sumienie to nieustanna praca sumienia, chcemy tego, czy nie. Nie jest nam dobrze w 21 wieku. Żywe sumienie odzywa się, chcemy tego, czy nie: ja tu żyję, ja tu widzę krzywdy i nieszczęścia, a nie robię nic, bo nie pozwalają mi na to bandyci, a i samemu już się nie chce.

Lepszy punkt widzenia: żywe sumienie to nieustanna praca nad sobą, poczucie: źle robię, muszę się zmienić.

Spokojne sumienie mówi nam: ktoś cierpi, ale to nie twoja wina. Ty cierpisz, to znajdź kozła ofiarnego i zwal na niego wszystkie swoje krzywdy, nieszczęścia. „Winien Żyd”. „Winien kacap”. „Winne kobiety”. Ja jestem winny? Nie, nie. Ja nie! Ja mam czyste sumienie.

Mniej więcej to tak wygląda.

Z sumienia rozliczają nas inni.

I Bóg: Mnie otomszczenije, az wozdam. Człowiek nie może wyręczać Boga w zemście. Prawo to coś innego; w prawie nie może być cienia zemsty.

Niemoc, bezradność wobec krzywdy własnej i innych, i bliskich, nie jest tożsama z uspokojonym sumieniem.

Początek. Piszę list do filozofki, którą dopadł straszny Alzheimer. Wiem, że nie wyjdę poza początek listu: Kochana Jolanto! Już nigdy nie napiszesz do mnie: „Odłożyłam wszystko, przeczytałam Twoją rozprawę, i nie zawiodłam się – gratuluję!”

Kochana Jolanto! Inne filozofki będą na mnie patrzeć z góry, będą tłumaczyć się brakiem czasu, będą zajęte i niechętne. Mój tekst będzie się u nich walać, wyrzucą go, nie czytając.

Kochana Jolanto! Chce zrozumieć, jak to jest, żyć z Alzheimerem.

Zanik pamięci rodzi się wtedy, kiedy myśl opuszcza obraz. W umyśle zostają same obrazy, a ich imiona, ich nazwy utykają na końcu języka. Mówimy: mam to na końcu języka, ale nie przypomnę. Jak brzmi nazwisko? Imię? Jak to się nazywa?

W umyśle zostają same obrazy i nigdy nie połączą się z myślą. Żyjemy w chaosie obrazów, które należą do innego czasu i do innych czasów. One osaczają nas naraz, nieprzyczepione do daty, zegara, pory roku.

Obraz i myśl zawsze są jednią. Ta jednia została rozdarta, rozbita na rzecz chaosu obrazów. Już koniec języka omdlewa i umiera. Nawet w nim nie ma nic.

Kochana Jolanto! Moja myśl jest samotna bez Twojej przyjaźni. Czy ja, czy bezdomna narajska kotka, to to samo.

Widzisz to zdjęcie najbrzydszej kotki świata?

To prawie ja.

Kochana Jolanto!

W sztuce znika mistrzostwo ręki, a więc znika odpowiednik muzyki klasycznej, a bez tego sztuka staje się martwa. Nie ma w niej trzonu. To samo dzieje się w literaturze. Rozpowszechniło się plagiatowanie. Czym innym byłoby wykonanie cudzego utworu, to znaczy kontynuowanie mistrza po mistrzowsku, jego niedokończonej myśli, jego wyobraźni – poprzez dawanie osobistego więcej, poprzez wirtuozerię. Kochana Jolanto, ja naprawdę jestem narajską kotką. Masz tu poniżej jej fotografię. Poznajesz mnie?

Panowie wojny obudzili się do maskulinizacji świata w tradycyjnym stylu, w stronę niekończącej się spirali przemocy. Ta kotka, czy ja, czy listek, to to samo: nic.

 

Tamara Bołdak-Janowska

 

 

Tamara Bołdak-Janowska. Szywarat na wywarat.

felietonisci-05Antoni Radczenka w artykule „Białorusini – paradoks świadomości narodowej” pisze, że na Litwie mieszkają 43 tysiące Białorusinów i że najpotężniejsze środowisko intelektualne Białorusini tworzą na Litwie i w Polsce. Czyli decyduje jakość głów, a nie liczba ciał. Omawia jeszcze jedną sprawę: pomiędzy młodymi a starymi istnieje rozdźwięk, nawet niechęć czy też wrogość. Starzy czy też starsi strzegą tradycji, a młodzi chcą nowoczesności i są radykalni. Radykalizm. Pewnie wg hasła: precz ze starymi. Nasi starzy nie krzyczą tak w stronę młodych. A może ich radykalizm jest taki, że nie władając językiem białoruskim czy prostym, ani nie ceniąc własnej kultury, chcą iść na krwawe barykady za białoruskość?

No więc tradycja. Oczywiście tradycja jest dobrem danego narodu i dobrze, że ktoś jej strzeże. Zapewnia kulturową ciągłość. Żaden naród nie przetrwa, jeśli każde następne pokolenie będzie na nowo zrywać ciągłość kulturową. W 21. wieku będziemy mieli śmierć wielu narodów Europy, bo w końcu nić kulturowa zerwie się definitywnie i będziemy „Merykanami”, jak się należy, modnie, trendy-srendy. Szybko. Skok do uwspółcześnienia. Czy może jednak ten skok obdarzy nas czymś lepszym? Nie. Odwrotnie – ten skok powoduje to, że skaczący tak naród rozpłynie się w narodzie, który tak nie skacze. Najpierw kultura wchłaniającego nas narodu jest atrakcyjna. Tu jest nowocześnie, współcześnie, modnie, glamurowo, a wszyscy pobazgrani tatuażami na uliczne hulanki z nijaką, niczyją muzyką, byle głośno. No więc wypływamy w inny naród, pełni satysfakcji, że doskakujemy do uwspółcześnienia. Tymczasem poddaliśmy się jedynie popkulturowej przemocy innego narodu. Taka przemoc istnieje, jest dobrze zorganizowana, wcale jednak nieobowiązująca odgórnie. My sami porzucamy naszą kulturę i doskakujemy do innej, tej przemocowo dobrze zorganizowanej i kiepskiej.

Karol Sadkowski w tekście „Białorusini inaczej” mówi coś ważnego: białoruskość z istoty jest pogranicznością pomiędzy Rosją a Europą. Toż o tym mówiłam, o stanie kulturowego bi.

Sadkowski zwraca uwagę, że w Polsce młodzi Białorusini mają świadomość białoruskiego pochodzenia, ale określają się jako Polacy. To tak jak polscy Tatarzy, ale Tatarzy pamiętają lepiej, kim są. Nie tracą tożsamości.

W okolicach Bielska i Hajnówki Sadkowski widzi tożsamość hybrydową. Tak nazywa to, co ja określam bi. Ogólnie dostrzega brak więzi polskich Białorusinów z Białorusią. Nie tam widzą swoją ojczyznę. I ja jej tam nie widzę.

W Polsce my możemy mieć jedynie swoje małe ojczyzny, czy to Lićwiny z Północy, czy to Podlaszuki z Południa w tym samym województwie. Mało mamy. I z tych małych ojczyzn uciekamy. Co my mamy? Przeszłość tylko? Pamięć? I tego nie chcemy. Aby żyć, musimy dusić w sobie pamięć o życiu sprzed ucieczki. Maja razumnaja maci hawaryła: ja razumieju, szto siahodnia druhoja żyćcio. Ni haniła minie, szto ja na studiach nasiła karociańkija spadniczki. Ani za toja, szto ja lubiła jeździć tudy siudy, i za hranicu. Ani za toja, szto ja słuchała durnoj muzyki, ali chutko piarastała, bo heta muzyka stała kaścianieć adzinakawaści i bałbytańni. Pryjechała dwajuradnaja siastra z Rasieji i każa: szto ty słuszajesz tolko takuju adnostaronniuju muzyku? Daj Wertynskowo ili Mocarta. Maci ni haniła minie nawat za toja, szto ja pastanawiła mieć dzicia zasim małodzieńkaju i doho ni chacieła wychodzić zamuż. Ja hawaryła, szto ja lublu adzinotu i ni patrebny dla minie nijaki mużyk. Maci razumieła heta. Ani za toja ni haniła, szto ja malawałasa. Maci sama malawałasa, kali była maładaja. A ja tak ni umieju, kab razumieć nowaja żyćcio. Jano pierastało razwiwacca. Jano duszyć, bolsz czym duszyła kamuna, prynamści nasza, bo joj była wolnaja kultura, choć ni sia była wolnaja. Była i kamunistyczna popkultura, ali siahodnia jana adno śmieszyć. telewizary bez przerwy laciać filmy, katoryja nakrucili kamuni i katoryja ni starejuć. Jany intelektualno ceły czas nas śmieszać, bo baczym, szto sio jakim było, takim astałosa, jak kaliś hawaryli: adno szywarat na wywarat. Ci pomnim jaszcze hety słowy – szywarat na wywarat? Po polsku: na odwyrtkę? Odwyrtka staje się normą dla następnego pokolenia. Starzy, którzy widzą jeszcze odwyrtkę, męczą się w beznadziejnym oporze.

Sadkowski przytacza liczbę Białorusinów w Polsce po wojnie. W latach czterdziestych było nas 125 tysięcy. No tak, podzialiśmy się. Część wypchnięto do Sajuza (po wojnie, ale i w latach sześćdziesiątych), część zasymilowała się, a część nadała sobie „narodowość prawosławną”. Część (kułaków, nauczycieli) Sajuz wywiózł w czasie wojny. Ze 125 tysięcy została garstka. Moje pokolenie uciekło na uniwersytety. Potem rodzice uciekli do mieszkania w mieście. A co mieliśmy zrobić, skoro powojenne granica uczyniła z naszych wiosek koniec świata? Ani dokądś dojechać, ani doczekać się karetki pogotowia. Cztery pałoski nieurodzajnej ziemi? Młodzi, ale i starzy mieli jedno w głowie – uciekać z tego końca świata i od tych marnych pałosek. Wnukowie jeszcze dalej uciekną, do Berlina czy Londynu, do Ameryki. Nasza ucieczka nie ma końca. Ucieczka stanowi naszą tożsamość. Wpływamy, wpływamy w inne narody, które trwają, będąc sobą, a nami się ulepszają, asymilując.

Wikipedia podaje, że przed wojną było nas prawie milion w Polsce. Było jeszcze pół miliona Poleszuków. Jakże zmiana granic szkodzi ludziom, tj. narodom. Niszczy całe narody, krojąc je i wymuszając życie w coraz to innej ojczyźnie, nastawionej na swoją asymilację. Każda nowa ojczyzna ciągnie w swoją asymilacyjną stronę naród pokrojony i w 21. wieku. Naród pokrojony asymilować łatwo. W istocie nie ma on ojczyzny. Popada w odrętwienie. Asymiluje się machinalnie, nie myśląc. W 21. wieku takim pokrojonym narodem, który się obudził do walki o ojczyznę, są Kurdowie, traktowani ambiwalentnie przez media, bo raz to terroryści, a innym razem walczący o ojczyznę nie w kawałkach.

Po katastrofie czarnobylskiej z 215 tysięcy hektarów południowo-wschodniej Białorusi wysiedlono 135 tysięcy ludzi. Obecnie to zona czarnobylska. Białoruś została najmocniej napromieniowana. W 21. wieku Białoruś choruje od napromieniowania. To się rozciąga na całe lata. Tarczyca staje się guzowata. W Polsce też tak mamy. Mam czarnobylską tarczycę. O tym się w mediach nie mówi. Jakoby było i minęło. Nie minęło. Choruję od tego.

Ryszard Radzik w artykule pt. „Polak, Litwin, Białorusin (…)” mówi: „Po powstaniu styczniowym wzmocniła się terminologia polskości kosztem litewskości. Po likwidacji Kościoła unickiego powoli słabła ruskość jako element polskości, wzmacniając się w swym wymiarze prawosławnym, ewoluującym w kierunku rosyjskości. Białoruscy chłopi świadomości narodowej nie mieli, dość długo także i wspólnego endoetnonimu (tzn. nazwy, którą by się określali”. Niezupełnie to tak. Skoro bycie Białorusinem było zakazane lub przynajmniej naganne w każdej nowej ich ojczyźnie, to sami się zakazywali – milczeli o sobie. To milczenie o sobie nie jest tożsame z brakiem tożsamości narodowej. Lepiaj maczać lepiaj ni pryznawacca, chto ty, bo ni znajasz dnia ni hadziny, kali cibie dzieś wywiazuć abo spalać razam z twajoj wioskaju. Badacze białoruskości nie rozmawiają z żyjącymi tu i teraz Białorusinami. Mają ich pod nosem i mogliby się wiele o nich dowiedzieć z ich ust. Poza tym w języku prostym do dziś przetrwało rozróżnianie słowa „ruski” i „rasiejski”. My ludzi ruskija, i szto? W języku polskim słowo „ruski” stało się pejoratywne i tożsame z „rosyjski”. „Narody ruskie” – już się tak nie mówi, aby określić Słowian wschodnich. A Białorusini ciągle tak o sobie mówią. My ruskija, i szto? My ruskija, ali ni rasiejskija, adroźniwaj. Co ważne – prawosławie trzyma przy białoruskości polskich Białorusinów i wcale nie wzbudza tęsknoty za Moskwą. Od dawna nie ma takiej łączności pomiędzy Kościołami, aby Moskwa uprawiała rusyfikację polskiego KP. Nie możemy myśleć kategoriami z 19. wieku. Tylko ten strach – lepiaj maczy, chto ty – pozostał białoruskim strachem.

Oleg Łatyszonek w wywiadzie dla Newsweeka wymienia pełną nazwę WKL – Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie i Żmudzkie. Potwierdza to statut litewski z roku 1588. Znaczyć my byli tam ruskimi razam z kraincami i sio ab hetym pamiatajam. Heta była nasza ajczyna. Heta była ajczyna roznych sławianskich i ni sławianskich naroda. Kali skaracić nazwu wyjdzia: WKLRiŻ. Inaczej hawary Wacła Łastoski: Wielkie Księstwo Białoruskie (Litewskie) lub Wielkie Księstwo Litewskie (Białoruskie).WKB (L) lub: WKL(B). ahulnaj pamiaci prapała paczatkowaja nazwa. Była za dohaja? Patom skaracili jaszcze tak: Rzeczpospolita Obojga Narodów. Narody adnak nijak ni skaracilisa pad nowaju nazwaju. Skaracisa adno biełaruski narod, bo pabieh u palaki i rasiejcy, i razbiehsa pa kantynentach. Łatyszonek jaszcze haworyć: zamak Radziwiłła (w Mirze) zbudawa ruski prawasłany mahnat, Jury Ilinin. Mahnaty chutko pazmianiali swaju tojesnaść i wieru.

Budzę się zmęczona. Dawniej tak nie było. Ranek to był raj. Człowiek miał rano tyle sił! Budziły mnie dźwięki z kuchni. Rodzice wstawali bardzo wcześnie. Matka temperowała ojcowskie opowieści: ni hałasuj, niachaj dzicia jaszcze paśpić. Piarastań bzdrynkać na hetaj skrypcy! Naszo poru! Ta ż ranica. Dzicia spało i da dwanastaj. Jak było dobro. Nasz piewiań lez u majo wokno, stawa na padakonnik, i lamiantawa majo wucho. Kukareku! Ustawać para! Czyrwanie ad hetaj pracy nada mnoju. Sztoś tady że było ni paradku z majim zdarowjam, kali nijak ni mahła razbudzicca. Kali mnie było dziesiać miesiaca, ja pamirała. Z trudom minie adratawali. Piaralili maminu kro. I ja stała duszoju padobna da jaje.

Tolo mówi: a ty ostatnio ciągle wracasz do przeszłości, zupełnie jak moja mama.

Mama Tola ma ponad dziewięćdziesiąt lat.

Wracam do przeszłości, bo nie mam przyszłości. Sakrat hawary ceły rok: zatra ja umru. Dobro i praz rok hawaryć takija słowy. Cipier ja ich pataraju. Ni znaju, jak doho. Heta czućcio adbiraja mnie energju, wolu żyćcia. Jak mnie brakuja Sakrata! Nichto jaho ni zastupić. I Janusza brakuja, i jaho nichto ni zastupić. Mnohich cikawiło, jaki u jich budzia pohlad na heta i toja. To koniec mego świata. Nie ma pociągów, bez których nie mogłam zasnąć. I domu nie ma. Pamięć przybliża mi tamto życie coraz wyraźniej. Jestem coraz bliżej kołyski. Dusza się cofa – wraca do dziecka, do niemowlęcia. Nie chcę. Bez znaczenia jest mój sprzeciw. Należę do planety, która przecież jest każdą żywiną na sobie. Kwitną tamte akacje. Nie wezmę już do rąk ich strączków.

Żywina. Nasze słowo.

Wiarnusa da naszaho Plotyna. Plotyn żyćcio nazywaja żywinaju, ci ludzkoja, ci źwiarynaja. sio heta jaho: żywina. Takija słowo używają jaho piarakładczyk, Adam Krokiewicz. Miło. Miło, bo my damawoja źwiario nazywali żywinaju. Heta nasza mowa. I karowa heta była żywina, i koń, i parszuk, i nawat kuryca. Żywinu trebo nakarmić. Żywinu trebo pahłaskać. Z żywinaju trebo pahawaryć. Żywini trebo padasłać świeżaj sałomy. Żywinu trebo wyhnać na wyhan. Żywina ryczyć, piszczyć, jeści chocza. Szykuj jadu, idzi, pakarmi. Jak miło, szto naszy słowy żywuć u fiłasofa. My mieli paczućcio ważnaści słowa, kab ich ni kidać na wieciar i ni bałbytać. Cipier telewizary bałbyczuć, razmywajuć znaczeńnie sło. My darażyli słowam. Dzie heta prapało? Czamu czaławiek pazwoli ludziam bałbatać? Czamu ludzi marnujuć słowy? Czamu robić z jich imhłu?

My druhija. My adroźniwajamsa ad sich. Ad rasiejca adroźniwajamsa. Henry Miller baczyć adzinakawaść rasiejca i amierykanca. Bo padobnaja ziamla, szyrokaja i dzikaja. Klimat padobny. Trebo było być ćwiordym na takoj dzikaj ziamle, i chadzić z pistaletam. U Sibiry kożny maja karabin, jaszcze za kamuny tak było. Dawali żyljo i karabin, adno jedź tudy i tam pracuj. Pry tom i adnyja, i druhija żywuć u mahutnaj dziarżawie. I adnych, i druhich pohlad imperjalny. Takich ludziej stwaraja kożna imperjia. Takija imperjalnyja ludzi baruć sibie jak ważniejszych ad sich na cełaj ziamle. Hetaho nichto ni zmienić.

A my druhija, nas żywie sławianskaja dabro, a katoram my nawat ni haworym. Jano nas naturalnaja, jak nidrapieżnaj żywiny. My heta zabywajam. Sibie zabywajam.

Pierszy raz baczu, jak u naszam parku całujucca hołuby. Dwa razy pacaławalisa. Doho. Dumała, szto adzin druhomu pamahaja sztoś wyniać z dziuby. Ali nie. Jany caławalisa. Jon z jeju. Para. I zaraz jon nasie na jaje. Ni wyszło, bo chtoś prajecha rowaram. Chtoś iszo siudoju. Razahnali paru. Tolo tak samo nikoli ni baczy całujuczychsa hałubko. Splali szyi i tak trywali, dziuba dziubu. I jaszcze raz. Aż chaciełaso wykryknuć: Horko! Horko! Pij da dna, my naljem jaszcze wina. Mnohaje, mnohaje leta. Za jakojuś hałubkaju u hetym miescy zasza tańczyć jakiś hołub, chwost wałacze pa ziamle, i niczoho z hetych zalota ni wychodzić. A tut udałosa zrazumiecca ad razu. Znaczyć ptuszak jak ludziej, jeść kachańnie.

Tut iszła jakajaś hramada. Dziaczyna ad jich każa: jakieś straszne te gołębie, oczy mają straszne. Co, nigdy nie widziała gołębi z bliska? Tolo: chciała być oryginalna. Głupi babon – mówię. Jak czasem człowiek coś powie, to wszystkie ptaki uciekną – warczę nie najmądrzej. Czego ona chce od oczu gołębi?! Jany takija, jak trebo. sie ptuszki majuć swaji woczy, takija jak trebo. Hołuby majuć woczy u czyrwonych kaloskach. Pieni i kury u żotych. szulako szalonyja zialanawatyja woczy. U arło woczy jasnyja. Gołębie nagle odleciały. Potem siada na sąsiedniej ławce mężczyzna, gołębie wracają stadem, gromadzą się przy nim. Coś im sypie z pełnej garści. Przylatują większym stadem, pożerają; widocznie jest to coś smacznego, jakieś ziarno. Potem jedzą mu z ręki, tłoczą się – ufnie. A tamta baba odwróciła wzrok od ptaka. Dwie różne ludzkie postawy. Milej, znacznie milej patrzeć na tego mężczyznę. Tej babie i czyjeś ludzkie oczy wydadzą się straszne, obce, nie z tej cywilizacji?

Czytaju, szto pisza u interneci Ilona Karpiuk i zhadżajusa: cipier łatwiej tabie, kali haworysz, szto ty prawasłanaja polka, a ni biełaruska. Zno straszno. Jak ni toja, ta tamtoja proci biełaruskaści. Być biełaruskaju heta natykmiest palityczna sprawa. A my tak nawat nikoli i ni padumali. Nasza tojesnaść ni palityczna. Jana damawaja. Adno chaci my napradu sibie. I haworym, jak umiejam. Haworym pa prostu. Jak tolki paza chataju pryznajamsa da biełaruskaści, zaraz na nas panawieszywajuć nacjanalista dy faszysta. W UE my sibie. W UE sie histarycznyja miańszyny u sibie. Ab ich dbajuć. Biez hetaho pustoszycca kultura. Zmuszajuć świeżych uńjata, kab dbali tak samo sibie. W UE duszacca ad wajennych ciakaczo, ali heta druhaja sprawa. Nam strach padumać, szto Polszcza mahłaby wyjci z UE. Zno papaliby ruki szawinista? Nasz strach żywie. I jon heta tak samo nasza tojesnaść. My pamiatajam kryży na dźwiarach, napisanyja czornym ałokam. Chto chacie nas pazabiwać tady? Na maich dźwiarach by taki kryż. Moj nowy strach zastalaja minie zno hladzieć na dźwiery. Ni chaczu hladzieć, a hladżu. Jak atamat. Pierastań hladzieć na dźwiery! Heta ni tyja strasznyja hody. A szto, susiedzi heta rabili, i jany jaszcze ni pamierli? I zno prasnucca i da toj samaj raboty? Jakuś łatwo prasynacca szawinistycznym źwieram. Hetaj siaczyny nichto ni spyniaja. Nasz Redaktar Cz. haworyć: „trzeba zdusić w zarodku marsze rasistów”. Ba! Nichto ni spyniaja. I bolsz, i horsz – łada biare ich jak patryjota.

Tamara Bołdak-Janowska. Język prosty (3)

felietonisci-053. Język prosty. Słowa w języku prostym wracają do nas, ale nie wszystkie. Część na zawsze została w przeszłości. Możemy przestać uśmiercać język prosty. Jeszcze możemy. Chyba możemy? Przecież on żyje.

Chaładziec. Wykrzykuję tę nazwę. Co, chaładziec? – pyta Tolo. Chaładziec. Po rosyjsku „chasz”. Mickiewiczowski „chołodziec”.

Nikt nigdy nie spytał nas, tu i teraz żyjących, co to jest ten chołodziec, co go u Mickiewicza „łyżkami żwawo jedli”. Hańba braku pytań. A domyślali się, a dyskutowali, a czy to nóżki w galarecie, a czy to chłodnik, bo „łyżkami żwawo jedli”, a dlaczego łyżkami. Odpowiedź jest prosta jak drut: heta nasz chaładzieć, czyli zawiesista zupa na nóżkach, bardzo dobra na kaca, jak też zawczasu ratująca przed kacem. Zupa chołodziec, jak to zupa, domaga się, aby ją jeść się łyżkami. Chołodziec musi być parzący, ale nie można się nim oparzyć. Ta zupa, w zasadzie nóżki w galarecie na gorąco, smaruje gardło dobroczynnym kojącym tłuszczem, podobnie jak sało. Je się ją łyżkami – powtarzam. Czas ad czasu chaładziec my waryli i u zwykły budziań biez harełki.

Jak można żyć z brakiem odpowiedzi, kiedy odpowiedź jest? My wprost lśnimy odpowiedziami na temat mickiewiczowskich słów „niezrozumiałych”. Brak pytań, kierowanych do nas, to hańba. Umrzemy i te słowa umrą.

Nie denerwuj się – słyszę głos Tola.

Nie mogę pozostawać w spokoju, bo znam odpowiedź. Nie opinię, a odpowiedź. Nasz chaładziec astaŭsa sam dla sibie dzieś u pawietry, jak jakajaś sirota, jakoju nichto ni zaapiakawaŭsa, choć ŭsie zbiahajucca, kab ab joj hawaryć hadami, ŭpustuju. Jeśli u Mickiewicza poŭno naszaj leksyki, ta zdawałobysa, szto ad razu trebo biehczy pa wyjaśnieńnie da nas, a tut – nie. Jakby nas ni było jaszcze żywych na świeci z żywoju mowaju. A ci chtoś jaszcze waryć nasz chaładziec? Ja nawaru pryhatoŭlu spicz, szto heta takoja, hety chaładziec. Zabaczycia, jaki jon delikatny i efektyŭny. Suniacca czeraz horło jak śliskaja ptuszaczka.

Poza tym źle pojmowane obecnie jest słowo „litewski”. Za czasów Mickiewicza „litewskość” nie oznaczała w dzisiejszego rozumienia litewskości. Już wiele razy to wyjaśniałam. Już mi ręce opadają. Ten „chołodziec litewski” jest lićwiński, czyli z WKL, po prostu białoruski (i rosyjski). Mieli kaca, albo bali się kaca, to żwawo jedli łyżkami chołodziec. Gdziekolwiek pili gorzałę, a mickiewiczowskie Lićwiny pili, to chołodziec musiał być. Sama nazwa chyba jest myląca, bo sugeruje że danie to spożywa się na zimno. Nic podobnego. Danie to miało dwojaką postać. To nie chłodnik. To chasz! Mam się wydzierać? Pływali u joj tłuściańkija  chrastki. Niemiec Grass w wierszu „Zylca wieprzowa” opisał proces robienia tej zupy, więc jest ona znana w Europie. A u nas nieznana w tych dwóch postaciach, na zimno i gorąco? Fuck.

„Końskie placki” – są takie? Nie ma! Jeść tolki karowinyja placki. Ja ab jich uże hawaryła, ali prybiehli znoŭ. Ajoj! Ajoj! Jakaja zniwaha, kali ja na aŭtarskam wiaczorku adnaho aŭtaryka zajawiła, szto nijakach konskich plackaŭ nima, jak jon pisza, ni znajuczy u realnaści, a czom, chibo szto heta końskaja sraczka. Ajoj! Zniwaha. Mój suicyd, bo uże bolsz ja ni isnuju u razmolanych prapawiednikaŭ hetaj konskaj sraczki. Nu i dobro. Isnuju u druhom mieści. Ŭkinuła u Internet zapytanie: „jak nazwać konskaja haŭno”, a tam nachodżu tolki „łajno” i jaszcze prapanowy ad internaŭtaŭ: „kule” i „bobki”. Tiaaa. „Bobki” mohuć być awieczyja, a ni konskija. Lepszyja uże „kule”, ali i heta ni toja. Klocki. Bolsz jak piatelnia albo nawat kapialusz, katory chtoś nichoczuczy prysieŭ ciażkaju srakaju. Czamu ludzi piarastali być staralnymi u mowi?! Czamu uże ni tworczyja i biaz kryszyny fantazyji? Czamu zaraz, ajoj, abida za racju? Mało, abida. a jaszcze heta adrazu  hejt na ich asobu! Hejt. Pryszła moda na hetu admyczku. Piszu na FB: hejt heta tolki srejt. Jaki heta hejt, kali za jaho hajciory atrymywajuć hroszy i jakiś supiernik aŭtara u jich heta zamowiŭ? Za hroszy! U jich nijakoj waradźby nima. Jany pradajucca za hroszy, kab pazbawić supiernika rekłamy jaho asoby i jaho kniżki, bo jakiś zajzdrony chłycz u jich heta zamowiŭ. Dobro płacić, ta czamu nie? Słowy-admyczki heta ni kluczy, a waradźba u hajcioraŭ dutaja ŭsia u hety hroszy. Fuck. Chibo szto jany psichi, ali heta zaŭsim druhaja pieśnia. Fuck. Hejterom. Im się nie odpowiada tonem pokrzywdzonego. Ich się ignoruje. Racja, kryciki heta nijaki hejt. A tut hejt, hejt. Jak siem babka, tak siem babka – hejt. Fuck.

Taciana: A hety Ciarech znou zastreliŭ try gabiackija sabaki. Bo wałaczylisa pa wioskach, pa lesu. Źwiarjo razdzirali. i pa czużych padworkach szwendalisa. A ab sabaku trebo dbać. A sabacy, jeśli trymajam jaje u budzie, trebo sztodzień świeżańkaj sałomy padasłać, abo świeżańkaho sienca. Kab mieła czyściańko, miahkańko, milańko. A ni tak, szto biaz dbańja. Hałodnaja, złaja. A sabacy trebo sztodzień zupu smasznuju i hustuju zwaryć. A ni tak, szto sama lasnym źwiarjom nakormicca, dy jaszcze nakiniacca na czaławieka. Dy nu ich z niekatarymi ludźmi. Hawaryć z jimi ni choczacca. A z sabakaju ta i pahawaryć sztodzień trebo, i paskarżycca. I jana zrazumieja czaławieka. Woczy u jaje razumnyja, i ŭsio razumniejuć, kali jej sztoś apawiadajasz.  A Hreś wyjachaŭ na urlap, a swai sabaki astawiŭ. Kinulisa na czaławieka, jaki spakojno iszoŭ da Świsłaczanaŭ la jaho padworka. Czuć ni zahryźli. Piaraleźli czeraz ahradu. A i budku trebo zrabić jak chatku, cioplańkuju, nipramakalnuju.

Arszula. Arszula to było coś dużego, ciemnego z dużymi uszami. Coś jak ciemna chmura. Coś, co się z miejsca nie ruszy. Duże zwierzę. Krowa. Arszulaju my nazywali karowu. O, staić uże nasza arszula, upierłasa. Ryczyć. Daić prosicca. Nu, arszula, idziem na wyhan. Staić nasza arszula, żujku żuje. Nie znalazłam w Internecie tego słowa, nawet w słownikach gwar podlaskich. Wyskakują mi same „Urszule”. A przecież słowo to było używane, i to często, na pewno w Zubkach. Było pieszczotliwe, ale niezupełnie. Oznaczało zarazem konieczność. Oto coś trzeba zrobić dla krowy, wydoić, nakarmić, napoić. Nie można nie wykonać tego, o co prosi arszula. Jeśli słowo ma rodowód niemiecki oznacza: srakula, dupula (od: Arsch), a jeśli łacińki, to oznacza niedźwiedzicę (łacińskie: ursa; zdrobniale: ursula). Do arszuli porównywano też babę ze względu na cielesną objętość; taką dużą puszystą babę. Pryszła i staić u dźwiarach heta nasza arszula. Arszula pryszła, staić, maŭczyć. Użyte w stosunku do kobiety słowo „arszula” zawsze oznaczało, że milczy. Prykłypała da nas, na parozi arszulaju staić, choć by prymaŭku jakuju skazała. A ci jana szto ciamić? Musić sztoś ciamić, kali umieja chadzić. Arszula. Milcząca obecność. Cokolwiek było duże, zasłaniające, milczące, stanowiło arszulę. Tam rastuć karczy, ciomnyja, wielkija, hustyja, a razraślisa jak jakijaś arszuli.

Białoruskie „brazhatać” w języku prostym miało formę: brazgitać. Brazgiczasz harszczkami. Szklanki zwanili, a harszczki, łożki i naży brazgitali.

Białoruskie „czmureć”, w języku prostym brzmiało: czureć. Ja jaszcze ni aczureła. Możno aczureć ad hetaj sztadzionnnaj ŭsiaczyny. Chodzić jak aczurełaja. Chyba zgubiliśmy „z” w tym słowie przez analogię ze słowem „dureć”, „adureŭ”, adureła”.

Zamiast „tuzać” mieliśmy: turzać. Bol u kaleni turzaja. A czaho ty biaz przerwy turzajasz dzicia? Szto ty czaŭpiesz, ŭsio turzajasz maju duszu. Turzanuŭ jaho za kaŭnier i kryknuŭ: a nu, wypindywaj z majej z chaty.

Nasza twarda wymowa. Nasze jedyne na świecie słowa, które nie przeszyły w rynkową sraczkę. Nasze słowa w dzień powszedni i w święta dotyczyły spraw istotnych. Nasze słowa były święte. Nie można było opowiadać bzdur, czyli czynić ze słów śmieci. Nie tworzyliśmy wiązanek eufemizmów, aby zamydlić problem, ugrzecznić go. Chibo szto chto napiŭszysa wypuskaŭ z rotu adnu truchlacinu pad sibie, aż ŭpaŭ i ścich. Jaho truchlaciny nichto ni paŭtaraŭ, bo ni było czaho paŭtoryć. Dy jaszcze aplawuszyŭ adzin druhoho, i aboja ŭpali, i ścichli.

Słowo „bersać znaczyło nie „pętać”, ale: rozrzucać. Dzicia śpić nispakojno, paściel razbersało, a ŭpiarod razbersało ŭsie cacki. Karowa sieno bersaja na ŭsie boki. Chtoś słowami bersaja, ŭże lepiaj maŭczaŭby. Łożkami bersaja.

Psik! Koszki adhaniali ad stałoŭ słowam, to jest krzykiem: „psik”!

„Cilifon”, cilihram”. Tak uże nichto ni skaża. Cilihramy adyszli na zaŭsza, a cilifony heta cipier pierad ŭsim kamurki, choć i damawyja cilifony astalisa, ali jany uże daŭno stali nazywacca „telefonami”.

Zhadka oznaczało: wspomnienie. Zhadaj nam sztoś. Sztoś nahadywaju, ali jak czeraz imhłu.

Zieŭra oznaczało: przepaść. Iszła i baczu, szto jaszcze raz stupnu, a akażusa u zieŭry. Słowo „zieura” zawiera polskie „zianie”: ziejąca dziura, przepaść.

Zzamaładu: w młodości. Złahada: zgoda. Dabrydzień: dzień dobry.

Dobrze, że w dzieciństwie nasłuchałam się barwnych opowieści z ust wiejskich kobiet. Jakże one umiały opowiadać na pasidziełkach! Teraz w pamięci odżywają stare słowa i krzyczą, to znaczy czas krzyczy: notuj! Czas to osoba osób, bo składa się ze zmarłych i tych, którzy umrą. Czas jest pełen mówiących ludzi.

Kaŭbacić: wstrząsać. Ni możno było skaŭbacić małaka u bancy, kali uże odstojałasa śmiatana.

Zniczka: spadająca gwiazda. Adnaho razu, kali my żyli jaszcze u kaszarcy, Tolo wyjszaŭ na padworak, a byŭ pozny wieczar, ŭhladzieŭ cely roj zniczak. Hladzieŭ i hladzieŭ, a jany padali, padali. Druhi raz my razam zabaczyli cełyja roji światlakoŭ. Zaścialili ziemlu ad kaszarki da Świsłaczanaŭ. Świacili tak husto! My ni mahli pawieryć, szto heta ni kazka, a praŭda. Chacieli nabrać u żmieni, ali ni dałosa. Ruki nijak ni mahli ich schapić. Bolsz nikoli ni zabaczyli takoho fenomenu. Kab tak świacili czaławieczy słowy. U niekatarych piśmiannikoŭ słowy tak świeciać. Aleś Razanaŭ: „Nocz u suzorjach, kniha knih”.

Apluchacca. Wieki nie słyszałam tego słowa. Apluchacca możno było nichoczuczy, naprykład niasuczy wiadro pamyjaŭ. Ni daniasła da pamyjnaj jamy, a tolki apluchałasa. Druhi raz ty niasi, moża ty ni apluchajaszsa.

Śniedać, abiedać, wiaczerać. Nie stworzyliśmy tu eufemizmów polskiego typu: jeść kolację, jeść śniadanie. Polskie piękne jednowyrazowe określenia „śniadać”, „wieczerzać”, „obiadać”, odeszły w niepamięć, jakby używanie kilku wyrazów zamiast jednego było czymś lepszym. W języku polskim zachowało się słowo „objadać się” jako echo dawnego „obiadania”, i co innego znaczy. „Śniadać”, „wieczerzać”, „obiadać”: te słowa obecnie zachowały się może tylko gdzieś tam w gwarach. Inteligenci PRL uznali je za kompromitujące, bo wiejskie. Szkoda. Jednak język, aby żył, musi być napełniany współczesną treścią i rzeczywistością, inaczej stanie się archaizmem, wspomnieniem i wspominaniem. Czy ten status można nadać językowi prostemu? Próbuję. Skoro jesteśmy wciąż dwujęzyczni, to piszmy dwujęzycznie, mieszajmy języki. Zaczynam to robić. Pan Jan Maksymiuk wzywa mnie do tego, ale ja wybieram polską łacinkę. Już pisałam: bo taka tradycja istnieje (zapiski szlachty). Pan Redaktor nasz kochany, też już o tym pisałam, boleśnie przeżywa zanik języka prostego. No to mieszam oba języki. Chcę mieć w obu treści współczesne, nawet filozoficzne. Oduczam nasz język prosty treści zamierzchłych, choć i takie mnie interesują, na przykład nazwy byłych wiejskich czynności i rzeczy. Ali ni możam żyć adnymi ŭspaminkami, szto kaliści chtoś sztoś kazaŭ, sztoś tak i hetak nazywaŭ. Kaliśniajszyja macunki nam siahodnia nanicz. Tak samo fortki. I jakuś nam nanicz litaraturnaja mowa, bo jana zdajecca nam miortwaja, czużaja. U joj za mnoho prapahandy, a nima naszaj sztadzionnaj siahodniajszaj kanicieli. U prastoj mowi nam patrebny flansy. Maji sproby heta ŭsioż taki jakijaś flansy. My hawaryli: flanz; flanzy. Moża i jany nanicz. Moża heta paŭczwiertak taho, szto pomniu z mowy baćkoŭ. Wielkaho pazaranku z hetaho ni budzia. Prastaja mowa heta biełaruskaja mowa, ali miascami z druhim akcentam i druhimi kanczatkami słoŭ, a heta mnie miło i ja ni chaczu hetaho wyraczysa. I niekataryja słowy inaczej u nas huczali. My mieli naprykład „chlupu” zamiest „chalupy”.

Sztoś mnie zhadałaso. Kali mnie było siem hadoŭ i ja waroczałasa z szkoły, a była zima i wokna byli zaleplany marozam, i ja zahlanuła u wakno kufni czeraz wydźmuchanu dyraczku u hustych biełych uzorach, i ŭhledziała jakohoś monstara z czużoj cywilizacyji. Banisty czorny szlem na haławie, czorny kambinezon, wializarnyja czornyja akulary i wializarnyja czornyja boty, a ceły abwieszany bliszczanymi łancuchami. I sam wializarny pad połap. I jaszcze ceły u czornych huzakach. Bajałasa ŭwajci u chatu. Pabiehła za chleŭ i dumaju, szto na nas chtoś straszny napaŭ, szto moża wajna. Prasidzieła tam paŭhadziny. Patom hety monstar razam z mamaju wychodzić z chaty, ja aściarożno wyhlanuła, a heta nasz kalejowy stoŭbałaz. A huzaki…  taż heta jaho kambinazon tak huzakami kłubiŭsa, na hrudziach, na kalenach. Nijakaja źjawa. Swoj czaławiek.

Spatykaju adnaho mużczynu na wulicy. Jon chacieŭ ŭsunuć mnie u ruki jakojaś zapraszeńnie. Ali ja ni chaczu ŭziać. Hawaru, szto dla nikoho ni chaczu bywać publikaju. Ni chaczu razmaŭlać, kali adzin puchnia, hanorycca, a ty siadzi jak pień abo paddakiwaj, kab na kaniec paprucianieć. Nawiazywajacca razmowa. Jon byŭ żaŭnieram. Tut i tam. Najomnik znaczyć? Najomnik.

I jon mnie każa, sztoś, czaho ja ni mahu zabycca: wiarnuŭsa, bo tut i tam trebo było zabiwać swaich, znaczyć palakaŭ. I tut, i tam. Jak heta paniaŭ, ta ŭiok. Dali ameryturu, kab tolki stuliŭ rot, kab ni hawaryŭ, szto tut i tam czaŭ piecca.

Jon mnie ni chacieŭ skazać, dzie hetak czaŭ
piecca. Skazaŭ szto ŭwiaździe, dzie hramadzianskija wojny. Spytaŭsa, ci możno wyżyć z pisańnia kniżak. Nie. Ja ni mahu. Mnie ni dajuć.

A z waszaj amerytury możno? Skazaŭ: możno, bo dali wielkuju, kab tolki stuliŭ rot.

Hety mużczyna, duży, ścipły, byŭ jakiś mnie simpatyczny. Ni zhubiŭ serca, buduczy najomnikam. Ni zhubiŭ sumleńja.

Gwiazdy się w nas wpatrywały

zajazd_do_naraju

Raz do roku w wyludnionej wsi Narejki (Фота Міры Лукшы)

IX Zajazd do Naraju

Życie. Już dziewiąty Zajazd! To narajskie literacko-muzyczno-teatralne widowisko w bezludnej przygranicznej (granica UE) wiosce Narejki przedłuża życie mojej książce „Rzeczy uprzyjemniające. Utopia” i przywraca wiosce życie, no i daje nam, uczestnikom, chwilę utopijnej szczęśliwości. Opisywałam to wielokrotnie w esejach, które można przeczytać na internetowych stronach „Czasopisu”, więc tylko krótko wspomnę, że stałam się reżyserką corocznych narajskich improwizacji. Zajazdy oparte są na improwizacjach gości, którzy na ten czas stają się pokojowym i wynalazczym plemieniem Narajów z mojej książki-utopii i dzielą się z pozostałymi refleksją, scenką teatralną czy wierszem. Nie istnieje podział na my – wy, tj. nie ma tradycyjnie sztywnej sytuacji, kiedy mamy tu tablo/nadajnik, a tam znudzoną i cierpiącą  publiczność. Tablo/nadajnik zazwyczaj mówi mętnie, śmiertelnie poważnie, unika odpowiedzi na pytania publiczności i właściwie nie jest nimi zainteresowany. Nie jest zainteresowany ani stanem publiczności, męczącej się nasiadówą, ani myślami publiczności, ani jej problemami, ani jej uczuciami, ani stanem świata, ani tzw. bolesnymi problemami. Ma się odbyć robienie trumny na zadany temat i koniec. Zadanie: przy pomocy zmasowanej reklamy zwabić tłum. Odbębnić. Wykonać trumnę tematu. Publiczność potraktować jak trumnę, bo co „oni tam” mogą powiedzieć. „Oni robią mi widownię”. Wziąć honoraria. I to wszystko. Potem nie ma dyskusji. Potem nie rodzi się z tego żaden poważny fakt w realu, choćby typu: przeżyć to jeszcze raz.

Spęd bez tego narajskiego pragnienia „przeżyć to jeszcze raz” jest jednorazową torturą dla każdego, kto posmakował choć raz raju Naraju bez tej selekcji: tu my, tam wy. Chociaż są osoby, które biegną na kolejne spędy, myśląc że staną się jego ważnym elementem. A skąd! Na spędach nie macie imienia.

Nie udało mi się porozumieć z Trialogiem w Krynkach, aby nam się nie pokrywały terminy, albo żeby chociaż poinformowano mnie w porę o terminie Trialogu, a tak o to prosiłam. Organizatorzy Trialogu zbyli moje prośby milczeniem. Jak w ub. r., tak i w tym to nie była gra fair, zwłaszcza że to już drugi raz pozbawiono mnie możliwości promocji naszego zjawiskowego Naraju. Nawet Wrota Podlasia zignorowały informację o IX Zajeździe. Tym razem miałam totalną blokadę. Jedynie Dyrektor GCK w Gródku spisał się na medal, dając wyczerpującą i miłą  informację na swojej internetowej stronie. Dziękuję.

Lubię luz i szczęśliwość. Gdzie to znaleźć poza Narajem?

Tak żyje i tak umiera moja książka-utopia. Każdy uczestnik Naraju starzeje się o rok, i ten młody, i ten stary. Dla młodych to rok życia na jeszcze długiej drodze. Dla starych to chwila szczęścia, czasem ostatnia. Dla mojej utopii to co roku cdn. i nowi bohaterowie. I, że się tak wyrażę: nowe siwe pasma w jej włosach. Tak jest. Książki też siwieją. Ich siwizna dodaje im uroku i znaczenia, albo nie.

parebski

Powitalna ceremonia (Фота Міры Лукшы)



Motyl. Naraj 2016 zaczął się w przeddzień. Pierwszy gość przyleciał na własnych skrzydłach, a był to pawik. Sto lat nie widziałam tego motyla. W Olsztynie latają po parku same seledynowe i drobne, najzwyklejsze. Pawiki są bajecznie kolorowe, okazałe, królewskie, arlekinowe. To składał, to rozkładał skrzydła, siadając to tu, to tam na parapetach werandy, a wreszcie osiadł na stole, na serwetce i spijał z niej coś. Chyba resztki wina. Połyskiwał amarantem. Trzepotał po poręczach. Odleciał. Przyleciał. Znowu ssał wino z rowków w serwetce (to plecionka). Pomyślałam, że zwiastuje narajskie szczęście. Druga myśl była rozpaczliwa: będziemy jutro w Naraju tak trzepotać naszym pięknem, jak ten samotny motyl. Bałam się, że w związku ze zmasowaną reklamą Trialogu i blokadą informacji o Naraju skurczy mi się liczba Narajów do zera.

 

Drugi drogi gość Naraju. Tolo przywiózł nam z dworca w sobotę, czyli w dzień Naraju, Katarzynę Boruń-Jagodzińską. Jak dobrze. Katarzyna z kamerą (kamera z SPP w Warszawie, notująca ważne dla kultury zjawiska).

Katarzyna ma rękę do robienia małych filmów. Świetnie montuje materiał. Równie świetnie dobiera muzykę, kiedy coś filmuje dzień po Naraju. Dwa filmiki z któregoś z poprzednich Narajów zmontowała tak perfekcyjnie, że poeta z Niemiec (w tym roku nieobecny) stwierdził w mejlu do mnie: Cudo! Mistrzostwo świata! Nie widziałem lepszych w całym Internecie!

Jak dobrze, że mieliśmy tę warszawską Narajkę 2016.

Natychmiast sfilmowała motyla, ssącego wino z serwetki.

 

Potem. Potem Katarzyna przeczyta fragmenty ze swojej książki „Pożar w operze”, pięknie wydanej przez „miniaturę”. Utkwiły mi frazy o kobiecie:

Śmieszne. Tu palce mi zgrubiały,
a ręce wciąż bolą
od krów dojenia,
od noszenia broni,
bez żartów,
wcale nie od rozmów.
„Ona taka wrażliwa”
mówiliście o mnie
Bo tylko Oni mają tę wrażliwość”.
I jeszcze ta wcześniejsza fraza:
Wiem to dopiero dzisiaj.
I to, że w melodii skwierczą
płonące stosy.

Dziękuje Katarzynie. Nagrywała całość Zajazdu profesjonalną kamerą i profesjonalnie, więc niebawem pojawią filmy na YouTube. Dwa już się pojawiły.

Powitanie. Przybył minibus z gośćmi z Gródka. Była to grupa literacka Kłosy i orkiestra Chutar. Wraz z nią przybyła Mira Łuksza (poetka z Białoruskiego Literackiego Stowarzyszenia Białowieża), pisząca po białorusku i polsku, współpracująca z Niwą), no i nasza stała orkiestra – kapela Chutar Haradok.

Zgodnie z planem miałam wycofać się w głąb werandy, następnie podejść i zatrzymać się na  schodkach, bo Chutar przygotował całą ceremonię stopniowego witania mojej osoby. Zagrali mi marsza, wręczyli kwiaty i prezenty, recytowali okolicznościowe wierszyki. Zaśpiewali Mnohaja leta. Motywem Naraju 2016 była moja okrągła rocznica urodzin: 70. Temat: Urodziny! Urodziny!

Dziękuję.

Dziękuję kapeli Chutar za granie w Naraju.

Na YouTube jest już film z oszałamiająco uroczystym powitaniem mnie przez kapelę Chutar.

 

Potem. Potem Mira przeczyta swoje wiersze o drzewach. Utkwił mi w pamięci ten o jesionie. Z jesionu przed wiekami Słowianie wykonywali broń, ale – jak mówi Mira: ważniejsze były łyżki i miski/ i dla dziatek jesionowe kołyski.

Potem Grupa Kłosy przeczyta swoje wiersze w języku białoruskim.

Potem Asia Czaban przeprowadzi ze mną rozmowę. Chyba nie wyszłam w niej poza powtórki z Kanta o człowieku, który jest albo liberum (wolny), albo brutum (zwierzęcy), ale czy to nie warte po-Kantowskiego powtarzania? Wciąż to nie banał, choćbym po Kancie powtarzała te słowa codziennie. Dziękuję.

chutar

Zajazd – literacko-muzyczno-teatralne widowisko na tarasie dobudowanym do dawnego wiejskiego domu (Фота Міры Лукшы)

 

Joanna Troc. Naraj 2016 uświetnił jednoosobowy teatr Czrewo Joanny Troc. Cały Naraj czekał, aż się ściemni, bo tylko wtedy mógł się odbyć spektakl, w którym ważne są światła i światełka. Joanna zagrała mój monodram o św. Kseni, a zrobiła to fenomenalnie, na luzie i w narajskiej szczęśliwości – w pełnej symbiozie z widzami w kocach i kurtkach. Poruszyła ich. Teatr długo montował się na końcu podwórza. Joanna z mężem przywieźli elementy scenografii, ale potrzebne były przedłużacze, świece, świeczki. Znalazłam w szufladach starych kredensów w chacie mojej córki.

Monodram o św. Kseni napisałam w ubiegłym roku na prośbę Joanny dla jej teatru i na jej prośbę przetłumaczyłam na język prosty. Ten język to ukochana przeze mnie ludowa wersja języka białoruskiego, także język domowy litewskich Polaków. I przypomnę: to był urzędowy język Wielkiego Księstwa Litewskiego. Premiera odbyła się rok temu w Operze i Filharmonii Podlaskiej na II Festiwalu Teatralnym ODE, organizowanym przez Joannę. Osoby zainteresowane treścią spektaklu i historią św. Kseni odsyłam do pełnej wersji monodramu w języku polskim – jest opublikowany na filozoficznym portalu Sofijon pod tytułem „Ksienia Andrej Fiodorowicz Pietrow”. Rzecz dzieje się w 18. wieku w Petersburgu, do którego w tamtym czasie masowo przybywali Polacy, inżynierowie i artyści. W pierwotnej wersji z Sofijonu są obecne elementy polskości i dużo humoru. Sofijon należy do Elżbiety Binswanger-Stefańskiej, kobiety myślącej.

Jeszcze inna moja wersja Kseni (w języku prostym) ukazała się w „Czasopisie” (jest w Internecie).

Na pytanie Tola (jeszcze w Operze Podlaskiej), dlaczego Joanna Troc wybrała z treści mego monodramu tylko mękę miłości, odpowiedziała, że dla młodej osoby to jest ważne, miłość.

Teatrowi i widzom przyświecał Wielki Wóz i inne wzory nieba nad nami. Gwiazdy były także naszymi widzami. Zdaje się, że przybliżyły się do ziemi i wpatrywały się w nas – jednookie, ale dobrze widzące. Omal nie powpadały nam za kołnierze. Źle mówię. One miękko i świetliście osiadały nam na czołach, tworząc dodatkową scenografię. Nadal źle mówię. One, te oczy gwiazd, przybliżyły się do nas na sukienkach z linijek światła jak na pojazdach z kierunkiem: w dół. I kucnęły na swoich nogach z drobnych igieł w kroplach rosy. I stały się szlifowanymi brylantami tego podwórka. Wiem, że porównywanie kropel rosy z brylantami brzmi banalnie, ale to był bardzo rozległy autentyk. Dodatkowa wysadzana klejnotami scenografia. Mogłabym też powiedzieć: gwiazdy nam tak pięknie nasikały.

Spektaklem zakończył się nasz dzień narajski.

Dziękuje Teatrowi Czrevo.

Na YouTube jest już film z tego spektaklu na podwórku w Narejkach pod gwiazdami.

 

Tolo: A w tej chacie naprzeciwko jakieś kobiety komentowały spektakl. Jedna mówi: A potem  biały obrus jak wystrzelił do góry! Wysoko!

Wioska podglądała spektakl oczami wczasowiczów (po głosach sądzę, że nie były jedynie narejkowskie, czyli tradycyjnie emeryckie i słabnące). Bardzo dobrze.

Ten „biały obrus” był elementem scenografii i treści: Joanna wystrzeliła z teatralnej racy stado połyskliwych motyli.

Kończę miniaturą Tola (z cyklu „Pocałunek oka”):

Pod foremną gwiazdą

jestem drobny i spluty.

Tolowi dziękuję za modyfikację swego dwuwiersza. Pomyślałam, że „pięknie spluty” to dobry tytuł dla tego szkicu. Przez chwilę pomyślałam też, że równie dobry byłby tytuł „A gwiazdy nam tak pięknie nasikały tej nocy”. Ale redakcja wolała swój.

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Język prosty

felietonisci-051. Czy to język, czy dialekt? Gwara? Język. Ludowy białoruski? Nie taki ludowy. To sytuacja, kiedy urzędowy język WKL, język warstw wykształconych i niewykształconych, zachowany został przez wieś, a więc podlegał ustnemu rozwojowi. Już w WKL przecież nazywano go językiem prostym. Przecież to z WKL sprzed wieków mamy zwrot: hawaryć pa-prostu. Zawsze tak było, że to chłopi ocalali język. Tolo: Ależ tak! Języki przechowywali chłopi. Język polski też. Tu był luz. Wolna słowotwórczość. Przez wieki media nie narzucały poprawnościowego, lecz ubogiego slangu dziennikarzy, jak dziś. Ludzie nie bali się mówić. I nie bali się kontroli, że może coś powiedzą niepoprawnie. Język barwniał. I było w nim dużo poczucia humoru, żartu.

Dodaję: I języki różnicowały się po wioskach, nie przestając być danym językiem, i literacki język z tego pił. Aż do dziś. Dziś media narzucają poprawność polityczną, a na nią składa się kilkadziesiąt eufemizmów i czasowników języka urzędowego. Tylko tyle. Gotowe frazesy. Każdy język, zachowany przez chłopów, marnieje w naszych czasach, bo zastępowany jest przez kilkadziesiąt dziennikarskich słów, które nie są trzonem języka, lecz jego pianą, a w niej pełno pospolitych byków. Znikają nawet dialekty. Gdzieś się przed tym bronią, i nie tylko chłopi, na przykład na Śląsku. Dziś media mówią gwarą. Beznadziejna, pusta znaczeniowo telewizyjna gwara! Tępa, ogłupiająca.

Monika Stępień, młoda osoba, o której już napomknęłam w jednym ze szkiców, mówi, że zakochała się w Podlasiu i nieznanym jej języku z okolic Orli. Mówi, że była tam jedyną Polką. Zwiedzała Podlasie. A więc ten język żyje tam, gdzie ostały się białoruskie wiejskie skupiska. No i żyje on w domach miejskich, u ludzi starszych, choć niekoniecznie. Znam młode miejsce małżeństwa, które rozmawiają z dziećmi pa-prostu.

Językiem prostym posługiwali się również Polacy. Szlachta. Księża katoliccy. Wszyscy zresztą w WKL, skoro to był język urzędowy, a zarazem język wsi. Nic go nie krępowało i nie chowało po domach. Gdziekolwiek dziś ktoś mówi pa-prostu, nadal jest obywatelem WKL. Nobilitujące obywatelstwo.

Na internetowych stronach Sokółki mamy wołanie o ocalenie tego języka, bo jest „piękny”, „uroczy” – tak go widzą przybysze z innych regionów Polski. Rzeczywiście taki jest. Jest miękki, aż baśniowy. Ale mogliby nazywać go językiem, a nie gwarą. Pytam Tola, czy by zrozumiał, gdybym polską łacinką napisała cały esej o języku prostym. Odpowiada, że nie, bo umknęłaby mu melodyka tego języka, akcent ruchomy, więc czytałby z trudem, nawet w polskiej łacince. Chyba że mu to przeczytam, wtedy zrozumie wszystko. Wkrótce okaże się, że czyta swobodnie, czując melodykę. Co do akcentu: ogólnie u nas dzieją się z nim durne rzeczy, skoro nawet łacińskie dura lex telewizyjna dziennikarka wymawia jako duraleks, z akcentem na przedostatniej sylabie, na „a”! Litości! Na boga! To nie żaden „duraleks”. Łacina to nie język z PRL, któremu trzeba przydać „nowoczesności” w postaci kuśtykania akcentem na przedostatniej sylabie. Co za durna moda. Gwara. Wymowa też staje się kuriozalna. W ramach nowoczesnej ogłady już nawet słowo „qua­si” jest wymawiane jako „kłazi”. To brzmi „kwazi”! To łacina, a nie angielski. Kurde. Gwara! Fuck! Znowu przeklinam angielskim barbaryzmem.

Googlam pytanie: Język prosty a białoruski – i znajduję potwierdzenie tego, co napisałam na początku, ale jeszcze coś nad wyraz interesującego. Z rozmowy Mikołaja Glińskiego z Lawonem Barszczeǔskim wynika, że język o trzech nazwach, prosty/ruski/białoruski, był zapisywany aż czterema alfabetami! Prócz cyrylicy i polskiej łacinki, były jeszcze dwa alfabety dla języka prostego, Żydzi pisali pa prostu alfabetem hebrajskim, Tatarzy alfabetem arabskim. Czyli język prosty/ruski/białoruski dobrze miał się w licznych alfabetach, w takich, które znały piśmienne liczne narody WKL. Trzy nazwy, cztery alfabety.

Dla mnie język prosty jest językiem białoruskim. Ilekroć rozmawiam z poetami białoruskim, posługując się językiem prostym, i wyrażam obawę, że może mówię trasianką, oni niezmiennie wykrzykują: aliż wy haworycie wielmi dobro pa biełarusku! Różnice w końcówkach słów czy wymowie nie są zatem tak istotne. I nie jest taka istotna nasza chłopska zmiana w języku, a miejscowy koloryt, miejscowe słowotwórstwo, tylko dodaje uroku. Przecież to taka różnica jak pomiędzy językiem polskim w Polsce a językiem polskim na dzisiejszej Białorusi, czyli w byłym WKL, czy też językiem polskim, jaki kwitł w WKL za sprawą protestantów. Z pewnością nikt nie nazwie języka polskiego z WKL i dzisiejszej Białorusi – gwarą czy dialektem! A język prosty uporczywie zwie się gwarą. Zbyt nikła różnica z językiem-matką, aby miała to być gwara. Matki nie ma. Matka umarła wraz z WKL. Matka żyje, choć umarła. Język literacki białoruski pobiegł inną drogą, trochę zruszczył się. Dobrze się jednak rozumiemy. To nadal matka, choć nieco cudzoziemska. Nasza prastaja mowa ad papiaredniaj maciary. My joju apiekawalisa. My jaje ni zabylisa. Sionniajsza i ǔczarajsza maci spatkajucca, ci nie? Taż heta adno. Ja daju jej lusterko. Pahladzi, maci, heta ty. Prastaja mowa.

Coś jeszcze ważnego znajduję w wyżej przytoczonej rozmowie Glińskiego z Barszczeǔskim: wukaelowa czy też postwukaleowa szlachta marzyła przed powstaniem styczniowym o „byciu Polakami”, ale nie w sensie etnicznym, tylko państwowym. Celem była odbudowa ogromnej wielonarodowej Rzeczpospolitej. W WKL i Polacy byli Litwinami (Lićwinami), czyli obywatelami WKL. Stan ten nie oznaczał „chwiejności” tożsamościowej. Jeśli żyło się w WKL, gdzie obywatelskość miała status nadrzędny nad etnicznością (wówczas mozaikową), to siłą rzeczy było się Litwinem, obywatelem. I na tej wielonarodowej obywatelskiej zasadzie szlachta chciała być Polakami. Nie udało się.

Nadal mamy tendencję do mylenia narodowości z obywatelstwem. Żenująca niechlujność, niewiedza. Poczucie obywatelskości musi istnieć nad poczuciem etniczności, ponieważ to ona wymusza demokrację i demokratyzowanie się. Stawianie etniczności nad obywatelskością prowadzi do nacjonalistycznych reżimów, a coraz częściej do wojen domowych w państwach narodowościowo mozaikowych, kiedy nagle jedną z narodowości ogarnia szał panowania nad resztą. A gdzie innych narodowości mało, w wyniku rozszarpania WKL na sztuki, tam prymat etniczności nad obywatelskością równa się morderstwu na mniejszościach, a w istocie na resztkach narodów WKL. Nieobywatelskie powodowanie dramatu w 21 wieku.

Na stronie Dziedzictwo Językowe Rzeczpospolitej znajduję interesującą informację (Michaluk), że przed 16. wiekiem wszystkie ruskie ziemie WKL nazywano Białą Rusią, a dotyczyło to nawet Kijowa. I ǔwiaździe hawaryli na prastoj mowie. Sionnia u minie niprapadajuczaja paczućcia, szto u realnaści żywu u adnoj z ciesnych czaściej raździelanaj krainy, kaliś ćwituczaj. 

Zastanawiam się, czy można o nas powiedzieć następująco: My ŭże byli. My ŭże żyli. My uże ŭsio swajo prażyli. Horsz. My uże ŭsio swajo pradali. My ŭciakli kudy woczy paniaśli.  Jaszcze horsz i adnaczasno pryczyna: nas razahnała nowaja miaża, katoraj u hetym miescy nikoli ni było. Nas razrezali. My ni mahli prywyknuć da nowaj miaży. Nikoli ni prywykli. Maja mama ni mahła pajści u les, u katory ŭsie chadzili pierad wajnoju. Ni mahła adwiedać swajakoŭ, bo jany akazalisa za miażoju. Nikoli bolsz ich ŭże ni zabaczyła i ni pahawaryła z jimi. Tak samo baćkawy swajaki astalisa u Horadni i jon nikoli z jimi ŭże ni zabaczyŭca, ni adwiedaŭ jich i ni pahawaryŭ. Ni mahli pajechać u Waŭkawysk ci u Horadniu, jak kaliś swabodno rabili. Swajaki stalisa czużymi. Miaża pahnała ludziej u druhi kirunak, u Biełastok, katory naczaŭ razrastacca, bo i siudy my paŭciakali, hubiaczy naszu prastuju mowu. A kali my wiartajamsa da prastoj mowy, heta znaczyć, szto pastareli i śmierć sidzić nam na nosi. Choczam za każduju cenu pahawaryć, choć z saboju, da lusterka, papisać pa prostu, kab choć jaszcze raz paczuć dziacinstwo i prysutnaść pryjacialaŭ. Z dziaćmi i ŭnukami tak nie pahaworym, bo jany piarastali hawaryć ni tolko z nami, ali i z rawieśnikami. Piszuć esemesy, sztoś tam w interneci, sztoś tam pawykrykiwajuć czeraz kamurku, i heta ŭsio. Jany haworać z maszynami i ni hubami, tolki rukami, i biaz waczej. Ni razwiwajuć nijakoho jazyka, chibo szto angielski, czuży, ali wielmi cool. A nasz angielski najwyżaj poor, bo jon nam ni byŭ patrebny. I dobro, szto choć poor. Na biełastockich wulicach my na prastoj mowi bajalisa hawaryć, a jeśli, ta zaraz ahladalisa, ci chto ni paczuŭ. Durny byŭ hety strach, ali byŭ. I sionnia jon żywie u mnohich. Szto tut dziwiacca siońnia na Sakolszczyni, szto „piękny, uroczy język” piarażywaja swoj kaniec. Szto możam zrabić? My majam u sabie sztoś takoja, szto możam nazwać histarycznym stracham. Najmieńsz milion ludziej u nas razumieja prastuju mowu, ali z hetym stracham. Ali ci jany ŭsie czytajuć kirylicu? A praczytajuć swabodno prastuju mowu, pisanuju polskaju łacinkaju? Moża chuczej takuju, kali i dla Tola akazywajacca heta u paŭnie dastupnym. Na sajtach Sakolszczyny piszuć polskaju łacinkaju. Szczyryja sajty, miłyja.

Maja wykształconaja szkolnaja kalażanka, katoraja ceły czas haworyć na prastoj mowie u chaci, każa, szto nijak ni moża czytać biełaruskuju kirylicu. My ni wuczylisa u szkoli biełaruskaj mowy. Jana każa, szto moża czytać ruskuju kirylicu, ali z hetaju biada: zabywajacca. Czytaja polskija teksty. Jana umieja talentawita hawaryć na prastoj mowie, apawiadać, tak jak jaje maci. Jaje słuchać: czystaja zachapleńnie, i słuchać jaje stareńkuju maciaru (94 hod żyćcia) heta czystaja zachapleńnie. Mahłaby sztoś napisać polskaju łacinkaju, ali ci heta pryjemlimo?

Pryjemlimo. Taż prastoj mowie jaszcze ŭczora służyli aż czatery alfabety! Heta nijakaja niraszliwaść, nijakoj dyrdyhan. Heta: wolnaść, ci jak każuć sionnia: wola.

Tamara Bołdak-Janowska. Rozciągłość

Tolo mówi: powiem ci, jak jest po białorusku „ziewać”, bo na pewno nie pamiętasz. Ciekawe, czy pamiętasz. Pamiętasz?

– A ty skąd znasz to słowo? Usłyszałeś na Biełsacie?

Tolo: Na Biełsacie. I bardzo mi się to słowo podoba. Pamiętasz, czy nie?

– Zaraz. Przecież muszę je znać. Matko. Nie pamiętam. To jak brzmi?

Tolo: Paziachać.

Paziachać. Słowo z dzieciństwa. Przecież mówiliśmy: dzieci paziachajuć, para spać. Przecież mówiliśmy: ceły dzień paziachajacca, bo nawat ni prylahła u dzień choć na pahadziny. Mai słowy ad minie adychodziać nazad, i tam trymajucca majej chaty z żywymi baćkami. Jak ja mahła tak pazabywać sztadzionnyja słowy! Pamiać miascami heta adłoh. Tam lażać słowy jak mahiłcy. Aliż heta słowo żywoja, kali ty czu jaho na Biełsaci. Znaczyć żywie dzieś u ludziej.

Tolo: A określenie na zdarawiec, znasz?

Tak my kaliś hawaryli. Ni pamiataju, z jakoj akazji. Da dzieciaci, kali czychnuło, ci kali pili wodku?

FB pacza uspaminać majo żyćcio. Rysunki z-pierad dziasiaci hado. Zdymki, na jakich ja jaszcze maładaja. Mnie stało ni wielmi dobro, kali tak pierahladywała swajo żyćcio. U dadatak ja stała czytać sich ważnych fiłasofa, ad Platona czeraz Plotyna pa Kanta, Hegla i Heideggera, i hety fejsbukowy pierahlad iszo razam. Kaliś hetych fiłasofa że raz czytała, ali tolki cipier ja ich razumieju i heta tak samo, jakby ja piarahladywała majo żyćcio. Siahodnia adnyja fiłasofy padabajucca, druhija nie, bo ich ni możno piaracianuć u 21wiek (jany abo antysemity i mizaginy, jak amal sie, abo liczać niemca za adziny dziejsny narod, jak Hegel i Heidegger). Dla minie astajecca ważnym pierad sim Kant.

Przecież to Kant spowodował powstanie Ligi Narodów i ONZ, jako międzynarodowego ciała ludzi dobrej woli, nieustannie napominającego o obowiązku pokoju. Kant żądał apodyktyczności postulatu pokoju, a także napominał, że każdy człowiek jest zdolny do moralności: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Nie można zapomnieć tej Kantowskiej myśli, tożsamej z wezwaniem do trzymania siebie w moralnych ryzach. Uważał, że człowiek z natury jest zły, złośliwy i zakłamany, ciągle udaje lepszego niż inni, ale zdolny do dążenia ku Dobru, do moralności, do bycia lepszym. Ciało międzynarodowe, jak ONZ, z apodyktycznym postulatem pokoju, musi być ciągle słyszalne, musi ciągle przymuszać państwa do rezygnacji z rozwiązywania konfliktów przy pomocy wojen, bez wtrącania się w wewnętrzne sprawy danego państwa, ale jednak nieustępliwie, tj. bez końca i głośno nawołując do pokoju. Kant pozostaje rozciągły, tj. jest aktualny, żywy. Był filozofem zachodnio-wschodnim. Höffe, jego wielki komentator, twierdzi, że Kant liznął rosyjskości, bezpretensjonalnej i luzackiej, za pierwszej rosyjskiej okupacji Prus, i wtedy rozkwitła jego filozofia. Kant jest nasz, tj. nieuprzedzony do wschodnich Słowian. Wg niego, czas naszego życia musi biec zgodnie z pytaniem: co widzę i co mogę zrobić na rzecz Dobra?

To, że mówię o rozciągłości w czasie, ma związek z fejsbukowym przeglądem mego życia i filozofami, dużo mówiącymi o czasie, jak jeszcze np. Plotyn, a także z białoruskością, która traci rozciągłość, i w ogóle ma to związek z człowiekiem. Człowiek traci rozciągłość losu i czuje, że traci. U starych ludzi pojawia się depresja, bo czują tracenie rozciągłości w czasie. Smutni są. Tępieją. Chorują, a zbyt często nie stać ich na leki i stają się jeszcze smutniejsi, samotni.

Wg Plotyna, nie czas nas mierzy, tylko my mierzymy sobą czas. Jeśli czuję, że mną już prawie zmierzyłam czas, to zmierzyłam według tego czucia – przez ujrzenie siebie, dobiegającej życia. Czas, wg Plotyna, nigdy nie jest dokończony. Ciągle ktoś go mierzy sobą. I ptak mierzy sobą czas. I koń mierzy sobą czas. Przede wszystkim ciało mierzy czas poprzez ruch w nim samym, aż do słabnięcia i kresu. Jesteśmy w ten sposób rozciągli. Dusza porusza się w jej własnym czasie, ale jej ruch nie jest rozciągły, bowiem nieustannie dotyka tego, co jest-jako-jest, niezmienne i nieporuszone, a co nazywamy Bogiem, absolutem, wiecznością, nie-światem, niebytem. Jakkolwiek to nazwiemy, dotykamy z nadzieją, że jednak tam coś jest. Nie ma człowieka, który by nie doznawał własnej marności, zmęczenia cielesnym życiem, poprzez dotyk tego czegoś, co widzi w tęsknocie jako niezmiennie trwające i nie podlegające zniszczeniu, spokojne, pokojowe, pozacielesne i pozazmysłowe, i być może jest to Nic, ale niekoniecznie. Może to być żywa, choć nieosobowa matematyka. Można stwierdzić oczywiście, że się tego czepiamy jak ratunku, którego nie ma, a który mogą znaleźć ludzie wierzący, dopóki żyją. Dusza w jej własnym czasie obcuje z tym, co dana religia jej przynosi, jeśli nie staje się fundamentalizmem, jeśli nie kostnieje, jeśli nie prowadzi do politycznego terroru. Duszę coś buduje, a coś niszczy i spycha w dół ku podłości i bandytyzmowi. To martwa dusza. Dusza zbyt łatwo rozprasza się przez byle kogo, kto po trupach wylezie na przywódcę i będzie zachęcał do pastwienia się nad innym narodem, prowadząc masy do takiej lepszości. Dusza staje się pozbawiona umysłu i skazana na ślepy pęd – mówi Plotyn. W ten sposób tracimy naszą obecność w wątku umysłowym. Stajemy się nierozumni.

Mówi się: prawosławie to Plotyn, kontynuujący Platona. Plotyn nie zostawia nawet cienia nadziei na życie pozagrobowe, choć mówi o duszy i duszy świata, ale mówi jedynie matematycznie, tworząc tzw. matematy. Matematyczne trwanie po śmierci nie jest tym samym, co rzeczywiste trwanie z oczami i uszami, i innymi zmysłami, a przede wszystkim z pamięcią. Duszę mamy, dopóki żyjemy. Jest związana z ciałem, z narządami, a przede wszystkim z myśleniem, z umysłem. Nieśmiertelność możemy jedynie pomyśleć naszym śmiertelnym mózgiem. Wg Plotyna, dusza po śmierci ciała nie będzie pamiętać życiorysu osoby. Związać Plotyn z prawosławiem, znaczy uznać prawosławie za filozofię egzystencjalną, jak robił to Dostojewski, Bułhakow czy Floreński. Jeśli prawosławie czy inne wyznanie ugrzęźnie w katechetycznych formułkach, traci moc filozoficzną. Dla mnie prawosławie jest nadal egzystencjalną filozofią poza formułkami. Jest tak, dopóki rozmowa z duchownymi jest interesująca i nie zawiera wyniosłych pouczeń. O życie pozagrobowe ja się nie kłopoczę. Trudno sobie robić plany na życie pozagrobowe. Czy ktoś je ma? Wg Plotyna dusza jest liczbą. Liczby nie widać. Dusza jest liczbą w wątku rozumnym. Ludzie tworzą wątek rozumny. Takim wątkiem rozumnym jest dusza zwierząt i roślin, ale bardziej prostym, bardziej zależnym od rozumu wszechświata. Ustrój kosmosu, jego ład, wynika z niewidzialnego rozumu wszechświata.

Plotyn, choć nowożytny przecież, tzn. ostatni wielki filozof grecki, odwołuje się do Zeusa jako najmocniejszego z bogów (woła: na Zeusa!), i mówi też o innych bogach, także żeńskich. I ani słowa o chrześcijaństwie, które przecież wtedy już było. Nie było doniosłe od razu? Poza tym od filozofów odrzuca mnie ich mizoginia, której najmniej u Kanta. Plotyn też okazuje się ostatecznie mizoginem, kiedy przypomina akt stworzenia kobiety: Pandorę, pierwszą kobietę na ziemi, stwarza Prometeusz i inni bogowie, jak Afrodyta i Charyta, po czym Prometeusz odrzuca ją, ale Herakles podejmuje trud wyzwolenia kobiety spod tej niechęci stwórcy – czyni ją wolną i z umysłem. A Plotyn nadal nazywa Pandorę pejoratywnie: „ten twór”. Mizoginia nie przemija. Czytający mizoginicznych filozofów utwierdzają się w mizoginii. Chrześcijański monoteizm ściska bogów w jednym Bogu Ojcu bez imienia, a Afrodyty i Charyty już nie ma, a kobieta co? Pozostaje jako „ten twór”, odrzucony przez stworzyciela Prometeusza? Przecież Herakles ją wyzwala. Mimo to Plotyn nie rozwija wątku wolnej myślącej kobiety, pomija starożytny heraklesowy trud wyzwolenia jej. Potem, w toku rozwoju chrześcijaństwa, w nowożytności, wolna myśląca kobieta nadal jest niższa w historii od mężczyzny. Wg Plotyna, tkwiącego jeszcze w starożytnej Grecji, pełnej bogów, duszę stworzył Kronos, czyli ten, który jest Syty Umysłem. I potem ścisnęliśmy tę mnogość bogów w jednym Bogu. Bogowie to były umysły i byli w naszych umysłach niby współcześni psychologowie. Wielość bogów zapobiegała fundamentalizmowi religijnemu, bo jeden bóg nie gromadził tłumu przeciw innemu tłumowi, tj. każdy bóg za coś innego odpowiadał – za taki czy inny stan ludzkich umysłów. Monoteizm sprzyja fundamentalizmowi, fanatyzmowi, bo jeden jedyny bóg jednego ludu staje przeciw jednemu jedynemu bogu innego ludu i zaraz mamy targi i wojny o to, który ten jeden jedyny bóg jest słuszny i prawdziwy. Jedynie monoteistyczny judaizm nikogo nie nawraca, nie uprawia prozelityzmu. Prawosławie powinno pamiętać filozofię grecką, skoro mówią, że to plotynizm. Nie daje mi spokoju ten związek. Przez chwilę pobiegnę przez starożytność i Plotyna. Wg Plotyna, to Kronos zrodził syna o imieniu Zeus, tj. umysł zrodził duszę. Z kolei Platon uważał, że stwórcą świata jest umysł, że Początek jest umysłem, że przyczyną umysłu jest Dobro, czyli: umysł pochodzi od Dobra, a dusza od umysłu. Byt i umysł to idea. Parmenides: to samo jest myśleć i być. Myślenie zawiera się w samym sobie i nie jest cielesne. Heraklit: ciała płyną, a to, co wieczne, jest Jedno i umysłowe. Empedokles: spór rozłącza, a miłość jest znowu „Jednem”. Platon: w człowieku jest człowiek wewnętrzny, a jest on troistością bytu, umysłu i duszy, a dusza rozumuje o rzeczach dobrych, pięknych i sprawiedliwych, a żeby mogła tak rozumować, musi mieć coś stałego i miarodajnego, np. ideę Boga. To w tym punkcie neoplatonizm Plotyna wiąże mnie z prawosławiem. Dotykam przez liturgię tego, co Jedno i niezmienne, a tym Jednym w wielości jest każde życie, które płynie, czyli jak śpiewamy: wsiakaje dychanie da chwalit Hospoda. W „Enneadzie piątej” Plotyn tworzy prefigurację Chrystusa, kiedy mówi, że można pomyśleć tylko jedno jedyne Ja, tożsame z pierwotnym Bogiem, o którym mówi Jedno lub Ono, a da się pomyśleć, tzn. zobaczyć jak promienisty otok na świetle-źródle. Poza tym otokiem są już mnogie promienie. Tzn. biegniemy trzeci po drugich, a drudzy po pierwszych. Biegniemy po rodzicach i dziadkach. Poruszyło nas Ono, a Ono jest Pierwsze. W tym biegu po rodzicach, którzy biegli po swoich rodzicach, itd. wstecz, obowiązuje nas pamiętanie, nawet jeśli biegnąc po rodzicach, pobiegliśmy do pracy w Anglii. Niech będę „tym tworem”, jak mówi Plotyn o Pandorze. W 21 wieku „ten twór” opowiada jak człowiek, a każda baba to Pandora, bo wciąż i wciąż musi mówić od nowa, że oto jest, że wskazuje na sprawy do rozwiązania i pokojowe.

Pospolicie mówiąc: czas zabiera sobie moje dawne słowa i lokuje w pamięci, która jest jego workiem, a worek to pojemne Nic. Nikt poza mną nie widzi, co w tym worku mam, chyba że opowiem. Pojemne Nic wykrada słowa i gromadzi je w worku, jakby to był, jak mówią rosyjskie wory, jego obszczag. Wykrada wszelką teraźniejszość i gromadzi u siebie. Wszystko wykrada. I słowo paziachać, i okrzyk na zdarawiec!, i moich rodziców, i moją chatę, mój pejzaż, moich ludzi, moje zabawki, moje podwórko, moje książki z dzieciństwa, tamte meble, tamte wróble, tamtą trawę, tamte bociany i tamte żaby, tamte łąki, tamte krwawniki, mlecze i rumianki itd., tj. pozbawia tamte rzeczy i osoby rozciągłości w sobie, w ich ciele, a więc i w czasie, którym sam jest, i jesteśmy z nim zrośnięci. One i oni, rzeczy i osoby, przemijają wraz z ich ciałem i niektóre już przeminęły. Ostatecznie przeminą z moim ciałem, z moją pamięcią, która jest w moim ciele, chyba że coś opowiem i będzie to trwałe – ktoś zapamięta. Z ciałem mojej chaty przeminęły rozmowy w chacie, opowieści w chacie, opowieści o strasznych wojnach i bieżenstwie, uczucia w chacie, słowa w chacie, podróże z chaty i powroty do niej, progi chaty, sień chaty, podwórko chaty i kwiaty tamtego podwórka, tamte rumianki, tamte mlecze, tamte krwawniki, i tamte drzewa, akacje, kaliny i czeremchy, i dzikie słodkie maliny. I moja dawna białoruskość przestała być rozciągła. Ona już się nie dzieje. Ona nie ma dalszego ciągu. Ona się wynaradawia. Ona zmienia narodowość. Ona wyjeżdża. Ona choruje, starzeje się, wymiera. Jeszcze nasz cmentarz w Mostowlanach pozostaje rozciągły w czasie, jeszcze żyje, tj. pojawiają się ciągle nowe groby. To bardzo smutna, wręcz tragiczna nasza cmentarna rozciągłość. I to będzie miało swój koniec, kiedy wymrzemy doszczętnie – my wszyscy w moim wieku. My z tamtą wiejską białoruskością, z naszymi opowieściami o życiu, z naszym szczęściem i nieszczęściem. Znowu sama nuci mi się nasza sakralna pieśń: Sława Bohu za sio. Za to, co dobre i za to, co złe. Żeby tak możliwy był powrót do tego, co było, złe i dobre, ale było, i nie poprzez pamiętanie, a w rzeczywistości. Choć jeden jedyny raz. Tęsknię do jednej jedynej chwili, jak każdy człowiek z traconą rozciągłością losu. Mogę tylko poprzez pamiętanie. Słyszę słowa nieżyjącej córki: to, co było, zarówno dobre, jak i złe, było jako dobre, to znaczy całość jako życie jest dobrem. Słyszysz mnie, mamo? Życie jest dobrem. Nie mogę zapomnieć tych jej słów. A kiedy miała jakieś cztery lata, powiedziała ze zdziwieniem, jakby to było odkrycie pierwszej wagi: mamo, jakie dziwne uczucie – ja jestem w sobie. I tych słów nie mogę zapomnieć. Moja mądra córka mówiła Kantem i Plotynem sama z siebie. I jeszcze pamiętam inne jej słowa: ja i mój pies z miejsca wyczuwamy dobrego lub złego człowieka.

Wzdycham i mówię do Tola: wolałabym się nie urodzić, bo kiedy czuję, że już nie mam czym mierzyć czasu, że się ciało rozsypuje, że tu i tam byłam, to i tamto zobaczyłam, że rozsypuje się ciało białoruskości, czyli to, co było wokół mnie kiedyś, co mnie tworzyło, że życie dobiega końca, że w literaturze panoszą się lekko, łatwo i słusznie mędrkujący, jak mówi Kant, że wszędzie widzę przemoc, machinację, oszustwo, to jedynie ta właśnie myśl zaczyna władać człowiekiem: niepotrzebnie się urodziłam.

Tolo: Przecież to słowa Sokratesa.

– Co? Sokrates tak powiedział? Czyli co. Czytam filozofów i zaczynam mówić jak Sokrates? Lepiej odpytaj mnie z jakichś białoruskich słów, abym się zaczepiła o moje i tylko moje życie.

Tolo mówi, że już odpytał ze słowa „paziachać” i zwrotu „na zdarawiec”! Od śmierci córki nie wiem, co to znaczy paziachać. Mnie ni paziajachacca i ja muszu brać nasonnyja tabletki. Maja maci też da kanca brała takija tabletki. Aby tolki narmalno spać i ni leźli u hoławu dumki, i ni budzili ciomnuju nocz, kab tolki ni stawili noczju na dyby. Karowa nas budziła noczju, kali joj zabrali dzicia. Hałasno płakała. Patom swajo dzicia zabyłasa. A patom zno płakała pa nowamu adobranamu dziciaci. Praz heta ja ni mahu jeść karowianoho miasa. ziać tabletku, patary abo dźwie, i ni czuć, jak zasiul świet płacza karowianym hołasam pa swaich dzieciach, a sio tak płacza, i maci, i miesco, i siastra, i baćko. Jak chtoś adorwany ad świetu, ta śpić spakojno, ni czujuczy hetaho razpacznaho lamientu. Aliż my, ludzi, dy sie żywiny, związany z saboju. Czuć sibie mnohich i hety razpaczny lamient ad mnohich musim.

Fiłasofy biaruć żyćcio jak złuczana z hadzinami. Hadziny heta nasz siabar. Kali my razsypajamsa, znaczyć zbiaremsa punkt, katorym mu że raz byli, i nasz siabar Czas – hety, zhetul, nasz – prapadzie. Mahiłka u Mastalanach heta budzia moj punkt, ali ja jaszcze hetym punkci ni razu ni była. Ta dzie była, kali minie ni było? U punkci, jakoho ni pamiataju. Dumać ab hetym straszno, a anijak ni mahu padumać, czym ja była, kali minie ni było. Z jakoho punktu ja ziałasa na hety świet? Adnak dobro, szto z kachańnia baćko, z żywata maciary. Mój baćko płaka, kali pamior mój maleńki bracik. Ja ab hetych ślozach znaju, ali jany zhinuć razam z majej haławoju.

Czas heta nasz adziny siabar, katoraho ni możam bazbycca, pakul żywiem. Czas, katory dla nas pieraznaczany jak nasza cieło. A patom? A patom budziam mieć ciażkaja cieło ziamli. A szto jaszcze, ta ja ni znaju i ni mahu znać, pakul żywu.

Jakija plany na zatra? Nijakija. Nima plana. Aby prażyć nocz i zabaczyć dzień. I paciahuszak rano nima. Ni paciahajusa, bo bajusa, szto paszkodżu sabie chrybiet i pakarocicca maja razciahłaść. Chwaroby u naszych ludziej rastuć, paszyrajucca, bo my starejam. Możno skazać: my chwory narod, bo stary. Kożny starejuczy narod chwory. Piarastaje być razciahłym. Nima kamu piaradać razciahłaści kultury, bo za mało dziaciej i jany imknucca da druhoho, da swajaho madniejszaho.

Zno wiasna. Takaja jak papiarednia. Ni takaja, bo pahoda wisić pamiż niebam i ziamloju i ni moża stacca jak wiasieńniaja. Możno skazać, szto pahody nima. Ptuszki śpiawajuć. Adnyja zachrypło, jak piła u ćwiordaj belcy, a druhija jak zwanki, a jaszcze druhija wykrykiwajuć: kwik, kwik! Kryłatyja świnki. Pajawilisa wiarabji, katorych dano ni było. Dumała, nikoli ni wiernucca. Jany zasza wiasiołyja. Kupajucca u łużach i szczabieczuć, jak kaliś u Narejkach. Trawa jak razadrana, z płytkimi jamami z piasku, bo i jana ni znaja narowa pahody i robicca aściarożna. Pahoda, kali zmianiajacca, zmianiajamoj krywiany cisk. Mieru jaho. Tolo mieryć. Zno 127 na 227! Biahu noczju u szpital, katory pad bokam, i pytajusa, jakija tabletki uziać, hetyha ci tyja. Tabletka pad jazyk. Żywu. Maju jaszcze majo żyćcio. że znaju, jakija tabletki brać i jakija z saboju nasić u kiszeni, kali wyjdu na wulicu ci park. Cisk brykają, kali i jak chocza. Maja wolnaja wola tut ni pryczom.

Lepiaj sztoś druhoja apawiadaj, zwiazanaja z raściahłaśćju, sztoś kalarowaja. Szukaju i szukaju naszaj razciahłaści. Ja jaje znajszła na juliański Nowy Rok, a jana trywaja nawat u wiasnu. U budzia trywać da nastupnaha Nowaho Roku. I czeraz Naraj.

Dy zaraz i wiasna piarajszła pozdnuju, wyraźniejszuju, ciaplejszuju.

W tym roku, 2016, poszłam poszukać mojej rozciągłości w czasie – mojej i tylko mojej, czy też naszej i tylko naszej, żeby być choć przez chwilę u siebie. Nie zadowoliła mnie rozciągłość miejskiego Sylwestra pod chmurką, bo zamiast muzyki dali mi cierpienie dla uszu, serca i całego organizmu. Charczący łomot ani do słuchania, ani do tańca. Minęło kilka miesięcy, a w uszach mam tamten charczący łomot. Jakiś koszmar. Uszkodziło mnie to tak trwale, że jeszcze teraz czuję się zatruta. Ludzie nie wytrzymywali dłużej niż pół godziny. Uciekali starzy, dojrzali i młodzi. Toteż zapragnęłam drugiego Sylwestra i znalazłam. Jak dobrze. Omyję się z trucizny łomotliwego charczenia. Omyłam się, gruntownie. Głęboko wewnętrznie. Właściwie chciałam wyskakać trochę cukru, bo dopadła mnie cukrzyca. Jak heta skazać pa naszamu? Maju dyjabiet, jaki mie nasz Sokrat. Maci hawaryła: a heta Sońka ta uże i cukrzycy dastała. I trebo żyć da kanca na dyjeci, i brać nowyja tabletki. I trebo hroszy mieć na lekarstwa. Szto raz bolsz hrosza trebo addawać na tabletki dy raznyja prybory. Mieryć toja i toja. Mieryć kro i mieryć cukiar. Ja ni prywykła tak sibie mieryć i mieryć. Ja ni prywykła chwareć. Zaraz budu łysaja i kulhawaja. Kali ja zwaniła da naszaho Sakrata, jon zasza sztoś sabie miery, cisk abo cukiar. I zno cisk i cukiar. Cipier heta ja rablu. Wieczno hałodna, bo dyjeta. Możno zjeść na obied dźwie śliwy, adnu średniuju kartofielinu i dźwie sałaciny. Chleb tolki IG. Czamu chleb IG taki darahi? Czamu druhija pradukty dla dyjabetyka takija darahija?! Czamu chtoś chocza aż tak mnoho zarablać na chworych ludziach?! Zaczynaju razumieć Sakrata, katory hawary, szto sie hroszy iduć na maleńkuju jadu. Razumieju, szto znaczyć hetaja maleńkaja jada. Rada by jaszcze razciahnucca u losi. Naszaj biełaruskaj razciahłaści chaczu.

A chleb hety akazasa atrawaju. Darahaja atrawa! Leć wyżyła, kali najełasa. Stolko jom jadawitych składnika! Musi z dwaccać. Szto wy robicia?

Nasz baciuszka, noszący świąteczne imię, Sylwester, zorganizował nam naszego juliańskiego Sylwestra w lokalu o nazwie Kris-tan. Nareszcie nasza muzyka. Skoczna radosna wschodniość. Ostatnio słyszę w telewizji, że należy mieć zachodni punkt widzenia. Nie chcę, bo to nowomowa, propaganda, indoktrynacja, formułki, frazesy; kilka modnych frazesów. Nie chcę żadnego „zachodniego punktu widzenia”, bo taki nie istnieje. Albo myślimy, albo nie. Myśleć możemy wszędzie, tak samo jak głupieć. Ta charcząca muza, ten sylwestrowy koszmar spod chmurki to ten „zachodni punkt widzenia”? Takie obowiązujące decybele bez rytmu? Tak doskakujemy, jak mówi Heidegger, do uwspółcześnienia? Koszmar! Tak się łomot ładuje komu? Młodym? Młodzi pouciekali.

A w Kris-tan nareszcie na chwilę jestem u siebie, jak w Naraju. Mogę poskakać i wytrzepać okropny cukier. Jutro naprawdę stracę moją rozciągłość w czasie i z trudem będę stawiać kroki. Tańcz, póki czas. Te same piosenki, co w Naraju. Ukraińskie, białoruskie, rosyjskie, łemkowskie. Uczestnikami byli młodzi i starzy. Jak dobrze. Jak dobrze, że bez kompleksów wszyscy śpiewali także rosyjskie piosenki, nie bacząc po zachodniemu, że one ze strasznej Rosji. Folklor, piosenki biesiadne, romanse – to przecież nasza słowiańska dusza. Te same melodie przechodziły od Słowian do Słowian. Są trwale piękne.

Matuszka wyłożyła śpiewniki folkowe. W przerwach między tańcami, goście śpiewali z nich. Pięknie śpiewali. Z uczuciem. Dali prawdziwy koncert. Śpiewał świąteczny stół. Pierwszy raz w życiu widziałam zjawisko wyzwalania dobrych uczuć przez śpiewanie – wielkiej tęsknoty do bycia sobą w zgodzie z własną kulturą – ze słowiańskością. Ta nasza rozciągłość, wschodnia bez kompleksów, spoza narzucanej anglosaskości najgorszego rzutu, bo popkulturowego, odtruła mnie z koszmarnego doświadczenia pod chmurką, gdzie trzeba było doskoczyć do uwspółcześnienia poprzez charczący łomot. Zaspiwajmo pisniu wesełenku, pro susidku mołodeńku. Pro susidku zaspiwajmo. Serce j duszu zweselajmo. Albo: Wy szumicie, szumicie nada mnoju biarozy, kałyszycie, lulajcie swój napie wiekawy. A ja lahu, prylahu kraj haścinca staroha, na duchmianym pakosie niedaspiełaj trawy. Prawie widzę, jak zmęczona kładę się gdzieś na miedzy pamiż pałoskami wysokaho żyta. Nima takoho miesca.

Nie mogę zapomnieć słów jednego z uczestników balu w Kris-tan, a spytałam go, kim jest: a ja schodni czaławiek i takim budu.

I nie mogę zapomnieć słów Rosjanina, który emigrował do Olsztyna z Woroneża. Kiedy spytałam go, w jakim słowiańskim języku możemy rozmawiać, a nie wiedziałam jeszcze, że jest Rosjaninem, i następnie zaczęliśmy rozmowę o językach, to powiedział uroczyście, z namaszczeniem: każdyj jazyk krasiwyj.

Z baciuszkaju hawaryli pa prostu. Nasz baciuszka tańczy. Tańczyła matuszka.

Ta nasza rozciągłość działa się w europejskim kącie i cieszyła się sobą, i była ceła schodniaja. Trudno ją znaleźć na co dzień. Nasza rozciągłość staje się niemal pokątna.

Nasze koło obraca się inaczej. Plotyn mówi o życiu w zgodzie z obrotem naszej kultury i obrotem świata pod obrotem kosmosu nad nami. Nasze koło obraca w innym kalendarzowym rytmie. W innym terminie mamy święta i Nowy Rok. Wg tego ostatniego greckiego filozofa w wielkim stylu, jesteśmy końcówkami Stwórcy, tak jak gałąź i jej listki. Tyle mamy wolności, woli życia, i samego życia. Jako końcówki Stwórcy czujemy naszą tragiczność, śmiertelność. Każdy człowiek dobrej woli nie chce skracać jednego jedynego życia bliźniego, bowiem trwoga z powodu własnej śmiertelności wystarcza mu aż nadto. On ją rozciąga na bliźnich i wie, że bliźni też posiada jedno jedyne życie.

Jesteśmy końcówkami i żyjemy w końcówkach naszego życiodajnego ognia – słońca. Nie jesteśmy w bezpośrednim ogniu słońca, nie oddychamy w ogniu słońca i on nam nie pali żywcem płuc, nie giniemy w ogniu słońca. To daleki ogień. Widzimy go. Grzeje nas. Daje nam dzienne światło. Od tego ognia odgradza nas ziemska atmosfera, powietrze. Pod tym dobroczynnym ogniem słońca ludzie ludziom rozpalają zły ogień wojny. Ciągle. Blisko i daleko. Ludzie wpadli na pomysł, aby mieć armie prywatne, jak np. Black-water. Te prywatne armie angażowane są do robienia złego ognia wojny i utrzymywania stanu napięcia w upatrzonym regionie. Państwowe armie dobrze im płacą, ale już ich nie obchodzi, ilu z tych wojennych prywaciarzy zginie. Nikt nie liczy martwych żołnierzy prywatnych armii. Wiedzą, na co idą. Zależy im wyłącznie na pieniądzach i otrzymują je. Są drożsi od państwowych żołnierzy, ale skuteczniejsi, bardziej bezlitośni, bardziej naćpani, więc państwa ich wykorzystują gdziekolwiek mają strategiczne czy gospodarcze interesy. Oni są jak maszyny. Bez skrupułów zabijają ludność cywilną. Oni są w każdym miejscu na naszej planecie, gdzie w 21wieku toczy się wojna. Wg Kanta zło nie jest sprawą idei, lecz wolności. Jest człowiek liberum, czyli wolny, i jest człowiek brutum, czyli zwierzęcy, niepanujący nad zmysłowymi popędami. „Rozum stawia tamy wolności” – mówi Kant w „Krytyce czystego rozumu”. Zło jest nierozumne. Jeśli nie kształtujemy duszy, a kształtować ją możemy jedynie ku Dobru (ku złu ona leci sama jak głupia), to stajemy się brutum, zwierzęcy, popędliwi, źli, złośliwi, nieszczerzy – udajemy lepszych od innych, bardziej cywilizowanych, w pełni demokratycznych. Człowiek brutum, jedyne takie zwierzę w przyrodzie, chętnie wywołuje wojny, męczy i tępi własny gatunek, mnoży wojny, przedłuża je.

Jesteśmy tragiczni, my wszyscy pokojowo nastrojeni. Żyjemy w niezgodzie w obrotem świata. Żyjemy w zgodzie z obrotem wszechświata, ale nie świata. Dusze nam przestają się poruszać muzycznie i harmonijnie, bo wciąż nie jesteśmy u siebie, nie w pokoju, lecz w wojnie, zmieszanej z pokojem, o czym mówił Heidegger. Żyjemy pośród nieprzychylnych nam obrotów świata. Gdzieś musimy być u siebie. Gdzie?

Wg Kanta i innych humanistycznych filozofów nie ma idei zła. Idee są niezbędne, aby człowiek kształtował się ku Dobru. Potrzebna jest idea wolności, aby stawiać jej tamy tu, w cielesnym zmysłowym świecie. Potrzebna jest idea pokoju, aby o niej apodyktycznie uparcie przypominać. Jeśli zapominamy o idei pokoju, natychmiast stajemy się brutum, zwierzęcy. Jak mówię, zwierzęcość człowieka jest jedyna w swoim rodzaju, niepodobna do innej zwierzęcości, bestialska. Człowiek brutum jest w stanie zorganizować fabryki śmierci dla swego gatunku, dla podludzi. Człowiek-zwierzę to nadczłowiek. Zły ogień wojny, coraz to nowszy, pod dobroczynnym ogniem słońca, bez stawiania tam wolności, powstaje z woli istoty nierozumnej. Ludzkie zwierzę faszeruje się narkotykami, aby zabijać bez wyrzutów sumienia. Jedyne takie zwierzę na naszej jedynej życiodajnej planecie. Naukowcy ciągle szukają warunków życia dla nas na innych planetach. Potem opowiadają bajki o znalezieniu wody na odległej planecie, rzeźb czy śladów cywilizacji. W tych bajkach ja żadnych narodów nie widzę, ani śladów po jakichś narodach. Narody są wyłącznie na naszej planecie. W tych bajkach widzę antropomorfizację odległych planet. Tiaaa. Tam na Marsie zobaczą rzeźbę ludzkiej twarzy. Może jeszcze znajdą ruski walonek i białoruski samogon prosto z lasu na Marsie. Naukowcy w 21 wieku marzą o zobaczeniu ludzkich myśli. Nigdy nie zobaczą ani idei Dobra, ani idei Wolności, Sprawiedliwości, Piękna. To było i pozostanie niewidzialne. Ani tęsknoty ani uczuć nie zobaczą.

Białorusini z Białorusi są przez świat traktowani jako Nikt, bo nie rwą się do rewolucji. Jakieś głupie oczekiwanie: zrobicie u siebie krwawy majdan, to uznamy was za ludzi. Na razie nimi nie jesteście. Obroty świata są pełne przemocy, wojen, głupiego medialnego mędrkowania, zwłaszcza w byłych demoludach, które tak doskakują do uwspółcześnia: poprzez tokowanie o niczym i umocnienie wiary we własną lepszość. Nie żyję według tych strasznych obrotów, okręconych śliczną medialną nowomową o tym, jacy to my nowocześni, cywilizowani, jacy to my lepsi, jacy to my niosący wszystkim gorszym naszą demokrację. To zakłamanie. Europa jest zakłamana. Krańcowo nieszczera. Tzw. drastycznych obrazków z „naszej słusznej wojny” nie pokaże.

Skoro Plotyn jest nasz, grecki, to jeszcze coś o jego rozprawach, zwanych Enneadami. W „Enneadzie czwartej” mówi, że ziemia jest żywa, posiada duszę i chce współistnieć z ludźmi, a także jest zdolna do obserwacji ludzkiego zachowania się wobec niej – nie przy pomocy oczu, lecz poprzez głębokie wewnętrzne czucie. Udział biorą w tym żeńskie bóstwa, np. Hestia i Demeter. Żeńskie bóstwa podziały się nam w mroku przeszłości. Plotyn określa ziemię mianem bóstwa. Tak. My w to bóstwo sadzimy bomby. Trujemy nasze bóstwo. Znęcamy się nad naszym bóstwem, nieprzytomnie, nierozumnie. Eksploatujemy nasze bóstwo krańcowo nierozumnie. Przypomina mi się Janusz Korbel, związany z dziką puszczą. Tak sobie dobrze żył wśród drzew i zwierząt, a nagle go nie ma. Poprzez to jedno zdanie przywracam rozciągłość jego dzikiemu życiu. Pozostaje rozciągły w mojej pamięci. Janusz woził moich Narajów po okolicy i opowiadał historię miejsc, wymieniał zapomniane nazwy wzgórz i dolin. Robił to zajmująco. Zachwycał Narajów. Nasz redaktor też to robił. Panie Redaktorze, taka rozciągłość naszych miejsc jest konieczna, jest potrzebna także gościom Naraju. Gdybym znowu zorganizowała Naraj, to poproszę o podróże po naszych miejscach, po wioskach, lub chociaż o opowieści o nich.

Ziemię zaczyna boleć ludzkość. Boli ją wszędzie. Mówię do Tola: ziemia końcu da człowiekowi po mordzie. Tolo: mało po mordzie. Da mu porządniej, w kość.

Nasze pierwsze dziecięce doświadczenia były związane z ziemią, a nie posadzką i dywanem. Nie byliśmy uwięzieni w mieszkaniu, jak nasi współcześni wnukowie. Rośliny, piasek, kamienie, mnóstwo dzikich owoców, rzeka, łąka z mnóstwem ziół, las i maślaki, posypane po mchu jadalną rodziną. Dzikich zwierząt było mało. Zające, jeże, lisy. Mało, bo to było po wojnie. Bomby wystraszyły zwierzęta. Po wojnie nareszcie można żyć. Po wojnie ziemia wydaje się wolna, szeroka, bezpieczna. Po wojnie oczywiście należy zrobić porządek z leśnymi bandytami, dla których zabijanie to norma, patologia wyniesiona z wojny. Po wojnie trzeba powykrywać miny. Ale to najpiękniejszy czas, bo każdy myśli, że żadnej wojny nigdy już nie będzie. To jasna myśl, rozświetlająca duszę. To czas szczęśliwego dzieciństwa, nawet jeśli ono półgłodne. Najemy się dzikich owoców, jabłek, gruszek, śliwek, wiśni. Też dobrze. najemy się samego chleba. Napijemy się mleka. To nam wystarczy.

Spostrzeżenie Plotyna: powietrze jest ciemne, czarne. To światło sprawia, że widzimy przedmioty i samo powietrze jako jasne nic. Jeśli przystawimy przedmiot do oka, to zobaczymy ciemność, czerń, cień światła, a nie sam przedmiot. Przykładam drugi tom jego „Ennead” i widzę ciemność, a nie książkę. Przez chwilę bawię tak z innymi przedmiotami. Mogę sobie tak z bliska zaświecić latarką w oko, ale to sztuczne światło, z zewnątrz. Nie świecę, bo uszkodzę oko. Plotyn mówi, że wewnątrz nas możemy zobaczyć światło, a nie jest ono od słońca, lecz od duszy. Ja spostrzegam, że są myśli jasne i myśli ciemne. Jedne cudze myśli, wyrażone głośno, rozjaśniają nas, a inne zaciemniają, denerwują, przerażają, wywołują trwogę. Jak najmniej takich przybywających z zewnątrz myśli. Jak najmniej słuchania medialnego łatwego głupiego mędrkowania. Oto czasy. Trzeba bronić się przed głupiejącymi mediami. Sprawą rozumną staje się ucieczka od nich. Nie słuchać. Nie widzieć. Własnych ciemnych myśli nie posiadam. Nie posiadam myśli zawistnych, mściwych, bandyckich. A dziś trzeba to w sobie mieć! A ja nie mam. Białorusini nie mają. Wszyscy? Oczywiście nie. Linia generalna jednak jest tu nieustającym nastrojem ku pokojowi. Niezmiennie pragniemy ładu, a nie chaosu. Dziś taka rozciągłość jest naganna, bo oznacza odrętwienie, bezruch. W jakiejkolwiek chacie. Z jakimkolwiek jedzeniem. W jakichkolwiek ubraniu. Ze słoikiem zamiast filiżanki czy szklanki. Tacy jesteśmy. Obejmuję twarz rękoma. Ręce są czarne.

 

Tamara Bołdak-Janowska