Kod nieobecności. Szkic dla naszych maturzystek

Niżej. Ilekroć zdarzy mi się wspomnieć coś z dzieciństwa, to widzę je tak, że jest poło­żone niżej, że obraz niemal płoży się po ziemi. Dziecko jest tam w dole wraz ze swoim światem. I wewnętrzne oko leci w dół, gdzieś za plecy. Tamten dół jest piękny. Skrzy się śnieg albo świecą rumianki i mlecze z ciemnozielonej murawy. Jeszcze niżej biega kot. Jeszcze niżej toczą się małe piłki kurcząt. Jany kociacca i wiasiołyja. Nieostrożny ruch nogą lub nieostrożny ruch drzwiami i piłka kurczaka pęka. Pamiętam: miałam ze dwa lata, kiedy zbyt mocno przytrzasnęłam ciężkie drzwi w sieni, i pękła ta żywa żółta piłka, ukazując czerwoną dętkę, też okrągłą. Pierwsze spotkanie z nieobecnością. Nie przeraziło. Nie miałam jeszcze pojęcia o jej strasznej ostateczności, dotyczącej również mnie.

Drugie spotkanie z nieobecnością: dogorywa pod oknem ukochana kotka matki. Zjadła jakąś truciznę. Nad nią przyćmiony klosz światła. Wąsy światła łączą się z wąsami kotki. Okno na nią tak patrzy i tak pieści. Kotka była szarożółta i duża. Ja miałam może cztery lata. I to jeszcze nie przeraziło. Potem przerazi, kiedy odżyje to wspomnienie. Przerazi, odżywając, w pierwszej klasie podstawówki, kiedy wyrwałam z elementarza strony z bajką o koguciku, który gdzieś zabłądził i nigdy nie wrócił do domu. Tak bardzo żal mi było tego kogucika, że nie mogłam zatrzymać tej bajki w elementarzu. Zdawało mi się, że te strony drżą, że kogucik błaga o pomoc ludzkim głosem, że jest ludzkim dzieckiem. I wtedy powrócił obraz kotki i pisklęcia.

Starsze kuzynki, a wszystkie są starsze, uśmiechają się do mnie nade mną. Zdaje mi się, że te uśmiechy to ładnie pęknięte piłki z mnóstwem młodych białych zębów. I ja się uśmiecham młodymi białymi mleczakami. Ja do góry, a one w dół. Z roześmianych piłek leje się na mnie jasność i okrywa mnie. Miło mieć takie wspomnienia. Kuzynki to siostry cioteczne. Wszystkie niebieskookie i jasnowłose. Jestem jedynym czarnookim dzieckiem w tej matczynej rodzinie. Moje włosy są jeszcze jasne, potem ściemnieją w rudawy kasztan. Potem staną się białe. Każdy człowiek w końcu staje się takim starym blondynem, a w dodatku nasi tacy blondyni mogą być już innej narodowości i innego wyznania.

Widzę siebie, jak trzymam się matczynej łydki. Matczyna łydka zdaje mi się kolumną bezpieczeństwa, a matka – potężną siłą, która mnie obroni w każdej sytuacji. To wszechmocna skała, za którą mogę si­ skryć w razie każdego niebezpieczeństwa. I ona staranuje, zepchnie z drogi wroga dzieci. Abaronisz minie, mama? Abaraniu! Zausza? Zausza! A mama czasam szaptała: Nima spakoju na świeci, a u żanczyny małoja dzicia. Ja heta czuła, ali ni zwiartała uwahi. I tak zdawałaso, szto mama heta skała. My usie tak dumali, i ni hawareć, szto nie. Takoja czućjo heta byu kod naszaho żyćcia. My hawaryli: mamka. Mamka u chaci? Twaja mamka dzie? To charakterystyczne nasze zdrobnienie kiedyś drażniło mnie, a przecież było takie ciepłe.

Widzę, jak mnie ojciec fotografuje. Często to robił. Mam do tej pory jego lustrzankę. Nieco się rozchybotała. Zgubiła śrubki. Ale wciąż jest sprawna. Widzę, jak ojciec umieszcza aparat na statywie i prosi mnie, abym się nie poruszyła, bo mu się zamażę albo wyjdę potrójnie. Tato, ja ni chaczu mieć piaciarych waczej i try haławy, ali trudno wystajać na miescy.

Nikt poza mną tego nie widzi. Dalekie to i całkowicie we mnie.

Przestałam zaglądać do albumów z fotografiami. Strach, że zobaczę tamto życie, tamte twarze, granatowe gęste włosy matki, jasne gęste włosy ojca. Nie ma już matki i ojca, i mnie tamtej nie ma. Nie ma tamtego dziecka. Ta nieobecność jest nieodwracalna. Widzę siebie w pamięci. Rodziców i kuzynki widzę w pamięci. Tak lepiej. Bez fotograficznego zbliżenia.

Filozof białoruski Walancin Akudowicz mówi, że naszym białoruskim kodem jest kod nieobecności. Przecież on ma na myśli zarazem ludzką egzystencję, dlatego zaczęłam od dzieciństwa, ale niezupełnie to tak – chodzi jednak o kod białoruskiej nieobecności, kiedy wraz z dzieciństwem nieodwracalnie znika okazała część białoruskości, to jest więcej jej znika niż trwa i powstaje (przez pamiętanie i przez nową postać tej samej tożsamości). Białorusini tu i teraz, w Polsce, wiedzą aż nadto, że białoruskim kodem jest nieobecność i przeżywają to. A odczuwanie egzystencjalnego kodu nieobecności jest przez ludzi tłumione. Tak lepiej. Nikt nie jest wstanie żyć ze świadomością, że nieodwracalnie znika, że ciągnie za sobą długi ogon siebie nieistniejącego, siebie dziecka, że tylko ta jedyna pamięć tu oto tego człowieka widzi to.

Jeszcze raz. A jeśli doświadczamy znikania swego narodu? I jest to nieodwracalne?

Żyjemy z rozciągniętą w czasie traumą i jednak z poczuciem winy, że to przez nas samych znikamy, przez nas asymilujących się, ale i przymuszających do asymilacji dzieci, siostry, braci, sąsiadów, redaktorów.

Chyba że świadomą zmianę narodowości uznajemy za sukces. Tak dzieje się z emigrantami, ale niektórzy z nich zachowują podwójną tożsamość i dwukulturowość. Niektórzy asymilują się całkowicie, także Polacy w nowych ojczyznach, a niektórzy wcale. Zasiedziałe w jednym miejscu od wieków mniejszości też się asymilują całkowicie i dobrowolnie, jak białoruska w powojennie okrojonej Polsce (żyjąca tu „od zawsze”). Ale co wtedy z pamięcią o rodzicach? O własnym dzieciństwie? O języku dzieciństwa? Chyba że jest jeszcze inaczej: uznajemy się za ludzi planety Ziemi, bez narodowości, narodu, własnej kultury. No to wtedy co mamy? Nie powstali jeszcze ludzie planety Ziemi. Nie ma jeszcze najnowocześniejszej kultury, łączącej Ziemian. Mamy w tym miejscu medialny komercyjny bełkot, hodujący bezmyślność trwania bez refleksji, a więc jest to bolesny brak kodu obecności własnej kultury. Niektórym to wystarcza. Niektórych zadowala ten brak; jakieś disco-pisko. Mnie nie zadowala. Dla mnie jest bolesny. Bo jest to ogłupiający zamiennik globalnej kultury, która jeszcze nie powstała. Pozostanę bikulturowa. Nie mogę wyrzec się dzieciństwa, ani wspomnień o nim. Nie chcę zamienników kultury. Nie chcę kultury podmienianej na głupotki dla idiotów kultury.

Białoruskość to mentalność, którą bez przerwy opowiadam. To pociągająca mentalność, rodzaj kuszącego autsajderstwa w zalewie tandety jednakowości. Maturzystka w „Cz” pisze, że zaczyna kochać białoruskość, że to rodzaj zakochania. Otóż to. Z białoruskością jest tak, że albo się jej pozbywamy z pogardą, albo się w niej zakochujemy. Tę miłość – właśnie to! – należy opowiadać. Inne recepty trwania nie zadziałają. Inne recepty zazwyczaj są polityczne. Białoruskość sprowadzona do polityczności kurczy mowę o niej, ogranicza cały jej fenomen do kilku haseł, a przede wszystkim do politycznej utopii: jak zrobimy tak i tak, majdan czy inną rewolucję, nawet krwawą, to natychmiast będziemy w raju, a on nie będzie miał końca. Sprawy niepolityczne, egzystencja, język, mentalność, kultura, osobowość, nauka – to musi górować nad wszelkimi politycznymi hasłami i utopiami – musi je wyprzedzać swoją mocą z całej mocy. Inaczej każda rewolucja po­re swoje dzieci. Najpierw jesteśmy my, ludzie tacy a nie inni, z taką, a nie inną potrzebą, z tym co możemy, a czego nie możemy. My z naszym rozumem, talentem, uczciwością, odwagą, pracowitością, nawet bezradnością. Najpierw muszą nabrać sił nasze pozytywne cechy i stać się uporem trwania. Opowiadanie bezradności wobec zalewu zła jest także oporem, niezgodą.

Wstrząsające słowa. Pierwsze należą do naszej reżyserki Agnieszki Holland. Powiedziała w jednym z wywiadów: „Polska to jedyny kraj w Europie, gdzie Żydzi nie przestali się ukrywać”. Natychmiast to samo myślę o naszych Białorusinach. Ukrywamy się. Jeszcze sobie nazwiska polszczymy z Iwaniuków na Iwaniaki (o czym pisał Redaktor; nie wiem, czy bardziej zdumiony, czy przerażony).

Następne wstrząsające słowa należą do Daniiła, którego cytowałam w innym szkicu, ale tych słów– nie. Brzmią (z „Miesiąca do góry nogami”): „Prawdziwy antyfaszysta to rzecz o wiele poważniejsza i trudniejsza niż po prostu nienawiść do faszyzmu”. Daniił pół wieku temu przewiduje postanie systemów, „gdzie wszystko, co faszystowskie, będzie bez swastyki, gdzie brunatne będzie udawało niebieskie”.

Pisze: „Gdybym mógł wyprowadzić taką formułę, żeby Oświęcim nie przekszta­cał się w muzeum, żeby te wszystkie eksponaty, bunkry, piece – pozostały zagrożeniem”.

Opisuje sytuację, kiedy młody Niemiec nastawia głośno radio, aby zagłuszyć recytacje wierszy nie-Niemców. „Młody faszyścik” – konstatuje.

Tak. Antyfaszyzm to stan ciągłej podejrzliwości, że faszyzm nie umarł, że rośnie w inaczej skrojonym garniturze, mundurze, umyśle, że nadal jest groźny i niezmiennie wiąże się z neonacjonalizmem, z ustawianiem ludzi według relacji: tu my, sami swoi, sami dobrzy – tam wy, sami obcy, sami źli. A to wszystko bez swastyki i bardzo miłe dla nas, samych swoich, samych dobrych.

Poraziły mnie słowa Szymona Weissa: „Czytam nazwiska Żydów-ubeków i zastanawiam się, czy mi wolno krytykować Polaków”. Czy ktoś z nas może tak pomyśleć o nas? Sokrat mówił, że naszych ubeków było niewielu, a szefami nie byli. Dzisiejszy nacjonalista może zwalić na nich całą winę za komunę. I z biełarusaŭ zrabić hałoŭnych worahaŭ. Także probawali rabić zaraz paśla zdychu kamuny i ni wyszło, bo biełarusy padniali kryk. Nasz tadyszni kryk byŭ krykam swabodnych ludziej prociŭ nacjanalistaǔ. Strasznyja nacjonalisty robiacca z naszych neafitaŭ, jakija robiać z sibie druhi narod, ŭchodziaczy ŭ balszynstwo z krykam prociŭ biełarusaŭ, jakimi ŭczora sami byli (Redaktar ab jich pisaŭ). Zasrancy, jakija kaleczać żyćcio ludziej.

Jeszcze Daniił: „To wspaniałe, że duch człowieka nie jest związany z czasem, jest mocniejszy niż czas, jest większy niż czas”.

I to od Daniiła: „Nigdzie prawomyślni nie cieszyli się takim poważaniem jak w Niemczech”.

Powyższe wszystkie cytaty zmuszają mnie do reakcji. Moją reakcją jest poruszenie, trwoga i moja wstrząśnięta poniższa myśl:

Żaden z powyższych głosów nie był skomercjalizowany, ani nie był rynkowy, ani nie był mainstreamowy, to jest modnie głupiejący i modnie szokujący, z wirtualną repliką, szybszą od myśli. To głęboko ludzkie słowa, których nam tak brakuje. Brakuje nam wolnych słów ludzi wolnych. W teatrach, w literaturze, w mediach. Brakuje jak chleba, powietrza, domu.

Kiedy piszę powyższe słowa, łapię się na myśli, że moim przewodnikiem jest antyfaszystowskie nastawienie umysłu i nieustanne wietrzenie podstępu w bełkocie medialnym, ksią­kowym, teatralnym (to ma oduczyć mnie sprzeciwu i rozumu). Jest to zarazem nastawienie antymizoginiczne. Stary faszyzm był dziełem mizoginów. I taki jest neofaszyzm. Moje nastawienie wynika z autsajderstwa – wielorakiego, białoruskiego, kobiecego, innowierczego. Ja to lubię. Lubię Białorusinów, którzy to lubią i nie ukrywają się.

Wstrząsnęły mną słowa Mony Eltahawy, działaczki przeciw przemocy wobec kobiet, przeciw handlowi ludźmi: „Jeśli nie chodzi o prawa kobiet, to nie jest to rewolucja” (głos na Planete+). W tym sensie kanał Biełsat nie jest rewolucją, bo tam nie ma mocnego samodzielnego głosu kobiet przeciw mizoginicznemu patriarchalizmowi. Z tego samego powodu nie jest rewolucją rosyjska telewizja. I wszystkie nasze telewizje nie są rewolucją. Są to pozory nowoczesności. Kobiety w telewizjach ukrywają słowo „feminizm”. Ten najpoważniejszy prąd filozoficzny traktowany jest jak ideologia i samo zło? Jeśli nie ma kobiet w dyskusjach, a są delikatne potakiwaczki (ciągle delikatniejące), to nie są to dyskusje. Jedynie na Planete+ czasem jest obecna kobieta, która mówi.

Na Planete + obejrzeliśmy dokument o Hannah Arendt. Dokumenty na tym kanale nie są popkulturowe, to jest nie pozbawiają omawianej osoby istotnych myśli. Nie pokazują ludzi płci żeńskiej wyłącznie od strony kuchni, miesiączek i podpasek. Wstrząsająco zabrzmiały słowa Hannah z jej rozprawy „Banalność zła”: „Zło żywi się truizmami i wynika z powierzchowności”. Tak! Kilka nośnych frazesów epoki i już jesteśmy rozumni. Nie jesteśmy. Możemy sobie przylepić nowych bohaterów z wczorajszych bandytów i czyścicieli etnicznych, ubarwić modnie ich życiorysy, stworzyć z nich bohaterskich antykomunistów, ale to nie czyni z nas ludzi rozumnych. Proszę Tola, aby szybko zapisywał następne myśli Hannah, bo się przydadzą naszym maturzystkom. Maturzystki, czytajcie Hannah Arendt, to zrozumiecie swoją tożsamość, to się nie będziecie przyłączać do stada, to nauczycie się odwagi samodzielnego myślenia. „Wielość jest warunkiem wolności” – mówi Hannah, sama bikulturowa, sama autsajderska. Tak! Wielość kultur to sytuacja, kiedy nie ma obywateli drugiej kategorii, innowierców, mniejszości, wolnomyślicieli, kobiet. „Ideologia to ukrócenie ludzkiej zdolności do mowy”. Tak! Politycy tworzą ideologię wolności. Zamiast poczucia, że jesteśmy wolni, mamy kilka medialnych frazesów o wolności. Hannah uważała, że nie należy robić z Palesty­czyków obywateli drugiej kategorii, za co zbierała cięgi od swoich. Ja też zbieram cięgi od swoich. Nie lepiej zamiast cięgów posłuchać, co ma do powiedzenia kobieta? Utwierdzanie tradycyjnego błogiego stanu bez kobiety, przecież to są martwe dyskusje. I jeszcze to od Hannah: „Uchodźcy w oczach polityków to zbędny pył, obciążający Ziemię”. Nie muszę tych słów komentować. Godnie w stosunku do tego „pyłu Ziemi” zachowała się jedynie Angela Merkel. Czy ją lubimy, czy nie, to jednak zachowajmy dla niej ten znak godności. Wielu traktuje Białorusinów jak pył obciążający Ziemię, ale wielu Białorusinów tak traktuje siebie.

Duch człowieka. Daniił mówi, że duch człowieka jest mocniejszy i większy niż czas – zastanowię się nad tym. I znowu sięgnę do jego książki.

Opisuje Plac Pigalle, opanowany przez prostytutki i turystyczne zastępy ciekawskich i zachęconych. A Daniił widzi ten plac z czasów Komuny Paryskiej. Widzi tamte kobiety, Komunardki. Niektóre poszły na szafot. Za Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki na szafot poszła Olimpia de Gouges. Na Placu Pigalle walczył kobiecy batalion, 120 kobiet pod dowództwem Luizy Michel i Rosjanki Jelizawiety Dmitriewej (Elizabeth Dmitrieff). „Czternaście godzin powstrzymywały tutaj, na zbudowanej na tym placu barykadzie, napór całej dywizji wersalczyków, zbrojnej w artylerię”. Kobiety. Krystyna Argimt, Andrée Léo, Blanche Lefevre, Malwina Poulens.

„Kobiety Komuny Paryskiej” – taki tekst napisały o Komunardkach dwie autorki, Christie Gridley i Carilyn Kemp. W tekście mowa o ówczesnym feminizmie burżuazyjnym, o ówczesnej straceńczej walce o podstawowe ludzkie prawa kobiet. Biegną imiona i nazwiska kobiet, nieobecnych w żadnym dyskursie publicznym.

Znowu przypominają mi się słowa Sokrata, a raczej jego pytanie: Dlaczego nie było nigdy w historii powstania kobiet? I inaczej odpowiem, bo przypomniałam zapominane Komunardki. Były, bracie Sokracie, tylko o tym woleliśmy nie pamiętać. Były, były. Duch był nie ten. Ten stary duch zresztą nadal traktuje bunty kobiet paternalistycznie, uznaje za mniej ważne, marginalne, śmieszne, babskie, a nie ludzkie.

Obecnie obudził nam się duch pamiętania dzielnych rozumnych kobiet z przeszłości, ale zarazem ożyła kontrrewolucja starego ducha w postaci politycznych partii neokonserwatystów, neonacjonalistów, fundamentalistów religijnych.

Przez te haniebne partyjne i religijne zaszłości kobiety dzisiaj nadal żyją według kodu nieobecności. Przed którą z kobiet klęknąć za jej talent, odwagę, wolnomyślicielstwo? Nie pozwoli stary duch. Wymaże wybitne i najwybitniejsze imię dzisiejsze, stwarzając wrażenie tradycyjnej pustki w tym miejscu. Klękam przed pustką. Klękam przed Komunardkami.

Obejrzeliśmy z Tolem na Planete+ znakomity dokument o Angeli Merkel. Nie miałam bladego pojęcia, że u progu jej politycznej kariery niemieckie partie polityczne tworzyli sami mężczyźni. Taka demokracja. Angela uparcie wkraczała coraz wyżej w ten świat samych mężczyzn, a następnie ciągnęła do rządu kobiety.

Tolo: Nie wiedziałaś, że to taka demokracja była? Dziś faceci nie pozwalają piąć się Sarze Wagenknecht.

Kod nieobecności w żeńskim losie nie został raz na zawsze uśmiercony. Stary duch jest bardzo żywotny. Stary duch pilnuje, aby pięły się w górę same przystosowane potakiwaczki. Potakiwaczki białoruskie. Tak. Też.

Nasz dzisiejszy Plac Pigalle to był Czarny Protest. Rozeźlone kobiety i ich energia przeciw staremu paternalistycznemu duchowi. Hasła niekoniecznie były udane. Niektóre były szokujące, robione po to, aby krzyczały, wrzeszczały, skandalizowały i w ten sposób zwraca­y uwagę. Duch epoki jest taki, że w jej hasłach obowiązuje szokujący kicz.

W 68’ Francuzki wyszły na ulice z jedynym hasłem: Z KIM CHCĘ, KIEDY CHCĘ, JEŚLI CHCĘ. Protest był skuteczny, bo wyszły wszystkie kobiety (wyjątki potwierdziły regu­ę), no i to hasło nie szokowało, lecz poruszało. Poruszało mężczyzn. Poruszało księży. Ożył Plac Pigalle z czasu Komunardek. Powstał kod żeńskiej obecności, Sokracie.

Pismo „Czasopis” świadczy o kodzie obecności ludzi z rodowodem z Księstwa. Mojej żeńskiej także. I Twojej męskiej, Sokracie, wciąż.

Jednakże ta obecność tkwi w większym od niej kodzie nieobecności, o którym mówi Walancin Akudowicz. Co możemy zrobić? Być! Żyć ze świadomością postępującego kodu nieobecności w losie, w kulturze, w języku. Być i opowiadać bycie. Robić to szczerze. Zakochiwać się w białoruskości. Ona oznacza niezależność my­lenia. Jeszcze to oznacza. Chrońmy to „jeszcze”. Chrońmy zakochiwanie się w białoruskości. Chrońmy maturzystki, zakochujące się w białoruskości. Bycie, to prawdziwe, oznacza: jestem, kim jestem i nie ukrywam tego, a ponadto wzbogacam kulturę większości etnicznej z jej wiecznymi ciągotami w stronę uniformizacji, ale prawdziwe bycie jest także oporem wobec natarczywej asymilacji do dominującej nowomowy mainstreamu i obrazków (w istocie korowodu fejków).

Wysoko postawione nicości”. Określenie Daniiła. Daniił opisuje następującą sytuację: Bach był traktowany przez „wysoko postawione nicości” jako tylko organista. Jeden z wielu. Nieważny. O tych „wysoko postawionych nicościach”, tak lekceważąco traktujących wielkiego genialnego kompozytora, dziś nikt nie pamięta. Może leżą nazwiskami w archiwach jak w grobach. Może nawet w archiwach ich nie ma. To również tradycyjny kod nieobecności, jego nieustępliwa praca poza ludzką wolą. „Wysoko postawione nicości” bardzo chcą lśnić, górować nad każdym artystą, i tym miernym, i tym genialnym. Taka tradycja, taki mechanizm doczesnej obecności. Ale one, te „wysoko postawione nicości”, nic nie mogą po śmierci. Ale złamią życie doczesne niejednemu geniuszowi. Van Gogh umiera w nędzy. Daniił mówi, że po śmierci genialnego twórcy o złamanym przez „wysoko postawione nicości” życiu zaczyna się handel jego dziełem, ale handlarze i znawcy w końcu nudzą się danym twórcą. I znajdują czyjeś inne złamane życie do sławienie i zarabiania na nim. W „Cz” pojawiają się artykuły o białoruskich zapomnianych artystach plastykach, poetach, działaczach. Jak dobrze, że „Czasopis” to bezinteresowna pamięć. To nie ma ceny.

Poranne zdanie. Zapisuję: Coraz bardziej zaczynam stanowić całość z umarłymi, a coraz bardziej pragnę z żyjącymi. Ktoś z żyjących jest do mnie przywiązany, ale nic nie może przeciw tej pierwszej całości. Poza tym i ci przywiązani do mnie umierają w coraz większej liczbie, i chorują, mają wylewy, Alzheimera. Choroby te pozbawiają każdej więzi. I ze mną i „Cz” traci osoby, których nikt nie jest w stanie zastąpić. Jakże wciąż brakuje Sokrata i Janusza. Jaka bolesna strata. Czy z naszych maturzystów wyłoni się ktoś niekomercyjny, jak Sokrat i Janusz? Osoba myśląca? Na razie wyłonił nam się Tomasz Sulima i oby trwał intelektualnie.

Zwykła baba. Z „Psiego serca” Michaiła Bułhakowa wynotowuję fragment rozmowy profesora Prieobrażeńskiego z doktorem Bormentalem: „Można wszczepić przysadkę Spinozy albo jakiegokolwiek innego czorta i przerobić psa na coś niebywałego. Pytanie tylko, po jakiego diabła? Niech mi pan wytłumaczy, proszę, po co sztucznie fabrykować Spinozę, kiedy zwykła baba może go urodzić w każdej chwili. Przecież madame Łomonosowa urodziła w Chołmogorach tego swojego wspaniałego. Ludzkie, doktorze, samo zatroszczy się o to w trybie ewolucji, uporczywie wyodrębniając z nikczemnej masy przeciętności dziesiątki niezwykłych geniuszy, którzy są ozdobą naszej planety”.

Ponownie czytam powyższe słowa i zdumiewam się ich niekomercyjną aktualnością. Gdybyż uczeni czytali humanistów. Gdybyż zatrwożyła ich w odpowiednim momencie zabawa w robienie sztucznych ludzi, w klonowanie, w chipowanie, w robienie nieustraszonych żołnierzy, tych coraz bardziej bezdusznych maszynek do zabijania (pa­stwowo naćpanych) i w robienie czort wie jeszcze czego i kogo. Gdybyż nabywali cech humanisty od wielkich humanistów. Ale nie. Zabawa trwa. Niekontrolowana przez nikogo zabawa. Tylko zabawa. A nuż coś lub ktoś się uda. Coś „lepszego” niż człowiek. Taki naukowy akt terrorystyczny wobec „głupich dotychczasowych” ludzi. Może się uda.

Wieczorem oglądamy z Tolem na Planecie RTR ekranizację „Psiego serca” w reżyserii Władimira Bortki (1988). Znakomita. Poruszająca. Z dowcipem. Zderzenie nauki z absurdami sowietyzacji. Sowietka, która wygląda jak facet pośród facetów, i profesor zmuszony jest spytać, czy wśród tych facetów jest jakaś kobieta i jeszcze raz upewnić się, która to. Wcześniej (w 1976) tę powieść Bułhakowa zekranizował włoski reżyser Albert Lattuade. Nie znamy włoskiej wersji. Rosyjska nam na razie wystarczy. Mainstream ograniczył percepcję Bułhakowa do „Mistrza i Małgorzaty”. A przecież są jeszcze jego „Notatki na mankietach”, nie mniej wybitne niż proza Joyce’a. Mainstream amputuje pamięć. Mówię to do naszych maturzystek.

Szkoda. Wielka szkoda, że kablówka zabrała nam Mezzo. Na Mezzo oglądaliśmy wybitniej wyreżyserowane opery i balety, niż te reżyserowane tradycyjnie, dość topornie, bez polotu, no tak bardzo po angielsku, jakie od czasu do czasu puszcza TVP Kultura. Scenografia w nich bez rysu nowatorstwa. Angielska ciężka solidna tradycyjność. Z kolei operowe scenografie amerykańskie są zbyt dosłowne, i tak samo gra aktorska. Jeśli dama umiera, to wala się po podłodze, wije się w ramionach kochanka. Ona leży, on półleży nad nią. No żeby ta umierająca cho­by zawisła w jakiejś kuli w powietrzu i stamtąd śpiewała swoją przed­miertną arię, oddalając się od kochanka, a on bezskutecznie starałby się dotknąć ją dłonią ze swojej kuli, wędrującej po ziemi w odwrotnym kierunku.

Od czasu do czasu lecą w telewizji „Szekspiry”, ciężko po angielsku robione na filmy akcji. Beznadziejne. Duchy w nich świecą oparami jak od linijki i są znowu zbyt dosłowne, mają postać prawdziwych ludzi z detalami, jak nos i włosy, dosłowna zbroja i dosłowna pierś. Znika z kretesem poetyckie słowo Szekspira. Mam alergię na te „Szekspiry akcji”. Uciekam do drugiego pokoju, podczas gdy Tolo ogląda, cierpiąc. Chce się przekonać, co uczyniono Szekspirowi. No co. Przecież poddano go kodowi nieobecności w złej obecności, w złym unowocześnianiu. Mam nadzieję, że nasze maturzystki, zakochane w białoruskości, tak samo widzą powyższą rzecz okiem autsajderek, albo wkrótce tak się nauczą widzieć. Albo poprują bez głowy w stadność bez tożsamości, osobowości, umysłu.

Wystrzyganki. Na TVP Biełsat lecą czasem białoruskie filmy animowane, które mają coś z wystrzyganek, serwetek, makatek. Płaskie figury, brak perspektywy. Wycięto je z papieru i sfilmowano, poruszając po stole? Zbyt to dziecinne, naiwne, niewynalazcze. Może to i ma swój urok. Ciepłe jest, miłe. Ale żeby ciągle takie same? Dziecięcy białoruski kod obecności. To z braku finansów. I tak jest to ciepłe i miłe. Moje. Nasze.

Sto złotych. W olsztyńskim teatrze bilety na jedno przedstawienie kosztują sto złotych. Powariowaliście? Mam najniższą emeryturę. Obiecanki rządu, że ją podwyższą do tysiąca złotych, to było piękne kłamstwo. Jestem w kodzie nieobecności, aby ktoś inny pysznił się w teatrach z moich podatków, wydzieranych z najniższej emerytury. Wielu z nas jest w takiej sytuacji, bo nasza mniejszość starzeje się jak żadna inna.

Obnażanie. Słońce obnaża zmarszczki i kurz. Zapisałam to zdanie, bo przedtem tego nie widziałam. Dziś kurz mi rośnie, bo nie mam siły na regularne odkurzanie. Zmarszczki widzę, swoje i obce, kiedy wiosenne słońce wdziera się na ulice i do domu. Twarze jak wydłubane z gliny i wypieczone jak byle jak uformowane bochenki. Moja taka też.

Te same zmarszczki, ten sam kurz widzę w pełnym słońcu na liściach chwastów, które opanowały moje dawne kolejowe podwórko za Narejkami. Jak myśmy nazywali taką wybujałą chaszczaninę? Burjan! Nima uże nijakoho padworka, adzin burjan tam paros. A jak chutko.

Pamiętam, że łopiany kwitły liliowymi guzikami. Z moją przyjaciółką z lat dziecięcych, Tośką, bawiłyśmy się tymi guzikami rośliny. Jedna drugiej wlepialiśmy je we włosy i w ubranie. Osty kwitły podobnie, ale bardziej kłuły.

Kod nieobecności domu i podwórka. Kod obecności burjanu. Jakby sam czas działał tu, wymieniając jedno na drugie – nieustępliwie, zdecydowanie, niemal osobowo. Jakby osoba budowała zieleń jak rozkiełznany pałac. Tu już nigdy nikt nie zbuduje domu. Tu od 19. wieku zawsze stał kolejowy dom. Jestem w kodzie nieobecności wraz z domem, w którym byłam dzieckiem. Kod nieobecności osiągnął apogeum w tym miejscu świata. Moją twarz stopniowo bierze we władanie kod upływania życia. Nieubłagany straszny kod.

Tłumaczę na język prosty wierszyk o starości Charlsa Reznikoffa: Za mnoho waściej u rybi/ za mnoho kostaczkaŭ u harbuzie/za ciażkija dźwiery.

Dodaję: za mnoho burjanu na twajom daŭnim padworku. U lusterku ni ty, tolki morszczki i kości. Ech. A ŭwiaździe pył. I na lusterku. I ni choczacca spratywać. Za ciażko. Za ciażkija nohi. Za słabyja ruki. I cieło za ciażkaja, choć ja chudaja i ŭsio chudzieju. Kali wa śnie kładu nohu na nohu, zaczynaja baleć spodniaja naha, bo kładu kość na kość, aż stuknia i zaskrypić adna i druhaja.

Dubravka Ugrešić u starejuczych ludziej, pieradusim na żanoczych szczokach, baczyć mopsy. Baczyć ŭ sibie, jak jany sztoraz macniej wisiać, jak stwarajucca. Ja ŭ Angeli Merkel baczu mopsy. Rastuć da dołu i wisiać. Robiacca z hadziny na hadzinu sztoraz bolszyja. U minie jich nima pakul. I ŭsio raŭno spraŭdżaju, jak Dubravka, ci ŭże rastuć. A heta ŭsio praz toja, szto dziejniczaja kod adsutnaści żyćcia. Twar apuskajacca, bo jaje piarastali trymać maładyja myszcy. Jakiś strach pahladzieć znoŭ na sibie ŭ lusterko. Tolo tak samo z takim samym stracham zahladwaja ŭ spolnaja lusterko. Jaszcze żywiem.

Kali my haworym „Żywie Biełaruś”, baczym, szto dzieś ni wielmi żywie, Ali dzieś adnak żywie, i nawat pa biełarusku haworyć i śpiawaja. Polityki ŭsie hladziać na toja, szto robić Łukaszenka, a ni na toja, szto robiać ludzi. U hetym pośladzie biełaruskija ludzi niczoho ni robiać tolki sidziać pad Łukaszenkam i pjuć abo śpiać. Kod adsutnaści ŭ samych pohladach.

Koniec. Daniił: „Kartki mojego kalendarza spadały zbyt szybko. Skończyło się poczucie nieskończoności”. Utrata poczucia nieskończoności – powtarzam te słowa i powtarzam.

Człowiek młody, dziecko, nawet dojrzały mają poczucie nieskończoności. Stary człowiek traci to bezpowrotnie. Stary człowiek to człowiek smutniejący. Ten smutek pogłębia się. Nie ustępuje nigdy. Są oczywiście chwile, kiedy utrata poczucia nieskończoności kompensowana jest przez chwilow­ radość u starego człowieka, ale to krótkie chwile. I musi dopisywać zdrowie.

My skazali b: Paczućcio biaskoncaści. Jano było ŭ kożnaho z nas, kali my byli dziaćmi, maładymi. Było paczućcio bieskoncaści trywańnia naszaho narodu. Nam zdawałaso, szto zaŭsza możam wiarnucca da naszaho domu, naszaj wioski, szto nasza wioska budzia trywać i trywać.

Tolo pytaja, ahladajuczy sztoś na TVP Biełsat, jakiś film, ci słowo „zusim” znaczyć „zupełnie”. Hawaru, szto tak. Jamu padabajacca heta nasza słowo. My hawaryli jaszcze: „zaŭsim”.

Zaŭsim zabyłasa. Zusim wylaciało z pamiaci. Zaŭsim/zusim. I tak, i tak dobro. Tolki my zaraz zusim-za­ŭim pamrem z naszymi starymi słowami. Moża nie.

A kartki z kalandara tak chutko laciać, szto zdajecca: czaławiek robić swaju kożnuju sztadzionnuju rabotu biahom. I biahom stareja nam biełaruskaść. Jak astaniacca, ta budzia zusim nowaja. Trebo prywykać, szto my jaje leć paznajam. Ali Jana budzia żyć ŭ druhoj sukiency…

Piararywaju słowy, bo ŭ czym druhim Jana budzia żyć, nasza biełaruskaść, ja ni znaju.

Adnak chwilinu padumaju, czym mahła b być nowaja biełaruskaść. Nowa białoruskość, nasza pomaturalna, wyłoniłaby z siebie kogoś takiego, jak Almodovar, jak Sloderdijk, jak Jarmusch, jak Hannah Arendt pośród wagonów, stadionów idiotów kulturowych, tworzących popkulturowe dziełka dla nikogo, dla indywiduów bez tożsamości i oduczających tożsamości w imię triumfu przeciętności. „Nic tak nie męczy, jak przeciętność” – nieśmiertelne słowa Daniiła; znowu je przytaczam. Ależ tak. Żeby wyłonili się z nas nasi wielcy, musimy mieć silny związek z tradycją. Nie możemy nią gardzić i zrywać z nią, przerywać ciągłości i stawać się „jak wszyscy nowocześni”, nieczytający, obrazkowi, bez tożsamości, już modnie zglobalizowani, już z doskokiem do słusznego zgłupienia. Nie możemy gardzić łapciami dziadów, ani fartuchami babek, ani naszymi chatami, ani naszymi pieśniami, ani haworkami. Nie możemy się wstydzić biednych gospodarstw naszych przodków. Trzeba o tym wszystkim opowiadać, trzeba to pokochać. Dawno już nie nosimy łapci. Już przez bycie Białorusinami stajemy się oryginalni i wielcy, dopóki myślimy po profesorsku. Jeśli tylko nie amputowaliśmy pamięci, doskakując do uwspółcześnienia, to jest do braku tożsamości i do przeciętności, do bycia „jak wszyscy”. Globalizacja wymusza przeciętność umysłu. Jesteśmy wręcz zobowiązani do utrzymywania naszego znaku profesorskości, bez względu na wykształcenie. Ktoś w Europie musi. To nasz zysk z naszej tożsamości.

Maturzystkę, autorkę szkicu w „Cz”, wkurzyła propozycja pana Jana, abyśmy wszyscy wskoczyli „w obrazki i jak najkrótsze teksty”, bo ponoć tego chcą młodzi. To wy, dorośli, pchacie nas młodych w to dno – oskarża. Ważki wkurzony młody głos – kod obecności. Nie tylko ja się wkurzyłam i nie ma co się na to wkurzenie obrażać. Głos tej maturzystki jest młodziutkim znakiem profesorskości. Oby rozwijał się nam ten znak. Bez tego naszego znaku nie ma kultury, osobowości, odwagi, myśli.

Amaleki. Filozof z Izraela, umknęło mi jego nazwisko, mówił na Planete+ o rozdarciu narodu izraelskiego na dwie części Jedna część narodu nienawidzi każdego Amaleka i gotowa na nim mścić się i nieustannie zabijać, a druga część postępuje według maksymy: Kochaj bliźniego swego (także „obcego”), jak siebie samego. Filozof uważa, że w tej sytuacji trzeba krzewić to drugie, bo inaczej to pierwsze rozwinie się nadmiernie jako sprawa tak samo ważna. Nie można ustanawiać dobra i zła jako spraw tak samo ważnych. Nie można krzewić nienawiści, bo ona pożre każdy znak profesorskości i rozwinie się. A Europa boi się samego słowa „krzewić”. I rozdwaja narody. Szczególnie ta postdemoludowa Europa. I Polska. My zbyt łatwo i bez winy stajemy się znienawidzonymi Amalekami, „wrogami narodu”. Możemy się z tego śmiać, ale jest to przerażające. Naród rozdwojony i unikający krzewienia „Kochaj bliźniego…” najchętniej znajduje Amaleka w mniejszości.

Za Maciejem Stroińskim przytaczam słowa o Amaleku (na podstawie Tory): „Amalek to ateusz, bezbożnik. Dopóki nie wyginie „wirus Amaleka”, tron będzie rozpołowiony”. A więc sprawa pojmowana jest religijnie, z ogonem metafizycznym w realu, kiedy każdy „obcy” staje się uosobieniem zła, szatanem. Amalekiem może stać się „każdy obcy” (bo to on rozdwaja naród swoją innością, następnie odpowiada za każde zło).

My możemy krzewić naszą profesorskość. Musimy coś krzewić. Intelektualizm. Inteligenckość. Myślenie. Nie doskakiwać do internetowej trywializującej gadaniny i na tym poprzestawać. To złudne bycie, całkowite oderwanie się od rzeczywistości, wskakiwanie w fa­szywe dane, statystyki, sondaże, fejki i w internetową wiarę, że to życie, a to tylko takie modne ćpanie. Mody trwają krótko. W dodatku na naszych postach pojawi się namordnik w postaci tzw. błędu 404 (dobry pretekst dla cenzorów). No i nie możemy nikomu pozwalać na rozdwajanie nas na słusznych i Amaleków, czy to będą chcieli robić z nami nasi, czy nie nasi.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Piśmo da Hospada Boha.

2. Chwaroba siroctwa heta traŭma na ŭsio żyćcio. Ni pakidaja. Stwarajacca sytuacja: ty ni lubisz, uże ni umiejasz, ali ceły czas czakajasz, kab chtoś cibie palubiŭ. Cełaja żyćcio szukajasz tak lubowi, jakaja była da cibie ŭ mamy. Ja palubiła na nowo maju mamu, ali heta luboŭ była padszyta stracham, ci jak jana wyjdzia z chaty, ta wierniacca, ci nie. Strach, zwiazany z luboŭju, ni praszoŭ u minie nikoli. Nawat tady, jak ja nawuczyłasa lubić mużczynu. Ci jak jon wyjdzia z chaty, ta wierniacca, ci nie?

Chwaroba siroctwa heta dyra ŭnutry czaławieka na doŭho, doŭho. Zamiest lubowi ŭ hetaj dyre adnyja dumki pra ludziej, jakija zmarnawali żyćcio maładoj mamcy i żywomu dzidziaci. Bo panstwo ni darażyło żyćciom żanczyny, tolki padpasowywało da prapahadny fidei. Jakoja bałwanstwo, praŭda? Jano i sionnia paŭtarajacca. Tamu ja prypaminaju maju historju. Ty ż ni bałwan ad prapahandy fidei.

Siońnia mnie ni choczacca hawaryć. Ni choczacca chadzić. Prymuszaju sibie da słoŭ i szpacyraŭ. Heta ŭsio praz sztadzionnuju ahidnuju wajennuju prapahandu, praz militaryzacyju praz adpichańnie ŭładami razumnych ludziej, praz nazykaŭ, nacjanalistaŭ i szawinistaŭ, jakija ŭwiaździe wyrastajuć ŭ bałwanawuju siłu.

Sztoś druhoja tabie raskażu. Ahladali z Tolam film Kubricka „Ścieżki chwały”. Hety film ni pastareŭ nawat na kapialku, choć zroblany ŭ 1957. Adnyja mużczyny. Wajna. Pierszaja suświetnaja. Żaŭniery hinuć. Zabiwajuć. I jich zabiwajuć.

Adnyja heta bajaźliŭcy, druhija źwiarejuć, ali heta tak samo ad stracha. Swaji hienerały zabiwajuć swajich, abwinawaczanych ŭ bajaźliŭstwi. Hienerały źwiarejuć da swajich. Mużczynski straszny świet.

Tolki na samy kaniec filma pajaŭlajacca żanczyna. Żauniery ŭ trakciry czakajuć, szto za siurpryz padhatowiŭ im szef trakcira. Akazywajacca, szto „trafiejnaja” maładaja niemka sztoś im zaspiawaja. Żaŭniery wiaraszczać jak aszalełaja żwiarjo. Zdajecca zaraz na jaje napaduć, kinucca hwałtawać. Ali kali jana zaczynaja śpiawać prastuju nimieckuju pieśniu, jany pawoli zacichajuć, zaczynajuć słuchać, a patom wielizarnym choram zaczynajuć śpiawać razam z żanczynaju, chacia heta ż pieśnia jich woraha. Śpiawajuć biez słoŭ, tolki samu miełodju – adnym mużczynskim stonam. Kranalnaja scena. Ciakuć ślozy pa jich zmuczanych, pastarełych licach. Żanczyna na minutu wiarnuła jim narmalnaść. Znoŭ zrabiła jich ludźmi z żywym sercam. I z ciahaju da żyćcia.

Ŭ 21 stahodźju majam takuju czudnuju techniku, ali tak antywajennych filmaŭ nima. I kranalnych filmaŭ nima. Praŭda, jeść dobryja filmy, ali jany redko pajaŭlajucca, i jany jakijaś abrezanyja z kranalnaści, jakijaś maleńkija i zbytawuszanyja. Jak ścisnutyja i akaleczanyja z ŭsiakaj trywohi. Niachaj ahladacz bałwanieja ŭ bytawusie. Filmy stali rabić bajaźliŭcy, i robiać jich pad rynak. A z wajny robiać nam ŭ filmach stralanku, pryjemnuju pryhodu. Ni mahu ahladać. Z wajny robiać zabawu dla ni zaŭsim razumnych hladaczoŭ.

„Sabaka nieba”. Ni chaczu! Ni chaczu falszywych autaraŭ, jakim komputer pisza wierszy, a nawat prozu. Kamputer prydumaja sztoś takoja jak „sabaka nieba”. Ad razu znaju, ci aŭtar falszywy, ci praŭdziwy. Wydawiec hetaho ni znaja? Chibo ni znaja, kali drukuja maszynkowyja „sabaki nieba”.

Nastupny szah heta hadami poŭzać da telewizara, da mediaŭ, rabić krużok samych swajich maszynkowych, i kali ŭże dapaŭźli, rabić abnimanku, buźkaŭszczynu: ty minie pachwalisz, a ja cibie. Teksty zrobić nam maszynka, a my joj tolki sztoś padsuniam ŭ troch frazach. Jana patom sama napakuja ŭsiaho, i „sabakaŭ nieba”, i parnagrafii, i zmiksuja ŭ adzin durnawaty supok. Życcio zajmie poŭzańnie da mediaŭ, a patom trebo trymacca jich czatyrmia łapami. Ni chaczu maszynowych „sabakaŭ nieba” i toj paŭzaniny. Pa „sabakach nieba” niczoho druhoho ni możno spadziawacca, adno machlarstwa pra samych sibie. Jak doŭho heta moża trywać? Trywaja ŭże dwaccać let. Pratrywaja i stahodźje.

Ali czytacz uciok. „Mnie cipier trebo tysiaczu hadoŭ dyjety” – kazaŭ zachaplajuszczy Rilke. Nasz czytacz jakraz na takoj dyjeci biez maszynkowych kniżak.

Maszynka napiczkaja tekst ŭsim, szto modnaja, i piarapiczkuja heta ŭsio ŭ jajco baŭtuna. Czytacz jaszcze dalej uciacze. Maszynkowyja aŭtary robiacca samaŭpeŭnianymi i liczać czytacza poŭnym durniam, jakomu lohko namachlawać, jakomu można falszywić, pierad jakim można prytwaracca hienijam. Maszynkowyja aŭtary puchnuć pierad czytaczom ad swajej maszynkowaj sławy, aż robiacca niebaczosami nad jim. Nu i robiacca tymi „sabakami nieba”.

Baczysz jich? Na peŭno nie. Heta ni raście ŭ wierch da cibie.

Kuplaju „Dziennik. Gazeta prawna”, kab praczytać interwju z Andaj Rottenberg. Chtoś na FB daŭ fragmient. Zacikawiŭ minie, bo Anda haworyć, szto u 39’ tak samo husto pad wosień wisieli jabłyki jak ŭ 2016, szto czuja nowuju wajnu. Praczytała i ad razu ni zhadżaju z ŭsim, szto każa. Bo jana każa, szto do siońnia (do ŭłady PiS) ćwiła u nas kultura, szto kożny sztoś dla sibie znajszoŭ, ad parnagrafji pa ŭsio, czaho tolki zachoczasz. Heta ni tak, spadarynia. Literatura piaraćwiła jakraz za hetyja hody. Joju waładajuć „sabaki nieba”. Ta ż czytacz ŭciok, spadarynia. Nadpradukcja sabaczych kniżak heta patałohija. Kolki razoŭ ja heta muszu paŭtarać? Dobrob było, kali hety sabaczyja teksty byli damawoju zabawaju, kali nudota i dożdż. Ali jich patałahiczno rasprastranili ŭ medjach.

Jeśli ŭsio dazwolano (anything goes), ta ŭsio staić ŭ adnom miescy, topczacca. Na szto staracca, kab na prykład ŭ literatury ci fiłasofji było sztoś dobraja i nowaja? Kab adkrywało woczy?

Plotyn (Enneada 6): (…) jeśli umysł stoi, to nie myśli. A jeśli nie myśli, to go nie ma.

Stoimy. Literatura stanęła.

Stoimy prowojennie na naszym globie.

Imprawizacja „sabaki nieba”. Da taho, kab imprawizawać na wiaczorkach, trebo być dobro padhatoŭlanym. Biez padhatoŭki nawat hienij ni wystupić z imprawizacjami. Hienij zaraniej padhataŭlajacca i ŭsio pamiataja patom. I maja atwiety dla publiki, czasam dobrym żartam. A szachraj, naszaja „sabaka nieba”, liczyć sibie hienijam, jaki budzia improwizawać biez padhatoŭki. I patom wychodzić tak, szto jon jak zaprecca kapytami, tak i ni daje ni wodnaho atwietu na zapytańnia publiki, tolki wilaja jazykom jak duszany. Publika niczoho ni moża zapamiatać z takoj imprawizacji. Nahladziełasa na mnohich takich i bolsz ni zachocza.

I ja nahladziełasa, i bolsz ni chaczu. Maładyja ludzi prosiać: chadzi na wiaczorki, jak ŭpiarod chadziła, i hawary szczyro, jak razumiejasz aczarodnych „sabakaŭ nieba”. My zaŭsza czakali na twajo słowo szto ty skażasz.

Ni mahu. Patom arhanizatary wiaczorkaŭ minie nienawidziać.

Mamma mija mobile kalesone! A ŭsio wakruh źmianiajacca ŭ nowy tatalitaryzm, aż ni choczacca hawaryć nawat da cibie. Usie dziarżawy militaryzujucca. U nas ŭłada chocza arhanizawać apałczenstwo, znaczyć na samam dzieli bajoŭki, partyrantaŭ. Budzia jim płacić pa piatsot złotych ŭ miesiac za asobu. A ja dumaju, szto tudy papływuć samyja nibiaspiecznyja ludzi. I ŭnuki, i baćki, i dziedy z babami, dy dziaćki z ciotkami, i cełyja wioski. Charasze razam buduć zarablać, jak złożać hetyja 500 zł ŭ adnu siamju. Daduć im broniu. Znoŭ lesnyja bandy zrobiacca?

Tak pytajusa, bo ni mahu zrazumieć, prociŭ kaho majuć być jany?!

A ty razumiejasz?

Kab heta arhanizawać, trebo ż ni mieć ni trochi ŭjaŭleńnia. Ŭjaŭleńnie patrebno da ŭsiaho, szto arhanizujam. Majo ŭjaŭleńnie padpawiadaja, szto ŭ bajoŭki pojduć złyja ludzi. I pierad ŭsim nazyki, jakich ni brakuja. Pryt tom, jak czytaju, heta maja być pradaŭżeńnie tradycji praklatych żaŭnieraŭ. Mama mija mobile kalesone! Znaczyć heta prociŭ majaho kacapskaho żyćcia. I znoŭ toj samy antysemityzm. Znoŭ toj samy nacjanalizm, toj samy szawinizm. Jeśli taja tradycja… Znoŭ bajusa. Bajusa napraŭdu.

UFO ŭ akularach. Paszła na wiaczorak z Monikaj Stępień, bo dała jej rekamiendacju i blurb. Jana apublikawała pierszuju kniżku z wierszami z finansawaju dapamohaju Prezidenta Horada. Heta taja samaja Monika, jakuju ja apisywała. Taja samaja, jakaja prywiazła z Padlaszsza „tu, o” i ni moża ad hetaho „tu,o” wyzwalicca.

Wiaczorak byŭ krasiwy i razumny. Jaje pierszyja wierszy tak samo.

Ja baŭlusa akularami. Adwaroczyju ta ŭwahnutaju staranoju, ta wypukłaju. Na połapi wisiać szarengi drobnych fanarykaŭ. I raptam baczu, szto ŭ wypukłych ściokłach hetyja szarengi adbiwajucca hłyboko, a ŭ wohnutych ni adbiwajucca, tolki wisiać ŭ pawietry daloko ad ściokłaŭ. Jaszcze raz probuju adwaroczywać ściokła i ŭsio paŭtarajacca. Ŭ wohnutych ściokłach fanaryki znoŭ ni adbiwajucca, a wisiać ŭ pawietry, nawat nad majimi palcami, jakija kładu na ściokła. Fanaryki prabiwajucca czeraz wuskija prorwy pamiż palcami i wisiać ŭ pawietry. Heta prawiło fizyki tak dziejśniczaja. Czudy fizyki. Fienomen optyki.

Znaczyć światłó UFO moża tak rabicca. Jeśli ŭ pawietry jakijaś chwali robiacca wohnutymi. Jany łapajuć jakijaś bloski, z czyjahoś wakna na prykład, abo druhija, z jakohoś fanara, i hetyja bloski robiacca jak latacialnaja tarełka, wisiać ŭ pawietry. Pawierniasz haławu, i jany wisnuć inaczaj. Adpływajuć ŭ horu na pryklad, abo ŭ bok. UFO heta ni czudy, heta fizyka. Tak moża nalapicca na pawietru i Baharodzica, i Isus, i ŭsiaki wobraz, ŭ jakom buduć bloski, zołato, abo sam jon budzia za ściakłom. Dzyhnia z adnaho miesca ŭ druhoja i zabaczym pawietranyja czudy.

Czastku wiersza Moniki ja piarakała na prastuju mowu:

(…) ŭciskajusa ŭ ciapłó pramieżku pamiż podychami.

Raspraścirajusa na krajach szklanki pierad tym, jak stuknia ŭ zuby,

zaciskaju kancy palcaŭ siarod pramieżkaŭ pamiż wiejkami.

Ja jeść ŭzdych raścianuty pa ścianie tak, kab wiartajuczysa jon ŭliŭsa ŭ wucho i nahadaŭ mora.

Ja rablusa najdrabniejszym stwareńniem.

Monika trenirawała boks. Jana wielizarnaja dziaŭczyna z natranirowanymi myszcami. A jaje wierszy taki delikatnyja. Karonkawyja.

Hejnały. Nabokow w powieści „Z najlepszej strony” mówi, że mamy hejnały zamiast wiadomości. Nie tylko zamiast wiadomości. Zamiast literackiej krytyki mamy hejnały. Zamiast treściwych dyskusji mamy hejnały.

Mamy hejnały sławy doczesnej pisarzy. Mamy hejnały polityków. Mamy hejnały homo capitalisticusa, w którym Max Scheller widzi coś znacznie gorszego niż u homo sowietucusa. Ja też to widzę. Moja teściowa, która ma 96 lat też to widzi. Teraz nie ma dobrych ludzi – mówi.

Pryniasła znoŭ. Szpacyr heta dla minie zaŭsza jakajaś trafieja. Siońnia pryniasła wobraz łuży: jana jak z rukami, adna wycianuta ŭ wierch. Jana biażyć, leżaczy. I budtab chocza kinuć kamiań.

Tolo każa: Hlań, tam na stale listki.

Praŭda. Jany razłażylisa jak surwetki abo źwiozdy. Prylipli płosko. Bo imżyć. Jany cichija.

Jakaja dobraja ciszyna.

Ŭ druhom miescy chtoś ukraŭ stoł. Heta nasz nowy park. Chamawataja maładzioż brydko bazhrolić pa stałach. Wiaraszczyć. Nastaŭlaja hałosnuju chrabaszczaczuju muzyku. Hnie maty.

Tam, dzie naczujuć ptuszki, patom nakapano kwietkami pad nogi. Ni takija brydkija hetyja haŭnianyja kwietki, wyhladajuć jak zatoptanyja marharytki. Idziem pa bukietach pad drewami. Jany zasochli. Topczam jich.

U chaci: biełyja adidasy biahuczaho mużczyny mihatnuli jak matylki, tak jak jany (praŭdziwyja) heta robiać: koso, adzin wyżej. Heta byŭ Tolo, bieh ŭ tualet. Tak koso zamihataŭ praz witalniu.

Czarka z biełaruskim czyrwonym smaragdam

Znoŭ piszu na prastoj mowie, ali pierajdu na polskuju. Zmiaszaju mowy. Kali naczynajasz pisać, śmierć adychodzić dalej, choć i tak staić ni tak daloko. Kali czujasz, szto jana ni tak daloko, znaczyć ni adyjdzia. Ja ŭ takoj sytuacji. I mnohija z nas. Za mnoho nas ŭ takoj sytuacji. My amal ni majam dziaciej, a jeśli tak, ta i ŭnukaŭ wielmi mnoho ni majam.

Każu dalej moj tost.

Za naszych dziaciej i ŭnukaŭ. Kab nas pamiatali, i ni ŭciakali daloko. I kab dziaciej mieli. Choć pa adnom. I kab praŭnuki ni uciakali daloko. Tojesnaść wiartajacca ŭ praŭnukaŭ, jeśli wiartajacca. I mowa dziedaŭ wiartajacca, ali ŭ literaturnaj formie, jeśli wiartajacca. Jeśli dzieś isnuje mowa dziedaŭ u literaturnaj formie. Takaja isnuje ŭ Chicago (tam nawat prastaja mowa). I paka isnuje ŭ Biełarusi, i ŭ nas ŭ paetaŭ i piśmiennikaŭ.

Za tekst Michała Mincewicza „Zanikanie haworki”. Straszny tekst napisaŭ Michał. Straszny, ali da bolu praǔdziwy, bo ja ci mnohija z nas znajuć hetyta jaho słowy tak dobro, jak swajo pamirajuczaja żyćcio razam z haworkami, z wioskami, padworkami, aharodami, hruszami, kałychankami. Znaju i my znajam, jak my stali pamirać. Ni tyja hranicy. Ni naszyja. Nas parwali na kuski i my akazalisa u roznych ajczynach. Zabylisa, szto heta tak, szto my parwanyja na kuski. Kaki my wiartalisa damoŭ paśla szkołaŭ, naszyja myszli my stali wyrażać na czużoj mowie, na takoj, jakoju hawaryło balszynstwo ŭ naszych nowych ajczynach. My ni abahaczali naszaj staroj mowy. Ni razwiwali jaje. Jaje my chutko kłali ŭ mahiłku razam z baćkami ci dziedami. Dy i jany zabywalisa prastoj mowy, chacia jaszcze pamiż saboju na joj kali-niekali hawaryli. Ali ŭ horadzi chutko zabywalisa. Maji dziadźki i ciotki ŭ horadzi chutko zabylisa prastuju mowu. A maji dwajuradnyje braty i siostry, jich dzieci, ŭże jaje ni znali. Jany ŭże druhi narod. Dy baćki nawat jich ni achryścili. Niekataryje pachryścilisa ŭże darosłymi. Ni achryścili, bo pawychodzili za komunistycznych ateistaŭ. Dy i chacieli tak, jak chacieła tadyszniaja dziarżawa. Żanczyny dapasoŭwajucca i da dziarżawy, i da mużykoŭ, kab żyć spakojno i ćwiści.

Każu tost za naszu prastuju mowu, dziekolwiak Jana isnuje. I za mahiłki z prastoju mowaju pad kamianiam, dzierawam i trawoju.

Za takija tosty Nobiela ni dajuć. Tak, mużyki, pan Jan, pan Michał. Za nasz „Czasopis” Nobiela ni dajuć. Chutczej daduć za amierykanskija piesiańki, jakby ni było ŭże literatury na naszym świeci. My ŭ „Czasopisie” apawiadajam nasza pamirańnie, adzinaja takoja na cełaj ziamle. Adzinaja, bo heta nasza pakajowaja i doŭhaja nizhoda na toja, kab nas liczyli nidaczaławiekami i prymuszali być druhim narodam. Pakajowaj nizhody sionnia mało, a pakajowaj doŭhaj jaszcze mieńsz. Pamiatajam, szto nas zabiwali lasnyja bandyty, czyścili z nas naszyja nowyja ajczyny z nowymi hranicami. Pamiatajam i żywiem ŭ strachu, szto heta moża paŭtarycca, bo i siońnia majam za susiedaŭ takich ludziej, jakija bandyta sławiać, a jeśli tak, znaczyć dla jich miło ŭsio, szto z nami wyczaŭ pali bandyty. Każu samyja prastyja słowy: ni mahu zrazumieć, jak możno sławić bandytaŭ, nawat jeśli heta swoj bandyta. Każu tost, za heta nizrazumieńnie, bo jano mnie zdajecca mieraju czaławieka ŭ wa mnie. Kiepsko, kali narod robiąca sprawaju palitycznaju ŭ jakichś palitykaŭ, a palityki heta zaŭsza tolki jakijaś palityki. Jany adychidziać, robaczy mnogo złoho. U naszyja czasy palityki robiać bolsz złoho, czym dobraho.

My pamirajuczyja. My tyja, chto zaŭsza praz stahodźja pamiraŭ pierad czasam, a to za sprawy ruskija, a to za sprawy polskija, a cipier staŭ pra heta apawiadać u „Czasopisie”. Za heta Nobiela ni dajuć. Żal. Każu toast za „Czasopis”.

Takoja apawiadańnie naszaho umirańnia heta nasz adziny ratunak. Ja znaju, heta zwuczyć dziwosno. Ali ci majam sztoś druhoja? My heta apawiadajam mnohim, a ni tolki nam samym. Heta ważno. Budziam trywać ŭ pamiaci mnohich. Hetyta mnohija dobro znajuć prastuju mowu, ali adwykli na joj hawaryć. Usio taki lubiać sztoś na joj praczytać. Prypomnić sabie, kim ŭczora byłosa.

Wznoszę toast za nasze godne umieranie. Za opowiadanie umierania. Za moje godne umieranie. Za pamięć o nas.

My ludzi ni rasiejskija i ni sawieckija – jak doŭho trebo heta paŭtarać? A hałoŭnaja sprawa: my ni czujamsa miańszynioju. My hałoŭny narod z Kniastwa, chacia jaho daŭno ni majam. Trudno żyć z tokaju tojesnaściu i za jaje Nobiela ni dajuć, nawat jak dobro apiszasz, tak szto czuży zapłacza, ali widać Nobiel nadto ŭże czuży dla nas i naszaj prastroj mowy, i nawat literaturnaj biełaruskaj – bolsz czuży, czym dla jidysz. Światłana Aliksijewicz dastała Nobiela za razmytuju tojesnaść, papraŭdzi za sawieckuju. I ni za prastuju mowu. I ni za literaturnuju biełaruskuju. Za rasiejskuju. I z takoju tojesnaściu jaje ni choczuć ni ŭ Rasieji, ni ŭ Biełarusi. Czyja Ty, Światłana? Ja znaju. Niczyja. Znaczyć sztoś było ni tak u Twajich kniżkach. A szto ni tak? U Cibie żanoczy pohlad.

Ludzi, jakija hawaryli na mowie jidysz, tak samo pamirali, i w Auschwitz pamirali, i patom doŭho pamiraŭ toj, chto acaleŭ, i ŭsie pamierli. Taja kultura pamierła. A za apisywańnie tahopamirajuczaho żyćcia na pamirajuczaj mowie jidysz adnak dawali Nobiela.

Każu toast za nasz „Czasopis” i ludziej, jakija jaho stwarajuć. I za Redaktara. I za pana Jana. Za ŭsich, chto patrafić apisywać sibie, jakoho zaŭtra ni budzia.

Byŭ dzień żanczyn. Jon chutko minuŭ. I tak trebo sztoś bolsz a żanczynach. Kali ja piszu hetyja słowy, majam blizko ŭże świato wiasny, nasz Wialikdzień. A zaraz i Prowady. Na Prowady nichto nikoli ni piaraliczaŭ pieradusim żanczynaŭ, a ja heta chaczu zrabić. Pakliczu jich. I Prowady chutko piarajduć, tady na szto mnie pielaraliczać tych, chto żyŭ daŭno. Ali ja chaczu. Pieraciahnu adno i druhoja świato ŭ maj, abo i dalej. Niachaj czas tak chutko ni lacić. Niachaj żanczyny ćwituć siarod majowych kwietkaŭ.

To cofnę się do starożytności. Niech pobiegną żeńskie imiona. Za Dzień Kobiet, który był i minął, ale niech będzie nieustający, i jednak przywołam go, aby przypominał ważne i nieważne kobiety – mam na myśli wszystkie nieważne, które ubierały, karmiły, a przedtem rodziły wszystkie ważne, i ŭsich ważnych mużykoŭ tak samo, i pamahali ŭsim jim żyć, a pieradŭsim paŭpływali na jich dobryja hoławy, razumnyja, nawukowyja ci mastackija. Za święto wiosny, aby rozkwitły chociaż na chwilę tamte dalekie żeńskie imiona. To nic, że to święto szybko przeminie. Za starożytne filozofki. A wyliczać je należy często z prostego powodu – żeby nie zapomnieć doniosłości żeńskiej linii w dziejach nas wszystkich z Europy (i spoza Europy). Za Anetę, Kleobulinę, Damo, Diotimę, Eurydykę, Hipparchię, Hypatię, Leontion, Makrynę, Periktione, Sosipatrę, Teano, Timuchę. Za Teaono już wznosiłam 8 marca w Olsztynie i w „Czasopisie”. Za pozostałe filozofki i uczone już kiedyś wznosiłam toast na łamach „Czasopisu”. Nie szkodzi. Przypomnę tylko, że nasza cywilizacja chrześcijańska przerobiła większość tamtych filozofek na kurwy, a potem usunęła żeńskie imiona z ludzkiej pamięci. Ani matrony nie były zakutymi mieszczkami, ani hetery nie były kurwami. Nie będę tego tłumaczyć – już kiedyś tłumaczyłam. Były to kobiety nauki, malarki, rzeźbiarki, poetki i filozofki. Poczytałabym teksty tamtych filozofek, ale jest to niemożliwe. Nie zachowały się. Jak w przypadku Teano, filozofki i matematyczki, odkrywczyni złotego trójkąta, myśli czy wynalazki tych kobiet przechowały się w dziele mężczyzn, bo były na nich cedowane. Dobrze, jeśli ci wspomnieli żeńskie imię. Co za niekomfortowa, wręcz straszna sytuacja, która trwa i trwa. Kobieta nieustannie musi krzyczeć we własnej obronie, bo ciągle czyha na jej wynalazek cwany rywal i ściga ją jego krzyk „kobieto, do garów”. W 21. wieku kobieta także czyha na kobietę. Rywalizacja kobiety z kobietą – trwały ten patriarchalny pomysł, a w dodatku zalecany, bo przecież mamy rozkwit durnego ustroju – wyścigu, pogoni, plagiatów. Rywalizacja ma się odbywać po trupach. Nie chcę. Wznoszę toast za moją niechęć.

Jeszcze za pamięć o starożytnych kobietach, filozofkach , wynalazczyniach i uczonych – niech pobiegną nowe imiona, bez których trudno wyobrazić naszą cywilizację, wyliczam je: Acca Larentia, Aganice, Aglaonike, Arete z Cyreny, Ban Zhao, Enheduanna, Gargi, Lasthenia, Maritaji, Penthesilea, która wynalazła topór, Xi Lingshi, która wynalazła jedwab, Shi Dun, która wynalazła papier. Sonduk, Themista, Maria Żydówka. Ich imiona nie są obecne w naszych podręcznikach.

Za twórczynię feminizmu z 14 wieku, pisarkę Christine de Pisan. Słyszałam o niej na studiach z humanistyki.

Wznoszę toast za Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki, opublikowaną w 1791 roku przez Olimpię de Gouges, za co skazano ją na szafot. Nie słyszałam o niej na studiach z humanistyki. Za Mary Wollstonecraft, autorkę „Wołania o prawa kobiety” z tego samego okresu. Nie słyszałam o niej na studiach z humanistyki. Obie Deklaracje należałoby powtórzyć.

Za nasze kobiety, które filozofowały. Filozofowały codziennie. Za naszą pamięć o nich. Za pamięć o mojej matce, która nieustannie mi powtarzała: Ci heta tabie patrebno? Ci ty czytajasz kniżki patrebnyja? Moża tracisz czas? Mnie tak zdajecca, szto tracisz czas i durniejasz. Nawat hawaryć z taboju ni wielmi jeść ab czom. Na świeci jeść takija kniżki, ad katorych ludzi durniejauć. Kiń jich.

Po latach stwierdzam, że to ona miała rację. Traciłam czas na mierne lektury, z których nie zostało mi ani jedno zdanie. Zapamiętałam baśnie, opowiadane mi przez matkę. I kołysanki. Baśnie rozwijają wyobraźnię i myślenie abstrakcyjne. Baśnie to takie pierwsze matczyne szczepienie umysłu, aby posiadał wyobraźnię i nie gardził jej rozmachem. Baśnie były opowiadane kiedyś przez nas na każdym kroku. Ktoś życiowe zdarzenia ciągle przerabiał na baśń, a potem tę baśń kto inny przerabiał po swojemu. My hetu literatury nazywali kazkami. Dzie naszy kazki! Nima wioski, nima kazki. Ǔsio taki każu tost za naszyja kazki. Moża adżywuć jaszcze ǔ kahoś. Kazka heta asoba.

Matka uważała, że piśmienność oznacza moc opisywania prawdziwego życia, jakąkolwiek formę byśmy temu nie nadali, poezji, prozy, baśni, bajki, że treść nie może stawać się wymysłem, fantazjowaniem, pustą rozrywką. Uważała, że ustne przekazywanie dziecku kazek to forma uczenia go życia, ale zarazem uznawała, że rzeczywisty analfabeta i półgłówek nie jest w stanie składnie opowiedzieć najłatwiejszej kazki. Ustne przekazywanie baśni to czytanie księgi z pamięci. To także piśmienność, zawarta w głowie. Adkrywajasz naszu kniżku i jaje haworysz, bo jaje ǔ haławie majasz. Nie wystarczy patrzeć na przyrodę. Nie wystarczy żyć chwilą. Nie wystarczy nakarmić kota i pogłaskać psa. Trzeba mieć słowo. Ale są takie chwile, że cieszysz się kotem i trawą. Nawet kurą, jej żółtym sennym okiem. I czerwonym listkiem, który spadnie pod stopy i uśmiechnie się pełnymi wargami. Jeśli to wierzbowy listek, to będzie miał dwie pełne rozchylone czerwone wargi. Ty pahladzi, jak charasze na świeci, i nawat jak sztoś wiahnia, ta charasze wiahnia. I pachuczaja sieno majam.

Wznoszę toast za wybitne, choć tak codzienne i zwykłe myśli matki. I za moc słowa.

I za toja, szto kazka heta asoba. I za toja, szto kożnaja kniżka heta asoba. I za toja, szto majo dzieciństwo praszło ǔ wioscy. Jak dobro, szto ja naradziłasa ǔ wioscy. Bahaciej baczym, kali baczyli wiosku z drewami, i les, i bałoto, i muraszki.

I za słowa Daniiła Granina, którego książki są i są lekturą konieczną, a słowa te wprost wiążą się z tym, co mówiła matka, a oto one: „Po prostu życie w czystej formie, bez domieszki celu”. Słowa pochodzą z książki „Miesiąc do góry nogami”, pisanej dawno temu.

„Po prostu życie, bez domieszki celu”. Czyli to tak, jak w dzieciństwie – rozkoszowanie się samym życiem i życiem otaczającym, czymkolwiek, co się widzi czy słyszy, leśną pajęczyną o poranku, śpiewem ptaków, nagle rozkwitłym kwiatem. Iść do lasu nie z zamiarem nazbierania jagód czy grzybów z myślą o zarobku, tylko żeby pochodzić między drzewami. Pobiec przed siebie. Poczuć wiatr i ciepło słonecznych długich łaskawych szpilek pomiędzy włosami. Wznoszę toast za takie chwile. To są tylko chwile. To są wiejskie chwile. Człowieka pożerają jego miejskie cele i staje się miejskim robotem. Ty za mnogo zamahajasz, a praz heta stracisz siły i chutczej umresz. Niczoho ni zabaczysz, niczoho dobraho ni zjasi, usio robisz, aby chutczej – słowa matki.

Żaden komputer nie zastąpi pierwszego matczynego szczepienia umysłu baśnią. Komputer kurczy mózg u dzieci. Rozleniwia władze umysłowe. Aby rozumnie korzystać z komputera, należy najpierw przejść naukę odsiewania chłamu od informacji, a tego dzieci nie przechodzą! Kognitywiści twierdzą, że odręczne pisanie rozwija mózg u dzieci, a pisanie wyłącznie na komputerze kurczy go, bo polega na szybkim pisaniu kilku stereotypów jako nieprzemyślanych prędkich replik.

Wnoszę toast za jeszcze jedne nieśmiertelne słowa Daniiła Granina z tegoż „Miesiąca do góry nogami”: „Szacunek dla władz to oznaka złego smaku”.

Bo co znaczy „szacunek dla władz”, skoro wszędzie władza państwowa ma skłonności do przemocy wobec obywatela? Tak było, tak będzie. Stosunek do władzy nie jest szacunkiem, nigdy i nigdzie. Szacunek zbyt łatwo przechodzi w czołobitność, w poniżanie się i sprzyja rozwojowi dyktatury. Stosunek do władzy powinna być innego rodzaju – to przytomność w jej ocenie i ocenie swego położenia pod daną władzą. Wznoszę toast za to, żeby nawet nie udawać szacunku do władzy i żeby żadna władza nie wymagała podporządkowania się jej, żeby nie wymuszała masowego szacunku. Zresztą nie da się wymusić takiego szacunku. Ludzie milczą ze strachu, a nie z szacunku. Milczenie takie – ze strachu – uchodzi za szacunek w oczach władzy.

Za słowa Daniiła Granina z tej samej książki: „Dawniej książki zmuszały człowieka do myślenia, dzisiaj człowiek czyta po to, żeby nie myśleć”.

Daniił napisał to pół wieku temu, kiedy podróżował po krajach kapitalistycznych. Nie mylił się w diagnozie.

Za tych, którzy nie mylą się w diagnozie. Za wybitną literaturę. Ona zaczyna należeć do rzadkości. Książek mamy nadmiar, ale literatury – nie.

Za słowa Daniiła: „Tragedia zbliża wielkich ludzi do zwykłego człowieka”

Ależ tak! Wystarczy ta sama choroba, co u sąsiada, ślepota nas przykład. I wielki Bach czuje najzwyklejsze bycie wraz z sąsiadem.

Za słowa Daniiła: „Najłatwiej skrywać obłęd na tronie”. Ależ tak. Na każdym eksponowanym stanowisku fajnie się skrywa obłęd. Widzimy to, obłęd rządzących.

Za słowa Daniiła: „Nic tak nie męczy, jak przeciętność”. Ależ tak. Dlaczego czytelnik uciekł od nowoczesnych książek i nowoczesnego teatru, i w ogóle od kultury. Mnie też męczy przeciętność,i uciekam.

Za słowa Daniiła: „Zgromadzona do kupy chałtura może przesłonić sobą każdy talent. Odechciewa się już na wszystko patrzeć. Nie chce się wierzyć, że ukazał się dobry film, że w tym zbiorku może się znaleźć piękny wiersz”. Ależ tak. Na przykład w antologiach poetyckich widzę przypadkowy chłam. Widzę cyrk objazdowy przeciętnych autorów po zagranicach na targi książki czy wieczorki. W księgarniach widzę zgromadzony chłam w obrzydliwych okładkach. Uciekam. Bardzo sobie cenię książkę „Ptaki bez gniazd” Łarysy Geniusz. Nie kupiłam jej w księgarni, ktoś mi podarował. Książki białoruskich autorów zwykle kupuję na spotkaniach z nimi lub tłumaczami. Zwykle jest to promocyjna cena, której rządząca partia chce zakazać. No tak. „Najłatwiej skrywać obłęd na tronie”. Mamy tron partii.

Daniił mówi o byłych czasach w kulturze, kiedy „mistrz rozpatrywał pracę innego mistrza” i kiedy „talent był niedostępny dla imitacji”. Ależ tak. Obecnie chłam przesłania talenty, a beztalencia bezkarnie robią mierne tandetne plagiaty za starych mistrzów.

Wznoszę toast za słowa Daniiła: „Cudownie, gdy żyją artyści, przed którymi można paść na kolana”. Ależ tak, tylko dziś góra chłamu przesłania talent. Przed jakim pisarzem padamy dziś na kolana? Przed jakim aktorem? Przed którym z reżyserów? Może przed Jarmuschem. Przed niektórymi reżyserkami. Jednak to chyba nie są „aż kolana”.

Wznoszę toast na słowa Rosjanina Daniiła: „Dlaczego nasze uczucia mają być normą moralności”. Ależ zasadne pytanie. Komuś się obraziły uczucia religijne, a jeszcze gorzej – narodowe. No i mamy ciąganie się po sądach w „obronie moralności” i „przeciw szkalowaniu narodu” (zwykła satyra uchodzi dziś za „szkalowanie narodu”).

Zapisywaju hetyta ǔsie słowy chutczej, chutczej, bo bajusia, szto umru i ni uśpieju. A hetyja słowy takija ważnyja. Biez jich nima jak hladzieć na sprawy. A jaszcze choczacca pahladzieć, i na świet, i na sprawy. I kamuś druhom choczacca pakazać razumnyja słowy, i Daniiła słowy, i jaszcze kahoś.

Jeszcze cytat z Daniiła: „Londyn. Tate Galerie. Wyobrażam sobie wystawioną w tych salach naszą młodą sztukę z pierwszych lat rewolucji w całej jej różnorodności – Tatlina, Fiłonowa, Konczałowskiego, Falka, Kuzniecowa, Sternberga, Chagalla, Kandinskiego, Grigoriewa – ich poszukiwania, zdobycze, odkrycia, i uprzytomniłem sobie, jak przekształciłyby się natychmiast wszystkie oceny. Świat zobaczyłby, jak wiele stworzyła nasza wspaniała młoda sztuka, zrozumiałby, że wszystko najlepsze rozpoczynało się już wtedy, i było śmielsze, zdolniejsze, ciekawsze. Wszelacy Amerykanie i inne Szwedy chodziliby po tych salach, cmokali i zazdrościli”. Ano tak. „Przekształciłyby się wszystkie oceny”. Wytłuściłam ważne słowa w tym cytacie i ponownie wytłuszczam. Bezcenne. Daniił w tym akapicie wymienia samych męskich twórców, ale gdzie indziej z zachwytem mówi o wybitnej Natalii Gonczarowej.

Poznanie rozumnych ludzi z innych kultury przekształca wszystkie oceny. Poznanie Białorusinów przekształca wszystkie oceny, które zazwyczaj są banalnymi stereotypami, hańbiącymi ich właścicieli.

Wracam do twórczych kobiet, „aby przekształcić wszystkie oceny” tym moim skromnym szkicem. Chociaż częściowo przekształcić oceny.

Wspomnę o Katarzynie Kobro, wielce zasłużonej dla awangardy polskiej i długo tu u nas niechcianej. Żyj, Katarzyno, osobo o mieszanej wschodnio-zachodniej narodowości, swoim nieśmiertelnym dziełem.

Nie mogę znaleźć w Internecie wynalazków Białorusinek. Ani białoruskich filozofek nie znajduję. Co najwyżej mam informację, ile tysięcy Białorusinek dostało się w łapy mafii, handlującej ludźmi. I czytam, że w białoruskiej Akademii Nauk praktycznie nie ma kobiet. Dwie są. Co najwyżej znajdę durne informacje, że jakaś matematyczka założyła burdel. Potem okazuje się w innym miejscu Internetu, że to nie matematyczka, tylko zwyczajna kurwa. Widzę, że przez Internet zachodni faceci traktują Białorusinki jako nieskończony rezerwuar kurew, kopalnię kurew. To samo z Ukrainkami. A ja tu poszukuję kobiecego twórczego umysłu.

Mam zatem do przypomnienia świętą Eufrozynę i błogosławione księżne – Ulianę Olszewską i Sofię Słucką. Wznoszę toast za te dzielne kobiety z przeszłości. Tak rzadko słychać w naszych świątyniach ich imiona. Właściwie w ogóle nie słychać. Nie czujemy więzi z Białorusią? Jak szybko zła granica oduczyła nas więzi rodowej.

No to wracam do jeszcze odleglejszej przeszłości. Wznoszę toast za pierwszą kobietę nauki, lekarkę, MeritPtah, żyjącą około 2700 lat p.n.e. w Egipcie. Jej imieniem nazwano krater na planecie Wenus. Żyj, Merit, w naszej pamięci. Jak dobrze, że zostałaś odnaleziona przez ludzi nauki. Wielka nowoczesna zasługa kobiet i mężczyzn.

Wracam do imion licznych twórczych kobiet, bo mamy ciągle czasy mizoginów. U władzy ciągle plączą się nam mizogini, jak Korwin. Pozbierałam nowożytne wynalazki kobiet na FB w proteście przeciw głupiemu stwierdzeniu Korwina, że kobiety są słabsze i głupsze, dlatego muszą mniej zarabiać. O nie, bracie. Na FB mówiłam tylko o wynalazkach, którymi na co dzień posługujemy się, a których dokonały kobiety, ale bez ich imion. Teraz wyliczę imiona wynalazczyń. Tymi wynalazkami posługują się ludzie na całej ziemi, niezależnie od narodowości.I mizoginii. I jest to tylko ich skromna część, tych wynalazków. I ta skromna część robi wrażenie.

No to za nowożytne wynalazki kobiet. Te z 19 i te z 20 wieku. Za wynalazczynie. Musiały walczyć z determinacją się o to, aby mierni cwaniacy nie kradli im wynalazków.

Patricia Bath wynalazła sprzęt do laserowego leczenia zaćmy. Maria Telkes wynalazła słoneczne ogrzewanie domów. Ellen Ochoa – system analizy optycznej. Marta Coston – flary sygnałowe. Barbara Ackins – znalazła sposób na wywoływanie filmów. Marion Donovan – jednorazowe pieluchy.  Ann Moor – nosidełko. Sarah Goode – składane łóżko. Bette Graham – korektor. Dwunastoletnia Rachel Zimmerman – drukarkę symboli Blisa i program komputerowy dla niepełnosprawnych (z porażeniem mózgowym). Stephanie Kwolek – kamizelkę kuloodporną i włókno kevlar. Tabitha Babbitt – piłę tarczową. Hedy Lamarr – system tajnej komunikacji, bezprzewodowy przesył danych. Mary Anderson – wycieraczki samochodowe. Josephine Cochrane – zmywarkę do naczyń. Elizabeth Magie – grę planszową The Landlard’s Game, poprzedniczkę Monopoly. Margaret Wicox – ogrzewanie samochodowe, pralko-zmywarkę. Anna Connelly – schody ewakuacyjne. Maria Beasely – tratwę ratunkową, maszynę do produkcji beczek. LelitiaGeer – strzykawkę medyczną. Nancy Johnson – lodówkę elektryczną. Ada Lovelace – algorytm komputerowy. Shirley Jackson – przenośny faks, dotykowy panel telefonu, ogniwo słoneczne. Alice Parker – centralne ogrzewanie. Grace Murray Hopper – oprogramowanie komputerowe. Nancy Johnson – maszynę do produkcji lodów. Maria Van Brittan Brown – telewizję przemysłową. Margaret Knight – torbę papierową (tę torbę papierową usiłował ukraść pewien facet, ale Margaret ostatecznie nie pozwoliła, walcząc o siebie pełnią determinacji).

Dorzucam jeszcze kilka imion: Rosalind Franklin – wkład w odkrycie struktury DNA. Jane Goodall – badaczka szympansów. Jocelyn Bell Burnell – astrofizyczka. W tym szkicu interesują mnie jednak nie tyle odkrycia naukowe, co przede wszystkim praktyczne wynalazki.

Wznoszę toast za to, aby wynalazki kobiet nie podlegały kradzieży przez miernych mizoginów cwaniaków, którzy ujrzeli możliwość niezłego zarobku, krańcowo lekceważąc płeć żeńską i żerując na niej.

Muszę jednak wejść na grunt ścisłej nauki, chociaż na chwilę, aby unaocznić, jak bardzo krzywdzono twórcze kobiety. Wznoszę toast za pamięć o Rosjance pochodzenia polskiego, matematyczce i pisarce z 19 wieku, Sofji Kowalewskiej. To pierwsza profesor matematyki (rachunek różniczkowy, mechanika, optyka). W Rosji nie mogła znaleźć zatrudnienia na uczelni. Atakowano ją w Szwecji, a robił to między innymi zaciekły wróg kobiet August Strindberg. Atakowały ją żony profesorów. Kiedy studiowałam na UW, nawet nie wspomniano o jej wybitnej twórczości pisarskiej. Carska cenzura czuwała nad jej utworami.

Atakowały ją żony profesorów. To charakterystyczne dla patriarchalnych struktur, że kobiety tłumnie atakują wybitną kobietę. Agatha Christie ujęła to następująco w książce „Tragedia w trzech aktach”: „Kobiety nie są okrutne dla mężczyzny, chyba że chodzi o jakąś konkretną osobę, są okrutne tylko dla kobiet”. Ja nieraz czułam na sobie takie babskie okrucieństwo. To ciągle stare systemowe okrucieństwo, patriarchalny mizoginizm obu płci, wymuszony przez mizoginiczne rządy, przez mizoginiczne kościoły.

Wznoszę toast za matematyczki z ubiegłych wieków i z 20 wieku. Za Amalię Emmy Noether, za Grace Chishohn Young, za Marie-Sophie Germein (18/19 wiek), za Julię Robinson. Sophie Germein musiała publikować swoje prace pod męskim pseudonimem (Antoine Le Blanka), tak bardzo była atakowana za swój talent, tylko dlatego, że była kobietą. Wszystkie matematyczki były bez przerwy prześladowane przez mizoginów. Utrudniano im życie, rozwój, publikacje, szykanowano.Kretyńscy uczeni jeszcze w 19 wieku przestrzegali kobiety przez rozmyślaniami i matematyką, bo to miało grozić udarem mózgu!!! Wznoszę toast za współczesną matematyczkę, laureatkę pierwszego matematycznego Nobla dla kobiety – Maryjam Mirzakhani z Iranu. Miała 37 lat, kiedy otrzymała tę nagrodę.

Wznoszę toast za wynalazki mężczyzn.

Tu wyliczę krótko wynalazki Rosjan, abyśmy nie żyli we wrażeniu, że odkrywczy jest tylko świat zachodni, a Wschód to terra incognita. Wyliczam bez nazwisk, i jak mówię, pobieżnie: czołg, giria, elektrownia atomowa, gra gorodki (zbijanie figur kijem; popularna np. w Finlandii), syntetyzator ANS, hektograf (powielacz), czteroosobowe szachy z twierdzami, okręt podwodny (1834), 7Z (format archiwizacji plików), otwór wiertniczy, jogurt, czapka uszanka, telefon komórkowy, lodołamacz atomowy, śmigłowiec (autor kontynuował jego budowę w USA, dokąd uciekł z Sajuza), tramwaj elektryczny, sztuczny satelita, narkoza, kałasznikow, Tetris (logiczna gra komputerowa), telewizor kolorowy.

Żyjcie i rozwijajcie się, wynalazki, nie tracąc autorstwa w wyniku rozwoju i zawłaszczeń – nie tracąc swego źródła. Wynalazki rosyjskie często służą wojnie – to inna sprawa. A zachodnie co, wyłącznie pokojowe są?

Kobiece wynalazki też służą wojnie, jak tajna komunikacja czy komputer. Oby wojny zaczęły należeć wyłącznie do koniecznych – obronnych. Za uduszenie wojny jako takiej, a zwłaszcza służącej do opanowywania stref wpływu i do organizowania nowych stref wpływów. Za to, aby mocarstwa nie tworzyły z mniejszych krajów swych poligonów wojskowych, nie licząc się z życiem ludności cywilnej.

Wznoszę toast za wynalazki Polaków. Wyliczam pobieżnie: spinacze, kosmetyki w tubkach, witaminy, łazik księżycowy, walkie-talkie, wykrywacz min, pleograf (do rejestrowania ruchomych obrazków), aeroskop (ręczna kamera filmowa), peryskop odwracalny (w czołgu), amortyzator, piec na ropę, zegar elektryczny, już w 1815 roku pojazd napędzany parą, łódź parowa, automatyczny warsztat tkacki, most spawany, dromograf (urządzenie do określania kursu statków). Już w 17 wieku szlachcic o nazwisku Siemianowicz pracuje nad technologią wytwarzania rakiet.

Kopernik poza potężnymi dokonaniami w nauce wynajduje kanapkę. Chodzi o posmarowane masłem kromki chleba. Taki niby drobiazg, ale trwały i o planetarnym zasięgu. Kopernik zauważył, że żołnierzom lecą kromki chleba w piach, że kiełbasa wypada spomiędzy nie posmarowanych kromek i tytła się w piachu, więc wynalazł sposób, aby kromki chleba były zlepione, a kiełbasę dobrze pomiędzy sobą trzymały.

Polacy także równoległe dokonują wynalazków, jak kamizelka kuloodporna czy wycieraczki samochodowe. To tylko niektóre, jak mówię, wynalazki Polaków (niektórzy następnie pracowali dla USA). Polska nie troszczy się o to, aby polskie wynalazki nie były podbierane przez złodziei z innych państw, jak też nie umie się z nich cieszyć, i nie za bardzo pielęgnuje pamięć o nich, na przykład w podręcznikach. Konotacje religijne mają u nas zawsze pierwszeństwo. Jest to fatalne. Oczywiście Maria Curie-Skłodowska jest powszechnie znana, ale z odkryć naukowych.

Jeśli chodzi o wynalazki Białorusinów, to one ginęły w rosyjskim mocarstwie, szły na jego konto. Dopiero od niedawna Białorusini pracują naukowo na własne konto. Również za rządów Łukaszenki. Wyliczam: ważne leki, przeciwrakowa laktoferina, lasery nowej generacji, superkomputer SKIF-GRID, satelita zdalnego sondowania ziemi.

Białorusini wyhodowali w laboratorium czerwony szmaragd, co graniczyło z cudem.

Wznoszę toast z ten cud, za czerwony białoruski szmaragd. Niczym nie ustępuje naturalnemu. Jest bardzo ceniony na światowym rynku jubilerskim. Ma barwę białoruskiej czerwieni, z odcieniem karmazynowym.

Wznoszę toast za to, żeby Białoruś nie zaznała krwawego majdanu – z górą trupów, w tym dzieci i niemowląt. Niech lepiej triumfuje białoruski pokojowy czerwony szmaragd. Jeśli zmiany, to drogą reform, a nie przez górę trupów i zloty najemników, aby bezkarnie postrzelać do ludzi.

Nikomu dotąd nie udało się wyhodować czerwonego szmaragdu w laboratorium. Ten przepiękny szlachetny samorodek to bardzo rzadkie zjawisko na ziemi. Występuje jedynie w górach Wacho-Wacho w stanie Utah w USA. Teraz mają go Białorusini.

Wiele nowożytnych  imion żeńskich pominęłam. Nie chodziło mi o dokładne wyliczanie. Tylko zaznaczyłam problem: wykluczane imion żeńskich. Strach pomyśleć, że znowu nasi mizogini mogą zająć się upychaniem w magazynach książek utalentowanych autorek (co się zresztą dzieje, np. z książkami Dubravki Ugrešić), czy zamykaniu internetowych stron z ich imionami i utworami. Już się zaczyna kasowanie genderowych wykładów na uniwersytetach.

Wznoszę toast za twórczą Aiszę, żonę Mahometa.Faceci przybiegali do niej z pytaniami z różnych dziedzin, także polityki. Występowała przeciw mizoginicznemu kalifatowi.

Za męskie wynalazki arabskie, wyliczam niektóre: za kawę, kamerę, spadochrony, mydło, destylacje, łuk, skalpel, wiatrak, wieczne pióro, trzy dania na obiad, dywany, czek, torpedę, ogrody warzywne. Za astronomię, matematykę i medycynę.

Wznoszę toast za to, żeby powstała Księga Wynalazków i Odkryć Naukowych Kobiet i żeby stała się lekturą obowiązkową, i żeby to było najpierw wydanie papierowe, bo ono wciąż pewniejsze. Zdaje się, że to tylko marzenie. Kobieta w 21 wieku pracuje zespołowo nad wynalazkami. Sława przypadnie miernemu cwaniakowi jak zwykle? Za to, żeby kobieta dokonywała wynalazków i odkryć naukowych samodzielnie, w samotności, i była odkrywana, i doceniana w porę.

Dobrze, że jest taki mężczyzna, jak Jacek Drozda. On to przypomina (na stronie: Kobiety w nauce – Dziewczyny do nauki), że Rosalinda Franklin przeprowadziła fundamentalne badania, które pozwoliły odkryć strukturę DNA, za co tylko Watson i Cricks otrzymali Nobla. Jacek Drozda przypomina, że to Cecilia Pacyna-Gaposchkin odkryła, że głównym składnikiem gwiazd jest wodór, ale jej odkrycie było ukrywane do 1929, aż pewien facet te wyniki przyswoił. Jacek Drozda przypomina,, że to Lise Meitner pierwsza opisała zjawisko rozbicia jądra atomowego, ale to Otto Hahman otrzymał za to Nobla (1944), bo ukradł od niej to odkrycie. Tak wygląda świat, w którym żyję. Czuję się nieswojo, bo moją płeć mizogini pozbawiają doniosłości i nagród Nobla.

Wznoszę toast za Jacka Drozdę.

On przypomina też postać wybitnej włoskiej lekarki Trotuli z przełomu 1 i 12 wieku. Jej nieocenione osiągnięcia przypisywano mężczyznom, a po jej śmierci w ogóle zaprzeczano jej istnieniu!

Jacek Drozda słusznie twierdzi, że trudno sobie wyobrazić współczesną filozofię bez dokonań Hannah Arendt. Ja dodatkowo twierdzę: trudno sobie wyobrazić dzisiejszą filozofię bez dokonań Jolanty Brach-Czainy.A w naszej telewizji zbierają się jacyś faceci, niby filozofowie, i tych nazwisk nie widzą. Ględzą. Ciągle siedzą w św. Augustynie. Zły neokonserwatyzm.

Wznoszę toast za więcej, znacznie więcej Nobli dla twórczych kobiet.

Wznoszę toast za wygodny biustonosz, który wynalazła Mary Phelps (1914). Poprzednie budowle z drutów i twardej materii, w które wciskano kobiety, uniemożliwiały chodzenie i pełne oddychanie. Mary rozdzieliła piersi. A biustonosz odtąd miał ramiączka. Jednak nie był to nadal zbyt wygodny biustonosz, bo był nierozciągliwy. Wrzynał się w ciało. Dopiero w drugiej połowie 20 wieku mamy elastyczne biustonosze, które są naprawdę wygodne. Wznoszę toast za wygodne biustonosze.

Nasze kobiety przeważnie nie nosiły biustonoszy. Trudno w nich było pracować w gospodarstwie. Matka obmyśliła sposób na wygodny biustonosz: wydziergała go na drutach z bawełnianych nitek.Na zimę wydziergała inny, z cieniusieńkich wełnianych nitek. Oba miały szerokie ramiączka. Na moją prośbę wydziergała taki dla mnie, letni i zimowy. Jakże wygodnie człowiek miał się w nim! Matka szybko umiała wszystko zrobić na drutach. Wręcz błyskawicznie. Rękawiczki, skarpety, swetry i spódnice. A te jej biustonosze nosiłam do chwili, kiedy w sklepach pojawiły się elastyczne. Wznoszę toast za to dzieło matki.

Matka wydziergała mi na drutach rajstopy z wełny na zimę, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o rajstopach. Miałam wtedy sześć lat. Wznoszę toast za te pierwsze rajstopy, dzieło mojej matki. Nie musiałam nosić niewygodnego kaftana ze sprzączkami na pończochy. To było ustrojstwo, uniemożliwiające pogodną egzystencję.

Czym ja wznoszę toasty. Wyimaginowanym kielichem z białoruskim czerwonym szmaragdem wewnątrz. Można to sobie wyobrazić. Czerwony szmaragd delikatnie się kołysze, jak wisienka.

Bezsprzecznie wielkim wynalazkiem kobiet jest chodzenie z odkrytą głową, jeśli tylko pogoda pozwala. Także: wchodzenie do świątyń z odkrytą głową, jeśli to nie zima. Wznoszę toast za odkrytą głowę kobiety. Pięknieją wtedy włosy. Nie przetłuszczają się i nie wypadają. Chodzenie z odkrytą głową jest wynalazkiem – bycia.

Na koniec coś zabawnego i znoŭ na prastoj mowie. Jak maci daŭbiła haławu koszcy, jakby taja była razumnaju babaju i panimała czaławieczuju mowy. Moża panimała:

Ty dwa razy u hod kociszsa znoŭ. Jak tabie ni ŭstyd. A szto mnie rabić z twajimi bachurami! Znoŭ mnogo kacianiat prywałakła. Aż nipryjemno liczyć. Na świeci ludziej za mnoho, a ty swajimi kacianiatami pchajaszsa, dy jaszcze druhi raz u adzin hod! Pierasielanaść na ziamle, darahaja koszka. Mahłab aprytamnieć i ni ciohacca pa mużykach. Taż ty darosłaja. A takaja ceły czas nitałkowaja. Ni budu da cibie adzywacca praz miesiac. Zabaczysz, jak heta nipryjemno, kali haspadynia jeść daje, ali maŭczyć. I tak tabie hetych buławaczoŭ paadbirajam.

Każu tost za hetyja słowy majej darahoj mamy. I za tuju nitałkowuju koszku-babu, jakoj daŭno na świeci nima.

I mamy daŭno nima na świeci. A toj obraz z tamtymi sławami żywie ŭ majej pamiaci.

Każu tost, kałyszu biełaruski czerwony smaragd u prydumanaj czarcy. I ŭśmiachajusa. Uśmiachniciasa i wy.

Mnie zdajecca, szto przyroda ciahnia minie nazad. Tam maci praściraja ruki, kab minie abniać. Sztoraz bliżej da jaje. Mnie zdajecca, szto ja padaju ŭ jaje jak u jakujuś hłybinu. Hetaja hłybina mnie niznajomaja.

Skoro już mi się zaplątał Daniił do szkicu, to jeszcze on: „Staroświeckość jest potrzebna człowiekowi współczesnemu nie tylko dla upiększenia życia. Budzi ona szczególną miłość ojczyzny, stanowi odtrutkę na powszechną standaryzację i zawiera jakąś niezbędną witaminę moralną”.

Daniił miał na myśli sytuację, kiedy kawiarnia od stu lat znajduje się w tym samym miejscu, ma tę samą nazwę i pielęgnuje pamięć o swym założycielu, a tak dzieje się w Anglii. Chodzi także o pomniki, nazwy ulic, skwerów, o stare parki, sztukę, utalentowanych pisarzy, najstarsze drzewa.U nas dzieje się odwrotnie. Mamy ciągłe zrywanie ciagłości.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Piśmo da Hospada Boha (cz. I)

1. Niczoho tut nadzwyczajnaho. Mnohija piszuć piśma da Hospada Boha. Molacca, prosiać, pakłony bjuć. A ja chaczu biez pakłonaŭ, biez malitwaŭ i prośbaŭ, a tak. Kab pahawaryć na prastoj mowie. Ci ty jeść, ci cibie nima, usio raŭno. Moża hawaru z saboju. Zwiartacca budu małoju literaju. Jeśli majam słowo „Boh”, jeśli majam słowo „bahaty”, tady żywiesz ŭ hetych słowach. „Bahaty czaławiek” i „bahataja ziamla” ni majuć adzinakawaho znaczeńnia. Budu hawaryć z „mnostwam” jak bahactwam ziamli. Praŭda, ja ŭże ni maju mnostwa żyćcia pierad saboju, ali jeśli paliczyć minuty, ta adnak wyjdzia mnostwo. Znaczyć ja ŭże minutny czaławiek. Mahu pacieszycca, szto sekundaŭ maju bolsz. Bahactwo ziamli razumieju jak taksamo bahactwo myszli, a ni tolki jak bahactwo ptuszak i kwietak. Dapuścim, hawaru z mnostwam myszli. Dapuścim, szto maji myszli prabjucca praz ziamlanoja bahactwo myszli. I dzieś wyrastuć. Moża ŭ adzinoci. Dapuścim, szto adzinota heta ty.

Tolo każa: spytajsa, czamu drewo umieja lepiaj żyć, czym czaławiek. Drewo cianiacca da nieba, małoja i wielkaja. Kali jano adno staić, biez karczoŭ znizu i druhich drewaŭ, szyroko razkładaja haliny, taŭszczeja pniom, i robicca takoja charoszaja, szto możno zahladziecca. Kali jano wyrastaja pad wielkim drewom, ta aplataja jaho abo abnimaja i razam żywuć. Adno tonkaja, druhoja toŭstaja. Kali czaławiek wyrubaja drewy, jany wyrastuć u druhom prychilniajszym miescy, ali tam jaho mohuć tak samo zrubać. Kali czaławiek ni ŭmieszywajacca, drewy rastuć wolnyja i abnimajucca. Spytajsa jaszcze, ci kali trawa raście husto i szyroko, a jaje kałysza wieciar, i jana apirajacca adna ab druhoju, ci tady joj lahczej ŭmirać, czym czaławieku ŭ swajej hramadzie. Ci heta dobryja zapytańnia?

Heta dobryja zapytańnia, każu, ali ja chacieła pahawaryć ab czaławieczych sprawach. Kali ludzi iszli, kab zhareć ŭ krematornaj pieczy, jim ni było lahczej czym trawie, chacia stajali ciesno, apirajuczysa, trymaczysa za ruki, abo iduczy adzin za druhim. Kali siońnia bambardujuć ludziej, jany umirajuć ŭ hramadzie jak trawa, jakaja chocza piaratrywać ŭ padwałach. Ludzi ni adrastajuć jak trawa. Ludzi ludziej ŭsprynimajuć jak trawu.

Kali wajennyja bandyty, lasnyja bandy, palili biełarusaŭ ŭ jich chatach, jim ni było lahczej, chacia pamirali abnimajuczysa.

Dziwosnaść. Kali ja chaczu najci jakojaś zabytaja biełaruskaja słowo, ja jaho szukaju ŭ polsko-biełaruskam słoŭniku ŭ Internecie. Patom prypaminaju jaho huk na prastoj mowie. A tut z taho czasu, jak Ŭkraina chocza ŭ Jeuropu, palityki Internetu staŭlać dla minie ścienu polsko-ukrainskich słoŭnikaŭ pierad polsko-biełaruskimi. Na szto mnie heta reklama. Ta ż ja ni źmianiu majaho biełaruskaho słoŭnika na ukrainski! Ta ż takoja pierszynstwo ni dla minie i ni dla druhich szukaczej biełaruskich słoŭ. Minie cikawić wykluczno polsko-biełaruski słoŭnik. Znaczyć słoŭniki robiacca palitycznymi. Nie, heta ni toja. Heta toja, szto majam palitykaŭ Internetu. Tut ni możno zamianić adnaho druhim, ŭże „lepszym”, ŭże „narmalnym”, bo „jeurapiejskim” ci z ciahaju da Jeŭropy. Słoŭnik polsko-biełaruski tak samo jeŭrapiejski, jak druhija. Nu ali my ŭsio ninarmalnyja, bo my jaszcze choczam dumać i bajimsa wajny.

Spażywieckaja cikawaść. Spażywiectwo. Heta ni całkam toja samaja, szto polskaja słowo „konsumpcjonizm”. U biełaruskim internetawym słoŭniku nima raŭnaznacznaho słowa. Znaczyć trebo prydumać. Jakoja tut prydumać? Shopping adn fucking. Heta jakraz toja. Shopping and fucking majuć być wyznacznikam ŭzraŭnia żyćcia, pierad ŭsim shopping and shopping. Na resztu można naprykancy pahladzieć, i nawat nahladziecca (ŭsiakaj pornaŭszczyny), znaczyć dadajem ananizm. Unŭtry pustata. Ni pahaworysz. A dzie by jaszcze pajechać. Pajeduć, ali nawat raskazać ni patrafiać, i ni choczuć. Kali ŭnutry pustata, ta trebo jaszcze dzieś jechać. I tak jeździać i jeździać.

„Spażywiec” heta chutczej „smakosz”. Heta narmalnaść. Heta nasza narmalnaść. „Smakosz” heta „hurman”, padaje słoŭnik. My tak ni hawaryli. Hurmany dla nas byli tam, dzie źbirałasa hurma. Hurmy my ni lubili.

My astalisa smakoszami pieraborliwymi i razborliwymi. Aby czaho ni choczam, ni jeści, ni czytać, ni ahladać. Lepiaj budziam kałupacca ŭ jakojś małoj chatniaj pracy, kab tolki ni biehczy tudy, kudy ŭsie biahuć. Dawajcia astawajamsa takimi jak najdaŭżej. Praŭda, siarod nas jeść i biehajuczyja. Biehali i ŭ faszysty. Da sich por astajecca żywym abwinawaczywańnie biełarusaŭ, szto biehali ŭ faszysty. Usio, szto dobraja ŭ nas, pamiraja, a astajecca toja abwinawaczańnie? Mnie robicca straszno.

Człowiek z mackami. Na prastoj mowie budzia: czaławiek z szczypalcami. Da sibie zwiarnusa na „ty”. Tyknu sibie, ali dumaju, szto i cibie. Siarod homo capitalisticus, tolki adny z szczypalcami. Takija ludzi padkopywajuć twajo żyćcio. Maŭczkom choczuć cibie abakraści (ni dajeszsa, z maciuhami adwieszywajasz słuchaŭku i pawiadamlajasz palicju). Maŭczkom piszuć danosy wyssanyja z mizinca (niczoho ni możasz zrabić; ty biezdapamożna). Maŭczkom arhanizujuć sztoraz bliżejszyja wojny (ty biezdapamożna). Maŭczkom piszuć piśma ŭ redakcji, kab cibie ni drukawali (ty biezdapamożna; spadziawajaszsa na rozum redaktaraŭ). Maŭczkom zabiwajuć twaju bijagrafiju, ustrojiwaczy błakadu gazietawych infarmacjaŭ ab twajej tworczaści (ty biezdapamożna, adnak prabiwajaszsa ŭ Interneci). Usio heta robiać uśmiachajuczysa da cibie, zwoniaczy miłym hołasam, i prytwarajuczysa pryjacialami. Mnie choczacca, kab worah byŭ woraham, kab ni prytwaraŭsa pryjacialam. Ali ż majam stahodźje manipulacji.

Dumaju, szto tyknuła cibie, piszuczy ab sibie. Dumaju, szto ty rabiŭ toja, szto ja, szto dumaŭ toja samaja, szto byŭ i majej haławie, szto ty byŭ majej nizhodaju na czaławieka z szczypalcami.

Lepiaj sztoś druhoja tabie raskażu. Pamiataju, jak kaliś ŭsie ŭśmiachalisa, swaji i czużyja. Bo wajna konczyłasa. Bo znoŭ możno było żyć, ni bajuczysa, szto ni dażywiesz da zaŭtra. Ŭ 21 stahodźji szyroko uśmiachajucca palityki, kali jim udajecca zrabić dzieś wajnu. Ni mahu hladzieć na jich szczaśliwyja zubiska. Ja znaju, ty na heta ni hladzisz. Ty ni umiejasz hladzieć na ŭsio, i na kożnaho czaławieka addzielno ni umiejasz. Ty majasz tolki spadziawańnie, szto czaławiek parazumnieja. Ŭ minie takoho spadziawańnia nima. Znaczyć ty bolszy ad minie. Twajo spadziawańnie nachodzicca ŭ chramach, ŭ rotach świataroŭ, ŭ światych kniżkach. Bolsz nidzie. Wychodzić, szto heta ni całkam twajo spadziawańnie. Ali ty na peŭno ŭsmiajaŭchsa czeraz ludziejm, kali jany ŭśmiachalisa paśla strasznaj wajny i budawali nowyja chaty, i cieszylisa. Ja ŭpeŭniana, szto taja radaść była twajeju radaściu, bo jana była czystaja, szczyraja. Heta toja, czaho ty choczasz. Wajna, hibial pierad czasam, heta ni toja, czaho ty choczasz.

Pryczyna majaho słowa. Piszu da cibie, bo ŭnutry ni majasz ni trochi satany.

Prynimaju jak kasztoŭnaść słowy naszaj staroj żanczyny, jakaja daŭno ni żywie, z akcentam na „czaławiek”: Czaławiek heta satana.

Jana nazywałasa Duńka. U jaje byli zialonyja woczy. Nichto bolsz ni daŭ mnie takoho cennaho atwietu ab czaławieku i Bohu jak daŭno pamierszaja zialonawokaja Duńka.

Dumaju, szto ty zhadżajassa na takuju definicju sibie i czaławieka.

Znaju, szto ty ni hladzisz na czaławieka-satanu, bo jaho ni choczasz, bo ni majasz paniaćcia, chto heta taki. Astaŭlajasz jaho samamu sibie, ali jon złaczynny dla druhich ludziej. U cibie tut pustoja miesco, jakraz dobraja dla złaczyncaŭ. Heta twój nidastatak ci dastatak? Ja ni razumieju. Tut mahu spakojno skazać: cibie nima.

Paŭtaru. Paŭtaru, szto Kant prasiŭ ludziej, kab prazmierno ni dakazywali taho, szto Boh jeść i taho, szto Boha nima, bo paŭpadajuć ŭ dogmaty wiery i niwiery, i buduć jich mnożyć, astajuczysa biez dokazaŭ, zato robiaczysa worahami.

Baczysz?

Ty jeść i ni jeść. U twaho byćja i nibyćja nima dokazaŭ. Mahu skazać: ty żywy mahu skazać: ty miortwy.

Idziem dalej.

Mahu skazać: wierujuczyj i niwierujuczyj astajucca z Boham.

Wierujuczyj astajecca z Boham, jakoho nima ŭ ateistaŭ.

Ateist astajecca z Boham, jaki jeść ŭ wierujuczych.

Karaczej: wierujuczy z Boham, jakoho nima; ateist z Boham, jaki jeść.

Baczysz?

Jeśli piarakreścim twajo byćjo i nibyćjo, ta tak heta wychodzić ŭ ludziej, jak wyżej każu.

Ty astajeszsa pasiaredzinie, nitronuty, ali abudawany siołami dogmataŭ.

Czaławiek żywie ŭ wiarczalnym ruchu wakruh ronda, jakim jaŭlajaszsa ty i czaławieczyja słowy ab tabie.

Ci ty jeść, ni ni jeść, rondo astajecca i astajecca hety wiarczalny ruch ludziej.

Wierujuczyja ni ŭwachodziać u siaredzinu ronda. U jich tolki słowy ab hetaj siaredzinie, budtab tam pabywali i bywajuć. Ateisty śmijucca, szto nijakoho ronda nima, ali heta znoŭ tolki słowy i budtab jany tak samo pabywali i bywajuć tam, dzie „niczoho nima”, wiarnulisa i znajuć. Wuczonyja szukajuć bożaj czastki ŭ prawiłach fizyki i nachodziać sztoraz mieńszuju, a kanca ni widać. Śniłasa mnie definicja: bożaj czastki nima. U czastkach jeść nowyja czastki, i tak biez kanca. Aż prybory nijak ni zabaczać dalejszaho ciahu czastkaŭ. Trebo hladzieć u hłubinu. A heta dalecz. I czastki ŭciakajuć ad czaławieka, ad jaho woka nawat z pryboram.

Maci hawaryła da baćki: staŭ pasiaredzinie kuchni i jaszcze jaho mylaj. Pasuńsa. Zrabi miesco.

Hety wobraz pasuja da twajaho byćcia pasiaredzinie. Ty nijak ni pasuniaszsa. Usio astajeszsa pasiaredzinie jak rondo. I nichto napraŭdu ni znaja, ci ty jeść, ci ni jeść. Sztodzień my cibie mylajam.

Ty astajeszsa tolki abhaworanym.

Rondo heta moża być nasza sumleńnie.

Znaczyć, ja hawaru da sumleńnia abo da pustoho ronda.

Ali ci sumleńnie moża być pustatoju? Jano na peŭno traplaja da cibie i tolki tam raście.

Sumleńnia ni możno nawuczycca. Jano z pazurami wyskaczyć da czaławieka, chacia czaławiek hetaho ni chocza. Heta adno adzinaja żywoja miesco ŭ czaławieka. Z żywym sumlenniem czaławiek żywy. Bywajuć miortwyja żywuczyja ludzi, ŭ jakich sumleńnie dremla abo spić.

Czamu ty dremlasz abo śpisz u ludziach? Za mnoho pracy i ty zmuczyŭsab?

Znaju, szto atwieta ni budzia, szto ja sama pawinna najci adkaz. Ali ja ni nachodżu. Chibo szto sumleńnie należyć calikom da czaławieka i raście znizu, i tolki tady ty jim apiekujaszsa jak kasztoŭnaściu, jakaja czaławieka hryzie, bo tolki tady ty utapiŭ u jaho swaji zuby i dasiahajasz haspadara haławy i serca.

Niekataryja ludzi zamiest sumleńnia majuć wyŭczanuju na pamiać prapahandu fidei ad świataroŭ. Znaczyć jany pustyja, miortwyja. Jany prociŭ abortaŭ na prykład, i liczać heta jich żywym sumleńniem. Tolki heta – adno adzinaja waruszyć jich sumleńniem. Nawat jak i dzicia i maci pamre, aciakajuczy kroŭju, jany prociŭ abortaŭ. Niachaj pamirajuć, tolki kab abortu ni było. Każuć: tady ni budzia wojnaŭ. Bolszaj bałwanszczyny ni czuła.

A szto. A szto robić nawuka? Nawuka robić nowuju bombu.

Abort. Heta ab toja, jak ja paznajomiłasa z majeju mamaju. Ja ŭże heta raskazywała, ali ni na prastoj mowie, dy jaszcze raz trebo. I toja, szto zdaryłaso ŭsio lezia ŭ hoławu i ni prynosić spakoju. Mnie było pad dwa hody. Mama była ciażarnaja i ŭ jaje byŭ straszny krywaciok. Dachtara czakali, kab stała pamirać, i tolki tady możno było ratawać ciażarnuju żanczynu. Inaczaj zakon abwiniŭby dachtaroŭ, szto zrabili abort, a tady była poŭnaja zabarona abortaŭ.

Baczysz, szto było?

Jak zacznie pamirać, ta ŭratujam abo ni ŭratujam. Heta tolki jaszcze adna baba.

Mamy ni było ŭ chaci paŭ hoda. Ja jaje zabyłasa. Jana na zaŭsza zhubiła zdaroŭja.

Baba Paŭla, maci majaho baćki, kiepsko mnoju apiekawałasa. Ja ni chacieła jeści, bo jada była ni dziciaczaj, tolki jakiś mocno salony sup z mocno kisłaj kapusty, nidawaranaj, ćwiordaj jak badyli, ni papałokanaj. Ŭsio było za salonaja, za kisłaja, za ćwiordaja. Baba ŭmieła hatowić jadu tolki dla żywiny, bo tut ni trebo było wielmi staracca. Ja pachudzieła. Rano ni mahła adkryć waczej, jany zarastali toŭstym hnojam. U minie pajawiła chwaroba siroctwa. Ja pamiataju, szto minie niczoho ni cikawiło. Ni katy, ni kwietki, ni cacki. Ja hadzinami sidzieła na padłozi i kaływałasa z boku na bok. Baba minie ni kupała i ja zarasła brudam. U minie byli kuczarawyja wałasy, jakich baba ni mahła razczasać. Jana piarastała minie czasać.

Minie ceły czas ciahnuło na wanity.

Pamiataju, szto ja tady razuczyłasa lubić.

Baćko pracawaŭ na kaleji, a jaszcze ihraŭ na wiasiellach. Jon spadziawaŭsa, szto jaho maci minie dahledzić jak trebo. Pamiataju szto mnie stało ciażko chadzić. I ja piarastała hawaryć. A heta ŭsio praz toja, szto dachtara słuchali kaścielnych palitykaŭ i ni ratawali mamy ŭ poru, tolki czakali, kab stała pamirać, a patom ciażko jaje było wiarnuć da żyćcia.

Ja pamiataju toj dzień, kali mama wiarnułasa. Lico ŭ jaje było biełaja jak śnieh, a ŭ jaje czornych kuczarawych wałasach pajawilisa biełyja pałasy. Jaje papiarednija biełyja zuby byli pasieczany czornymi pustakami. Jana była dla minie czużaja. Ja zabyłasa, szto znaczyć mama. Jana pracianuła da minie ruki i skazała uśmiachajuczysa: chadzi da minie, chadzi da mamy.

Jana pracianuła da minie ruki z paścieli. Znaczyć wiarnułasa poznym wieczaram, kali ja spała, abo ŭ nacze. Łożak byŭ zialony i szyroki. Paściel była pałasataja. Sinija pałoski i żoŭtyja. Jana była jadwabnaja. Pieradwajenna. Heta pomniu.

Ja bajałasa. Bajałasa padyjci da hetaj czużoj blednaj żanczyny z czornymi wałasami z biełymi pałasami. Ja takoj mamy ni pamiatała. U wohule ni pamiatała mamy.

Pamiataju, szto mama zapłakała, ali ŭsmiachałasa praz ślozy. Kali ja odważyłasa padyjci da hetaho uśmiechu, jana minie obniała. Zaraz minie wykupała, razczasała maji wałasy. Adzieła ŭ czystuju saroczku. Saroczka była wykrachmalana i jana kałoła majo chudoja cieło. Mama, czudam wiornutaja da żyćcia, zaraz zrabiła dla minie dziciaczuju jadu. Heta pomniu. Heta było małako z razmoczanym sałodkim sucharkom. Ja paczuła papiaredni smak ŭ roci. Ali jeści ni mahła.

Ja zwanitawała. Pamiataju, szto patom mama karmiła minie ŭsiakimi witaminami i wamalcinaju, i waziła da dachtoroŭ. I pamiataju, szto jaszcze doŭho, doŭho rano woczy maji zarazstaŭ hnoj i adpluszczyć ich ad razu ja ni mahła, i hałasno płakała ad strachu, szto niczoho ni baczu. Mama nakryczała na baćku, szto da hetaho ŭsiaho dawioŭ, ni nazirajuczy baby Pauli. Baćko praz wakno ŭ kuchni nakryczaŭ na panstwo, jakoja amal ni dahrobiło jaho babu. Mama nakryczała na baćku, szto nazywaja jaje babaju. Ja ni baba – kryczała. Ja maju imia. Ni nazywaj minie tak nikoli bolsz.

Białoruska miniatura

Nieżyjący już niemiecki bestsellerowy pisarz, Ralph Giordano w 1994 roku podarował mi rozdział swojej książki „Ostpreussen, ade” („Prusy Wschodnie, żegnajcie”), publikowanej częściowo w pismie „Borussia”. Tytuł rozdziału brzmi: „Weissrussische miniatur”, czyli: „Białoruska miniatura”. Tolo Szaleńczyk na nowo przetłumaczył, bo się gdzieś zawieruszyła kopia. W „Borussii” ten rozdział nie był publikowany.

Tamara Bołdak-Janowska

Nie widać po niej tych 47 lat, do których bez skrupułów przyznaje się, ani się człowiek nie domyśla w niej matki dwóch studiujących córek, kiedy ona tak przede mną siedzi, skora do śmiechu i melancholijna, w jednym momencie entuzjastycznie wybuchająca, a w następnym zachmurzona z błyszczącymi oczami i podejrzanie wysokimi kośćmi policzkowymi, poetka i samozwańcza (jak o sobie mówi – „tatarska księżniczka” , na którą rzeczywiście wygląda) – Tamara Bołdak-Janowska.

Chodzi o jej los jako należącej do innej, białoruskiej mniejszości. O tym chcę się trochę więcej dowiedzieć.

Wstępnie dzięli się danymi statystycznymi, a to pewien rodzaj rozbiegu, który ma przetestować moje zainteresowanie – prawdziwe czy nie: taki egzamin podczas którego Tamara nie spuszcza ze mnie swoich migdałowych oczu.

Ta obecnie samodzielna Republika Białoruska, jak się dowiaduję, liczy dziś 10-11 milionów mieszkańców zarówno katolickiej, grekokatolickiej jak prawosławnej konfesji, a ostatnia stanowi większość. Liczba białoruskiej mniejszości w Polsce waha się pomiędzy 200 a 500 tysiącami, ale Tamara skłania się raczej ku dolnej granicy. Wobec polskiej polityki w stosunku do mniejszości moje wtrącone pytanie kwituje najpierw wybuchem „bah” (ba!), potem jednak dokładniej odpowie.

Pauza, podczas której zachodzi dalsze taksowanie mnie wzrokiem. Staram się wytrzymać spojrzenie pałających oczu tej „tatarskiej księżniczki”, i mam wrażenie, że pokonałem pierwszą przeszkodę, bowiem teraz dochodzi do głosu biografia.

Tamara urodziła się we wschodniej Polsce, 50 kilometrów od Białegostoku, w pobliżu ówczesnej granicy ze Związkiem Radzieckim. Ojciec miał tatarskie nazwisko – tak legitymuje się ten książęcy tytuł córki, przynajmniej częściowo, ale jego ślady nie wiodą do Złotej Ordy Dżyngischana, lecz do Warszawy, w przeciwieństwie do matczynej linii, która prowadzi nad Wołgę. Gdzieś tam na dole tego drzewa genealogicznego jest nawet podejrzewana żydowska babka, co całkiem pasowałoby do wielobarwnego obrazu wnuczki.

Tamara Bołdak-Janowska czuje się Białorusinką – „bez najmniejszych „ale” – chętnie rozmawia o państwowej samodzielności Republiki Białoruś, jednak przydaje temu humorystyczny akcent: „Wie pan, co Białorusini zrobili zaraz po zdobyciu państwowej niezależności? Dołożyli sobie dwa wolne dni świąteczne, jedno z kalendarza katolickiego, drugie – prawosławnego. To był, że tak powiem, pierwszy akt niezależności”. Jej wniosek z tego: „Jest to tolerancyjne współistnienie”. Mimo to Tamara zostaje w Polsce, poetka, która z uporem obstaje przy tym że polskość od 16. wieku bardzo dużo wzięła z białoruskiego języka i kultury, a język białoruski określa jako ojczysty (Muttersprache), jednakowoż – „ponieważ już tu żyję” – pisze w języku polskim. Co? Jak?

Otwiera dużą ciężką teczkę pełna kartek i manuskryptów – wszystkie pisane ręcznie To, co ona mówi i to, co ja czytam, koresponduje ze sobą, ten świat poetki Tamary Bołdak-Janowskiej: „Kwiat ma żółte serce i białe płatki”. Według Tamary Bołdak-Janowskiej – ten kwiat „uśmiecha się, pokazując białe zęby wokół swojej szyi” kwiat jest ścinany ciągle ścinany, „ale on nie krwawi. To jest kosmiczny oryginał”.

Bociany – one mają „zamiast trzeciej nogi, dziób. „Człowiek w tym miejscu ma Boga”.

Interweniuję: Czy pani jest wierząca?

„Nie można dziś powiedzieć, jak dawniej: wierzę w Boga. Można z tym żyć, że się w niego wierzy, nie definiując go. Ale jedna z dłoni Boga jest czarna i on nią niepotrzebnie zabija ludzi. Z powodu tej czarnej dłoni z trudem mi przychodzi czczenie Boga”.

Czytam: „Nie mam zielonych oczu, mam czarne, a więc jestem podejrzanie ruda”.

Podczas gdy Tamara objaśnia i kartkuje, kartkuje, i objaśnia, często się śmieje. To jest śmiech (właściwie rodzaj śmiechu), który sprawia mi ból, choć pojęcia nie mam, dlaczego.

Czytam: Zjadła obiad i czuje ból w gardle – skutki katastrofy w pobliskiej elektrowni atomowej Czarnobyl. „W taki sposób wciska mi się do gardła polityka”. „Ciężko jest – czytam dalej – myśleć w Polsce w sposób wolnomyślicielski, wypowiadać się w sposób wolny, chcieć być niezależnym. „Ten, kto to robi, jest podejrzany o współpracę na rzecz obcych mocarstw albo o to, że jest Żydem”.

Zaraz obok widzę topolę, która ma „morską falę w swoich liściach”. Cudowny obraz. Gdy to mówię, Tamara śmieje się znowu swoim bolesnym śmiechem. Teczka jest pełna rysunków, wśród nich kominy, krematoria.

Sama nawiązuje do Auschwitz. Nie była tam i nie chce tam jechać. „Aby to znać, nie muszę tam być”.

Po drodze do miejsca naszego spotkania jest to – ten komin, niedaleko centrum Olsztyna. Przechodziła obok tego komina i zobaczyła na nim nasmarowany przez kogoś następujący napis: „Tak uciekają Żydzi”. Mówi: Najgorsze jest to, że nikt przeciw temu nie protestuje. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż to, że oko przyzwyczaja się do zbrodniczego tekstu, do zbrodniczych symboli”. Tamara zaczęła pisać opowiadanie o prysznicach  w swoim stylu: „Wszędzie przez prysznice świata jeszcze dziś płynie gaz, który zabijał w Auschwitz, tylko że ludzie tego nie wiedzą. W swojej naiwności zawsze oczekują wody, ale i dziś mógłby tędy powędrować gaz.”

Zdumiewająca godzina.

Tamara Bołdak-Janowska opublikowała około stu wierszy w gazetach i czasopismach, a do tego trzy opowiadania. „To nie dotarło do odbiorcy, ponieważ mój sposób pisania, myślenia jest chyba za trudny dla czytelnika. Próbowałam wydać tomik wierszy, ale dotychczas bezskutecznie”.

Kiedyś dała komuś wiersze do czytania i one zostały potem pod nazwiskiem tej osoby, które powierzyła prace. „To chyba tylko mnie może się zdarzyć”.

I znowu ten śmiech, ten irytujący śmiech – pytający, bezradny, biczujący.

I nagle odkrywam jego tajemnicę, jego prawdziwą przyczynę. Oto został pogrzebany bardzo utalentowany człowiek przez złowrogie okoliczności, kiedy nie mogą się przebić styl i forma wielkiego talentu autsajdera, a poetycka i intelektualna energia poszła w próżnię, w brak rezonansu. Życie tej poetki Białorusinki Tamary Bołdak-Janowskiej przebiega na wąskiej krawędzi pomiędzy osobistymi ambicjami a rezygnacją, bezradnością i nie daje poczucia wewnętrznego pewności, i przez to obciąża zwątpieniem własne dzieło. Jej śmiech, który mnie od samego początku tak boleśnie dotykał, jest skutkiem pytania, stawianego przez wewnętrzną niepewność o własną wartość, na którą dotychczas nie było żadnej publicznej reakcji. To wręcz niewiarygodne, że ten brak nie zdusił kreatywności Tamary Bołdak-Janowskiej, nie zatkał źródła jej poetyki.

To, co nie jest publikowane, pisze na maszynie i sama publikuje. W ten sposób pojawia się co roku około trzydziestu egzemplarzy swego rodzaju inkunabułów, stos, jaki przede mną leży, a który dalej kartkuję i kartkuje. Czasami sprzedaje te tomiki, a czasami komuś podaruje. „Stopniowo staje się samodzielną wydawczynią czegoś, co w naszym stuleciu zanika, po prostu rozpływa się w powietrzu”. Ale podczas gdy ona to mówi, znowu staje się niezłomną „tatarską księżniczką”, ciemne oczy błyszczą, ciężkie brwi skaczą, wysokie kości policzkowe zdają się mienić, a na twarz spada pasmo czarnych włosów. Wojowniczość staje się widoczna i zapowiadająca przyszłość tej, która jest „inna” niż jej otoczenie i chce pozostać inna, „nie będąc zmuszoną przez ten fakt do cierpienia”.

I w tym nastroju powraca do polityki w stosunku do mniejszości i daje upust swemu białoruskiemu sercu: pozór nie odpowiada realności. Nikt w istocie nie zajmuje się potrzebami mniejszości. Cieszy się oczywiście z upadku komuny w roku 1989 na polskiej ziemi, uważa jednak, że uczucia większości wobec mniejszości negatywnie się nasilają, co dotyczy także Niemców czy Ukraińców, no i Żydów i Białorusinów. Czuje się na wstępie odrzucona wraz z jej wyobraźnią, fantazją, mentalnością. Już na wstępie nasila się polski nacjonalizm. Kiedy recytuje wiersze, a czuje na sali obecność tego nacjonalizmu, targają nią wielkie wewnętrzne sprzeczności co do statusu wolności od komuny.

Przyznaje, że ukształtowały ją dwie kultury, także polska. Wskazuje jednak na swoje pochodzenie, na swoje białoruskie korzenie, z czym jest coraz mocniej związana. I jakby to była jakaś szczególna geografia, z dumą zwraca uwagę, że polski wieszcz Mickiewicz, nie przypadkowo pochodzi ze wschodniej części Polski.

W końcu charakteryzuje siebie jako „pięciowymiarową”. Z narodowości jest Białorusinką. Jest Polką ze względu na tradycje wolnościowe. Jest krytyczna jak Rosjanka. Jest rozważna jak Żydówka. I jest zarozumiała jak tatarska księżniczka. Znowu śmieje się swoim, rozpoznawalnym już śmiechem, ale ja czuję teraz przy tym, obok pozostającego wciąż bólu, również głęboki podziw dla Tamary Bołdak-Janowskiej, białoruskiej poetki na polskiej ziemi, dla osoby, która nie chce się poddać, nie pozwala zaszeregować się, stłumić.

Z wyrzutami sumienia przemilczałem do tej chwili obecność Antoniego Janowskiego, męża Tamary – krótki wąs, broda i baczki, trzeźwe spojrzenie. Wprawdzie Tamara nie pozostawiła mi żadnego wyboru – określiła i prowadziła rozmowę, ale przynajmniej czy nie powinienem był spróbować wciągnąć Antoniego Janowskiego, który jawnie pozostaje w cieniu swojej dominującej żony?

Rozgrzeszenie przychodzi ku mojej uldze od niego samego. Kiedy tłumaczę się przed nim z mego braku taktu, śmieje się i mówi: „ Tamara i ja jesteśmy na tej samej długości fal, ale ona jest o wiele bardziej utalentowana niż ja”.

Jeśli tak jest, to jeszcze nie spotkałem bardziej sympatycznej przewagi  partnerki nad partnerem – i tak samo bardziej sympatycznej akceptacji takiej przewagi.

Na koniec naszego spotkania ona mówi coś, czego nie zapomnę do końca życia: „Przez całe życie szukałam ojczyzny, ale jej nie znalazłam. Dlatego mogę zrozumieć ból Niemców, którzy tutaj utracili swoją ojczyznę”. A potem, kiedy już wychodziliśmy: „Niemcy szczególnie powinni troszczyć się o zachowanie demokracji, ponieważ niemiecka demokracja ma wpływ na innych, również na Polaków, także na nas”.

Tamara Bołdak-Janowska – zdumiewające spotkanie!

 

Ralph Giordano
Przetłum. z niem. Antoni Janowski

Tamara Bołdak-Janowska. Piśmo da prezidenta

Spadar Łukaszenka, ja Wam sztoś raskażu na prastoj mowie, jakaja stała mnie darahaja. Joj zaŭsza było bliżej da polskaj mowy, czym da rasiejskaj. A ŭ Was mowa cełasno abrusieła. Ja Wam raskażu pra nasza byłoja, pra stary akacapszczany stoł i pra seks. Czytajcia, i hlańcia, szto możno apawiadać na prastoj mowie. Prastaja mowa heta ni trasianka. Heta biełaruskaja mowa biez pana, jaki wymachwaŭby z nahajkaju ŭ ruce: hawary tak, a ni tak. Czamu ż heta ni możam apawiadać pra ŭsio na mowie, jakoju hawaryli, buduczy dziaćmi? Choć ad czasu da czasu, jak ja? Możno jaje raźwiwać, na joj pisać i hawaryć. Wy skazali, szto sztoś razumnaja skazać można tolki na rasiejskaj i na anhielskaj mowie. Na kożnaj sławianskaj mowie możno hawaryć razumno, Spadar, a jich mnoho, ni tolki rasiejskaja. Na anhielskaj? Ci Wy adureli, Spadar? Sławianie majuć swaji mowy. Czamu ż heta Sławianie musiać hawaryć pra sibie na anhielskaj mowie, kali majuć swaji słowy i swaji litery, dy roznyja alfabety, adny dla nas zruczniejszyja, druhija mieńsz? Możno wybirać, jany ż suisnujuć, a my ż ludzi raznaj sławianskaj kultury, a ni adnoj – nasza terytoryja heta styki raznaj kultury i raznych alfabetaŭ, jakija my dobro razumiejam. Anhielszczynaju zastupać sławianskija mowy? Hetak mohuć rabić tolki tubylcy neafity, jakija ni adczuwajuć, szto jana heta ahresija czużoj kultury. Ahresija, ni szto druhoja. Najhorsz, kali robim trasianku anhielszczyny z naszymi mowami, a nasza mowa robicca lakalszczynaj, abaryhiennaj damaŭszczynaj. Polskija emihranty majuć takuju trasianku: poglisz. Ale my na swajom miescy, ni ŭ emihracyji i nijaka trasianka, jakajaś bellisz-srellisz nam ni patrebna. Prastaja mowa heta biełaruskaja ŭ adnom z jaje likaŭ, a jaje likaŭ mnoho, tamu jaje trudno nawuczycca. Trudno? Jaje trebo stwarać, bo ŭ jaje mnoho swabody, a heta rozkasz dla razuma, heta jaje świeżańkaść. Jana daje mahczymaść prawierki, ci nasz razum zmoża stwarać ŭłasny styl, majuczy razkosznuju wolu i biezlicz leksyki, i niemaiwiernuju siłu mowy dla słowaŭtwaralnaści. Da pracy, kaliśniejszaja dzicia! I ja, i Wy, Spadar.

Ja naradziłasia ŭ niceły hod paśla wajny i ŭ nas ni było tady ni stała, ni kała, ni dwara. Ŭ abojich baćkoŭ ŭsianiutko zabrała wajna. Pierad ŭsim jich chaty i kwatery. Baćko źbiŭ z jakichś belkaŭ czasowy krywy stoł na krywych kryżakach i takija czasowyja taburetki. Patom kupiŭ nasz arechawy wielizarny razkładany stoł, jaki da sich por piarachowywaja maja daczka ŭ chaci ŭ Narejkach. Szkada wykidać. Kupiŭ kruhławyja arechawyja kresła. My tady żyli ŭ kaszarcy, carskaj jaszcze murawancy. Ja była zaŭsim małaja, ali ŭsio pomniu. Z czasam i ŭ kuchni pajawiŭsa nowy stoł z biełych toŭstych dosak, zroblany praz maho dziadźku Tolika; stoł z toŭstymi nahami i hłybokimi szufladami.  Hety sam dziadźko zrabiŭ nam czatery taburetki z dyrkami, kab jich lahczej było brać ŭ ruki i pierastaŭtalać. Rucznaja rabota. Ja jaje lublu. Baćko pamalawaŭ jich biełaju śmiardziaczaju emaljaju, jakoj ŭże nima ŭ pradaży. Jana sochła praz sutki, dy jaszcze daŭżej. Baćko siarjozno prykazaŭ ŭsim, pahrażajuczy palcam, kab ni siadali na hetyja taburetki, pakul ni wysachnuć, a hawaryŭ heta siedziaczy na świeżo pamalawanaj taburetcy. Kali ŭstaŭ, paczuŭ ciażar taburetki z zadu – jana prylapiłasa. I kryknuŭ: o ż twaja mać! I pahrażajuczy palac ŭcisnuŭ ŭ kułak i zahraŭ jim na swajom łobi piesiańku: szto ty robisz! Leć adarwaŭ taburetku ad kalajowych hanawicaŭ. I stwaryłasa sytuacja rychtyk z filmu „Padstryżyny” na asnowie apawiadańnia Hrabala, dzie pajaŭlajacca padobnaja scenka. Usie stali rahatać, najhałaśniej ja. Baćko ni moh nijak paczyścić hanawicaŭ, nawat rastwaralnikam, i jich wykinuŭ, złosny na jich i na majo rahatańnie. Ja heta ŭże apisywała, ali ni na prastoj mowie.

U nas biełaruskich i wiaskowych ni całkam prapaŭ panteizm. I jon ni prapaŭ ŭ tych miastowych, chto wyras ŭ wioscy, jeździć ŭ swaju wiosku i jaje ceły czas pamiataja. Pamiataja dzikuju wysokuju hruszu, jaka zaŭsza stajała adna pamiż mnohich pałoskaŭ i sypała maleńkimi hruszkami, katoryja mianialisa ŭ sałodkija hniłki, a my jich jeli, biaruczy pryharszczami. Chto jaszcze siońnia znaja sałodki smak hniłkaŭ? Siońniajszyja kuplanyja hniłyja hruszy ad razu horkija. My pad hetaju hruszaju siadali ŭ jaje chaładku, apiralisa ab jaje toŭsty lohko nahrety stwoł, padściłajuczy staranno złożanaju lnianuju radziużku. Dla nas ŭsio było żywoja, nawat wiaczerniaja ciamnata, zima i wiasna. Jany: prychodzili. U sławianskich mowach piarachawałaso dla jich słowo „prychodzić”. Przychodzili naszy bahini ŭ wyhladzie wiasny ci wosieni. My ich witali jak haścichaŭ na naszych padworkach, ŭ chatach, na palach.

Wiadomo, byli plotki ŭ wioskach, ali jany tyczylisa raspaskudżanych życharoŭ, niraszliwych babaŭ. Ich brali na jazyki. Bahini byli żywuczyja, choć biez swaich starych imionaŭ, i jich ni aplotkoŭwali. Jany byli, jak byli, z ŭsimi swajimi prykmietami. Dy ŭsialakija duchi byli żywuczuja, damawiki, palawiki, niebawiki. Ŭ horadzi my z jich abłysieli, i dobro, szto ni da tła. Tak czy siak, ŭ horadzi damawikoŭ nima. Kab jany pajawilisa, trebo żyć doŭho na adnom padworku, razam z ŭnukami i nawat z praŭnukami, i nisko, na ziamle, a nie ŭ wysaczennych skrynkach ŭ wobłakach razam z lotajuczymi ptuszkami. A 21 stahodźje razmiataja ludziej, wymiatajuczy z narmalnych chataŭ, i jak hawaryŭ Sakrat, robić z jich jeŭrosirotaŭ. I heta praŭda. My tam, dzie mahiłkaŭ naszych baćkoŭ i dziedaŭ nima. Nikoli ŭ sibie. Daloko i jaszcze dalej ad sibie. I ŭ sztoraz wyżejszaj skryncy.

Niekataryja naszyja mużyki ceły dzień malilisa maciuhami. Druhija nikoli. Maja baba Paŭla maciuhałasa jak mieńsz cywilizowany mużyk, jaszcze biehajuczy pa chaci z kaczarhoju ci kijom, kab kahoś ździalażyć ni za szto. Maja maci jaje ni lubiła. Maji baćki ŭciakli ad jaje na kaszarku. Kaszarka, hetaja pierszaja, staraja carskaja murawanka, poŭna była damawikoŭ. Kali jaje kaleja razburyła i pastawiła nam nowyju dziarawianyju chatu, ni było ŭ joj damawikoŭ. U staroj chaci jany hrali swaju muzyku nad pieczkaju ci ŭ kaminach, płakali tam. Pierastaŭlali gamaszy ŭ druhi kutok. Kidali szapku za palicu ŭ sieniach, a my jaje znachodzili tam czeraz dziesiać let. Praŭda stali padazrawać uże ni damawikoŭ, ali szto chtoś z ludziej nam jaje ukraŭ. Chto taki? Na peŭno chtoś, chto prychodziŭ pazwanić pa dochtara z naszaho kalejowaho cilifonu. Durnawaty domysł. Damawiki ŭ nacze wyjadali chleb i hubili łożki. My amal baczyli jich cieni ŭ kutkach i pad nahami. I my jich u nowaj chaci ni wyhadawali, a moża jany jaszcze ni piarasialilisa. U nowaj chaci niczoho ni hubili. Ŭsio lażało i stajało na swajich miescach. Wiadomo, nowaja chata, ta trebo dbać, kab ŭsio lażało, dzie trebo, kab ŭsio wylażało swajo miesco, kab da jaho iści naŭhad. Pajawiłaso radziwo i my zabylisa pra damawikoŭ. Jich zastupiŭ hołas radziwa. Patom baćko kupiŭ telewizar. U pierszyja telewizary trebo było bić kułakom, kab ni śniażyła.

U chatu ŭwarwalisa czużyja hołasy. My chutko wyjachali ŭ horad. Patom i hetu nowuju chatu kaleja razburyła. Nichto nowy ni chacieŭ ŭ joj żyć. Daloko ad raboty. Dy i kalejowaj raboty ŭże tam ni stało. Rejsy zjadaja wielizarnaja trawa i ciesnyja karczy. Ziamla zaniała miesco pajazdoŭ. Staroja miesco znasiłaso jak znaszajacca świtka.

Maja dwajuradnaja siastra, ŭże pamierszaja, zbirała pakaleczanych katoŭ, leczyła jich, karmiła. Adnamu dzieci wykałali woko. Druhomu piarałamali łapku. Śmijalisa z jaje. Kryczali za joju: miau! Żychary na hetaj wulicy liczyli jaje zdurełaju. My z Tolam zachodzili da jaje. Trudno było wytrymać ŭ jaje kwatery. Śmiardzieło kacinaju moczaju. Upiarod żyła ŭ naszaj dalokaj swajaczki ŭ chlawie na Bajarach, piararoblanym ŭ ciesny pakoik z pieczkaju burżujkaju i adnym wakoncam. Tak joj chaciełaso żyć ŭ horadzi, szto i chleŭ na paczatak chwaciŭ. Hety paczatak nowaho żyćcia piaraciahnuŭsa na dwaccać hadoŭ ŭ hetym chlawie. Jana była wuczycielka, a pracawała kanduktorkaju ŭ aŭtobusach, i ŭ nacznych. Ni mahła znajści wuczycielskaj raboty. Mahła na wioscy, ali jej nadto ż chaciełaso ŭ horad. Ja była tady licealistkaju, żyła nidaloko ŭ hetaj samaj naszaj dalokaj swajaczki, ali ŭ jaje domi, ŭ narmalnym pakoi, na druhom kancu padworka. I czasam niańczyła małoja dzicia hetaj dwajuradki, kali jana pracawała noczju. Takoja było nasza haradskoja żyćcio. Mużyk dwajuradki byŭ armiejskim aficeram i pracawaŭ na polska-niamieckaj miaże, na druhom kancu Polszczy. Za nielehalny giszeft niamieckimi dziciaczymi cackami jaho pasadzili ŭ turmu na doŭhija hody. Taty ŭ jaje jaszcze ni było katoŭ, bo jany mieli prastoru, bo tam byli wakruh szyrokija aharody i nichto katoŭ ni kryŭdziŭ. Haradskija dzieci stali kryŭdzić niczyjich katoŭ dzieś u waśmidziesiatyja hody. Znaczyć zamiesto lepszych dziaciej, jak moża chaciełaby pryroda ci Boh, ci źwiozdy, pryszli horszyja. I stało mieńsz aharodaŭ ŭ horadzi.

U prawasłaŭji nima takoho Franciszka z takoj Azisi, ali jeść mnoho rańniaj chryścianskaj panteistycznaści, choć pazabywali imiony starych bohaŭ i bahiniaŭ. My ŭsio lubim ziamlu z jaje ŭsimi stwareńniami. Lubim drewy, kwietki, ptuszki i pczoły. Lubim zachaplacca dażdżom i wobłakami.

Ŭ naszych wierszach ceły czas mnoho żyćcia ziamli. Tak samo ŭ wierszach rasiejcaŭ. Heta drugi pohlad na żyćcio. Jon ni horszy, ali jaho ni chochuć. Dla Jeuropy my jak padazrycialnyja demany. A my ni demany. My ceły czas panteisty. Praz ceły czas my krychu jazyczniki. Sakrat hawaryŭ, szto heta kiepsko. Ja hawaru, szto heta dobro. Jakraz astatki panteistycznaj skłonnaści heta dobro.

My razumieli nasza miesco ni pa parciejnamu, ali praz toja, jakoja państwo majam nad naszymi haławami. My ni hawaryli „dziarżawa, a „państwo”. My ni hawaryli „ajczyzna”.

U adno żyćcio ŭwachodziło raznaja państwo, ali ni ajczyna. Adno nas muczyło, druhoja pazwalało wuczycca i pracawać. My zwiazywalisa z pryrodaju, ni z panstwam. Panstwo abo pazwalało żyć, abo zamuczywało, a hetych lepszych panstwaŭ było jak kot napłakaŭ. Pa praŭdzi ta jano było tolki adno, sacyjalistycznaja. My jaho ni to, szto kachali, szto darażyli. Heta ni tak. My ŭ jim stali ludźmi. Ali my ŭ jim skrywali, chto my. Znaczyć jano tak samo ni całkam było dla nas. Wiedajam heta tolki cipier, ŭ 21 stahodźji. Pozno.  Poznyja wiedy nas ni razwiwajuć, a tolki strymowyŭwajuć na ślozach i spaminach, dy i to ŭ starych i starejuczych ludziej.

My kaliś hawaryli: Ty ni kryŭdujsa na mnie. Jon ceły czas kryŭdujacca na jaje, ali jana ż zhodliwy czaławiek. My hawaryli: czyhnuŭ ŭ les. Kot dzieś czyhnuŭ. Na polskaj mowie hawaryli „czchnął” – Doroszewski daje polskaja znaczeńnie: opędzać, się uciekać. Naszaja „czyhać” (czmychać) heta ni toja, szto naszaja „czchać” (kichać). My kaliś hawaryli: Ŭsie jaho narowy piarajszli na daczku. Ŭsio dobro, tolki ŭ jaho narowy hadkija. Ja ni lublu jaho narowaŭ. Naszy „narowy” byli tym samym, szto „wychadki”. Usie jaje wychadki jak ŭ staroj Darocichi. Było kaliś ŭ nas mużczynskaja imia Darafiej. Abo Darachwiej. Abo Darot. A „Darocicha” heta forma dla żonki. Hawaryli pra żonkaŭ, biaruczy imia mużyka: Michasicha, Majsiejicha, Pilipicha, Jakaŭlicha, Maksimicha, Wasilicha. Kaliś minie heta śmiaszyło.

Było u nas jaszcze słowo „bzdrynkać” (brzdąkać). Kali baćko ćwiczyŭ ihru na skrypcy, jon ceły dzień bzdrynkaŭ nam nad wucham, probujuczy pizzicato pamiż ihroju smyczkom. Smyczok i pizzicato, pizzicato i smyczok.  Maci wyhaniała z chaty. Iszoŭ na chleŭ i tam bzdrynkaŭ da woli, ali na hetaj woli jon ni moh daczucca wucham ŭsich hukaŭ skrypki. Jich zabiraŭ wieciar. Czasam ja bzdrynkała na jaho skrypcy. Mnie wielmi padabałaso pizzicato. Heta ihra biez smyczka, palcami pa strunie. Baćko ihraŭ Polku Pizzicato Johanna Straussa. Jana stworana na mnoho skrypkaŭ, a baćko ihraŭ jaje na adnoj swajej, i ŭśmiachaŭsa. I pierad majimi waczami raźćwitała rabina swajimi bubami. Ja wielmi lublu hetu polku.

Baczycia, Spadar Łukaszenko, skolko możno swabodno skazać na prastoj mowie? Ni ŭbiwajcia ŭ ludziej, szto prastaja mowa ni nadajecca, kab ŭ joj dumać, Spadar.

Tamara Bołdak-Janowska. Toast totalny.

Na juliańskim „Sylwestrze” w restauracji Krys-Stan w Olsztynie wygłosiłam zaraz na początku długi toast, który Tolo nazwał totalnym. Teraz, kiedy piszę ten szkic, jest 18 lutego 2017. Nie za późno na powtórzenie go tutaj? Ależ nie. Myślę, że nawet w marcu nie będzie za późno. Za chwilę spiszę go z kartki. Aby przed wiosną albo i na wiosnę. Na toasty nigdy za późno. Ten toast totalny przekracza obecny rok i stać go na kreowanie każdego następnego. To toast wieloroczny. Najpierw kilka słów o czym innym.

Pan Jan Maksymiuk rozczarował mnie felietonowym molestowaniem, abyśmy redakcją wskoczyli do Internetu, w obrazki i krótkie tekściki („jak najkrótsze”), bo jeśli tak nie doskoczymy do uwspółcześnienia, to nie będzie nas i pozostaniemy w 19. wieku. Ależ Panie Janie! Myślenie należy do 19. wieku? Jesteśmy dopóki myślimy i dopóki mamy gdzie myśleć. Sam Pan pisze, że to „brzmi strasznie”. Po co mamy wskakiwać w rzeczy straszne i kurczyć własny łeb?

Trochę się poznęcam nad Panem, a lubię Pana, i mimo to obejrzę problem wnikliwiej, od ponurej strony. Przepraszam, ale powinnam znaleźć złoty środek. To kobieta pitagorejka wynalazła „złoty środek”, zapobiegający świrowi w jedną stronę, tj. neofictwu, ale o niej powiem na końcu, w toaście totalnym.

Uwaga ogólna – średni nakład książki czy prasy wciąż u nas maleje, także w Internecie, a my mamy nakład stabilny i z tego się cieszmy, i nie wymyślajmy ładnej dziury w całym. Cieszmy się z naszego pisma. Mnie taka radość buduje.

Jeszcze jedna uwaga ogólna – tylko dla programistów Internet to poezja i duży zysk finansowy, ale to zupełnie inna bajka. No i to: pismo mniejszości to ani mainstream, ani nisza. Portalu nie zrobimy, bo to sprawa koncernów i skupiania reklam, to egoistyczne zarabialnie. Jedynie żebracze portale, np. filozoficzne, jakoś się z datków utrzymują, ale i one muszą karmić finansującą rękę żądanym zaniżeniem poziomu tekstu. O tym potem.

Podlasie nie jest w pełni zinternetowane. Poza tym takie doskakiwanie do uwspółcześnienia, hop do e-dziury i w obrazki, to prześmieszna prowincjonalna wyginanka. Równie doskocznie można zaproponować, abyśmy zrezygnowali z każdego języka słowiańskiego na rzecz skakanki do-angielskiej. Jeden nasz dureń tak doskoczył do uwspółcześnienia, że na grobie dziadka (czy kogoś bliskiego, nie pamiętam) dał tekst po angielsku.

Obrazki, doskok, obrazki, trzy słowa plus pięć? I to wszystko? Upasi Hospadzi nas ad hetaho, dapakul żywiem! No i hejt oczywiście. A ten będzie, jeśli staniemy się internetowi, zgodnie z Pana propozycji: zdolni do obrazków i trzech słów. Codziennie będzie się na nas wylewać szowinistyczny świr z 19. wieku, przewyższający te nasze trzy słowa. Po co mamy to robić? W imię związku z licealistami? To oni niech się wiążą z nami. Ze mną się wiążą. Widocznie znam innych licealistów. Skąd Pan wytrzasnął licealistów głąbów? Z jakiej to dupy?

I tu od razu przypominam jedno z przykazań wolnego człowieka autorstwa Tymothy’ego Snydera: Wolny człowiek czyta długie artykuły.

Dlaczego? Bo to jest treść. Treści nie można przejrzeć pobieżnie. Treść to dogłębna analiza. To rozwija. Przeskakiwanie z komunikatów na obrazki i odwrotnie nie rozwija. Przez to kurczy się mózg (pisałam o tym).

Nieprawda, że młodzi żyją wyłącznie komunikatem i obrazkiem. Nieprawda, że papierowe pisma to 19. wiek. Wielką sprawą w 21. wieku jest mieć papierowe pismo, jak nasze, i jest to wielka istotność. Pan uważa, że powinniśmy mieć miliony odbiorców? A po co? Po co liczyć na miliony, kiedy na świecie jest tylko garstka ludzi myślących? To na nią liczymy, panie Janie. W kulturze pięć osób może więcej niż milionowe stado. My bierzemy udział w wątku rozumnym. Doskoczenie do „jak najkrótszych treści” i obrazków przesuwa nas wprost w 19 wiek, do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu. Upasi Hospadzi! Pisma mniejszości to nie njusiki z durną korporacyjną treścią i wieczną rozmyślanką, jakby tu zwiększyć nakład.

Przeczytałam Martina rozprawy filozoficzne o śmiesznym doskakiwaniu do uwspółcześnienia, stadnym, panie Janie, i doskakiwać nie chcę. I mało tego. Chcę, aby Pan to przeczytał, istotną filozofię Martina, i zobaczył, jakie to żenujące, takie doskoki, jakie krótkotrwałe. Tak. Krótkotrwałe, ponieważ młodzi dojrzewają. Dojrzewają albo i nie. Nam powinno zależeć na dojrzewających. Ci przyjdą do nas z własnej woli. Reszta wyjedzie za granicę, dokądkolwiek. Stamtąd też można poznać najistotniejszy ludzki trzon filozoficzny – nagle wiem, że jestem kim jestem. I tęsknię do tego, co utracone. I opowiem o tym. Wtedy przyjdą do nas i będą pisać o swojej utracie i nostalgii.

I jeszcze inaczej. Doskoczenie do virtualu nie jest nowoczesnością, tylko chwilowym nuworyszostwem w byłych demoludach, co chcą mieć „jak w Ameryce”. Przeminie. Już przemija. Nowoczesność to bycie bez prowincjonalnych kompleksów gorszości. Nowoczesność już jest intelektualnym oporem wobec przemocy obrazków i trzech słów czy tam okrzyków. Poza tym kończy się era nieograniczone dostępu do Internetu – trzeba to wiedzieć nowocześnie.

Białoruskość jest rzadkością. I tak już będzie. Jest rzadkością wśród starych i młodych, i tak już będzie. Jesteśmy rzadkością wśród emerytów i licealistów, i tak już będzie. Naszą sprawą jest utrzymanie fenomenu tekstu i fenomenu rzadkości jak długo się da. Nasze pismo to nie codzienna internetowa gazeta, z codziennymi fejkami i hejtami. W Internecie coraz więcej fejków, hejtu i coraz mniej wolności.

Niech się w to bawią chwilowo dzieci. Mamy dziecinnieć?

Licealiści niech sobie robią internetową stronę białoruską obrazkowo-krzykankową. Jakoś nie robią. I otóż w tym rzecz, że nie robią. Nie jest to sprawa naszego unikalnego pisma, robienie takiej strony. Licealistów z doskokiem wyłącznie do virtualu nie interesuje żadna inność, a już na pewno nie białoruskość. Jeśli już, to oni zakładają sobie e-strony w języku angielskim i nie są to nasi ludzie. I nasi ludzie z nich nie wyrosną. Chociaż… Może się znudzą świrem fejku, hejtu i stalkingu.

Dosyć. Niedobrze, że muszę to mówić, ale nie mogę nie mówić. Jeśli wskoczymy w nieme, choć rozkrzyczane ,internetowe licealne stado, to nie będzie nas. Niejednokrotnie to samo mówił Sokrat Janowicz. On mówił gorzej o młodych. Że to jednakowe coś spod pieczątki. Ja tak nie myślę, że to coś spod pieczątki, bo jestem przez nich czytana. Nie przez wszystkich rzecz jasna, ale to i tak coś istotnego. Kontaktują się ze mną. Powinniśmy liczyć na tę właśnie istotność, ale wtedy musimy pisać zachwycająco i krytycznie, i samokrytycznie, i szczerze. Jedynie takie unikaty i takie unikatowe relacje są kulturotwórcze.

W stosunku do młodych z doskokami do uwspółcześnienia potrzeba okrucieństwa Sokrata, krzyczącego: Ależ ty się nie rozwijasz! Jesteś spod pieczątki! Nie rozumiesz, czym jest literatura ani esej! Sokrat niejedną młodą osobę tymi krzykami nawrócił na myślenie i tożsamość, i czytanie długich tekstów filozofów. Okrutni są nauczyciele w szkołach artystycznych, plastycznych czy baletowych, i to jest to. Okrutne krzyki „ty się nie rozwijasz!” – to jest  nasz status w stosunku do wielbicieli obrazkowego chłamu.

„Czasopis” przecież jest w Internecie. Jest na FB. To wystarczy aż nadto. Pisma mniejszości w naszych czasach u nas pełnią rolę wentyla myślenia i to jest nowoczesność. Poza nami robi to „Midrasz”. Midrasz jest skierowany, cytuję z niego: „do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem”, tj. żydowskim życiem. Tak. „Czasopis” też jest kierowany do wszystkich osób, zainteresowanych naszym życiem, tj. życiem białoruskim. To zwiększa wagę pisma. „Midrasz” nie jest kierowany do milionów i o tym mówi w Internecie. My też nie kierujemy się na miliony. Jesteśmy czytani np. w warszawskim KiK-u i jest to wspaniałą sprawą. „Midrasz” nie rezygnuje z papierowego wydania. Na jego internetowej stronie jest go tyle, ile jest nas w Internecie, tj. nas jest znacznie więcej. Strony internetowe bywają w ciągłej „przebudowie” i są bardzo kosztowne, i muszą liczyć na reklamy, a te są kapryśne i zależne od polityków. „Midrasz” to wie i z pierwszeństwa papieru nie zrezygnuje. Teraz ma stronę w „przebudowie”. „Midrasz” wie, że ważny jest wybitny odbiorca, a nie milionowy. Tak. Jest ktoś taki, jak wybitny odbiorca. Dla mnie jest on cenniejszy od złota. On jest rzadkością. I co z tego? Stadność właśnie przestaje być modna. Stado z doskokiem do uwspółcześnienia to wiara w propagandę i reklamiarstwo rynkowego produkcyjniaka.

Że też ja to muszę pisać. Że też ja muszę nie godzić się na propozycje, płynące od nas, jakieś zdziecinniałe i zbyt prędkie, nieprzemyślane gruntownie. „Midrasz” opowiada żydowskie życie. Ja opowiadam białoruskie życie. Czemuż to Pan Jan nie opowiada naszego (swego) życia, tylko nieistniejące utopijne miliony licealistów mu się w oczach kręcą? „Midrasz” wie, że musi opowiadać żydowskie życie – każde. Byłe, teraźniejsze i jutrzejsze. Jutrzejsze życie wynika z tego, co było pomyślane, przemyślane, wyobrażone wczoraj. I my to robimy z naszym życiem. Jeśli ktoś asymilujący się przybiegnie do nas, będziemy szczęśliwi, ale on sam musi chcieć. „Midrasz” opowiada żydowskie życie w języku polskim, bo wszak chodzi o „wszystkie zainteresowane osoby” tym oto opowiadanym życiem. My robimy to w języku polskim i naszych haworkach. Jeśli zaczniemy pisać wyłącznie w haworkach, stracimy wiele, wiele zainteresowanych naszym życiem odbiorców. To jest życie, a nie oderwany od życia virtual, gdzie pełno nienawiści do nas i wyzwisk, tych tradycyjnych, od kacapów. I won z Polski.

Że też ja o tym muszę pisać.

Internet oczywiście jest bardzo potrzebny, ale bez prowincjonalnej przesady. Powtórzę – wyłącznie obrazki i krótkie tekściki to jest jest dopiero powrót do wiejskiego neoplebejskiego analfabetyzmu z 19. wieku. Upasi Hospadzi!

„Midrasz” opowiada żydowskie życie wierzących i niewierzących, starych i młodych. A co my robimy? Nasi duchowni nie zdjęli klątwy z naszego pisma i robią dystrybucyjną blokadę, nie chcą go w świątyniach.  A bo kiedyś Sokrat skrytykował naszych duchownych za niesprzyjanie białoruskości. I co z tego? Kochajmy naszych wierzących, niewierzących i krytycznych, tak jak kochają swoich Żydów Żydzi z „Midraszu! Wysłuchujmy się. Nie narzucajmy jakiegoś „jedynego rozwiązania”. Pozostańmy barwni i różnorodni. I nie zamieniajmy się w licealistów z virtualu.

Że też ja muszę kolejny raz przypominać, że jesteśmy w dramacie asymilacji, że asymilacja to dramat. T o  j e s t
dr a m a t, proszę Pana. I on będzie trwał. Czy nam się podoba, czy nie, jesteśmy dramatyczni, i tak już będzie. Voilà! C’est tout!

Milion stron internetowych „dla licealistów esemiarzyków” nie zmieni tego naszego dramatycznego statusu. Nie wstrzyma asymilacji. Ale odrodzenia białoruskości możemy spodziewać się w Białorusi. (Kiedy indziej o tym napiszę; zresztą o tym mówi Biełsat).

Dziś mówimy tak: On czyta „Czasopis”. Gość w porządku, bo czyta „Czasopis”. To taki nobilitujący status, proszę Pana. Dotyczy również katolików i Polaków. Tak samo jest z „Midraszem”. Nie musimy równać do łatwiejących njusłików, robionych przed idiotów kultury dla idiotów kultury. Pismo to nie gazeta i nie wolno tego mylić. „Midrasz” wie, na czym stoi, na jakim nakładzie, i do zaniżonego poziomu njusłików nie równa i nie kłopocze się o nakład.  Ale nasi duchowni nadal nas zakazują. Nie dorośli do samowiedzy o tym, kim są. Tworzą zdziecinniałe religijne pisemka. Oto „nowoczesność”. Obliczona na milionowe stado idiotów kultury. Voilà! Duchowni blokują nam dystrybucję w świątyniach. Słuchajcie, biskupi i baciuszki, wy się nie rozwijacie. Wy się boicie każdej krytycznej myśli. Wy się boicie świeckości. Pora zacząć się rozwijać i nie poprzestawać na zdziecinniałej katechezie. Pora zdjąć z nas klątwę za słowa Sokrata.

Że też ja muszę o tym pisać! Że też ja nie mogę powołać się na jakieś Pańskie genialne słowo, jak się powoływałam na słowo Sokrata czy Janusza Korbela! Pan bzdurzy. Niechże Pan zacznie opowiadać prawdziwe życie. To jest to. To jest rzeczywista nowoczesność. Polubić własną tożsamość i opowiadać ją wszystkim zainteresowanym.

Sensowne badania na temat e-gazet wskazują, że tylko chwilowo zyskują one czytelników, po czym tracą ponownie na rzecz wersji papierowych, ponieważ internetowe wersje zawierają „zamazane treści”, tj. kłamliwe, fejkowate. Czytelnik to nie bałwan. Ucieka od propagandy i fejków. Przy czym w e-gazetach nagminna jest kradzież tekstów z innych gazet, podróbki i przeróbki. Nawet rysunki kradną od innych autorów (pisałam już o tym). Nie ma się co podniecać doskakiwaniem do uwspółcześnienia poprzez e-publikacje kosztem wersji papierowej, tj. realistycznej. Pozostańmy przy prawdziwym życiu, tj. przy naszym piśmie – takim, jakie ono jest, z dotychczasową obecnością w Internecie, a ta jest solidna.

Jeszcze raz powtórzę: nie jesteśmy gazetą. Panu się śni jakaś njusłikowość pisma mniejszości? Matko. Jaki Pan „nowoczesny”.

Nie jest tak, że młodzi lecą na e-pisma. Jest odwrotnie. Pogardzają nimi, podobnie jak telewizją. Pod krzyczącym tytułem jak z żółtej prasy znajdują treść dla głąba, a w telewizji samą polityczną manipulację.  Z jakiejże to czarnej dupy Pan wyciąga tych licealistów, którzy czytają tylko krótkie tekściki i oglądają wyłącznie obrazki?!!! I którzy mają masowo nawrócić się na białoruskość, jak tylko zmienimy nasze pismo w elektroniczne? Litości!

E-pisma (te duże, korporacyjne) mają jedynie 1% czytelników. Trzeba znać te sprawy i te statystyki. Typowy czytelnik e-pisma do mężczyzna w wieku 35 lat. Już to każe mi patrzeć moim babskim okiem na te sprawę z podejrzliwością.  Facet lat 35 szuka po prostu sensacji. W dodatku to bogaty facet z dużego miasta. Ten facet to nie my, Panie Janie, chyba że Pan jest takim facetem i ma w związku z tym e-finansowy i e-gadżetowy punkt widzenia, a także stałe szerokopasmowe łącze. A i tak Pan zależy od elektrowni, w którą w każdej chwili może łupnąć bombą jakiś pan dupek wojny

Nadal prawo nie uznaje e-pisma za dokument i długo nie uzna ze względu na zrzyny, podróbki i żywe plagiaty; ze względu na nierzetelność dziennikarzy, którzy chcą się wykpić tanim kosztem – poprzez kradzież tekstu, fotografii czy rysunku. O tym trzeba wiedzieć, aby nie wskakiwać nadmiernie do internetowego bajora. Nawet e-booki nie są brane poważnie jako publikacja. Kundera niedawno zabronił wydawania go w e-bookach.

Redaktorzy e-pism skarżą się, że mają „tylu autorów, ilu czytelników”, tj. drukują byle co, napływające od „czytelników”. To „byle co” ma poziom miernych szkolnych wypracowań i nigdy nie wychodzi poza 4 tysiące osób. Ot, poziom nad poziomy. Autor czyta autora, dokonawszy przedtem wielu własnych gazetek ściennych w virtualu. Takie samouwielbienie. Trwa ono rok, albo i dwa lata. Po czym ginie w odmętach virtualu.

Badacze zgodnie twierdzą, że komercjalizacja prasy i e-prasy jest jej deformacją (pogoń za reklamą, a nie myślącą treścią, i to właśnie skutkuje ucieczką czytelników –  nie spowodował tego  ani nie papier, ani nie virtual, tylko gówniana treść z trzech słów i obrazki).

Istotą pism mniejszości jest zakorzenienie, a nie ich komercjalizacja, która upodabnia do milionów i wykorzenia z tożsamości. Nie ma co, Panie Janie, forsować jednakowości nas, bo już doskoczyliśmy do uwspółcześnienia, i hop w e-gównianość obrazków i trzech słów.

Tak więc Panie Janie, proszę oprzytomnieć i nie wygadywać bzdur o przewadze obrazkowego virtualu nad papierową publikacją i proszę nie martwić się o nakład, równając do njusłików, bo to po prostu jest durne. W e-prasie trzymają się tylko duże koncerny, ale i tam treści są tandetne, i nie biegną do nich tłumy. Nawet pojawiają się opinie, że czytelnik prasy drukowanej jest dwustukrotnie cenniejszy, ponieważ nie goni za sensacją i obrazkami. Ten, co tu zerknął, tam zerknął i już wszystko wie, to nie jest nasz człowiek. Czym innym są portale filozoficzne i naukowe. One nie muszą chronić mniejszościowego zakorzenienia. Ale filozofowie i naukowcy nie mają dla siebie niekomercyjnego miejsca w prasie papierowej i u rozumnych wydawców, stąd istnieją w virtualu, ale i te treści nie mają statusu rzeczywistej publikacji niestety. Mamy 50 lat na przechodzenie wyłącznie do virtualu, jak mówią znawcy. Nastąpi to wtedy, kiedy Internet będzie czymś stabilnym i obejmującym cały glob. Na razie tak nie jest.

Przepraszam, że tak krytycznie odnoszę się do tego, co Pan plecie, ale Pan przecież jedynie plecie.

A teraz mój toast totalny. Wygłosiłam go, jak powiedziałam na początku, na juliańskim balu 2017, a że ze mną przyszły fajne katoliczki, które nie mają uprzedzeń w stosunku do nas kacapów, to zawarłam w nim ekumeniczne treści. Mam nadzieję, że przeczytają ten toast nasi licealiści, wszak mają w liceach „Czasopisy”. „Czasopisy” są też w podstawówkach, gdzie naucza się białoruskiego. Chyba że owi licealiści, nasi zbawcy, nasza przyszłość białoruska, wolą się naćpać i będą zdolni jedynie do odczytania „jak najkrótszego” esemesu.

Do dzieła, moja pani. Mów swój toast totalny, póki jeszcze można mówić długo, a co nie jest tożsame z tokowaniem.

Wznoszę toast totalny:

Za to, żeby panowie wojny uspokoili się wreszcie i za to, żeby panom wojny przestała się śnić wojna w Europie.

Za to, żeby młodość pędziła przed siebie wolną drogą, długą i ważną, a starość nie traciła domu i poduszki i mogła żyć na skutecznych lekach.

Za nasze życie doczesne, aż się jego siły wyczerpią.

Za śniadanie, obiad i kolację.

Za dach nad głową aż do śmierci.

Za dziecko, za jego zabawki i jego umysł, wolny, odważny i twórczy.

Za dobry sen – za spokojny sen.

Za nasze życie bez strachu. Za nasze życie bez strachu o życie.

Za miłość. Za to, żeby nie znikało nam to słowo.

Za agape – za miłość do ludzi. Za miłość do pięknych ludzi i żywotność naszej odrazy do bandytów i panów wojny.

Za moc naszych ikon i za moc naszego duchowego życia.

Za piękne sople nad oknami naszych wiejskich chat – za te zimowe ptaszki, przyssane do okapów i połyskujące ogonami z tęczowego lodu.

Za pamięć, bo nie można żyć bez pamięci. Za pamięć o naszych przodkach, babkach i dziadkach, i prababkach, i praprabkach, i praprapradziadkach, za pamięć o ich biednym życiu i ich mądrości. Za pamięć o ich łzach i ich uśmiechu. Za pamięć o ich biednych, ale bardzo zadbanych chatach, pięknych, z drzwiami paradnymi. Za pamięć o rękawiczkach i skarpetkach, które wydziergała nam na drutach matka lub babka. Za pamięć o naszych dziecięcych czapkach z króliczego puchu.

Za to, żeby nikt nie czuł się obywatelem drugiej kategorii we własnej ojczyźnie.

Za odrazę do szowinistów, nacjonalistów, faszystów, mizoginów, fundamentalistów i wszelki polityczny krzywdzący nas (szczególnie kobiety) folklor sprzed potopu.

Za życie.

Za życie, które zawsze i wszędzie wisi na włosku, stare czy młode.  Za ten włosek, za jego odporność na ostrze w ręku bandyty lub tylko nieostrożnego.

Za piękno.

Za słowa Dostojewskiego: To piękno zbawi świat.

Za każdą chwilę piękna.

Za to, aby przemocy nikt nie uznawał za piękno ani za dobro.

Za dobro.

Za dobrych ludzi.

Za pełnię piękna w postaci dobra.

Za to, abyśmy zrezygnowali z wyboru pomiędzy większym a mniejszym złem na rzecz dobra i piękna.

Za upadek systemów politycznych, które nakazują nam wybierać większe lub mniejsze zło, a przez to brzydną i my w nich brzydniemy, osaczani przez zło, większe lub jedynie mniejsze.

Za to, aby rządy zaczęły przestrzegać prawa międzynarodowego.

Za to, aby w rządach nie było złych i mniej złych ludzi, a pojawili się ludzie dobrzy, piękni. Za to, aby w rządach pojawili się piękni i dobrzy humaniści.

Za to, za co zawsze wznosimy toast w Naraju – żeby było lepiej, niż było.

Za zdrowie pań i panów. Za zdrowie pań i za to, aby mogły mówić. Aby mogły mówić własnym głosem.

Za rozum, który stawia tamy wolności, jak mówił Kant. Za nieśmiertelność Kanta. Za jego słowa: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Za prawo moralne w nas.

Za to, abym mogła głosić te nieśmiertelne słowa Kanta.

Za to, aby nie rządzili nami idioci kultury, jak mówi Dubravka, i analfabeci kultury, jak mówił Sokrat.

Za życie bez strachu o życie dzieci.

Za życie bez strachu, czy ocaleją nam nasze domy.

Za Romajów, czyli chrześcijan z Bizancjum, zwących siebie Romajami, czyli Rzymianami. I wszyscy ich tak nazywali. I nie było robienia z Bizantyńczyków obywateli drugiej kategorii.

Za chrześcijan, bez oznaczania wyznania.

Za muzykę dzwonów, przejętą od Rzymian Rzymu.

Za organy, które przewędrowały od Romajów do Rzymian Rzymu.

Za upór Kanta, z jakim wzywał panów wojny do opamiętania się, z jakim nalegał na powołanie ONZ – organizacji, która wymuszałaby pokój.

Za ONZ takie, jakie powstało z woli Kanta – z zasadą pokoju i ustanawiania pokoju –  wymuszania go na panach wojny.

Za pokój.

Za ludzi dobrej woli każdego wyznania.

Za wymienianie się i dopełnianie duchowością różnych wyznań – za ten złoty środek tego, co istotne, a co oznacza brak konfliktu z przemocą, a jest jedynie słodka przemocą tego, który widzi głębiej.

Za to, aby w 21 wieku idioci kultury nie wykluczali tych, którzy widzą głębiej.

Za oczy duszy i za duszę w oczach.

Za rozumnych mężczyzn, dostrzegających rozumne kobiety, i odwrotnie.

Za rozum, uczucie i wyobraźnię. Za te trzy siostry, które tworzą intelekt.

Za intelekt.

Za młodość, która nigdy nie wraca.

Za starość, która trwa i trwa, i żeby trwała jeszcze, nie słabnąc z dnia na dzień.

Za to, aby człowiek nie zapominał, że składa się z dziecka, dorosłego i starca. Żeby młody nie wykluczał starego, i odwrotnie.

Za naszą nieustającą romajską profesorskość.

Za naszą romajską odwagę sprzeciwiania się robieniu bohaterów z bandytów, cudzych i własnych.

Za nasze romajskie autsajderstwo.

Za naszą romajską niepoprawność polityczną z powodu innowierczości, a przecież ona jest piękna.

Za naszą romajską delikatność.

Za nasz romajski brak podwójnej moralności w linii generalnej. Abyśmy nie psuli tej linii generalnej.

Za to, abyśmy nasz język prosty rozwijali w stronę literacką i nie utrzymywali go w statusie haworki. I za to, abyśmy żadnej naszej haworki nie utrzymywali w statusie haworki, zamykając ją w lokalności.

Za nasze romajskie pełnozgłoskowe „ł”, którego tak chętnie się pozbywamy.

Za nasze białoruskie unikatowe „ǔ”. Za tę literę.

Za wszystkie nasze litery, łacińskie i cyryliczne, i za alfabet polski.

Za nasze romajskie wyszczekane kobiety.

Za nasze romajskie twarde kobiety.

Za naszych romajskich miękkich mężczyzn.

Za każdą sprawę, która służy dobru, pięknu i pokojowi.

Za pamięć o wojennej odwadze naszych miękkich mężczyzn w czasie II wojny światowej i za to, że odtąd stawali się ludźmi pokoju, choć byli poranieni fizycznie i psychicznie. I dobrze, jeśli wrócili – za to nasze zdanie o nich.

Za nasze matki i naszych ojców. Za to, że byli dla nas dobrzy i dawali nam pełnię wolności, licząc na nasz rozum, którego nie mieliśmy, a posiedliśmy go dopiero na starość.

Za jak najwcześniejsze uczenie się rozumu.

Za wolność.

Za wolnych ludzi i za to, żeby człowiek przemocy nie uważał się za wolnego człowieka. Za to, żeby wolny człowiek odmawiał wykonywania cudzych odrażających rozkazów, krzywdzących niewinnych. Za takiego wolnego człowieka. Za to, aby taki wolny człowiek nie został ukarany więzieniem czy rozstrzelaniem.

Za wolność słowa. Za to, żeby wolności słowa nie mylić z wygadywaniem głupot i mądrzeniem się. Za to, aby nie mylić wolności słowa z nabywaniem i głoszeniem jedynie poglądów partyjnych czy fundamentalistycznych.

Za myślenie. Za to, aby nie mylić myślenia z nabyciem cudzych poglądów.

Za sceptycyzm, gwaranta przemyślenia w odpowiedniej chwili prędkich decyzji.

Za humanistyczną czujność uczonych, zapobiegającą nowej hodowli atomowych grzybów i za to, żeby uczeni każdą sztuczną inteligencję uznawali jednak za durną, za durniejszą od człowieka, i za to, aby sztuczna inteligencja posiadała autocenzurę w postaci autorozkazu: teraz spierdalaj do kąta raz na zawsze i tam się rozpadaj, bo krzywdzisz ludzi i chcesz mieć nad ludźmi władzę.

Za to, aby Europa zrezygnowała z bycia klubem upokorzonych imperiów, a zaczęła być domem dla ludzi nieimperialnych.

Za to, aby imperia, czy jak tam nazwiemy państwowe kolosy, zrezygnowały z bycia panami wojny, a zaczęły sprzyjać swoim obywatelom i sąsiadom.

Za wolne uniwersytety, aby broniły swej autonomii jak największego skarbu.

Za ziemię, aby jej nie niszczyły upokorzone imperia, i ślepe wyniosłe korporacje i koncerny.

Za drzewa, aby piękniały nam przed oczami i unikały piły, rozpędzonej ślepo.

Za wyobraźnię, przez cały czas czynną, bo ona zawsze i wszędzie zapobiega budzeniu się z ręką w nocniku, zapobiega krzywdzeniu, zapobiega manipulacji, zapobiega złym skutkom narwanej ślepej decyzji.

Za to, aby nie pojawiały się najgorsze słowa roku, jak postfakty, postprawda, świadczące o stadnym braku wyobraźni, o ślepej wierze w fejki jak w prawdy, o emocjonalności w miejscu rozumu, o nietrzymaniu w cuglach ślepych emocji.

Za pojedynczego.

Za pojedynczego rozumnego człowieka. Za to, żeby wiedział, jak dużo może pojedynczy rozumny człowiek.

Za to, abyśmy się cieszyli tym, co mamy i nie marnowali tego, co mamy, trwoniąc w ślepych emocjonalnych decyzjach.

Za żołnierzy, aby bronili nas przed tym, kto na nas napadnie, ale niech nie biorą udziału w głupich wojnach upokorzonych imperiów, kiedy Polak strzela do Polaka, Białorusin do Białorusina, tj, najemnik rodak do najemnika rodaka, i wraca z takich wojen z traumą, kończąc w psychiatryku, niemy i bez pracy mózgu.

Za babki, dzięki którym nie umiera język i kultura mniejszości, ale i kultura i język narodu, zmuszanego do globalnej asymilacji, do obowiązującej nowomowy, do kurczenia pracy umysłu i własnej kultury. Jakże rosną te babki u wnuków, bo to od nich nauczyli się np. języka niemieckiego, rosyjskiego, a nawet poprawnej bogatej polszczyzny, no i języka prostego. Jakże rzadko chodzi tu o nasz język prosty. Nasze babki są onieśmielone nowoczesnością wnuków, ślepo pędzących wprost pod pieczątkę nowoczesności, i stamtąd wychodzą jednakowi do mdłości, banalni, trywialni, banalizujący i trywializujący, komercyjni. Nasze babki nie rosną pod wnukami spod pieczątek. Za to, aby jednak rosły. Za te, które jednak rosną.

Za licealistów, wielbiących swoje babki za to, że ich nauczyły języka przodków.

Za licealistów, którzy słyszą okrutne słowa Sokrata „ty się w ogóle nie rozwijasz!” i nie obrażają się, tylko zaczynają myśleć twórczo, i uczą się oddzielać informację od chłamu i literacką treść od chłamu.

Za Sokratesa. Za jego nieśmiertelne słowa: Otwarte wolne społeczeństwo jest niezgodne. Za niezgodę, to znaczy za wolność opinii, za myślenie z pomyłką i bez pomyłki, za salę, gdzie można pomówić o wszystkim. Za tę niezgodę, kiedy za jej sprawą ginie wszystko, co jest rozwiązaniem nieludzkim. Za tę dobrą demokratyczną niezgodę, która nigdy nie prowadzi do wojny domowej, a unieważnia nieludzkie decyzje i dekrety. Faszyzm budowała zgoda na faszyzm, stalinizm budowała zgoda na stalinizm. Nie było sali niezgody, gdzie by nie pozwolono na totalitaryzm. Niezgodni umierali w łagrach i obozach zagłady, bo nie było sali niezgody. Wymuszana odgórnie zgoda to hodowanie totalitaryzmu. Za salę niezgody, unicestwiającą każdy totalitaryzm.

Za złoty środek, wynaleziony przez pitagorejkę matematyczkę o imieniu Teano. Złoty środek zapobiega naszemu świrowi w religii, w buddyzmie, weganizmie, polityce, w asymilacji, tj. zapobiega wszelkiemu neofictwu. Jak się kto nawróci na buddyzm i weganizm, to gotów zabijać jedzących ryby i chodzących w futrze. Nie, o nie, on nie zabije muchy ni karalucha, ni komara, nawet wszy, ale palcem nie kiwnie przeciw panom wojny. I będzie kotu podawał potrawy jarskie, aż ten zdechnie z wycieńczenia. Jak już pędzi w jedną stronę, to krańcowo nietolerancyjnie.

Za tolerancję, tj. za brak neofickiego świra.

Za Teano.

Za tę starożytną kobietę, żyjącą w czasach patriarchalnych, kiedy jej wynalazek musiał być scedowany na mężczyznę, Pitagorasa. Ale to ona jest wynalazczynią złotego środka, istotnego nie tylko w matematyce, ale i w myśleniu, w postępowaniu.

Za pamięć o Teano. Za nasze współczesne kobiety, podobne do Teano. Za to, aby nie żyły w mizoginicznym patriarchalizmie.

Za to, że nie może tak być, abym wznosiła toast za sprawy niewykonalne. Jeśli choć jeden procent ludzi na ziemi uzna je za swoje i wykonalne, będzie nad dużo. Za słowa „dużo nas”.

Toast totalny będę kontynuować, poszerzać o bolesne i radosne sprawy.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Moj czarhowy dzień.

Tolo znowu przyniósł z biblioteki Amosa Oza, tym razem „Fimę”. Masz co robić, malować? Będę ci znowu czytał. „Fima” to męskie imię. Czarhowy dzień znoŭ budzia z Amisam Ozam.

Kiedy zmieniliśmy słowo czarhowy na kalejny w miarę postępu trasianki w kierunku polszczyzny? Może się mylę. Może obu słów używaliśmy?

Nasze analfabetki na pytanie Skolko majacie kuraniat? odpowiadały: szmat. Powstawał rymowany wierszyk: Ta skolko u was kuraniat? Szmat.

Dobrze. Coś do roboty na kuchennym znajdę. Czytaj mi o żydowskim życiu, bo jest tak podobne do białoruskiego. Czytaj to życie, opisane drobiazgowo, dzień po dniu. Dlaczego w taki sposób? Bo za chwilę w tym miejscu, w którym jesteśmy, będzie żył ktoś inny i różniący się wszystkim, a może nie będzie tu nikogo. Jak się to łączy z moim losem. I to, że jego bohaterowie to emigranci, i to, że robią błędy w języku ojczystym, to znaczy oni w hebrajskim, i są tego świadomi, i się nie wstydzą, no i ta świadomość, najbardziej nas łącząca, że za chwilę w tym moim miejscu będą żyli inni ludzie, albo nikt, i to, że rozmawiają o sprawach, a nie o plotkach, i to, ze rozmawiają o sztuce, o książkach (nie czytają modnych produkcyjniaków), o dzieciach, o sprawności intelektualnej dzieci, o charakterze dzieci, a z dzieckiem rozmawiają jak z człowiekiem, który dorośleje. I ta nieustająca tułaczka. I w jednym życiorysie kilka wyniszczających wojen. I oszczędzanie na energii, na jedzeniu. I zadowalanie się tym, co się ma i co się jeszcze ma. I życie w opresji ze względu na narodowość. I kilka języków słowiańskich w pamięci. I niemożliwość powrotu do domu dzieciństwa, bo tego domu nie ma.

Jednak jest miejsce, gdzie żydowskie życie może przebiegać bez przeszkód – kibuc. I jest miłość do tego miejsca, bo w nim można żyć, nie martwiąc się o jutro, o jedzenie, o dach, o ubranie, i można tam uciec, zbrzydziwszy się wyścigiem szczurów i wszechobecną przemocą. Kibuc, czyli komuna. Jakże cenna jest stała obecność takiego miejsca, gdzie można żyć pracując bez pośpiechu, bez nerwów. Można tam prowadzić zapiski z codziennego życia i stworzyć z tego prawdziwie przejmującą literaturę, jak Amos Oz. Dzień po dniu zapisywać życie.

Larysa Geniusz podobnym sposobem opisała białoruskie życie w „Ptakach bez gniazd”. Opisała dzień po dniu, ale we wspomnieniach, a więc wiele spraw umknęło.

Amos Oz nie wybiela swego narodu, tylko pokazuje rozmaite postawy, i te nacjonalistyczne, i postawy przestępcze, bez pouczeń, bez wywyższania się.

I Sokrat tak opisywał białoruskie życie, ale wydobywał przede wszystkim negatywne cechy własnego narodu, a właściwie to była nieustanna krytyka własnego narodu. Czytaj mi żydowskie życie, a będę się czuła, jak u siebie. Nasza kuchnia to nasz malutki kibuc – żartuję.

Najbardziej łączy mnie z nim to, że narzucam sobie dyscyplinę, niemal reżim, aby zadowolić się tym, co mam. Pilnuję się, aby zachować dyscyplinę myślenia. Przemyśl sprawę. Reaguj po przemyśleniu. Poza Amosem Ozem nikt z pisarzy nie opisywał procesu trzymania siebie w ryzach, a on nawet seks opisywał w taki sposób. Nie fantazjował o orgiach w stylu topornego porno, co u nas nie wychodzi z durnej mody w literaturopodobnym produkcie. Po raz pierwszy spotykam się w literaturze z bohaterem mężczyzną, który panicznie boi się, że jego partnerka zajdzie w ciążę, a także z tym, że męskie pożądanie to stała kłopotliwa sprawa i należy nad nią panować, ponieważ jest stałą niemal całodobową potrzebą i sprawia, że umysł rozprasza się. Pożądanie przeszkadza żyć normalnie. Normalny bohater. Normalność oznacza życie poprzez myślenie, a nie poprzez taśmowe kopulacje. Część ciała, która odzywa się nie w papad, jak mówią Rosjanie. Kłopot mężczyzny.

Z Ozem łączy mnie jeszcze coś: brak podziału na elity i tak zwanych zwykłych ludzi, a co więcej – uczulenie na taki podział. To są ludzie, a nie „zwykli ludzie”. To są uczucia ludzi. To są losy ludzi. Takie rozumienie scala dany naród. Jeśli tylko z danego narodu wyłonią się nadludzie, to mamy nieustanną wojnę wewnątrz i nie czujemy się rodziną. Jeśli tylko elity polityczne wyniosą się nad ludzi, to mamy u góry nadludzi, wszelkimi sposobami znęcających się nad poddanymi.

Protest matek ukraińskich przeciw odrażającej wojnie domowej i zabijaniu ich dzieci przez nikogo nie jest brany poważnie. Przez nikogo. To tylko baby. Baby ni majuć nijakoho znaczenia. Niważna, szto tam sabie haworać. Ja to biorę poważnie, ale ja ta też jakajaś tam baba, katoraja sztoś tam sabie haworyć. Taki majam świet u 21 wieku? Kiedy to się skończy? Na Ukrainie uzbrojeni po zęby mużyki hwałtujuć babaŭ i dziauczataŭ. Wojenne zbiorowe gwałty. Czamuż nijakoje telebaczennie ob hetam słowa ni skaża? Litwa haworyć, ali jana winu zwaliwaje adno na separatystaŭ. Jakoby separatysty pawypuszczali bandytaŭ z turmaŭ i heta jany robiać. Moża heta i tak. Dobro, szto żanczyna prezydent Litwy Dalia Grybauskaite kryczyć ab hetym. Adna na cełu Europu, katoraja ni maci dla żanczyn. Materiały o tych wojennych gwałtach poznikały z Internetu. Pozostał okrojony materiał Amnesty International, która to organizacja oskarża o wojenne gwałty obie strony, ukraińską i separastyczną. Na szczęście GW też mówi o obu stronach, więc nie wypadam na idiotkę. Wg AI prócz gwałtów obie strony mordują, torturują, porywają. Znowu jedynie ja z pisarzy drę mordę w tej sprawie? – pytam na FB. Chyba sobie a fejsbukowym muzom. Albo zaczną do mnie strzelać, to jest dowalać niewybrednymi komentami. Występuję z pozycji ludzkich, a nie politycznych, panie i panowie. Nagradzani są pisarze poprawni politycznie – dodaję. Milczcie dalej.

Robię naszyjnik przy kuchennym stole i słucham „Fimy” Amosa Oza. „Fima” to utwór przede wszystkim o kobietach, widzianych oczami ludzkiego mężczyzny. Aborcje, miesiączki, porody, krwotoki, połogi, rak macicy, rak jajnika, rak piersi. Krew. Kroǔ. Ból. Tolo dwukrotnie czyta jedno zdanie, niemal połączone pępowiną z „Sabotażem” Hitchcocka, to znaczy z tym, co my zyskaliśmy na tym filmie. Zdanie brzmi następująco: „Ma pan szczęście, że nie urodził się pan kobietą. Nie ma pan zielonego pojęcia, co zostało panu oszczędzone”.

Przez chwilę wyliczam, co jeszcze nie zostało kobiecie oszczędzone. Handel ludźmi płci żeńskiej, gwałty i wojenne gwałty bardzo blisko Polski. I wojna jako taka blisko Polski. Nikt, dosłownie nikt nie liczy się ze zdaniem kobiety. Nikt nie liczy się z życiem kobiety. Nikt nie liczy się z protestem kobiety przeciw obniżaniu jakości jej życia i życia jej dzieci, przeciw sprowadzaniu tej jakości na dno poprzez wojny. Nikt.

Kobieta nie może mówić! Nie opowiada swoich dramatów, uczuć.

Czy kobieta zaczęła mówić? Nie. Tak. Tylko jest usuwana z pola widzenia. Jest usuwana, ponieważ ona w końcu się drze.

Kobieta się drze. Drze się o swoje.

Nikt nie liczy się z drąca się o swoje życie kobietą. Nikt nie liczy się z kobietą drącą się o życie jej dzieci.

Matka: najhorszaje życcio majuć baby. Napraŭdu nima horszaho życcia, czym babskaje. Dzicia pojdzia z kroŭju. Adno. Druhoje. Samaadwolny abort. Treci miesiac i kroŭ, zamiest żywoho dziciaci za paru miesiacaŭ. Znoŭ z kroŭju dzicia paszło, znoŭ samaadwolny abort, bo wajna, a z joju nerwy i ślozy, bo brata zabili. I zuby hubiacca z każdym hetym paranieniam.

Narzekania matki na babską dolę słyszę dziś, jakby stała obok. Kali chto zwiarnuŭ uwahu, szto u wajnu dzicia z kroŭju babie paszło? A jeszcze wajennyje hwałty. U naszych wioskach ad swaich nikoli czahoś takoho ni było, kab hwałtawali swai kabiety.

Patom jakijaś try prydurki zhwałtawali i u nas naszu dziaŭczynu na jakojś zabawi. Maci ni astawiła suchoj nitki na hetych naszych prydurkach.

W pierwszej klasie szkoły podstawowej dziewczynki i chłopcy trzymali się razem. W siódmej, ostatniej wtedy klasie, byliśmy już rozdzieleni. Okres dorastania dzielił. Nie tylko. Dzieliła kultura bycia, ustanowiona wieki temu, a nie świadomość płciowa czy płeć mózgu, jak to nazwano w jednej z książek (rynkowej, a więc miałkiej). My i wy. Trwa rozdział kobiety od mężczyzny przy pozorowaniu człowieczeństwa obu stron.

Pisarze tak nisko upadli, że rozróżniają „niewybaczalne mordowanie dzieci od mniej niewybaczalnego mordowania dzieci”? Czuję pogardę do tak rozróżniających pisarzy. Powtarzam te słowa i pogrążam się w jeszcze większy smutek. Jeśli nie rozumiemy ludzkiej potęgi tego zdania, upadamy naprawdę nisko. Kładę się na pół godziny w dzień i znowu śni mi się wojna. Wokół mnie latają z pistoletami w obu dłoniach posłowie ukraińskiej Rady i drą mordę. Nie odpowiadam za treść moich snów. Nie uważam Ukraińców i Rosjan za adin narod, jak uważają Rosjanie na sposób wciąż komunistyczny, a zarazem imperialny, ale wojna oligarchów i wszystkich ze wszystkimi i mnóstwem cywilnych ofiar nie jest ludzkim rozwiązaniem. A jest. Trwa. Widzę samych uzbrojonych gówniarzy, latających po świecie, jakby mieli napęd w dupach. Czy to wahabici, czy to prywatne armie oligarchów – to są uzbrojeni gówniarze. Pogardzam mordercami gówniarzami, gdziekolwiek są, gdziekolwiek mordują, gdziekolwiek z kobiet czynią seksualne niewolnice, gdziekolwiek je gwałcą. Rosjanie nie są jeszcze wolnymi ludźmi – pisze mi w mejlu na FB pan Ryszard. Tak. Nie są. Obowiązuje w Rosji niewolnicze rozdwojenie: albo rozwalam Rosję, albo bronię jej imperialności. A budować nie łaska? Budowanie. A gdzie to jest? Może u nas? Może w Europie? U nas i w Europie też mamy to samo rozdwojenie, jeśli chodzi o Rosję, i dajemy fory tym, którzy chcą rozwalać Rosję. „Dajemy fory”. Użyłam starego zwrotu i śmieję się z tego powodu, bo może już nikt tego zwrotu nie rozumie. Mnie się podoba. Znowu się śmieję, bo trzeba mówić „mi się podoba”. „Mi” na początku zdania?

A siebie? Budujemy, czy ideologizujemy? To drugie.

Kończę naszyjnik i zabieram się do przygotowania deski na ikonę. Zrobię ikonę Bogurodzicy Z Pustymi Dłońmi. Nie ma już Dzieciątka. Zamiast brodatego starca Boga Ojca nad głową Bogurodzicy umieszczę jej dziecko. Pierszyju takuju z pustymi rukami napisaŭ Fieafan Grek. Pa prawaj staranie staić Ioann Priedtiecza u żoŭtaj i zialonaj adzioży. Dam druhija kalory. Ja ni maju praŭdziwaho zołata. Maju załatuju temperu na pczalinym wosku. Dobro i heta. Charasze wyhladaje. Charasze pachnia. Na peŭ
no ni tanno wyhladaja i ni tanno pachnia. Z lewaj starany staić Archangieł Gawriił. I jamu dam druhije kalory.

Szkicuję Bogurodzicę Z Pustymi Dłońmi. Lekko rozstawione. Modlitewnie. Jej dłonie się modlą.

Postać Bogurodzicy Z Pustymi Dłońmi musi być dostojna, królewska.

Dawniej na dole ikon umieszczano postaci starożytnych filozofów i filozofek greckich. Bez nimbów. Nimby przysługują postaciom chrześcijan. Zachowywano i podkreślano kontynuację. Czego? Myśli egzystencjalnej i filozoficznej. I sztuki greckiej. Ciągłość jest ważna. Zrywanie ciągłości sprawia, że w kulturze wyważane są dawno otwarte drzwi. Nadchodzi gówniarz, uzbrojony w „nowe”, choć jest śmieszny, bo to, co mówi, powiedziano już setki razy i jest to tak wytarte, że wzbudza odruch wymiotny.

Tolo pyta, czy wiem, że pomnik Piotra I, Miedziany Jeździec, stworzyła też Maria Anna Collot, a nie tylko Étienne Maurice Falconet. Nie wiedziałam. Maria Anna Collot była asystentką Falconeta. On nie mógł sobie poradzić z twarzą cara. I to Anna Maria szybko poradziła sobie z tym, czemu nie mógł sprostać uznany mistrz.

Powtarzam z rosnącą przyjemnością: Twarz Piotra I w Miedzianym Jeźdźcu stworzyła kobieta, Maria Anna Collot. Otrzymała za to wysoką dożywotnią rentę od carycy Katarzyny II. W tamtych czasach utalentowana artystka mogła być jedynie asystentką uznanego mistrza.

Tolo dodaje: To tak jak z rzeźbami Rodina. Jego rzeźby to również artystyczna praca jego asystentki Camille Claudel, z której uczyniono w końcu wariatkę i zamknięto w szpitalu dla obłąkanych.

Za sprawą carycy Katarzyny II Maria Anna Collot została członkinią Rassijskoj Adadiemii Chudożestw. Pierwaja żenszczina akadiemik. Jej ojca nie interesował talent córki. Czytałam o tym w materiałach, wyszukanych przy pomocy rosyjskiej wyszukiwarki Yaindex. W języku polskim nie ma w Internecie ani słowa o tej wybitnej artystce. Rosja odkrywa utalentowane kobiety z ubiegłych stuleci. Francja odkrywa – w Internecie mnóstwo materiałów o Marii Annie w języku francuskim.

Tak czy siak muszę spytać: Dopiero w 21. wieku odkrywamy imiona i nazwiska artystek, które były w swoich czasach jedynie niemymi pomocnicami uznanych mistrzów?

Przywołuję się do porządku: o co znowu pytam! I dziś wybitne artystki, poetki pakuje się do ciemnego kąta, ale tak dzieje się przede wszystkim w mojej ojczyźnie. Jedne skutecznie, innej mniej skutecznie (bo się drą o swoje miejsce), ale ten sam proces trwa i trwa – w Polsce! Gdzie się podziała znakomita poetka Marzanna Kielar? Cicho o niej u nas.

Choć o Marii Annie Collot powstało kilkanaście książek, to jednak w świadomości powszechnej jedynym autorem Miedzianego Jeźdźca pozostaje Falconet. Utalentowana niema pomocnica umyka powszechnej uwadze. A co mnie obchodzi pospolita świadomość?

Kończę ikonę Bogurodzicy Z Pustymi Dłońmi. Nad Archaniołem Garbrielem umieszczam tekst w języku polskim: MODLĄ SIĘ MOJE DŁONIE.

Mieszam zatem napisy w SCS i w języku polskim. Wolno mi. Miaszaju jazyki i chibo heta dobraja rabota? Ci moża nie? A ci moża ni możno dapisywać na ikoni czahoś pa polsku? Czatery asoby uże choczuć, kab im pradać ikony.

Tolo zmienia lekturę. Znowu czyta Koran. W kuchennym kibucu znowu robię naszyjnik. W surze „Pszczoła” mowa o kobiecie o imieniu Reita: „Nie bądźcie podobni do tej, która gdy się nić splącze, rozrywa ją”. Przypis dokładnie podaje, o co chodzi: „Reita z pokolenia Korejszytów w nocy pruła dzienną pracę swoją i rozkręcała nici skręcone we dnie”.

Ależ to się wiąże ze Białorusinami! – wykrzykuję i przytaczam dowód, naszą pahaworkę, której pewnie już nikt nie pamięta: „Hłuchaja Chwiadora ta szyja, ta pora”. Czyli ludzie Ziemi mają te same korzenie, a kiedyś mieli tę samą Księgę, być może ustną, a być może pisaną. Mieli ten sam folklor. Bo skąd by się wzięła w Narejkach Hłuchaja Chwiadora, która nieustannie pruła, co przed chwilą uszyła?

Orientalna Reita czy białoruska Chwiadora. Przecież to ta sama kobieta z naszej wspólnej przeszłości. Czamu jana hłuchaja? Nikoho ni słuchaje i dalej ta szyja, ta pora?

Podstawowa bliskość dwóch odległych kultur poraża. Poraża też odrzucenie tej podstawowej bliskości ludzi, zapomnienie o niej na rzecz budowania wrogości.

Tamara Bołdak-Janowska. Formuła czaławiecznaści.

Śniłasa mnie formuła duszy: strełka . o o o . strełka. Piersz pa strełcy punkt, patom jaho razwićcie, patom znoŭ punkt i strełka. Naszaj duszy prybywaja, a patom ŭbywaja, aż jana waroczajacca ŭ bieły list. Bieły list heta adna ahulnaja dusza.

Formuła nikudysznaja. Kożny tak moża padumać ci pryśnić, jeśli czytaŭ matematycznaho Plotyna. Znaczyć Plotyn mnie śniŭsa.

Patom śniłasa mnie ajczyna, katoraja nazywałasa: Mcheńja. Moża ad mochu. Żyli u joj na zialonym mochu zialonyja ludzi z zialonymi wałasami. Mieli zialonyja wokna, dażdzi i boty. Śpiawali im zialonyja ptuszki, klakatali zialonyja busły. Ćwili zialonyja kwietki. Zialonaść mieła raznyja tony, ad bananawaj pa ŭsiakuju ciomnuju. A ŭsio heta razwiwałaso na wielizarnym biełym listu. Padabajucca mnie takija sny. Ja ŭ jich jak na spatkańji. Jak ŭ adwiedzinach ŭ jakichś aniołaŭ, katoryja umiejuć pisać, majuć ałoŭki i piszuć sztoś dla minie na biełych listach. Abo biełym pa czornaj daszkie, ali hetak radczej. Ta żywiem. Idziem z biełaho lista ŭ bieły list. Ad Alfy da Omegi. Α/ά – Ω/ω. Cipier u hreckim alfabeci u słoŭnikach astatniuju piszuć Sigmu: Σ. Ŭsio raŭno, ci Alfa-Omega, ci Alfa- Sigma. Papichaja nas strełka. Z hłubinki biełaho lista na wierch, i znoŭ ŭ hłubinku biełaho lista. A pad listom ciemra. Palotajam adnu minutu pa jasnaści świeta. Sztoś nam pryśnicca. Ni choczacca mnie wychodzić z majich snoŭ. Ja ŭ jich jak ŭ bajcy. Tak samo chadżu ŭ cerkwu jak ŭ bajku. Lublu naszyja bajki. Maja formuła: ja i maja bajka. Moża być relihijnaja, jeśli jana krasiwaja. A nasza takaja. Czasam majam amal adzinakija sny z Tolam. Znaczyć haława czytają haławu. Haława wybiahaja z haławy. Haława nachodzić toja samaja tolki u lohkaj madyfikacyji. Mnie śnicca śnieh, katory mahu zawiwać jak koŭdru, skruczywać jaje ŭ rułon abo nawiwać na ruku jak na szpulku, aściarożno padymać, i baczyć, jak pad joju rastuć kwietki i jakijaś błakitnyja hryby. Tolawi śnicca ŭ hety czas biełaja koŭdra, katora pakrywaja ŭsie horki. I tak samo moża jaje zawiwać, skruczywać, padymać. I tak lożaczy kala sibie, baczym amal toja samaja.

Naszym ŭzoram ŭ praŭdziwym świeci, znaczyć pa wierchu biełaho lista z maho snu, było sztoś, szto my mnoho razoŭ apisywali i nas tak apisywali: naszyja prastyja ludzi haworać jak prafesary. Doŭho, nadto doŭho my byli prastymi ludźmi. Za doŭho? Niważno.

Ważno, szto majuczy ŭsiakija ważnyja szkoły, majuczy dyplomy, astajemsa tymi samymi prafesarami, prastymi. Jeśli hinia heta prafesarstwo, hinia ważnaja razmowa. Jeśli heta prafesarstwo hinia, hinia myszleńnie. Wohule hinia, ni tolki ŭ nas i naszaja. Fiłasofija biarecca z najpraściejszych dumkaŭ. Patom kamplikujacca ŭ słowach, bo heta nawuka. Heta humanistycznaja nawuka. Adzinaja humanistycznaja nawuka. Ni budzia jaje, dy ludziej ni budzia. Biez jaje czaławiek robicca biezdusznaju maszynaju, ŭsio raŭno, jak byŭby mocno wuczany. Hinia ŭ jom najpraściejszaja prafesarstwo. Hinuć asnoŭnyja pytańnia. Hinia wola zadawać takija asnoŭnyja pytańnia. Hinia spynańnie ludziej nawuki, kab ni wyczaŭpali czahoś suprać żyćcia czaławieka i jaho losu.

A cierpienie? Muka? My doŭho muczylisa i roznych ajczynach, katoryja baczyli u nas niawolnikaŭ, paŭdzikich ludziej. Wiera ni taja, mowa ni taja, tojesnasć ni taja. I wohule ni wiadomo, szto siadzić ŭ jich haławach. Siadzieła muka. Nichto ni chacieŭ czuć ab joj. Heta nasza formuła: nasza muka i niachwota druhich paczuć jaje i doŭho adczuwać, i ni zabywać. Praz hetyja cełyja wieki muki my stali ŭciakać z naszych chataŭ kudy papało. Moża dzieś budzia lepiaj. Była ŭ nas pahaworka: Tam dobro, dzie nas nima. Tak i nie najszli naszaho dabra ci szczaścia.

Formuła biełaruskaści: my choczam żyć. Tolki hetaho choczacia? A szto, mało? Paśla strasznych wojnaŭ, paśla stalinoŭskaho terroru, pasla taho, jak nam ŭ sanacyjnaj Polszczy zabaraniali wuczycca, my choczam wuczycca, pracawać i żyć. My dumajam, szto u siońniasznim świeci heta ŭże mnoho, a ŭ mnohich krajinach i heta żadańnie liczycca za wielkim. Heta za wielkaja? Ta ż heta grunt! Biez hetaho gruntu pad nahami czaławiek pierastaje hawaryć, pisać ważnyja kniżki. Jaho mowu, takuju ci druhuju, hłuszać nahajki ŭłady, chałodny wieciar ŭ roci biazdomnych, bol u kaściach i doŭhaja pamirańnie na dware z braku lekarstwaŭ i domu.

Jeśli ludzi ni umiejuć dahawarywacca, ta ŭładaja jimi nienawiść, jakby jana cianuła za nos i wuszy napierad. Nimaja nijakoho „napierad”. Ŭ 21 wieku ja ŭsio baczy rastuczuju nienawiść ludziej da ludziej ŭwiaździe, i heta nijakoja „napierad”, tolki plusk ŭ staroja, a jakża, ŭ nienawiść, katoraja kipieła, kipieła, aż skipiaciłasa, i kipić, a tak było zaŭsza. Zaŭsza u ludziej nakipiwała i skipiaczałasa nienawiść. Nima kamu źniać czajnika z ahnia. Ludzi robiacca kipiaczymi czajnikami. Czymś druhim jaŭlacca słowo, katoraja my kidajam ŭ nerwach, ŭ złości, ŭ swarcy. Patom prosim prabaczeńnia, żywiem ŭ nudzie, szto kiepsko pastupili, szto skryŭdzili kahoś. Ciażko nam. Takimi jaŭlajucca biełarusy. Formuła: ciażko nam.

Max Scheller haworyć, szto czaławiek pusty, sibie ni ceniaczy, hatowy addać swajo żyćcio za druhich, ale heta niczoho ni znaczyć, kali jaho żyćcio tak niważno. Niczoho jon ni addaje za druhich. Tolki pazbywajacca taho, czaho ni cenić. Jon nibyto chocza twaryć szczaście druhim, mnohim, ŭsim, cełamu świetu. Biare broniu i idzie zabiwać ŭsich, jakija jamu ni wierać, padazrawajuć, szto niszczyry, a robić jon heta zapluszczyŭszy woczy, jakraz naŭhad. Jamu zdajecca, szto zabiwaja samych złych ludziej. Jon jakaby dadumaŭsa ŭsiaho, czaho chocza druhi mnohi czaławiek i idzie bicca za jaho. Ty, Max, baczysz druhoja: hety czaławiek ni umieja kachać, bo jaho wychawali u dzierżawie abo siamje, dzie byli chworyja patryarchalnyja adnosiny: pan-słuha, pan-lakiej, i tak dalej. Jon nawuczyŭsa nienawidziać, jak kożny niwolnik. I hetu nienawiść musić dzieś ulakawać. I miesco nojdzia. Papruć tudy najomniki z cełaho świetu, ŭ katorych tak samo adno nienawiść, niczym ni zatknuta. Nima kamu jaje zatykać u takich dziarżawach, dzie żywuć tolki pan i jaho słuha, nidaczaławiek. Adnyja buduć baranicca, druhija atakawać. Pamiż nimi raście adno dwajnaja nienawiść. Ta jak budzia z hetym tematam, Max, jeśli nima biełaruskaj nienawiści, a ŭsio taki ludzi żywuć ŭ autorezygnacyji, i adnosinach pan-słuha da nidaŭniaho kalanizatara, ta czy heta znaczyć, szto jany ceły czas niawolniki? Ci moża heta atsutnaść nienawiści robić z jich dobrych ludziej ŭ 21 wieku? Szto jany napieradzi ludziej świetu? Jasno, szto tolki tady jany takija, kali ni sujicidzić ich harełka. A jana sztadzionny ich kamrat. Dachodziać kamraty narkotyki. Znaju. Ŭsio taki nienawiści u jich nima.

Wolny czaławiek heta czaławiek wolny ad pomsty, ad adpłaty, ad złoj pamiatliwaści, ad ŭsiakich sankcyjaŭ i ad ŭsiakaho załpawaho ahniu, katory cipier ŭ takoj wielkaj modzi u mnohich narodaŭ z adyszedszaju imperyalnaju sławaju. I my takija, wolnyja, jak każu: ni robim pomsty, ni szukajam worahaŭ. Heta nasza formuła.

Kali ja da Cibie napisała hety słowy, Max, umieszwajacca Tolo i haworyć, szto nijak ni moża zhadzicca na Kantaŭskija słowy a czaławieku, szto czaławiek z natury zły, złosny, i mało tako, jaszcze zajzdrośliwy.

Heta nipraŭda, bo ja taki ni byŭ, kali byŭ mały – każa Tolo.

Ja hawaru, szto heta praŭda, a tyczycca balszyństwa, bo daj wolnuju wolu dzieciam, ta jany buduć muczyć druhich dziaciej, katorych mieńsz, i majam hetak ŭ szkołach. Adnyja dzieci muczać druhich, bo ŭ tych druhich nima modnych darahich gadżetaŭ, ci modnaj darahoj adzioży, ci jany ni biełaj rasy, ci jany ni toj wiery. Muczać straszno, mal katujuć. Aż niekataryja muczanyja kończać suicydam. O, i baczysz, Tolo, hawaru, majasz zło, złosnaść, dy jaszcze zajzdrośliwaść da biadniejszych, bo jany na ohuł dobro wuczacca. Majasz swajich dobrych ludziej. Małych, bo małych, ali ludziej, i tym horsz, szto małych. Nima nijakoj empatyji i jich, choć im heta słowo paŭtarajuć pa sto razoŭ ŭ szkoli. Heta słowo zrabiłaso wielmi modnaja. Jeśli małoho czaławieka nichto ni spyniaja, ta jon bałdzieja. I tak samo bałdzieja darosły. Czaławiek musić nawuczycca dziarżać sibie ŭ rukach, i wiedać, szto z natury jon zły, złosny, zajzdrośliwy, i tolki tady, kali paznaje heta u sibie samom, robicca dobrym (jeśli robicca). Jeśli dobry, znaczyć nawuczyŭsa spyniacca albo nawuczyli jaho tyja, chto nawuczyŭsa być dobrym i sam sibie spyniaja. Dobrym moża być razumny i razumniejszy. Formuła czaławieka byłab takaja: Sam rablusa dobrym, bo parazumnieŭ, bo ceły czas ludzi kryczali na minie małoho i nawat starejszaho, kab parazumnieŭ. Sztoraz mieńsz tak kryczyć na niparazumniełych. A naszy ŭsio tak kryczać. Biełaruski kryk: rabisa dobrym! – heta formuła.

Max, biełarusy ni pasujuć da nikoho. Ni majuć nienawiści, ta kim jich liczyć? Ni majuć zajzdrosliwaści, ta kim jich liczyc? Bywajuć złujuczymi, ali ni złosnymi, ta kim jich liczyć? Baćki, sasiedy, wuczycieli ceły czas spyniajuć dziaciej, kab ni rabili zła, ceły czas swaracca: jak ty moh sztoś takoja rabić? I my papraŭlajamsa. Max, my ni pasujam ni da teoryji, ni da świetu. I skażuć: nima takich ludziej. Znaczyć nasza formuła: nima takich ludziej?

Tamara Bołdak-Janowska. Fiaduł, czaho łupy naduǔ.

Baćko lubiǔ żartawać, hrać na harmoni i skrypcy, śmiajacca, sztoś apawiadać, zbirać hryby, ławić rybu, kudyś chadzić i waroczacca z jakojuś dabyczaju, z pysznaju ziagrataju żuraǔlinaju abo falszywymi apieńkami biez charakterystycznych catkaǔ. Maci wykidała hetyja apieńki. Z druhimi hrybami nikoli ni pamylaǔsa. Adnym słowam, wieciar jon byǔ, moj baćko. Ni zaǔsza. Ni lubiǔ ludziej nadutych. Da minie hawaryǔ: Fiaduł, czaho łupy naduǔ. Heta pahaworka ci lepiaj drażniłka ǔsiałasa chibo z Rasieji, bo jana tam dalej żywie u rasiejskaj wersji i jaje możno paczuć u ichniam telebaczeńni: Fieduł, czewo guby naduł. Baćko skaraczaǔ jaje: o, znoǔ zrabiła Fiaduła. O, znoǔ Fiaduł pad nosam. Skolko razoǔ mnie sztoś ni padabałaso i ja burmuszyłasa, zaǔsza czuła hetaho Fiaduła ad baćki. Ni znaju, chto heta byǔ toj Fiaduł. U majich mnohich słoǔnikach ni najszła. Rasiejskaja mowa ni redukujacca. Jana żywie razam z ǔsimi starymi pahaworkami i z nowymi słowami. Jana bahacieja, bo jaje ni skaraczajuć, ni rujnujuć wuczanyja ludzi – jany biaruć sabie i pahaworki, i usiakija narodnyja idyjomy, choć karystajuć bahato i z nowaj leksyki. Prynamści tak jeść ŭ mediach, a heta hałoǔnaja. Naszu mowy piarachoǔwali ludzi niwuczanyja. Wuczanyja jaje kurczyli, razmaǔlajuczy adno z baćkami ab siom tom i skupo, pakul tyja żyli. Ǔsio „razumniejszaja” stali hawaryć na nibaracznym żurnalistycznym żargonie etnicznaho balszyństwa. Pamiż ich i baćkoǔ stała ukoǔzywajacca heta czużyna, a znaczyć i maǔczańnie. Adnyja druhich piarastali razwiwać ǔ mowie, czaho dahetul na świeci nikoli ni było. Hety samy mechanizm dziejsny i dla etnicznaho balszyństwa. Pamiż baćkami i dziaćmi – czużyna.

Baćko byǔ ciażko raniany u ’39. Ja raz zabaczyła rwany roǔ na jaho pleczach. Pytajusa: szto heta? Adkazaǔ: ja byǔ raniany. I bolsz ab hetym nikoli ni słowa bolsz. Daǔno jaho nima u żywych. Żywie ǔwa snach abo ǔspaminach, tolki ǔ majich, i napraǔdu bolsz nidzie jaho nima. Byǔ kambatantam. Ǔ minie astałasa jaho legitymacyja. Dzień ǔ dzień dajażdżaǔ da pracy ǔ Biełastok. Wiartaǔsa, siadaǔ na nasz wysoki paroh i hawaryǔ: jak ja zdarożyǔsa. Pasidżu. Patom lahaǔ spać. Spaǔ i spaǔ. A zdarożany był zaǔsza. Siadaǔ na paroh, braǔ lusterko, brytwu, pendzalok, myło, wastryǔ brytwu na pojasie, i bryǔsa. Pojas aż świaciǔ, tak byǔ wyhładżany brytwaju. Używaǔ wady kalonskaj, katoraja nazywałasa Wars. I chibo jaszcze „Przemysławki”. Zausza pachnuǔ, a czasami babskimi, majimi parfumami. Uże ni siadzia na paroh. Ni budzia brycca. Dy parohu toho nima. Baćko nikoli ni nasiǔ ni wusoǔ, ni barady. Bryǔsa sztodzień, tak szto ni pajaǔlałasa u jaho najmieńszaja szczacina. Ja nazywała jaho ni tato, tolki papa. Jon tak chacieǔ.

Podoba mi się stwierdzenie filozofa: miejsce jest obramowaniem ciała (Enneada szósta). Wiele razy w życiu zmieniałam obramowanie mego ciała. Tamto stare obramowanie z żyjącym ojcem i jego drażniłką o Fiadule, zróżniczkowało się. W realu nie ma. Realem jest przywołanie. No i grób. Nie mogę inaczej obramować się moim starym białoruskim miejscem w całej jego pełni. Wdzianko jakieś gdzie mogę mieć. W Narejkach. Kamizeleczkę białoruskości. Nawet nie tak. Jestem coraz bliżej głosu ojca. Tak wracam. Tak się w siebie ubieram. Coraz skromniej. Tracę dzisiejsze obramowanie, czyli ubieranie się w moje własne miejsce, które by przybywało. Taciana z bezludnej wioski: Stolki sadoǔ, stolki jabłykaǔ, stolki śliwaǔ, pareczkaǔ, wiszniaǔ, i nima kamu ich jeści. Padajuć, lażać i hnijuć. A drewy ǔsio ćwituć, ǔsio nanawo kidajuć nam amal ǔ lico swaji sałodkija padarunki. Jaszcze wyczuwajuć haspadara, katory śpić wiecznym snom. Ci drewy wyczuwajuć duszu czaławieka? I dziczejuć, kali dusza adychodzić wyżaj ci kudyś hłybiej, ǔ ziamlu? Drewy ni umiejuć prytwaracca. Pa jim widno ǔsio, szto z jimi robicca, jak jany żywuć, i jak dziczejuć i umirajuć. Jak zdziczejuć, znaczyć nikahutko z haspadaroǔ nidzie nima.

Dwójka nie rodzi trójki, ani piątka szóstki – mówi filozof. Pomiędzy liczbami nie istnieje stan pośredni w postaci ich narządów rodnych. Liczba to więcej, więcej, lub mniej, mniej. To w matematyce. A w życiu, w którym są narządy rozrodcze i rodząca głowa? Życia nie może być więcej lub mniej, ale miejsca tak. W obramowaniu ciała, tj. naszym miejscu na ziemi, to, co poprzednie, powinno rodzić to, co następne lub chociaż część powinna rodzić część. Zmiana obramowania ciała powinna dobrowolnie rodzić się z woli człowieka. Zmiana w obramowaniu mego ciała już tak się nie rodzi. Powiedzmy, że z wiejskiej trójki od razu przeskoczyliśmy w miejską dwudziestkę, a z miejskiej dwudziestki przeskoczyliśmy w trzydziestkę emigracji. I już nas nie ma. Utonęliśmy w innym narodzie. I już się nie wynurzymy. Nie posiadamy obramowania jako miłej, bliskiej, kochanej, obserwowalnej zmiany pokoleń w naszej kulturze. Następne pokolenie należy do innego narodu i do innej kultury. I to nie do jednego narodu. Czujemy jego obcość. Widzimy rozproszenie. Określamy siebie, jak to mówił Sokrat, ostatnimi Mohikanami. Dopiero teraz dochodzi do mnie dramatyczna waga jego słów.

Kiedyś mówiliśmy: haǔniak lub haǔniuk. Tak mówiliśmy o dzieciach, które zrobiły coś nieodpowiedzialnego, głupiego. Hłabalizujuć nas haǔniaki. Haǔniaki robiać nipatrebnyja wojny. Haǔniaki nawat ni zadumajucca, szto czużaja wola prynosić sztoraz bolsz kryǔdy sztoraz bolszaj kolkaści ludziej. Ali słowo haǔniak heta amal piaszczotnaja słowo. Tyczyłasa naszych amal niewinnych dziaciej, a ni stałych. Jany jaszcze ǔczylisa stałaści. Sakrat u heta miesco ustawiǔby hrubaja słowo: zasrancy. Astajusa z Sakratam. Ǔsio taki stały i darosły znaczać druhoja. Ni kożny darosły heta stały. Bywajuć stałyja dzieci. Takimi robiacca ad biady i hora.

My spadziawalisa, szto waśmiletniaja dzicia budzia ǔże razumnym, amal darosłym. I ǔstydzili za haǔniakaść. My chacieli, kab dzicia ni szukało sabie kiraǔnika ci naczalnika, nijakoj czużoj haławy. My chacieli, kab ǔczyłaso dumać samo i za sibie, biez haǔniaczaho plemieni. I hetaho spadziawalisa pa dziciaci. Ni zaǔsza nasza spadziawańnie spraǔdżałaso. I ni zaǔsza spraudżałaso spadziawańnie dziaciej da nas, szto my ich ǔratujam ad ǔsiaho złoho, żyć nawuczym i damo wielkija hroszy, i jany jaszcze buduć za hetyja hroszy farsić, i tak doǔho, aż ich ǔsie prapuściać na puściaki, na jakujuś nowuju modu. I adny, i druhija ǔsio ż taki znali: idealnych ludziej, ci baćkoǔ, ci dziaciej, ci ciotkaǔ i dziadźkaǔ, nima i ni budzia. Ciper dzieci ǔciakajuć ad baćkoǔ, ad siamjiej, ad swajakoǔ, ad dzieda i baby, i liczać sibie idealnymi. Ad starych niczoho ni choczuć wuczycca. Nawat wysłuchać ni choczuć. Niaǔże taki parwany maja być świet? Niaǔże heta cywilizowanaja dabro?

Znika moje dawne obramowanie ciała.

Adziawajusa ǔ hołas baćki i ǔ hołas maciary. Jaje hołas: Ja piarawiarnułasa, spatknuǔszysa ab łańcuch ci kamiań, moża ab ćwiorduju hrudu pad trawoj, i ǔpała pad karowu. A janaż bitliwa. I boracca. Nu, dumaju, budzia moj kaniec. Ali karowa, choć tolki szto chacieła ǔciakać i razmachiwała rahami, staić jak murawana, a jaszcze nohi raztapyryła, szyroko, i czakaja, aż ja jakuś wykulnusa z-pad jaje. Znaczyć żywina razumieja czaławieka. Moża jaho uratawać. Ja wykawarkałasa ceła. Szczaśliwa. Znaczyć karowa moża dać czaławieku szczaście. Ni nastupiła, choć mahła, bo wajoǔny mieła charakter. Znaczyć jana ǔmieła dumać. Wiedała, jak stanuć, kab haspadyni ni pakaleczyć.

Hołas baćki: Dzieda maho za dapamohu paǔstancam, car uziaǔ na 25 let u armiju. Ni kała, ni dwara ni było, kali wiarnuǔsa. Wiarnuǔsa wysokim aficeram, ali szto z hetaho?

Hołas maciary: Dzie ty wałaczyǔsa? Wadu trebo źmianić ǔ cebry i nanasić da domu.

Hołas baćki: Jaki ty mnie kampot ǔ butyłku naliła? Mieli być czornyja jahady, a tut jahada z nahami. Hłyknuǔ, a jahada horkaja. Miamlu zubami, na adzin zub ǔziaǔ, a jana dziarawianaja i horkaja. Wyplunuǔ na ruku, pryhledżywajusa, a heta wielizarnaja mucha! Pażowanaja, ali widać, szto mucha. Ty ni dobro prapałaskała butyłku. Jana mucha na peǔno prylapiłasa da dna i z wadoju ni spłyła.

Hołas maciary: Nu i szto? Ta ż ni atruǔsa. Wyplunuǔ i pi dalej. Mucha, ci jahada. Trebo było pryhladziecca lepiaj.

Hołas baćki: A jak ja mieǔ pryhladziecca, kali toja czornaja, i toja czornaja.

Hołas maciary: Ali smaszno było?

Hołas baćki: Sam budu pałaskać butyłki.

Baćko nazywaǔ minie Tamasikam. Maci nikoli tak. Zaǔsza syrjozno, zaǔsza poǔnym imieniam.

Baćko prywoziǔ mnie padarunki z Biełastoku. Raz prywioz mnie lalku. Jana była takaja pryhożaja, szto ja bajałasa jaje ǔziać ǔ ruki. Była z masy, jak kaliś hawaryli. Takija wyraby z hetaj masy nazywali masowymi. Masowaja lalka była ćwiordaja i lohko łamałasa. Ja ni bawiłasa hetaju lalkaju. Takich lalok daǔno nima. Pastawiła jaje na połku pamiż kniżki i jana tam wiek sidzieła, pakul ni ǔpała mnie pad nohi. Razbiłasa na suchija treski. Chacieła sklejić, ali ni udawałaso. Szkada tamtoj lalki. Cipier liczać ich antykwaryjatnaju kasztoǔnaściu. U znakomaj mastaczki padobnaja lalka sidzić na pianinie. Jana pryhożaść jaje sałonu. Jany ni marhali, hety lalki. Woczy mieli narysowanyja. Dobro patom pryszli marhajuczyja i miahkija. Tamtaja masa acaleła dla zakrutak na czarnilicach, a macniejszaja na wuszach ǔ harszczkach; abiedźwija czornyja.

Hołas maciary: Trebo piersz pakumiakać, a ni ad razu sztos rabić z haracza i kudyś pierci na stromhałoǔ.

Hołas baćki: Sidżu i dumaju, kali prydzia nowaja wojna, bo prydzia. Ja umru, i heta majo szczaścia.

Hołas maciary: Ni straszy nas. Moża wajna ni prydzia tak chutko. I ja umru, i heta tak samo majo szczaścia. Ali daczka i ǔnuczata? Strach dumać.

Hołas baćki: Ta ż chałodnaja wajna heta praciah druhoj suświetnaj, a ni szto druhoja, nijakaja nowaja. Czakajuć, kab pryszoǔ mamient kanca Jałty, i tady dakończać tuju wajnu. Zabaczysz. Durniaǔ ni brakuja.

Moj hołas: A ty stralaǔ?

Hołas baćki: A jak! Na wajnie stralajuć.

Moj hołas: I ty zabiwaǔ?

Hołas baćki: Zabiwaǔ. Kali papaǔ. Papadaǔ, kab wyżyć i kab praciǔnik ni zdaleǔ pierszy papaść ǔ minie. Ni choczacca hetaho ǔspaminać. Praklaty czas. Chaczu hawaryć o czoms zwykłym. Adzieńsa u wajenny mundur, piarahlańsa u lusterku, wyjdzi z domu, dy ni wierniaszsa da swaho lusterka. I lusterka ni budzia. I ściany ni budzia. Dy i ruki na małoja lusterko ni budzia. Kożny cipieraszni baćko tady zabiwaǔ. Z wajny baćki waroczajucca bolsz mieńsz adurełymi.

Moj hołas: Papa, a kali budzia taja wajna? Piarażywu? Na kaniec żyćcia budu ǔciakać ad wajny? Budu umirać biez domu? Ja tak ni chaczu! Ja chaczu bolsz mieńsz spakojnaj staraści.

Hołas baćki: A skul mahu wiedać, kali dakładno? Cibie nichto ni spytaja, dzie i jak choczasz umirać. Pryduć strasznyja ludzi. Jany takija zaǔsza prychodziać. Żyǔjom spalać.