Tamara Bołdak-Janowska. Praŭdziwaść (II)

2. To ja uciekłam w Polskę i nie mam dokąd wrócić. Jesteś na obczyźnie – mówi Tolo. Miejsce, gdzie stał nasz kolejowy dom, już nie przypomina tego, gdzie od 19. wieku ktoś mieszkał. A nową dużą chatę mojej matki rozwaliła w ’39 niemiecka bomba. Jeszcze pamiętam nasz kolejowy dom i tamto podwórko z mnóstwem barwnie kwitnących ziół, z sadem, z winoroślą. I było tam łagodne niebo nad nami. I ten nasz związek z przyrodą, która w dolinie nad Świsłoczą była niezwykle piękna. Ten nasz zachwyt nad chmurą o kształcie gęsi czy daniem z plamy słońca na talerzu – jeszcze to pamiętam.

Pamiętam też paświścioły. My jich rabili z wiarbowaj haliny. I ŭsie dzieci świścieli. I ja ŭmieła zrabić paświścioła. Świścieli adnym hukam. Ważny byŭ huk, ni muzyka. Muzyku możno było mieć z dudki. Paświcioł ni dudaryŭ, bo ŭ jom ni było dyrak.

Kroŭ z burakoŭ. Na plitu skulś paŭzie kroŭ. Wyciraju, a jana pajaŭlajacca, paŭzie kaplami. Zdajecca – było czysto, taż wycirała, a jana znoŭ tam, dzie była, razchodzicca na boki, jak sztoś razlitaja. Niczoho tudy ni razliwała. Doŭho ni mahła paniać, skul heta biarecca. Kroŭ ni ciomanaja, a jak różowaja wada, ali ŭsio taki jak kroŭ. Patom hlażu ŭ wierch i baczu, szto z tarki kapaja heta kroŭ, bo ja tru buraki, a patom wieszaju tarku nad plitoju. Ali ż szczacialno myju tarku, a tut akazwajacca, sztoś dzieś ŭ tarcy astajecca kroŭ buraka, kab kapać i straszyć minie. Różowaja kroŭ trywożyła. Jeśli sztoś nizrazumiełaja, zahadliwaja dla naszaho mozhu, jon robicca trywożny – nas robić trywożnymi, Sam mozh heta robić, a ni rozum, i ni ujaŭleńnie. Abo mozh zmuszaja nasz rozum, kab paniaŭ, skul heta biarecca i szto heta takoja. Znaczyć, nasz mozh wiadzie nas abo da strachu, abo da śleżki, skul i szto heta takoja. Jak by ja ni wymyła majej tarki, różowaja kroŭ z jaje kapaja, i ŭsio.

Zło. Na BBC ahladaju film ab tom, skul biarecca zło, i zapisywaju słowy: psychopaci potrafią świetnie udawać dobrego przywódcę. Najwięcej ich w polityce, ale jeszcze więcej w biznesie na wysokich stanowiskach – dyrektorzy, prezesi. Kultura korporacyjna to świetna pożywka dla psychopatów, bo oni są mistrzami manipulacji i oszukają nawet psychiatrę, a cóż dopiero klienta czy kolegę po fachu. A my? Jesteśmy prawdziwi do bólu, jeśli nie godzimy się na bandycką korporacyjność i dopóki jesteśmy uczuleni na manipulację, czyli łgarstwo. Organicznie nie znosimy łgarzy i intuicyjnie czujemy, kto nie godzien zaufania, bo łże. Asymilacja do korporacyjności, czyli bycia nie sobą lecz oszustem, manipulatorem, jest patologią globalizacji.

Simenon. Na kanale Planete+ oglądam film o wybitnym pisarzu Simenonie. Jakiż pokrewny memu myśleniu! To odrębność i warsztat czynią pisarza, a nie modne bełkotanie frazesami. Powiedział coś poruszającego: gdyby nie życzliwość otoczenia dla jego młodzieńczych wybryków, stałby się bandytą. Podkreślił, że obecnie mały wybryk ucznia natychmiast powoduje wkraczanie policji, zakuwanie w kajdanki i wsadzanie za kraty. Jakże jestem wdzięczny tym ludziom, powiedział, którzy widzieli we mnie człowieka, a nie bandytę. Ja też jestem wdzięczna za to samo podobnym ludziom.

Jego zdanie o kobietach: jakże rzadko można spotkać prawdziwą kobietę, taką bez sztuczek i gierek, to znaczy kobietę człowieka. Miał szczęście. Takie kobiety spotykał w życiu. Takiej kobiety mężczyzna nie porzuca nigdy, choćby ona starzała się i robiła podobna do wiedźmy, bezzębnej, kulawej i ślepej. Takie prawdziwe były nasze kobiety. Nie świrowały religijnie, nie głupiały wobec rzeczywistości na starość. Wyjątki (plotkary, intrygantki i z namordnikiem kiepskiej marki „a ja niczoho ni znaju) podkreślały tę naszą regułę.

I Simenon to samo mówi o korporacjach, co Naomi: rządy nic nie mogą, bo korporacje rządzą ponad nimi. Chodzi o cyniczne, nieludzkie, biegle manipulacyjne miękorpy.

Antonioni. W swoich filmach, a najbardziej w „Zaćmieniu”, w genialny sposób fotografuje to co machinalnie widzi ludzkie oko, szczegół po drodze dokądś: liście jak koronki, konary jak smukłe mosty, poruszane wiatrem gęste falbany krzewów. Widzę tak samo, a czasem to samo – poruszane wiatrem łapy krzewów. Widzę malarsko to, co kto inny bierze za śmieć. Mam greckie spojrzenie. Widzę buźkę, złożoną z trzech kamyków. Widzę czerwoną różę na czarnej mokrej jezdni – w małej zielonkawej plamie z deszczu. Kiedy przechodzę, bo zapala się zielone, róża znika.

Styk judaizmu z greckością polegał na zderzeniu dwóch pytań – filozofia czy psalmy?, obraz czy słowo? Była o tym mowa na jednym z naukowych kanałów.

Sądzę, że styk ten dawno już przeobraził się w koegzystencję i wzajemne dopełnianie braków. Nie pytamy już, co ważniejsze, bo dobrze znamy własny brak. Tak? Chodzi o własny brak, a nie o wywyższanie się z powodu tego, co mamy. Obraz bez słowa nie istnieje, ale i słowo bez obrazu zamienia się w oderwany od życia bełkot, i to zbyt łatwo. Każde słowo może okazać się brednią w stosunku do tego, co widzieliśmy czy w tej chwili widzimy. Brednią stało się słowo w literaturze, aby tylko nie dotknąć obrazów z rzeczywistości.

A styk łacińskość-bizantyńskość? Lepiej nie mówić. Wyższość, wyższość łacińska. Durna. Poczucie wyższości jest durne. Nie znoszę megalomanów narodowych. Są tez megalomani religijni. Tych też nie znoszę.

Widzę skupisko czarnych i białych plam w powietrzu. Sroka się pstrzy. Plamy w szybkim ruchu. Zapstrzyło nimi w oku i już ich nie ma. Znikają w gęstej koronie wysokiego drzewa. Szczegół jak z Antonioniego.

Pewnego pochmurnego dnia towarzyszy mi cień. Nie dowierzam, wpatruję się. Tak jest. Z lewej strony mam go. Niby mój, a nie mój. Unosi się nad ziemią. Schylam głowę i on schyla, ale nieco inaczej. Przez chwilę myślę, że to moje nie-ciało albo strażnik zaświatów. I zaczynam się bać. Jednak przez chmury na pewno przebija się słońce i tworzy ten cień. Tak też myślę. Tylko dlaczego on taki samodzielny i nad ziemią? I jakby zwijał się w kłębek od czasu do czasu, i następnie ponownie prostował, to znaczy zaczyna się na przemian kłębić i prostować. Takie to lekkie, jak prawdziwa mgła, a takie mocne. Co to jest? Nawet w mżawkę. Obraz jak dla Antonioniego. W jego filmach, w tych czarno-białych, też mamy identyczną pochmurność, lekkie zamglenie obrazu. Opowiedziałabym mu o tym moim samodzielnym cieniu, gdyby żył i miał internetową stronę. Mało mam ludzi do rozmowy. Coraz mniej, bo wymierają. Wszędzie pełno bełkoczących. Taka zmiana.

Cień taki przy sobie w pochmurny dzień widziała matka. Nagle to sobie przypominam. Nasze matki zaczynamy kochać dopiero po ich śmierci. To ogromna miłość. Zawsze za późno. Zawsze docierają do nas ich słowa, ich opowieści, i to z całą mocą, dopiero po ich śmierci. I to po jakimś czasie, nie od razu. Drogie, kochane, obejmowane, noszone na rękach – za późno. Tylko w umyśle. Matce pyskowałam zawzięcie, od razu żałując w duchu. Tylko raz oberwałam po mordzie od matki za to durne pyskowanie. Nie wytrzymała.

Ktoś i coś. Jeśli ktoś lub coś (kultura) umiera, zamiera, kończy moc, to nie ma ratunku. Pojedyncze osoby będą czuły się strasznie w takim dramacie. Nie da się przedłużyć życia ani umierającej matce, ani kulturze czy narodowi. Taka agonia jest nieodwracalna.

Powyższy dramatyczny tekst wyśnił mi się nad ranem i wybudził.

Cywilizacje, które zaczęły umierać, tj. kończy się ich moc, słowo zamieniły w gadaninę, w niekończący się bełkot. Jeśli zamiast słowa mamy gadaninę, znaczy to, że cywilizacja upada.

Upadek danej cywilizacji, jak też kultury czy narodu, podtrzyma bardzo wielu rasistów i szowinistów, no i neofitów od ujednolicających nowostek, bo od dawna denerwowała ich dana odmienność, dany autentyk, dana prawdziwość, dane trwanie, dana mentalność, język, kultura, folklor. Szczególnie mocno widać to w naszym nowym wieku, który ujednolica wszystko i wszystkich, a słowa zamienia w gadaninę. Gadanina jest łatwa, więc przystanie na to bardzo wielu. Będą bełkotać w poczuciu ważności. I będą bełkotać przeciw każdej inności, gotowi uśmiercać ją. Tak giną kultury, cywilizacje narody.

Muzyka Romów wędruje w stronę estrady i dyskoteki. Taka zmiana. Już nie słucham. Tylko momentami przebije się żywy głos skrzypiec i dobry, autentyczny, mocny głos.

Jedynie Żydzi przywrócili do życia język i kulturę, bo mają Biblię Hebrajską – swoją duchową historię, opartą na własnej historycznej. Żaden chrześcijanin nie ma takiej Biblii. NT wrzuca chrześcijan w duchową krótką historię. To historyjka bez historii. Nie ma w niej wiekowych procesów, o których powiemy – to jest całkowicie nasze i jeśli porzucimy to, pożegnamy się z tożsamością raz na zawsze. Nie mamy Biblii Słowiańskiej. I Biblii Francuskiej nie ma. I Biblii Amerykańskiej nie ma. Grecy mają mitologię, ale ona jest już martwa. Mają filozofię starożytną, wciąż żywotną, ale nasz wiek to wiek miękorpów i pustej gadaniny, a więc będą ciągoty durnia, aby unicestwić filozofię jako taką. Nie mamy ani własnego wieloryba, ani własnego Jonasza w brzuchu własnego wieloryba. Nie przerobiliśmy własnej historii na strawę duchową, na naszą Księgę, która byłaby żywa na wieki wieków. Nie mamy dumnej ciągłości. Krótcy jesteśmy i podatni na ogłupiające nowostki. Martwa jest nasza mitologią. Martwe są boginie, rusałki i wszelkie duchy leśne, polne, wodne, obłoczne. Kaliś iszoŭ baj pa ścianie. Uże ni pojdzia. My pra jaho zabylisa. Dzieci horbiacca i durniejuć pry kamputarach.

Słowa Lyncha (z filmu o nim na Planete+): „Filadelfia wysysała radość”. Toteż reżyser stamtąd wyjechał. Są ojczyzny, systemy, rodziny, które wysysają radość.

Łatwość. Jak łatwo nacjonalizm, nazizm, szowinizm, rasizm mylony jest z patriotyzmem. Łatwo i szybko. W Europie, w USA. Wszędzie. Zwłaszcza neonazizm. Przeraża mnie jego rozwój w naszym nowym wieku. Przerażają mnie młodzi faceci, którzy drą się na ulicach w sposób szowinistyczny, rasistowski. Ach, jacy patrioci. I tak samo przerażają mnie młode baby, drące się po ulicach jak ci faceci. Szłam za grupką dzieci, które wyzywały się: „ty durny Żydzie”! I oplotkowywały jakiegoś kolegę, że to „przecież durny Żyd”. Innym razem przez całą długą ulicę jakaś młoda para bełkotała o jakiejś grze komputerowej. I on, i ona chwalili się przez tę długą ulicę liczba „ujebanych wrogów” w tej grze. I ona „ze dwustu ujebała”, i on tyle samo. Nijak nie mogłam ich wyprzedzić. W końcu skręciłam w przypadkowy zaułek, aby tylko już dalej ich nie wysłuchiwać. Byli tak męczący!.

Złe niebo nad nami. W życiu nie widziałam takiego nieba, jakie mamy w 2017. Rozeźlone, rozchełstane, nerwowe, z potwornymi czarnymi chmurami, które z różnych stron pędzą i zderzają się, wywołując suche burze z grzmotami. Niebo gniewa się na ludzi. Ma ich dość. Potwornienie nieba nad nami z pewnością wywołują głupie wojny, z mnóstwem wybuchających pocisków, z bombardowaniami, strzelaniną, próbami nuklearnymi tu i tam. Śni mi się ziemia, która ma oczy. One znajdują się we wgłębieniach, obłych, jakby w głębokich oczodołach, i ziemia patrzy tymi swoimi oczami na ludzi, i już nie może ich znieść, bo oni z butami wchodzą jej w te oczy. Depczą. Im się zdaje, że ona jest martwa. Oczy ziemi nie mają powiek.

Na starość człowieka nudzi wszystko, oprócz matki Ziemi. Nawet to rozzłoszczone niebo współgra z ludzkim strachem o dzień jutrzejszy, z ludzką niechęcią do nieludzkiego systemu, do bandytów w roli polityków.

Dwa cytaty. Przytaczam je z książki Bułhakowa „Puszkin”, a obie myśli wypowiada tam Żukowski: „Ach, ach! Jak on potrafi czerpać myśli ze swego wnętrza!”. Drugi cytat: „… nie świecił umysłu ostry blask…”

Ano. Obecnie nie świeci nam żaden umysł swoim blaskiem, bo obowiązuje gadanina i pisanina, retoryka durnego głównego nurtu, skąd usuwani są ludzie rozumni. I rozwija się nam nastrój prowojenny, że jakoby wojna rozwiązuje problem. Czyj? Bo na pewno nie mój. Żadnego z moich nie rozwiązujcie, nowi bandyci, przy pomocy waszej wojny. Niech nikt nie śmie rozbić tego, dopóki żyję. Mówię to w stronę głuchych. Oni udają głuchych. A kto obecnie czerpie myśli ze swego wnętrza? System pozbawił ludzi czasu na myślenie. A my jaszcze ŭczora dumali, jak prafiesary. Jaszcze świacili swajim bloskam swajej haławy. Dzie my takija siońnia?

Megalomana narodowa. Czym to jest, ta megalomania narodowa? A to jest to, że osoba patrzy oceniająco, w każdej sekundzie, jakby sama była nie wiadomo kim. Jakby była lepsza od tego, którego bez przerwy ocenia. Jakby sama była ideałem. Okropność. Taka baba nic nie ma do powiedzenia światu ani o świecie, ale ocenia z pozycji wyższości każdą myślącą kobietę i w ogóle każdą, która jest w pobliżu, bratową czy synową. A to nie tak podstawiła kubek, a to nie tak spojrzała, a to nie tak uczesała i w ogóle ma nie taki kolor oczu czy włosów. To nie jest osoba, która komentuje świat. To osoba, która dręczy bliskich. Za innowierczość też. Za pochodzenie też. Megaloman narodowy płci męskiej robi to samo. Stale ocenia i dręczy wszystkie kobiety, które nie tak postawiły kubek, nie tak się odezwały, i za to, że się w ogóle śmiały odezwać, no i obce są (rodziny mieszane). Megalomania narodowa to patriarchalizm i mizoginia obu płci. Doskonale rozwija się w rodzinach, a już szczególnie narodowościowo mieszanych.

Megalomania narodowa większości rozwija się w powyższy sposób wobec każdej mniejszości. Megalomańskie poczucie wyższości to jałowy stan duszy i nieustanne dręczenie otoczenia. Ojczyzna, nasycona megalomanami narodowymi wysysa radość – znowu przytaczam słowa Lyncha, modyfikując, słowo „Filadelfia” zamieniając na „ojczyzna”.

Zapominanie. Kant zauważył, że uczniowie tuż po wyjściu ze szkoły zapominają o chrześcijańskiej etyce, wbijanej im do głów przez katechetów i pędzą czynić przemoc. Ja zauważyłam, że chrześcijanie tuż po wyjściu ze świątyni zapominają o znaku pokoju, o Litanii Pokoju, i pędzą czynić przemoc. Co jest nie tak?

A to, że jedynie filozofowie, którzy stworzyli własny system etyczny, przestrzegają go, bo to jest ich własne chcenie. Filozof, nawołujący do pokoju, a sam nie będący nosicielem pokoju, natychmiast jest widziany jako podwójnie moralny, bo co innego głosi, a co innego robi, i jego filozofia upada. Po chrześcijanach, którzy udają uprzejmych, życzliwych, nie widać tego od razu, tej podwójnej moralności, ale już w polityce czy rodzinie jest to bardzo widoczne, już po wygłoszeniu pierwszego bełkotu, szowinistycznego czy mizoginicznego.

Lepszym człowiekiem pomogła mi się stać filozofia, na przykład Kant, a nie religia.

Miłość. Kocham białoruskość, jakakolwiek jest, z tym że alkoholicy to już nie Białorusini, tylko alkoholicy, zbędni i męczący. Każde zło wybija nas z nas i czyni źle widocznymi, źle postrzeganymi. To złe postrzeganie przenoszone jest na cały naród.

Tamara Bołdak-Janowska. Praŭdziwaść.

1. Jeśli my ni praŭdziwyja, ta chto? Jaszcze habreji praŭdziwyja ŭ swajich czasopisach, ali ŭ kultury mainstreamu ŭże nie, bo tam nikoho praŭdziwaho nima. Pacuk honić pacuka i bałbycza, jaszcze naduŭszysa jak boczka z hubki. My ŭsie byli Rabinsonami ŭ swajich i tolki swajich miescach. My pakinuli hetyja naszyja i tolki naszyja miesca, i pabiehli ŭ czużyniu, dalej i bliżej. Lepiaj nam? Prypaminajucca słowy Maryny Cwietajawaj: „No i jak się panu żyje z inną. Lepiej? Łatwiej?”. Za pozno spachwacimsa. Za pozno ahlaniamsa. Moża spachwaciacca i ahlanucca ŭ Biełarusi, bo tam ŭ haradach żywie biełaruskaść, u intelihentaŭ i mastakoŭ, a ŭ nas ŭ haradach biełaruskaść prażywie dwa pakaleńnia (i heta dobro), i ŭ intelihentanŭ i mastakoŭ ni prażywie daŭżej – unuki pabiahuć ŭ hetu nowuju asymiliacju biez tojesnaści, bo zachoczuć stacca takimi modnymi, „jak usie”. Pamierła nasza wioska i my pamierli – taka sytuacja i jest nieodwracalna. Jak powiedziała Łarysa Geniusz: my to ptaki bez gniazd. Trudno żyć w takim autodramacie. Habreji haworać: odmienność kulturowa oznacza twoją emancypację.

Nie chodzi mi o sprawdzanie prawdziwości nas na durnej zasadzie plemiennej, etnicznej, nazistowskiej – ten prawdziwy Białorusin, a tamten nie, czy ten prawdziwy Polak, a tamten nie. Chodzi o nieasymilowanie się do pustego wewnętrznie zglobalizowanego świata, narzucanego siłą przez wszystkie media, którymi jak panowie władają mię-korpowe typy. Chodzi o nieprawdziwą głowę zunifikowanego człowieka, bez kultury, a z jej podróbką i z podrobioną myślą, z pustą gadaniną. Asymilacja do polskości, do polskiej kultury (jeśli wybitna i jeśli taka jeszcze jest) nie jest tak groźna, jak ta globalizacyjna z woli nowego pana, który odmóżdża i niewoli wszystko i wszystkich, a z człowieka czy pracownika czyni automatyczne zwierzę, wysysane i porzucane, bezmyślne, ćpające, nieczytające, emocjonalne, z nieopanowanymi popędami, no same bałwany wokół. Chcemy tak się unifikować? Zachowujmy chociaż nasze autsajderstwo intelektualne, rozbite po Europie, po miastach, nawet po USA i Australii. Ten opór jest dobry. Inaczej zbałwani nas totalitaryzm mię-korpów, złej globalizacji. Asymilując się do polskości, tej wybitnej, wnosimy przecież wiele (jeśli wnosimy) – tolerancję, niechęć do megalomanii narodowej, wzbogacamy język polski (tak!, bo jesteśmy akrobatycznie słowotwórczy i mamy poczucie humoru, a mamy je w genach, jak mówił Sokrat).

Szto jaszcze haworać habreji? A toja – Biblia jest metaforą procesu historycznego; pamięć rytuałów i powtarzanie ich sprzyja zachowaniu odmienności i tożsamości w dobrym znaczeniu: jesteśmy; antysemityzm to pośmiertne zwycięstwo bandytów. Bardzo te myśli pasują do naszej sytuacji. Wystarczy zamienić słowo „antysemityzm” na „antykacapizm” czy „białorusofobię”. Wystarczą slogany z jap polityków o wyższości cywilizacji łacińskiej nad bizantyńską. To rasistowski slogan. Rasizm, szowinizm, Auschwitz. Oto cywilizacja „wyższa”. I ciągle w cywilizowanych łbach siedzi żądza łupienia Bizancjum, pomijając już jawną globalną wojnę o surowce. Rosja już nawet tego nie ukrywa w mediach, że taka globalna wojna trwa, również z jej strony. Żądza łupienia Bizancjum to taki ekstra dodatek dla tumanów, złaknionych prawdziwej wojny z górą trupów? Te tumany nie przeżyły wojny na własnej skórze, jednakże pełno jeszcze na świecie pamiętających wojnę z wieloma Auschwitz, no i pełno nowych wojen i ich ofiar. Nie chcemy pamiętać i nie chcemy widzieć?

Ursula Franklin, prafiesarka z Toronto, pisza: „Postrzegam rzeczywistość w kategoriach okupacji wojskowej. Takiej samej, jak niemiecka okupacja, pod którą Francuzi i Norwegowie znaleźli się w czasie drugiej wojny światowej, tyle tylko, że tym razem sprawują ją zwolennicy wolnego rynku. Musimy wyzwolić nasz kraj spod władzy okupantów, działających na zlecenie swoich globalnych mocodawców”. Tia… Byłe demoludy publikują diagnozę Ursuli, ale jej nie czytają i nie dyskutują z jej powodu nad sprawami, które należałoby zmienić, i to definitywnie. Jaki wolny rynek? Z durnymi celebrytami zamiast pisarzy? Z wagonami jednakowych kolorowych, bezdennie głupich pisemek? Z drożyzną w sklepach i zwiędłymi warzywami w hipermarketach w cenie świeżych? Z obłażącą jak skóra po napalmie tożsamością, kiedy zaczynamy żyć głupią popkulturą? Utrata tożsamości, własnej kultury, krańcowo zubaża, czyni z nas istoty bez własnego języka – czy to nie jest oczywiste?

Własny język to nie tylko język ojczysty czy język dzieciństwa. To myślący język. To język myślący nas samych. W jakimkolwiek języku nie mówilibyśmy o sobie, nie możemy tracić czy wyrzekać się tożsamości. Od wieków jesteśmy co najmniej dwujęzyczni, jak to w WKL. Od wieków byliśmy wielojęzyczni, ale po wielokrotnym rozczłonkowaniu WKL tę cechę utraciliśmy na rzecz dwujęzyczności, albo gorzej – jednojęzyczności. Możemy wielojęzyczność odbudować, nie tracąc białoruskiego czy języka prostego, tej naszej podstawy białoruskiego. Pamiętajmy, że z zasady jesteśmy wielojęzyczni z rdzeniem białoruskości, która jest unikatowym autentykiem.

Żeby coś cenić, trzeba to utracić – jaka gorzka prawda. Żyjemy wewnątrz tej gorzkiej prawdy. Mimo wszystko mamy cechę prawdziwości. Gorycz to prawdziwość.

My pawinny być inciaresnyja ni tolki dla nas samych, soty raz paŭtaraju, ali dla ŭsich, chto nas ahladaja, czytaja i baczyć ŭsio, szto robim i jak żywiem, i szto śpiawajam, i szto jamo rotam i duszoju, i ab czom i ab kom pamiatajam, i jakich majam piśmiennikaŭ i mastakoŭ, i ci starajamsa pakazać ich świetu.

My jaszcze majam hłybokuju praŭ­du ab nas. My jaszcze praŭ­dziwyja. Trudno nam jaszcze pisać i hawaryć aby-szto, kab tolki heta pradać. Prodaż siońnia tyczycca tolki nipraŭdziwaści. Nawat masła praŭdziwaho nidzie ni nojdziasz, jak ni majasz swajej karowy i sam ni zrobisz. Ali możam jaszcze apawiadać ab praŭdziwym maśli, bo my jaho jaszcze pamiatajam. Naszyja ŭnuczki robiacca jak wyrazanyja z paskudnych siońniajszych filmikaŭ i filmaŭ SF, i z Internetu. Barbarełła wiejuć. Adnyja barbarełły z wyhladu. Abo barbawiejuć, robiać z sibie lalaczki Barbie. Hetaja lalaczka ni dumaja. Dla jaje ważny tolki wyhlad. Daŭno pradbaczyŭ heta, hetu żanoczu pustatu, Antonioni ŭ filmi „Pryhoda”. Anna dzieś padziawajacca. Jaje nidzie nimohuć najci. Anna chacieła mnoho bolsz, czym wyhlad, cycataść i seks.

Lalaczka Barbie charoszaja, praŭda? I dla jaje dzieci majuć mnoho sukienkaŭ. Praŭda, jakija charaszyja? Ali ni choczam wiedać, szto hetyja sukienki szyjuć dzieś tam u świeci maleńkija dzieci, paŭhałodnyja, chwarejuczyja, i za hroszyk, i muczajucca.

Czamu my ni prydumajam naszaj lalaczki i ni nawuczym dziaciej lubić naszu lalaczku i szyć dla jaje ŭsiakija sukienaczki? Kali ja była małaja, mieła szmacianuju lalaczku i sama szyła dla jaje sukienaczki. Ja ni lubiła kuplanych lalok. I zaraz ni zlubiła nijakich lalok. Cycataja Barbie mnie nikoli ni padabałasa i na peŭno ni palubiłaby jaje, kali była małaja. Jana seksistoŭskaja da siońna. Nawat jak piaraadzieniam jaje ŭ armiejskuju formu, astaniacca seksistoŭskaja. Kamuś ni spadabajacca, szto ja hawaru, nu i dobro. Ja piszu toja, szto trebo wiedać. I ab tom, czaho ja ni lublu, bo maja maci ni lubiła. Nasza maci wyłazić z nas paśla swajej śmierci i paŭtaraja toja, czaho kaliś my ad jaje ni daczuli. Adnym wucham słuchali, druhim wypuskali.

Jeszcze pamiętamy to samo. Pamięć oznacza: razem. Tak mówię do córki, ale już nie do wnuczki. Jeszcze obie pamiętamy Helenę Bakier, twoją babkę, a moją matkę. Jeszcze w uchu masz jej kołysankę, luli, luli, prylacieli kury. Jeszcze mamy w pamięci nasze kolejowe podwórko, dymiące pociągi pomiędzy nasypami, ich gwizd i łomot. W nocy i w dzień. Jeszcze obie pamiętamy okazałe maliny w jołkach przy ogrodzie na końcu kolejowej pałoski. Jeszcze obie pamiętamy, jak mój ojciec, a twój dziadek przynosił ogromne szczupaki, złowione w Świsłoczy i karaski z glinianek, i jak bardzo smakował faszerowany szczupak i zupa na karaskach. Jeszcze obie pamiętamy nasz kolejowy czarny duży telefon, ale ile sygnałów było do nas? Dwa, trzy? Nie pamiętam i pewnie ty też nie pamiętasz. Do każdej koszarki były inne dzwonienia. Dwa długie, jeden krótki albo odwrotnie. Trzy długie dzwonki. Dwa długie, dwa krótkie. Jeszcze obie pamiętamy ścieżki po nasypach, do granicy i do stacji kolejowej w Zubkach, ale tylko ja pamiętam, że ta stacja po wojnie nazywała się inaczej, były to Krynki. Jeździłaso na rowary da Krynak, da pajazdoŭ. Tylko ja pamiętam stare wagony z drzwiami do każdego przedziału i wesołą twarz konduktora za oknem, bo wtedy konduktor poruszał się po pomoście z desek, biegnącym wzdłuż każdego wagonu na zewnątrz. Obie pamiętamy kartonowe kolejowe bilety, małe prostokąty, w których konduktor wybijał dziurki podczas sprawdzania. Jeden taki bilet trzymam jako pamiątkę. Obie pamiętamy kwitnące łąki. Kwitły na nich dużymi kwiatami wszystkie możliwe zioła. Sfotografowałam cię wśród tych rajskich kwiatów, kiedy jeszcze nie umiałaś chodzić, ale umiałaś stać. Na tej fotografii trzymasz się za pośladek, bo boisz się, że upadniesz. Ta łąka zarosła drzewami, podbiegła wodą, nie sposób na nią wejść. Przedtem też była podmokła. Teraz woda stała się bezkarna, tworzy jeziorka to tu, to tam. Na tej łące i na innych wciąż czynne są liczne źródła. Te źródła teraz są całkowicie wolne, odtwarzają mokradła.

Tamara Bołdak-Janowska. Jaszcze adno piśmo.

2. Haworać nam palityki: buduczynia niepradbaczalnaja. A tymczasem ahientury robiaczy swaju patajemnuju zakulisnuju ihru, arhanizujuczy nam buduczyniu, a ludziam pradajuć prapahandu ab niepradbaczanaści. Heta toj raj?

Słowy staroj chworaj żanczyny „kachanaja kamuna, wiartajsa” kranuli minie tak mocno, szto ja zapłakała. Spadar, ja tak ni kryknu. Dla minie kamuna ni była dabratoju, choć adno ŭ joj napeŭno było dobraja dla minie: wuczoba na cudoŭno swabodnym uniwiersitecie, jaki mieŭ poŭnuju aŭtanomiju, pakul jaho ni paduszyli paśla antysemickaj awanciury z ’68 . Była dabrom studenckaja swabodnaja kultura, z dumajuczymi kabaretami. Siońnia studenty biaruć narkotyki i zadawalajucca durnoju czużoju muzykaju, ad jakoj hłuchnuć i piarastajuć dumać. Tady wuczoba była darmowaja, ali heta ni znaczyło, szto kiepskaja. Fiłasofja. Litaratura. Sławianskaja. Biełaruskaja, ukrainska, rasiejskaja, czeskaja. I francuzskaja. I amierykanskaja. I kłasycznaja. A cipier ja zapłakała. Nas wuczyli nikoli ni płakać. U szkoli, jak chtoś zapłakaŭ, wuczyciela prazywali jako beksaju, ci chłopcaŭ, ci dziaŭczatak. I ja redko płaczu. I nikoli z jakojś majej kryŭdy. Da siońnia. Siońnia ja czujusa pakryŭdżana falszymi piśmiennikami, falszywymi jury, falszywymi wiedamaściami, falszywymi literaturnymi krytykami. Doŭho płakać adnak ni budu. Czort z jimi.

A Wy, Spadar, zapłakali kali? Ci Wy zapłakali b, kali b paczuli, jak staraja chworaja żanczyna kryczyć „kachanaja kamuna, wiartajsa”? Tady ludziej laczyli, choć jich było bolsz, i ni hladzieli, ci maładyja, ci staryja, ci bahatyja, ci biednyja, i na chworych ludziach ni zarablali. Tak samo jak ni możno zarabić na humaniźmie. Jon darmo fundujacca, a ni pradajecca. Tamu jon siońnia znikaja? Bo na jom ni możno zarabić? Jak u Was, tak i ŭ nas, i naadwarot? Tady ludziej było bolsz, jak u nas, tak u Was, bo ni wyjachali tudy, dzie spadziawalisa znajści raj. Patom wyjechali milionami. Spadar, czamu Wasza ŭłada ni robić tak, kab da Was uciakali z piekła ŭ raj? Czamu ni robicia prywatnych wyraszeniaŭ, kab ludziam był lahczej żyć u adnom-adzinym żyćciu? Dzieś na świeci takoja miesco musić być. Czamu wy machlujacia, szto ceny ni buduć raści, a jany rastuć? Naszto pytajusa. Ja ŭże ni pajedu ŭ jakiś daloki raj. Ja pastareła. Ja tolki prymierywajusa ŭ marach da jakohoś dobraho kutka na świeci, bo taki kutok paradżaja dabro na świeci. Jon wymuszaja źmienu ŭ druhich kutkach.

Machlarstwo. Wuczonyja, jeurapiejskija za amierykanskimi, machlujuć pra dabradziejstwa naturalnaho adboru, pokazywajuczy na czornych niawolnikaŭ z Afryki. Jakaby jich niawoleńnie heta byŭ toj dabradziejny adbor. Chto wyżyŭ, toj wyżyŭ, chto pamior, toj pamior u ruczyskach biełych bandytaŭ. Jany każuć: baczycia, pawyżywali silniejszyja. Znaczyć, heta było adno dabro. A ja ŭ hety kierunak ni mahu hladzieć. Dla minie takija wuczonyja heta żudaść. Heta darwinszczyna. Jeśli ludziej ni leczać, każuć im czakać miesiacami i hadami, kab zanialisa jimi dachtary, znaczyć idzie dabradziejstwienny naturalny adbor? Chto wyżywia, toj wyżywia, chto pamre, toj pamre?

Ja ŭże skazała, ali paŭtaraju: polityki machlujuć, szto buduczynia niepradbaczana, tymczasem pracuja jak chocza ŭwiaździe patajomnaja zakulisnaja ahientura i jana dobro znaja, szto zaŭtra budzia. Durniam, nidaczaławiekam, hetaj cełaj hurmie źwiarja, astaŭlajacca adna prapahanda, praŭda, Spadar? Pra ŭkraincaŭ, szto jany ŭsie faszysty, banderaŭcy, praŭda, Spadar? Pra biełarusaŭ, szto jany dobryja, bo abrusiełyja, a ni tak, Spadar? Pra palakaŭ, szto jany choczuć znoŭ być ad mora da mora. Ni znaju, ci tak choczuć. Pra heta ja ni czuła. Spadar, u 21 stahodźji niekataryja narody choczuć być saboju, bo saboju nikoli jaszcze ni nabylisa. Jim dyktatary ni pazwalali nawat hawaryć na radnoj mowie. Hety „russkij mir”, ab jakim Wy haworycia, takim narodam spałuczajacca z dyktatarskim kamunizmam, z sawietyzmam, jaszcze ŭczora żywym. I ni możno zastupić jim ukrainszczyny z jaje ŭkrainskaju mowaju, bo ŭkraincy jaszcze saboju nikoli ni nabylisa. Mnie tak samo ni padabajacca banderaŭszczyna, ali heta ni znaczyć, szto ja kidaju ŭ ciomny kutok ukrainskaja żadańnie nabycca, nacieszycca saboju. Pry tom ja znaju, szto hłabalizacja chutko jich adwiadzie ad jich sabojaści. Siońnia ŭsio jaszcze choczuć być saboju, za każduju cenu, i traciać hoławy, i majuć sztoraz bolsz maładych miartwiakoŭ. Ja znaju, szto jeść macarstwowy pohlad, jaki takoja żadańnie być saboju liczać za tubylcawy neafityzm. Taki pohlad mocny ŭ Rasieji. Ali ni tolki ŭ joj. U UE taki pohlad ćwicie i ŭ joj jeść narody roŭnyja i raŭniejszyja. Roŭnyja i papraszajki (jak haworać Niemcy, kidaja ŭ papraszajki i Polszczu, i Hrecyju). Ja znaju, szto macarstwowy pohlad tyczycca cełaho świetu. Jon szyroki. Jon z razmacham dumaja. Jaho śmieszać prawincyjnyja dumki mieńszych nimacarstwowych narodaŭ. Nima tut nijakoj uzhodnienaści ŭ myszleńni i ni budzia. Ali ż możno dahawarywacca na raŭni? Bo tut ludzi, i tam ludzi. Ni możno na raŭni?

Nam machlujuć u telewizarach, szto jeść siońnia jakijaś paety. Kudy padzielisa paety, naszy i Waszy, Spadar? Nichoczo ab jich ni czuć. Nas prymuszajuć słuchać jakujuś sotuju bałbatniu jakichś pacanoŭ, każuczy, szto heta wierszy. Nima paetaŭ, nima kultury, Spadar. Bestselery, sztoraz taŭściejszyja, heta ni kultura. Jak u Was, tak i ŭ nas. Heta iłżywaść. Heta pryjszoŭ homo capitalisticus, jak każa Max Scheller, Spadar. Hety nowy homo capitalisticus niczuć ni lepszy ad staroho homo sowieticusa. Dy horszy namnoho, bo kryczyć, szto niasie wolu i raj, dy jaszcze tysiaczu paetaŭ na mieści kaliśniejszago adnaho praŭdziwaho, jaki adkrywaŭ woczy filasofam i miljonam.

Ludziej blizkich nam i tych dalejszych, ali blizkich etniczno, nikim druhim ni można zamianić, Spadar. I taksamo adnaho praŭdziwaho paeta ni możno zamianić tyszczaju bałbatunoŭ.

Ja ni mahu zamianić nikim druhim majej pamierszaj daczki, majich pamierszych baćkoŭ, ali baćki pażyli, pastareli, a daczka nie. Jana ni mahła żyć na siońniasznim strasznym świeci. Jana była za dobraja. Jana wybrała: uciakać z hetaho świetu jak najdalej, a „jak najdalej” abaznaczało: umiarci. I tak samo ni mahu zamianić majaho pamirajuczaho biełaruskaho narodu na druhi, jakiś nowy zhłabalizawany, rasiejski, polski ci amierykanski. Moj narod minie lubiŭ, a dzie jaszcze żywy, jon minie dalej lubić. Druhi tak nikoli ni palubić. Zaŭsza ja budu czużaja. Wiadomo, swaji tak samo bywajuć worahami i ja heta dobro znaju, bywajuczy czużoju siarod strasznych zajzdrosnych swajich. Adnak jeśli ŭwiaździe jak u Polszczy piaramoża hłabalizacyja, z jaje asnoŭnym napramkam, z hetym ździcianiełym mainstreamam, ja budu czużaja ŭwiaździe i czużoju pamru, choć pisała b jak Nabokov.

Najcharaszejszaja machlarstwo: pierasadka haławy. Uże kalejny raz ab hetym czuju, cipier u rasiejskich „Wiestiach”. Raz haworać, szto heta zrobiać niemcy, drugi raz, szto kitajcy, a trzeci raz, szto rasiejcy, a jaszcze ŭ interneci można praczytać, szto nawat italjancy. Mnoho hadoŭ tak haworać, mianiajuczy miesco zdareńnia. Nu wyraszyli b, dzie na kaniec hetyja haławy prylepiać da świeżańkaho miartwiaca. Zaŭsza toj samy dochtar wystupić jak maściar. I zaŭsza toj samy czaławiek swaju haławu wyraszaja prylapić da czużoho cieła. Ali ż jon maściar infarmatyk i jon robić kampjuternyja ihry, skul biare sabie wobrazy i puskaja jich u internet. Tak robiać sabie sławu, dochtar i taja haława? Ni mahu zrazumieć, czamu Waszy „Wiesti”, Spadar, zajmajucca brachnioju.

Niczoho ni dumaju. Hawaru da maho Tola: a ty szto b skazaŭ Putinu jak czaławieku, ali i prezidentu? Tolo: Odwieczny stosunek władzy i obywatela, odwieczny bolesny zgrzyt władza a obywatel (zakładając, że obywatel znaczy to, co powinien znaczyć) najbardziej krystalizuje się w ujęciu stosunek dyktatora i artysty, i vice versa. Swego czasu w okresie pieriestrojki przebywający na dożywotniej emigracji noblista J. Brodski został zapytany, co sądzi o Gorbaczowie, odpowiedział: Nic nie sądzę. Załóżmy, że spytamy dożywotniego emigranta wielkiego Nabokova, jakby żył: Co Pan sądzi o Putinie? I załóżmy, ze odpowiada, jak Brodski: Nic nie sądzę. Pytanie i odpowiedź wynika z jego książki „Prawdziwe życie Sebastiana Knighta”, a oto cytat: „Cóż mogę wam powiedzieć, panowie, o swej przeszłości [mówi uchodźca]: urodziłem się w kraju, w którym idea wolności, pojęcie tego, co słuszne, odruchy ludzkiej dobroci otoczone były zimną pogardą i bezwzględnie zakazane. W dziejach naszych zdarzało się co pewien czas, że jakiś obłudny rząd malował nieco ładniejszymi odcieniami żółci mury więzienia, służącego narodowi za mieszkanie, i obwieszczał wszem i wobec nadanie praw, będących w państwach szczęśliwszych rzeczą zwykłą; lecz prawa te albo przysługiwały jedynie strażnikom, albo też miały jakąś utajoną skazę, z winy której stawały się jeszcze bardziej dokuczliwe niż jawnie tyrańskie dekrety… W kraju mym ten tylko nie był niewolnikiem, kto gnębił innych, ponieważ człowiekowi odmówiono prawa posiadania duszy oraz wszystkiego, co się z nią wiąże, zadawanie fizycznego bólu uznano z czasem za środek wystarczający, aby rządzić i kierować ludzką naturą… Niekiedy wybuchały tak zwane rewolucje, przemieniające niewolników w ciemiężycieli, i vice versa… Mroczna to kraina, panowie, istne piekło, a jeśli czegoś w życiu jestem pewien, to tego, że nigdy się nie wyrzeknę wygnańczej swobody w zamian za nędzną parodię ojczyzny”. Tolo kończy czytać akapit, i zadaje pytanie: Co Pan, Panie Prezydencie, na hipotetyczną odpowiedź Nabokova, że „nic o Panu nie sądzi”?

Dalej Nabokov pisze, że powyższe słowa odnoszą się do „fikcyjnego amalgamatu niegodziwości właściwych wieku tyraniom, a nie do jakiejś konkretnej nacji bądź rzeczywistości historycznej”. Ten amalgamat, ta definicja parodii ojczyzny dziś w 21. wieku do wielu ojczyzn. I tych w UE, i Białorusi, i Rosji, i Polski. W 21 wieku każde rządy mają coś z tego amalgamatu. Nowością jest to, że artysta, pisarz poeta nie ma dokąd uciekać, aby poczuć „wygnańczą swobodę”. To się skończyło i se ne vrati. Kożnaja dziarżawa ŭ 21 stahodźji ni chocza mieć u sibie dumajuczych piśmiennikaŭ, dy jaszcze czużych. Nu moża Anhlija wykluczna ŭ hetaj sytuacji. Joj nadajeŭ sajuz Jeuropy i jana z jaho wychodzić, kab być saboju, kab rabić swajo ŭ palitycy i finansach, kab pierachawać wysoki status swaho piśmiennika. Na jaje ni nakryczali jak na Hrecju, kali taja pabrobawała hetaho samaho: być saboju. Znaczyć, jeść roŭnyja i raŭniejszyja. Adnym możno zachacieć być saboju, a druhim nie. Druhija heta tolki jakijaś tubylcy neafity, jakim zamaryłaso, baczycia, być saboju.

Ali ŭ sytuacji wychada Anhliji z UE robicca sztoś takoja: prychilniki wychadu ni padabajucca praciŭnikam, i jany źbirajuć hałasy, kab ni wychodzić i paŭtaryć refierendum. Moża tolki narobiać szumu, a moża nie. Niepradbaczana heta? Dla minie nijasno, ali dla ahienturaŭ?

U każdaj jeŭrapiejskaj dziarżawie paŭtarajacca padobnaja sytuacja: jeść praciŭniki i prychilniki jakojś sprawy, i jany bolsz mieńsz u adzinakawaj kolkaści. Stwaracajacca hramadzianskaja wajna nienawiści pamiż jimi, jakaja moża lohko piarajści ŭ praŭdziwuju. Jeuropa tak padzialiła ludziej, mieńsz-bolsz papałam na prychilnikaŭ i praciŭnikaŭ u każdaj ważnaj sprawie, szto choczacca dumać: heta znarok, kab nidzie ni było dobro ŭsim, kab ŭwiaździe była naprużanaść pamiż ludźmi. Jak lohko zrabić hramiadzianskuju wajnu tut ci tam! I heta robicca.

Na Discovery byŭ film pra toja, szto siońnia nichto ni liczyć kolkaści cywilaŭ paciarpiełych i zabitych. Ja ab hetym ŭże mnoho razoŭ pisała, ali jaszcze raz prypaminaju. I tut ludzi, i tam ludzi, ali tam, dzie ludziej adurełyja polityki ŭwapchnuli ŭ hramadzianskuju wajnu, wykarystoŭwajuczy hramadzianskaja razdwajeńnie, jany hinuć biez nijakoj uwahi świetu i skolki jich, nichto ni znaja. Lohkaja praca. Zabiwać i ni liczyć cywilnych miartwiakoŭ. Ja ni mahu skazać u hetaj sytuacji, szto ab joj niczoho ni dumaju. Ali na brexit Anhlji mahu skazać: ja niczoho ni dumaju pra heta. Roŭno: niczoho. Kramia hramiadzianskaho razdwajeńnia, jak uwiaździe ŭ 21 stahodźji, niczoho takoho nizwykłaho ni baczu, nu moża jaszcze tolki toja, szto UE zrabiłasa ahienturalnaju sawietczynaju i ludziam jana abrydła, i dalej budzia ahidzić.

Biazludnaja wyspa. Ni znaju jak skazać na prastoj mowie „Piętaszek”, tady każu „Piantaszak”. Max uspomniŭ hetu wyspu i Piantaszka, kab skazać, szto czaławiek nachodzić swaho Piantaszka, kali papadzie na biezludnuju wyspu, i tolki tady razumieja, szto takoja: Ja – Ty – My. Piersz wyczuwaja, szto adzinaja „Ty” na biezludnaj maleńkaj wyspie, heta Piantaszak, i jon ni worah. Stawarajacca „My”, kab możno było prażyć. Siońnia trudno najci swaho Piantaszka, chacia amal usim ludziam zdajecca, szto jany żywuć na biezludnaj wyspie, i dumajuć: maju wyspu akrużajuć adny worahi. Biazdomny wałacze pa wulicach swaju biezludnuju wyspu. Siadzić u parku i płacza, dremla, śpić, chwareja. Chilicca jaho haława. Zaraz pamre. U 21 stahodźji z winy palitykaŭ i ahienturaŭ parwalisa suwiazi ludziej, Spadar. Dapuścim, szto ja hawaru z maje biezludnaj wyspy da Was, a Wy tak samo na biezludnaj wyspie, chacia majacia tak mnoho prychilnikaŭ swaho palitycznaho pohladu ŭ swajej wielizarnaj dziarżawie, a jana poŭna narkamanaŭ, pijakoŭ i biazdomnych, i chworych. Jany walajucca pa wulicach, jak u Was, tak i ŭ nas. Roźnica: u nas walajucca ŭ hustych karczach i jich ni tak mocno widać, ali heta ŭsio ż wulica i ŭsio ż tyja niszczasnyja biazdomnyja, wykinutyja z narmalnaho żyćcia ni pa swajej woli. Dumaju: szto rabić. I wy na peŭno tak dumajacia. Ci nie?

Niebo. Tolo ahladaŭ film Wendersa „Niebo nad Bierlinam”. Pytajacca, ci chaczu ważnyja słowy z jaho. Chaczu. Jon zapisaŭ i prynosić; czytaju: „U filmi mnoho zapytańniaŭ ab stan i miesco czaławieka. Adzin z piersanażaŭ (starejszy mużyk) haworyć sztoś bolsz mieńsz takoja: „majimi hierojami ni jeść baraćbity i prawadyry, a sprawy miru”.

Spadar, a Wam hetyja słowy padabajucca?

Tu jest róża, tutaj tańcz!

Dobrze. Idziemy się przejść. Chodzić muszę. Kab tolki ni lażać na staraść – hawaryła maci. Ciapier ja paŭtaraju jaje słowy. Mary majej maci zbylisa, ni lażała na staraść, ali chadziła z kulbakaju, a patom tolki pa domu, aściarożno i z kulbakaju. Cipier ja maju kulbaku. Tolo zrabiŭ. Ja pamalawała jaje na wiasiołyja kalory. I namalawała toja samaja liczyko, jakoja namalawała na papiery maja pamierszaja doczka. Hladżu u lusterko i ni sibie baczu, a baćku. Maja maci mieła jasnyja woczy, błakitnyja jak niebo biez wobłakaŭ, i biełaje lico, na staraść ni pagumiaczana na szczokach. Kali była maładaja, mieła czornyja wałasy, aż granatowyja, kuczarawyja. Ja kaliś mieła jasnyja kuczarawyja wałasy, jak baćko. I woczy maju jak baćko, czornyja. I łob maju pa baćcy, i nos, i wuszy. Czysty baćko. Dobry dzień, moj ajciec, hawaru da lusterka. Dobry dzień, Micik. Znaczyć praz lusterko waroczajusa da staroj chaty z blizkimi licami.

Idziemy, mówię do Tola. Po drodze pytam: dlaczego naukowcy nie wynaleźli skrzydeł dla człowieka? To byłoby takie proste, mocujemy skrzydła, i lecimy do Narejek. Na plecach nawet śladu nie mamy po skrzydłach. Nigdy nie byliśmy skrzydlaci. Ludzie opowiadają jakieś bajki o latających ludzi, jakieś latające baby w bieli widzieli. Te bajki pochodzą z Sajuza. Z Sajuza pochodzi też bajka o nagle urywających się śladach ludzkich stóp, bo ponoć istota uniosła się do nieba i ktoś to widział. Ludziom zwidują się aniołowie.

Tolo: No tak. Po ogonie mamy ślad, a po skrzydłach żadnego. Ale co ty mówisz! Toż by ludzie latali przez granice. Zaraz państwa by strzelały do tych skrzydlatych ludzi. Góra trupów leżałaby na granicach, codziennie nowa. Chyba żeby jakieś siatki porozciągali na niebie. Wyobrażasz sobie tych ludzi, latających bez przeszkód przez granice? A siatki to byłoby drogie ustrojstwo. Iluż uchodźców latałoby zewsząd dokądkolwiek, gdzie pokój i dom, cały dach, całe ściany. Mury i zasieki nam rosną na granicach, a ty mówisz o skrzydłach. Plecak jakiś wynaleźli naukowcy. Taki, który unosił ludzi do nieba. Ale spadali nie tam, gdzie trzeba, i spadali ciężko. To nie działało dobrze. Wynalazek się nie sprawdził. Już nad nim nie pracowano.

Ano tak. To na pewno z tego powodu ten wynalazek upadł, że przez granice by ten plecak nas unosił. Korzystając z planów Leonarda da Vinci, człowiek wynalazł paralotnię, ale mnie chodzi o minimalne lekkie skrzydła. Nie można wynaleźć butów, które by wygejzerowały człowieka w niebo? Butów albo kamizeli? Coś lekkiego i łatwego do elektronicznej obsługi? A nie. A mury runą, runą, runą. Akurat. Rosną. Przywołuję się do porządku: przestań już śpiewać jedno i drugie. Sobie się sprzeciwiam: nie mogę przestać. Samo się podwójnie śpiewa. Dziś nikt nie śpiewa o rosnących murach. Chwalić się trzeba naszą wolnością, naszą lepszością, i odgradzać się rowami, zasiekami i murami od wojennych uchodźców, namnożonych przez nas. Zachodnie cywilizowane patyki rozwalają Orient.

Aleś Razanaŭ napisał książkę poematów „Kab mieli szczaście ŭwaskrasać i lotać”.

I tam mówi o nas, że nas „nie pamieścili kalendary”. I nas „sustrakajuć pustyje wioski, abiezludniełyja dwary”. I nas „byccam wiedy – wiaduć ślady”. I hetyja ślady wiaduć nas nazad, dzie my mieli mnoho żyćcia, mnoho padworkaŭ, mnoho chataŭ. Baćki mieli bolsz biełaruskaści, czym my. Dziedy jaszcze bolsz. Pradziedy jaszcze, jaszcze bolsz. Ale 25 proc. Biełarusaŭ zhinuło na wajnie. Skolko zhinuło z ruk Stalina? Ni mahu najci takoj staciściki. Stalin nas abiezhławiŭ, likwidujuczy wykształconych i myślaszczych. Ni mahu zabycca poŭnych strachu waczej adnaho biełarusa ŭ Rasieji, kali ja jaho spytała, ci jon razmaŭlaja pa biełarusku, ci choć na prastoj mowie. Pramaŭczaŭ. I hety strach u waczach! A patom chutko adwiarnuŭsa i chutko ŭciok z naszaj wiaczarynki. Razpłyŭsa u pawietry.

A tak w ogóle, mówi Tolo, człowiek w 21 wieku to numer. Numer ubezpieczenia. Pesel. Imię jest tylko dla bliskich.

Ja mówię, że już o tym opisałam, o byciu numerem, kiedyś, chyba do pisma „Pracownia”, ale o tym, że imię mamy tylko dla bliskich, nie wspomniałam. Napisałam to po słowach Różewicza o tym, że dziś świat to ogromne Auschwitz. Dlatego czytam filozofów. Mój umysł wtedy odpoczywa od świata ponumerowanych ludzi, tj. od tych numerujących. Nie lubię Hegla i nie polubię. Jedyna fraza z niego, jaka mnie ukąsiła, to parafraza powiedzenia Hic Rhodus, hic salta! Oznacza to: tu jest Rodos, tutaj skacz. Ściślej: tu pokaż, co potrafisz, a nie przechwalaj się, czego dokonałeś w Rodosie. To z bajki Ezopa „Samochwała”. Hegel przerobił to na: tu jest róża, tutaj tańcz. Miał na myśli m.in. to, żeby być w zgodzie z tym, co najlepsze w twojej epoce lub: pokaż tu, teraz, przed nami swój talent. Przede wszystkim chodziło o zgodę z epoką. Uważał, że każda epoka to postęp wolności i świadomości wolności, krok ku lepszemu, ku bardziej moralnemu, że każda nowa epoka tworzy coraz bardziej wolnego człowieka, ale on to mówił wyłącznie o narodach germańskich. Tylko ta parafraza „Tu jest róża, tutaj tańcz!” da się przenieść na każdy naród i każdego człowieka. Przynajmniej ja tak uważam. I warto ją znać, nawet trzeba, tak jak trzeba znać Kantowskie: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Jedna nośna fraza z filozofa zdolna jest do dobrej zmiany w duszy człowieka. Poza tym Hegel chwalił wojnę i kolonizatorów, bo to niby przykład na dziejowość i zaradność narodów. A Kant mówił, że każda następna wojna czyni człowieka bardziej niemoralnym, bardziej bestialskim, bardziej nieludzkim i jest to stan nieodwracalny. Okropności zeszłej wojny przybierają na sile. Zaczynamy wynosić bandytów na bohaterów narodowych. Od nowa rozbudzamy antysemityzm, który już doprowadził do holokaustu. Jeśli coś krańcowo złego stało się podczas poprzedniej wojny, to szybko przestaje to boleć i to zło powiela się ze zwielokrotnioną siłą, choć ma już odmienny wygląd, milszy, za sprawą propagandy i braku pamięci. Ludzie mają krótką pamięć, jeśli chodzi o okropności wojny. Tak twierdzi filozof Höffe i trudno i się z nim nie zgodzić. Zabici nie mówią. Ci, co przeżyli, opowiadają w ich imieniu i w swoim o okropnościach wojny, ale wnukowie już nie chcą o tym słuchać. Książki o okropnościach wojny, dzienniki, zapiski, pamięta jedno pokolenie. Mnie tworzyły opowieści o wojnie. Opowiadali bliscy, krewni, znajomi, sąsiedzi. Byłam świadkiem wymierania po wojnie wielu osób z powodu gruźlicy. Miałam krawcową w Świsłoczanach, która z dnia na dzień gasła z powodu gruźlicy wyniesionej z wojny. To była piękna, młoda, czarnooka i jasnowłosa kobieta. Inne osoby miały gruźlicę z powodu nędzarskiego życia przed wojną. Milczeli ci, co się wzbogacili na łupach wojennych. Ich stwarali trafieji. Jeśli faszysty spacyfikawali dzieś wiosku, poazabiwali ludziej, a dabro astawili, sasiednija wioski piorli tudy, kab nażycca hetym czużym dabrom. Znaju takija wioski i ich życharoŭ, katoryja tak nażywalisa. Byli siarod nich i swajaki. Czaho tudy było leźci, bahacicca czużym niaszczaściam – płakała maci doŭho paśla wajny. Ni chacieła adwiedywać swajakoŭ, katoryje papiorli na trafieji. Mnie stwaryŭ jaje płacz. A jakuju duszu swajich dziaciej stwarali tyja, chto tak nażywaŭsa? Zreszty i jany pamierli i na szto mnie heta wiedańnie. Zreszty heta dabro pa zabitych ludziach i tak prapałoby, a żywina pazdychałaby z hoładu. Ali i tak ni mahu dacanić takuju wajennuju praktycznaść, kab nażywacca na trupach. Z Olsztyna adnych wyhnali, druhich prywiaźli abo samyja prybiehli, kab upakawacca u paniamieckija willi i wiaskowyja murawanyja chaty. Czaho ni datknusa, toja trafiejnaja u majom horadzi i wakruh. Jaszcze praz telewizar maskali straszać, szto hetyja trafieji ni na wiecznaść, a tolki na jakiś czas.

O czym ty, Georgu Wilhelmie Friedrichu Heglu, mówisz, o jakiej rosnącej wolności? Akurat dziś mamy wolność. Chaos mamy, nie wolność, nawet w twoich gloryfikowanych narodach germańskich. Terapie szokowe na Słowianach. Wojny, wojenki. Nie mogę wykonać polecenia: tu jest róża, tutaj tańcz. Ja się epoce opieram. Nie chcę takiej. Proceder robienia popkultury na podsuniętych wzorach i nowych wojen według podsuniętego wzoru Heidegger nazywa budową imperium globu. Wodzowie są nieuchwytni. Nie ma odpowiedzialnych. Odpowiedzialność jest rozmyta, bo podczas tworzenia imperium globu działa międzynarodowa klika. To taka zbiorowa obrzydliwa róża. Doskakuj do uwspółcześnienia, polegaj na tej obrzydliwej róży kliki. A dzie biełaruskaja róża? Kupalinka rużu, rużu polić i u joj ruczki kolić. Kali tolki padumaju hetu naszu pieśniu, zaŭsza baczu maju daczku, jak kolić ruczki u dzikaj róży. Nima daczki i nima toj ruży. My zastyli u doŭhaj agońji. Trebo sztoś zrabić. A szto? Biełarusy z Biełarusi zaszywajuć sabie huby. Durnaja rabota. Durniejszaj ni baczyła. Zrabić sabie samamu takuju kryŭdu heta najpraściej. Trebo znajści naszu rużu, ni takuju krywawuju jak na hetych zaszytych hubach. Hetaj krywawaj ruży nichto ni woźmia surjozno. Uśmiachnucca i ŭsio. Żanczyny ni zaszywajuć sabie hubaŭ, bo pabrydnieliby na zaŭsza. Ci my, żanczyny, praz heta horszyja? My ni choczam brydnuć nawat u czas wajny. Heta ni żańczynina dzieło, wasza, najomniczy chłopcy, wajna. Zbiahaciasa, kab raskoszno papalawać na ludziej.

Hegel gloryfikuje protestanckiego Niemca, zwłaszcza w „Wykładach z filozofii dziejów”. Przyjdzie protestancki Niemiec i wszystko naprawi – tak można streścić jego „Wykłady”. Szawinistycznaja ramancika. A my jak hawaryli kaliś? My hawaryli tak: a moża za Niemca byłoby lepiaj? Nu niachaj uże niemiac by pryszoŭ. Patom papraŭlali sibie: zaŭsza chtoś czuży da nas prychodzić i chocza nas papraŭlać, rabić druhich ludziej, rabić niemcaŭ z nas. A patom hawaryli: szto z nami wyczaŭpaŭ hety niemiac, lepiaj ni hawaryć. I maskali byli ni lepszyja. I usiakija bandy z lesaŭ, hetyja krywawyja bałwany, źbiaranina czaławieczaho barachła z naszych wakolicaŭ jaszcze pa wajnie nas zabiwała. Takija susiedy. Maładyja zasrancy. A za szto zabiwali? Szto my heta my? My kaliś hawaryli: nikoli ni spadziawajsa na czużoho. Spadziawajsa na sibie. My hetaho ni nawuczylisa. Bojciaś lesaŭ. Tam ni tolki waŭki, tam zasrancy z karabinami. My chawalisa u lesach, kab prażyć. Bajalisa lesaŭ i u jich chawalisa. Jon nam ŭsio taki spryjaŭ. My lepiaj jaho znali. Ceły les za Narejkami zryty akopami. Raście nowy les u hetym lesi, huszczeja stary, ali hetyja akopy trywajuć. Rasiejcy szukajuć swaich mahiłaŭ z astatniaj wajny, ali ni znajuć, szto na buhrach było ich poŭno. Ja jaszcze znaju hetyja miescy. Pry naszam aharodzi było ich try, kali iści u storanu Zubkoŭ. Hety buhor razkapali razam z mahiłkami, z kaśćmi, ale nizam pry samam aharodzi jaszcze było dźwie mahiłki. Kości tam lażać da sich por. Iduczy buhrom da granicy, możno było zabaczyć dźwie mahiłki pry jołkach. Na hetych mahiłkach rasła druhaja trawa, wysokaja i ciomno-zialonaja, aż siniaja. Jaje ni chacieła jeści nasza karowa. Wyskubywała ŭsiu, a hetu astaŭlała. Ja heta apisywała u adnoj z majich kniżak. Siudoju ni chadzi, ni tapczy – hawaryŭ baćko. Cipier adno ja pomniu hetyja mahiłki. Moża chtoś jaszcze? Rasieja ich ni nojdzia, bo jak? Jak nojdzia minie, maju pamiać? Czasam zamiast „buhor” hawaryli „nasyp” abo „adkos”. Ja lubiła kaliś biehczy pa adkosi da hranicy. I za jołkami tak biehła. Szumieŭ husty wieciar u jołkach. Biehła aż da śliwak, katoryja raśli kala hranicy. Patom nazad. Czasam jołki zaharelisa ad pojazda, ad iskry. Ich hasili pażarniki z Haradka, bo pażar dajszoby da domu. My zwanili u Haradok i pażarniki chutko pryjażdżali. Rabotniki czyhunaczniki prystryhali jołki każdy hod i jany rabilisa hustyja, haroju ŭ ciesnych abdymkach, i stwarali praŭdziwuju strachu nada mnoju. Ŭ jich mieli gniozdy saroki i warony, i druhija ptuszki. Czasam ptuszaniata padali mnie na pleczy, kali ja pradzirałasa pod jołkami, kab znajści gryby, sałodkija pieczarki, a czasam praŭdziwika. Pad strachoju z boku ŭ trawie i mochu raśli ryżyki. Pa bakam adkosaŭ raśli czyrwonyna jahady. Możno było ŭsiaho smasznaho chutko nazbirać abo na miescy czahoś smaszno najeścisa.

Hegel mówi, że jedynie protestancki Niemiec nie jest podwójnie moralny i jedynie on wie, co to jest wolność. Znaczyć ja prawasławŭnaja ni znaju, szto heta wola? Ja ni znaju szto heta iłżywaść? Mahu skazać, szto prawasłaŭny najmieńsz iłżywy i maja praŭda budzia takaja samaja, jak praŭda Hiegiela. Wiaździe znajdu iłżywych, i u pratestantaŭ. My baczyli hetaho pratestanta u 20 wieku, jaho wolu i jako szczyraść. Z hetaho fiłazofa, z cibie Georg Wilhelm Friedrich, zrabiŭsa folkizm, a z folkizmu faszyzm, i ŭsiakaja iłżywaść. Tolki iłżywy czaławiek moża liczyć sibie zwyszczaławiekam. Hety iłżywy zwyszczaławiek papior da swajej ruży: pazabiwajam usich nidaczaławiekaŭ. I siahodnia takoja razumieńnie czaławieka wielmi żywuczaja, ta tut, ta tam. Inszaja sprawa: pratestanty pamahajuć sabie, jak tolki mohuć. Adziożu zbirajuć, kab razdać tym, chto jaje ni maja. Pasudu zbirajuć. Hroszy zbirajuć. Dajuć biadniejszym i biednym hroszy na świato. Boty zbirajuć. Usio, kab razdać swaim. Heta tak samo ruża. Wokół jaje zbirajucca pamahiory biadniejszym i biadniejszyja. Pamahaj swajim. My hetaho ni nawuczylica.

My ni majam swajej supolnaj ruży. Naszaj astatniaj supolnaj rużaj była abarona u strasznaj wajnie, zroblanaj zwyszludźmi i nas zrabiłaso mało. Aj, Georg Wilhelm Friedrich! Jak chutko i lohko fiłazofu zrabić zwyszczaławieka. A jaszcze dadaj terrarystu Stalina, jaki nas chutko i lohko sowaŭ pad ziemlu, tak szto my z abiedwich staron byli akrużany i muczany. Zwyszludzi zabiwali tych, katoryja uże byli muczany terrarystam Stalinam. Heta praŭdziwaja twaja iłżywaść. Wam chaciełaso nowaj ziamli dla sibie, a nie dabra dla nas. I tak pratestanty lepiaj żywuć, czym ŭsie druhija. Lubiać pracawać i pamahać. My hetaho ni nawuczylisa.

Nasza róża gdzie? Wszyscy ciągną do głównego nurtu, czyli decybeli i mędrkowania, bo to niby ma być ta róża. Wszystko w kulturze stoi w miejscu w byłych demoludach. Cecha charakterystyczna: udziwnianie sztuk teatralnych, nawet Szekspira, w którym już Szekspira nie ma, tylko samo udziwnienie: jąkanie się, seplenienie, przewracanie się, skakanie, ludowe rymowanki, wykastrowanie Szekspira z jego poezji i jego rymów. Już nawet się nie wie, czym się jeszcze udziwnić, czym udziwnić Szekspira, żeby doskoczyć do uwspółcześnienia.

Gdzie tańczyć, gdzie nasza róża? Na pewno nie w głównym nurcie, wymyślonym dla swojego kółka w mediach. Główny nurt to przede wszystkim nowomowa, nasza jedynie słuszna propaganda polityczna, i tratatata. Nie mów tak szybko, bo oznaka braku rozumu. Nie pamiętam, który z filozofów to powiedział. I tratatata. Przyjdzie Moskal i nas zje. Moża lepiaj niemiac? Jak tak sztoraz bolsz uświadamlajem wolu, ta czamuż zaszywajam sabie huby? Jimi trebo hawaryć, nawat pad maskalom. A tak ta pakażuć nas jak jakojaś biełaruskaja dziwo u telewizary. My ni dziwo. Usie poazaszywajam sabie roty? Heta ni dla minie.

Próbuje przeróbek: Tu jest wolność, tutaj tańcz.

Tu jest pięknie, tutaj tańcz.

Tu tobie nie wolno, tutaj tańcz.

Tu zakazano tańczyć, ale ty tutaj tańcz. Myśl w zakazanym dla myślenia miejscu i mów, co myślisz.

Gdzie zapodziałam poetycki tomik Kasi Siankiewicz, podarowany mi przez nią na Naraju? Szukam i szukam, miał być w bezpiecznym miejscu pod telefonem, który leży na kanapie na stercie papierów. Był i nie ma. Było w nim coś o naszej róży. Przez tydzień szukam tomiku w tym samym miejscu, bo tylko w nim miał być. Nie widzę. Po tygodniu poszukiwań patrzę, że pod telefonem spokojnie sobie leży. Starzenie się jest okropne. Oczy nie widzą tego, co mają tu, w tym miejscu. To tzw. zawężony krąg widzenia, kiedy nie widzi się wszystkim przedmiotów w tym kręgu. Okropny stan. Nasz Sokrat o tym opowiadał. Pół dnia szukał notatek, spokojnie leżących pod nosem. Kasia Siankiewicz to młoda osoba. Początkująca w poezji. Pisze w literackim białoruskim. Wydaje w Mińsku. Jej pierwszy tomik nosi tytuł „Daczka róży”. Podarowała mi drugi – „Harbata z niezabudak”. Może w nim coś o tej róży powtórzy.

U wokna bje kuczarawy wieciar i sadzić ba szyby kruhłyyja woczy, redkija, bo niasie redkim dażdżom. Czytaju Kasiu Siankiewicz i mnie robicca jaszcze smutniej czym pry czytańni Plotyna. Plotyn wynimaja duszu z cieła i ahladaje jaje hołuju. Wynuŭ i tak astawiŭǔ, samotnuju, biez waczej, niczoho ni znajuczuju. I Kasia Siankiewicz wynimaja z cieła swaju samotnuju duszu. Czamu maładayja ludzi ni cieszyć samo żyćio? Czamu samotnyja i smutnyja? Taż pierad jimi usio żyćcio! Ceły wiek żyćcia. Ali jak dobro, szto Kasia pisza na biełaruskaj mowie. Dzie jaje ruża?

Jana:

*

Dzie chawajesz serca?
Dzie chawajesz imgłu?
(nie pytajusa)
Ja – daczka ruży.
Pakolesz siabie palcy.
Ni znaju, da kaho jana heta haworyć. Da mużyka ci da Boga? Moża da ruży?

Jaszcze adzin wierszyk:

*

burbałki mutnaj wady
szto ŭraŭnoŭwaje ŭsio
da ciomnaje plamy z brudu
piesimizm zabiwaje duszu
pachnie jak dym z nutra ziamli
dzie haryć maci wulkanaŭ
ci moża być heta dym ad cygaret

 

W tym wierszu jest trochę humoru z tym papierosowym dymem. Poza tym wiersze są poważne i smutne. Pisane ni to do Boga, ni to do mężczyzny. Taka młoda i taka dojrzała w smutku. Czaławiek, kali małady, ni znaja, szto ŭsiakija piarażywańnia heta ŭsio puściaki. Ni znaja, szto heta piarachodzić. Tolki staraść ni piarachodzić i ni piarojdzia. Jaszcze hołas dla Kasi:

*

hledziaczy ŭ lustra ŭ wannie
ŭ pustym pakoji padczas snu
piszuczy wierszy dziakujuczy tabie
ja awałodała mastactwam
płaczu krywioj

 

Kiedy byłam młoda, cieszyłam się samym życiem. Kiedy byłam dzieckiem, cieszyłam się z byle czego. Że mamy telefon w domu, cilifon majam, że ojciec przywiózł mi z Warszawy aksamitną czerwoną wyszywaną sukienkę, nowuju warszaŭskuju sukienku maju, że kupił mi nową książkę, zaraz praczytaju „Klechdy sezamowe” albo „Dziadka do orzechów”, że pozwolił mi pogrzebać w swojej szufladzie w kredensie, a w tej szufladzie, pojemnej, było dużo przedwojennych fotografii, przedwojennych legitymacji, jakieś medale, haczyki i błyskotki do łowienia ryb, zaraz padziubaju sabie palcy wostrymi haczykami i z trudom ich wyrwu z miasa, stare guziki, stary zegarek sprzed I wojny światowej, stare poczerniałe lusterko, przybory do golenia, brzytwa, zaraz jeju pareżu sabie palcy, pędzelki, metalowe pudełko z mydłem, przedwojenne choinkowe ozdoby, i mnóstwo lśniących innych drobiazgów, jak detale do akordeonu, struny do skrzypiec, kawałki kalafonii do smarowania smyczka, poszczerbiona stara bursztynowa temperówka, dwa małe lwy z brązu, urwane z przedwojennego przybornika do pisania, kałamarz z tego przybornika, i fragmenty samego zestawu z malachitu, i mnóstwo stalówek do obsadek, i same obsadki, i nieczynne wieczne pióro, i pudełka z igłami do patefonu. Ojciec strzegł swojej szuflady jak niepodległości. Bez jego zezwolenia nie mogłam w niej grzebać. Jeśli zezwolił i grzebałam, to miałam wszystko potem równiutko poukładać, zwłaszcza papiery. Nie udawało mi się to za bardzo. Ojciec złościł się: znoŭ bałahan u majej szufladzi, bo twai ruczki tut biehali. Bolsz ni pazwolu. Pazwalaŭ znoŭ. A ja wyciahała błyskotki i hubiła. Bliściaczyja rybki wynuła i zhubiła.

Ni mahu dalej czytać Plotyna, daszła da „Enneady szostaj ”. I chwacić. Bo robicca straszno. Bo jon, jak hawaru, wynimaja duszu z cieła, matematyczno ahladywaje jaje i tak astaŭlaja, wynutuju i hołuju. I mnie zdajecca, szto jon wyciahiwaja maju duszu z maho cieła i dzieś padziawaja. I ni mahu sibie znajści paśla śmierci i nawet u bieły dzień. U Rilkego taka naga dusza przemawia: „Czy się odważę? Czy się ośmielę?” Adnak zhadżajusa z Plotynam: zło jest wykolejeniem się wątku rozumnego. Zły człowiek to wykolejeniec z rozumu. Już odrobina dobra czyni człowieka dobrym, bo zło jest brakiem Dobra, więc nawet odrobina Dobra czyni cuda w danej złej sytuacji i inni pamiętają o doznanym dobru od osoby, uchodzącej dotąd za złą. Odwrotnie: dobrego człowieka czyni złym jedna skrzywdzona przez niego dziewczynka, jak mówił Dostojewski. Chyba że dalej ten ktoś nie może spokojnie żyć, bo męczy go sumienie, ale to już spotkanie z samym sobą, osobista męka. Zgadzam się z filozofem: nasze dusze są jakościowe. Są w niej części pożądliwe, zapalczywe i rozumne. Dusza albo przynosi szkody, albo pożytki. Ważne jest, co nastraja duszę do działania. Zawsze jest sprawiający i doznający, bo nie jesteśmy sami na naszej ziemi. Mówi Plotyn: tak jak pięściarstwo wynika ze stosunku z innym, tak wszystko wynika z tego stosunku. W 21 wieku pospiesznie rezygnujemy ze słowa „dusza”, i ze słowa „moralność”, i nawet ze słowa „inny”. Wszystko dozwolone. Anything goes. Skoro tak, to znikają róże. Wielu tańczy wokół trujących chwastów, nieobecnych w przyrodzie, drąc się, że to róże epoki. Wielu jest zatrutych, zabitych, okaleczonych przez tak tańczących.

Dobro, szto choć ŭczora wieczaram paśmijalisa, aż żywaty razbaleli. Patańczyli naszym śmiecham, katory byŭ na hety mamient naszaj rużaj. Tolo wyłącza reklamę i krzyczy: nie będzie mi żadna wiewiórka czegoś twierdzić, a wiewiórka coś znowu twierdzi! Mnie, dorosłemu człowiekowi,twierdzi coś wiewiórka z reklamy. Jeszcze do tego podkręconym głosem!

Mówię, patrz, nadbiegają lwy i też będą coś twierdzić dorosłemu człowiekowi, potem dwa żubry będą ci coś twierdzić. Tolo: przecież znowu widzę wiewiórki, które coś twierdzą. Dorosłemu facetowi!

Bo po lwach i żubrach dwóch znowu nadbiegły wiewiórki i na nie trafiłeś wzrokiem.

Śmiejemy się, a nasz śmiech jest złośliwy. Ja śmieję się z Tolowych słów.

Podczas rozmowy z W. z Białorusi usłyszałam od niego coś, co mnie osłupiło. Chciał wolności dla Białorusi, ale cóż to za wolność. Marzył, żeby nareszcie były reklamy, bo wtedy będzie normalnie. Wiewiórki coś twierdzące dorosłemu facetowi to ani wolność, ani normalność. Reklamiarze stosują niemoralne chwyty: gadające zwierzęta maja napędzić producentowi jak najwięcej dzieci, łaknących kolejnego towaru. Dzieci mają chcieć mieć. Mają wymuszać na rodzicach ostatni grosz, żeby mieć to, co reklamuje wiewiórka. Towar nie sprzedałby się, gdyby nie nachalna reklama. Reklamowany jest zazwyczaj towar kiepski. To on nie sprzedałby się bez nachalnej reklamy. Tak się to wykoślawiło od początków istnienia reklamy. Zmieniła się w machinację. Szczególnie widać to po nadmiernie reklamowanej kiepskiej literaturze. To żadna róża naszych czasów. Ani tzw. główmy nurt, ani jedynie słuszna nowomowa, ani tzw. polityczna poprawność to nie są róże epoki. Uciekamy!

Wrzucam na google „białoruskość”, „białoruskość dzisiaj”, „Białorusini”, w rezultacie znajdując jedynie oczekiwanie, że się zmienimy, że się uwspółcześnimy, odsowiecimy się, itd. Tak nas nie widzą, jakbyśmy byli przezroczyści, choć żyjemy tu i teraz. Tu i teraz jest nasza myśl. Tu i teraz jest nasz głos. Tu i teraz dzieją się nasze wspomnienia. Tu i teraz żyją nasze szeptuchy. Tu i teraz mamy nasze pisma. Tu i teraz żyją nasze prastare pieśni i piosenki, tańce i obrzędy. Tu i teraz stoją nasze drewniane chaty. Patrzą przez nas żywych w dal, za siedem przyszłych gór, pragnąc w tej dali znaleźć „lepszego Białorusina”.

I omal nie spadłam z mego fotela, kiedy google wyrzuciło mi tekst Wacława Łastoǔskiego o białoruskości („O sobie i o swoim narodzie”), a w nim zaraz na początku bije mnie w oczy zdanie: „Białorusini to naród aryjskiej rasy”. Jezus Maryja!

Pożytki z mego studiowania filozofów są takie, że dobrze wiem: aryjskość Białorusinów to romantyczna bujda. Najpierw Hegel w „Dziejach” znajduje Niemca w księdze Zoroastra, który wyprowadza ten pralud z „czystej Arieny”, i Herodot w związku z tym nazywa ich Aryjczykami. Hegla to natchnęło w ten sposób, że w tej „czystej Arienie” znalazł pra-Niemca, dziejowego, monoteistycznego, tj. znalazł tam prototyp Niemca protestanta. Zgoda tylko w jednej sprawie: w nazwie „Iran” zachowało się wspomnienie o Arienie i Aryjczykach. Hegel zarazem jednak uważał, że takie poszukiwanie własnych korzeni w „czystej Arienie” to „aprioryczne wymysły”. Tak. Fajnie się marzy wstecz o „byciu pierwszym i jedynym narodem, oświeconym bezpośrednio przez Boga”, jak to mówi Hegel w innym miejscu „Dziejów”. Sam sobie przeczył.

Teraz tak: podstawiamy pod Heglowski aryjski naród niemiecki dowolny naród, nawet białoruski, jak czyni to Łastoǔski, i mamy to, mamy nas odnalezionych – mamy naszą lepszość (w innym kierunku takie ustawienie sprawy nie wędruje; trzeba się ulepszyć, poszukując się w mrokach przeszłości). Tak się podstawić pod Aryjczyków, a zarazem pod naród niemiecki, może każdy naród. I romantycy to robili. Mickiewicz podstawił polski naród, ale jako Chrystusa Narodów.

Tymczasem Plotyn mówi (w „Żywocie Porfiriusza”): „Przygotowałem długi szereg wywodu przeciwko księdze Zoroastra, wykazując na dodatek, że w ogóle ta księga jest podrobiona, i to podrobiona przez założycieli sekty w tym celu, ażeby się wydawało, że nauki, jakie sobie umyślili krzewić, należą do prastarego Zoroastra”. O, jak się rzeczy mają. I w perskiej księdze Aweście niewiele mamy materiału historycznego o Aryjczykach. Każdy naród romantycznie wyrusza w mgliste wstecz, czy to przez podróbki ksiąg Zoroastra, czy to przez Awestę, żeby głosić: to my jesteśmy Aryjczykami? Tzn. tak było głoszone. Mówię: precz z takim romantyzmem w 21 wieku! Nie ulepszymy się aryjskością, bo to chwyt zakompleksionych. Trzeba się podrasować aryjskością znikąd? Z cudzych świętych Ksiąg? Z bajeczek sekty?

Skąd jesteśmy? Z chłopów, ze szlachty, z książąt, z bagien, z lasów, z puszczy, z brzuchów kobiet, ze zniewolonych chłopów, z rzemieślników, z pszczelarzy, z wojowników, z kowali, z dobrych oszczędnych gospodarzy, z robotników, z kolejarzy, z muzykantów, z marsza weselnego. Tu jesteśmy. Tu się wypowiadamy, tu umieramy, tu tworzymy, tu się zbieramy w naszym Naraju. Poszukujmy się realistycznie. Tu i teraz mamy naszą róże. Różę bycia, myśli i umierania.

Wacłaŭ Łastoŭski został rozstrzelany przez NKWD w latach Wielkiego Terroru, w 37 roku ubiegłego wieku. Szkoda tego romantycznego heglisty. Nie pojmuję, dlaczego obecnie Rosjanie wybielają Stalina! Wybielają, bo wybaczają Wielki Terror i widzą go zwycięzcą w II wojnie światowej. Tworzą nową romantyczność.

Nieprzebrzmiały cytat z Łastaŭskiego: „Nasz język jest jednym z najczystszych języków w rodzinie języków słowiańskich. Nasza mowa jest prawidłowa, eufoniczna, bardzo śpiewna i gibka, nadaje się szczególnie do poezji i śpiewów. Ze względu na to, że nasza mowa zachowała dawniejszy słowiański charakter, jest ona jak matka wśród słowiańskiej rodziny języków. Do niej – jak dzieci do matki – są podobne wszystkie języki słowiańskie, rosyjski, serbski, czeski, ukraiński, polski, i inne. A przy tym, jak i każda inna, jest niezależnym językiem. (…) Dawniej nasz język był jednym z najbardziej kulturotwórczych języków wschodnio-słowiańskich. To nim mówili nasi książęta i wielmoże Wielkiego Księstwa Białoruskiego (litewskiego) oraz polscy królowie. Język białoruski był językiem urzędowym na wschodzie Europy”.

Wacłaǔ Łastoǔski mówi jeszcze o wielu innych ważnych sprawach białoruskich: Biblia w języku białoruskim ukazała się już w 1517 roku! Wcześniej niż w języku polskim i rosyjskim. W Wielkim Księstwie Białoruskim w 16 wieku po białorusku były pisane i publikowane wszystkie ustawy i akty prawne, księgi kościelne i religijne, a co interesujące – były to księgi prawosławne, katolickie, unickie i protestanckie. Język białoruski posiada liczne dialekty, na przykład witebski, smoleński, poleski, centralny (miński i słucki). Inny autor, Antoni Radczenko, pisząc w „Kurierze wileńskim” o paradoksalnej świadomości Białorusinów, wymienia dwa rodzaje języka białoruskiego w Polsce: jednym posługują się Lićwiny, a drugim Pudlaszuki. Radczenko wymienia liczbę Białorusinów na Litwie: jest ich 43 tysiące. Zauważa, że najbardziej prężne intelektualnie środowiska Białorusini tworzą w Polsce i na Litwie.

Podoba mi się nazwa, używana przez Łastoŭskiego: Wielkie Księstwo Białoruskie. Nazwa ta wyprowadza z wciąż żywotnego błędu mylenia Białorusinów z Księstwa z Litwinami, ale się nie przyjmie. Ja tak będę nazywać Księstwo. Łastoŭski używa dwóch nazw i dodaje uzupełnienie w nawiasach: Wielkie Księstwo Litewskie (Białoruskie) i: Wielkie Księstwo Białoruskie (Litewskie).

Jednak Łastoŭski też sam sobie przeczy z tym podczepianiem Białorusinów pod Aryjczyków, bo następnie mówi o rodowodzie, biegnącym od Krywiczów, a nazwa tego ludu pochodzi od krwi. Nasza kroŭ. My wielmi lubim ŭsio, szto czyrwonaja. Adziożu takuju lubim. Wyszywanki czyrwonyja lubim. Rużu czyrwonu lubim.

Sidziaczy, znaczyć starejuczy ŭ Olsztyni, dzie nima biełaruskaści, ja mahu adno zahladywać u kniżki abo u internet i tam znajści jakujuś padchadziaszczuju dla majej duszy kniżku. I znajszła wiersz Janki Kupały na staronkie tolerancja.pl, a ŭ jom nasza historja, nasza ruża, katoru my kinuli, ali nowaj takoj supolnaj, jak tamtaja, ni majam i adno astatnija słowy z hetaho wiersza nam pasujuć:

A chto tam idzie, chto tam idzie
U ahromnistaj takoj hramadzie?
– Biełarusy.
A szto jany niasuć na chudych pleczach?
– Swaju kryŭdu.
A kudy ż niasuć hetu kryŭdu ŭsiu,
A kudy ż niasuć na pakaz swaju?
– Na świet ceły.
A chto ż heta ich, nie adzin miljon,
Kryŭdu nieść naŭczyŭ, razbudziŭ ich son?
– Biada, hora.
A czaho ż, czaho zachaciełasia im,
Pahardżanym wiek, im, ślapym, hłuchim?
– Ludźmi zwacca.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Jaszcze adno piśmo.

1.Władimir Władimirowicz, Spadar Prezident wieliczeznaj dziarżawy (pakul jaszcze Prezident). Ja Wam sztoś napiszu na prostaj mowie. Wy ceły czas haworycia, szto biełarusy i rasijanie heta adzin narod, szto jeść „russkij mir” i ŭsie my „odin russkij narod”. Heta ni tak. My ni „odin narod” . Jeść prostaja mowa, Spadar. Joju haworać jaszcze mnohija. A jaszcze bolsz pamiataja jaje z dziacinstwa. Jaki „russkij mir” moża być biez prostaj mowy? Czamu dla Was ni isnuje wohule prostaja mowa, kali Wy haworycia pra „russkij mir”? Czamu Wy nikoli ni ŭspomnicia, szto jeść na hetym świeci biełarusy i jich prostaja mowa? Ni razu Wam ni drohnia serco ad taho, szto hublajacia biełaruski narod i prostuju mowu ŭ swajich słowach pra „russkij mir”, a jaszcze bolsz praz toja, szto dla Was tak miło zraŭnańnie rasiejskaj mowy z biełaruskaju ŭ Białarusi, szto abaznaczaja praŭdziwuju hibial biełaruszczyny, i toj prostaj, i toj literaturnaj? Jano tak i jeść, szto ŭ takoj situacji prostaja mowa wyhladaja jak jakajaś haworka, jakoj ni szkada. Niachaj prapadaja. Ci Was śmieszyć nasza słowo „słuchajcia” zamiast waszaho „słuszajtie”?

Jeśli ŭ jakojś mowie isnujuć jaszcze żywyja, znaczyć, raŭnapraŭnyja wiersji, możno wybirać. Możam hawaryć dy pisać tak i inaczaj. Sinanimnaść stylaŭ heta bahactwo mowy. A  my ŭsie z hetaj czaści Jeuropy razumiejam wiersiji swajich mowaŭ. Prostaja mowa wielmi staraja, aż da bolu sławianskaja. Szkada jaszcze jaje pasyłać u pusty kaniec.

Jaszcze tamy piszu da Was, Spadar, szto wy najhałaśniej haworycie pra wolu, pra dobruju źmienu ŭ świeci. U nas taksamo haworać ab dobraj zmienie, ali ja baczu, szto heta tolki hołas adnoj partji z usimi jaje starymi pamyłkami, jakija adnak usie razumnyja papraŭlajuć, tak zwonku, jak i ŭnutry, i jaszcze adnak baczu, szto z hetaju partjaju zusiul adychodzić u niebyt nealiberalizm, a heta jakraz dobro, bo nijakoja „nea” ni jaŭlajacca czymś nowym, a tolki nowaju raspaskudżanaju dzikaściu ŭsiaho staroho. Nijak inaczaj heta ni adbywajacca. Usio papiaredniaja złoja nazywajacca „nea”, byccam praz heta robicca dobraju nowaściu. Kiepsko, kali „nea” pieraskakiwaja na „kansierwatyzm” i stwaraja ŭsio złoja staroja, szto było ŭ hetym partyjnym pohladzi, i chocza zastupić nealiberalizm. Tak u Was, jak i ŭ nas? Znoŭ „nea”? Adnak niemcy haworać, szto u Waszaj dzierżawie bolsz woli, czym u jich. Nawat ŭ Waszym telebaczeńni jany tak haworać. Heta tak, Spadar? Jeśli, jak haworać niemcy, u Was bolsz woli, tady tym bolsz maji słowy da Was robiacca ważnymi, bo ja chaczu hawaryć dla czaławieka, jaki daje bolsz woli, chacia ab hetaj woli haworać adno niemcy, dy ni ŭsie. U jich ab woli pryniato maŭczać. Maŭkliwaho tabu ŭ jich bolsz, czym wola. Ta jak? Heta tolki „nea”, ci szto lepszaja i dla ludziej, a ni tolki dla ŭłady? Bo baczu szto jak ŭ Was, tak i ŭ nas. Ci Wy ceły czas ciszkom spraŭdżajacia na nas ŭsiakija „reformy” i ŭsiakaja „nea”? I jak u nas sztoś wychodzić nidobro, ta wy hetaho ni biarecia? Ci kamuny paśla wychoda z kamuny robiacca adzinakawo niczałacznymi? Dzie wola, jakoj bolsz?

Wielkaść. Muhammad Ali spraciwiŭsa cełaj mahutnaj dziarżawie, całej wajennaj mahutnaj machinie, kali admowiŭsa służyć u jaje mahutnaj armji, dajuczy swaju pryczynu: bo ja ni czuju nienawiści da wietnamcaŭ. Praz hetu adnu maleńkuju frazu jon zrabiŭ sibie wialikim czaławiekam. Jaho za heta pasadzili ŭ turmu, z jakoj wyjszaŭ zapłaciŭszy kaŭcju, ali praz piać let ni moh wykonwać swajej pracy.  Zapłaciŭ za swaju śmiełaść i czaławiecznaść, za humanizm. Heta stojić, Spadar. Heta stojić sztoraz bolsz.  Humanizm, śmiełaść, hetaho ni możno spansarawać. Heta ni za hroszy.

Tamu mało chto dziś taki. Usie maŭczać, kali bałwanam świarbiać ruki i sraki da nowaj wajny. Maŭczaczym zdjaecca, szto jany wyżywuć za swaje hroszy. A jak chtoś ni chocza maŭczać, ta jamu chutko zatknuć hłotku hetyja świarbiaszczyja ludzi. Czaławiectwo ŭże aż piakuć hetyja świerby i para jich prywiaści ŭ paradak. Daŭno wajny ni było? Zairżawieli karabiny (jak chtoś ćwiarozy napisaŭ na FB)? Paszli won. Ja chaczu jaszcze pażyć. Chtoś taki, jak ja, chocza jaszcze pażyć, heta robicca niważno. U kaho? U hetych zasrancaŭ z karabinami? Heta niszto? Żyćcio heta niszto? Usie sławutaŭcy zrabilisa bajaźliŭcami i bajaźliŭkami? Bywaj, druże Ali!

Spadar, waszy światary sztoraz hałaśniej haworać, szto para na nowuju suświetnuju wajnu. Czamu Wy, Spadar, jich ni spyniajacia? Wy ż haworycia na roznyje temy swajimi słowami. Czamu nima siły ŭ dziarżawie na sapraciŭleńnie takim słowam? Czamu majo żyćcio i hrasza ni stoić u hetaj sytuacji? Wy mnoho haworycie ab miry, ali moża heta tolki słowy? Dla jakich ludziej majo żyćcio heta niszto? Dla Was tak samo majo żyćcio heta niszto? Dla Waszych świataroŭ heta niszto? Szto heta za ludzi, Waszy światary z takimi strasznymi słowami? Jakoju wialiczyniju możno źmieryć majo żadańnie jaszcze pażyć? Ci jakiś sławutawiec paczuŭ majo żadańnie ŭ wuszach nastolki silno, szto moża sztoś zrabić dla minie ŭ hetaj sprawie? Mnie zdajecca, szto pa majich wuszach topczuć nawat światary, a na peŭno Waszy. Robicca straszno żyć.

Gloria. Jechać, ci nie? Jedu. Jedziam. Jedu pa Gloria Artis. Tolo wiazie. Ja bajusa radarowaj mafji, ali baczym, szto zarabialnia utajmowana (moża czasowo?). Upiarod było tak, szto jak ni jechać aściarożno, fotoradar złapaja, jak ni tut, ta tam. Jaho pieranosili ŭ sztoraz nowyja karczy, a jaszcze tudy, dzie nijakoho niebiaspiaczenstwa nima, i nima ahraniczeńnia chutkaści. Nikoli ŭ nas nijakaho naruszeńnia darożnych prawił. Nijakoho ŭ nas piarawyszeńnia chutkaści. Zaŭsza jeździm tak, kab było biaspieczna. Nikoli ni zrabili nijakaje darożnaj katastrofy! Fataradaraŭ aby-dzie ŭ karczach nima, i dobro. Znaczyć PIS adarwaŭ hminnych municypalnikaŭ ad darahoj pryjemnaj soski, z jakoj lacieli darmowyja mafijnyja hroszy. I dobro. Upiarod ja narabiła hałasu na ŭsiu Polszczu dy Jeuropu ŭ hetaj sprawie. Palacieŭ ŭ ciomny kutok nasz radarowy ministar. I dobro. U druhi raz tak samo zrablu, jeśli dzieś zabaczu kazionnych złaczyncaŭ. Dajechali biez ruki złaczyncy na pleczach. Jak dobro. Za to sztoraz bolsz wiasiołych maładych narkamanaŭ za rulom. Jich jakoś ni mandatujuć. Jeździać zygzakam, ni ŭkluczajuć strełki, naruszajuć chutkaść, ihnarujuć darożnyja znaki. I szto? Ni paniatno dla palicyji, czamu? U Was, Spadar, prablema identyczna. Znaczyć, kamuny ŭsie „wychodziać z kamuny” adzinakawo, nidobro dla ludziej? Usio wychodziać z kamuny, wychodziać, a wyjści ni mohuć, bo jim robicca pryjemno, kali czaść ludziej zapichajuć u biadu, machlujuczy szto heta praŭdziwaja wola. Jasno, dla ŭsich. Hadoŭla bamżej heta wola? Dzikija adnosiny czaławieka da czaławieka heta ni wychad z kamuny, Spadar. Heta nijakaja gloria nijakoj woli. Maja Gloria Artis papsawałasa praz strach, szto skulś wylazia jakiś fotoradar ad darożnaj mafji. Heta Waszy fotoradary, Integra 3D. Wy na jich u nas zarablajacia? Jany zasnawany na awijacyjnaj technałogji, wajskowaj i praŭda cywilnaj, ali heta ni dla ludziej na darozi. Jany, hetyja fotoradary, biaruć zamnoho samachodaŭ adrazu z wierchu, kab mahli akuratno pamieryć chutkaść adnaho samachoda. Heta mnie ni padabajacca, Spadar. Czym bolsz takich fotaradaraŭ, tym bolsz miartwiakoŭ na na darohach, bo hetyja cacki stawiać dla zarobku, a ni dla biaspiaczenstwa. Ślapy baczyć. Pry tom: usich ludziej – roŭno ŭsich – ułada liczyć złaczyncami. Ludziej, usich, trebo padsłuchoŭwać. Trebo za ŭsimi saczyć, na darohach i ŭ chatach, ali heta ni tyja ludzi, Spadar – heta ni terrarysty. Kiepsko żyć u takoj sytuacji.

Manieŭry. Bronietransparciory NATO jechali czeraz Olsztyn. Ni mahu paniać, czamy jany zapakawalisa ŭ Stare Miasto i stamtul piaraciskiwalisa na hałoŭnuju trasu, spyniajuczy darożny chod. Calikom u zialonym kamuflary, jak lasnyja dziedy pad świeżymi koraniami zwalanaho dzierawa. Ni wyklikali jany i minie zachapleńnia. Jeduć tudoju, kudoju choczuć i jak choczuć. Jak kahoś pa darozi zabjuć, heta niczoho. Ni budzia ŭ mediach sprawy. Tak u Polszczy zdaryłaso. Peŭno praz toj husty kamuflar na haławie, twary i waczach niczoho ni baczać, adno kirunak. Na ŭwaschod! Tak jakiś baćko prykazaŭ. Ni mahu paniać, czamu Polszcza liczyć na czużych u abaroni? Kab heta choć supracoŭnictwo. Kab choć kapla samastojnaści. Ali nie. Czystaja wiera ŭ toja, szto pryjduć czużyja i abaroniać. Wiera ŭ czużych heta naiŭnaja wiera tubylcaŭ. Mnoho raz tak wieryli. Czym heta kanczałaso, dobro ŭsie wiedajam. Nie, czużyja ni abaroniać, jeśli ni nojduć karyści dla sibie. Recz ab wielkaj karyści. U jich drugi cel – ułasny, ci wajskowy, ci palityczny. Nasz cel heta dobro żyć z susiedami, ci to ŭkraincami, ci biełarusami, ci z rasiejcami. Tak. Tamsamo z rasiejcami. A ŭ manieŭryczaŭ cel: pazabiwać rasiejcaŭ. Prynamśi ŭ hetych manieŭrach, a jak u manieŭrach, ta i moża być napraŭdu, bo chwacić jakajaś prawakacyja, kab było napraŭdu. Mnie zdajecca, szto pierad tym, jak rasiejcy zaniali Krym, usio heta było cyniczna abhaworano z Amierykaju. Takaja dumka prasoczywajacca praz ese ŭ Chomskaho. My biarem hety kusok ziamli, a wy toj, tam dalej jon lażyć. Jeść szto dzialić. Sankcji heta tolki pryklop dla durnia, wierujuczaho ŭ prapahandu? Druhaja sprawa: wajnu pamiż macarstwami możno „spakojno” wiaści aby-dzie. I ŭ Polszczy. Zanadto tut wierać u czużoja dabro da sibie. Spadar, Wy ŭpiarod dahawarylisa pra Krym z Amierykaju? Ci patom dahawarywalisa? Znaczyć tak: my biarem Krym, a wy biarecia Małarosju, jakuju my astŭalajem dla was? Tak pytajusa, Spadar, bo Wy piarastali hawaryć u jakiś mamient ab Małarosji? Ci heta zakulisnaja ihra, padobnaja da ihry z Kuwejtam? Było tak, szto Irak napaŭ na Kuwejt, bo amierykancy pazwolili (biarycia, my budziam maŭczać), kab patom mieć zaczepku dla pretenziji dla Iraka i wajny z jim? (heta ni maje pustyja damysły, Karleinz Deschner ab hetym pisza). Znaczyć, Spadar, Wasza dyplamacyja była aż takaja niŭklużaja, kab ni baczyć zaczepki, z jakoj woźmucca pretenziji? Ja chaczu znać, szto robicca na świeci. Minie ni zadawalniaja prapahanda, ni wasza, ni nasza.

Mój pohlad biez zachapleńnia manieŭrami tolki iluzorna padobny da Waszaho. Moj pohlad żanczynski, a ni palityczny. Żanczyskaho pohladu nichto ŭ nas ni prynimaja ŭsiarjoz. A ŭ Was? Żanczyny choczuć żyć biez wojnaŭ, Spadar. Jany choczuć mieć spakojnaja żyćcio ŭ swajej chaci. Swaja chata heta żanczynskaja kasztoŭnaść. Ptuszki majuć swaje hniozdy, a żanczyny ni mohuć? Mużyki z karabinami adbirajuć żanczynam hniozdy. Ci wielkaja chata, ci małaja, heta kasztoŭnaść, Spadar. Dzie mnoho małych chataŭ, tam zruczniej kidać bomby? Jakoś tak heta wyhladaja, szto ludzi z małych chataŭ heta nichto. Jakijaś tam nidaczaławieki, bo ŭ jich chaty małyja? Ja znaju, szto żanczyny piaraadziawajucca ŭ mundyry i służać u wojsku, ali heta ni tyja żanczyny, jakija zjaŭlajucca normaju na ziamle. Biez hetaj żanczynskaj normy ŭsio wyhladaja tak, szto żanczyny majuć poŭnuju wolu, bo mohuć być armiejcami. Ali ż heta ceły czas mużczynskaja wola, Spadar. Mużczynskaja wola ceły czas mocnaja. Żanczyskaja żyćcio, nawat jeśli jano ważnaja, papichajuć u ciomny kutok.

Babaŭ nawuki zapchnuć u ciomny kutok, i nima. Zajzdronyja mużyki zapchnuć, bo chto? Jeśli zajzdrononaść modno piaraskoczyć na babu, ta i jana zapchnie babu. Jak dobro, szto chacia siońnia paczali hawaryć, szto ŭ sześdzisiatych hadach proszłaho stahodźja była polskaja nablistka atamistka Maria Göppert-Meyjer. Jana była z Szlonska, z Katawicaŭ. Jana była w nawucy wielmi ważnaja.  Jaje prozwiszcza ni ŭspaminałasa da siońnia. Lohko zabywajam żanczyn. A moża praz toja, szto jana była z asimilawanych habrejaŭ? Tak czy siak, zalohko zabylisa na mnoho hadoŭ.

Kranalnaja scena. Tolo prynios z palikliniki kranalnuju scenu. Żanczyna, staraja, let pad wosiemdziesiat, z baluczaju siaredzinaju i baluczaju szyjaju, ni moża daczakacca, kab jaje padleczyli, kab padratawali siońnia ci zaŭtra. Nie, ni siońnia i ni zaŭtra. Musić czakać da wosieni dy jaszcze daŭżej. I jana kryczyć: kamuna, wiarnisa! Patom jaszcze raz kryczyć: kachanaja kamuna, wiarnisa! Jana pracawała cełaja żyćcio ŭ złużbie zdaroŭja, a cipier na staraść – o jak. Ci heta nazywajacca nealibieralizmam ci neakansierwatyzmam, usio raŭno dla jaje biada. Nikudy jana ni wyjadzia, kab znajści lepszaja miesco dla żyćcia, bo zastaraja. Dy staryja demakracji wiahnuć, ali ŭsio raŭno jany lepszyja dla starych ludziej, czym postkamuny, adnak jany lepszyja tolki dla swajich starych ludziej. A jeszcze i heta: staryja demakracji liczać usich ludziej z postkamuny za niszto. Padla jich, my horszyja ludzi, bo żyli ŭ kamunie. Jaszcze ważny niamiecki palityk skaża, szto ŭschodniaja UE heta papraszajki. Spadar, jak u nas, tak i ŭ Was? Nie. U Was isnuje Wasza wola sapraciŭleńnia, Spadar, kab ważnyja polityki z UE ni hawaryli, szto Wasza dziarżawa heta papraszajka.

Glorju takoj woli pryniaśli nam naszy dzieci, jakim abrydła kamuna, ali ni chwaciło ŭ jich ujaŭleńnia, kab hetaho ni rabić u pośpiechach i ni na wobraz uziaty z amierykanskich filmaŭ treciaho sortu. Jim zdawałaso, szto jany ni pastarejuć i pierad jimi wolnaja szyrokaja daroha, a na joj adno jich moładaść nazaŭsiody. Jany nas ni szkadawali. Jany hawaryli: budzia dobro, kali baćki ŭsie wymruć. Jany nas usich liczyli homo sowieticusami i czakali na naszu śmierć. Tolki heta pakaleńnie naszych dziaciej dapasawałaso da hetaj żudasnaj woli z strasznymi sławami: wam usim trebo pawymirać, tady budzia raj. Heta pakaleńnie stało pieramożcami nowaj woli, jeśli ni zachwareło pa nowa szyrokaj darozi dla bojkich maładych, jeśli ni zrabiłaso biezrabotnymi. Pachwareli, pastareli, patracili pracu. Jich tak samo ni leczać.

Jim zdawałaso, a i nam u kance, szto jeśli zdochnia kamuna, ta ŭratujacca naszaja smacznaja praŭdziwaja małako. Z jaho możno było rabić smacznaja kisłaja małako dy smaczny twaroh. Nowym „swabodnym” małakom możno atrucicca i jano chutko horknia, bo jano adna chimja, a małaka ŭ małace nima, adno palmawaja maszynowaja masło. Jak u Was, tak i ŭ nas. Jim, naszym dzieciam, dy ŭ kance nam zdawałaso, szto jak zdochnia kamuna, ta uratujacca nasza cudoŭnaja kultura, nasz cudoŭny teatr, nasza cudoŭna litaratura, nasza cudoŭnaja kinó. Niczoho padobnaho. Padzieńnie kamuny heta tryumf falszywak, imitacji, iłżywaści, nawat u palitycy. Heta raj? Mnie inciaresno, szto Wy, Spadar, czytajacia z „nowaj” litaratury? Ja piarastała jaje czytać. Ja ni czytaju bestselaraŭ, bo jany adna iłżywaść, falszyŭka. Z jaje śmijaŭsa Nabokov. A czom tut hawaryć, kazaŭ, a haworać. Czytajuć niszto i praz niszto haworać cełymi dniami. Takija czytaczy tolki na wyhlad sinchronny z najważniejszaju litaraturaju.

Kod nieobecności. Szkic dla naszych maturzystek

Niżej. Ilekroć zdarzy mi się wspomnieć coś z dzieciństwa, to widzę je tak, że jest poło­żone niżej, że obraz niemal płoży się po ziemi. Dziecko jest tam w dole wraz ze swoim światem. I wewnętrzne oko leci w dół, gdzieś za plecy. Tamten dół jest piękny. Skrzy się śnieg albo świecą rumianki i mlecze z ciemnozielonej murawy. Jeszcze niżej biega kot. Jeszcze niżej toczą się małe piłki kurcząt. Jany kociacca i wiasiołyja. Nieostrożny ruch nogą lub nieostrożny ruch drzwiami i piłka kurczaka pęka. Pamiętam: miałam ze dwa lata, kiedy zbyt mocno przytrzasnęłam ciężkie drzwi w sieni, i pękła ta żywa żółta piłka, ukazując czerwoną dętkę, też okrągłą. Pierwsze spotkanie z nieobecnością. Nie przeraziło. Nie miałam jeszcze pojęcia o jej strasznej ostateczności, dotyczącej również mnie.

Drugie spotkanie z nieobecnością: dogorywa pod oknem ukochana kotka matki. Zjadła jakąś truciznę. Nad nią przyćmiony klosz światła. Wąsy światła łączą się z wąsami kotki. Okno na nią tak patrzy i tak pieści. Kotka była szarożółta i duża. Ja miałam może cztery lata. I to jeszcze nie przeraziło. Potem przerazi, kiedy odżyje to wspomnienie. Przerazi, odżywając, w pierwszej klasie podstawówki, kiedy wyrwałam z elementarza strony z bajką o koguciku, który gdzieś zabłądził i nigdy nie wrócił do domu. Tak bardzo żal mi było tego kogucika, że nie mogłam zatrzymać tej bajki w elementarzu. Zdawało mi się, że te strony drżą, że kogucik błaga o pomoc ludzkim głosem, że jest ludzkim dzieckiem. I wtedy powrócił obraz kotki i pisklęcia.

Starsze kuzynki, a wszystkie są starsze, uśmiechają się do mnie nade mną. Zdaje mi się, że te uśmiechy to ładnie pęknięte piłki z mnóstwem młodych białych zębów. I ja się uśmiecham młodymi białymi mleczakami. Ja do góry, a one w dół. Z roześmianych piłek leje się na mnie jasność i okrywa mnie. Miło mieć takie wspomnienia. Kuzynki to siostry cioteczne. Wszystkie niebieskookie i jasnowłose. Jestem jedynym czarnookim dzieckiem w tej matczynej rodzinie. Moje włosy są jeszcze jasne, potem ściemnieją w rudawy kasztan. Potem staną się białe. Każdy człowiek w końcu staje się takim starym blondynem, a w dodatku nasi tacy blondyni mogą być już innej narodowości i innego wyznania.

Widzę siebie, jak trzymam się matczynej łydki. Matczyna łydka zdaje mi się kolumną bezpieczeństwa, a matka – potężną siłą, która mnie obroni w każdej sytuacji. To wszechmocna skała, za którą mogę si­ skryć w razie każdego niebezpieczeństwa. I ona staranuje, zepchnie z drogi wroga dzieci. Abaronisz minie, mama? Abaraniu! Zausza? Zausza! A mama czasam szaptała: Nima spakoju na świeci, a u żanczyny małoja dzicia. Ja heta czuła, ali ni zwiartała uwahi. I tak zdawałaso, szto mama heta skała. My usie tak dumali, i ni hawareć, szto nie. Takoja czućjo heta byu kod naszaho żyćcia. My hawaryli: mamka. Mamka u chaci? Twaja mamka dzie? To charakterystyczne nasze zdrobnienie kiedyś drażniło mnie, a przecież było takie ciepłe.

Widzę, jak mnie ojciec fotografuje. Często to robił. Mam do tej pory jego lustrzankę. Nieco się rozchybotała. Zgubiła śrubki. Ale wciąż jest sprawna. Widzę, jak ojciec umieszcza aparat na statywie i prosi mnie, abym się nie poruszyła, bo mu się zamażę albo wyjdę potrójnie. Tato, ja ni chaczu mieć piaciarych waczej i try haławy, ali trudno wystajać na miescy.

Nikt poza mną tego nie widzi. Dalekie to i całkowicie we mnie.

Przestałam zaglądać do albumów z fotografiami. Strach, że zobaczę tamto życie, tamte twarze, granatowe gęste włosy matki, jasne gęste włosy ojca. Nie ma już matki i ojca, i mnie tamtej nie ma. Nie ma tamtego dziecka. Ta nieobecność jest nieodwracalna. Widzę siebie w pamięci. Rodziców i kuzynki widzę w pamięci. Tak lepiej. Bez fotograficznego zbliżenia.

Filozof białoruski Walancin Akudowicz mówi, że naszym białoruskim kodem jest kod nieobecności. Przecież on ma na myśli zarazem ludzką egzystencję, dlatego zaczęłam od dzieciństwa, ale niezupełnie to tak – chodzi jednak o kod białoruskiej nieobecności, kiedy wraz z dzieciństwem nieodwracalnie znika okazała część białoruskości, to jest więcej jej znika niż trwa i powstaje (przez pamiętanie i przez nową postać tej samej tożsamości). Białorusini tu i teraz, w Polsce, wiedzą aż nadto, że białoruskim kodem jest nieobecność i przeżywają to. A odczuwanie egzystencjalnego kodu nieobecności jest przez ludzi tłumione. Tak lepiej. Nikt nie jest wstanie żyć ze świadomością, że nieodwracalnie znika, że ciągnie za sobą długi ogon siebie nieistniejącego, siebie dziecka, że tylko ta jedyna pamięć tu oto tego człowieka widzi to.

Jeszcze raz. A jeśli doświadczamy znikania swego narodu? I jest to nieodwracalne?

Żyjemy z rozciągniętą w czasie traumą i jednak z poczuciem winy, że to przez nas samych znikamy, przez nas asymilujących się, ale i przymuszających do asymilacji dzieci, siostry, braci, sąsiadów, redaktorów.

Chyba że świadomą zmianę narodowości uznajemy za sukces. Tak dzieje się z emigrantami, ale niektórzy z nich zachowują podwójną tożsamość i dwukulturowość. Niektórzy asymilują się całkowicie, także Polacy w nowych ojczyznach, a niektórzy wcale. Zasiedziałe w jednym miejscu od wieków mniejszości też się asymilują całkowicie i dobrowolnie, jak białoruska w powojennie okrojonej Polsce (żyjąca tu „od zawsze”). Ale co wtedy z pamięcią o rodzicach? O własnym dzieciństwie? O języku dzieciństwa? Chyba że jest jeszcze inaczej: uznajemy się za ludzi planety Ziemi, bez narodowości, narodu, własnej kultury. No to wtedy co mamy? Nie powstali jeszcze ludzie planety Ziemi. Nie ma jeszcze najnowocześniejszej kultury, łączącej Ziemian. Mamy w tym miejscu medialny komercyjny bełkot, hodujący bezmyślność trwania bez refleksji, a więc jest to bolesny brak kodu obecności własnej kultury. Niektórym to wystarcza. Niektórych zadowala ten brak; jakieś disco-pisko. Mnie nie zadowala. Dla mnie jest bolesny. Bo jest to ogłupiający zamiennik globalnej kultury, która jeszcze nie powstała. Pozostanę bikulturowa. Nie mogę wyrzec się dzieciństwa, ani wspomnień o nim. Nie chcę zamienników kultury. Nie chcę kultury podmienianej na głupotki dla idiotów kultury.

Białoruskość to mentalność, którą bez przerwy opowiadam. To pociągająca mentalność, rodzaj kuszącego autsajderstwa w zalewie tandety jednakowości. Maturzystka w „Cz” pisze, że zaczyna kochać białoruskość, że to rodzaj zakochania. Otóż to. Z białoruskością jest tak, że albo się jej pozbywamy z pogardą, albo się w niej zakochujemy. Tę miłość – właśnie to! – należy opowiadać. Inne recepty trwania nie zadziałają. Inne recepty zazwyczaj są polityczne. Białoruskość sprowadzona do polityczności kurczy mowę o niej, ogranicza cały jej fenomen do kilku haseł, a przede wszystkim do politycznej utopii: jak zrobimy tak i tak, majdan czy inną rewolucję, nawet krwawą, to natychmiast będziemy w raju, a on nie będzie miał końca. Sprawy niepolityczne, egzystencja, język, mentalność, kultura, osobowość, nauka – to musi górować nad wszelkimi politycznymi hasłami i utopiami – musi je wyprzedzać swoją mocą z całej mocy. Inaczej każda rewolucja po­re swoje dzieci. Najpierw jesteśmy my, ludzie tacy a nie inni, z taką, a nie inną potrzebą, z tym co możemy, a czego nie możemy. My z naszym rozumem, talentem, uczciwością, odwagą, pracowitością, nawet bezradnością. Najpierw muszą nabrać sił nasze pozytywne cechy i stać się uporem trwania. Opowiadanie bezradności wobec zalewu zła jest także oporem, niezgodą.

Wstrząsające słowa. Pierwsze należą do naszej reżyserki Agnieszki Holland. Powiedziała w jednym z wywiadów: „Polska to jedyny kraj w Europie, gdzie Żydzi nie przestali się ukrywać”. Natychmiast to samo myślę o naszych Białorusinach. Ukrywamy się. Jeszcze sobie nazwiska polszczymy z Iwaniuków na Iwaniaki (o czym pisał Redaktor; nie wiem, czy bardziej zdumiony, czy przerażony).

Następne wstrząsające słowa należą do Daniiła, którego cytowałam w innym szkicu, ale tych słów– nie. Brzmią (z „Miesiąca do góry nogami”): „Prawdziwy antyfaszysta to rzecz o wiele poważniejsza i trudniejsza niż po prostu nienawiść do faszyzmu”. Daniił pół wieku temu przewiduje postanie systemów, „gdzie wszystko, co faszystowskie, będzie bez swastyki, gdzie brunatne będzie udawało niebieskie”.

Pisze: „Gdybym mógł wyprowadzić taką formułę, żeby Oświęcim nie przekszta­cał się w muzeum, żeby te wszystkie eksponaty, bunkry, piece – pozostały zagrożeniem”.

Opisuje sytuację, kiedy młody Niemiec nastawia głośno radio, aby zagłuszyć recytacje wierszy nie-Niemców. „Młody faszyścik” – konstatuje.

Tak. Antyfaszyzm to stan ciągłej podejrzliwości, że faszyzm nie umarł, że rośnie w inaczej skrojonym garniturze, mundurze, umyśle, że nadal jest groźny i niezmiennie wiąże się z neonacjonalizmem, z ustawianiem ludzi według relacji: tu my, sami swoi, sami dobrzy – tam wy, sami obcy, sami źli. A to wszystko bez swastyki i bardzo miłe dla nas, samych swoich, samych dobrych.

Poraziły mnie słowa Szymona Weissa: „Czytam nazwiska Żydów-ubeków i zastanawiam się, czy mi wolno krytykować Polaków”. Czy ktoś z nas może tak pomyśleć o nas? Sokrat mówił, że naszych ubeków było niewielu, a szefami nie byli. Dzisiejszy nacjonalista może zwalić na nich całą winę za komunę. I z biełarusaŭ zrabić hałoŭnych worahaŭ. Także probawali rabić zaraz paśla zdychu kamuny i ni wyszło, bo biełarusy padniali kryk. Nasz tadyszni kryk byŭ krykam swabodnych ludziej prociŭ nacjanalistaǔ. Strasznyja nacjonalisty robiacca z naszych neafitaŭ, jakija robiać z sibie druhi narod, ŭchodziaczy ŭ balszynstwo z krykam prociŭ biełarusaŭ, jakimi ŭczora sami byli (Redaktar ab jich pisaŭ). Zasrancy, jakija kaleczać żyćcio ludziej.

Jeszcze Daniił: „To wspaniałe, że duch człowieka nie jest związany z czasem, jest mocniejszy niż czas, jest większy niż czas”.

I to od Daniiła: „Nigdzie prawomyślni nie cieszyli się takim poważaniem jak w Niemczech”.

Powyższe wszystkie cytaty zmuszają mnie do reakcji. Moją reakcją jest poruszenie, trwoga i moja wstrząśnięta poniższa myśl:

Żaden z powyższych głosów nie był skomercjalizowany, ani nie był rynkowy, ani nie był mainstreamowy, to jest modnie głupiejący i modnie szokujący, z wirtualną repliką, szybszą od myśli. To głęboko ludzkie słowa, których nam tak brakuje. Brakuje nam wolnych słów ludzi wolnych. W teatrach, w literaturze, w mediach. Brakuje jak chleba, powietrza, domu.

Kiedy piszę powyższe słowa, łapię się na myśli, że moim przewodnikiem jest antyfaszystowskie nastawienie umysłu i nieustanne wietrzenie podstępu w bełkocie medialnym, ksią­kowym, teatralnym (to ma oduczyć mnie sprzeciwu i rozumu). Jest to zarazem nastawienie antymizoginiczne. Stary faszyzm był dziełem mizoginów. I taki jest neofaszyzm. Moje nastawienie wynika z autsajderstwa – wielorakiego, białoruskiego, kobiecego, innowierczego. Ja to lubię. Lubię Białorusinów, którzy to lubią i nie ukrywają się.

Wstrząsnęły mną słowa Mony Eltahawy, działaczki przeciw przemocy wobec kobiet, przeciw handlowi ludźmi: „Jeśli nie chodzi o prawa kobiet, to nie jest to rewolucja” (głos na Planete+). W tym sensie kanał Biełsat nie jest rewolucją, bo tam nie ma mocnego samodzielnego głosu kobiet przeciw mizoginicznemu patriarchalizmowi. Z tego samego powodu nie jest rewolucją rosyjska telewizja. I wszystkie nasze telewizje nie są rewolucją. Są to pozory nowoczesności. Kobiety w telewizjach ukrywają słowo „feminizm”. Ten najpoważniejszy prąd filozoficzny traktowany jest jak ideologia i samo zło? Jeśli nie ma kobiet w dyskusjach, a są delikatne potakiwaczki (ciągle delikatniejące), to nie są to dyskusje. Jedynie na Planete+ czasem jest obecna kobieta, która mówi.

Na Planete + obejrzeliśmy dokument o Hannah Arendt. Dokumenty na tym kanale nie są popkulturowe, to jest nie pozbawiają omawianej osoby istotnych myśli. Nie pokazują ludzi płci żeńskiej wyłącznie od strony kuchni, miesiączek i podpasek. Wstrząsająco zabrzmiały słowa Hannah z jej rozprawy „Banalność zła”: „Zło żywi się truizmami i wynika z powierzchowności”. Tak! Kilka nośnych frazesów epoki i już jesteśmy rozumni. Nie jesteśmy. Możemy sobie przylepić nowych bohaterów z wczorajszych bandytów i czyścicieli etnicznych, ubarwić modnie ich życiorysy, stworzyć z nich bohaterskich antykomunistów, ale to nie czyni z nas ludzi rozumnych. Proszę Tola, aby szybko zapisywał następne myśli Hannah, bo się przydadzą naszym maturzystkom. Maturzystki, czytajcie Hannah Arendt, to zrozumiecie swoją tożsamość, to się nie będziecie przyłączać do stada, to nauczycie się odwagi samodzielnego myślenia. „Wielość jest warunkiem wolności” – mówi Hannah, sama bikulturowa, sama autsajderska. Tak! Wielość kultur to sytuacja, kiedy nie ma obywateli drugiej kategorii, innowierców, mniejszości, wolnomyślicieli, kobiet. „Ideologia to ukrócenie ludzkiej zdolności do mowy”. Tak! Politycy tworzą ideologię wolności. Zamiast poczucia, że jesteśmy wolni, mamy kilka medialnych frazesów o wolności. Hannah uważała, że nie należy robić z Palesty­czyków obywateli drugiej kategorii, za co zbierała cięgi od swoich. Ja też zbieram cięgi od swoich. Nie lepiej zamiast cięgów posłuchać, co ma do powiedzenia kobieta? Utwierdzanie tradycyjnego błogiego stanu bez kobiety, przecież to są martwe dyskusje. I jeszcze to od Hannah: „Uchodźcy w oczach polityków to zbędny pył, obciążający Ziemię”. Nie muszę tych słów komentować. Godnie w stosunku do tego „pyłu Ziemi” zachowała się jedynie Angela Merkel. Czy ją lubimy, czy nie, to jednak zachowajmy dla niej ten znak godności. Wielu traktuje Białorusinów jak pył obciążający Ziemię, ale wielu Białorusinów tak traktuje siebie.

Duch człowieka. Daniił mówi, że duch człowieka jest mocniejszy i większy niż czas – zastanowię się nad tym. I znowu sięgnę do jego książki.

Opisuje Plac Pigalle, opanowany przez prostytutki i turystyczne zastępy ciekawskich i zachęconych. A Daniił widzi ten plac z czasów Komuny Paryskiej. Widzi tamte kobiety, Komunardki. Niektóre poszły na szafot. Za Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki na szafot poszła Olimpia de Gouges. Na Placu Pigalle walczył kobiecy batalion, 120 kobiet pod dowództwem Luizy Michel i Rosjanki Jelizawiety Dmitriewej (Elizabeth Dmitrieff). „Czternaście godzin powstrzymywały tutaj, na zbudowanej na tym placu barykadzie, napór całej dywizji wersalczyków, zbrojnej w artylerię”. Kobiety. Krystyna Argimt, Andrée Léo, Blanche Lefevre, Malwina Poulens.

„Kobiety Komuny Paryskiej” – taki tekst napisały o Komunardkach dwie autorki, Christie Gridley i Carilyn Kemp. W tekście mowa o ówczesnym feminizmie burżuazyjnym, o ówczesnej straceńczej walce o podstawowe ludzkie prawa kobiet. Biegną imiona i nazwiska kobiet, nieobecnych w żadnym dyskursie publicznym.

Znowu przypominają mi się słowa Sokrata, a raczej jego pytanie: Dlaczego nie było nigdy w historii powstania kobiet? I inaczej odpowiem, bo przypomniałam zapominane Komunardki. Były, bracie Sokracie, tylko o tym woleliśmy nie pamiętać. Były, były. Duch był nie ten. Ten stary duch zresztą nadal traktuje bunty kobiet paternalistycznie, uznaje za mniej ważne, marginalne, śmieszne, babskie, a nie ludzkie.

Obecnie obudził nam się duch pamiętania dzielnych rozumnych kobiet z przeszłości, ale zarazem ożyła kontrrewolucja starego ducha w postaci politycznych partii neokonserwatystów, neonacjonalistów, fundamentalistów religijnych.

Przez te haniebne partyjne i religijne zaszłości kobiety dzisiaj nadal żyją według kodu nieobecności. Przed którą z kobiet klęknąć za jej talent, odwagę, wolnomyślicielstwo? Nie pozwoli stary duch. Wymaże wybitne i najwybitniejsze imię dzisiejsze, stwarzając wrażenie tradycyjnej pustki w tym miejscu. Klękam przed pustką. Klękam przed Komunardkami.

Obejrzeliśmy z Tolem na Planete+ znakomity dokument o Angeli Merkel. Nie miałam bladego pojęcia, że u progu jej politycznej kariery niemieckie partie polityczne tworzyli sami mężczyźni. Taka demokracja. Angela uparcie wkraczała coraz wyżej w ten świat samych mężczyzn, a następnie ciągnęła do rządu kobiety.

Tolo: Nie wiedziałaś, że to taka demokracja była? Dziś faceci nie pozwalają piąć się Sarze Wagenknecht.

Kod nieobecności w żeńskim losie nie został raz na zawsze uśmiercony. Stary duch jest bardzo żywotny. Stary duch pilnuje, aby pięły się w górę same przystosowane potakiwaczki. Potakiwaczki białoruskie. Tak. Też.

Nasz dzisiejszy Plac Pigalle to był Czarny Protest. Rozeźlone kobiety i ich energia przeciw staremu paternalistycznemu duchowi. Hasła niekoniecznie były udane. Niektóre były szokujące, robione po to, aby krzyczały, wrzeszczały, skandalizowały i w ten sposób zwraca­y uwagę. Duch epoki jest taki, że w jej hasłach obowiązuje szokujący kicz.

W 68’ Francuzki wyszły na ulice z jedynym hasłem: Z KIM CHCĘ, KIEDY CHCĘ, JEŚLI CHCĘ. Protest był skuteczny, bo wyszły wszystkie kobiety (wyjątki potwierdziły regu­ę), no i to hasło nie szokowało, lecz poruszało. Poruszało mężczyzn. Poruszało księży. Ożył Plac Pigalle z czasu Komunardek. Powstał kod żeńskiej obecności, Sokracie.

Pismo „Czasopis” świadczy o kodzie obecności ludzi z rodowodem z Księstwa. Mojej żeńskiej także. I Twojej męskiej, Sokracie, wciąż.

Jednakże ta obecność tkwi w większym od niej kodzie nieobecności, o którym mówi Walancin Akudowicz. Co możemy zrobić? Być! Żyć ze świadomością postępującego kodu nieobecności w losie, w kulturze, w języku. Być i opowiadać bycie. Robić to szczerze. Zakochiwać się w białoruskości. Ona oznacza niezależność my­lenia. Jeszcze to oznacza. Chrońmy to „jeszcze”. Chrońmy zakochiwanie się w białoruskości. Chrońmy maturzystki, zakochujące się w białoruskości. Bycie, to prawdziwe, oznacza: jestem, kim jestem i nie ukrywam tego, a ponadto wzbogacam kulturę większości etnicznej z jej wiecznymi ciągotami w stronę uniformizacji, ale prawdziwe bycie jest także oporem wobec natarczywej asymilacji do dominującej nowomowy mainstreamu i obrazków (w istocie korowodu fejków).

Wysoko postawione nicości”. Określenie Daniiła. Daniił opisuje następującą sytuację: Bach był traktowany przez „wysoko postawione nicości” jako tylko organista. Jeden z wielu. Nieważny. O tych „wysoko postawionych nicościach”, tak lekceważąco traktujących wielkiego genialnego kompozytora, dziś nikt nie pamięta. Może leżą nazwiskami w archiwach jak w grobach. Może nawet w archiwach ich nie ma. To również tradycyjny kod nieobecności, jego nieustępliwa praca poza ludzką wolą. „Wysoko postawione nicości” bardzo chcą lśnić, górować nad każdym artystą, i tym miernym, i tym genialnym. Taka tradycja, taki mechanizm doczesnej obecności. Ale one, te „wysoko postawione nicości”, nic nie mogą po śmierci. Ale złamią życie doczesne niejednemu geniuszowi. Van Gogh umiera w nędzy. Daniił mówi, że po śmierci genialnego twórcy o złamanym przez „wysoko postawione nicości” życiu zaczyna się handel jego dziełem, ale handlarze i znawcy w końcu nudzą się danym twórcą. I znajdują czyjeś inne złamane życie do sławienie i zarabiania na nim. W „Cz” pojawiają się artykuły o białoruskich zapomnianych artystach plastykach, poetach, działaczach. Jak dobrze, że „Czasopis” to bezinteresowna pamięć. To nie ma ceny.

Poranne zdanie. Zapisuję: Coraz bardziej zaczynam stanowić całość z umarłymi, a coraz bardziej pragnę z żyjącymi. Ktoś z żyjących jest do mnie przywiązany, ale nic nie może przeciw tej pierwszej całości. Poza tym i ci przywiązani do mnie umierają w coraz większej liczbie, i chorują, mają wylewy, Alzheimera. Choroby te pozbawiają każdej więzi. I ze mną i „Cz” traci osoby, których nikt nie jest w stanie zastąpić. Jakże wciąż brakuje Sokrata i Janusza. Jaka bolesna strata. Czy z naszych maturzystów wyłoni się ktoś niekomercyjny, jak Sokrat i Janusz? Osoba myśląca? Na razie wyłonił nam się Tomasz Sulima i oby trwał intelektualnie.

Zwykła baba. Z „Psiego serca” Michaiła Bułhakowa wynotowuję fragment rozmowy profesora Prieobrażeńskiego z doktorem Bormentalem: „Można wszczepić przysadkę Spinozy albo jakiegokolwiek innego czorta i przerobić psa na coś niebywałego. Pytanie tylko, po jakiego diabła? Niech mi pan wytłumaczy, proszę, po co sztucznie fabrykować Spinozę, kiedy zwykła baba może go urodzić w każdej chwili. Przecież madame Łomonosowa urodziła w Chołmogorach tego swojego wspaniałego. Ludzkie, doktorze, samo zatroszczy się o to w trybie ewolucji, uporczywie wyodrębniając z nikczemnej masy przeciętności dziesiątki niezwykłych geniuszy, którzy są ozdobą naszej planety”.

Ponownie czytam powyższe słowa i zdumiewam się ich niekomercyjną aktualnością. Gdybyż uczeni czytali humanistów. Gdybyż zatrwożyła ich w odpowiednim momencie zabawa w robienie sztucznych ludzi, w klonowanie, w chipowanie, w robienie nieustraszonych żołnierzy, tych coraz bardziej bezdusznych maszynek do zabijania (pa­stwowo naćpanych) i w robienie czort wie jeszcze czego i kogo. Gdybyż nabywali cech humanisty od wielkich humanistów. Ale nie. Zabawa trwa. Niekontrolowana przez nikogo zabawa. Tylko zabawa. A nuż coś lub ktoś się uda. Coś „lepszego” niż człowiek. Taki naukowy akt terrorystyczny wobec „głupich dotychczasowych” ludzi. Może się uda.

Wieczorem oglądamy z Tolem na Planecie RTR ekranizację „Psiego serca” w reżyserii Władimira Bortki (1988). Znakomita. Poruszająca. Z dowcipem. Zderzenie nauki z absurdami sowietyzacji. Sowietka, która wygląda jak facet pośród facetów, i profesor zmuszony jest spytać, czy wśród tych facetów jest jakaś kobieta i jeszcze raz upewnić się, która to. Wcześniej (w 1976) tę powieść Bułhakowa zekranizował włoski reżyser Albert Lattuade. Nie znamy włoskiej wersji. Rosyjska nam na razie wystarczy. Mainstream ograniczył percepcję Bułhakowa do „Mistrza i Małgorzaty”. A przecież są jeszcze jego „Notatki na mankietach”, nie mniej wybitne niż proza Joyce’a. Mainstream amputuje pamięć. Mówię to do naszych maturzystek.

Szkoda. Wielka szkoda, że kablówka zabrała nam Mezzo. Na Mezzo oglądaliśmy wybitniej wyreżyserowane opery i balety, niż te reżyserowane tradycyjnie, dość topornie, bez polotu, no tak bardzo po angielsku, jakie od czasu do czasu puszcza TVP Kultura. Scenografia w nich bez rysu nowatorstwa. Angielska ciężka solidna tradycyjność. Z kolei operowe scenografie amerykańskie są zbyt dosłowne, i tak samo gra aktorska. Jeśli dama umiera, to wala się po podłodze, wije się w ramionach kochanka. Ona leży, on półleży nad nią. No żeby ta umierająca cho­by zawisła w jakiejś kuli w powietrzu i stamtąd śpiewała swoją przed­miertną arię, oddalając się od kochanka, a on bezskutecznie starałby się dotknąć ją dłonią ze swojej kuli, wędrującej po ziemi w odwrotnym kierunku.

Od czasu do czasu lecą w telewizji „Szekspiry”, ciężko po angielsku robione na filmy akcji. Beznadziejne. Duchy w nich świecą oparami jak od linijki i są znowu zbyt dosłowne, mają postać prawdziwych ludzi z detalami, jak nos i włosy, dosłowna zbroja i dosłowna pierś. Znika z kretesem poetyckie słowo Szekspira. Mam alergię na te „Szekspiry akcji”. Uciekam do drugiego pokoju, podczas gdy Tolo ogląda, cierpiąc. Chce się przekonać, co uczyniono Szekspirowi. No co. Przecież poddano go kodowi nieobecności w złej obecności, w złym unowocześnianiu. Mam nadzieję, że nasze maturzystki, zakochane w białoruskości, tak samo widzą powyższą rzecz okiem autsajderek, albo wkrótce tak się nauczą widzieć. Albo poprują bez głowy w stadność bez tożsamości, osobowości, umysłu.

Wystrzyganki. Na TVP Biełsat lecą czasem białoruskie filmy animowane, które mają coś z wystrzyganek, serwetek, makatek. Płaskie figury, brak perspektywy. Wycięto je z papieru i sfilmowano, poruszając po stole? Zbyt to dziecinne, naiwne, niewynalazcze. Może to i ma swój urok. Ciepłe jest, miłe. Ale żeby ciągle takie same? Dziecięcy białoruski kod obecności. To z braku finansów. I tak jest to ciepłe i miłe. Moje. Nasze.

Sto złotych. W olsztyńskim teatrze bilety na jedno przedstawienie kosztują sto złotych. Powariowaliście? Mam najniższą emeryturę. Obiecanki rządu, że ją podwyższą do tysiąca złotych, to było piękne kłamstwo. Jestem w kodzie nieobecności, aby ktoś inny pysznił się w teatrach z moich podatków, wydzieranych z najniższej emerytury. Wielu z nas jest w takiej sytuacji, bo nasza mniejszość starzeje się jak żadna inna.

Obnażanie. Słońce obnaża zmarszczki i kurz. Zapisałam to zdanie, bo przedtem tego nie widziałam. Dziś kurz mi rośnie, bo nie mam siły na regularne odkurzanie. Zmarszczki widzę, swoje i obce, kiedy wiosenne słońce wdziera się na ulice i do domu. Twarze jak wydłubane z gliny i wypieczone jak byle jak uformowane bochenki. Moja taka też.

Te same zmarszczki, ten sam kurz widzę w pełnym słońcu na liściach chwastów, które opanowały moje dawne kolejowe podwórko za Narejkami. Jak myśmy nazywali taką wybujałą chaszczaninę? Burjan! Nima uże nijakoho padworka, adzin burjan tam paros. A jak chutko.

Pamiętam, że łopiany kwitły liliowymi guzikami. Z moją przyjaciółką z lat dziecięcych, Tośką, bawiłyśmy się tymi guzikami rośliny. Jedna drugiej wlepialiśmy je we włosy i w ubranie. Osty kwitły podobnie, ale bardziej kłuły.

Kod nieobecności domu i podwórka. Kod obecności burjanu. Jakby sam czas działał tu, wymieniając jedno na drugie – nieustępliwie, zdecydowanie, niemal osobowo. Jakby osoba budowała zieleń jak rozkiełznany pałac. Tu już nigdy nikt nie zbuduje domu. Tu od 19. wieku zawsze stał kolejowy dom. Jestem w kodzie nieobecności wraz z domem, w którym byłam dzieckiem. Kod nieobecności osiągnął apogeum w tym miejscu świata. Moją twarz stopniowo bierze we władanie kod upływania życia. Nieubłagany straszny kod.

Tłumaczę na język prosty wierszyk o starości Charlsa Reznikoffa: Za mnoho waściej u rybi/ za mnoho kostaczkaŭ u harbuzie/za ciażkija dźwiery.

Dodaję: za mnoho burjanu na twajom daŭnim padworku. U lusterku ni ty, tolki morszczki i kości. Ech. A ŭwiaździe pył. I na lusterku. I ni choczacca spratywać. Za ciażko. Za ciażkija nohi. Za słabyja ruki. I cieło za ciażkaja, choć ja chudaja i ŭsio chudzieju. Kali wa śnie kładu nohu na nohu, zaczynaja baleć spodniaja naha, bo kładu kość na kość, aż stuknia i zaskrypić adna i druhaja.

Dubravka Ugrešić u starejuczych ludziej, pieradusim na żanoczych szczokach, baczyć mopsy. Baczyć ŭ sibie, jak jany sztoraz macniej wisiać, jak stwarajucca. Ja ŭ Angeli Merkel baczu mopsy. Rastuć da dołu i wisiać. Robiacca z hadziny na hadzinu sztoraz bolszyja. U minie jich nima pakul. I ŭsio raŭno spraŭdżaju, jak Dubravka, ci ŭże rastuć. A heta ŭsio praz toja, szto dziejniczaja kod adsutnaści żyćcia. Twar apuskajacca, bo jaje piarastali trymać maładyja myszcy. Jakiś strach pahladzieć znoŭ na sibie ŭ lusterko. Tolo tak samo z takim samym stracham zahladwaja ŭ spolnaja lusterko. Jaszcze żywiem.

Kali my haworym „Żywie Biełaruś”, baczym, szto dzieś ni wielmi żywie, Ali dzieś adnak żywie, i nawat pa biełarusku haworyć i śpiawaja. Polityki ŭsie hladziać na toja, szto robić Łukaszenka, a ni na toja, szto robiać ludzi. U hetym pośladzie biełaruskija ludzi niczoho ni robiać tolki sidziać pad Łukaszenkam i pjuć abo śpiać. Kod adsutnaści ŭ samych pohladach.

Koniec. Daniił: „Kartki mojego kalendarza spadały zbyt szybko. Skończyło się poczucie nieskończoności”. Utrata poczucia nieskończoności – powtarzam te słowa i powtarzam.

Człowiek młody, dziecko, nawet dojrzały mają poczucie nieskończoności. Stary człowiek traci to bezpowrotnie. Stary człowiek to człowiek smutniejący. Ten smutek pogłębia się. Nie ustępuje nigdy. Są oczywiście chwile, kiedy utrata poczucia nieskończoności kompensowana jest przez chwilow­ radość u starego człowieka, ale to krótkie chwile. I musi dopisywać zdrowie.

My skazali b: Paczućcio biaskoncaści. Jano było ŭ kożnaho z nas, kali my byli dziaćmi, maładymi. Było paczućcio bieskoncaści trywańnia naszaho narodu. Nam zdawałaso, szto zaŭsza możam wiarnucca da naszaho domu, naszaj wioski, szto nasza wioska budzia trywać i trywać.

Tolo pytaja, ahladajuczy sztoś na TVP Biełsat, jakiś film, ci słowo „zusim” znaczyć „zupełnie”. Hawaru, szto tak. Jamu padabajacca heta nasza słowo. My hawaryli jaszcze: „zaŭsim”.

Zaŭsim zabyłasa. Zusim wylaciało z pamiaci. Zaŭsim/zusim. I tak, i tak dobro. Tolki my zaraz zusim-za­ŭim pamrem z naszymi starymi słowami. Moża nie.

A kartki z kalandara tak chutko laciać, szto zdajecca: czaławiek robić swaju kożnuju sztadzionnuju rabotu biahom. I biahom stareja nam biełaruskaść. Jak astaniacca, ta budzia zusim nowaja. Trebo prywykać, szto my jaje leć paznajam. Ali Jana budzia żyć ŭ druhoj sukiency…

Piararywaju słowy, bo ŭ czym druhim Jana budzia żyć, nasza biełaruskaść, ja ni znaju.

Adnak chwilinu padumaju, czym mahła b być nowaja biełaruskaść. Nowa białoruskość, nasza pomaturalna, wyłoniłaby z siebie kogoś takiego, jak Almodovar, jak Sloderdijk, jak Jarmusch, jak Hannah Arendt pośród wagonów, stadionów idiotów kulturowych, tworzących popkulturowe dziełka dla nikogo, dla indywiduów bez tożsamości i oduczających tożsamości w imię triumfu przeciętności. „Nic tak nie męczy, jak przeciętność” – nieśmiertelne słowa Daniiła; znowu je przytaczam. Ależ tak. Żeby wyłonili się z nas nasi wielcy, musimy mieć silny związek z tradycją. Nie możemy nią gardzić i zrywać z nią, przerywać ciągłości i stawać się „jak wszyscy nowocześni”, nieczytający, obrazkowi, bez tożsamości, już modnie zglobalizowani, już z doskokiem do słusznego zgłupienia. Nie możemy gardzić łapciami dziadów, ani fartuchami babek, ani naszymi chatami, ani naszymi pieśniami, ani haworkami. Nie możemy się wstydzić biednych gospodarstw naszych przodków. Trzeba o tym wszystkim opowiadać, trzeba to pokochać. Dawno już nie nosimy łapci. Już przez bycie Białorusinami stajemy się oryginalni i wielcy, dopóki myślimy po profesorsku. Jeśli tylko nie amputowaliśmy pamięci, doskakując do uwspółcześnienia, to jest do braku tożsamości i do przeciętności, do bycia „jak wszyscy”. Globalizacja wymusza przeciętność umysłu. Jesteśmy wręcz zobowiązani do utrzymywania naszego znaku profesorskości, bez względu na wykształcenie. Ktoś w Europie musi. To nasz zysk z naszej tożsamości.

Maturzystkę, autorkę szkicu w „Cz”, wkurzyła propozycja pana Jana, abyśmy wszyscy wskoczyli „w obrazki i jak najkrótsze teksty”, bo ponoć tego chcą młodzi. To wy, dorośli, pchacie nas młodych w to dno – oskarża. Ważki wkurzony młody głos – kod obecności. Nie tylko ja się wkurzyłam i nie ma co się na to wkurzenie obrażać. Głos tej maturzystki jest młodziutkim znakiem profesorskości. Oby rozwijał się nam ten znak. Bez tego naszego znaku nie ma kultury, osobowości, odwagi, myśli.

Amaleki. Filozof z Izraela, umknęło mi jego nazwisko, mówił na Planete+ o rozdarciu narodu izraelskiego na dwie części Jedna część narodu nienawidzi każdego Amaleka i gotowa na nim mścić się i nieustannie zabijać, a druga część postępuje według maksymy: Kochaj bliźniego swego (także „obcego”), jak siebie samego. Filozof uważa, że w tej sytuacji trzeba krzewić to drugie, bo inaczej to pierwsze rozwinie się nadmiernie jako sprawa tak samo ważna. Nie można ustanawiać dobra i zła jako spraw tak samo ważnych. Nie można krzewić nienawiści, bo ona pożre każdy znak profesorskości i rozwinie się. A Europa boi się samego słowa „krzewić”. I rozdwaja narody. Szczególnie ta postdemoludowa Europa. I Polska. My zbyt łatwo i bez winy stajemy się znienawidzonymi Amalekami, „wrogami narodu”. Możemy się z tego śmiać, ale jest to przerażające. Naród rozdwojony i unikający krzewienia „Kochaj bliźniego…” najchętniej znajduje Amaleka w mniejszości.

Za Maciejem Stroińskim przytaczam słowa o Amaleku (na podstawie Tory): „Amalek to ateusz, bezbożnik. Dopóki nie wyginie „wirus Amaleka”, tron będzie rozpołowiony”. A więc sprawa pojmowana jest religijnie, z ogonem metafizycznym w realu, kiedy każdy „obcy” staje się uosobieniem zła, szatanem. Amalekiem może stać się „każdy obcy” (bo to on rozdwaja naród swoją innością, następnie odpowiada za każde zło).

My możemy krzewić naszą profesorskość. Musimy coś krzewić. Intelektualizm. Inteligenckość. Myślenie. Nie doskakiwać do internetowej trywializującej gadaniny i na tym poprzestawać. To złudne bycie, całkowite oderwanie się od rzeczywistości, wskakiwanie w fa­szywe dane, statystyki, sondaże, fejki i w internetową wiarę, że to życie, a to tylko takie modne ćpanie. Mody trwają krótko. W dodatku na naszych postach pojawi się namordnik w postaci tzw. błędu 404 (dobry pretekst dla cenzorów). No i nie możemy nikomu pozwalać na rozdwajanie nas na słusznych i Amaleków, czy to będą chcieli robić z nami nasi, czy nie nasi.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Piśmo da Hospada Boha.

2. Chwaroba siroctwa heta traŭma na ŭsio żyćcio. Ni pakidaja. Stwarajacca sytuacja: ty ni lubisz, uże ni umiejasz, ali ceły czas czakajasz, kab chtoś cibie palubiŭ. Cełaja żyćcio szukajasz tak lubowi, jakaja była da cibie ŭ mamy. Ja palubiła na nowo maju mamu, ali heta luboŭ była padszyta stracham, ci jak jana wyjdzia z chaty, ta wierniacca, ci nie. Strach, zwiazany z luboŭju, ni praszoŭ u minie nikoli. Nawat tady, jak ja nawuczyłasa lubić mużczynu. Ci jak jon wyjdzia z chaty, ta wierniacca, ci nie?

Chwaroba siroctwa heta dyra ŭnutry czaławieka na doŭho, doŭho. Zamiest lubowi ŭ hetaj dyre adnyja dumki pra ludziej, jakija zmarnawali żyćcio maładoj mamcy i żywomu dzidziaci. Bo panstwo ni darażyło żyćciom żanczyny, tolki padpasowywało da prapahadny fidei. Jakoja bałwanstwo, praŭda? Jano i sionnia paŭtarajacca. Tamu ja prypaminaju maju historju. Ty ż ni bałwan ad prapahandy fidei.

Siońnia mnie ni choczacca hawaryć. Ni choczacca chadzić. Prymuszaju sibie da słoŭ i szpacyraŭ. Heta ŭsio praz sztadzionnuju ahidnuju wajennuju prapahandu, praz militaryzacyju praz adpichańnie ŭładami razumnych ludziej, praz nazykaŭ, nacjanalistaŭ i szawinistaŭ, jakija ŭwiaździe wyrastajuć ŭ bałwanawuju siłu.

Sztoś druhoja tabie raskażu. Ahladali z Tolam film Kubricka „Ścieżki chwały”. Hety film ni pastareŭ nawat na kapialku, choć zroblany ŭ 1957. Adnyja mużczyny. Wajna. Pierszaja suświetnaja. Żaŭniery hinuć. Zabiwajuć. I jich zabiwajuć.

Adnyja heta bajaźliŭcy, druhija źwiarejuć, ali heta tak samo ad stracha. Swaji hienerały zabiwajuć swajich, abwinawaczanych ŭ bajaźliŭstwi. Hienerały źwiarejuć da swajich. Mużczynski straszny świet.

Tolki na samy kaniec filma pajaŭlajacca żanczyna. Żauniery ŭ trakciry czakajuć, szto za siurpryz padhatowiŭ im szef trakcira. Akazywajacca, szto „trafiejnaja” maładaja niemka sztoś im zaspiawaja. Żaŭniery wiaraszczać jak aszalełaja żwiarjo. Zdajecca zaraz na jaje napaduć, kinucca hwałtawać. Ali kali jana zaczynaja śpiawać prastuju nimieckuju pieśniu, jany pawoli zacichajuć, zaczynajuć słuchać, a patom wielizarnym choram zaczynajuć śpiawać razam z żanczynaju, chacia heta ż pieśnia jich woraha. Śpiawajuć biez słoŭ, tolki samu miełodju – adnym mużczynskim stonam. Kranalnaja scena. Ciakuć ślozy pa jich zmuczanych, pastarełych licach. Żanczyna na minutu wiarnuła jim narmalnaść. Znoŭ zrabiła jich ludźmi z żywym sercam. I z ciahaju da żyćcia.

Ŭ 21 stahodźju majam takuju czudnuju techniku, ali tak antywajennych filmaŭ nima. I kranalnych filmaŭ nima. Praŭda, jeść dobryja filmy, ali jany redko pajaŭlajucca, i jany jakijaś abrezanyja z kranalnaści, jakijaś maleńkija i zbytawuszanyja. Jak ścisnutyja i akaleczanyja z ŭsiakaj trywohi. Niachaj ahladacz bałwanieja ŭ bytawusie. Filmy stali rabić bajaźliŭcy, i robiać jich pad rynak. A z wajny robiać nam ŭ filmach stralanku, pryjemnuju pryhodu. Ni mahu ahladać. Z wajny robiać zabawu dla ni zaŭsim razumnych hladaczoŭ.

„Sabaka nieba”. Ni chaczu! Ni chaczu falszywych autaraŭ, jakim komputer pisza wierszy, a nawat prozu. Kamputer prydumaja sztoś takoja jak „sabaka nieba”. Ad razu znaju, ci aŭtar falszywy, ci praŭdziwy. Wydawiec hetaho ni znaja? Chibo ni znaja, kali drukuja maszynkowyja „sabaki nieba”.

Nastupny szah heta hadami poŭzać da telewizara, da mediaŭ, rabić krużok samych swajich maszynkowych, i kali ŭże dapaŭźli, rabić abnimanku, buźkaŭszczynu: ty minie pachwalisz, a ja cibie. Teksty zrobić nam maszynka, a my joj tolki sztoś padsuniam ŭ troch frazach. Jana patom sama napakuja ŭsiaho, i „sabakaŭ nieba”, i parnagrafii, i zmiksuja ŭ adzin durnawaty supok. Życcio zajmie poŭzańnie da mediaŭ, a patom trebo trymacca jich czatyrmia łapami. Ni chaczu maszynowych „sabakaŭ nieba” i toj paŭzaniny. Pa „sabakach nieba” niczoho druhoho ni możno spadziawacca, adno machlarstwa pra samych sibie. Jak doŭho heta moża trywać? Trywaja ŭże dwaccać let. Pratrywaja i stahodźje.

Ali czytacz uciok. „Mnie cipier trebo tysiaczu hadoŭ dyjety” – kazaŭ zachaplajuszczy Rilke. Nasz czytacz jakraz na takoj dyjeci biez maszynkowych kniżak.

Maszynka napiczkaja tekst ŭsim, szto modnaja, i piarapiczkuja heta ŭsio ŭ jajco baŭtuna. Czytacz jaszcze dalej uciacze. Maszynkowyja aŭtary robiacca samaŭpeŭnianymi i liczać czytacza poŭnym durniam, jakomu lohko namachlawać, jakomu można falszywić, pierad jakim można prytwaracca hienijam. Maszynkowyja aŭtary puchnuć pierad czytaczom ad swajej maszynkowaj sławy, aż robiacca niebaczosami nad jim. Nu i robiacca tymi „sabakami nieba”.

Baczysz jich? Na peŭno nie. Heta ni raście ŭ wierch da cibie.

Kuplaju „Dziennik. Gazeta prawna”, kab praczytać interwju z Andaj Rottenberg. Chtoś na FB daŭ fragmient. Zacikawiŭ minie, bo Anda haworyć, szto u 39’ tak samo husto pad wosień wisieli jabłyki jak ŭ 2016, szto czuja nowuju wajnu. Praczytała i ad razu ni zhadżaju z ŭsim, szto każa. Bo jana każa, szto do siońnia (do ŭłady PiS) ćwiła u nas kultura, szto kożny sztoś dla sibie znajszoŭ, ad parnagrafji pa ŭsio, czaho tolki zachoczasz. Heta ni tak, spadarynia. Literatura piaraćwiła jakraz za hetyja hody. Joju waładajuć „sabaki nieba”. Ta ż czytacz ŭciok, spadarynia. Nadpradukcja sabaczych kniżak heta patałohija. Kolki razoŭ ja heta muszu paŭtarać? Dobrob było, kali hety sabaczyja teksty byli damawoju zabawaju, kali nudota i dożdż. Ali jich patałahiczno rasprastranili ŭ medjach.

Jeśli ŭsio dazwolano (anything goes), ta ŭsio staić ŭ adnom miescy, topczacca. Na szto staracca, kab na prykład ŭ literatury ci fiłasofji było sztoś dobraja i nowaja? Kab adkrywało woczy?

Plotyn (Enneada 6): (…) jeśli umysł stoi, to nie myśli. A jeśli nie myśli, to go nie ma.

Stoimy. Literatura stanęła.

Stoimy prowojennie na naszym globie.

Imprawizacja „sabaki nieba”. Da taho, kab imprawizawać na wiaczorkach, trebo być dobro padhatoŭlanym. Biez padhatoŭki nawat hienij ni wystupić z imprawizacjami. Hienij zaraniej padhataŭlajacca i ŭsio pamiataja patom. I maja atwiety dla publiki, czasam dobrym żartam. A szachraj, naszaja „sabaka nieba”, liczyć sibie hienijam, jaki budzia improwizawać biez padhatoŭki. I patom wychodzić tak, szto jon jak zaprecca kapytami, tak i ni daje ni wodnaho atwietu na zapytańnia publiki, tolki wilaja jazykom jak duszany. Publika niczoho ni moża zapamiatać z takoj imprawizacji. Nahladziełasa na mnohich takich i bolsz ni zachocza.

I ja nahladziełasa, i bolsz ni chaczu. Maładyja ludzi prosiać: chadzi na wiaczorki, jak ŭpiarod chadziła, i hawary szczyro, jak razumiejasz aczarodnych „sabakaŭ nieba”. My zaŭsza czakali na twajo słowo szto ty skażasz.

Ni mahu. Patom arhanizatary wiaczorkaŭ minie nienawidziać.

Mamma mija mobile kalesone! A ŭsio wakruh źmianiajacca ŭ nowy tatalitaryzm, aż ni choczacca hawaryć nawat da cibie. Usie dziarżawy militaryzujucca. U nas ŭłada chocza arhanizawać apałczenstwo, znaczyć na samam dzieli bajoŭki, partyrantaŭ. Budzia jim płacić pa piatsot złotych ŭ miesiac za asobu. A ja dumaju, szto tudy papływuć samyja nibiaspiecznyja ludzi. I ŭnuki, i baćki, i dziedy z babami, dy dziaćki z ciotkami, i cełyja wioski. Charasze razam buduć zarablać, jak złożać hetyja 500 zł ŭ adnu siamju. Daduć im broniu. Znoŭ lesnyja bandy zrobiacca?

Tak pytajusa, bo ni mahu zrazumieć, prociŭ kaho majuć być jany?!

A ty razumiejasz?

Kab heta arhanizawać, trebo ż ni mieć ni trochi ŭjaŭleńnia. Ŭjaŭleńnie patrebno da ŭsiaho, szto arhanizujam. Majo ŭjaŭleńnie padpawiadaja, szto ŭ bajoŭki pojduć złyja ludzi. I pierad ŭsim nazyki, jakich ni brakuja. Pryt tom, jak czytaju, heta maja być pradaŭżeńnie tradycji praklatych żaŭnieraŭ. Mama mija mobile kalesone! Znaczyć heta prociŭ majaho kacapskaho żyćcia. I znoŭ toj samy antysemityzm. Znoŭ toj samy nacjanalizm, toj samy szawinizm. Jeśli taja tradycja… Znoŭ bajusa. Bajusa napraŭdu.

UFO ŭ akularach. Paszła na wiaczorak z Monikaj Stępień, bo dała jej rekamiendacju i blurb. Jana apublikawała pierszuju kniżku z wierszami z finansawaju dapamohaju Prezidenta Horada. Heta taja samaja Monika, jakuju ja apisywała. Taja samaja, jakaja prywiazła z Padlaszsza „tu, o” i ni moża ad hetaho „tu,o” wyzwalicca.

Wiaczorak byŭ krasiwy i razumny. Jaje pierszyja wierszy tak samo.

Ja baŭlusa akularami. Adwaroczyju ta ŭwahnutaju staranoju, ta wypukłaju. Na połapi wisiać szarengi drobnych fanarykaŭ. I raptam baczu, szto ŭ wypukłych ściokłach hetyja szarengi adbiwajucca hłyboko, a ŭ wohnutych ni adbiwajucca, tolki wisiać ŭ pawietry daloko ad ściokłaŭ. Jaszcze raz probuju adwaroczywać ściokła i ŭsio paŭtarajacca. Ŭ wohnutych ściokłach fanaryki znoŭ ni adbiwajucca, a wisiać ŭ pawietry, nawat nad majimi palcami, jakija kładu na ściokła. Fanaryki prabiwajucca czeraz wuskija prorwy pamiż palcami i wisiać ŭ pawietry. Heta prawiło fizyki tak dziejśniczaja. Czudy fizyki. Fienomen optyki.

Znaczyć światłó UFO moża tak rabicca. Jeśli ŭ pawietry jakijaś chwali robiacca wohnutymi. Jany łapajuć jakijaś bloski, z czyjahoś wakna na prykład, abo druhija, z jakohoś fanara, i hetyja bloski robiacca jak latacialnaja tarełka, wisiać ŭ pawietry. Pawierniasz haławu, i jany wisnuć inaczaj. Adpływajuć ŭ horu na pryklad, abo ŭ bok. UFO heta ni czudy, heta fizyka. Tak moża nalapicca na pawietru i Baharodzica, i Isus, i ŭsiaki wobraz, ŭ jakom buduć bloski, zołato, abo sam jon budzia za ściakłom. Dzyhnia z adnaho miesca ŭ druhoja i zabaczym pawietranyja czudy.

Czastku wiersza Moniki ja piarakała na prastuju mowu:

(…) ŭciskajusa ŭ ciapłó pramieżku pamiż podychami.

Raspraścirajusa na krajach szklanki pierad tym, jak stuknia ŭ zuby,

zaciskaju kancy palcaŭ siarod pramieżkaŭ pamiż wiejkami.

Ja jeść ŭzdych raścianuty pa ścianie tak, kab wiartajuczysa jon ŭliŭsa ŭ wucho i nahadaŭ mora.

Ja rablusa najdrabniejszym stwareńniem.

Monika trenirawała boks. Jana wielizarnaja dziaŭczyna z natranirowanymi myszcami. A jaje wierszy taki delikatnyja. Karonkawyja.

Hejnały. Nabokow w powieści „Z najlepszej strony” mówi, że mamy hejnały zamiast wiadomości. Nie tylko zamiast wiadomości. Zamiast literackiej krytyki mamy hejnały. Zamiast treściwych dyskusji mamy hejnały.

Mamy hejnały sławy doczesnej pisarzy. Mamy hejnały polityków. Mamy hejnały homo capitalisticusa, w którym Max Scheller widzi coś znacznie gorszego niż u homo sowietucusa. Ja też to widzę. Moja teściowa, która ma 96 lat też to widzi. Teraz nie ma dobrych ludzi – mówi.

Pryniasła znoŭ. Szpacyr heta dla minie zaŭsza jakajaś trafieja. Siońnia pryniasła wobraz łuży: jana jak z rukami, adna wycianuta ŭ wierch. Jana biażyć, leżaczy. I budtab chocza kinuć kamiań.

Tolo każa: Hlań, tam na stale listki.

Praŭda. Jany razłażylisa jak surwetki abo źwiozdy. Prylipli płosko. Bo imżyć. Jany cichija.

Jakaja dobraja ciszyna.

Ŭ druhom miescy chtoś ukraŭ stoł. Heta nasz nowy park. Chamawataja maładzioż brydko bazhrolić pa stałach. Wiaraszczyć. Nastaŭlaja hałosnuju chrabaszczaczuju muzyku. Hnie maty.

Tam, dzie naczujuć ptuszki, patom nakapano kwietkami pad nogi. Ni takija brydkija hetyja haŭnianyja kwietki, wyhladajuć jak zatoptanyja marharytki. Idziem pa bukietach pad drewami. Jany zasochli. Topczam jich.

U chaci: biełyja adidasy biahuczaho mużczyny mihatnuli jak matylki, tak jak jany (praŭdziwyja) heta robiać: koso, adzin wyżej. Heta byŭ Tolo, bieh ŭ tualet. Tak koso zamihataŭ praz witalniu.

Czarka z biełaruskim czyrwonym smaragdam

Znoŭ piszu na prastoj mowie, ali pierajdu na polskuju. Zmiaszaju mowy. Kali naczynajasz pisać, śmierć adychodzić dalej, choć i tak staić ni tak daloko. Kali czujasz, szto jana ni tak daloko, znaczyć ni adyjdzia. Ja ŭ takoj sytuacji. I mnohija z nas. Za mnoho nas ŭ takoj sytuacji. My amal ni majam dziaciej, a jeśli tak, ta i ŭnukaŭ wielmi mnoho ni majam.

Każu dalej moj tost.

Za naszych dziaciej i ŭnukaŭ. Kab nas pamiatali, i ni ŭciakali daloko. I kab dziaciej mieli. Choć pa adnom. I kab praŭnuki ni uciakali daloko. Tojesnaść wiartajacca ŭ praŭnukaŭ, jeśli wiartajacca. I mowa dziedaŭ wiartajacca, ali ŭ literaturnaj formie, jeśli wiartajacca. Jeśli dzieś isnuje mowa dziedaŭ u literaturnaj formie. Takaja isnuje ŭ Chicago (tam nawat prastaja mowa). I paka isnuje ŭ Biełarusi, i ŭ nas ŭ paetaŭ i piśmiennikaŭ.

Za tekst Michała Mincewicza „Zanikanie haworki”. Straszny tekst napisaŭ Michał. Straszny, ali da bolu praǔdziwy, bo ja ci mnohija z nas znajuć hetyta jaho słowy tak dobro, jak swajo pamirajuczaja żyćcio razam z haworkami, z wioskami, padworkami, aharodami, hruszami, kałychankami. Znaju i my znajam, jak my stali pamirać. Ni tyja hranicy. Ni naszyja. Nas parwali na kuski i my akazalisa u roznych ajczynach. Zabylisa, szto heta tak, szto my parwanyja na kuski. Kaki my wiartalisa damoŭ paśla szkołaŭ, naszyja myszli my stali wyrażać na czużoj mowie, na takoj, jakoju hawaryło balszynstwo ŭ naszych nowych ajczynach. My ni abahaczali naszaj staroj mowy. Ni razwiwali jaje. Jaje my chutko kłali ŭ mahiłku razam z baćkami ci dziedami. Dy i jany zabywalisa prastoj mowy, chacia jaszcze pamiż saboju na joj kali-niekali hawaryli. Ali ŭ horadzi chutko zabywalisa. Maji dziadźki i ciotki ŭ horadzi chutko zabylisa prastuju mowu. A maji dwajuradnyje braty i siostry, jich dzieci, ŭże jaje ni znali. Jany ŭże druhi narod. Dy baćki nawat jich ni achryścili. Niekataryje pachryścilisa ŭże darosłymi. Ni achryścili, bo pawychodzili za komunistycznych ateistaŭ. Dy i chacieli tak, jak chacieła tadyszniaja dziarżawa. Żanczyny dapasoŭwajucca i da dziarżawy, i da mużykoŭ, kab żyć spakojno i ćwiści.

Każu tost za naszu prastuju mowu, dziekolwiak Jana isnuje. I za mahiłki z prastoju mowaju pad kamianiam, dzierawam i trawoju.

Za takija tosty Nobiela ni dajuć. Tak, mużyki, pan Jan, pan Michał. Za nasz „Czasopis” Nobiela ni dajuć. Chutczej daduć za amierykanskija piesiańki, jakby ni było ŭże literatury na naszym świeci. My ŭ „Czasopisie” apawiadajam nasza pamirańnie, adzinaja takoja na cełaj ziamle. Adzinaja, bo heta nasza pakajowaja i doŭhaja nizhoda na toja, kab nas liczyli nidaczaławiekami i prymuszali być druhim narodam. Pakajowaj nizhody sionnia mało, a pakajowaj doŭhaj jaszcze mieńsz. Pamiatajam, szto nas zabiwali lasnyja bandyty, czyścili z nas naszyja nowyja ajczyny z nowymi hranicami. Pamiatajam i żywiem ŭ strachu, szto heta moża paŭtarycca, bo i siońnia majam za susiedaŭ takich ludziej, jakija bandyta sławiać, a jeśli tak, znaczyć dla jich miło ŭsio, szto z nami wyczaŭ pali bandyty. Każu samyja prastyja słowy: ni mahu zrazumieć, jak możno sławić bandytaŭ, nawat jeśli heta swoj bandyta. Każu tost, za heta nizrazumieńnie, bo jano mnie zdajecca mieraju czaławieka ŭ wa mnie. Kiepsko, kali narod robiąca sprawaju palitycznaju ŭ jakichś palitykaŭ, a palityki heta zaŭsza tolki jakijaś palityki. Jany adychidziać, robaczy mnogo złoho. U naszyja czasy palityki robiać bolsz złoho, czym dobraho.

My pamirajuczyja. My tyja, chto zaŭsza praz stahodźja pamiraŭ pierad czasam, a to za sprawy ruskija, a to za sprawy polskija, a cipier staŭ pra heta apawiadać u „Czasopisie”. Za heta Nobiela ni dajuć. Żal. Każu toast za „Czasopis”.

Takoja apawiadańnie naszaho umirańnia heta nasz adziny ratunak. Ja znaju, heta zwuczyć dziwosno. Ali ci majam sztoś druhoja? My heta apawiadajam mnohim, a ni tolki nam samym. Heta ważno. Budziam trywać ŭ pamiaci mnohich. Hetyta mnohija dobro znajuć prastuju mowu, ali adwykli na joj hawaryć. Usio taki lubiać sztoś na joj praczytać. Prypomnić sabie, kim ŭczora byłosa.

Wznoszę toast za nasze godne umieranie. Za opowiadanie umierania. Za moje godne umieranie. Za pamięć o nas.

My ludzi ni rasiejskija i ni sawieckija – jak doŭho trebo heta paŭtarać? A hałoŭnaja sprawa: my ni czujamsa miańszynioju. My hałoŭny narod z Kniastwa, chacia jaho daŭno ni majam. Trudno żyć z tokaju tojesnaściu i za jaje Nobiela ni dajuć, nawat jak dobro apiszasz, tak szto czuży zapłacza, ali widać Nobiel nadto ŭże czuży dla nas i naszaj prastroj mowy, i nawat literaturnaj biełaruskaj – bolsz czuży, czym dla jidysz. Światłana Aliksijewicz dastała Nobiela za razmytuju tojesnaść, papraŭdzi za sawieckuju. I ni za prastuju mowu. I ni za literaturnuju biełaruskuju. Za rasiejskuju. I z takoju tojesnaściu jaje ni choczuć ni ŭ Rasieji, ni ŭ Biełarusi. Czyja Ty, Światłana? Ja znaju. Niczyja. Znaczyć sztoś było ni tak u Twajich kniżkach. A szto ni tak? U Cibie żanoczy pohlad.

Ludzi, jakija hawaryli na mowie jidysz, tak samo pamirali, i w Auschwitz pamirali, i patom doŭho pamiraŭ toj, chto acaleŭ, i ŭsie pamierli. Taja kultura pamierła. A za apisywańnie tahopamirajuczaho żyćcia na pamirajuczaj mowie jidysz adnak dawali Nobiela.

Każu toast za nasz „Czasopis” i ludziej, jakija jaho stwarajuć. I za Redaktara. I za pana Jana. Za ŭsich, chto patrafić apisywać sibie, jakoho zaŭtra ni budzia.

Byŭ dzień żanczyn. Jon chutko minuŭ. I tak trebo sztoś bolsz a żanczynach. Kali ja piszu hetyja słowy, majam blizko ŭże świato wiasny, nasz Wialikdzień. A zaraz i Prowady. Na Prowady nichto nikoli ni piaraliczaŭ pieradusim żanczynaŭ, a ja heta chaczu zrabić. Pakliczu jich. I Prowady chutko piarajduć, tady na szto mnie pielaraliczać tych, chto żyŭ daŭno. Ali ja chaczu. Pieraciahnu adno i druhoja świato ŭ maj, abo i dalej. Niachaj czas tak chutko ni lacić. Niachaj żanczyny ćwituć siarod majowych kwietkaŭ.

To cofnę się do starożytności. Niech pobiegną żeńskie imiona. Za Dzień Kobiet, który był i minął, ale niech będzie nieustający, i jednak przywołam go, aby przypominał ważne i nieważne kobiety – mam na myśli wszystkie nieważne, które ubierały, karmiły, a przedtem rodziły wszystkie ważne, i ŭsich ważnych mużykoŭ tak samo, i pamahali ŭsim jim żyć, a pieradŭsim paŭpływali na jich dobryja hoławy, razumnyja, nawukowyja ci mastackija. Za święto wiosny, aby rozkwitły chociaż na chwilę tamte dalekie żeńskie imiona. To nic, że to święto szybko przeminie. Za starożytne filozofki. A wyliczać je należy często z prostego powodu – żeby nie zapomnieć doniosłości żeńskiej linii w dziejach nas wszystkich z Europy (i spoza Europy). Za Anetę, Kleobulinę, Damo, Diotimę, Eurydykę, Hipparchię, Hypatię, Leontion, Makrynę, Periktione, Sosipatrę, Teano, Timuchę. Za Teaono już wznosiłam 8 marca w Olsztynie i w „Czasopisie”. Za pozostałe filozofki i uczone już kiedyś wznosiłam toast na łamach „Czasopisu”. Nie szkodzi. Przypomnę tylko, że nasza cywilizacja chrześcijańska przerobiła większość tamtych filozofek na kurwy, a potem usunęła żeńskie imiona z ludzkiej pamięci. Ani matrony nie były zakutymi mieszczkami, ani hetery nie były kurwami. Nie będę tego tłumaczyć – już kiedyś tłumaczyłam. Były to kobiety nauki, malarki, rzeźbiarki, poetki i filozofki. Poczytałabym teksty tamtych filozofek, ale jest to niemożliwe. Nie zachowały się. Jak w przypadku Teano, filozofki i matematyczki, odkrywczyni złotego trójkąta, myśli czy wynalazki tych kobiet przechowały się w dziele mężczyzn, bo były na nich cedowane. Dobrze, jeśli ci wspomnieli żeńskie imię. Co za niekomfortowa, wręcz straszna sytuacja, która trwa i trwa. Kobieta nieustannie musi krzyczeć we własnej obronie, bo ciągle czyha na jej wynalazek cwany rywal i ściga ją jego krzyk „kobieto, do garów”. W 21. wieku kobieta także czyha na kobietę. Rywalizacja kobiety z kobietą – trwały ten patriarchalny pomysł, a w dodatku zalecany, bo przecież mamy rozkwit durnego ustroju – wyścigu, pogoni, plagiatów. Rywalizacja ma się odbywać po trupach. Nie chcę. Wznoszę toast za moją niechęć.

Jeszcze za pamięć o starożytnych kobietach, filozofkach , wynalazczyniach i uczonych – niech pobiegną nowe imiona, bez których trudno wyobrazić naszą cywilizację, wyliczam je: Acca Larentia, Aganice, Aglaonike, Arete z Cyreny, Ban Zhao, Enheduanna, Gargi, Lasthenia, Maritaji, Penthesilea, która wynalazła topór, Xi Lingshi, która wynalazła jedwab, Shi Dun, która wynalazła papier. Sonduk, Themista, Maria Żydówka. Ich imiona nie są obecne w naszych podręcznikach.

Za twórczynię feminizmu z 14 wieku, pisarkę Christine de Pisan. Słyszałam o niej na studiach z humanistyki.

Wznoszę toast za Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki, opublikowaną w 1791 roku przez Olimpię de Gouges, za co skazano ją na szafot. Nie słyszałam o niej na studiach z humanistyki. Za Mary Wollstonecraft, autorkę „Wołania o prawa kobiety” z tego samego okresu. Nie słyszałam o niej na studiach z humanistyki. Obie Deklaracje należałoby powtórzyć.

Za nasze kobiety, które filozofowały. Filozofowały codziennie. Za naszą pamięć o nich. Za pamięć o mojej matce, która nieustannie mi powtarzała: Ci heta tabie patrebno? Ci ty czytajasz kniżki patrebnyja? Moża tracisz czas? Mnie tak zdajecca, szto tracisz czas i durniejasz. Nawat hawaryć z taboju ni wielmi jeść ab czom. Na świeci jeść takija kniżki, ad katorych ludzi durniejauć. Kiń jich.

Po latach stwierdzam, że to ona miała rację. Traciłam czas na mierne lektury, z których nie zostało mi ani jedno zdanie. Zapamiętałam baśnie, opowiadane mi przez matkę. I kołysanki. Baśnie rozwijają wyobraźnię i myślenie abstrakcyjne. Baśnie to takie pierwsze matczyne szczepienie umysłu, aby posiadał wyobraźnię i nie gardził jej rozmachem. Baśnie były opowiadane kiedyś przez nas na każdym kroku. Ktoś życiowe zdarzenia ciągle przerabiał na baśń, a potem tę baśń kto inny przerabiał po swojemu. My hetu literatury nazywali kazkami. Dzie naszy kazki! Nima wioski, nima kazki. Ǔsio taki każu tost za naszyja kazki. Moża adżywuć jaszcze ǔ kahoś. Kazka heta asoba.

Matka uważała, że piśmienność oznacza moc opisywania prawdziwego życia, jakąkolwiek formę byśmy temu nie nadali, poezji, prozy, baśni, bajki, że treść nie może stawać się wymysłem, fantazjowaniem, pustą rozrywką. Uważała, że ustne przekazywanie dziecku kazek to forma uczenia go życia, ale zarazem uznawała, że rzeczywisty analfabeta i półgłówek nie jest w stanie składnie opowiedzieć najłatwiejszej kazki. Ustne przekazywanie baśni to czytanie księgi z pamięci. To także piśmienność, zawarta w głowie. Adkrywajasz naszu kniżku i jaje haworysz, bo jaje ǔ haławie majasz. Nie wystarczy patrzeć na przyrodę. Nie wystarczy żyć chwilą. Nie wystarczy nakarmić kota i pogłaskać psa. Trzeba mieć słowo. Ale są takie chwile, że cieszysz się kotem i trawą. Nawet kurą, jej żółtym sennym okiem. I czerwonym listkiem, który spadnie pod stopy i uśmiechnie się pełnymi wargami. Jeśli to wierzbowy listek, to będzie miał dwie pełne rozchylone czerwone wargi. Ty pahladzi, jak charasze na świeci, i nawat jak sztoś wiahnia, ta charasze wiahnia. I pachuczaja sieno majam.

Wznoszę toast za wybitne, choć tak codzienne i zwykłe myśli matki. I za moc słowa.

I za toja, szto kazka heta asoba. I za toja, szto kożnaja kniżka heta asoba. I za toja, szto majo dzieciństwo praszło ǔ wioscy. Jak dobro, szto ja naradziłasa ǔ wioscy. Bahaciej baczym, kali baczyli wiosku z drewami, i les, i bałoto, i muraszki.

I za słowa Daniiła Granina, którego książki są i są lekturą konieczną, a słowa te wprost wiążą się z tym, co mówiła matka, a oto one: „Po prostu życie w czystej formie, bez domieszki celu”. Słowa pochodzą z książki „Miesiąc do góry nogami”, pisanej dawno temu.

„Po prostu życie, bez domieszki celu”. Czyli to tak, jak w dzieciństwie – rozkoszowanie się samym życiem i życiem otaczającym, czymkolwiek, co się widzi czy słyszy, leśną pajęczyną o poranku, śpiewem ptaków, nagle rozkwitłym kwiatem. Iść do lasu nie z zamiarem nazbierania jagód czy grzybów z myślą o zarobku, tylko żeby pochodzić między drzewami. Pobiec przed siebie. Poczuć wiatr i ciepło słonecznych długich łaskawych szpilek pomiędzy włosami. Wznoszę toast za takie chwile. To są tylko chwile. To są wiejskie chwile. Człowieka pożerają jego miejskie cele i staje się miejskim robotem. Ty za mnogo zamahajasz, a praz heta stracisz siły i chutczej umresz. Niczoho ni zabaczysz, niczoho dobraho ni zjasi, usio robisz, aby chutczej – słowa matki.

Żaden komputer nie zastąpi pierwszego matczynego szczepienia umysłu baśnią. Komputer kurczy mózg u dzieci. Rozleniwia władze umysłowe. Aby rozumnie korzystać z komputera, należy najpierw przejść naukę odsiewania chłamu od informacji, a tego dzieci nie przechodzą! Kognitywiści twierdzą, że odręczne pisanie rozwija mózg u dzieci, a pisanie wyłącznie na komputerze kurczy go, bo polega na szybkim pisaniu kilku stereotypów jako nieprzemyślanych prędkich replik.

Wnoszę toast za jeszcze jedne nieśmiertelne słowa Daniiła Granina z tegoż „Miesiąca do góry nogami”: „Szacunek dla władz to oznaka złego smaku”.

Bo co znaczy „szacunek dla władz”, skoro wszędzie władza państwowa ma skłonności do przemocy wobec obywatela? Tak było, tak będzie. Stosunek do władzy nie jest szacunkiem, nigdy i nigdzie. Szacunek zbyt łatwo przechodzi w czołobitność, w poniżanie się i sprzyja rozwojowi dyktatury. Stosunek do władzy powinna być innego rodzaju – to przytomność w jej ocenie i ocenie swego położenia pod daną władzą. Wznoszę toast za to, żeby nawet nie udawać szacunku do władzy i żeby żadna władza nie wymagała podporządkowania się jej, żeby nie wymuszała masowego szacunku. Zresztą nie da się wymusić takiego szacunku. Ludzie milczą ze strachu, a nie z szacunku. Milczenie takie – ze strachu – uchodzi za szacunek w oczach władzy.

Za słowa Daniiła Granina z tej samej książki: „Dawniej książki zmuszały człowieka do myślenia, dzisiaj człowiek czyta po to, żeby nie myśleć”.

Daniił napisał to pół wieku temu, kiedy podróżował po krajach kapitalistycznych. Nie mylił się w diagnozie.

Za tych, którzy nie mylą się w diagnozie. Za wybitną literaturę. Ona zaczyna należeć do rzadkości. Książek mamy nadmiar, ale literatury – nie.

Za słowa Daniiła: „Tragedia zbliża wielkich ludzi do zwykłego człowieka”

Ależ tak! Wystarczy ta sama choroba, co u sąsiada, ślepota nas przykład. I wielki Bach czuje najzwyklejsze bycie wraz z sąsiadem.

Za słowa Daniiła: „Najłatwiej skrywać obłęd na tronie”. Ależ tak. Na każdym eksponowanym stanowisku fajnie się skrywa obłęd. Widzimy to, obłęd rządzących.

Za słowa Daniiła: „Nic tak nie męczy, jak przeciętność”. Ależ tak. Dlaczego czytelnik uciekł od nowoczesnych książek i nowoczesnego teatru, i w ogóle od kultury. Mnie też męczy przeciętność,i uciekam.

Za słowa Daniiła: „Zgromadzona do kupy chałtura może przesłonić sobą każdy talent. Odechciewa się już na wszystko patrzeć. Nie chce się wierzyć, że ukazał się dobry film, że w tym zbiorku może się znaleźć piękny wiersz”. Ależ tak. Na przykład w antologiach poetyckich widzę przypadkowy chłam. Widzę cyrk objazdowy przeciętnych autorów po zagranicach na targi książki czy wieczorki. W księgarniach widzę zgromadzony chłam w obrzydliwych okładkach. Uciekam. Bardzo sobie cenię książkę „Ptaki bez gniazd” Łarysy Geniusz. Nie kupiłam jej w księgarni, ktoś mi podarował. Książki białoruskich autorów zwykle kupuję na spotkaniach z nimi lub tłumaczami. Zwykle jest to promocyjna cena, której rządząca partia chce zakazać. No tak. „Najłatwiej skrywać obłęd na tronie”. Mamy tron partii.

Daniił mówi o byłych czasach w kulturze, kiedy „mistrz rozpatrywał pracę innego mistrza” i kiedy „talent był niedostępny dla imitacji”. Ależ tak. Obecnie chłam przesłania talenty, a beztalencia bezkarnie robią mierne tandetne plagiaty za starych mistrzów.

Wznoszę toast za słowa Daniiła: „Cudownie, gdy żyją artyści, przed którymi można paść na kolana”. Ależ tak, tylko dziś góra chłamu przesłania talent. Przed jakim pisarzem padamy dziś na kolana? Przed jakim aktorem? Przed którym z reżyserów? Może przed Jarmuschem. Przed niektórymi reżyserkami. Jednak to chyba nie są „aż kolana”.

Wznoszę toast na słowa Rosjanina Daniiła: „Dlaczego nasze uczucia mają być normą moralności”. Ależ zasadne pytanie. Komuś się obraziły uczucia religijne, a jeszcze gorzej – narodowe. No i mamy ciąganie się po sądach w „obronie moralności” i „przeciw szkalowaniu narodu” (zwykła satyra uchodzi dziś za „szkalowanie narodu”).

Zapisywaju hetyta ǔsie słowy chutczej, chutczej, bo bajusia, szto umru i ni uśpieju. A hetyja słowy takija ważnyja. Biez jich nima jak hladzieć na sprawy. A jaszcze choczacca pahladzieć, i na świet, i na sprawy. I kamuś druhom choczacca pakazać razumnyja słowy, i Daniiła słowy, i jaszcze kahoś.

Jeszcze cytat z Daniiła: „Londyn. Tate Galerie. Wyobrażam sobie wystawioną w tych salach naszą młodą sztukę z pierwszych lat rewolucji w całej jej różnorodności – Tatlina, Fiłonowa, Konczałowskiego, Falka, Kuzniecowa, Sternberga, Chagalla, Kandinskiego, Grigoriewa – ich poszukiwania, zdobycze, odkrycia, i uprzytomniłem sobie, jak przekształciłyby się natychmiast wszystkie oceny. Świat zobaczyłby, jak wiele stworzyła nasza wspaniała młoda sztuka, zrozumiałby, że wszystko najlepsze rozpoczynało się już wtedy, i było śmielsze, zdolniejsze, ciekawsze. Wszelacy Amerykanie i inne Szwedy chodziliby po tych salach, cmokali i zazdrościli”. Ano tak. „Przekształciłyby się wszystkie oceny”. Wytłuściłam ważne słowa w tym cytacie i ponownie wytłuszczam. Bezcenne. Daniił w tym akapicie wymienia samych męskich twórców, ale gdzie indziej z zachwytem mówi o wybitnej Natalii Gonczarowej.

Poznanie rozumnych ludzi z innych kultury przekształca wszystkie oceny. Poznanie Białorusinów przekształca wszystkie oceny, które zazwyczaj są banalnymi stereotypami, hańbiącymi ich właścicieli.

Wracam do twórczych kobiet, „aby przekształcić wszystkie oceny” tym moim skromnym szkicem. Chociaż częściowo przekształcić oceny.

Wspomnę o Katarzynie Kobro, wielce zasłużonej dla awangardy polskiej i długo tu u nas niechcianej. Żyj, Katarzyno, osobo o mieszanej wschodnio-zachodniej narodowości, swoim nieśmiertelnym dziełem.

Nie mogę znaleźć w Internecie wynalazków Białorusinek. Ani białoruskich filozofek nie znajduję. Co najwyżej mam informację, ile tysięcy Białorusinek dostało się w łapy mafii, handlującej ludźmi. I czytam, że w białoruskiej Akademii Nauk praktycznie nie ma kobiet. Dwie są. Co najwyżej znajdę durne informacje, że jakaś matematyczka założyła burdel. Potem okazuje się w innym miejscu Internetu, że to nie matematyczka, tylko zwyczajna kurwa. Widzę, że przez Internet zachodni faceci traktują Białorusinki jako nieskończony rezerwuar kurew, kopalnię kurew. To samo z Ukrainkami. A ja tu poszukuję kobiecego twórczego umysłu.

Mam zatem do przypomnienia świętą Eufrozynę i błogosławione księżne – Ulianę Olszewską i Sofię Słucką. Wznoszę toast za te dzielne kobiety z przeszłości. Tak rzadko słychać w naszych świątyniach ich imiona. Właściwie w ogóle nie słychać. Nie czujemy więzi z Białorusią? Jak szybko zła granica oduczyła nas więzi rodowej.

No to wracam do jeszcze odleglejszej przeszłości. Wznoszę toast za pierwszą kobietę nauki, lekarkę, MeritPtah, żyjącą około 2700 lat p.n.e. w Egipcie. Jej imieniem nazwano krater na planecie Wenus. Żyj, Merit, w naszej pamięci. Jak dobrze, że zostałaś odnaleziona przez ludzi nauki. Wielka nowoczesna zasługa kobiet i mężczyzn.

Wracam do imion licznych twórczych kobiet, bo mamy ciągle czasy mizoginów. U władzy ciągle plączą się nam mizogini, jak Korwin. Pozbierałam nowożytne wynalazki kobiet na FB w proteście przeciw głupiemu stwierdzeniu Korwina, że kobiety są słabsze i głupsze, dlatego muszą mniej zarabiać. O nie, bracie. Na FB mówiłam tylko o wynalazkach, którymi na co dzień posługujemy się, a których dokonały kobiety, ale bez ich imion. Teraz wyliczę imiona wynalazczyń. Tymi wynalazkami posługują się ludzie na całej ziemi, niezależnie od narodowości.I mizoginii. I jest to tylko ich skromna część, tych wynalazków. I ta skromna część robi wrażenie.

No to za nowożytne wynalazki kobiet. Te z 19 i te z 20 wieku. Za wynalazczynie. Musiały walczyć z determinacją się o to, aby mierni cwaniacy nie kradli im wynalazków.

Patricia Bath wynalazła sprzęt do laserowego leczenia zaćmy. Maria Telkes wynalazła słoneczne ogrzewanie domów. Ellen Ochoa – system analizy optycznej. Marta Coston – flary sygnałowe. Barbara Ackins – znalazła sposób na wywoływanie filmów. Marion Donovan – jednorazowe pieluchy.  Ann Moor – nosidełko. Sarah Goode – składane łóżko. Bette Graham – korektor. Dwunastoletnia Rachel Zimmerman – drukarkę symboli Blisa i program komputerowy dla niepełnosprawnych (z porażeniem mózgowym). Stephanie Kwolek – kamizelkę kuloodporną i włókno kevlar. Tabitha Babbitt – piłę tarczową. Hedy Lamarr – system tajnej komunikacji, bezprzewodowy przesył danych. Mary Anderson – wycieraczki samochodowe. Josephine Cochrane – zmywarkę do naczyń. Elizabeth Magie – grę planszową The Landlard’s Game, poprzedniczkę Monopoly. Margaret Wicox – ogrzewanie samochodowe, pralko-zmywarkę. Anna Connelly – schody ewakuacyjne. Maria Beasely – tratwę ratunkową, maszynę do produkcji beczek. LelitiaGeer – strzykawkę medyczną. Nancy Johnson – lodówkę elektryczną. Ada Lovelace – algorytm komputerowy. Shirley Jackson – przenośny faks, dotykowy panel telefonu, ogniwo słoneczne. Alice Parker – centralne ogrzewanie. Grace Murray Hopper – oprogramowanie komputerowe. Nancy Johnson – maszynę do produkcji lodów. Maria Van Brittan Brown – telewizję przemysłową. Margaret Knight – torbę papierową (tę torbę papierową usiłował ukraść pewien facet, ale Margaret ostatecznie nie pozwoliła, walcząc o siebie pełnią determinacji).

Dorzucam jeszcze kilka imion: Rosalind Franklin – wkład w odkrycie struktury DNA. Jane Goodall – badaczka szympansów. Jocelyn Bell Burnell – astrofizyczka. W tym szkicu interesują mnie jednak nie tyle odkrycia naukowe, co przede wszystkim praktyczne wynalazki.

Wznoszę toast za to, aby wynalazki kobiet nie podlegały kradzieży przez miernych mizoginów cwaniaków, którzy ujrzeli możliwość niezłego zarobku, krańcowo lekceważąc płeć żeńską i żerując na niej.

Muszę jednak wejść na grunt ścisłej nauki, chociaż na chwilę, aby unaocznić, jak bardzo krzywdzono twórcze kobiety. Wznoszę toast za pamięć o Rosjance pochodzenia polskiego, matematyczce i pisarce z 19 wieku, Sofji Kowalewskiej. To pierwsza profesor matematyki (rachunek różniczkowy, mechanika, optyka). W Rosji nie mogła znaleźć zatrudnienia na uczelni. Atakowano ją w Szwecji, a robił to między innymi zaciekły wróg kobiet August Strindberg. Atakowały ją żony profesorów. Kiedy studiowałam na UW, nawet nie wspomniano o jej wybitnej twórczości pisarskiej. Carska cenzura czuwała nad jej utworami.

Atakowały ją żony profesorów. To charakterystyczne dla patriarchalnych struktur, że kobiety tłumnie atakują wybitną kobietę. Agatha Christie ujęła to następująco w książce „Tragedia w trzech aktach”: „Kobiety nie są okrutne dla mężczyzny, chyba że chodzi o jakąś konkretną osobę, są okrutne tylko dla kobiet”. Ja nieraz czułam na sobie takie babskie okrucieństwo. To ciągle stare systemowe okrucieństwo, patriarchalny mizoginizm obu płci, wymuszony przez mizoginiczne rządy, przez mizoginiczne kościoły.

Wznoszę toast za matematyczki z ubiegłych wieków i z 20 wieku. Za Amalię Emmy Noether, za Grace Chishohn Young, za Marie-Sophie Germein (18/19 wiek), za Julię Robinson. Sophie Germein musiała publikować swoje prace pod męskim pseudonimem (Antoine Le Blanka), tak bardzo była atakowana za swój talent, tylko dlatego, że była kobietą. Wszystkie matematyczki były bez przerwy prześladowane przez mizoginów. Utrudniano im życie, rozwój, publikacje, szykanowano.Kretyńscy uczeni jeszcze w 19 wieku przestrzegali kobiety przez rozmyślaniami i matematyką, bo to miało grozić udarem mózgu!!! Wznoszę toast za współczesną matematyczkę, laureatkę pierwszego matematycznego Nobla dla kobiety – Maryjam Mirzakhani z Iranu. Miała 37 lat, kiedy otrzymała tę nagrodę.

Wznoszę toast za wynalazki mężczyzn.

Tu wyliczę krótko wynalazki Rosjan, abyśmy nie żyli we wrażeniu, że odkrywczy jest tylko świat zachodni, a Wschód to terra incognita. Wyliczam bez nazwisk, i jak mówię, pobieżnie: czołg, giria, elektrownia atomowa, gra gorodki (zbijanie figur kijem; popularna np. w Finlandii), syntetyzator ANS, hektograf (powielacz), czteroosobowe szachy z twierdzami, okręt podwodny (1834), 7Z (format archiwizacji plików), otwór wiertniczy, jogurt, czapka uszanka, telefon komórkowy, lodołamacz atomowy, śmigłowiec (autor kontynuował jego budowę w USA, dokąd uciekł z Sajuza), tramwaj elektryczny, sztuczny satelita, narkoza, kałasznikow, Tetris (logiczna gra komputerowa), telewizor kolorowy.

Żyjcie i rozwijajcie się, wynalazki, nie tracąc autorstwa w wyniku rozwoju i zawłaszczeń – nie tracąc swego źródła. Wynalazki rosyjskie często służą wojnie – to inna sprawa. A zachodnie co, wyłącznie pokojowe są?

Kobiece wynalazki też służą wojnie, jak tajna komunikacja czy komputer. Oby wojny zaczęły należeć wyłącznie do koniecznych – obronnych. Za uduszenie wojny jako takiej, a zwłaszcza służącej do opanowywania stref wpływu i do organizowania nowych stref wpływów. Za to, aby mocarstwa nie tworzyły z mniejszych krajów swych poligonów wojskowych, nie licząc się z życiem ludności cywilnej.

Wznoszę toast za wynalazki Polaków. Wyliczam pobieżnie: spinacze, kosmetyki w tubkach, witaminy, łazik księżycowy, walkie-talkie, wykrywacz min, pleograf (do rejestrowania ruchomych obrazków), aeroskop (ręczna kamera filmowa), peryskop odwracalny (w czołgu), amortyzator, piec na ropę, zegar elektryczny, już w 1815 roku pojazd napędzany parą, łódź parowa, automatyczny warsztat tkacki, most spawany, dromograf (urządzenie do określania kursu statków). Już w 17 wieku szlachcic o nazwisku Siemianowicz pracuje nad technologią wytwarzania rakiet.

Kopernik poza potężnymi dokonaniami w nauce wynajduje kanapkę. Chodzi o posmarowane masłem kromki chleba. Taki niby drobiazg, ale trwały i o planetarnym zasięgu. Kopernik zauważył, że żołnierzom lecą kromki chleba w piach, że kiełbasa wypada spomiędzy nie posmarowanych kromek i tytła się w piachu, więc wynalazł sposób, aby kromki chleba były zlepione, a kiełbasę dobrze pomiędzy sobą trzymały.

Polacy także równoległe dokonują wynalazków, jak kamizelka kuloodporna czy wycieraczki samochodowe. To tylko niektóre, jak mówię, wynalazki Polaków (niektórzy następnie pracowali dla USA). Polska nie troszczy się o to, aby polskie wynalazki nie były podbierane przez złodziei z innych państw, jak też nie umie się z nich cieszyć, i nie za bardzo pielęgnuje pamięć o nich, na przykład w podręcznikach. Konotacje religijne mają u nas zawsze pierwszeństwo. Jest to fatalne. Oczywiście Maria Curie-Skłodowska jest powszechnie znana, ale z odkryć naukowych.

Jeśli chodzi o wynalazki Białorusinów, to one ginęły w rosyjskim mocarstwie, szły na jego konto. Dopiero od niedawna Białorusini pracują naukowo na własne konto. Również za rządów Łukaszenki. Wyliczam: ważne leki, przeciwrakowa laktoferina, lasery nowej generacji, superkomputer SKIF-GRID, satelita zdalnego sondowania ziemi.

Białorusini wyhodowali w laboratorium czerwony szmaragd, co graniczyło z cudem.

Wznoszę toast z ten cud, za czerwony białoruski szmaragd. Niczym nie ustępuje naturalnemu. Jest bardzo ceniony na światowym rynku jubilerskim. Ma barwę białoruskiej czerwieni, z odcieniem karmazynowym.

Wznoszę toast za to, żeby Białoruś nie zaznała krwawego majdanu – z górą trupów, w tym dzieci i niemowląt. Niech lepiej triumfuje białoruski pokojowy czerwony szmaragd. Jeśli zmiany, to drogą reform, a nie przez górę trupów i zloty najemników, aby bezkarnie postrzelać do ludzi.

Nikomu dotąd nie udało się wyhodować czerwonego szmaragdu w laboratorium. Ten przepiękny szlachetny samorodek to bardzo rzadkie zjawisko na ziemi. Występuje jedynie w górach Wacho-Wacho w stanie Utah w USA. Teraz mają go Białorusini.

Wiele nowożytnych  imion żeńskich pominęłam. Nie chodziło mi o dokładne wyliczanie. Tylko zaznaczyłam problem: wykluczane imion żeńskich. Strach pomyśleć, że znowu nasi mizogini mogą zająć się upychaniem w magazynach książek utalentowanych autorek (co się zresztą dzieje, np. z książkami Dubravki Ugrešić), czy zamykaniu internetowych stron z ich imionami i utworami. Już się zaczyna kasowanie genderowych wykładów na uniwersytetach.

Wznoszę toast za twórczą Aiszę, żonę Mahometa.Faceci przybiegali do niej z pytaniami z różnych dziedzin, także polityki. Występowała przeciw mizoginicznemu kalifatowi.

Za męskie wynalazki arabskie, wyliczam niektóre: za kawę, kamerę, spadochrony, mydło, destylacje, łuk, skalpel, wiatrak, wieczne pióro, trzy dania na obiad, dywany, czek, torpedę, ogrody warzywne. Za astronomię, matematykę i medycynę.

Wznoszę toast za to, żeby powstała Księga Wynalazków i Odkryć Naukowych Kobiet i żeby stała się lekturą obowiązkową, i żeby to było najpierw wydanie papierowe, bo ono wciąż pewniejsze. Zdaje się, że to tylko marzenie. Kobieta w 21 wieku pracuje zespołowo nad wynalazkami. Sława przypadnie miernemu cwaniakowi jak zwykle? Za to, żeby kobieta dokonywała wynalazków i odkryć naukowych samodzielnie, w samotności, i była odkrywana, i doceniana w porę.

Dobrze, że jest taki mężczyzna, jak Jacek Drozda. On to przypomina (na stronie: Kobiety w nauce – Dziewczyny do nauki), że Rosalinda Franklin przeprowadziła fundamentalne badania, które pozwoliły odkryć strukturę DNA, za co tylko Watson i Cricks otrzymali Nobla. Jacek Drozda przypomina, że to Cecilia Pacyna-Gaposchkin odkryła, że głównym składnikiem gwiazd jest wodór, ale jej odkrycie było ukrywane do 1929, aż pewien facet te wyniki przyswoił. Jacek Drozda przypomina,, że to Lise Meitner pierwsza opisała zjawisko rozbicia jądra atomowego, ale to Otto Hahman otrzymał za to Nobla (1944), bo ukradł od niej to odkrycie. Tak wygląda świat, w którym żyję. Czuję się nieswojo, bo moją płeć mizogini pozbawiają doniosłości i nagród Nobla.

Wznoszę toast za Jacka Drozdę.

On przypomina też postać wybitnej włoskiej lekarki Trotuli z przełomu 1 i 12 wieku. Jej nieocenione osiągnięcia przypisywano mężczyznom, a po jej śmierci w ogóle zaprzeczano jej istnieniu!

Jacek Drozda słusznie twierdzi, że trudno sobie wyobrazić współczesną filozofię bez dokonań Hannah Arendt. Ja dodatkowo twierdzę: trudno sobie wyobrazić dzisiejszą filozofię bez dokonań Jolanty Brach-Czainy.A w naszej telewizji zbierają się jacyś faceci, niby filozofowie, i tych nazwisk nie widzą. Ględzą. Ciągle siedzą w św. Augustynie. Zły neokonserwatyzm.

Wznoszę toast za więcej, znacznie więcej Nobli dla twórczych kobiet.

Wznoszę toast za wygodny biustonosz, który wynalazła Mary Phelps (1914). Poprzednie budowle z drutów i twardej materii, w które wciskano kobiety, uniemożliwiały chodzenie i pełne oddychanie. Mary rozdzieliła piersi. A biustonosz odtąd miał ramiączka. Jednak nie był to nadal zbyt wygodny biustonosz, bo był nierozciągliwy. Wrzynał się w ciało. Dopiero w drugiej połowie 20 wieku mamy elastyczne biustonosze, które są naprawdę wygodne. Wznoszę toast za wygodne biustonosze.

Nasze kobiety przeważnie nie nosiły biustonoszy. Trudno w nich było pracować w gospodarstwie. Matka obmyśliła sposób na wygodny biustonosz: wydziergała go na drutach z bawełnianych nitek.Na zimę wydziergała inny, z cieniusieńkich wełnianych nitek. Oba miały szerokie ramiączka. Na moją prośbę wydziergała taki dla mnie, letni i zimowy. Jakże wygodnie człowiek miał się w nim! Matka szybko umiała wszystko zrobić na drutach. Wręcz błyskawicznie. Rękawiczki, skarpety, swetry i spódnice. A te jej biustonosze nosiłam do chwili, kiedy w sklepach pojawiły się elastyczne. Wznoszę toast za to dzieło matki.

Matka wydziergała mi na drutach rajstopy z wełny na zimę, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o rajstopach. Miałam wtedy sześć lat. Wznoszę toast za te pierwsze rajstopy, dzieło mojej matki. Nie musiałam nosić niewygodnego kaftana ze sprzączkami na pończochy. To było ustrojstwo, uniemożliwiające pogodną egzystencję.

Czym ja wznoszę toasty. Wyimaginowanym kielichem z białoruskim czerwonym szmaragdem wewnątrz. Można to sobie wyobrazić. Czerwony szmaragd delikatnie się kołysze, jak wisienka.

Bezsprzecznie wielkim wynalazkiem kobiet jest chodzenie z odkrytą głową, jeśli tylko pogoda pozwala. Także: wchodzenie do świątyń z odkrytą głową, jeśli to nie zima. Wznoszę toast za odkrytą głowę kobiety. Pięknieją wtedy włosy. Nie przetłuszczają się i nie wypadają. Chodzenie z odkrytą głową jest wynalazkiem – bycia.

Na koniec coś zabawnego i znoŭ na prastoj mowie. Jak maci daŭbiła haławu koszcy, jakby taja była razumnaju babaju i panimała czaławieczuju mowy. Moża panimała:

Ty dwa razy u hod kociszsa znoŭ. Jak tabie ni ŭstyd. A szto mnie rabić z twajimi bachurami! Znoŭ mnogo kacianiat prywałakła. Aż nipryjemno liczyć. Na świeci ludziej za mnoho, a ty swajimi kacianiatami pchajaszsa, dy jaszcze druhi raz u adzin hod! Pierasielanaść na ziamle, darahaja koszka. Mahłab aprytamnieć i ni ciohacca pa mużykach. Taż ty darosłaja. A takaja ceły czas nitałkowaja. Ni budu da cibie adzywacca praz miesiac. Zabaczysz, jak heta nipryjemno, kali haspadynia jeść daje, ali maŭczyć. I tak tabie hetych buławaczoŭ paadbirajam.

Każu tost za hetyja słowy majej darahoj mamy. I za tuju nitałkowuju koszku-babu, jakoj daŭno na świeci nima.

I mamy daŭno nima na świeci. A toj obraz z tamtymi sławami żywie ŭ majej pamiaci.

Każu tost, kałyszu biełaruski czerwony smaragd u prydumanaj czarcy. I ŭśmiachajusa. Uśmiachniciasa i wy.

Mnie zdajecca, szto przyroda ciahnia minie nazad. Tam maci praściraja ruki, kab minie abniać. Sztoraz bliżej da jaje. Mnie zdajecca, szto ja padaju ŭ jaje jak u jakujuś hłybinu. Hetaja hłybina mnie niznajomaja.

Skoro już mi się zaplątał Daniił do szkicu, to jeszcze on: „Staroświeckość jest potrzebna człowiekowi współczesnemu nie tylko dla upiększenia życia. Budzi ona szczególną miłość ojczyzny, stanowi odtrutkę na powszechną standaryzację i zawiera jakąś niezbędną witaminę moralną”.

Daniił miał na myśli sytuację, kiedy kawiarnia od stu lat znajduje się w tym samym miejscu, ma tę samą nazwę i pielęgnuje pamięć o swym założycielu, a tak dzieje się w Anglii. Chodzi także o pomniki, nazwy ulic, skwerów, o stare parki, sztukę, utalentowanych pisarzy, najstarsze drzewa.U nas dzieje się odwrotnie. Mamy ciągłe zrywanie ciagłości.

 

Tamara Bołdak-Janowska

Tamara Bołdak-Janowska. Piśmo da Hospada Boha (cz. I)

1. Niczoho tut nadzwyczajnaho. Mnohija piszuć piśma da Hospada Boha. Molacca, prosiać, pakłony bjuć. A ja chaczu biez pakłonaŭ, biez malitwaŭ i prośbaŭ, a tak. Kab pahawaryć na prastoj mowie. Ci ty jeść, ci cibie nima, usio raŭno. Moża hawaru z saboju. Zwiartacca budu małoju literaju. Jeśli majam słowo „Boh”, jeśli majam słowo „bahaty”, tady żywiesz ŭ hetych słowach. „Bahaty czaławiek” i „bahataja ziamla” ni majuć adzinakawaho znaczeńnia. Budu hawaryć z „mnostwam” jak bahactwam ziamli. Praŭda, ja ŭże ni maju mnostwa żyćcia pierad saboju, ali jeśli paliczyć minuty, ta adnak wyjdzia mnostwo. Znaczyć ja ŭże minutny czaławiek. Mahu pacieszycca, szto sekundaŭ maju bolsz. Bahactwo ziamli razumieju jak taksamo bahactwo myszli, a ni tolki jak bahactwo ptuszak i kwietak. Dapuścim, hawaru z mnostwam myszli. Dapuścim, szto maji myszli prabjucca praz ziamlanoja bahactwo myszli. I dzieś wyrastuć. Moża ŭ adzinoci. Dapuścim, szto adzinota heta ty.

Tolo każa: spytajsa, czamu drewo umieja lepiaj żyć, czym czaławiek. Drewo cianiacca da nieba, małoja i wielkaja. Kali jano adno staić, biez karczoŭ znizu i druhich drewaŭ, szyroko razkładaja haliny, taŭszczeja pniom, i robicca takoja charoszaja, szto możno zahladziecca. Kali jano wyrastaja pad wielkim drewom, ta aplataja jaho abo abnimaja i razam żywuć. Adno tonkaja, druhoja toŭstaja. Kali czaławiek wyrubaja drewy, jany wyrastuć u druhom prychilniajszym miescy, ali tam jaho mohuć tak samo zrubać. Kali czaławiek ni ŭmieszywajacca, drewy rastuć wolnyja i abnimajucca. Spytajsa jaszcze, ci kali trawa raście husto i szyroko, a jaje kałysza wieciar, i jana apirajacca adna ab druhoju, ci tady joj lahczej ŭmirać, czym czaławieku ŭ swajej hramadzie. Ci heta dobryja zapytańnia?

Heta dobryja zapytańnia, każu, ali ja chacieła pahawaryć ab czaławieczych sprawach. Kali ludzi iszli, kab zhareć ŭ krematornaj pieczy, jim ni było lahczej czym trawie, chacia stajali ciesno, apirajuczysa, trymaczysa za ruki, abo iduczy adzin za druhim. Kali siońnia bambardujuć ludziej, jany umirajuć ŭ hramadzie jak trawa, jakaja chocza piaratrywać ŭ padwałach. Ludzi ni adrastajuć jak trawa. Ludzi ludziej ŭsprynimajuć jak trawu.

Kali wajennyja bandyty, lasnyja bandy, palili biełarusaŭ ŭ jich chatach, jim ni było lahczej, chacia pamirali abnimajuczysa.

Dziwosnaść. Kali ja chaczu najci jakojaś zabytaja biełaruskaja słowo, ja jaho szukaju ŭ polsko-biełaruskam słoŭniku ŭ Internecie. Patom prypaminaju jaho huk na prastoj mowie. A tut z taho czasu, jak Ŭkraina chocza ŭ Jeuropu, palityki Internetu staŭlać dla minie ścienu polsko-ukrainskich słoŭnikaŭ pierad polsko-biełaruskimi. Na szto mnie heta reklama. Ta ż ja ni źmianiu majaho biełaruskaho słoŭnika na ukrainski! Ta ż takoja pierszynstwo ni dla minie i ni dla druhich szukaczej biełaruskich słoŭ. Minie cikawić wykluczno polsko-biełaruski słoŭnik. Znaczyć słoŭniki robiacca palitycznymi. Nie, heta ni toja. Heta toja, szto majam palitykaŭ Internetu. Tut ni możno zamianić adnaho druhim, ŭże „lepszym”, ŭże „narmalnym”, bo „jeurapiejskim” ci z ciahaju da Jeŭropy. Słoŭnik polsko-biełaruski tak samo jeŭrapiejski, jak druhija. Nu ali my ŭsio ninarmalnyja, bo my jaszcze choczam dumać i bajimsa wajny.

Spażywieckaja cikawaść. Spażywiectwo. Heta ni całkam toja samaja, szto polskaja słowo „konsumpcjonizm”. U biełaruskim internetawym słoŭniku nima raŭnaznacznaho słowa. Znaczyć trebo prydumać. Jakoja tut prydumać? Shopping adn fucking. Heta jakraz toja. Shopping and fucking majuć być wyznacznikam ŭzraŭnia żyćcia, pierad ŭsim shopping and shopping. Na resztu można naprykancy pahladzieć, i nawat nahladziecca (ŭsiakaj pornaŭszczyny), znaczyć dadajem ananizm. Unŭtry pustata. Ni pahaworysz. A dzie by jaszcze pajechać. Pajeduć, ali nawat raskazać ni patrafiać, i ni choczuć. Kali ŭnutry pustata, ta trebo jaszcze dzieś jechać. I tak jeździać i jeździać.

„Spażywiec” heta chutczej „smakosz”. Heta narmalnaść. Heta nasza narmalnaść. „Smakosz” heta „hurman”, padaje słoŭnik. My tak ni hawaryli. Hurmany dla nas byli tam, dzie źbirałasa hurma. Hurmy my ni lubili.

My astalisa smakoszami pieraborliwymi i razborliwymi. Aby czaho ni choczam, ni jeści, ni czytać, ni ahladać. Lepiaj budziam kałupacca ŭ jakojś małoj chatniaj pracy, kab tolki ni biehczy tudy, kudy ŭsie biahuć. Dawajcia astawajamsa takimi jak najdaŭżej. Praŭda, siarod nas jeść i biehajuczyja. Biehali i ŭ faszysty. Da sich por astajecca żywym abwinawaczywańnie biełarusaŭ, szto biehali ŭ faszysty. Usio, szto dobraja ŭ nas, pamiraja, a astajecca toja abwinawaczańnie? Mnie robicca straszno.

Człowiek z mackami. Na prastoj mowie budzia: czaławiek z szczypalcami. Da sibie zwiarnusa na „ty”. Tyknu sibie, ali dumaju, szto i cibie. Siarod homo capitalisticus, tolki adny z szczypalcami. Takija ludzi padkopywajuć twajo żyćcio. Maŭczkom choczuć cibie abakraści (ni dajeszsa, z maciuhami adwieszywajasz słuchaŭku i pawiadamlajasz palicju). Maŭczkom piszuć danosy wyssanyja z mizinca (niczoho ni możasz zrabić; ty biezdapamożna). Maŭczkom arhanizujuć sztoraz bliżejszyja wojny (ty biezdapamożna). Maŭczkom piszuć piśma ŭ redakcji, kab cibie ni drukawali (ty biezdapamożna; spadziawajaszsa na rozum redaktaraŭ). Maŭczkom zabiwajuć twaju bijagrafiju, ustrojiwaczy błakadu gazietawych infarmacjaŭ ab twajej tworczaści (ty biezdapamożna, adnak prabiwajaszsa ŭ Interneci). Usio heta robiać uśmiachajuczysa da cibie, zwoniaczy miłym hołasam, i prytwarajuczysa pryjacialami. Mnie choczacca, kab worah byŭ woraham, kab ni prytwaraŭsa pryjacialam. Ali ż majam stahodźje manipulacji.

Dumaju, szto tyknuła cibie, piszuczy ab sibie. Dumaju, szto ty rabiŭ toja, szto ja, szto dumaŭ toja samaja, szto byŭ i majej haławie, szto ty byŭ majej nizhodaju na czaławieka z szczypalcami.

Lepiaj sztoś druhoja tabie raskażu. Pamiataju, jak kaliś ŭsie ŭśmiachalisa, swaji i czużyja. Bo wajna konczyłasa. Bo znoŭ możno było żyć, ni bajuczysa, szto ni dażywiesz da zaŭtra. Ŭ 21 stahodźji szyroko uśmiachajucca palityki, kali jim udajecca zrabić dzieś wajnu. Ni mahu hladzieć na jich szczaśliwyja zubiska. Ja znaju, ty na heta ni hladzisz. Ty ni umiejasz hladzieć na ŭsio, i na kożnaho czaławieka addzielno ni umiejasz. Ty majasz tolki spadziawańnie, szto czaławiek parazumnieja. Ŭ minie takoho spadziawańnia nima. Znaczyć ty bolszy ad minie. Twajo spadziawańnie nachodzicca ŭ chramach, ŭ rotach świataroŭ, ŭ światych kniżkach. Bolsz nidzie. Wychodzić, szto heta ni całkam twajo spadziawańnie. Ali ty na peŭno ŭsmiajaŭchsa czeraz ludziejm, kali jany ŭśmiachalisa paśla strasznaj wajny i budawali nowyja chaty, i cieszylisa. Ja ŭpeŭniana, szto taja radaść była twajeju radaściu, bo jana była czystaja, szczyraja. Heta toja, czaho ty choczasz. Wajna, hibial pierad czasam, heta ni toja, czaho ty choczasz.

Pryczyna majaho słowa. Piszu da cibie, bo ŭnutry ni majasz ni trochi satany.

Prynimaju jak kasztoŭnaść słowy naszaj staroj żanczyny, jakaja daŭno ni żywie, z akcentam na „czaławiek”: Czaławiek heta satana.

Jana nazywałasa Duńka. U jaje byli zialonyja woczy. Nichto bolsz ni daŭ mnie takoho cennaho atwietu ab czaławieku i Bohu jak daŭno pamierszaja zialonawokaja Duńka.

Dumaju, szto ty zhadżajassa na takuju definicju sibie i czaławieka.

Znaju, szto ty ni hladzisz na czaławieka-satanu, bo jaho ni choczasz, bo ni majasz paniaćcia, chto heta taki. Astaŭlajasz jaho samamu sibie, ali jon złaczynny dla druhich ludziej. U cibie tut pustoja miesco, jakraz dobraja dla złaczyncaŭ. Heta twój nidastatak ci dastatak? Ja ni razumieju. Tut mahu spakojno skazać: cibie nima.

Paŭtaru. Paŭtaru, szto Kant prasiŭ ludziej, kab prazmierno ni dakazywali taho, szto Boh jeść i taho, szto Boha nima, bo paŭpadajuć ŭ dogmaty wiery i niwiery, i buduć jich mnożyć, astajuczysa biez dokazaŭ, zato robiaczysa worahami.

Baczysz?

Ty jeść i ni jeść. U twaho byćja i nibyćja nima dokazaŭ. Mahu skazać: ty żywy mahu skazać: ty miortwy.

Idziem dalej.

Mahu skazać: wierujuczyj i niwierujuczyj astajucca z Boham.

Wierujuczyj astajecca z Boham, jakoho nima ŭ ateistaŭ.

Ateist astajecca z Boham, jaki jeść ŭ wierujuczych.

Karaczej: wierujuczy z Boham, jakoho nima; ateist z Boham, jaki jeść.

Baczysz?

Jeśli piarakreścim twajo byćjo i nibyćjo, ta tak heta wychodzić ŭ ludziej, jak wyżej każu.

Ty astajeszsa pasiaredzinie, nitronuty, ali abudawany siołami dogmataŭ.

Czaławiek żywie ŭ wiarczalnym ruchu wakruh ronda, jakim jaŭlajaszsa ty i czaławieczyja słowy ab tabie.

Ci ty jeść, ni ni jeść, rondo astajecca i astajecca hety wiarczalny ruch ludziej.

Wierujuczyja ni ŭwachodziać u siaredzinu ronda. U jich tolki słowy ab hetaj siaredzinie, budtab tam pabywali i bywajuć. Ateisty śmijucca, szto nijakoho ronda nima, ali heta znoŭ tolki słowy i budtab jany tak samo pabywali i bywajuć tam, dzie „niczoho nima”, wiarnulisa i znajuć. Wuczonyja szukajuć bożaj czastki ŭ prawiłach fizyki i nachodziać sztoraz mieńszuju, a kanca ni widać. Śniłasa mnie definicja: bożaj czastki nima. U czastkach jeść nowyja czastki, i tak biez kanca. Aż prybory nijak ni zabaczać dalejszaho ciahu czastkaŭ. Trebo hladzieć u hłubinu. A heta dalecz. I czastki ŭciakajuć ad czaławieka, ad jaho woka nawat z pryboram.

Maci hawaryła da baćki: staŭ pasiaredzinie kuchni i jaszcze jaho mylaj. Pasuńsa. Zrabi miesco.

Hety wobraz pasuja da twajaho byćcia pasiaredzinie. Ty nijak ni pasuniaszsa. Usio astajeszsa pasiaredzinie jak rondo. I nichto napraŭdu ni znaja, ci ty jeść, ci ni jeść. Sztodzień my cibie mylajam.

Ty astajeszsa tolki abhaworanym.

Rondo heta moża być nasza sumleńnie.

Znaczyć, ja hawaru da sumleńnia abo da pustoho ronda.

Ali ci sumleńnie moża być pustatoju? Jano na peŭno traplaja da cibie i tolki tam raście.

Sumleńnia ni możno nawuczycca. Jano z pazurami wyskaczyć da czaławieka, chacia czaławiek hetaho ni chocza. Heta adno adzinaja żywoja miesco ŭ czaławieka. Z żywym sumlenniem czaławiek żywy. Bywajuć miortwyja żywuczyja ludzi, ŭ jakich sumleńnie dremla abo spić.

Czamu ty dremlasz abo śpisz u ludziach? Za mnoho pracy i ty zmuczyŭsab?

Znaju, szto atwieta ni budzia, szto ja sama pawinna najci adkaz. Ali ja ni nachodżu. Chibo szto sumleńnie należyć calikom da czaławieka i raście znizu, i tolki tady ty jim apiekujaszsa jak kasztoŭnaściu, jakaja czaławieka hryzie, bo tolki tady ty utapiŭ u jaho swaji zuby i dasiahajasz haspadara haławy i serca.

Niekataryja ludzi zamiest sumleńnia majuć wyŭczanuju na pamiać prapahandu fidei ad świataroŭ. Znaczyć jany pustyja, miortwyja. Jany prociŭ abortaŭ na prykład, i liczać heta jich żywym sumleńniem. Tolki heta – adno adzinaja waruszyć jich sumleńniem. Nawat jak i dzicia i maci pamre, aciakajuczy kroŭju, jany prociŭ abortaŭ. Niachaj pamirajuć, tolki kab abortu ni było. Każuć: tady ni budzia wojnaŭ. Bolszaj bałwanszczyny ni czuła.

A szto. A szto robić nawuka? Nawuka robić nowuju bombu.

Abort. Heta ab toja, jak ja paznajomiłasa z majeju mamaju. Ja ŭże heta raskazywała, ali ni na prastoj mowie, dy jaszcze raz trebo. I toja, szto zdaryłaso ŭsio lezia ŭ hoławu i ni prynosić spakoju. Mnie było pad dwa hody. Mama była ciażarnaja i ŭ jaje byŭ straszny krywaciok. Dachtara czakali, kab stała pamirać, i tolki tady możno było ratawać ciażarnuju żanczynu. Inaczaj zakon abwiniŭby dachtaroŭ, szto zrabili abort, a tady była poŭnaja zabarona abortaŭ.

Baczysz, szto było?

Jak zacznie pamirać, ta ŭratujam abo ni ŭratujam. Heta tolki jaszcze adna baba.

Mamy ni było ŭ chaci paŭ hoda. Ja jaje zabyłasa. Jana na zaŭsza zhubiła zdaroŭja.

Baba Paŭla, maci majaho baćki, kiepsko mnoju apiekawałasa. Ja ni chacieła jeści, bo jada była ni dziciaczaj, tolki jakiś mocno salony sup z mocno kisłaj kapusty, nidawaranaj, ćwiordaj jak badyli, ni papałokanaj. Ŭsio było za salonaja, za kisłaja, za ćwiordaja. Baba ŭmieła hatowić jadu tolki dla żywiny, bo tut ni trebo było wielmi staracca. Ja pachudzieła. Rano ni mahła adkryć waczej, jany zarastali toŭstym hnojam. U minie pajawiła chwaroba siroctwa. Ja pamiataju, szto minie niczoho ni cikawiło. Ni katy, ni kwietki, ni cacki. Ja hadzinami sidzieła na padłozi i kaływałasa z boku na bok. Baba minie ni kupała i ja zarasła brudam. U minie byli kuczarawyja wałasy, jakich baba ni mahła razczasać. Jana piarastała minie czasać.

Minie ceły czas ciahnuło na wanity.

Pamiataju, szto ja tady razuczyłasa lubić.

Baćko pracawaŭ na kaleji, a jaszcze ihraŭ na wiasiellach. Jon spadziawaŭsa, szto jaho maci minie dahledzić jak trebo. Pamiataju szto mnie stało ciażko chadzić. I ja piarastała hawaryć. A heta ŭsio praz toja, szto dachtara słuchali kaścielnych palitykaŭ i ni ratawali mamy ŭ poru, tolki czakali, kab stała pamirać, a patom ciażko jaje było wiarnuć da żyćcia.

Ja pamiataju toj dzień, kali mama wiarnułasa. Lico ŭ jaje było biełaja jak śnieh, a ŭ jaje czornych kuczarawych wałasach pajawilisa biełyja pałasy. Jaje papiarednija biełyja zuby byli pasieczany czornymi pustakami. Jana była dla minie czużaja. Ja zabyłasa, szto znaczyć mama. Jana pracianuła da minie ruki i skazała uśmiachajuczysa: chadzi da minie, chadzi da mamy.

Jana pracianuła da minie ruki z paścieli. Znaczyć wiarnułasa poznym wieczaram, kali ja spała, abo ŭ nacze. Łożak byŭ zialony i szyroki. Paściel była pałasataja. Sinija pałoski i żoŭtyja. Jana była jadwabnaja. Pieradwajenna. Heta pomniu.

Ja bajałasa. Bajałasa padyjci da hetaj czużoj blednaj żanczyny z czornymi wałasami z biełymi pałasami. Ja takoj mamy ni pamiatała. U wohule ni pamiatała mamy.

Pamiataju, szto mama zapłakała, ali ŭsmiachałasa praz ślozy. Kali ja odważyłasa padyjci da hetaho uśmiechu, jana minie obniała. Zaraz minie wykupała, razczasała maji wałasy. Adzieła ŭ czystuju saroczku. Saroczka była wykrachmalana i jana kałoła majo chudoja cieło. Mama, czudam wiornutaja da żyćcia, zaraz zrabiła dla minie dziciaczuju jadu. Heta pomniu. Heta było małako z razmoczanym sałodkim sucharkom. Ja paczuła papiaredni smak ŭ roci. Ali jeści ni mahła.

Ja zwanitawała. Pamiataju, szto patom mama karmiła minie ŭsiakimi witaminami i wamalcinaju, i waziła da dachtoroŭ. I pamiataju, szto jaszcze doŭho, doŭho rano woczy maji zarazstaŭ hnoj i adpluszczyć ich ad razu ja ni mahła, i hałasno płakała ad strachu, szto niczoho ni baczu. Mama nakryczała na baćku, szto da hetaho ŭsiaho dawioŭ, ni nazirajuczy baby Pauli. Baćko praz wakno ŭ kuchni nakryczaŭ na panstwo, jakoja amal ni dahrobiło jaho babu. Mama nakryczała na baćku, szto nazywaja jaje babaju. Ja ni baba – kryczała. Ja maju imia. Ni nazywaj minie tak nikoli bolsz.

Białoruska miniatura

Nieżyjący już niemiecki bestsellerowy pisarz, Ralph Giordano w 1994 roku podarował mi rozdział swojej książki „Ostpreussen, ade” („Prusy Wschodnie, żegnajcie”), publikowanej częściowo w pismie „Borussia”. Tytuł rozdziału brzmi: „Weissrussische miniatur”, czyli: „Białoruska miniatura”. Tolo Szaleńczyk na nowo przetłumaczył, bo się gdzieś zawieruszyła kopia. W „Borussii” ten rozdział nie był publikowany.

Tamara Bołdak-Janowska

Nie widać po niej tych 47 lat, do których bez skrupułów przyznaje się, ani się człowiek nie domyśla w niej matki dwóch studiujących córek, kiedy ona tak przede mną siedzi, skora do śmiechu i melancholijna, w jednym momencie entuzjastycznie wybuchająca, a w następnym zachmurzona z błyszczącymi oczami i podejrzanie wysokimi kośćmi policzkowymi, poetka i samozwańcza (jak o sobie mówi – „tatarska księżniczka” , na którą rzeczywiście wygląda) – Tamara Bołdak-Janowska.

Chodzi o jej los jako należącej do innej, białoruskiej mniejszości. O tym chcę się trochę więcej dowiedzieć.

Wstępnie dzięli się danymi statystycznymi, a to pewien rodzaj rozbiegu, który ma przetestować moje zainteresowanie – prawdziwe czy nie: taki egzamin podczas którego Tamara nie spuszcza ze mnie swoich migdałowych oczu.

Ta obecnie samodzielna Republika Białoruska, jak się dowiaduję, liczy dziś 10-11 milionów mieszkańców zarówno katolickiej, grekokatolickiej jak prawosławnej konfesji, a ostatnia stanowi większość. Liczba białoruskiej mniejszości w Polsce waha się pomiędzy 200 a 500 tysiącami, ale Tamara skłania się raczej ku dolnej granicy. Wobec polskiej polityki w stosunku do mniejszości moje wtrącone pytanie kwituje najpierw wybuchem „bah” (ba!), potem jednak dokładniej odpowie.

Pauza, podczas której zachodzi dalsze taksowanie mnie wzrokiem. Staram się wytrzymać spojrzenie pałających oczu tej „tatarskiej księżniczki”, i mam wrażenie, że pokonałem pierwszą przeszkodę, bowiem teraz dochodzi do głosu biografia.

Tamara urodziła się we wschodniej Polsce, 50 kilometrów od Białegostoku, w pobliżu ówczesnej granicy ze Związkiem Radzieckim. Ojciec miał tatarskie nazwisko – tak legitymuje się ten książęcy tytuł córki, przynajmniej częściowo, ale jego ślady nie wiodą do Złotej Ordy Dżyngischana, lecz do Warszawy, w przeciwieństwie do matczynej linii, która prowadzi nad Wołgę. Gdzieś tam na dole tego drzewa genealogicznego jest nawet podejrzewana żydowska babka, co całkiem pasowałoby do wielobarwnego obrazu wnuczki.

Tamara Bołdak-Janowska czuje się Białorusinką – „bez najmniejszych „ale” – chętnie rozmawia o państwowej samodzielności Republiki Białoruś, jednak przydaje temu humorystyczny akcent: „Wie pan, co Białorusini zrobili zaraz po zdobyciu państwowej niezależności? Dołożyli sobie dwa wolne dni świąteczne, jedno z kalendarza katolickiego, drugie – prawosławnego. To był, że tak powiem, pierwszy akt niezależności”. Jej wniosek z tego: „Jest to tolerancyjne współistnienie”. Mimo to Tamara zostaje w Polsce, poetka, która z uporem obstaje przy tym że polskość od 16. wieku bardzo dużo wzięła z białoruskiego języka i kultury, a język białoruski określa jako ojczysty (Muttersprache), jednakowoż – „ponieważ już tu żyję” – pisze w języku polskim. Co? Jak?

Otwiera dużą ciężką teczkę pełna kartek i manuskryptów – wszystkie pisane ręcznie To, co ona mówi i to, co ja czytam, koresponduje ze sobą, ten świat poetki Tamary Bołdak-Janowskiej: „Kwiat ma żółte serce i białe płatki”. Według Tamary Bołdak-Janowskiej – ten kwiat „uśmiecha się, pokazując białe zęby wokół swojej szyi” kwiat jest ścinany ciągle ścinany, „ale on nie krwawi. To jest kosmiczny oryginał”.

Bociany – one mają „zamiast trzeciej nogi, dziób. „Człowiek w tym miejscu ma Boga”.

Interweniuję: Czy pani jest wierząca?

„Nie można dziś powiedzieć, jak dawniej: wierzę w Boga. Można z tym żyć, że się w niego wierzy, nie definiując go. Ale jedna z dłoni Boga jest czarna i on nią niepotrzebnie zabija ludzi. Z powodu tej czarnej dłoni z trudem mi przychodzi czczenie Boga”.

Czytam: „Nie mam zielonych oczu, mam czarne, a więc jestem podejrzanie ruda”.

Podczas gdy Tamara objaśnia i kartkuje, kartkuje, i objaśnia, często się śmieje. To jest śmiech (właściwie rodzaj śmiechu), który sprawia mi ból, choć pojęcia nie mam, dlaczego.

Czytam: Zjadła obiad i czuje ból w gardle – skutki katastrofy w pobliskiej elektrowni atomowej Czarnobyl. „W taki sposób wciska mi się do gardła polityka”. „Ciężko jest – czytam dalej – myśleć w Polsce w sposób wolnomyślicielski, wypowiadać się w sposób wolny, chcieć być niezależnym. „Ten, kto to robi, jest podejrzany o współpracę na rzecz obcych mocarstw albo o to, że jest Żydem”.

Zaraz obok widzę topolę, która ma „morską falę w swoich liściach”. Cudowny obraz. Gdy to mówię, Tamara śmieje się znowu swoim bolesnym śmiechem. Teczka jest pełna rysunków, wśród nich kominy, krematoria.

Sama nawiązuje do Auschwitz. Nie była tam i nie chce tam jechać. „Aby to znać, nie muszę tam być”.

Po drodze do miejsca naszego spotkania jest to – ten komin, niedaleko centrum Olsztyna. Przechodziła obok tego komina i zobaczyła na nim nasmarowany przez kogoś następujący napis: „Tak uciekają Żydzi”. Mówi: Najgorsze jest to, że nikt przeciw temu nie protestuje. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż to, że oko przyzwyczaja się do zbrodniczego tekstu, do zbrodniczych symboli”. Tamara zaczęła pisać opowiadanie o prysznicach  w swoim stylu: „Wszędzie przez prysznice świata jeszcze dziś płynie gaz, który zabijał w Auschwitz, tylko że ludzie tego nie wiedzą. W swojej naiwności zawsze oczekują wody, ale i dziś mógłby tędy powędrować gaz.”

Zdumiewająca godzina.

Tamara Bołdak-Janowska opublikowała około stu wierszy w gazetach i czasopismach, a do tego trzy opowiadania. „To nie dotarło do odbiorcy, ponieważ mój sposób pisania, myślenia jest chyba za trudny dla czytelnika. Próbowałam wydać tomik wierszy, ale dotychczas bezskutecznie”.

Kiedyś dała komuś wiersze do czytania i one zostały potem pod nazwiskiem tej osoby, które powierzyła prace. „To chyba tylko mnie może się zdarzyć”.

I znowu ten śmiech, ten irytujący śmiech – pytający, bezradny, biczujący.

I nagle odkrywam jego tajemnicę, jego prawdziwą przyczynę. Oto został pogrzebany bardzo utalentowany człowiek przez złowrogie okoliczności, kiedy nie mogą się przebić styl i forma wielkiego talentu autsajdera, a poetycka i intelektualna energia poszła w próżnię, w brak rezonansu. Życie tej poetki Białorusinki Tamary Bołdak-Janowskiej przebiega na wąskiej krawędzi pomiędzy osobistymi ambicjami a rezygnacją, bezradnością i nie daje poczucia wewnętrznego pewności, i przez to obciąża zwątpieniem własne dzieło. Jej śmiech, który mnie od samego początku tak boleśnie dotykał, jest skutkiem pytania, stawianego przez wewnętrzną niepewność o własną wartość, na którą dotychczas nie było żadnej publicznej reakcji. To wręcz niewiarygodne, że ten brak nie zdusił kreatywności Tamary Bołdak-Janowskiej, nie zatkał źródła jej poetyki.

To, co nie jest publikowane, pisze na maszynie i sama publikuje. W ten sposób pojawia się co roku około trzydziestu egzemplarzy swego rodzaju inkunabułów, stos, jaki przede mną leży, a który dalej kartkuję i kartkuje. Czasami sprzedaje te tomiki, a czasami komuś podaruje. „Stopniowo staje się samodzielną wydawczynią czegoś, co w naszym stuleciu zanika, po prostu rozpływa się w powietrzu”. Ale podczas gdy ona to mówi, znowu staje się niezłomną „tatarską księżniczką”, ciemne oczy błyszczą, ciężkie brwi skaczą, wysokie kości policzkowe zdają się mienić, a na twarz spada pasmo czarnych włosów. Wojowniczość staje się widoczna i zapowiadająca przyszłość tej, która jest „inna” niż jej otoczenie i chce pozostać inna, „nie będąc zmuszoną przez ten fakt do cierpienia”.

I w tym nastroju powraca do polityki w stosunku do mniejszości i daje upust swemu białoruskiemu sercu: pozór nie odpowiada realności. Nikt w istocie nie zajmuje się potrzebami mniejszości. Cieszy się oczywiście z upadku komuny w roku 1989 na polskiej ziemi, uważa jednak, że uczucia większości wobec mniejszości negatywnie się nasilają, co dotyczy także Niemców czy Ukraińców, no i Żydów i Białorusinów. Czuje się na wstępie odrzucona wraz z jej wyobraźnią, fantazją, mentalnością. Już na wstępie nasila się polski nacjonalizm. Kiedy recytuje wiersze, a czuje na sali obecność tego nacjonalizmu, targają nią wielkie wewnętrzne sprzeczności co do statusu wolności od komuny.

Przyznaje, że ukształtowały ją dwie kultury, także polska. Wskazuje jednak na swoje pochodzenie, na swoje białoruskie korzenie, z czym jest coraz mocniej związana. I jakby to była jakaś szczególna geografia, z dumą zwraca uwagę, że polski wieszcz Mickiewicz, nie przypadkowo pochodzi ze wschodniej części Polski.

W końcu charakteryzuje siebie jako „pięciowymiarową”. Z narodowości jest Białorusinką. Jest Polką ze względu na tradycje wolnościowe. Jest krytyczna jak Rosjanka. Jest rozważna jak Żydówka. I jest zarozumiała jak tatarska księżniczka. Znowu śmieje się swoim, rozpoznawalnym już śmiechem, ale ja czuję teraz przy tym, obok pozostającego wciąż bólu, również głęboki podziw dla Tamary Bołdak-Janowskiej, białoruskiej poetki na polskiej ziemi, dla osoby, która nie chce się poddać, nie pozwala zaszeregować się, stłumić.

Z wyrzutami sumienia przemilczałem do tej chwili obecność Antoniego Janowskiego, męża Tamary – krótki wąs, broda i baczki, trzeźwe spojrzenie. Wprawdzie Tamara nie pozostawiła mi żadnego wyboru – określiła i prowadziła rozmowę, ale przynajmniej czy nie powinienem był spróbować wciągnąć Antoniego Janowskiego, który jawnie pozostaje w cieniu swojej dominującej żony?

Rozgrzeszenie przychodzi ku mojej uldze od niego samego. Kiedy tłumaczę się przed nim z mego braku taktu, śmieje się i mówi: „ Tamara i ja jesteśmy na tej samej długości fal, ale ona jest o wiele bardziej utalentowana niż ja”.

Jeśli tak jest, to jeszcze nie spotkałem bardziej sympatycznej przewagi  partnerki nad partnerem – i tak samo bardziej sympatycznej akceptacji takiej przewagi.

Na koniec naszego spotkania ona mówi coś, czego nie zapomnę do końca życia: „Przez całe życie szukałam ojczyzny, ale jej nie znalazłam. Dlatego mogę zrozumieć ból Niemców, którzy tutaj utracili swoją ojczyznę”. A potem, kiedy już wychodziliśmy: „Niemcy szczególnie powinni troszczyć się o zachowanie demokracji, ponieważ niemiecka demokracja ma wpływ na innych, również na Polaków, także na nas”.

Tamara Bołdak-Janowska – zdumiewające spotkanie!

 

Ralph Giordano
Przetłum. z niem. Antoni Janowski