Płynęło drzewo z puszczy

Przygotowania do spławu na bindudze za Zastawą. Pierwszy z prawej – kierownik spławu Włodzimierz Wołkowycki

Przez całe stulecia drewno pozyskiwane w Puszczy Białowieskiej ekspediowano poza jej granice drogą wodną. Do końca XIX wieku był to jedyny na tym terenie sposób transportu. Drewno spławiano przeważnie wiosną, gdy topniejący śnieg znacznie podnosił poziom wody w rzekach. Spław jesienią był uzależniony od natężenia padających w tym okresie deszczów.

Pierwsze wzmianki o spławianiu drewna z Puszczy Białowieskiej znajdujemy w relacjach kupców hiszpańskich i portugalskich z początku XV wieku. Wymieniają oni drogi spławu drewna na budowę okrętów i na maszty po Narwi i Wiśle do Gdańska oraz portów atlantyckich. Wprawdzie o Puszczy Białowieskiej w nich się nie wspomina, ale na pewno chodzi o ten sławny masyw leśny. Maszty z borów Białowieży były przez stulecia wysoko cenione na zachodzie Europy.

Spławność niektórych rzek puszczańskich w początku XV wieku uwiarygodnia fakt transportu Narewką, Narwią i Wisłą do Płocka ubitej w Puszczy w 1409 roku zwierzyny, której mięso było przeznaczone na prowiant dla wojsk mających wziąć udział w bitwie pod Grunwaldem. Jednakże spław sosen i dębów z białowieskich lasów, jako budulca okrętowego, w XV wieku był jeszcze sporadyczny i niewielki. Handel drewnem na Litwie i Rusi w tym okresie dopiero się rozpoczynał. Tak samo było w drugiej połowie XVI wieku. Na zachodzie Europy istniały duże zapasy drzewne, a sama Puszcza Białowieska od 1538 roku wchodziła w skład prywatnych dóbr królewskich. Królowie ograniczali jej eksploatację, gdyż chcieli mieć tutaj ekskluzywny teren łowiecki.

W tym okresie podejmowano już pierwsze próby ułatwienia transportu drewna i innych produktów leśnych przez oczyszczanie rzek i regulowanie ich koryt. Drewno, z uwagi na mniejsze koszty transportu do miejsc, na których przygotowywano je do spławu (tzw. bindugi), pozyskiwano najczęściej w pobliżu rzek. Dolinę Narewki na wielu odcinkach pokrywały łąki, na których pozyskiwano siano dla zwierząt domowych, a także dla żubrów.

Drewno puszczańskie spławiano w niewielkiej ilości również w XVII wieku. Znany jest kontrakt zawarty w 1691 roku na pozyskiwanie przez trzy lata towarów leśnych z puszcz Wielkiego Księstwa Litewskiego, w tym na wypalanie w Puszczy Białowieskiej potażu i pozyskiwanie rocznie 50 kop sośniny na potrzeby spławu tegoż produktu. Kontrakt ten zawarł z królem jego sekretarz i generalny poczmistrz – Bartłomiej Sardi.

Podskarbi nadworny litewski Antoni Tyzenhauz (1733-1785)

W drugiej połowie XVIII wieku uporządkowaniem gospodarki i pomnożeniem przychodów do skarbu państwa zajął się Antoni Tyzenhauz, podskarbi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Podniósł on znacznie zbyt drewna puszczańskiego za granicę poprzez usprawnienie komunikacji wodnej. Z wielkim nakładem środków, oczyszczono i uregulowano koryta rzek Narwi, Narewki i Leśnej. Dla ułatwienia handlu cennym drewnem sosnowym i dębowym podskarbi pozakładał liczne kantory w wielu zagranicznych portach. Drewno było spławiane do Gdańska, Królewca
i Memla (czyli Kłajpedy).

Komisarzem spławnym za rządów Tyzenhauza był Jan Benkien. W 1782 roku otrzymał on folwark Narewka, a zarząd ekonomiczny dodał mu jeszcze wsie Olchowo i Skupowo. Benkien w końcu rządów Tyzenhauza posiadał szarżę porucznika w batalionie grodzieńskim milicji ekonomicznej i tytuł komisarza handlu do wszystkich portów.

Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński w trzecim tomie „Starożytnej Polski pod względem historycznym, jeograficznym i statystycznym opisanej” (1846) wspominają, że rozwinięty handel drewnem na tym terenie przynosił rocznie około 100 tys. złotych dochodu. Tą samą drogą eksportowano sporo potażu, smoły, terpentyny itd.

Bindug na rzece Narewce było kilka. Pozostałości niektórych zachowały się do XX wieku. Jedna binduga znajdowała się naprzeciw wsi Pogorzelce, druga – przy ujściu Narewki do Narwi. „Bilans remanentów” departamentu drzewnego ekonomii brzeskiej z 1780 roku podawał, że w samych tylko „zabudowaniach bindugi Białowieskiej i Niemierzańskiej” tkwił kapitał 6,7 tys. zł.

Pod koniec XVIII wieku, gdy Puszcza Białowieska przeszła pod zabór rosyjski, wyrąbywanie starodrzewu na pewien czas zostało wstrzymane. W roku 1795 i 1796 ukazały się dwa carskie dekrety, zabraniające wycinania i eksportu drewna, nadającego się do budowy okrętów. Decyzję o zaprzestaniu jakichkolwiek wyrębów podjęto w 1803 roku. Chodziło o to, by pozyskiwanie drewna nie płoszyło żubrów, które zostały objęte szczególną ochroną. Handel drewnem i jego spław zostały całkowicie wstrzymane. Rzeki zaczęły się zamulać. Stan taki trwał do 1838 roku, kiedy zezwolono na sprzedaż puszczańskiego drewna na miejscowe potrzeby, z tym, że można było pozyskiwać tylko sztuki powalone lub posusz.

Zapotrzebowanie departamentu morskiego na drewno okrętowe spowodowało oddelegowanie w tym czasie do Puszczy grupy urzędników z Petersburga, którzy na miejscu mieli rozpoznać sytuację. Po dokładnej lustracji terenu orzekli oni, że wyrąb drewna nie będzie przeszkadzać swobodnemu bytowaniu żubrów, albowiem zwierzęta te nie są tak bardzo płochliwe.

Po zapoznaniu się z urzędniczym raportem, Mikołaj I podjął decyzję o przystąpieniu do czyszczenia i trzebienia ostępów. Ukazem z 28 grudnia 1838 roku zlecił dostarczenie z Puszczy Białowieskiej do Kronsztadu, na zbliżający się sezon budowlany, takiej ilości dębów, która wystarczyłaby do wystawienia dwóch okrętów liniowych. Fachowcy wyliczyli, że należy wyrąbać 2135 okazałych dębów i 215 sosen masztowych. Ponadto należało pozyskać dodatkowo 700 sosen dla podszycia tratew dębowych.

Do Białowieży oddelegowany został inżynier okrętowy Jakimowski, który w połowie stycznia 1839 roku stawił się u gubernatora grodzieńskiego Doppelmajera. Ponieważ ogłoszony przetarg na pozyskanie drewna zakończył się fiaskiem, Jakimowski zmuszony był zawrzeć umowę i odebrać kaucję od trzech kupców leśnych – Żydów. Prace przy wyrębach ruszyły w lutym. Gubernator prosił o przysłanie dwóch oficerów oraz doświadczonych brakarzy, bowiem bardzo trudne warunki pracy w głębokim śniegu spowodowały, że część miejscowego personelu leśnego pochorowała się, a jedna osoba dostała nawet szału. Obrano marszrutę spławu na Niemen i Kłajpedę. Spław Narwią w 1839 roku okazał się niemożliwy. Drewno trzeba było transportować lądem 60 wiorst aż do Niemna.

Prasa warszawska podawała, że w północnej części Puszczy wyrąbano ponad 2800 dębów. Niestety, połowa z nich nie przedstawiała dla marynarki żadnej wartości, głównie z powodu zgnilizny rdzenia. W związku z tym dużą ilość wyciętych drzew pozostawiono na miejscu. Przez długi czas nie znajdowały one kupca, gniły w lesie i traciły na wartości. Drzew sosnowych na maszty znaleziono tylko 6 sztuk, lecz i te miały felery. Mnóstwo drzew wyrąbano więc zupełnie niepotrzebnie.

W pierwszej połowie lipca do Niemna dowieziono blisko 2 tys. kłód, po kilku dniach wyprawiono je do Kłajpedy, a stąd do Petersburga. Przewóz kosztował 320 tys. rubli asygnacyjnych. W 1842 roku poinformowano nowego gubernatora grodzieńskiego, Dołgorukowa, że dęby dotarły do Kronsztadu. Pozostałą ilość dębów postanowiono wywieźć z Puszczy przez Gdańsk, ponieważ transport tą drogą był 2,5 razy tańszy.

Następne wielkie spławy odbyły się w 1847 i 1848 roku. Kupiec białostocki Icek Zabłudowski wyciął w Puszczy i spławił blisko 6,5 tys. sosen.

W latach pięćdziesiątych XIX wieku działała w Białowieży firma Karola F. L. Buggenhagena, która dopuściła się nieprawidłowości w eksploatacji Puszczy. W połowie lata 1856 roku do Białowieży przyjeżdżała komisja rządowa do zbadania sprawy. Dochodzenie nie dało prawie żadnych wyników. Dwaj członkowie komisji dogonili zatem transport sosen, będących w drodze do Gdańska, i wykryli kilkaset sztuk płynących bez tzw. spławnych biletów. Buggenhagen wyszedł z opresji obronną ręką, lecz okrzyknięty przez Żydów złodziejem, stracił na opinii, co obniżyło wartość całego transportu na giełdach. Buggenhagen obliczył swe straty na blisko 100 tys. rubli srebrem.

Należy też wspomnieć, że firma Buggenhagena, oprócz pozyskania drewna, przeprowadziła również oczyszczenie koryta rzeki Narewki na ponad 35 kilometrach.

W tym samym czasie Dymitr Dołmatow, autor opisania guberni grodzieńskiej pod względem gospodarczym, handlowym i przemysłowym, opracował i przedstawił projekt uporządkowania systemu wodnego w Puszczy Białowieskiej. Celem jego było ułatwienie komunikacji i spławu drewna poprzez połączenie Niemna i Bugu z kilkoma puszczańskimi rzeczkami.

W 1863 roku prasa warszawska zwróciła uwagę, że w Puszczy Białowieskiej marnuje się duża ilość drewna opałowego, którego się nie spławia ze względu na wysoki koszt transportu i trudności ze zbytem. Podano także, że w latach 1838-1856 wyrobiono w Puszczy blisko 135 tys. sztuk drzew, które zostało spławione za granicę.

W 1891 roku rozpoczęto roboty przy regulacji koryta rzeki Narewki oraz kanalizacji jej dopływów – Łutowni i Hwoźnej. Prace te ukończono w 1892 roku. Ich koszt wyniósł ponad 35 tys. rubli, przy bezpłatnym przydziale drewna. Łutownia uzyskała 8,5-kilometrowy odcinek spławny. Wobec obniżenia się poziomu wód na uregulowanych ciekach wodnych, wybudowano, kosztem 8 tys. rubli, siedem tam ze śluzami na Narewce, Łutowni i Hwoźnej.

Pod koniec XIX wieku w Puszczy pojawił się alternatywny sposób transportu drewna – koleją. W 1894 roku linię kolejową doprowadzono do Hajnówki, a trzy lata później przedłużono ją do Białowieży. Linia ta przede wszystkim miała ułatwić bezpośredni dojazd cara do białowieskiego pałacu, ale budowniczowie nie ukrywali, że równie ważnym powodem wybudowania kolei było zapewnienie łatwiejszego wywozu zalegającego w Puszczy drewna.

Pomimo uzyskania nowego środka transportu, większość pozyskiwanego w Puszczy surowca drzewnego nadal odprawiano w świat rzekami. Zakładano też nowe bindugi. Na rzece Narewce funkcjonowało ich kilka. Przystanki spławne miała również rzeka Leśna.

Starszy leśniczy Hans Auer ostro krytykował wycinanie w Puszczy ogromnej ilości młodych drzew, głównie brzozy i iwy, wykorzystywanych jako materiał pomocniczy przy spławie. Twierdził, że w ten sposób łosie pozbawiano zasobów karmy. Obwiniał również administrację leśną, że dba tylko o własną wygodę i prowadzi przestępczy wyrąb lasu, wbrew zasadom leśnej gospodarki. Proceder ten – zdaniem Auera – zaczął się rozwijać w 1898 roku.

Przed I wojną światową, równocześnie z budową kanału Wisła-Dniepr, przystąpiono do opracowywania projektu skanalizowania Puszczy Białowieskiej. Zamierzano osuszyć tutejsze drzewostany dębowe oraz dla lepszej komunikacji spławnej połączyć rzeki puszczańskie z Bugiem i Wisłą. Rzekę Leśną, płynącą na długości ponad 100 km i wpadającą do Bugu, uznano za priorytetową arterię wodną do połączenia tego obszaru z Wisłą. Planowano również utworzyć ważną drogę wodną przez Narewkę do Narwi oraz przez Świsłocz do Niemna. Te szeroko zakrojone plany pokrzyżował wybuch I wojny światowej.

Niemieccy okupanci prowadzili w Puszczy rabunkową gospodarkę jej zasobów, zakrojoną na wielką skalę. Oni także wykorzystywali puszczańskie rzeki do spławu drewna. Odchodząc pod koniec 1918 roku, pozostawili nad rzekami materiał gotowy do transportu o wartości miliona marek. W 1919 roku drewno to częściowo zostało spławione Narwią do Tykocina i przekazane na cele odbudowy kraju.

Rzeki puszczańskie wykorzystywano do spławu drewna także po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W latach 1923-25 Narewką spławiono około 11 tys. metrów sześciennych drewna. Rzeka ta była spławna od Białowieży na długości 42 km. Dla usprawnienia spławu, koryto Narewki było regulowane w latach 1929-1932.

W latach 1924-1929 spławem drewna zajmowała się angielska firma „Century”, która posiadała koncesję na eksploatację lasów białowieskich. Z ramienia firmy zarządcą spławu materiałów leśnych był kniaź Liwin (Lieven), który jednocześnie odpowiadał za aprowizację robotników. Drewno przeznaczone do spławu dowożono do składnic przy stacjach kolejowych sprzętem konnym i kolejkami wąskotorowymi.

W 1929 roku, po zerwaniu przez polski rząd kontraktu z firmą „Century”, z inicjatywą dokonania spławu drewna po rzece Narew do Gdańska wystąpiło Nadleśnictwo Świsłockie. Pierwszy spław odbył się wiosną 1930 roku. Odprawiono wówczas rzeką materiały ciosane z trzech nadleśnictw. I choć wiosna była sucha, to spław udał się zupełnie dobrze. W drugiej połowie czerwca dostarczono do Gdańska około 20 tys. sztuk angielskich sortymentów.

Powodzenie tej transakcji znalazło pozytywny oddźwięk w Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży. W 1931 roku postanowiła ona spławić większe ilości ciosanych materiałów drzewnych do Gdańska zarówno rzeką Narwią z północy, jak i rzeką Leśną z południa Puszczy. Wykonanie spławu powierzone zostało Nadleśnictwu Świsłockiemu. Rezultaty okazały się lepsze, niż w roku poprzednim. Spławiono znacznie więcej drewna ciosanego i to nie tylko do Gdańska, lecz także do Bydgoszczy. Dostarczono również ponad 5 tys. metrów sześciennych dłużyc i kloców do najbliższej stacji kolejowej w Strabli, położonej nad rzeką Narew.

Pomyślne wyniki spławu dały podstawę do jego kontynuacji w latach następnych. Inż. Kazimierz Gąsior obliczył, że rzeki Leśna oraz Narew z dopływem Narewką mogą corocznie unieść na swych falach do 100 tys. sześc. drewna i dać milion złotych w postaci oszczędności, osiągniętej przez zastosowanie racjonalnego sposobu dostawy drewna na dalsze rynki zbytu.

W drugiej połowie lat trzydziestych przeprowadzono regulację koryta rzeki Narwi i oczyszczono ją gruntownie z namułu. W tym samym czasie obszar Puszczy Białowieskiej (z sąsiadującym z nim Wołkowyskiem i Jałówką) podzielony został na trzy grupy ekspedycyjne. Każda grupa kierowała swe transporty drewna innymi trasami.

W połowie lat trzydziestych kierownikiem spławu drewna w Białowieży był utalentowany cieśla Paweł Siemieniuk, a w latach 1937-1939 – brakarz Włodzimierz Wołkowycki. Obaj pochodzili z Zastawy.

Spław drewna w Puszczy Białowieskiej odbywał się do początku lat czterdziestych. Ostatni wielki spław Narewką miał miejsce w czerwcu 1942 roku, spławiono wówczas 48 tys. metrów sześciennych drewna. Po wojnie tylko sporadycznie wykorzystywano rzeki do transportu drewna, pozyskiwanego przez okolicznych mieszkańców na własne potrzeby.

Do spławiania drewna z Puszczy najmowali się młodzi, zdrowi mężczyźni z okolicznych wsi. Włodzimierz Naumiuk z Kaniuk opowiadał, że wiosną, kiedy już woda wezbrała, flisacy zbierali się w brygady i szli do Białowieży. Kloce, zwożone nad rzekę przez miejscowych wozaków, zbijali w tratwy, nazywane kleniami. Następnie spuszczano je na wodę i wiązano ze sobą w tzw. pas. Na pasie robiono budkę ze słomy albo trzciny, pełniła ona funkcję domu. Urządzano także miejsce do palenia ogniska – pod spód układano kamienie, a na nich umieszczano darń. W garnku gotowano kartofle, a także złowione po drodze za pomocą niewodu ryby.

Do spławu najmował się także Teodor Chlabicz z Rybaków. Wspominał on po latach, że spław drewna dawał dobry zarobek, ale była to ciężka praca. Pokonanie trasy do Tykocina zajmowało cztery tygodnie. Budka na tratwie, zrobiona z tyczek i słomy, musiała być niska, ażeby nie zaczepiała o mosty czy nadrzeczne krzewy. Do takiej budki wchodziło się na kolanach. Mogła ona pomieścić cztery osoby, leżące w tzw. świtkach czy kożuchach. Takie warunki sprzyjały rozmnażaniu się wszy. Wiosną woda była chłodna, flisakom marzły ręce. Nierzadko ktoś się potykał i wpadał do wody. Czasem trzeba było do niej wchodzić i odpychać przeszkody. Na Narwi przeszkód było dużo – mosty, jazy, ostre zakręty, płytkie miejsca i głębiny. Flisacy bardzo się denerwowali przed takimi niebezpiecznymi miejscami. Ze Strabli wracali często pieszo, a z Tykocina wynajętymi u Żydów furmankami. Jechali przeważnie wygodnie, bo każdy od nich się odsuwał z powodu wszy.

Czasy flisactwa zapamiętał dobrze również Mikołaj Czarniecki z Narewki. Przeprawiał on tratwy pod mostem w Narewce. Do Narewki była zwożona olszyna z Janowa i Skupowa. W Białowieży tratwy zbijano po dziesięć lub więcej metrów kwadratowych. Czarniecki dwa razy pędził je do Tykocina. Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży zatrudniała wielu flisaków. Zawierała ona umowę z tzw. dziesiętnikiem. W Tykocinie drewno odbierał ktoś z firmy. Zdarzało się, że po drodze odcinano końce dłuższych kłód i sprzedawano je kupcom z Topilca. Ci ciągnęli je w krzaki na starej rzece. Chętnych nie brakowało, bo z drewnem w przynarwiańskich wsiach było trudno. Korzystne dla flisaków było to, że spisywano tylko ilość kloców, a nie ich długości. Wynagrodzenie za spław otrzymywano dopiero po wykonaniu pracy.

Włodzimierzowi Gwajowi z Białowieży utkwiła w pamięci binduga na Zastawie, z której odprawiano Narewką drewno olchowe. Twierdził on, że rzeka była oczyszczana z wodorostów przez tratwy tak, że nie trzeba było przeprowadzać żadnych prac poprawiających jej przepustowość.

Od ostatnich spławów drewna z Puszczy Białowieskiej minęły już dziesiątki lat. Flisactwo powoli odchodzi w niepamięć, wraz z ludźmi, którzy nim się zajmowali.

 

Piotr Bajko

Dziki Nikor

Panorama błota Dziki Nikor w początku lat trzydziestych (Fot. Jan Jerzy Karpiński)


O błocie Dziki Nikor, położonym na wschodnich rubieżach Puszczy Białowieskiej, usłyszałem po raz pierwszy w latach pięćdziesiątych, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. W długie zimowe wieczory ojciec siadał przed piecem ogrzewającym sypialnię oraz pokój, poprawiał palące się w nim drewna i opowiadał różne historie z życia. Czasem wspominał o Nikorze, na który w czasie okupacji pędzano ludzi dla przygotowywania siana, gdyż Niemcy prowadzili tam gospodarstwo łąkowe. Obowiązek ten spoczywał na każdym dorosłym mieszkańcu, wymigiwanie się od niego groziło w najlepszym przypadku aresztem. Dzień wcześniej sołtys chodził po wsi i stukając laską w róg domu wypowiadał głośno polecenie w miejscowym narzeczu: „Zawtre – hrabli, Nikor!”, co oznaczało „Jutro z grabiami na Nikor!”. O ile dobrze pamiętam, zarówno ojciec jak i inni mieszkańcy Białowieży nie używali członu „Dziki”, mówili tylko „Nikor”. O tym, że błoto nazywa się „Dziki Nikor” dowiedziałem się znacznie później, z literatury.

 

Uroczysko to, jak wiele innych puszczańskich uroczysk, ma swoją legendę, która próbuje wyjaśnić pochodzenie jego nazwy. Zapisał ją pod koniec lat siedemdziesiątych, podczas reporterskich wędrówek po wschodniej części Puszczy Białowieskiej, białostocki dziennikarz z Niwy – Wiktor Rudczyk.

Legenda mówi, że dawno temu, jeszcze za czasów pańszczyźnianych, żył na puszczańskich błotach chłop Nikor – mężczyzna młody, zdrowy, silny, ale biedny. Pokochał on piękną wiejską dziewczynę. Wybranka serca zgodziła się wyjść za Nikora, ale oprócz zgody ojca, na małżeństwo w tamtych czasach musiał się zgodzić także ich pan. Ten, gdy zobaczył dziewczynę, nie mógł od niej oczu oderwać, zapragnął ją mieć tylko dla siebie. Obiecał pannie, że zatrudni ją jako służącą, jej narzeczonego natomiast polecił wyprawić do wojska. Rzucili się młodzi do nóg pana, aby nie gubił ich szczęścia, lecz nic to nie pomogło. Pan polecił skuć Nikora i wymierzyć mu za nieposłuszeństwo sto batów.

Wtedy Nikor dostał pomieszania zmysłów. Zakuty w dyby i smagany batem, wył jak dzikie zwierzę. O nieszczęściu Nikora biegła wieść od wsi do wsi. Do jego imienia dodano słowo „Dziki”.

Mijały lata i ludzie zapomnieli o Nikorze. Przypomnieli o nim dopiero wtedy, gdy w pańskiej siedzibie co jakiś czas zaczęły wybuchać pożary. Za każdym razem w popiołach znajdywano ciała kolejnych właścicieli spalonych dworów.

Ludzie szeptali pomiędzy sobą, że te pożary to sprawa Dzikiego Nikora. Mówili też, że Nikor nie tylko pali pańskie siedziby, ale odbiera u nich złoto i wszelkie inne bogactwa, i że chowa to wszystko na niedostępnym błocie, gdzie swój początek biorą rzeki Jasiołda, Narewka i jej dopływ – Hwoźna. Mówiono, że drogę do skarbu odszuka tylko ten, kto zechce podzielić się nim z innymi.

Zakończenie legendy wymyślono już w czasach współczesnych. Miejscowi opowiadali, że o skarbie dowiedział się sam car i kazał je odnaleźć. W trakcie poszukiwań utopił się w błocie niejeden człowiek. W końcu znaleziono i odsunięto kamień, który przykrywał skarb. Trysnęło spod niego źródło, które rozlało się w różne strony świata, zaś złoto, by nikogo już nie kusić, zamieniło się w torf.

Legenda – legendą, a jak tłumaczą pochodzenie nazwy tego obszernego nizinnego błota językoznawcy? Bazyli Tichoniuk, badacz toponimii Puszczy Białowieskiej, uważa, że nazwy Nikor, Dziki Nikor, Nikorec, odnoszące się do uroczysk i największych bagien w Puszczy, prawdopodobnie powstały od litewskiego wyrażenia synktatycznego nyki giria, (por. litewski nykus „głuchy, niesamowity, mroczny”), oznaczającego „matecznik, głuchy las”. Określenie takie ma pokrycie w odniesieniu do tutejszej fizjografii i flory.

O błocie Dziki Nikor wspomnieli w swym sprawozdaniu z wycieczki botanicznej, odbytej do Puszczy Białowieskiej w lecie 1887 roku, Franciszek Błoński, Karol Drymmer i Antoni Ejsmond. Napisali oni, że jest najobszerniejszym bagnem, położonym na wschodniej granicy Puszczy, z odnogą wysuniętą daleko na północ, tj. Głębokim Kątem (prawidłowo: Kuty – dop.). Pośród błota wynurzają się suche kępy, z których jedna zasługuje na baczną uwagę botanika z powodu występowania na niej jodły (zob. „Pamiętnik Fizyjograficzny” T. VIII, 1888).

Wspomniane stanowisko jodły wśród błot Dzikiego Nikoru odkrył jeszcze w 1823 roku Stanisław Batys Gorski – profesor Akademii Medyko-Chirurgicznej w Wilnie.

Błoto Dziki Nikor pojawia się też na stronach wydanej w 1904 roku książki „Ad Astra” Elizy Orzeszkowej. Pisarka użyła w odniesieniu do tego obiektu „upoetyzowanej” nazwy „Wielki Nikar”. Pisała ona: „Na ogromnym mokrzadle Wielkiego Nikaru, w nurtach brodów, posiadały łosie i głowy tylko, konchowatymi rogami oskrzydlone nad mętne powierzchnie podnosząc, na kształt samotnych bożków gryzą rozmarynem pachnące bahony. Wiatry na tych gładkich przestrzeniach jak bieguny na stepach hasają po niwach ajerów irysów, grzybieni, przeciągle gwiżdżąc w oczerety – czajki krzyczą, bąk huczy, czapla przelatuje i dokoła głów łosich zorza łuny różane ściele po stojących wodach”.

Nazwę użytą przez Orzeszkową wykorzystał wiele lat później Henryk Syska, nadając swemu zbiorkowi fragmentów utworów pisarzy polskich, sławiących Puszczę Białowieską, tytuł „Od Wielkiego Nikaru”. Zbiorek ten ukazał się w 1973 roku.

Człon „Wielki” w odniesieniu do wspomnianego błota pojawia się też w książce Jana Kloski pt. „Białowieża” (1933). Autor pozostaje jednak przy „Nikorze”. Dorzuca też przy okazji informację, że wzniesienie Puszczy nad poziom morza na tym bagnie spada do 157 m. Jan Jerzy Karpiński w spisie uroczysk Puszczy Białowieskiej z 1937 roku umieszcza Nikor w oddziałach 509, 510, 561 i 562. Jest to właściwie zachodni kraniec błota; większa jego część znajduje się poza masywem leśnym Puszczy.

Odpoczynek kosiarzy z Dzikiego Nikoru pod wypaloną jodłą w „Tisowiku”. 1931 r. Fot. Jan Jerzy Karpiński

Otton Hedemann w „Dziejach Puszczy Białowieskiej w Polsce przedrozbiorowej” (1939) wspomina o „rozległym błocie ciągnącym się od Cisówki do wsi Chwałowa” (czyli z zachodu na wschód). Podaje też jego wcześniejszą nazwę – Beznieh. Dodajmy, że błoto to z północy na południe rozciąga się pomiędzy wsiami Rowbick i Kiwaczyna. W środkowej części błota znajduje się uroczysko Bajkow Hrud (w niespokojnych czasach ukrywali się tutaj mieszkańcy okolicznych wsi), w zachodniej – Kozi Hrud, zaś we wschodniej – Czeremchow Hrud. Uroczyska te położone są na niewielkich wywyższeniach terenu (czyli tzw. hrudach).

Próby osuszenia tej części błota, która znajduje się poza Puszczą, podejmowano już w czasach zaboru rosyjskiego. Niedługo przed rozpoczęciem I wojny światowej carscy specjaliści rozpoczęli zakładanie kanałów. Łąki użyźniano nawozami mineralnymi, obsiewano rozmaitymi trawami. Rząd rosyjski wydał na te prace 30 tys. rubli. Wybuch wojny światowej spowodował, że nie zdążono odzyskać wartości wyłożonych środków. Ruble poszły, dosłownie i w przenośni, w błoto.

Na dwa lata przed wybuchem II wojny światowej prace melioracyjne na bagnie Dziki Nikor wznowiła Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży. Stosowne plany opracował inż. melioracji Józef Kucharski. Do prac przystąpiono 14 maja 1937 roku. W ciągu czterech miesięcy wykopano rowy główne o długości 8,5 tys. metrów, ponadto 6 tys. metrów rowów drugorzędnych i 2 tys. metrów rowów przydrożnych. Wybudowano sześć śluz i pięć przepustów z zastawkami. Koszty tego przedsięwzięcia wyniosły 30 tys. złotych. Do prac zatrudniono około trzystu osób. Robotnicy przyjechali z różnych stron kraju, nawet ze Śląska, ale większość stanowili miejscowi bezrolni lub małorolni chłopi. Robotami kierował technik melioracyjny Adam Kowalski.

W okresie międzywojennym Dziki Nikor zaliczano do jednej z atrakcji turystycznych Puszczy Białowieskiej. Na błoto organizowane były od czasu do czasu wycieczki, przede wszystkim dla studentów rolnictwa i leśnictwa. Uczestnicy takich wypraw wynosili stąd niezapomniane wrażenia. „Echa Leśne” (nr 16/1937) podawały: „Jest to (…) bezkresna monotonna równina, porosła, jak wszystkie bagna, kwaśnymi turzycami. Każda wyprawa na Dziki Nikor jest połączona z pewnym ryzykiem ugrząźnięcia w rudzie – żelazistym mule. Jedno źle obliczone stąpnięcie po uginającym się, elastycznym jak opona, kożuchu z turzyc może spowodować niespodziane zarwanie się gruntu pod nogami. Tutaj leżą źródliska Narewki, tutaj też rosną jodły na mało dostępnej kępie lasu”.

Wczesną wiosną 1941 roku okupacyjne władze radzieckie rozpoczęły na Dzikim Nikorze budowę nowego zwierzyńca dla restytucyjnej hodowli tarpana w Puszczy Białowieskiej, którą w Białowieży rozpoczęto pięć lat wcześniej. Niestety, napaść Niemiec na ZSRR w czerwcu tegoż roku przerwała te prace. Kolejni okupanci – Niemcy urządzili na Dzikim  Nikorze, o czym wspomniałem już na początku, duże gospodarstwo łąkowe.

Po II wojnie światowej Dziki Nikor znalazł się w całości po stronie białoruskiej. Prace przy osuszaniu tego obiektu rozpoczęto już w 1951 roku, a zintensyfikowano je w latach 1957-1960. Otwartą siecią kanałów osuszono błoto na powierzchni 2842 ha. Teren ten wykorzystywano jako grunta orne i łąki kośne. Paruletnie natarcie na błota Dzikiego Nikoru kosztowało 13 mln rubli. Cały nakład zwrócił się z zyskiem po dziewięciu-dziesięciu latach.

Część błotnego kompleksu (1213 ha) w 1956 roku przekazano założonemu po sąsiedzku sowchozowi o nazwie „Sowieckij”. Jego dyrektorem w latach siedemdziesiątych był dr Wiktor Roszczenko. Twierdził on, że wysokiej jakości gleby torfowe dają 330 centnarów kartofli z hektara. Sowchoz produkował ponadto 200 ton nasion traw i 450 ton mięsa. Co roku dochód wynosił 480 tys. rubli. Wchodził on w skład sowchozowego trustu, składającego się z 14 gospodarstw, któremu początek dało w 1972 roku rządowe rozporządzenie o zagospodarowaniu białoruskiego Polesia. Dziki Nikor był swoistym poligonem, na którym wprowadzano nowe pomysły nauki. Tutejszą fermę, która posiadała 1200 krów, obsługiwało zaledwie parę osób. Hodowla była w pełni zmechanizowana.

Z zajmującego powierzchnię 7,2 tys. ha błota Dziki Nikor, przemysłowemu wykorzystaniu poddano większą jego część, bo aż 5,7 tys. ha. Wydana w latach osiemdziesiątych „Encyklopedia przyrody Białorusi” podaje, że torf na tym bagnie zalega na głębokość do 3,2 m, średnio zaś – do 1,3 m. Stopień rozkładu wynosi 38 %, a zawartość substancji mineralnych 13,3 %. Zapas torfu w początku 1978 roku wynosił 13,1 ton.

Melioracja przeprowadzona na błocie spowodowała obniżenie wód gruntowych w różnych częściach Puszczy Białowieskiej o 50-150 cm. W następstwie ucierpiały w pierwszym rzędzie drzewostany świerkowe, a następnie jesionowe. Osuszenie Dzikiego Nikoru i szeregu innych mniejszych terenów bagiennych wpłynęło także na spadek liczebności m.in. głuszca, bataliona bojownika oraz żurawia.

O wrażeniach z wizyty na bagnie w końcu minionego stulecia podzielił się z czytelnikami „Tygodnika Solidarność” (nr 5/2000) Tadeusz Topolski z Hajnówki: „Obejrzałem też (…) bagna Dziki Nikor, melioracji których przypisuje się znaczne obniżenie poziomu wód gruntowych na obszarze całej Puszczy. Są to obecnie suche łąki z głębokimi i nie sprawiającymi wrażenia zapuszczonymi rowami melioracyjnymi. Łąki te to źródło pozyskiwania paszy dla żubrów, jeleni, łosi i saren. Z mapy wynika, że osuszono w ten sposób i do tego celu dwa bagna: Dziki Nikor (ok. 2 tys. ha) i Kuty (ok. 1 tys. ha). Drenaż wody może być istotnie znaczny; dodatkowo z mapy można wywnioskować z liniowego przebiegu cieków wodnych, że wszystkie łąki na południe od Dzikiego Nikoru, czyli znajdujące się przy południowo-wschodnim i południowych obrzeżach Puszczy, zostały również osuszone”.

Początek prac renaturalizacyjnych na Dzikim Nikorze

W 2013 roku Park Narodowy „Biełowieżskaja Puszcza” wspólnie i na wniosek organizacji społecznej „Achowa ptuszak Baćkauszczyny”, przystąpił do opracowania projektu odtworzenia dawnego systemu hydrologicznego na części (ok. 1,2 tys. ha) osuszonego błota Dziki Nikor. Instytut Botaniki Eksperymentalnej Narodowej Akademii Nauk Białorusi opracował naukowe uzasadnienie tego przedsięwzięcia. Uczeni spodziewają się, że podjęte działania pozytywnie wpłyną na stan populacji jodły w uroczysku „Tisowik”, wokół którego utworzona zostanie strefy buforowa (tzw. otulina). Prace renaturalizacyjne na Dzikim Nikorze, rozpoczęte 28 listopada 2016 roku, wsparło Towarzystwo Zoologiczne z Frankfurtu (Niemcy). Park Narodowy zalicza je do priorytetowych w planie zadań ochronnych Parku.

Dodajmy, że nazwą tego obszernego błota uhonorowano utworzone w 1929 roku Nadleśnictwo Nikor, z siedzibą w Białym Lasku. Z kolei po II wojnie światowej w białoruskiej części Puszczy utworzono Nadleśnictwo Nikorskie. Natomiast w Białowieży działa od niedawna gospodarstwo agroturystyczne „Dziki Nikor” Anity i Sławomira Czarnuliczów.

 

Piotr Bajko

Do Białowieży przez Krzyże

Chyba żaden z turystów czy wycieczkowiczów wjeżdżających do Białowieży nie wie, że akurat przejeżdża przez Krzyże – dawny przysiółek wsi Zastawa, która pojawiła się na Polanie Białowieskiej pod koniec XVIII wieku, razem z dwiema innymi wsiami – Stoczkiem i Podolanami. Początek samej osadzie, znanej dzisiaj daleko poza granicami naszego kraju, dał natomiast królewski dwór z nieco później założonym folwarkiem, po których nie pozostał ślad. Co ciekawe, na Polanie nigdy nie istniała wieś o nazwie Białowieża. Tak nazywano tylko dwór królewski. Wspomniane wsie stopniowo rozrastały się, by ostatecznie połączyć się ze sobą i stać się częściami (dzielnicami) Białowieży. Urzędowo fakt ten został potwierdzony przez Radę Gminy Białowieża bardzo późno, bo dopiero w 1979 roku.

Wjeżdżamy do Krzyży (Fot. Tomasz Niechoda)

Wieś Zastawa miała właściwie dwa przysiółki, poza wspomnianymi już Krzyżami był jeszcze Kropiwnik (przy drodze do Pogorzelców), który został zlikwidowany przez Niemców w czasie II wojny światowej. Krzyże natomiast szczęśliwie przetrwały.

Pierwsze zabudowania tego przysiółka zaczęły wyrastać w drugiej połowie XIX wieku, po sąsiedzku z dawnym cmentarzem (prawdopodobnie epidemicznym), który w szczątkowej postaci przetrwał do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” z 1895 roku (T. XV) wymienia Krzyże (Kryże) jako  „uroczysko przy wsi Zastawa”. Z czasem przysiółek zamienił się w niedużą wieś, przylegającą do Zastawy. Wieś tę przyłączono do sołectwa Zastawa, nazywanego też Zastawą-Krzyże.

Nazwa Krzyże wzięła się prawdopodobnie od krzyży cmentarnych. Językoznawca Michał Kondratiuk wywodzi ją jednak od krzyży ustawionych na skrzyżowaniu dróg, choć jest to właściwie tylko rozwidlenie szlaku komunikacyjnego. Warto też pamiętać, że w pobliżu Krzyżów zachowała się zbiorowa mogiła mieszkańców Białowieży, zmarłych około 1710 roku na dżumę. Kilka innych, podobnych mogił czas starł z powierzchni ziemi. Krzyży więc było tutaj sporo i być może ich mnogość legła u podstaw nazwy.

Według ustnych przekazów mieszkańców – początek Krzyżom dała siedziba strażnika leśnego Dackiewicza. Miała ona znajdować się w miejscu, gdzie dziś rośnie wiekowa lipa.

Pierwsze konkretne dane o Krzyżach posiadamy z 1892 roku. Wieś wtedy liczyła 5 gospodarstw.

Krzyże w Krzyżach – prawosławny i katolicki (Fot. Andrzej Buszko)

Pod koniec XIX wieku w Krzyżach gościł pisarz Wacław Sieroszewski, który pozostawił wzmiankę o nich w noweli „Puszcza Białowieska”. Napisał on: „…znaleźliśmy się w niedużej, wapnem wybielonej izbie, gdzie pod oknem koszlawy stół, pod ścianami mieściły się wąskie ławy, a pośrodku wisiała u belki nakryta pasiastym fartuchem kołyska. Gromadka dzieci w kolorowych koszulach ciekawie przyglądała się nam z głębi otwartej sionki…”. Gospodarz domu wyjaśniał pisarzowi: „…ta wieś nazywa się „Krzyże” i po katolicku tu nie rozumieją. Ja to umiem, bo służyłem w wojsku, a potem długo mieszkałem w Budach. Moja żona budniczka będzie. To jeżeli chcecie, mogę wam konie dać do Budów… za dwa ruble”.

W sierpniu 1915 roku wieś została częściowo spalona przez wojska kozackie, a ludność ewakuowana w głąb Rosji. Krzyże w tym okresie zamieszkiwało 36 osób.

Po zakończeniu działań wojennych, ludność stopniowo powracała do swych gospodarstw i odbudowywała je. W 1921 roku Krzyże liczyły już 11 budynków mieszkalnych. Zamieszkiwało je 87 osób (47 mężczyzn, 40 kobiet). 45 osób podawało wyznanie prawosławne, 32 – rzymskokatolickie, 10 – mojżeszowe. Wieś stopniowo rozrastała się. W archiwalnych dokumentach białowieskiej cerkwi możemy znaleźć informację, że w 1925 roku na Krzyżach istniało już 16 domów mieszkalnych, zamieszkiwanych przez 106 osób (52 mężczyzn, 54 kobiety).

W okresie międzywojennym na Krzyżach ulokowano urząd gminy białowieskiej. Mieścił się on w obszernym budynku drewnianym, który został wybudowany w 1928 roku. Mniej więcej w tym samym czasie w krajobrazie wsi pojawiła się także dróżniczówka – oba te budynki zachowały się do dzisiaj

W latach dwudziestych w Krzyżach zbudowano dwa młyny parowe – ich właścicielami byli Wojciech Augustyniak i Józef Wiensko (jego młyn został później przeniesiony do Bielska Podlaskiego). W latach trzydziestych młyn motorowy na Krzyżach uruchomiła Nadzieja Wiensko. Funkcjonował tutaj także sklep wędliniarski Jana Markowskiego, sklep masarski Michała Szostaka, sklep spożywczo-galanteryjny Wacława Wyżykowskiego, natomiast Antoni Tarkowski prowadził piwiarnię.

W okresie międzywojennym na Krzyżach założył zakład rzeźbiarski profesjonalny artysta-rzeźbiarz Antoni Czerniewicz. Wykonywał on wszelkiego rodzaju rzeźby w drewnie, robił odlewy. Wykształcił kilku miejscowych rzeźbiarzy – twórców ludowych (Aleksander Gigol, Sergiusz Dowbysz, Stefan Smoktunowicz, Bolesław Szlachciuk, Konstanty Ławrysz), którzy po wojnie z powodzeniem zajmowali się wyrobem pamiątek dla turystów. W latach pięćdziesiątych Czerniewicz wyjechał do Ełku, gdzie zmarł.

W 1936 roku na Krzyże przeniesiono siedzibę Nadleśnictwa Zwierzyniec, która do tego czasu mieściła się w położonej niedaleko osadzie o tej samej nazwie. Budynek nadleśnictwa spłonął 17 kwietnia 1935 roku. Nadleśnictwo ulokowano w budynku zakupionym przez Dyrekcję Lasów Państwowych w Białowieży, wraz z całą posesją, od Zofii Charczunowej – żony łowczego białowieskiego Stefana Charczuna, organizującego słynne polowania reprezentacyjne dla prezydenta Ignacego Mościckiego. Po II wojnie światowej siedzibę tego nadleśnictwa przeniesiono do budynku leżącego na obrzeżu Krzyżów; funkcjonowało ono w nim do czasu reorganizacji nadleśnictw puszczańskich w latach siedemdziesiątych. Warto dodać, że w latach dwudziestych na Krzyżach miały swe siedziby także Nadleśnictwo Królewskie (w latach 1921-1924, następnie przeniesione do Kamieniuk) i Nadleśnictwo Jagiellońskie (w latach 1925-1926).

We wrześniu 1939 roku w Krzyżach kwaterowały krótko rozbite oddziały Suwalskiej Brygady Kawalerii. Weszły one do utworzonej 20 września w Białowieży przez gen. bryg. Zygmunta Podhorskiego zgrupowania kawalerii „Zaza”.

W okresie okupacji sowieckiej (1939-1941) główna ulica Krzyżów nosiła nazwę: Pionierskaja. We wrześniu 1940 roku w budynku białowieskiej gminy otwarto specjalistyczną ogólnokształcącą szkołę dla dzieci głuchoniemych. We wsi funkcjonował również sklepik przemysłowo-tekstylno-spożywczy, wyłącznie dla pracowników leśnictwa. W 1946 roku w zwolnionym budynku przedwojennej gminy ulokowało się na krótko prywatne przedszkole.

Po wojnie, w 1968 roku, z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Białowieży, na skraju wsi ustawiono pomnik – granitowy głaz na postumencie, wyznaczający geometryczny środek Puszczy Białowieskiej. Można więc rzec, że Krzyże leżą w sercu tego słynnego w całym świecie kompleksu leśnego.

Głaz wyznaczający geometryczny środek Puszczy Białowieskiej (Fot. Andrzej Buszko)

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych na Krzyżach funkcjonowała stacja benzynowa CPN. Pozostałością po niej jest obecnie nieduża zatoczka parkingowa.

W 1979 roku Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Usług Turystycznych w Białymstoku wystąpiło z projektem budowy na Krzyżach dużego kompleksu hotelowego, z 400 miejscami noclegowymi. Białowieża nie była jeszcze gotowa na tak dużą inwestycję, kluczowy problem stanowił brak kanalizacji w osadzie. Budowie sprzeciwiła się Rada Naukowa Białowieskiego Parku Narodowego. Pomysł ten udało się zrealizować ponad dwadzieścia lat później. W marcu 2002 roku na Krzyżach otwarto nowy kompleks hotelowo-restauracyjny „Dwór Soplicowo”, który w latach 2006-2008 został znacznie rozbudowany. W jego skład wchodziły dwa obiekty: „Dwór Sędziego Soplicy” z 90 miejscami noclegowymi oraz „Karczma u Jankiela”, gdzie organizowano biesiady o staropolskim charakterze. Całość stylizowana była na dwór szlachecki rodem z Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. 9 kwietnia 2008 roku w „Dworze Soplicowo” wybuchł pożar, który wyrządził znaczne straty w zabudowie. Obiekt został odbudowany, ale następny pożar, który wybuchł 30 kwietnia 2010 roku, położył kres istnieniu tego kompleksu – pozostał po nim pusty plac.

W maju 1990 roku Jerzy Ławrysz założył w Krzyżach prywatną firmę przewozu osób i ładunków, która z powodzeniem działa do dzisiaj.

Gminna Spółdzielnia „SCh” w Białowieży w latach sześćdziesiątych otworzyła w tej dzielnicy sklep spożywczy, który funkcjonował do wiosny 1998 roku. W lipcu 1999 roku w jego budynku rozpoczęła działalność Wytwórnia Wód Gazowanych i Niegazowanych PPH „Krzyś”. Produkowała ona do 2005 roku naturalną wodę źródlaną „Białowieska”, pozyskiwaną z ujęcia o nazwie „Żubr”. W grudniu 2009 roku w budynku tym został uruchomiony prywatny sklep spożywczo-przemysłowy „Finezja”.

W 1980 roku we wsi zostały przeprowadzone prace przy scaleniu gruntów rolnych, a w 1997 roku przebudowano uliczną linię oświetleniową. W sierpniu 2007 roku na początku Krzyżów – nieopodal miejsca, na który dawniej funkcjonowała stacja benzynowa – ustawiono duży, drewniany krzyż prawosławny, a w 2014 roku dołączył do niego podobny krzyż katolicki. Krzyż prawosławny został ogrodzony niedużym płotkiem. W lipcu 2009 roku na Krzyżach ułożony został chodnik z podjazdami.

Budynek przedwojennej gminy Białowieskiej na Krzyżach – wygląd współczesny (Fot. Tomasz Niechoda)

Dawna wieś stale się rozbudowuje. W kwietniu 2010 roku na granicy Krzyżów i Zastawy oddana została do użytku nowo wybudowana stacja paliw, w której znajduje się także Galeria Trunków Wschodu, a na zapleczu mieszczą się pokoje do wynajęcia o wysokim standardzie. W grudniu 2011 roku przy stacji otwarto pralnię ekologiczną. Natomiast w marcu 2012 roku po sąsiedzku zaczął funkcjonować market Polskiej Sieci Sklepów Arhelan, odwiedzany przez klientów z najodleglejszych zakątków Białowieży. W nim najczęściej zaopatrują się także turyści z pobliskiej Białorusi, którzy przekraczają leżące parę kilometrów stąd przejście graniczne Pererow-Grudki.

W maju 2012 roku w Krzyżach otworzył swoje podwoje Zakład Noclegowo-Gastronomiczny „Bierozka” Marioli Hołoty.

Znajduje się tutaj także kilka kwater agroturystycznych, camping oraz dwa kioski z pamiątkami – „Rękodzieło ludowe” Jarosława Smoktunowicza (działa od 2002 roku) i „Pamiątki z drewna” Ludmiły Szumy (od 2007 roku)

Krzyże kończą się na wysokości Szosy Grudkowskiej, dalej jest już Zastawa. To znacznie większa część Białowieży niż Krzyże, ale na pewno nie dorównuje pod względem zajmowanej powierzchni Stoczkowi – swemu sąsiadowi. Podolany położone są nieco na uboczu, za gruntami uprawnymi Zastawy.

Piotr Bajko