Ostatni żubr cara Mikołaja II

Car Mikołaj II z rodziną na ganku pałacu w Białowieży

Do Białowieży zjeżdżali na polowania wielcy książęta litewscy, królowie polscy, a także carowie rosyjscy. Ostatni car, Mikołaj II, odwiedził Puszczę Białowieską aż sześciokrotnie. Po raz pierwszy zawitał tu w 1894 roku, będąc jeszcze następcą tronu. Już jako monarcha przyjeżdżał do Białowieży w 1897, 1900, 1903 i 1912 roku. Po raz ostatni odwiedził Puszczę Białowieską w 1915 roku, kiedy w Europie trwała już wojna światowa. Wpadł zaledwie na kilka godzin, nie po to jednak, żeby zapolować, a – jak się później okaże – pożegnać z nią na zawsze.

Ostatnie łowy Mikołaja II w białowieskim mateczniku odbyły się więc w 1912 roku, po dziewięcioletniej przerwie. Białowieżanie, żegnając cara w 1903 roku, spodziewali się, że zgodnie z ukształtowaną już tradycją monarcha odwiedzi ich miejscowość po upływie trzech lat, czyli w 1906 roku. Ale tak się nie stało! Nie przyjechał również w 1909 roku.

W pierwszym przypadku wpłynęła na to, jak się przypuszcza, niezbyt stabilna sytuacja społeczno-polityczna w imperium rosyjskim. Pod koniec stycznia 1905 roku, w związku z wybuchem rewolucji w Rosji, do ochrony carskiego pałacu w Białowieży oraz całego łowiska wraz z jego obiektami i urządzeniami, skierowany został 4 charkowski pułk ułanów, stacjonujący w Białymstoku i podlegający 4 dywizji kawaleryjskiej. To właśnie żołnierze tego pułku ochraniali w następnych latach polowania wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, który nie mógł oprzeć się pokusie łowów w Puszczy Białowieskiej. Imperator cały czas był informowany o sprawach dotyczących Puszczy. W czerwcu 1907 roku, w związku z nadmiernym rozmnożeniem się w białowieskich lasach brudnicy mniszki, wydał zezwolenie na wyrąb drzew opanowanych przez tego motyla.

Na przeszkodzie carskiej wizycie w 1909 roku stanęła z kolei najprawdopodobniej zaraza, jaka rok wcześniej wybuchła wśród puszczańskiej zwierzyny.

O planowanym przyjeździe cara w 1912 roku białowieżanie dowiedzieli się już wiosną. W kwietniu przyjechał młody porucznik oraz starszy unteroficer, których zadaniem było wybranie spośród uczniów miejscowej szkoły czterdziestu chłopców i stworzenie z nich tzw. „pociesznego wojska”. Białowiescy chłopcy byli przeważnie chuderlawi, zdołano więc wybrać tylko trzydziestu pięciu „rekrutów”. Uszyto im jasnozielone koszule i spodnie, także czapki z daszkiem. Każdy „wojak” otrzymał drewnianą imitację karabinu. Wojskowej musztry uczono dwa razy w tygodniu. Porucznik zdradził chłopcom, że pod koniec lata wystąpią oni przed carewiczem Aleksym, który będzie z nimi uczyć się musztry.

W początku września w domach mieszkańców białowieskiej Zastawy rozlokowała się carska ochrona. Pojawili się również żołnierze z 4 charkowskiego pułku ułanów, którzy mieli  ochraniać polowanie. Wcześniej u zastępcy dowódcy wojsk warszawskiego okręgu wojskowego, generała Aleksieja Brusiłowa, zabiegał o to dowódca pułku Wiktor von Krug. Starania te poparł minister carskiego dworu, generał-adiutant hrabia Włodzimierz Frederiks.

Żołnierzom uszyto nowe umundurowanie. Dla wzmocnienia pułkowego chóru wynajęto kilku solistów z Warszawy. Na potrzeby sztabu pułku zaadaptowano najobszerniejszy dom w centrum Białowieży. Nad Narewką ustawiono polową kuchnię, która nęciła miejscową dzieciarnię „carską zupą”. Chłopi robili porządki na swych posesjach. Domy zostały udekorowane pikami i proporczykami. Przy drogach wjazdowych do Białowieży ustawiono budki dla dyżurujących żołnierzy. Kilka szwadronów, a także piechota i kozacy, ochraniali granice puszczy.

Wkrótce zaczęły docierać poszczególne służby dworskie, później konie cara i wielkich księżniczek, a wśród nich malutki pony carewicza.

Przed przyjazdem cara przeprowadzono kontrolę wszystkich linii kolejowych, po których monarcha miał jechać. W tym celu do Białowieży i Czyżewa przyjeżdżali minister wojny generał Włodzimierz Suchomlinow i minister komunikacji generał Sergiusz Ruchłow. Odcinek kolei nadwiślańskich od Siedlec do Wołkowyska, Małkini, Bielska Podlaskiego i Białowieży sprawdzał naczelnik tych kolei gen. Hesket wraz z naczelnikiem ruchu inż. Szołpem. Chciano się upewnić, że monarsze nic nie zagraża, bowiem wcześniej ujęto w Białymstoku inż. Adalberta Wrzoszczyńskiego – szpiega z Prus, który odwiedził m.in. Białowieżę, gdzie sporządził opis miejscowości oraz szkic tutejszych dróg i mostów.

Tymczasem imperator z rodziną uczestniczył w uroczystościach z okazji setnej rocznicy wielkiej wojny Rosjan z francuskim cesarzem Napoleonem, zorganizowanych w Moskwie. Później carska rodzina wyjechała pociągiem do Smoleńska, gdzie również odbyła się uroczystość jubileuszowa.

Do Białowieży najdostojniejsi goście przybyli w sobotę 14 września. Oprócz cara i jego rodziny przyjechali wielki książę Dymitr Pawłowicz, wielkie księżniczki Olga i Tatiana Mikołajewny, książę Wiktor Koczubej, książę Sergiusz Biełosielskij-Biełozierskij, hrabia Włodzimierz Frederiks, hrabia Włodzimierz Orłow, generał-major Aleksandr Drenteln, gubernator grodzieński Wiktor Borzenko oraz inni dygnitarze.

Car Mikołaj II (pierwszy z lewej) z wielkim księciem Dymitrem Pawłowiczem (drugi z prawej) oglądają upolowaną zwierzynę, zwiezioną z lasu na dziedziniec przed pałacem w Białowieży, 1912 r.

Monarcha jeszcze tego samego dnia wieczorem opuścił Białowieżę, udając się koleją północno-zachodnią do Czyżewa, gdzie 15 i 16 września obserwował wielkie manewry wojsk okręgu warszawskiego, w których udział brało ponad sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Wojsko zrobiło na Mikołaju II duże wrażenie. Podczas wizytacji carowi towarzyszyli wielki książę Dymitr Pawłowicz, minister dworu cesarskiego i członkowie świty. W południe 17 września car powrócił do Białowieży.

Rozpoczęły się polowania. Obowiązywało zarządzenie cara, że każdy uczestnik polowania może ustrzelić tylko jednego żubra. Do lasu wyjeżdżano około godziny ósmej rano. Kawalkada aut liczyła 20-30 pojazdów. Nigdy nie było wiadomo, w którym jedzie car. Policjanci w tym momencie jakby zapadali się pod ziemię, monarcha bowiem wręcz chorobliwie nie znosił ich widoku.

Z polowania wracano pomiędzy piątą a szóstą wieczorem. Uroczysty przegląd zwierzyny odbywał się po kolacji.

18 września wypadło święto pułków – kawaleryjsko-gwardyjskiego im. Marii Fiodorowny i 4 ułańskiego charkowskiego. Na wydany z tej okazji uroczysty obiad zaproszeni zostali dowódcy i oficerowie obu pułków. Monarcha wznosił toasty i pił za zdrowie żołnierzy. Pułkowy historyk, rotmistrz Bogdanowicz, wręczył carowi książkę „Historia charkowskiego pułku od momentu jego powstania”. Car i wszyscy wyżsi członkowie dworu wpisali się do pułkowej księgi honorowej. Monarcha spytał na boku dowódcę pułku, Wiktora Kruga, w jaki sposób mógłby sprawić pułkowi jakąś przyjemność. Ten odpowiedział, że mogłoby to być  awansowanie na oficera sztabowego rotmistrza Kisielowa. Car zgodził się. Nazajutrz, w cerkwi, dowódca specjalnie postawił rotmistrza przy carze. A podczas śniadania car pogratulował zaskoczonemu oficerowi jego awansu na podpułkownika i wzniósł z tej okazji toast.

W sobotę 21 września (święto Narodzin Matki Bożej) i w niedzielę 22 września najdostojniejsi goście byli obecni na Liturgii w miejscowej cerkwi, w której w 1909 roku wykonano ceramiczny ikonostas z materiału – jak twierdzili starsi mieszkańcy Białowieży – ofiarowanego przez Mikołaja II. Po nabożeństwach w pałacu podawano wystawne obiady. Oprócz stałych ich uczestników zapraszani byli na nie także gubernator grodzieński, zarządca Puszczy Białowieskiej, proboszcz, dowódca brygady kawaleryjskiej oraz dowódcy pułków: 1 kolejowego, 11 dońskiego kozackiego im. hr. Denisowa i 4 ułańskiego charkowskiego. Ten sam zaszczyt spotkał również sztabsoficerów i dowódców szwadronów tegoż pułku, tudzież sztabsoficera i ośmiu ober­oficerów 61 włodzimierskiego pułku piechoty, którzy pełnili w Białowieży służbę podczas carskich polowań.

Śniadanie 22 września umilał występ chóru trębaczy 4 ułańskiego pułku charkowskiego.

Carewicz Aleksy podczas pobytu w Białowieży bawił się bronią i grał na bębnie. Odbywał także z ojcem motorowe przejażdżki po lesie. Pewnego razu udało się im natrafić na stado żubrów, składające się z dwudziestu sztuk. Widzieli też dzika. Któregoś dnia przeżyli w lesie przygodę, gdyż ugrzązł im w błocie motor. Z Tatianą Mikołajewną Aleksy zbierał w lesie grzyby.

Car Mikołaj II na przejażdżce rowerowej z synem Aleksym

Choremu na hemofilię carewiczowi nie zawsze udawało się ustrzec kontuzji. 18 września, wskakując do łódki na stawie przed pałacem, zrobił bardzo szeroki krok i uderzył się lewym bokiem o jej krawędź. Doznał lekkiego wylewu wewnętrznego. Fakt ten zataił przed rodzicami, gdyż obawiał się, że nie dostanie obiecanego przez ojca rowerka. Milczał tak długo, aż w którymś momencie zemdlał. Wtedy dopiero opiekujący się carewiczem doktor medycyny Włodzimierz Derewienko stwierdził obrzmienie w lewym dole biodrowym, które rozpoznał jako krwotok pozaotrzewnowy. Chłopcu podniosła się temperatura, przeleżał w łóżku osiem dni. Chorym opiekował się lekarz i jego matka, która umilała synowi czas czytaniem. O ćwiczeniu żołnierskiej musztry z białowieskim „wojskiem” nie mogło być mowy, chociaż w przeddzień wyjazdu Aleksy zaczął już bawić się, oczywiście sam, w pałacowej komnacie. Był jeszcze słaby.

Wieść o kontuzji carewicza szybko obiegła Białowieżę. Mieszkańcy bardzo przeżywali to przykre zdarzenie. Miejscowy urzędnik, Gwaj z Zastawy, ułożył na cześć Aleksego wiersz, który uczniowie śpiewali na lekcjach, na naprędce skomponowaną melodię.

27 września wypadło święto Podniesienia Krzyża Pańskiego. W cerkwi odprawiono Liturgię. Po jej zakończeniu przybyły z Grodna arcybiskup grodzieński i brzeski Michał pobłogosławił Najdostojniejszą Rodzinę ikonami. Po wyjściu ze świątyni carską parę spotkała przed pałacem piętnastoosobowa delegacja chłopów-kolonistów z guberni grodzieńskiej. Na czele delacji stali pełnomocnik komitetu rolnego w guberni wileńskiej, kowieńskiej i grodzieńskiej, radca stanu Rochmanow oraz stały członek grodzieńskiej komisji rolnej, radca stanu Jabłokow. Podczas ceremonii przedstawiania monarsze delegacji obecni byli gubernator grodzieński, minister dworu cesarskiego i członkowie świty. Delegacja powitała cara i wręczyła mu chleb i sól. Monarcha zaprosił chłopów do pałacu, na obiad. Podobne zaproszenie otrzymał także arcybiskup Michał oraz przebywający w Białowieży wyżsi urzędnicy państwowi, dowódcy pułków i przedstawiciele miejscowej administracji.

W ostatnich dniach pobytu w Białowieży car nagrodził złotymi zegarkami kapelmistrza pułkowych trębaczy Demidowa oraz sztabowego trębacza Płońskiego. Pułkowi natomiast podarował wypchany okaz zabitego przez siebie dzika, z dołączoną do niego tabliczką informacyjną, wykonaną ze srebra. Dzik ten i otrzymane później od zarządcy Puszczy Białowieskiej eksponaty żubra, lisa i medaliony głów jeleni z porożem stały się ozdobą sali zebrań oficerów pułku w Białymstoku. Obok nich zawisł obraz znanego malarza-pejzażysty Jakowa Browara  „Myśliwska droga w Białowieży”, sprezentowany pułkowi na pamiątkę ochrony carskiego polowania.

Z żubra upolowanego przez cara Mikołaja II wykonano eksponat muzealny.

Warto też wspomnieć, że jeden z żołnierzy, o nazwisku Stelmach, otrzymał osobistą pochwałę od cara, a przez dowódcę pułku został nagrodzony srebrnym zegarkiem. Żołnierz ów, wjeżdżając na myśliwską dróżkę na koniu, dostrzegł w pewnym momencie podążających w jego stronę na koniach monarchę i wielkiego księcia Dymitra Pawłowicza. Nie wpadł w popłoch, lecz ostro ściął konia i zawrócił ze ścieżki. Przeskoczył szeroki rów i stając na baczność oddał honory przejeżdżającym. Imperatorowi i księciu bardzo to się spodobało.

Łowczy Stefan Charczun twierdził, że podczas polowania w 1912 roku rewolucjoniści przygotowali zamach na cara, przeciągając w poprzek drogi, między drzewami, drut na wysokości szyi osób siedzących w samochodzie. Łowczy towarzyszył carowi, gdy ten jechał odkrytym samochodem przez puszczę. Los chciał, że wcześniej jadący tą samą szosą samochód ciężarowy zerwał rozciągnięty nad nią drut, ratując życie carowi i łowczemu.

Na zakończenie każdego dnia łowów urządzano przegląd ustrzelonej zwierzyny. Nazywano go z niemiecka sztreką lub pokotem. Po kolacji myśliwi wychodzili przed pałac i podziwiali swoją zdobycz. Zwierzynę układano na lewym boku, pod rosnącymi tutaj starymi dębami. Na przedzie leżały sztuki ustrzelone przez cara, za nimi – zdobyte przez pozostałych uczestników polowania. Przestrzegano też hierarchii zwierzęcej. Każdy pokot otwierały żubry, następnie leżały jelenie, daniele itd. W przypadku, gdy ktoś ustrzelił drobną zwierzynę lub jakiegoś ptaka, sztuki te umieszczano od frontu, przed zwierzyną grubą. Całość przystrajano girlandami z gałązek dębowych i świerkowych.

Nadłowczy Józef Newerly ustawiał się przed frontem ułożonej zwierzyny, łowczowie natomiast zajmowali miejsce po jego lewej stronie. Z tyłu pokotu stali strzelcy z trąbkami, za nimi pozostały personel łowiecki oraz pałacowi robotnicy, ubrani w czerwone koszule. Trzymali oni w rękach latarnie, które oświetlały otoczenie. Wszyscy byli zwróceni twarzami do pałacu. Widowisko to obserwował nieco z dala tłum ciekawskich, złożony z miejscowych urzędników, przyjezdnej inteligencji, a także z mieszkańców Białowieży. Na przeglądy przybywali ludzie z bliżej i dalej położonych miejscowości – z Białegostoku, Grodna, Brześcia Litewskiego a nawet z Warszawy. Przyciągała ich przede wszystkim możliwość ujrzenia z bliska carskiej rodziny i wielkich książąt.

Z przeszklonego ganku pałacu jako pierwszy wychodził car z rodziną, a za nim jego świta i goście. W tym momencie zapalano pochodnie, umocowane na drewnianych słupkach, ustawionych w czterech rogach placu. Trębacze rozpoczynali sygnał powitania. Dostojni myśliwi zatrzymywali się przed ułożoną zdobyczą. Nadłowczy podchodził do cara i składał raport z ilości i rodzaju upolowanej zwierzyny. W chwili wskazywania przez niego kordelasem na poszczególne gatunki zwierzyny, orkiestra łowiecka odgrywała odpowiednie hejnały na ich cześć. Sygnały były wykonywane według zwyczaju przyjętego w Niemczech – na trąbkach typu pless.

Po zakończeniu ceremonii myśliwi podchodzili do ułożonej zwierzyny, sprawdzali celność swych strzałów i opowiadali szczegóły jej zdobycia. Car kończył oględziny podziękowaniem za wynik polowania i wracał do pałacu. Trębacze żegnali go marszem. Rozchodziła się także publiczność.

Po przeglądzie zwierzynę przekazywano preparatorowi, który w specjalnym pomieszczeniu oddzielał łby z porożem od tusz, wygotowywał je i następnie robił medaliony. Trofea te trafiały do pałacu lub były zabierane przez myśliwych. Tusze zwierzęce szły do lodowni. Młodsze kozły i dziki przeznaczano do pałacowej kuchni, a pozostała część była rozdawana wojsku, pracownikom administracji leśno-łowieckiej i chłopom. Niektóre partie mięsa odprawiano do Petersburga.

Brak jest oficjalnych danych o ilości ustrzelonej w 1912 roku zwierzyny. Wiemy jednak, że było wśród niej jedenaście żubrów.

Zwożenie ubitej zwierzyny.

Ciekawe, że broń, której Mikołaj II używał podczas tego polowania (dubeltówka i repetler), dziwnym trafem w 1931 roku znalazła się w posiadaniu jednej z firm prowadzących handel bronią w Warszawie. Wystawiono ją tutaj do sprzedaży komisowej. Dubeltówka była precyzyjnie cyzelowana, a ciężkie i masywne hebanowe szkatułki do broni miały bogate rzeźbienia. Artystyczne rzeźby widniały również na ich pokrywach, wykonanych z orzecha.

Carska rodzina i goście wyjechali z Białowieży 29 września, bardzo późnym wieczorem (godz. 11), kierując się do Spały. Pawilon kolejowy udekorowany został na tę okazję kwiatami i girlandami. Prowadzącą do niego aleję oświetlały rzęsiście tysiące lampek. Carską rodzinę odprowadzali książę Wiktor Koczubej, gubernator grodzieński, zarządca Puszczy Białowieskiej, dowódca brygady artyleryjskiej generał Krasowski oraz dowódcy pułków 4 ułańskiego charkowskiego i 11 dońskiego kozackiego im. hr. Denisowa. Książę Koczubej i gubernator Borzenko wręczyli bukiety żywych kwiatów Aleksandrze Fiodorownie i wielkim księżniczkom.

Na chwilę przed odjazdem w oknach pociągu pojawiły się sylwetki cara, carycy z synem i wszystkich księżnych. Tuż za carskim pociągiem wyruszył skład towarowy, w którym wieziono konie, pojazdy i obsługę. Do Spały najdostojniejsi myśliwi dojechali 17 września, przed południem.

Jak twierdził Pierre Gillard, nauczyciel monarszych dzieci, carewicz Aleksy podczas pobytu w Spale, na skutek jazdy powozem po wyboistej drodze, ponownie uderzył się i jego stan nagle się pogorszył. Pojawiła się krwawa opuchlizna pod pachą, która groziła przejściem w ciężkie zakażenie krwi. Z zachowaniem najwyższej ostrożności chłopca przewieziono ze Spały do Carskiego Sioła, gdzie rodzina spędziła zimę.

Polowanie w Białowieży bardzo spodobało się jednej z córek Mikołaja II – Tatianie. 4 października, będąc już w Spale, napisała list do swojej cioci, wielkiej księżnej Kseni Aleksandrowny, w którym z zachwytem relacjonowała: „W Białowieży było bardzo śmiesznie. Jeździliśmy z Papą na polowanie, Olga i ja. Maria z Anastazją były tylko dwa razy. Ja stałam na stanowisku dwa razy u Papy, raz u ks. Golicyna, raz u ks. Biełosielskiego i raz u Drentelna. Było bardzo pięknie”.

Pod koniec stycznia 1913 roku urządzono w Puszczy Białowieskiej polowanie dla księcia Monaco  Alberta I, który zabił wówczas dwa żubry. Car Mikołaj II jednak w tym polowaniu nie mógł uczestniczyć. Imperator planował urządzić we wrześniu następnego roku kolejne łowy, na które chciał zaprosić cesarza Wilhelma II. Przygotowania rozpoczęto w lipcu. Wydział hofmarszalski zajął się wynajmowaniem podwód, a dyrekcja kolei przygotowała wystrój pawilonu na carskiej rampie kolejowej. Przed pawilonem wyrosła sylwetka żubra, wykonana z kwiatów. Chór cerkiewny wyćwiczył jeden z utworów religijnych Piotra Czajkowskiego. Aż tu wybuchła wojna światowa i cały ten trud okazał się daremny. W październiku 1914 roku Mikołaj II podjął ważną decyzję, dotyczącą gospodarki łowieckiej na terenie Puszczy Białowieskiej. Była to reakcja na opinię nadłowczego Puszczy, którym był już wtedy Ewald Bark. W czerwcu 1914 roku nadłowczy przesłał do Głównego Zarządu Dóbr Apanażowych w Petersburgu obszerny referat, w którym skrytykował  niewłaściwy system hodowlany, uprawiany w Puszczy. Rozmnożona nadmiernie zwierzyna (w szczególności jelenie) zjadała wszystko, nie pozwalając na jakąkolwiek odnowę lasu. W referacie Bark domagał się przeznaczenia do odstrzału 3500 sztuk grubej zwierzyny, z wyjątkiem żubrów i łosi. Car zatwierdził zaproponowaną liczbę do odstrzału, wyznaczając termin jego wykonania do 1 lutego 1915 roku. Zadanie to, jak wynika z informacji łowczego Stefana Charczuna, zostało zrealizowane. Do bardziej nowoczesnej hodowli pozostawiono właściwe osobniki. Ustrzelone sztuki szybko zabezpieczano i transportowano do Petersburga.

 

Piotr Bajko

Józefa Becka politykowanie w Białowieży

Józef Beck w rozmowie z Hermannem Göringiem, 1935 r.

W okresie międzywojennym Białowieża gościła wielu polityków i dyplomatów, zarówno krajowych jak i zagranicznych. Oczywiście wśród nich nie mogło zabraknąć Józefa Becka (1894-1944), bliskiego współpracownika Józefa Piłsudskiego, wieloletniego ministra spraw zagranicznych RP.

Zgodnie z przekazami rodzinnymi, ród Józefa Becka zapoczątkował flandryjski marynarz, który pod koniec XVI wieku trafił do służby polskiej. Dziadek przyszłego ministra był naczelnikiem poczty, a ojciec prawnikiem (obaj także mieli na imię Józef). Matka, Bronisława Łuczkowska, wywodziła się z rodziny unickiej. Józef urodził się 4 października 1894 roku w Warszawie. Ochrzczony został w cerkwi prawosławnej, ale w wieku sześciu lat przyjęto go na łono Kościoła rzymskokatolickiego.

Rodzina Becków po opuszczeniu Warszawy mieszkała w Rydze, później we Lwowie i w Limanowej. Józef po ukończeniu w 1912 roku liceum ogólnokształcącego w Krakowie wstąpił na Politechnikę Lwowską. Po roku przeniósł się do Akademii Handlu Zagranicznego w Wiedniu. Przebywając w 1913 roku u wuja w Zakopanem, zetknął się z Józefem Piłsudskim. W lecie następnego roku wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej. Wkrótce przyjęty został do tworzących się Legionów Polskich. Trafił do artylerii, z czasem awansował w niej do stopnia podporucznika. W bitwie pod Kostiuchnówką został ranny w głowę. Po odmówieniu złożenia przysięgi wierności cesarzowi niemieckiemu, odesłano go do zapasowych formacji austro-węgierskich. Później była szkoła artylerii w Bratysławie. Beck otarł się też o dowództwo korpusu węgierskiego w Sopron. Następnie działał w POW we Lwowie. Był delegowany do III Korpusu Polskiego w Rosji, a po jego rozbiciu w czerwcu 1918 roku wrócił do Lwowa i stąd został wysłany do Moskwy. Później w Orle krótko dowodził formowanym tam polskim pułkiem. Następnie przez Ukrainę dotarł do Lublina. W początkach listopada 1918 roku wstąpił do oddziałów Wojska Polskiego, formowanych przez Edwarda Śmigłego-Rydza, a już w grudniu wyruszył na front ukraiński.

W początku 1919 roku J. Piłsudski wysłał Becka do Rumunii, gdzie przydzielono go do misji wojskowej. W 1920 roku Beck został jednym z szefów Oddziału II Sztabu Generalnego WP, zajmującego się wywiadem. Wysłany do Budapesztu jako przedstawiciel Piłsudskiego, spotkał się tam z admirałem Miklósem Horthym. Później jako ekspert wojskowy uczestniczył w konferencji w Brukseli, poświęconej stosunkom polsko-litewskim.

W styczniu 1922 roku J. Beck został attaché wojskowym RP w Paryżu. Pełniąc służbę na placówce zagranicznej, pozostawał oficerem nadetatowym V Dywizjonu Artylerii Konnej, stacjonującego w Krakowie. Po wycofaniu się marszałka Piłsudskiego z życia politycznego, Beck został odwołany z Paryża i przez pewien czas pracował jako buchalter w Banku Wileńskim. Z początkiem listopada 1924 roku powrócił do służby czynnej w V DAK. Przez rok uczestniczył w kursie doszkolenia w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. W tym czasie otrzymał awans na stopień podpułkownika i został przydzielony do Oddziału IIIa Biura Ścisłej Rady Wojennej na stanowisko szefa Wydziału „Wchód”.

W 1926 roku, w czasie zamachu majowego, Józef Beck opowiedział się po stronie Józefa Piłsudskiego. W latach 1926-1930 piastował stanowisko szefa gabinetu Ministra Spraw Wojskowych. W okresie od 25 sierpnia do 4 grudnia 1930 roku był wicepremierem w rządzie Piłsudskiego. 6 grudnia 1930 roku powołany został na stanowisko wiceministra spraw zagranicznych. W 1931 roku otrzymał awans na pułkownika. 2 listopada 1932 roku został ministrem spraw zagranicznych. Po śmierci Józefa Piłsudskiego samodzielnie kierował polską polityką zagraniczną aż do wybuchu II wojny światowej. Wiceministrem spraw zagranicznych w tym okresie był Jan Szembek.

Jadwiga i Józef Beckowie, 1934 r.

Józef Beck po raz pierwszy zwrócił uwagę na Puszczę Białowieską w 1931 roku, po upływie pół roku pełnienia stanowiska wiceministra spraw zagranicznych. W dniach 20-22 czerwca zorganizował wycieczkę do Białowieży dla dyplomacji i gości zagranicznych. Pomagała mu w tym jego druga żona, Jadwiga (z pierwszą, Marią, Beck rozwiódł się w 1927 roku, zmieniając jednocześnie wyznanie katolickie na protestantyzm) oraz ministerialni radcy Michał Mościcki i Jan Żukotyński, a także hrabia Karol Romer oraz kilka innych osób. W wycieczce wzięli udział m.in. minister pełnomocny Ambasady RP w Paryżu Anatol Mühlstein, kierownik Wydziału Wschodniego MSZ Tadeusz Schaetzel, prezes Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Janusz Jędrzejewicz, a także grono ludzi sztuki, literatury i nauki – literat Zdzisław Kleszczyński, pisarka Zofia Nałkowska, poetka Kazimiera Iłłakowiczówna, prozaik Julian Wołoszynowski, reżyser filmowy Ryszard Ordyński, malarka Zofia Stryjeńska, geolog i ekolog Walery Goetel.

Do Białowieży wycieczkowicze dotarli specjalnym, luksusowym pociągiem, składającym się z dziewięciu wagonów sypialnych i wykwintnego wagonu restauracyjnego. Jego wynajęcie kosztowało ministerstwo około tysiąca złotych. Na miejscu czekały na gości eleganckie samochody rządowe. Kolację podano w pałacu. Po krótkim odpoczynku rozpoczęły się tańce, później grano w brydża.

Przewodnikami rządowych gości po Puszczy byli pracownicy Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży, z jej dyrektorem Stefanem Modzelewskim na czele. Wycieczkę uwieczniał na kliszy fotograficznej i taśmie filmowej hrabia Stefan Plater-Zyberk, właściciel „Photoplatu”.

Wycieczka udała się znakomicie, pogoda też dopisała. Uczestnicy białowieskiej eskapady długo jeszcze wspominali wizytę w puszczańskim muzeum, mieszczącym się w carskim pałacu, spacer po dziewiczej puszczy oraz odwiedziny w rezerwacie żubrów, które w 1929 roku zostały ponownie sprowadzone do Puszczy Białowieskiej. Bardzo sympatyczne okazały się także spotkania ze zwiedzającymi w tym samym czasie Białowieżę białostockimi lekarzami oraz uczestnikami X Zjazdu Polskiego Towarzystwa Botanicznego i III Zjazdu Botaników Słowiańskich, również ze studentami rolnictwa i leśnictwa z Pragi.

Dreszczyku emocji, szczególnie żeńskiej części grupy, dostarczyła wieść o dokonanym kilka dni wcześniej w Puszczy zbrojnym napadzie grupy uzbrojonych bandytów na jadącego drezyną kierownika jednego z tutejszych tartaków oraz towarzyszących mu dwóch mężczyzn. Wszyscy oni, ciężko ranni, trafili do szpitala. Kierownikowi tartaku w wyniku postrzału amputowano prawą nogę poniżej kolana.

Jeden z uczestników wycieczki, Walery Goetel, wkrótce po powrocie z Białowieży wyjechał na odbywający się w Paryżu II Międzynarodowy Kongres Ochrony Przyrody. Wystąpił na nim z referatem o parkach narodowych w Polsce. Delegaci kongresu otrzymali również obszerną informację o Parku Narodowym w Białowieży.

W 1934 roku Józef Beck spotkał się z uczestnikami odbywającego się w Warszawie Kongresu Międzynarodowej Konfederacji Związku Autorów i Kompozytorów, na kilka dni przed ich wycieczką do Białowieży, która odbyła się 14 czerwca. Minister w rozmowie wspomniał m.in. o sprowadzonych kilka lat wcześniej do Puszczy Białowieskiej żubrach, po ich dziesięcioletniej nieobecności na tym terenie.

Józefa Becka nie mogły ominąć organizowane od 1930 roku przez prezydenta RP Ignacego Mościckiego zimowe polowania reprezentacyjne w Puszczy Białowieskiej, z udziałem w nich znanych przedstawicieli świata polityki i dyplomacji. Emocjom łowieckim w Białowieży najczęściej towarzyszyły nieoficjalne rozmowy, które w jakimś stopniu wpływały na decyzje podejmowane przez przywódców niektórych państw i tym samym na bieg wydarzeń na kontynencie europejskim.

Pod koniec stycznia 1935 roku po raz pierwszy przyjechał do Białowieży na polowanie premier pruski Hermann Göring. W drodze do Puszczy zatrzymał się on w Warszawie, gdzie był przyjmowany śniadaniem przez ministra Józefa Becka. W śniadaniu tym wzięły udział towarzyszące premierowi osoby, a także wiceminister spraw zagranicznych RP Jan Szembek z małżonką, ambasador RP w Niemczech Józef Lipski, ambasador III Rzeszy w RP Hans von Moltke z żoną Davidą oraz inne osoby.

Wizyta w Polsce bliskiego współpracownika Hitlera nastąpiła w rok po podpisaniu przez RP i III Rzeszę deklaracji o niestosowaniu przemocy, do czego przyczynił się w dużym stopniu Józef Beck. Nosiła ona wyraźne znamiona misji politycznej. Göring był osobistym wysłannikiem przywódcy III Rzeszy, działającym jakby poza ramami niemieckiego MSZ. Przed Polakami miał odgrywać rolę osoby „dobrej i życzliwej”, poświadczającej „szczerość” intencji niemieckich. Pruski premier podczas polowania w Białowieży przedstawił polskim generałom, Kazimierzowi Sosnkowskiemu i Kazimierzowi Fabrycemu, propozycję przystąpienia przez Polskę do przygotowywanego paktu antykominternowskiego. W rozmowie podkreślał wielkie korzyści, jakie nasz kraj mógłby uzyskać przez zajęcie Ukrainy aż po Morze Czarne. Propozycja owa wywołała wśród wojskowych konsternację.

W drodze powrotnej do Berlina Göring zatrzymał się na kilka godzin w Warszawie, gdzie swą ofertę powtórzył w Belwederze na audiencji u marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek propozycji jednak nie przyjął. Powiedział, że Polacy nie mają zamiaru spać z karabinem w łóżkach. Piłsudski trzymał się swojej doktryny zachowania równowagi pomiędzy obu ościennymi mocarstwami, którą podzielał także minister spraw zagranicznych. Dlatego też J. Beck, podczas rozmowy 13 lutego 1934 roku w Moskwie z premierem Wiaczesławem Mołotowem i ludowym komisarzem spraw zagranicznych Maksymem Litwinowem, przedstawił propozycję przedłużenia zawartego 25 lipca 1932 układu z ZSRR o nieagresji do 10 lat oraz podniesienia polsko–radzieckich przedstawicielstw poselskich do rangi ambasad.

Warto też wspomnieć, że jednym z uczestników polowania w Białowieży w 1935 roku był m.in. Arthur Greiser – prezydent gdańskiego Senatu, którego minister Józef Beck podejmował w Warszawie 7 stycznia 1935 roku. Dzień później Greisera przyjął prezydent Mościcki na specjalnej audiencji w Spale. I to wówczas Greiser otrzymał zaproszenie do Białowieży. Jednoczesny udział w polowaniu Göringa i Greisera zaniepokoił polityków zagranicznych. Obawiali się oni niekorzystnego dla całej Europy zbliżenia Polski z Niemcami. W ogóle należy stwierdzić, że wizyty Göringa w Polsce każdorazowo wzbudzały zaniepokojenie kół rządzących w Paryżu i Londynie.

W 1935 roku minister Beck jeszcze dwukrotnie spotykał się z premierem Göringiem – w maju, gdy ten przebywał w Polsce na uroczystościach pogrzebowych Marszałka Józefa Piłsudskiego, i w lipcu – podczas swojej wizyty w Berlinie. W Niemczech Beck odwiedził zwierzyniec państwowy w Schorfheide, znajdujący się około 60 km od Berlina. Rok wcześniej sprowadzona została do niego para żubrów, którą Göring z dumą pokazywał swoim gościom.

Kolejna „łowiecka” wizyta premiera Prus w Polsce miała miejsce w lutym 1936 roku. Göringa powitała na dworcu Jadwiga Beckowa wraz z dyplomatami polskimi i niemieckimi. Minister Beck podjął gościa śniadaniem. Pani Beckowa towarzyszyła w Warszawie Emmie Göringowej, która nie zechciała jechać do Białowieży, ponieważ wolała w tym czasie zwiedzić stolicę. Göring ponownie starał się wciągnąć Polskę do paktu antykominternowskiego, a ponadto wpłynąć na to, aby nie zacieśniała ona współpracy z Francją. Uspokajał swych rozmówców, że Niemcy nie zawrą jakiegoś ekstraporozumienia z Rosją przeciwko naszemu krajowi. Podczas śniadania u ministra  Becka silnie podkreślał wolę i chęć Niemców do dalszego rozwoju stosunków z Polską.

Podczas wizyty w Polsce w połowie lutego 1937 roku Göring przed udaniem się do Białowieży przeprowadził rozmowy z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem, premierem Felicjanem Sławojem Składkowskim i zastępcą Józefa Becka – Janem Szembekiem. Józef Beck, w konsekwencji ciężkiej grypy, której nabawił się w Genewie, odbywał w tym czasie kurację na południu Francji (w Cannes).

W końcu października 1937 roku Szembek został wysłany przez Becka do Berlina, by pod pretekstem zwiedzenia międzynarodowej wystawy łowieckiej spotkać się z Göringiem i dowiedzieć się czegoś konkretniejszego o zamiarach III Rzeszy wobec Gdańska. Göring w dłuższej rozmowie z Szembekiem zagwarantował, iż w Wolnym Mieście Gdańsku  nie stanie się nic, co byłoby skierowane przeciwko Polsce i zapewniał, że Niemcy potrzebują silnej Polski oraz ponowił ofertę przystąpienia RP do paktu kominternowskiego.

Po raz ostatni Göring uczestniczył w polowaniu w Białowieży pod koniec lutego 1938 roku. W Warszawie ambasador Moltke wydał na jego cześć reprezentacyjne śniadanie, w którym udział wziął m.in. szef polskiej dyplomacji, który wieczorem podjął przedstawiciela III Rzeszy wystawnym obiadem. Zaraz po obiedzie feldmarszałek Göring opuścił Warszawę, udając się pociągiem do Białowieży.

Polityczna część tej wizyty była poświęcona głównie szeroko pojętemu zacieśnianiu współpracy polsko-niemieckiej, ze szczególnym uwzględnieniem problemu czechosłowackiego. W czasie rozmów, prowadzonych w przerwach pomiędzy polowaniami, Göring miał podobno wtajemniczyć Becka w plany III Rzeszy wobec Czechosłowacji, składając odpowiednią ofertę współdziałania. Beck natomiast postawił sprawę Zaolzia, zamieszkanego w przeważającej mierze przez ludność polską.

Prezydent Mościcki, podczas podróży do Białowieży, przekazał treść rozmowy z Göringiem gen. Kazimierzowi Sosnkowskiemu. Wtajemniczył go również w decyzję polskiego rządu wzięcia udziału razem i równolegle z Niemcami w operacjach skierowanych przeciw Czechosłowacji. Na Sosnkowskiego spadło to jak grom z jasnego nieba. Próbował odwieść prezydenta od tego kroku, ale bezskutecznie. Prezydent miał się wyrazić, że Polska nigdy nie miała tak znakomitego ministra spraw zagranicznych jak Beck i cokolwiek Beck robi, jest to najlepsza polityka.

Göring niemal do końca sierpnia 1939 roku był wdzięcznym rozmówcą polskiej dyplomacji. Kanclerz Hitler w rozmowie z Beckiem w Berchtesgaden, która odbyła się 5 stycznia 1939 roku, powiedział, że każda dywizja polska użyta przeciwko Rosji zaoszczędzi jedną dywizję Niemcom. Do rozmowy tej nawiązał Józef Beck w swojej mowie sejmowej, wygłoszonej 5 maja 1939 roku. Göring nie skorzystał już z polskiego zaproszenia na polowanie w zimie 1939 roku. Zastąpił go inny bliski współpracownik Hitlera – Heinrich Himmler.

W lutym 1938 roku, jeszcze przed ostatnim polowaniem Hermanna Göringa w Puszczy Białowieskiej, do Białowieży zaproszono na reprezentacyjne łowy regenta Węgier Miklósa Horthyego. Wśród witających gościa na dworcu w Krakowie (5 lutego) obecny był minister Beck. Rankiem 6 lutego gospodarze i goście opuścili Kraków, udając się przez Warszawę do Białowieży. Prezydent wyjechał z Warszawy przed regentem osobnym pociągiem reprezentacyjnym. Towarzyszył mu minister Józef Beck oraz członkowie Domu Cywilnego i Wojskowego Prezydenta RP.

Polowanie odbyło się 7 i 8 lutego. Minister Beck brał w nim bierny udział, gdyż nie był myśliwym. Do Białowieży przyjechał właściwie dla przeprowadzenia rozmów politycznych z regentem oraz ministrem de Kanyą. W Puszczy sfotografowano go wprawdzie z manlicherem, jednakże sprawy łowieckie były mu odległe.

Beck w Białowieży dużo rozmawiał ze swym węgierskim odpowiednikiem – ministrem de Kanyą. Wieczorem pierwszego dnia polowania uczestniczył wraz z gośćmi w zwiedzaniu muzeum puszczańskiego, które rok wcześniej zostało przeniesione z pałacu do osobnego budynku. Tego samego wieczoru był obecny na uroczystości wręczenia regentowi Horthyemu przez prezydenta Mościckiego odznaki myśliwskiej św. Huberta. Po tej ceremonii czas upływał gościom na miłych rozmowach towarzyskich i grze w brydża. Przy okazji poruszane były sprawy poważne. Zatroskany o przyszłość Polski Horthy rozmawiał z prezydentem Mościckim, marszałkiem Rydzem-Śmigłym, ministrem Beckiem i gen. Sosnkowskim. Wskazywał na konieczność porozumienia z potężniejącymi z dnia na dzień Niemcami w obliczu sowieckiego zagrożenia. Argumenty jego nie spotkały się jednakże z odzewem. Polacy dali mu do zrozumienia, że w razie wojny z Niemcami spodziewają się zwycięstwa.

Tego wieczoru regent Węgier przyjął jeszcze osobno, na audiencji prywatnej, ministra Józefa Becka. Rozmawiał z nim dłuższy czas m.in. na temat wspólnej granicy polsko-węgierskiej, w wypadku konfliktu zbrojnego i ewentualnego rozpadu Czechosłowacji, z którą ani Węgry, ani Polska nie miały dobrych stosunków. Beck postrzegał Czechosłowację jako nietrwały składnik układu sił i równowagi politycznej w Europie centralnej, który nie ma szans na przetrwanie.

Polowanie w Białowieży było udane. W drodze powrotnej do Warszawy Beck cały czas towarzyszył ministrowi de Kanyi. Po przyjeździe prezydent Warszawy Stefan Starzyński podjął węgierskiego ministra śniadaniem. W godzinach popołudniowych de Kanya odbył jeszcze oficjalną rozmowę z min. Beckiem. Po południu regent Węgier złożył wieniec przy grobie Nieznanego Żołnierza na Placu  Piłsudskiego. Ceremonii tej przyglądał się m.in. szef polskiej dyplomacji. Wieczorem Beck z małżonką wydali na cześć ministra de Kanyi wystawny obiad.

Józef Beck z włoskim ministrem Galeazzo Ciano w drodze na stanowiska łowieckie w Puszczy Białowieskiej, 1939 r.

Ostatnie reprezentacyjne polowanie w Puszczy Białowieskiej odbyło się 28 lutego 1939 roku. Urządzono je dla ministra spraw zagranicznych Włoch hr. Galeazzo Ciano, który przybył do Polski wraz z żoną Eddą. Według oficjalnych komunikatów wizyta hr. Ciano miała głównie na celu udział w uroczystościach poświęconych pamięci bohaterskiego Włocha pułkownika Francesco Nullo. Prawdziwym natomiast celem była próba wciągnięcia Polski w orbitę aktywnej polityki Osi Berlin – Rzym, ukartowana przez Mussoliniego wespół z Hitlerem. Ciano jednak nie spełnił pokładanych w nim nadziei, w swych wypowiedziach był bardzo ogólnikowy. Beck z kolei liczył na to, że wizyta ta zapewni pośrednictwo Włoch pomiędzy Polską a Niemcami, ale nic takiego nie nastąpiło.

Zięć Benito Mussoliniego przybył do Polski pociągiem 25 lutego. W drodze towarzyszył mu ambasador RP w Rzymie gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Na dworcu w Warszawie włoskiego gościa przywitał minister Józef Beck z żoną Jadwigą oraz różnymi osobistościami. Hrabia Ciano wraz z żoną zatrzymał się w pałacu Blanka.

Wieczorem odbyła się uroczystość złożenia przez gościa wieńca przed grobem Nieznanego Żołnierza. Następnie włoski minister odbył rozmowy z Józefem Beckiem oraz z prezesem Rady Ministrów Felicjanem Sławojem Składkowskim i Marszałkiem Polski Edwardem Śmigłym-Rydzem. W godzinach wieczornych ministra Ciano rewizytował minister Beck i premier Sławoj Składkowski. Podczas uroczystego obiadu ministrowie Ciano i Beck wymienili serdeczne toasty. Minister Beck wznosząc kielich, podkreślił, że Polskę i Włochy łączy wiekowa tradycja przyjaźni. Ciano z kolei odwzajemnił się zapewnieniem, że faszystowskie Włochy żywią do Polski wielką sympatię.

Na polowanie reprezentacyjne w Puszczy Białowieskiej minister Ciano wyjechał pociągiem 27 lutego, po południu. Razem z włoskim ministrem do Białowieży wyjechały osoby towarzyszące w jego podróży do Polski oraz grupa dziennikarzy włoskich. Gościowi towarzyszył również minister Beck z żoną. Pociąg przybył na stację w Białowieży późnym wieczorem. Wysiedli z niego najpierw minister Ciano w towarzystwie ministra Becka, następnie hr. Edda Ciano w towarzystwie pani Beckowej. Po ceremonii powitania, goście odjechali do pałacu. Honory gospodyni pełniła znająca biegle trzy języki obce Jadwiga Beckowa, gościom zaś przewodniczył gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski z żoną.

Polowanie odbywało się przy sprzyjającej pogodzie. Minister Ciano i jego żona byli w pełni usatysfakcjonowani łowami, nie skrywali też swego zachwytu samą Puszczą. Z ręki ministra Ciano padło kilka dzików, jednego dzika upolowała również jego małżonka.

Po powrocie z Puszczy minister Ciano z żoną Eddą i panią Beckową oraz innymi osobami zwiedzili muzeum puszczańskie. Wieczorem Beckowie podjęli wszystkich gości uroczystym obiadem. Po jego zakończeniu odbył się przed pałacem tradycyjny już przegląd ubitej zwierzyny. Pełni wrażeń z mijającego dnia, goście późnym wieczorem wyjechali z Białowieży do Krakowa, gdzie spędzili ostatni dzień swego pobytu w Polsce. W Krakowie włoskiemu ministrowi towarzyszył  Beck z żoną.

Krótko po tej wizycie Beck zachorował. Najwyraźniej nie opuściła go jeszcze choroba, na którą zapadł w połowie stycznia. Jej nawrót spowodowało nadmierne obciążenie organizmu obowiązkami dyplomatycznymi. Poza ministrem Ciano, Beck 25 stycznia przyjmował Joachima von Ribbentropa, który – w razie  przyjęcia przez Polskę niemieckich żądań – kusił Becka i innych polskich polityków przekazaniem Polsce Słowacji, po zakończeniu rozbioru Czechosłowacji. Sugerował też przystąpienie do wspólnych działań zbrojnych przeciwko ZSSR. Beck dał mu do zrozumienia, że Polska traktuje poważnie układ o nieagresji z ZSRR i że Niemcy w tej sprawie nie powinni się za wiele spodziewać.

Józef Beck (pierwszy z prawej) prowadzi w przerwie polowania towarzyską rozmowę z Galeazzo Ciano (pierwszy z lewej) i gen. Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim, 1939 r.

Po ostatnim polowaniu reprezentacyjnym w Puszczy Białowieskiej Józef Beck nie miał już okazji odwiedzenia Białowieży. Zajmował się intensywną pracą dyplomatyczną. Po zajęciu 23 marca przez Niemcy Okręgu Kłajpedy, nie miał już prawie żadnych wątpliwości w sprawie planów III Rzeszy wobec Polski.

Niemiecki atak na Polskę 1 września 1939 roku Beck przyjął ze spokojem i opanowaniem. 5 września opuścił Warszawę, udając się do Brześcia nad Bugiem, później do Krzemieńca, a stąd do Ołyki i Kut. W tym czasie negocjował z ambasadorem francuskim przeniesienie naczelnych władz polskich do Francji. Rozmawiał też z ambasadorem rumuńskim na temat udzielenia przez Rumunię polskim władzom możliwości przejazdu przez terytorium tego państwa do Francji.

Po tym, jak dowiedział się, że 17 września oddziały Armii Czerwonej wkroczyły na teren Polski, wyjechał do Kołomyi, a stąd do Rumunii, gdzie został internowany. Po złożeniu 30 września przez premiera Składkowskiego dymisji swego gabinetu, Beck przestał być ministrem spraw zagranicznych. Wraz z żoną i pasierbicą był przewożony do różnych miejscowości na terenie Rumunii. Wyjazd na Zachód uniemożliwił mu, pod wpływem otoczenia, gen. Władysław Sikorski.

Pod koniec października 1940 roku Beck podjął nieudaną próbę ucieczki do Turcji. By czymś się zająć, zaczął pisać pamiętniki. Zajmował się także modelarstwem okrętowym. W lecie 1942 roku wykryto u niego zaawansowaną gruźlicę, która szybko się rozwijała. Gdy rozpoczęły się alianckie bombardowania Bukaresztu, Józefa Becka wraz z rodziną przewieziono do wsi Stăneşti. Tutaj były minister zmarł 5 czerwca 1944 roku. Pochowany został w części wojskowej cmentarza prawosławnego w Bukareszcie. Prochy Becka zostały sprowadzone do kraju 21 maja 1991 roku, złożono je na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

 

Piotr Bajko

Bydło w puszczy

Historyczne ju zdjęcie krów wypasanych w Puszczy Białowieskiej (Ze zbiorów Haliny Wołkowyckiej)

Jednym z obrazów zapamiętanych z okresu mojego dzieciństwa, które przypadło na lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, są stada krów przemierzających ulice Białowieży. Wczesnym rankiem były one pędzone na wypas, a pod wieczór powracały do swych obór. Poczciwe krasule stanowiły stały element krajobrazu mojej miejscowości. Minęło niewiele ponad pół wieku i ten element przeszedł całkowicie do historii. W Białowieży obecnie nie ma już ani jednej krowy. Wprawdzie można je spotkać jeszcze w niektórych wsiach, położonych w rejonie Puszczy Białowieskiej, ale z czasem pewnie i te resztki parutysięcznego ogólnego stada sprzed ponad pół wieku odejdą w niebyt.

Krowy wypasane były na pastwiskach, nazywanych u nas wyhonami lub pastawnikami, także na polach (już po zebraniu z nich wszystkich plonów) bądź też sezonowo w lesie, czyli w Puszczy Białowieskiej. Wypas w puszczy zawsze napotykał na opory administracji leśnej i łowieckiej, gdyż wpływał niekorzystnie na kondycję niektórych drzewostanów, uszczuplał znacznie bazę pokarmową dla dzikich zwierząt, w końcu groził przeniesieniem na nie różnych chorób.

Dokładnie nie wiadomo, kiedy w Puszczy Białowieskiej zaczęto wypasać bydło (a także konie, owce, kozy, świnie). Z zachowanych dokumentów wynika, że w XVI wieku ograniczało się ono właściwie tylko do terenów sianożętnych, które posiadali na tym terenie właściciele licznych majątków wchodowych. Na przykład rewizja z 1559 roku, opisując wchody buczemlańskie (przywilej z 1506 roku), zaznacza, że „na pokoszonych sianożęciach zimą wolno bydło karmić i chować”. Dodajmy tutaj, że zebrane siano przechowywano w stogach lub brogach bezpośrednio na terenach sianożętnych.

Początkowo nie wyodrębniano łąk od miejsc wypasu bydła, jednak stały rozwój gospodarki hodowlanej i związane z tym rosnące zapotrzebowanie na pasze, spowodowało wyznaczenie na nich stałych i wspólnych pastwisk. Wzrost pogłowia bydła stopniowo prowadził także do wykorzystywania lasu jako terenu wypasowego. Wypasanie na terenach leśnych nie było jednak żywiołowe, podlegało pewnym ograniczeniom. Pod wypas wydzielano określone obszary. Ustalano też zasady wypasu, które nie zawsze były ściśle przestrzegane przez pastuchów. Komisja skierowana w 1700 roku do Puszczy Białowieskiej przez króla Augusta II, która miała uporządkować zarządzanie na tym obszarze, ostrzegała m.in., aby w tych częściach puszczy, które wyznaczone były dla zwierzyny, żaden pasterz z psami paść nie ważył się, także ognisk po zaroślach nie palił.

Z kolei sekretarz łowiectwa Jego Królewskiej Mości Gotfryd Henryk Harnak w swym memoriale z 1764 roku stwierdził m.in.: „Wolna pasza, którą w puszczy mają ludzie w bliskości mieszkający, niemniej jest szkodliwa dla drzewa jak i dla zwierza i ptactwa, kiedy jak daleko się podoba każdy trzodę przepędza na milę i więcej w puszczy. Latorośl żadna się nie utrzyma, zarośle same gdzie się zajmą wyniszczeją. A cóż jeszcze mówić o częstych pożarach, które najwięcej z niedbalstwa pastuchów i z ognia co rozkładają pochodzą?… Potrzeba koniecznie każe pamiętać o porządku skutecznym przeciw tej desolacji i żeby Komisja Generalna ustanowiła, aby dalej na ćwierć mili w głąb puszczy bydła pędzać się nie ważono…”.

Z powyższego dokumentu i z innych wynika, że w już w drugiej połowie XVIII stulecia zwracano uwagę na szkody wyrządzane w puszczy przez pasanie bydła i użytkowanie sianożęci w dolinach rzek i na polanach śródleśnych.

Pod koniec XVIII wieku Puszcza Białowieska znalazła się pod zaborem rosyjskim. Jej nowi właściciele postawili głównie na hodowlę zwierząt łownych oraz szczególnie hołubionych w tym okresie żubrów. W 1798 roku, zgodnie z „Najwyższą instrukcją leśną”, dla zapewnienia pokarmu żubrom, zakazano wypasania bydła w całej Puszczy. Chłopom zezwolono jedynie na pozyskiwanie siana w ściśle określonych miejscach. Strzelcy i osocznicy otrzymali przy swoich siedzibach wymierzony grunt i pastwiska dla bydła, których granicy nie wolno im było przekroczyć. Chłopom natomiast pastwisk nie wyznaczono. Dopiero w związku z ich protestami, sprawę tę uregulowano.

W czerwcu 1870 roku obradowała w Białowieży komisja Ministerstwa Dóbr Państwowych, która przeprowadziła kontrolę gospodarki w Puszczy. Komisja wydała szereg postanowień, w tym m.in. o zwiększeniu sianokosów dla żubrów. Zezwoliła ona również na wypas inwentarza chłopskiego, nakładając jednocześnie obowiązek ogradzania pastewników płotami.

W 1875 roku Zarząd Puszczy postanowił odgrodzić płotem część żubrową od części gospodarczej Puszczy. Zygmunt Gloger twierdził, że w tym czasie ogólna liczba dobytku chowanego przez strzelców, strażników, leśniczych i włościan w obrębie Puszczy, przewyższała co najmniej dziesięć razy ilość żubrów („Biblioteka Warszawska” T. 1, 1881).

Po upływie dziesięciu lat ogrodzenie zaczęło stopniowo niszczeć i bydło chłopskie coraz częściej przenikało w głąb leśnych ostępów. W tym okresie Zarząd Puszczy zaczął pobierać od chłopów opłaty za zezwolenie na wypas. Opłaty te wynosiły od 63 do 75 kopiejek, a w niektórych miejscach nawet 1 rub. i 49 kop. od sztuki. Z tego tytułu w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku uzyskiwano rocznie dochód w wysokości od 3700 rubli do około 4300 rubli. W 1888 roku, gdy Puszcza Białowieska stała się prywatną własnością carską, ilość wypasanego bydła w Puszczy wynosiła 6348 sztuk.

Zarząd Apanażowy Puszczy podzielił jej obszar na trzy okręgi wypasania – zachodni, wschodni oraz południowy. Podniósł też opłaty za wypas w zależności od okręgu. W 1889 roku dochody z wypasu we wszystkich trzech okręgach wyniosły łącznie blisko 5000 tys. rubli. W 1893 roku Zarząd zmniejszył teren wypasu w lesie do ok. 40000 ha i wprowadził opłatę za jedną sztukę bydła w wysokości 65 kopiejek. Dwa lata później opłaty od wypasanego bydła znacznie wzrosły. Pobierano po 1,40 rubla od sztuki, a za cielę lub woła pociągowego – po 70 kop. W 1900 roku wpływy z tego tytułu wyniosły ok. 7000 rubli, rok później spadły do ok. 6200 rubli, a w 1902 roku nie przekroczyły już 6000 rubli. Spadek wpływów był wynikiem buntu chłopów w 1901 roku, którzy wymusili na Zarządzie obniżenie opłat do 1,20 rubla za sztukę.

Częsta styczność bydła z dzikimi zwierzętami doprowadziła w 1910 roku do wystąpienia u tych ostatnich zarazy bydlęcej pyska i racic. Chorobę tę stwierdzono również u żubrów. Pisma warszawskie donosiły, że na skutek zarazy padło w Puszczy 60 żubrów i 15100 sztuk innej zwierzyny racicowej. W 1913 roku choroba ta pojawiła się w zachodniej części guberni grodzieńskiej, atakując zwierzęta domowe. W majątku Wierzchowice w ciągu dwóch tygodni padło około 60 sztuk bydła rogatego i źrebiąt.

W związku z wystąpieniem epidemii Zarząd Apanażowy Puszczy wydał zakaz wypasania zwierząt domowych w lesie. Okazał się on bardzo uciążliwy dla chłopów. Różnymi sposobami dążyli oni do jego odwołania. W 1912 roku wykorzystali pobyt cara Mikołaja II w Białowieży, wręczając mu „proszenije” (prośbę) o anulowanie zakazu wypasu. Bydło wkrótce powróciło do puszczańskich ostępów.

W okresie międzywojennym administracja leśna stopniowo ograniczała tereny wypasowe w Puszczy. Metodiusz Romanow, przedstawiając w „Lesie Polskim” (nr 10/1929) zarys przyrodniczo-leśnych podstaw racjonalnej gospodarki w Puszczy Białowieskiej, pisał: „Liczba oddziałów, w które może być wpuszczane bydło, będzie się co roku zmniejszała i za parę lat nie pozostanie ani jednego hektara dla wypasu. Tradycja zaś w tym kierunku tak silnie zakorzeniona jest wśród miejscowej ludności, że same tylko rygory niewiele pomogą. Dlatego konieczne jest znaleźć środki, któreby w pewnej mierze zadowolniły te najważniejsze w danym wypadku potrzeby życiowe miejscowej ludności”.

Niestety, przewidywana przez Romanowa stopniowa redukcja obszaru przeznaczonego do wypasu okazała się być tylko pobożnym życzeniem. Administracja leśna robiła jednak wszystko, aby złagodzić złe następstwa wypasu. W latach trzydziestych zezwolono ludności wiejskiej na koszenie trawy na liniach gospodarczych, pasach przydrożnych, uprawach, zrębach itp. na potrzeby żywieniowe inwentarza domowego. Oczywiście nie za darmo. Na terenie Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży obowiązywały następujące stawki: 10 groszy za jedną płachtę, 80 gr. za wóz jednokonny, 1,20 zł za wóz parokonny, 1 zł za jeden miesiąc po jednej płachcie dziennie. Wypas bydła w lesie również nie był bezpłatny, przy czym wysokość opłat stale podwyższano.

W okresie powojennym wypasy w Puszczy, przedzielonej granicą państwową, były kontynuowane. W marcu 1948 roku komisja, powołana przez Wojewódzką Radę Narodową w Białymstoku, przeprowadziła wizję lokalną na terenie nadleśnictw Hajnówka i Białowieża. Stwierdziła ona między innymi, że na skutek wypasów inwentarza należącego do mieszkańców wsi położonych wewnątrz i na obrzeżach Puszczy powstają ogromne szkody w nalotach, podrostach i młodnikach najcenniejszych gatunków drzew. W 1955 roku Białowieski Okręg Lasów Państwowych wystąpił do Zarządu Melioracji i Użytków Zielonych z wnioskiem o jak najszybsze wykonanie melioracji łąk i pastwisk gromady Białowieża, w celu wyeliminowania wypasu bydła na terenie Puszczy.

W 1958 roku Władysław Sosnowski z Zarządu Lasów Państwowych w Białymstoku określił szkody wyrządzane przez bydło jako najpoważniejszy problem Puszczy z dziedziny ochrony lasu. Twierdził, że zarówno Zarząd LP, jak i miejscowy Rejon LP oraz nadleśnictwa puszczańskie nie mogą mimo podjętego wysiłku opanować sytuacji. Ilość wypasanego w sezonie bydła domowego obliczano w drugiej połowie lat czterdziestych na 2500-3000 sztuk. Powierzchnia oddana pod wypasy oficjalnie wynosiła około 2000 ha, jednakże w rzeczywistości bydło penetrowało o wiele większą część Puszczy.

Dokładną ilość wypasanego bydła na terenie polskiej części Puszczy Białowieskiej w okresie 1955-1967 obliczył w 1968 roku Sławomir Wroczyński i przedstawił ją w opracowaniu na użytek wewnętrzny Lasów Państwowych. Otóż na terenie nadleśnictw puszczańskich wypasane były: w 1955 roku – 1433 sztuki, w 1962 roku – 1356 sztuk, w 1965 roku – 1107 sztuk i w 1967 roku – 814 sztuk. Z tych danych wynika, że wypasy były systematycznie ograniczane. Przy tym zmniejszała się powierzchnia oddana do wypasu: od 10.331 ha w 1955 roku do 5.106 ha w 1967 roku.

Wypasy setek sztuk bydła w lesie wyrządzały olbrzymie szkody w odnowieniach naturalnych. Nadleśnictwa starały się temu zapobiegać. Ściśle lokalizowały tereny wypasowe w poszczególnych jednostkach, ogradzały płotami uprawy leśne. W latach 1956-1960 wykonano ponad 159000 metrów bieżących płotów. Grodzono również drzewostany przeznaczone pod wypas. Ponadto wyznaczano drogi do przegonu bydła.

Dokładnej analizie były poddane ilości bydła i łąk posiadanych przez okoliczne wsie. W wyniku tych analiz ustalono dziesięć wsi, których zasoby użytków zielonych pozwalały wyłączyć je z wypasów w Puszczy. W stosunku do pozostałych wsi wysiłki administracji leśnej szły w kierunku zwiększenia ich bazy pokarmowej. Miały temu służyć m.in. podejmowane starania o rozpoczęcie melioracji rzeki Narewki i położonych nad nią łąk. Nieoczekiwanym przeciwnikiem takiego rozwiązania okazała się Rada Naukowa Białowieskiego Parku Narodowego, która sprzeciwiła się pracom melioracyjnym w części doliny położonej na północny zachód od Białowieży. Obawiała się, że może to przynieść tej części Parku Narodowego złe skutki. Planowane prace melioracyjne nie wywołały natomiast sprzeciwu Komitetu Nauk Leśnych, który uważał, że „należy stopniowo dążyć do całkowitej likwidacji wypasów bydła w lasach puszczańskich, tworząc jednocześnie odpowiednie ekwiwalenty bazy paszowej na terenach nieleśnych”.

Zarząd Lasów Państwowych i Rejon LP w Białowieży skutecznie ukrócały zdarzające się przypadki wypasania bydła w lesie przez własny personel terenowy. Ostro reagowano na naruszenia tego zakazu.

Pod koniec października 1959 roku, w związku ze stwierdzonym we wsi Pogorzelce przypadkiem pryszczycy u krowy, Prezydium GRN w Białowieży, Wydział Rolnictwa i Leśnictwa PRN w Hajnówce oraz Powiatowy Lekarz Weterynarii wydali zakaz wypasu bydła rogatego w Puszczy Białowieskiej ze względu na niebezpieczeństwo zarażenia żubrów przebywających na wolności, jak i zawleczenia choroby do rezerwatu. W tym miejscu należy wspomnieć, że 13 września 1952 roku z rezerwatu hodowlanego Białowieskiego Parku Narodowego wypuszczono na wolność dwa pierwsze żubry, w następnym roku dołączyły do nich trzy kolejne sztuki, w 1955 roku – jedna i w 1957 roku – trzy sztuki. W 1957 roku urodziło się pierwsze żubrzę na wolności. Janusz Gill w monografii „Zarys fizjologii żubra” (1999) stwierdza, że wypuszczenie żubrów na wolność przyczyniło się w znaczącym stopniu do wydania całkowitego zakazu wypasu bydła domowego w Puszczy. Miało to dla żubrów istotne znaczenie tak ze względów sanitarnych, jak i epidemiologicznych.

Meliorację Narewki i łąk znajdujących się w jej dolinie przeprowadzono w początku lat sześćdziesiątych. Dla Białowieży oznaczało to całkowitą utratę prawa do wypasania krów w puszczy. Mieszkańcy osady długo nie poddawali się, walcząc o powrót bydła do lasu. Chwytali się różnych sposobów, wykorzystywali różne okazje do wywierania nacisku na władze. Szukali poparcia nawet u kandydatów na posłów – Jerzego Sztachelskiego i Eugenii Krassowskiej, którzy w kwietniu 1961 roku mieli w Białowieży spotkanie przedwyborcze.

Poczciwe bydło na początku lat siedemdziesiątych musiało jednak całkowicie opuścić Puszczę. Od tego czasu było wypasane tylko na pastwiskach i polach. Piotr Zaborny pamięta, że w latach sześćdziesiątych pogłowie krów w Białowieży liczyło jeszcze ponad dwieście sztuk. Ich ilość jednak stale się zmniejszała. Działo się tak nie tylko w Białowieży, ale i w innych wsiach w obrębie Puszczy Białowieskiej. W 1983 roku w Białowieży hodowano już tylko 118 krów. Obecnie krowę w okolicznych wsiach można jeszcze gdzieniegdzie zobaczyć, niemniej ich los zdaje się być przesądzony.

Uczeni i leśnicy oceniają, że długotrwały wypas zwierząt gospodarskich pozostawił wyraźne i długotrwałe ślady w strukturze drzewostanów i składzie gatunkowym roślinności dna lasu Puszczy Białowieskiej. Jego wpływem najmocniej zostały dotknięte partie lasu wzdłuż granicy Puszczy i dookoła wsi puszczańskich. Na to nałożyły się dodatkowo inne formy aktywności człowieka na tym obszarze.

 

Piotr Bajko

 

Puszcza zażubrzona

Każdego roku w Puszczy Białowieskiej przeprowadza się liczenie żubrów, zarówno w części polskiej jak i białoruskiej. Inwentaryzacja trwa wiele dni i zazwyczaj kończy się w drugiej lub trzeciej dekadzie lutego. Ustala się stan żubrów na koniec poprzedniego roku. W bieżącym roku inwentaryzacja obejmowała także tereny przyległe do Puszczy, gdyż populacja białowieska wraz ze wzrostem liczebności powiększa teren przez nią zajmowany. Najdalsze obserwacje żubrów po polskiej stronie dokonywano w odległości 60-70 km od Białowieży. Ustalono, że na koniec 2016 roku na terenie całej Puszczy oraz w jej sąsiedztwie żyło łącznie 1108 tych zwierząt.

W polskiej części Puszczy naliczono 596 sztuk, tj. więcej o 18 niż rok wcześniej. W ubiegłym roku urodziło się 70 żubrząt, ubytki zaś (upadki, odłowy i eliminacje) wyniosły 27 sztuk. Żubry z białowieskiej populacji stwierdzono na terenie pięciu nadleśnictw – Białowieża, Browsk, Hajnówka, Bielsk i Rudka.

Po stronie białoruskiej skontrolowano 16 nadleśnictw na terenie rejonów kamienieckiego i prużańskiego (okręg brzeski) oraz w rejonie świsłockim (okręg grodzieński). Ustalono, że żubry przebywają w 11 nadleśnictwach. Stan żubrów na 31 grudnia 2016 roku wyniósł 512 sztuk, tj. 32 sztuki więcej niż w rok wcześniej. W 2016 roku urodziło się 58 cieląt, z których dwa, z powodu późnego urodzenia, padły z wychłodzenia. Cielęta rodziły się w okresie od kwietnia do grudnia, jednakże większość z nich przychodziła na świat w najbardziej sprzyjających porach roku – wiosną i latem. Naliczono 323 sztuki dorosłych żubrów. Ubytki wyniosły 20 sztuk. Miejsca przebywania 4 sztuk nie udało się ustalić. (pb)

Płynęło drzewo z puszczy

Przygotowania do spławu na bindudze za Zastawą. Pierwszy z prawej – kierownik spławu Włodzimierz Wołkowycki

Przez całe stulecia drewno pozyskiwane w Puszczy Białowieskiej ekspediowano poza jej granice drogą wodną. Do końca XIX wieku był to jedyny na tym terenie sposób transportu. Drewno spławiano przeważnie wiosną, gdy topniejący śnieg znacznie podnosił poziom wody w rzekach. Spław jesienią był uzależniony od natężenia padających w tym okresie deszczów.

Pierwsze wzmianki o spławianiu drewna z Puszczy Białowieskiej znajdujemy w relacjach kupców hiszpańskich i portugalskich z początku XV wieku. Wymieniają oni drogi spławu drewna na budowę okrętów i na maszty po Narwi i Wiśle do Gdańska oraz portów atlantyckich. Wprawdzie o Puszczy Białowieskiej w nich się nie wspomina, ale na pewno chodzi o ten sławny masyw leśny. Maszty z borów Białowieży były przez stulecia wysoko cenione na zachodzie Europy.

Spławność niektórych rzek puszczańskich w początku XV wieku uwiarygodnia fakt transportu Narewką, Narwią i Wisłą do Płocka ubitej w Puszczy w 1409 roku zwierzyny, której mięso było przeznaczone na prowiant dla wojsk mających wziąć udział w bitwie pod Grunwaldem. Jednakże spław sosen i dębów z białowieskich lasów, jako budulca okrętowego, w XV wieku był jeszcze sporadyczny i niewielki. Handel drewnem na Litwie i Rusi w tym okresie dopiero się rozpoczynał. Tak samo było w drugiej połowie XVI wieku. Na zachodzie Europy istniały duże zapasy drzewne, a sama Puszcza Białowieska od 1538 roku wchodziła w skład prywatnych dóbr królewskich. Królowie ograniczali jej eksploatację, gdyż chcieli mieć tutaj ekskluzywny teren łowiecki.

W tym okresie podejmowano już pierwsze próby ułatwienia transportu drewna i innych produktów leśnych przez oczyszczanie rzek i regulowanie ich koryt. Drewno, z uwagi na mniejsze koszty transportu do miejsc, na których przygotowywano je do spławu (tzw. bindugi), pozyskiwano najczęściej w pobliżu rzek. Dolinę Narewki na wielu odcinkach pokrywały łąki, na których pozyskiwano siano dla zwierząt domowych, a także dla żubrów.

Drewno puszczańskie spławiano w niewielkiej ilości również w XVII wieku. Znany jest kontrakt zawarty w 1691 roku na pozyskiwanie przez trzy lata towarów leśnych z puszcz Wielkiego Księstwa Litewskiego, w tym na wypalanie w Puszczy Białowieskiej potażu i pozyskiwanie rocznie 50 kop sośniny na potrzeby spławu tegoż produktu. Kontrakt ten zawarł z królem jego sekretarz i generalny poczmistrz – Bartłomiej Sardi.

Podskarbi nadworny litewski Antoni Tyzenhauz (1733-1785)

W drugiej połowie XVIII wieku uporządkowaniem gospodarki i pomnożeniem przychodów do skarbu państwa zajął się Antoni Tyzenhauz, podskarbi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Podniósł on znacznie zbyt drewna puszczańskiego za granicę poprzez usprawnienie komunikacji wodnej. Z wielkim nakładem środków, oczyszczono i uregulowano koryta rzek Narwi, Narewki i Leśnej. Dla ułatwienia handlu cennym drewnem sosnowym i dębowym podskarbi pozakładał liczne kantory w wielu zagranicznych portach. Drewno było spławiane do Gdańska, Królewca
i Memla (czyli Kłajpedy).

Komisarzem spławnym za rządów Tyzenhauza był Jan Benkien. W 1782 roku otrzymał on folwark Narewka, a zarząd ekonomiczny dodał mu jeszcze wsie Olchowo i Skupowo. Benkien w końcu rządów Tyzenhauza posiadał szarżę porucznika w batalionie grodzieńskim milicji ekonomicznej i tytuł komisarza handlu do wszystkich portów.

Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński w trzecim tomie „Starożytnej Polski pod względem historycznym, jeograficznym i statystycznym opisanej” (1846) wspominają, że rozwinięty handel drewnem na tym terenie przynosił rocznie około 100 tys. złotych dochodu. Tą samą drogą eksportowano sporo potażu, smoły, terpentyny itd.

Bindug na rzece Narewce było kilka. Pozostałości niektórych zachowały się do XX wieku. Jedna binduga znajdowała się naprzeciw wsi Pogorzelce, druga – przy ujściu Narewki do Narwi. „Bilans remanentów” departamentu drzewnego ekonomii brzeskiej z 1780 roku podawał, że w samych tylko „zabudowaniach bindugi Białowieskiej i Niemierzańskiej” tkwił kapitał 6,7 tys. zł.

Pod koniec XVIII wieku, gdy Puszcza Białowieska przeszła pod zabór rosyjski, wyrąbywanie starodrzewu na pewien czas zostało wstrzymane. W roku 1795 i 1796 ukazały się dwa carskie dekrety, zabraniające wycinania i eksportu drewna, nadającego się do budowy okrętów. Decyzję o zaprzestaniu jakichkolwiek wyrębów podjęto w 1803 roku. Chodziło o to, by pozyskiwanie drewna nie płoszyło żubrów, które zostały objęte szczególną ochroną. Handel drewnem i jego spław zostały całkowicie wstrzymane. Rzeki zaczęły się zamulać. Stan taki trwał do 1838 roku, kiedy zezwolono na sprzedaż puszczańskiego drewna na miejscowe potrzeby, z tym, że można było pozyskiwać tylko sztuki powalone lub posusz.

Zapotrzebowanie departamentu morskiego na drewno okrętowe spowodowało oddelegowanie w tym czasie do Puszczy grupy urzędników z Petersburga, którzy na miejscu mieli rozpoznać sytuację. Po dokładnej lustracji terenu orzekli oni, że wyrąb drewna nie będzie przeszkadzać swobodnemu bytowaniu żubrów, albowiem zwierzęta te nie są tak bardzo płochliwe.

Po zapoznaniu się z urzędniczym raportem, Mikołaj I podjął decyzję o przystąpieniu do czyszczenia i trzebienia ostępów. Ukazem z 28 grudnia 1838 roku zlecił dostarczenie z Puszczy Białowieskiej do Kronsztadu, na zbliżający się sezon budowlany, takiej ilości dębów, która wystarczyłaby do wystawienia dwóch okrętów liniowych. Fachowcy wyliczyli, że należy wyrąbać 2135 okazałych dębów i 215 sosen masztowych. Ponadto należało pozyskać dodatkowo 700 sosen dla podszycia tratew dębowych.

Do Białowieży oddelegowany został inżynier okrętowy Jakimowski, który w połowie stycznia 1839 roku stawił się u gubernatora grodzieńskiego Doppelmajera. Ponieważ ogłoszony przetarg na pozyskanie drewna zakończył się fiaskiem, Jakimowski zmuszony był zawrzeć umowę i odebrać kaucję od trzech kupców leśnych – Żydów. Prace przy wyrębach ruszyły w lutym. Gubernator prosił o przysłanie dwóch oficerów oraz doświadczonych brakarzy, bowiem bardzo trudne warunki pracy w głębokim śniegu spowodowały, że część miejscowego personelu leśnego pochorowała się, a jedna osoba dostała nawet szału. Obrano marszrutę spławu na Niemen i Kłajpedę. Spław Narwią w 1839 roku okazał się niemożliwy. Drewno trzeba było transportować lądem 60 wiorst aż do Niemna.

Prasa warszawska podawała, że w północnej części Puszczy wyrąbano ponad 2800 dębów. Niestety, połowa z nich nie przedstawiała dla marynarki żadnej wartości, głównie z powodu zgnilizny rdzenia. W związku z tym dużą ilość wyciętych drzew pozostawiono na miejscu. Przez długi czas nie znajdowały one kupca, gniły w lesie i traciły na wartości. Drzew sosnowych na maszty znaleziono tylko 6 sztuk, lecz i te miały felery. Mnóstwo drzew wyrąbano więc zupełnie niepotrzebnie.

W pierwszej połowie lipca do Niemna dowieziono blisko 2 tys. kłód, po kilku dniach wyprawiono je do Kłajpedy, a stąd do Petersburga. Przewóz kosztował 320 tys. rubli asygnacyjnych. W 1842 roku poinformowano nowego gubernatora grodzieńskiego, Dołgorukowa, że dęby dotarły do Kronsztadu. Pozostałą ilość dębów postanowiono wywieźć z Puszczy przez Gdańsk, ponieważ transport tą drogą był 2,5 razy tańszy.

Następne wielkie spławy odbyły się w 1847 i 1848 roku. Kupiec białostocki Icek Zabłudowski wyciął w Puszczy i spławił blisko 6,5 tys. sosen.

W latach pięćdziesiątych XIX wieku działała w Białowieży firma Karola F. L. Buggenhagena, która dopuściła się nieprawidłowości w eksploatacji Puszczy. W połowie lata 1856 roku do Białowieży przyjeżdżała komisja rządowa do zbadania sprawy. Dochodzenie nie dało prawie żadnych wyników. Dwaj członkowie komisji dogonili zatem transport sosen, będących w drodze do Gdańska, i wykryli kilkaset sztuk płynących bez tzw. spławnych biletów. Buggenhagen wyszedł z opresji obronną ręką, lecz okrzyknięty przez Żydów złodziejem, stracił na opinii, co obniżyło wartość całego transportu na giełdach. Buggenhagen obliczył swe straty na blisko 100 tys. rubli srebrem.

Należy też wspomnieć, że firma Buggenhagena, oprócz pozyskania drewna, przeprowadziła również oczyszczenie koryta rzeki Narewki na ponad 35 kilometrach.

W tym samym czasie Dymitr Dołmatow, autor opisania guberni grodzieńskiej pod względem gospodarczym, handlowym i przemysłowym, opracował i przedstawił projekt uporządkowania systemu wodnego w Puszczy Białowieskiej. Celem jego było ułatwienie komunikacji i spławu drewna poprzez połączenie Niemna i Bugu z kilkoma puszczańskimi rzeczkami.

W 1863 roku prasa warszawska zwróciła uwagę, że w Puszczy Białowieskiej marnuje się duża ilość drewna opałowego, którego się nie spławia ze względu na wysoki koszt transportu i trudności ze zbytem. Podano także, że w latach 1838-1856 wyrobiono w Puszczy blisko 135 tys. sztuk drzew, które zostało spławione za granicę.

W 1891 roku rozpoczęto roboty przy regulacji koryta rzeki Narewki oraz kanalizacji jej dopływów – Łutowni i Hwoźnej. Prace te ukończono w 1892 roku. Ich koszt wyniósł ponad 35 tys. rubli, przy bezpłatnym przydziale drewna. Łutownia uzyskała 8,5-kilometrowy odcinek spławny. Wobec obniżenia się poziomu wód na uregulowanych ciekach wodnych, wybudowano, kosztem 8 tys. rubli, siedem tam ze śluzami na Narewce, Łutowni i Hwoźnej.

Pod koniec XIX wieku w Puszczy pojawił się alternatywny sposób transportu drewna – koleją. W 1894 roku linię kolejową doprowadzono do Hajnówki, a trzy lata później przedłużono ją do Białowieży. Linia ta przede wszystkim miała ułatwić bezpośredni dojazd cara do białowieskiego pałacu, ale budowniczowie nie ukrywali, że równie ważnym powodem wybudowania kolei było zapewnienie łatwiejszego wywozu zalegającego w Puszczy drewna.

Pomimo uzyskania nowego środka transportu, większość pozyskiwanego w Puszczy surowca drzewnego nadal odprawiano w świat rzekami. Zakładano też nowe bindugi. Na rzece Narewce funkcjonowało ich kilka. Przystanki spławne miała również rzeka Leśna.

Starszy leśniczy Hans Auer ostro krytykował wycinanie w Puszczy ogromnej ilości młodych drzew, głównie brzozy i iwy, wykorzystywanych jako materiał pomocniczy przy spławie. Twierdził, że w ten sposób łosie pozbawiano zasobów karmy. Obwiniał również administrację leśną, że dba tylko o własną wygodę i prowadzi przestępczy wyrąb lasu, wbrew zasadom leśnej gospodarki. Proceder ten – zdaniem Auera – zaczął się rozwijać w 1898 roku.

Przed I wojną światową, równocześnie z budową kanału Wisła-Dniepr, przystąpiono do opracowywania projektu skanalizowania Puszczy Białowieskiej. Zamierzano osuszyć tutejsze drzewostany dębowe oraz dla lepszej komunikacji spławnej połączyć rzeki puszczańskie z Bugiem i Wisłą. Rzekę Leśną, płynącą na długości ponad 100 km i wpadającą do Bugu, uznano za priorytetową arterię wodną do połączenia tego obszaru z Wisłą. Planowano również utworzyć ważną drogę wodną przez Narewkę do Narwi oraz przez Świsłocz do Niemna. Te szeroko zakrojone plany pokrzyżował wybuch I wojny światowej.

Niemieccy okupanci prowadzili w Puszczy rabunkową gospodarkę jej zasobów, zakrojoną na wielką skalę. Oni także wykorzystywali puszczańskie rzeki do spławu drewna. Odchodząc pod koniec 1918 roku, pozostawili nad rzekami materiał gotowy do transportu o wartości miliona marek. W 1919 roku drewno to częściowo zostało spławione Narwią do Tykocina i przekazane na cele odbudowy kraju.

Rzeki puszczańskie wykorzystywano do spławu drewna także po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W latach 1923-25 Narewką spławiono około 11 tys. metrów sześciennych drewna. Rzeka ta była spławna od Białowieży na długości 42 km. Dla usprawnienia spławu, koryto Narewki było regulowane w latach 1929-1932.

W latach 1924-1929 spławem drewna zajmowała się angielska firma „Century”, która posiadała koncesję na eksploatację lasów białowieskich. Z ramienia firmy zarządcą spławu materiałów leśnych był kniaź Liwin (Lieven), który jednocześnie odpowiadał za aprowizację robotników. Drewno przeznaczone do spławu dowożono do składnic przy stacjach kolejowych sprzętem konnym i kolejkami wąskotorowymi.

W 1929 roku, po zerwaniu przez polski rząd kontraktu z firmą „Century”, z inicjatywą dokonania spławu drewna po rzece Narew do Gdańska wystąpiło Nadleśnictwo Świsłockie. Pierwszy spław odbył się wiosną 1930 roku. Odprawiono wówczas rzeką materiały ciosane z trzech nadleśnictw. I choć wiosna była sucha, to spław udał się zupełnie dobrze. W drugiej połowie czerwca dostarczono do Gdańska około 20 tys. sztuk angielskich sortymentów.

Powodzenie tej transakcji znalazło pozytywny oddźwięk w Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży. W 1931 roku postanowiła ona spławić większe ilości ciosanych materiałów drzewnych do Gdańska zarówno rzeką Narwią z północy, jak i rzeką Leśną z południa Puszczy. Wykonanie spławu powierzone zostało Nadleśnictwu Świsłockiemu. Rezultaty okazały się lepsze, niż w roku poprzednim. Spławiono znacznie więcej drewna ciosanego i to nie tylko do Gdańska, lecz także do Bydgoszczy. Dostarczono również ponad 5 tys. metrów sześciennych dłużyc i kloców do najbliższej stacji kolejowej w Strabli, położonej nad rzeką Narew.

Pomyślne wyniki spławu dały podstawę do jego kontynuacji w latach następnych. Inż. Kazimierz Gąsior obliczył, że rzeki Leśna oraz Narew z dopływem Narewką mogą corocznie unieść na swych falach do 100 tys. sześc. drewna i dać milion złotych w postaci oszczędności, osiągniętej przez zastosowanie racjonalnego sposobu dostawy drewna na dalsze rynki zbytu.

W drugiej połowie lat trzydziestych przeprowadzono regulację koryta rzeki Narwi i oczyszczono ją gruntownie z namułu. W tym samym czasie obszar Puszczy Białowieskiej (z sąsiadującym z nim Wołkowyskiem i Jałówką) podzielony został na trzy grupy ekspedycyjne. Każda grupa kierowała swe transporty drewna innymi trasami.

W połowie lat trzydziestych kierownikiem spławu drewna w Białowieży był utalentowany cieśla Paweł Siemieniuk, a w latach 1937-1939 – brakarz Włodzimierz Wołkowycki. Obaj pochodzili z Zastawy.

Spław drewna w Puszczy Białowieskiej odbywał się do początku lat czterdziestych. Ostatni wielki spław Narewką miał miejsce w czerwcu 1942 roku, spławiono wówczas 48 tys. metrów sześciennych drewna. Po wojnie tylko sporadycznie wykorzystywano rzeki do transportu drewna, pozyskiwanego przez okolicznych mieszkańców na własne potrzeby.

Do spławiania drewna z Puszczy najmowali się młodzi, zdrowi mężczyźni z okolicznych wsi. Włodzimierz Naumiuk z Kaniuk opowiadał, że wiosną, kiedy już woda wezbrała, flisacy zbierali się w brygady i szli do Białowieży. Kloce, zwożone nad rzekę przez miejscowych wozaków, zbijali w tratwy, nazywane kleniami. Następnie spuszczano je na wodę i wiązano ze sobą w tzw. pas. Na pasie robiono budkę ze słomy albo trzciny, pełniła ona funkcję domu. Urządzano także miejsce do palenia ogniska – pod spód układano kamienie, a na nich umieszczano darń. W garnku gotowano kartofle, a także złowione po drodze za pomocą niewodu ryby.

Do spławu najmował się także Teodor Chlabicz z Rybaków. Wspominał on po latach, że spław drewna dawał dobry zarobek, ale była to ciężka praca. Pokonanie trasy do Tykocina zajmowało cztery tygodnie. Budka na tratwie, zrobiona z tyczek i słomy, musiała być niska, ażeby nie zaczepiała o mosty czy nadrzeczne krzewy. Do takiej budki wchodziło się na kolanach. Mogła ona pomieścić cztery osoby, leżące w tzw. świtkach czy kożuchach. Takie warunki sprzyjały rozmnażaniu się wszy. Wiosną woda była chłodna, flisakom marzły ręce. Nierzadko ktoś się potykał i wpadał do wody. Czasem trzeba było do niej wchodzić i odpychać przeszkody. Na Narwi przeszkód było dużo – mosty, jazy, ostre zakręty, płytkie miejsca i głębiny. Flisacy bardzo się denerwowali przed takimi niebezpiecznymi miejscami. Ze Strabli wracali często pieszo, a z Tykocina wynajętymi u Żydów furmankami. Jechali przeważnie wygodnie, bo każdy od nich się odsuwał z powodu wszy.

Czasy flisactwa zapamiętał dobrze również Mikołaj Czarniecki z Narewki. Przeprawiał on tratwy pod mostem w Narewce. Do Narewki była zwożona olszyna z Janowa i Skupowa. W Białowieży tratwy zbijano po dziesięć lub więcej metrów kwadratowych. Czarniecki dwa razy pędził je do Tykocina. Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży zatrudniała wielu flisaków. Zawierała ona umowę z tzw. dziesiętnikiem. W Tykocinie drewno odbierał ktoś z firmy. Zdarzało się, że po drodze odcinano końce dłuższych kłód i sprzedawano je kupcom z Topilca. Ci ciągnęli je w krzaki na starej rzece. Chętnych nie brakowało, bo z drewnem w przynarwiańskich wsiach było trudno. Korzystne dla flisaków było to, że spisywano tylko ilość kloców, a nie ich długości. Wynagrodzenie za spław otrzymywano dopiero po wykonaniu pracy.

Włodzimierzowi Gwajowi z Białowieży utkwiła w pamięci binduga na Zastawie, z której odprawiano Narewką drewno olchowe. Twierdził on, że rzeka była oczyszczana z wodorostów przez tratwy tak, że nie trzeba było przeprowadzać żadnych prac poprawiających jej przepustowość.

Od ostatnich spławów drewna z Puszczy Białowieskiej minęły już dziesiątki lat. Flisactwo powoli odchodzi w niepamięć, wraz z ludźmi, którzy nim się zajmowali.

 

Piotr Bajko

Dziki Nikor

Panorama błota Dziki Nikor w początku lat trzydziestych (Fot. Jan Jerzy Karpiński)


O błocie Dziki Nikor, położonym na wschodnich rubieżach Puszczy Białowieskiej, usłyszałem po raz pierwszy w latach pięćdziesiątych, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. W długie zimowe wieczory ojciec siadał przed piecem ogrzewającym sypialnię oraz pokój, poprawiał palące się w nim drewna i opowiadał różne historie z życia. Czasem wspominał o Nikorze, na który w czasie okupacji pędzano ludzi dla przygotowywania siana, gdyż Niemcy prowadzili tam gospodarstwo łąkowe. Obowiązek ten spoczywał na każdym dorosłym mieszkańcu, wymigiwanie się od niego groziło w najlepszym przypadku aresztem. Dzień wcześniej sołtys chodził po wsi i stukając laską w róg domu wypowiadał głośno polecenie w miejscowym narzeczu: „Zawtre – hrabli, Nikor!”, co oznaczało „Jutro z grabiami na Nikor!”. O ile dobrze pamiętam, zarówno ojciec jak i inni mieszkańcy Białowieży nie używali członu „Dziki”, mówili tylko „Nikor”. O tym, że błoto nazywa się „Dziki Nikor” dowiedziałem się znacznie później, z literatury.

 

Uroczysko to, jak wiele innych puszczańskich uroczysk, ma swoją legendę, która próbuje wyjaśnić pochodzenie jego nazwy. Zapisał ją pod koniec lat siedemdziesiątych, podczas reporterskich wędrówek po wschodniej części Puszczy Białowieskiej, białostocki dziennikarz z Niwy – Wiktor Rudczyk.

Legenda mówi, że dawno temu, jeszcze za czasów pańszczyźnianych, żył na puszczańskich błotach chłop Nikor – mężczyzna młody, zdrowy, silny, ale biedny. Pokochał on piękną wiejską dziewczynę. Wybranka serca zgodziła się wyjść za Nikora, ale oprócz zgody ojca, na małżeństwo w tamtych czasach musiał się zgodzić także ich pan. Ten, gdy zobaczył dziewczynę, nie mógł od niej oczu oderwać, zapragnął ją mieć tylko dla siebie. Obiecał pannie, że zatrudni ją jako służącą, jej narzeczonego natomiast polecił wyprawić do wojska. Rzucili się młodzi do nóg pana, aby nie gubił ich szczęścia, lecz nic to nie pomogło. Pan polecił skuć Nikora i wymierzyć mu za nieposłuszeństwo sto batów.

Wtedy Nikor dostał pomieszania zmysłów. Zakuty w dyby i smagany batem, wył jak dzikie zwierzę. O nieszczęściu Nikora biegła wieść od wsi do wsi. Do jego imienia dodano słowo „Dziki”.

Mijały lata i ludzie zapomnieli o Nikorze. Przypomnieli o nim dopiero wtedy, gdy w pańskiej siedzibie co jakiś czas zaczęły wybuchać pożary. Za każdym razem w popiołach znajdywano ciała kolejnych właścicieli spalonych dworów.

Ludzie szeptali pomiędzy sobą, że te pożary to sprawa Dzikiego Nikora. Mówili też, że Nikor nie tylko pali pańskie siedziby, ale odbiera u nich złoto i wszelkie inne bogactwa, i że chowa to wszystko na niedostępnym błocie, gdzie swój początek biorą rzeki Jasiołda, Narewka i jej dopływ – Hwoźna. Mówiono, że drogę do skarbu odszuka tylko ten, kto zechce podzielić się nim z innymi.

Zakończenie legendy wymyślono już w czasach współczesnych. Miejscowi opowiadali, że o skarbie dowiedział się sam car i kazał je odnaleźć. W trakcie poszukiwań utopił się w błocie niejeden człowiek. W końcu znaleziono i odsunięto kamień, który przykrywał skarb. Trysnęło spod niego źródło, które rozlało się w różne strony świata, zaś złoto, by nikogo już nie kusić, zamieniło się w torf.

Legenda – legendą, a jak tłumaczą pochodzenie nazwy tego obszernego nizinnego błota językoznawcy? Bazyli Tichoniuk, badacz toponimii Puszczy Białowieskiej, uważa, że nazwy Nikor, Dziki Nikor, Nikorec, odnoszące się do uroczysk i największych bagien w Puszczy, prawdopodobnie powstały od litewskiego wyrażenia synktatycznego nyki giria, (por. litewski nykus „głuchy, niesamowity, mroczny”), oznaczającego „matecznik, głuchy las”. Określenie takie ma pokrycie w odniesieniu do tutejszej fizjografii i flory.

O błocie Dziki Nikor wspomnieli w swym sprawozdaniu z wycieczki botanicznej, odbytej do Puszczy Białowieskiej w lecie 1887 roku, Franciszek Błoński, Karol Drymmer i Antoni Ejsmond. Napisali oni, że jest najobszerniejszym bagnem, położonym na wschodniej granicy Puszczy, z odnogą wysuniętą daleko na północ, tj. Głębokim Kątem (prawidłowo: Kuty – dop.). Pośród błota wynurzają się suche kępy, z których jedna zasługuje na baczną uwagę botanika z powodu występowania na niej jodły (zob. „Pamiętnik Fizyjograficzny” T. VIII, 1888).

Wspomniane stanowisko jodły wśród błot Dzikiego Nikoru odkrył jeszcze w 1823 roku Stanisław Batys Gorski – profesor Akademii Medyko-Chirurgicznej w Wilnie.

Błoto Dziki Nikor pojawia się też na stronach wydanej w 1904 roku książki „Ad Astra” Elizy Orzeszkowej. Pisarka użyła w odniesieniu do tego obiektu „upoetyzowanej” nazwy „Wielki Nikar”. Pisała ona: „Na ogromnym mokrzadle Wielkiego Nikaru, w nurtach brodów, posiadały łosie i głowy tylko, konchowatymi rogami oskrzydlone nad mętne powierzchnie podnosząc, na kształt samotnych bożków gryzą rozmarynem pachnące bahony. Wiatry na tych gładkich przestrzeniach jak bieguny na stepach hasają po niwach ajerów irysów, grzybieni, przeciągle gwiżdżąc w oczerety – czajki krzyczą, bąk huczy, czapla przelatuje i dokoła głów łosich zorza łuny różane ściele po stojących wodach”.

Nazwę użytą przez Orzeszkową wykorzystał wiele lat później Henryk Syska, nadając swemu zbiorkowi fragmentów utworów pisarzy polskich, sławiących Puszczę Białowieską, tytuł „Od Wielkiego Nikaru”. Zbiorek ten ukazał się w 1973 roku.

Człon „Wielki” w odniesieniu do wspomnianego błota pojawia się też w książce Jana Kloski pt. „Białowieża” (1933). Autor pozostaje jednak przy „Nikorze”. Dorzuca też przy okazji informację, że wzniesienie Puszczy nad poziom morza na tym bagnie spada do 157 m. Jan Jerzy Karpiński w spisie uroczysk Puszczy Białowieskiej z 1937 roku umieszcza Nikor w oddziałach 509, 510, 561 i 562. Jest to właściwie zachodni kraniec błota; większa jego część znajduje się poza masywem leśnym Puszczy.

Odpoczynek kosiarzy z Dzikiego Nikoru pod wypaloną jodłą w „Tisowiku”. 1931 r. Fot. Jan Jerzy Karpiński

Otton Hedemann w „Dziejach Puszczy Białowieskiej w Polsce przedrozbiorowej” (1939) wspomina o „rozległym błocie ciągnącym się od Cisówki do wsi Chwałowa” (czyli z zachodu na wschód). Podaje też jego wcześniejszą nazwę – Beznieh. Dodajmy, że błoto to z północy na południe rozciąga się pomiędzy wsiami Rowbick i Kiwaczyna. W środkowej części błota znajduje się uroczysko Bajkow Hrud (w niespokojnych czasach ukrywali się tutaj mieszkańcy okolicznych wsi), w zachodniej – Kozi Hrud, zaś we wschodniej – Czeremchow Hrud. Uroczyska te położone są na niewielkich wywyższeniach terenu (czyli tzw. hrudach).

Próby osuszenia tej części błota, która znajduje się poza Puszczą, podejmowano już w czasach zaboru rosyjskiego. Niedługo przed rozpoczęciem I wojny światowej carscy specjaliści rozpoczęli zakładanie kanałów. Łąki użyźniano nawozami mineralnymi, obsiewano rozmaitymi trawami. Rząd rosyjski wydał na te prace 30 tys. rubli. Wybuch wojny światowej spowodował, że nie zdążono odzyskać wartości wyłożonych środków. Ruble poszły, dosłownie i w przenośni, w błoto.

Na dwa lata przed wybuchem II wojny światowej prace melioracyjne na bagnie Dziki Nikor wznowiła Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży. Stosowne plany opracował inż. melioracji Józef Kucharski. Do prac przystąpiono 14 maja 1937 roku. W ciągu czterech miesięcy wykopano rowy główne o długości 8,5 tys. metrów, ponadto 6 tys. metrów rowów drugorzędnych i 2 tys. metrów rowów przydrożnych. Wybudowano sześć śluz i pięć przepustów z zastawkami. Koszty tego przedsięwzięcia wyniosły 30 tys. złotych. Do prac zatrudniono około trzystu osób. Robotnicy przyjechali z różnych stron kraju, nawet ze Śląska, ale większość stanowili miejscowi bezrolni lub małorolni chłopi. Robotami kierował technik melioracyjny Adam Kowalski.

W okresie międzywojennym Dziki Nikor zaliczano do jednej z atrakcji turystycznych Puszczy Białowieskiej. Na błoto organizowane były od czasu do czasu wycieczki, przede wszystkim dla studentów rolnictwa i leśnictwa. Uczestnicy takich wypraw wynosili stąd niezapomniane wrażenia. „Echa Leśne” (nr 16/1937) podawały: „Jest to (…) bezkresna monotonna równina, porosła, jak wszystkie bagna, kwaśnymi turzycami. Każda wyprawa na Dziki Nikor jest połączona z pewnym ryzykiem ugrząźnięcia w rudzie – żelazistym mule. Jedno źle obliczone stąpnięcie po uginającym się, elastycznym jak opona, kożuchu z turzyc może spowodować niespodziane zarwanie się gruntu pod nogami. Tutaj leżą źródliska Narewki, tutaj też rosną jodły na mało dostępnej kępie lasu”.

Wczesną wiosną 1941 roku okupacyjne władze radzieckie rozpoczęły na Dzikim Nikorze budowę nowego zwierzyńca dla restytucyjnej hodowli tarpana w Puszczy Białowieskiej, którą w Białowieży rozpoczęto pięć lat wcześniej. Niestety, napaść Niemiec na ZSRR w czerwcu tegoż roku przerwała te prace. Kolejni okupanci – Niemcy urządzili na Dzikim  Nikorze, o czym wspomniałem już na początku, duże gospodarstwo łąkowe.

Po II wojnie światowej Dziki Nikor znalazł się w całości po stronie białoruskiej. Prace przy osuszaniu tego obiektu rozpoczęto już w 1951 roku, a zintensyfikowano je w latach 1957-1960. Otwartą siecią kanałów osuszono błoto na powierzchni 2842 ha. Teren ten wykorzystywano jako grunta orne i łąki kośne. Paruletnie natarcie na błota Dzikiego Nikoru kosztowało 13 mln rubli. Cały nakład zwrócił się z zyskiem po dziewięciu-dziesięciu latach.

Część błotnego kompleksu (1213 ha) w 1956 roku przekazano założonemu po sąsiedzku sowchozowi o nazwie „Sowieckij”. Jego dyrektorem w latach siedemdziesiątych był dr Wiktor Roszczenko. Twierdził on, że wysokiej jakości gleby torfowe dają 330 centnarów kartofli z hektara. Sowchoz produkował ponadto 200 ton nasion traw i 450 ton mięsa. Co roku dochód wynosił 480 tys. rubli. Wchodził on w skład sowchozowego trustu, składającego się z 14 gospodarstw, któremu początek dało w 1972 roku rządowe rozporządzenie o zagospodarowaniu białoruskiego Polesia. Dziki Nikor był swoistym poligonem, na którym wprowadzano nowe pomysły nauki. Tutejszą fermę, która posiadała 1200 krów, obsługiwało zaledwie parę osób. Hodowla była w pełni zmechanizowana.

Z zajmującego powierzchnię 7,2 tys. ha błota Dziki Nikor, przemysłowemu wykorzystaniu poddano większą jego część, bo aż 5,7 tys. ha. Wydana w latach osiemdziesiątych „Encyklopedia przyrody Białorusi” podaje, że torf na tym bagnie zalega na głębokość do 3,2 m, średnio zaś – do 1,3 m. Stopień rozkładu wynosi 38 %, a zawartość substancji mineralnych 13,3 %. Zapas torfu w początku 1978 roku wynosił 13,1 ton.

Melioracja przeprowadzona na błocie spowodowała obniżenie wód gruntowych w różnych częściach Puszczy Białowieskiej o 50-150 cm. W następstwie ucierpiały w pierwszym rzędzie drzewostany świerkowe, a następnie jesionowe. Osuszenie Dzikiego Nikoru i szeregu innych mniejszych terenów bagiennych wpłynęło także na spadek liczebności m.in. głuszca, bataliona bojownika oraz żurawia.

O wrażeniach z wizyty na bagnie w końcu minionego stulecia podzielił się z czytelnikami „Tygodnika Solidarność” (nr 5/2000) Tadeusz Topolski z Hajnówki: „Obejrzałem też (…) bagna Dziki Nikor, melioracji których przypisuje się znaczne obniżenie poziomu wód gruntowych na obszarze całej Puszczy. Są to obecnie suche łąki z głębokimi i nie sprawiającymi wrażenia zapuszczonymi rowami melioracyjnymi. Łąki te to źródło pozyskiwania paszy dla żubrów, jeleni, łosi i saren. Z mapy wynika, że osuszono w ten sposób i do tego celu dwa bagna: Dziki Nikor (ok. 2 tys. ha) i Kuty (ok. 1 tys. ha). Drenaż wody może być istotnie znaczny; dodatkowo z mapy można wywnioskować z liniowego przebiegu cieków wodnych, że wszystkie łąki na południe od Dzikiego Nikoru, czyli znajdujące się przy południowo-wschodnim i południowych obrzeżach Puszczy, zostały również osuszone”.

Początek prac renaturalizacyjnych na Dzikim Nikorze

W 2013 roku Park Narodowy „Biełowieżskaja Puszcza” wspólnie i na wniosek organizacji społecznej „Achowa ptuszak Baćkauszczyny”, przystąpił do opracowania projektu odtworzenia dawnego systemu hydrologicznego na części (ok. 1,2 tys. ha) osuszonego błota Dziki Nikor. Instytut Botaniki Eksperymentalnej Narodowej Akademii Nauk Białorusi opracował naukowe uzasadnienie tego przedsięwzięcia. Uczeni spodziewają się, że podjęte działania pozytywnie wpłyną na stan populacji jodły w uroczysku „Tisowik”, wokół którego utworzona zostanie strefy buforowa (tzw. otulina). Prace renaturalizacyjne na Dzikim Nikorze, rozpoczęte 28 listopada 2016 roku, wsparło Towarzystwo Zoologiczne z Frankfurtu (Niemcy). Park Narodowy zalicza je do priorytetowych w planie zadań ochronnych Parku.

Dodajmy, że nazwą tego obszernego błota uhonorowano utworzone w 1929 roku Nadleśnictwo Nikor, z siedzibą w Białym Lasku. Z kolei po II wojnie światowej w białoruskiej części Puszczy utworzono Nadleśnictwo Nikorskie. Natomiast w Białowieży działa od niedawna gospodarstwo agroturystyczne „Dziki Nikor” Anity i Sławomira Czarnuliczów.

 

Piotr Bajko

Do Białowieży przez Krzyże

Chyba żaden z turystów czy wycieczkowiczów wjeżdżających do Białowieży nie wie, że akurat przejeżdża przez Krzyże – dawny przysiółek wsi Zastawa, która pojawiła się na Polanie Białowieskiej pod koniec XVIII wieku, razem z dwiema innymi wsiami – Stoczkiem i Podolanami. Początek samej osadzie, znanej dzisiaj daleko poza granicami naszego kraju, dał natomiast królewski dwór z nieco później założonym folwarkiem, po których nie pozostał ślad. Co ciekawe, na Polanie nigdy nie istniała wieś o nazwie Białowieża. Tak nazywano tylko dwór królewski. Wspomniane wsie stopniowo rozrastały się, by ostatecznie połączyć się ze sobą i stać się częściami (dzielnicami) Białowieży. Urzędowo fakt ten został potwierdzony przez Radę Gminy Białowieża bardzo późno, bo dopiero w 1979 roku.

Wjeżdżamy do Krzyży (Fot. Tomasz Niechoda)

Wieś Zastawa miała właściwie dwa przysiółki, poza wspomnianymi już Krzyżami był jeszcze Kropiwnik (przy drodze do Pogorzelców), który został zlikwidowany przez Niemców w czasie II wojny światowej. Krzyże natomiast szczęśliwie przetrwały.

Pierwsze zabudowania tego przysiółka zaczęły wyrastać w drugiej połowie XIX wieku, po sąsiedzku z dawnym cmentarzem (prawdopodobnie epidemicznym), który w szczątkowej postaci przetrwał do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” z 1895 roku (T. XV) wymienia Krzyże (Kryże) jako  „uroczysko przy wsi Zastawa”. Z czasem przysiółek zamienił się w niedużą wieś, przylegającą do Zastawy. Wieś tę przyłączono do sołectwa Zastawa, nazywanego też Zastawą-Krzyże.

Nazwa Krzyże wzięła się prawdopodobnie od krzyży cmentarnych. Językoznawca Michał Kondratiuk wywodzi ją jednak od krzyży ustawionych na skrzyżowaniu dróg, choć jest to właściwie tylko rozwidlenie szlaku komunikacyjnego. Warto też pamiętać, że w pobliżu Krzyżów zachowała się zbiorowa mogiła mieszkańców Białowieży, zmarłych około 1710 roku na dżumę. Kilka innych, podobnych mogił czas starł z powierzchni ziemi. Krzyży więc było tutaj sporo i być może ich mnogość legła u podstaw nazwy.

Według ustnych przekazów mieszkańców – początek Krzyżom dała siedziba strażnika leśnego Dackiewicza. Miała ona znajdować się w miejscu, gdzie dziś rośnie wiekowa lipa.

Pierwsze konkretne dane o Krzyżach posiadamy z 1892 roku. Wieś wtedy liczyła 5 gospodarstw.

Krzyże w Krzyżach – prawosławny i katolicki (Fot. Andrzej Buszko)

Pod koniec XIX wieku w Krzyżach gościł pisarz Wacław Sieroszewski, który pozostawił wzmiankę o nich w noweli „Puszcza Białowieska”. Napisał on: „…znaleźliśmy się w niedużej, wapnem wybielonej izbie, gdzie pod oknem koszlawy stół, pod ścianami mieściły się wąskie ławy, a pośrodku wisiała u belki nakryta pasiastym fartuchem kołyska. Gromadka dzieci w kolorowych koszulach ciekawie przyglądała się nam z głębi otwartej sionki…”. Gospodarz domu wyjaśniał pisarzowi: „…ta wieś nazywa się „Krzyże” i po katolicku tu nie rozumieją. Ja to umiem, bo służyłem w wojsku, a potem długo mieszkałem w Budach. Moja żona budniczka będzie. To jeżeli chcecie, mogę wam konie dać do Budów… za dwa ruble”.

W sierpniu 1915 roku wieś została częściowo spalona przez wojska kozackie, a ludność ewakuowana w głąb Rosji. Krzyże w tym okresie zamieszkiwało 36 osób.

Po zakończeniu działań wojennych, ludność stopniowo powracała do swych gospodarstw i odbudowywała je. W 1921 roku Krzyże liczyły już 11 budynków mieszkalnych. Zamieszkiwało je 87 osób (47 mężczyzn, 40 kobiet). 45 osób podawało wyznanie prawosławne, 32 – rzymskokatolickie, 10 – mojżeszowe. Wieś stopniowo rozrastała się. W archiwalnych dokumentach białowieskiej cerkwi możemy znaleźć informację, że w 1925 roku na Krzyżach istniało już 16 domów mieszkalnych, zamieszkiwanych przez 106 osób (52 mężczyzn, 54 kobiety).

W okresie międzywojennym na Krzyżach ulokowano urząd gminy białowieskiej. Mieścił się on w obszernym budynku drewnianym, który został wybudowany w 1928 roku. Mniej więcej w tym samym czasie w krajobrazie wsi pojawiła się także dróżniczówka – oba te budynki zachowały się do dzisiaj

W latach dwudziestych w Krzyżach zbudowano dwa młyny parowe – ich właścicielami byli Wojciech Augustyniak i Józef Wiensko (jego młyn został później przeniesiony do Bielska Podlaskiego). W latach trzydziestych młyn motorowy na Krzyżach uruchomiła Nadzieja Wiensko. Funkcjonował tutaj także sklep wędliniarski Jana Markowskiego, sklep masarski Michała Szostaka, sklep spożywczo-galanteryjny Wacława Wyżykowskiego, natomiast Antoni Tarkowski prowadził piwiarnię.

W okresie międzywojennym na Krzyżach założył zakład rzeźbiarski profesjonalny artysta-rzeźbiarz Antoni Czerniewicz. Wykonywał on wszelkiego rodzaju rzeźby w drewnie, robił odlewy. Wykształcił kilku miejscowych rzeźbiarzy – twórców ludowych (Aleksander Gigol, Sergiusz Dowbysz, Stefan Smoktunowicz, Bolesław Szlachciuk, Konstanty Ławrysz), którzy po wojnie z powodzeniem zajmowali się wyrobem pamiątek dla turystów. W latach pięćdziesiątych Czerniewicz wyjechał do Ełku, gdzie zmarł.

W 1936 roku na Krzyże przeniesiono siedzibę Nadleśnictwa Zwierzyniec, która do tego czasu mieściła się w położonej niedaleko osadzie o tej samej nazwie. Budynek nadleśnictwa spłonął 17 kwietnia 1935 roku. Nadleśnictwo ulokowano w budynku zakupionym przez Dyrekcję Lasów Państwowych w Białowieży, wraz z całą posesją, od Zofii Charczunowej – żony łowczego białowieskiego Stefana Charczuna, organizującego słynne polowania reprezentacyjne dla prezydenta Ignacego Mościckiego. Po II wojnie światowej siedzibę tego nadleśnictwa przeniesiono do budynku leżącego na obrzeżu Krzyżów; funkcjonowało ono w nim do czasu reorganizacji nadleśnictw puszczańskich w latach siedemdziesiątych. Warto dodać, że w latach dwudziestych na Krzyżach miały swe siedziby także Nadleśnictwo Królewskie (w latach 1921-1924, następnie przeniesione do Kamieniuk) i Nadleśnictwo Jagiellońskie (w latach 1925-1926).

We wrześniu 1939 roku w Krzyżach kwaterowały krótko rozbite oddziały Suwalskiej Brygady Kawalerii. Weszły one do utworzonej 20 września w Białowieży przez gen. bryg. Zygmunta Podhorskiego zgrupowania kawalerii „Zaza”.

W okresie okupacji sowieckiej (1939-1941) główna ulica Krzyżów nosiła nazwę: Pionierskaja. We wrześniu 1940 roku w budynku białowieskiej gminy otwarto specjalistyczną ogólnokształcącą szkołę dla dzieci głuchoniemych. We wsi funkcjonował również sklepik przemysłowo-tekstylno-spożywczy, wyłącznie dla pracowników leśnictwa. W 1946 roku w zwolnionym budynku przedwojennej gminy ulokowało się na krótko prywatne przedszkole.

Po wojnie, w 1968 roku, z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Białowieży, na skraju wsi ustawiono pomnik – granitowy głaz na postumencie, wyznaczający geometryczny środek Puszczy Białowieskiej. Można więc rzec, że Krzyże leżą w sercu tego słynnego w całym świecie kompleksu leśnego.

Głaz wyznaczający geometryczny środek Puszczy Białowieskiej (Fot. Andrzej Buszko)

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych na Krzyżach funkcjonowała stacja benzynowa CPN. Pozostałością po niej jest obecnie nieduża zatoczka parkingowa.

W 1979 roku Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Usług Turystycznych w Białymstoku wystąpiło z projektem budowy na Krzyżach dużego kompleksu hotelowego, z 400 miejscami noclegowymi. Białowieża nie była jeszcze gotowa na tak dużą inwestycję, kluczowy problem stanowił brak kanalizacji w osadzie. Budowie sprzeciwiła się Rada Naukowa Białowieskiego Parku Narodowego. Pomysł ten udało się zrealizować ponad dwadzieścia lat później. W marcu 2002 roku na Krzyżach otwarto nowy kompleks hotelowo-restauracyjny „Dwór Soplicowo”, który w latach 2006-2008 został znacznie rozbudowany. W jego skład wchodziły dwa obiekty: „Dwór Sędziego Soplicy” z 90 miejscami noclegowymi oraz „Karczma u Jankiela”, gdzie organizowano biesiady o staropolskim charakterze. Całość stylizowana była na dwór szlachecki rodem z Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. 9 kwietnia 2008 roku w „Dworze Soplicowo” wybuchł pożar, który wyrządził znaczne straty w zabudowie. Obiekt został odbudowany, ale następny pożar, który wybuchł 30 kwietnia 2010 roku, położył kres istnieniu tego kompleksu – pozostał po nim pusty plac.

W maju 1990 roku Jerzy Ławrysz założył w Krzyżach prywatną firmę przewozu osób i ładunków, która z powodzeniem działa do dzisiaj.

Gminna Spółdzielnia „SCh” w Białowieży w latach sześćdziesiątych otworzyła w tej dzielnicy sklep spożywczy, który funkcjonował do wiosny 1998 roku. W lipcu 1999 roku w jego budynku rozpoczęła działalność Wytwórnia Wód Gazowanych i Niegazowanych PPH „Krzyś”. Produkowała ona do 2005 roku naturalną wodę źródlaną „Białowieska”, pozyskiwaną z ujęcia o nazwie „Żubr”. W grudniu 2009 roku w budynku tym został uruchomiony prywatny sklep spożywczo-przemysłowy „Finezja”.

W 1980 roku we wsi zostały przeprowadzone prace przy scaleniu gruntów rolnych, a w 1997 roku przebudowano uliczną linię oświetleniową. W sierpniu 2007 roku na początku Krzyżów – nieopodal miejsca, na który dawniej funkcjonowała stacja benzynowa – ustawiono duży, drewniany krzyż prawosławny, a w 2014 roku dołączył do niego podobny krzyż katolicki. Krzyż prawosławny został ogrodzony niedużym płotkiem. W lipcu 2009 roku na Krzyżach ułożony został chodnik z podjazdami.

Budynek przedwojennej gminy Białowieskiej na Krzyżach – wygląd współczesny (Fot. Tomasz Niechoda)

Dawna wieś stale się rozbudowuje. W kwietniu 2010 roku na granicy Krzyżów i Zastawy oddana została do użytku nowo wybudowana stacja paliw, w której znajduje się także Galeria Trunków Wschodu, a na zapleczu mieszczą się pokoje do wynajęcia o wysokim standardzie. W grudniu 2011 roku przy stacji otwarto pralnię ekologiczną. Natomiast w marcu 2012 roku po sąsiedzku zaczął funkcjonować market Polskiej Sieci Sklepów Arhelan, odwiedzany przez klientów z najodleglejszych zakątków Białowieży. W nim najczęściej zaopatrują się także turyści z pobliskiej Białorusi, którzy przekraczają leżące parę kilometrów stąd przejście graniczne Pererow-Grudki.

W maju 2012 roku w Krzyżach otworzył swoje podwoje Zakład Noclegowo-Gastronomiczny „Bierozka” Marioli Hołoty.

Znajduje się tutaj także kilka kwater agroturystycznych, camping oraz dwa kioski z pamiątkami – „Rękodzieło ludowe” Jarosława Smoktunowicza (działa od 2002 roku) i „Pamiątki z drewna” Ludmiły Szumy (od 2007 roku)

Krzyże kończą się na wysokości Szosy Grudkowskiej, dalej jest już Zastawa. To znacznie większa część Białowieży niż Krzyże, ale na pewno nie dorównuje pod względem zajmowanej powierzchni Stoczkowi – swemu sąsiadowi. Podolany położone są nieco na uboczu, za gruntami uprawnymi Zastawy.

Piotr Bajko