Tamara Bołdak-Janowska. Piśmo da Hospada Boha (cz. I)

1. Niczoho tut nadzwyczajnaho. Mnohija piszuć piśma da Hospada Boha. Molacca, prosiać, pakłony bjuć. A ja chaczu biez pakłonaŭ, biez malitwaŭ i prośbaŭ, a tak. Kab pahawaryć na prastoj mowie. Ci ty jeść, ci cibie nima, usio raŭno. Moża hawaru z saboju. Zwiartacca budu małoju literaju. Jeśli majam słowo „Boh”, jeśli majam słowo „bahaty”, tady żywiesz ŭ hetych słowach. „Bahaty czaławiek” i „bahataja ziamla” ni majuć adzinakawaho znaczeńnia. Budu hawaryć z „mnostwam” jak bahactwam ziamli. Praŭda, ja ŭże ni maju mnostwa żyćcia pierad saboju, ali jeśli paliczyć minuty, ta adnak wyjdzia mnostwo. Znaczyć ja ŭże minutny czaławiek. Mahu pacieszycca, szto sekundaŭ maju bolsz. Bahactwo ziamli razumieju jak taksamo bahactwo myszli, a ni tolki jak bahactwo ptuszak i kwietak. Dapuścim, hawaru z mnostwam myszli. Dapuścim, szto maji myszli prabjucca praz ziamlanoja bahactwo myszli. I dzieś wyrastuć. Moża ŭ adzinoci. Dapuścim, szto adzinota heta ty.

Tolo każa: spytajsa, czamu drewo umieja lepiaj żyć, czym czaławiek. Drewo cianiacca da nieba, małoja i wielkaja. Kali jano adno staić, biez karczoŭ znizu i druhich drewaŭ, szyroko razkładaja haliny, taŭszczeja pniom, i robicca takoja charoszaja, szto możno zahladziecca. Kali jano wyrastaja pad wielkim drewom, ta aplataja jaho abo abnimaja i razam żywuć. Adno tonkaja, druhoja toŭstaja. Kali czaławiek wyrubaja drewy, jany wyrastuć u druhom prychilniajszym miescy, ali tam jaho mohuć tak samo zrubać. Kali czaławiek ni ŭmieszywajacca, drewy rastuć wolnyja i abnimajucca. Spytajsa jaszcze, ci kali trawa raście husto i szyroko, a jaje kałysza wieciar, i jana apirajacca adna ab druhoju, ci tady joj lahczej ŭmirać, czym czaławieku ŭ swajej hramadzie. Ci heta dobryja zapytańnia?

Heta dobryja zapytańnia, każu, ali ja chacieła pahawaryć ab czaławieczych sprawach. Kali ludzi iszli, kab zhareć ŭ krematornaj pieczy, jim ni było lahczej czym trawie, chacia stajali ciesno, apirajuczysa, trymaczysa za ruki, abo iduczy adzin za druhim. Kali siońnia bambardujuć ludziej, jany umirajuć ŭ hramadzie jak trawa, jakaja chocza piaratrywać ŭ padwałach. Ludzi ni adrastajuć jak trawa. Ludzi ludziej ŭsprynimajuć jak trawu.

Kali wajennyja bandyty, lasnyja bandy, palili biełarusaŭ ŭ jich chatach, jim ni było lahczej, chacia pamirali abnimajuczysa.

Dziwosnaść. Kali ja chaczu najci jakojaś zabytaja biełaruskaja słowo, ja jaho szukaju ŭ polsko-biełaruskam słoŭniku ŭ Internecie. Patom prypaminaju jaho huk na prastoj mowie. A tut z taho czasu, jak Ŭkraina chocza ŭ Jeuropu, palityki Internetu staŭlać dla minie ścienu polsko-ukrainskich słoŭnikaŭ pierad polsko-biełaruskimi. Na szto mnie heta reklama. Ta ż ja ni źmianiu majaho biełaruskaho słoŭnika na ukrainski! Ta ż takoja pierszynstwo ni dla minie i ni dla druhich szukaczej biełaruskich słoŭ. Minie cikawić wykluczno polsko-biełaruski słoŭnik. Znaczyć słoŭniki robiacca palitycznymi. Nie, heta ni toja. Heta toja, szto majam palitykaŭ Internetu. Tut ni możno zamianić adnaho druhim, ŭże „lepszym”, ŭże „narmalnym”, bo „jeurapiejskim” ci z ciahaju da Jeŭropy. Słoŭnik polsko-biełaruski tak samo jeŭrapiejski, jak druhija. Nu ali my ŭsio ninarmalnyja, bo my jaszcze choczam dumać i bajimsa wajny.

Spażywieckaja cikawaść. Spażywiectwo. Heta ni całkam toja samaja, szto polskaja słowo „konsumpcjonizm”. U biełaruskim internetawym słoŭniku nima raŭnaznacznaho słowa. Znaczyć trebo prydumać. Jakoja tut prydumać? Shopping adn fucking. Heta jakraz toja. Shopping and fucking majuć być wyznacznikam ŭzraŭnia żyćcia, pierad ŭsim shopping and shopping. Na resztu można naprykancy pahladzieć, i nawat nahladziecca (ŭsiakaj pornaŭszczyny), znaczyć dadajem ananizm. Unŭtry pustata. Ni pahaworysz. A dzie by jaszcze pajechać. Pajeduć, ali nawat raskazać ni patrafiać, i ni choczuć. Kali ŭnutry pustata, ta trebo jaszcze dzieś jechać. I tak jeździać i jeździać.

„Spażywiec” heta chutczej „smakosz”. Heta narmalnaść. Heta nasza narmalnaść. „Smakosz” heta „hurman”, padaje słoŭnik. My tak ni hawaryli. Hurmany dla nas byli tam, dzie źbirałasa hurma. Hurmy my ni lubili.

My astalisa smakoszami pieraborliwymi i razborliwymi. Aby czaho ni choczam, ni jeści, ni czytać, ni ahladać. Lepiaj budziam kałupacca ŭ jakojś małoj chatniaj pracy, kab tolki ni biehczy tudy, kudy ŭsie biahuć. Dawajcia astawajamsa takimi jak najdaŭżej. Praŭda, siarod nas jeść i biehajuczyja. Biehali i ŭ faszysty. Da sich por astajecca żywym abwinawaczywańnie biełarusaŭ, szto biehali ŭ faszysty. Usio, szto dobraja ŭ nas, pamiraja, a astajecca toja abwinawaczańnie? Mnie robicca straszno.

Człowiek z mackami. Na prastoj mowie budzia: czaławiek z szczypalcami. Da sibie zwiarnusa na „ty”. Tyknu sibie, ali dumaju, szto i cibie. Siarod homo capitalisticus, tolki adny z szczypalcami. Takija ludzi padkopywajuć twajo żyćcio. Maŭczkom choczuć cibie abakraści (ni dajeszsa, z maciuhami adwieszywajasz słuchaŭku i pawiadamlajasz palicju). Maŭczkom piszuć danosy wyssanyja z mizinca (niczoho ni możasz zrabić; ty biezdapamożna). Maŭczkom arhanizujuć sztoraz bliżejszyja wojny (ty biezdapamożna). Maŭczkom piszuć piśma ŭ redakcji, kab cibie ni drukawali (ty biezdapamożna; spadziawajaszsa na rozum redaktaraŭ). Maŭczkom zabiwajuć twaju bijagrafiju, ustrojiwaczy błakadu gazietawych infarmacjaŭ ab twajej tworczaści (ty biezdapamożna, adnak prabiwajaszsa ŭ Interneci). Usio heta robiać uśmiachajuczysa da cibie, zwoniaczy miłym hołasam, i prytwarajuczysa pryjacialami. Mnie choczacca, kab worah byŭ woraham, kab ni prytwaraŭsa pryjacialam. Ali ż majam stahodźje manipulacji.

Dumaju, szto tyknuła cibie, piszuczy ab sibie. Dumaju, szto ty rabiŭ toja, szto ja, szto dumaŭ toja samaja, szto byŭ i majej haławie, szto ty byŭ majej nizhodaju na czaławieka z szczypalcami.

Lepiaj sztoś druhoja tabie raskażu. Pamiataju, jak kaliś ŭsie ŭśmiachalisa, swaji i czużyja. Bo wajna konczyłasa. Bo znoŭ możno było żyć, ni bajuczysa, szto ni dażywiesz da zaŭtra. Ŭ 21 stahodźji szyroko uśmiachajucca palityki, kali jim udajecca zrabić dzieś wajnu. Ni mahu hladzieć na jich szczaśliwyja zubiska. Ja znaju, ty na heta ni hladzisz. Ty ni umiejasz hladzieć na ŭsio, i na kożnaho czaławieka addzielno ni umiejasz. Ty majasz tolki spadziawańnie, szto czaławiek parazumnieja. Ŭ minie takoho spadziawańnia nima. Znaczyć ty bolszy ad minie. Twajo spadziawańnie nachodzicca ŭ chramach, ŭ rotach świataroŭ, ŭ światych kniżkach. Bolsz nidzie. Wychodzić, szto heta ni całkam twajo spadziawańnie. Ali ty na peŭno ŭsmiajaŭchsa czeraz ludziejm, kali jany ŭśmiachalisa paśla strasznaj wajny i budawali nowyja chaty, i cieszylisa. Ja ŭpeŭniana, szto taja radaść była twajeju radaściu, bo jana była czystaja, szczyraja. Heta toja, czaho ty choczasz. Wajna, hibial pierad czasam, heta ni toja, czaho ty choczasz.

Pryczyna majaho słowa. Piszu da cibie, bo ŭnutry ni majasz ni trochi satany.

Prynimaju jak kasztoŭnaść słowy naszaj staroj żanczyny, jakaja daŭno ni żywie, z akcentam na „czaławiek”: Czaławiek heta satana.

Jana nazywałasa Duńka. U jaje byli zialonyja woczy. Nichto bolsz ni daŭ mnie takoho cennaho atwietu ab czaławieku i Bohu jak daŭno pamierszaja zialonawokaja Duńka.

Dumaju, szto ty zhadżajassa na takuju definicju sibie i czaławieka.

Znaju, szto ty ni hladzisz na czaławieka-satanu, bo jaho ni choczasz, bo ni majasz paniaćcia, chto heta taki. Astaŭlajasz jaho samamu sibie, ali jon złaczynny dla druhich ludziej. U cibie tut pustoja miesco, jakraz dobraja dla złaczyncaŭ. Heta twój nidastatak ci dastatak? Ja ni razumieju. Tut mahu spakojno skazać: cibie nima.

Paŭtaru. Paŭtaru, szto Kant prasiŭ ludziej, kab prazmierno ni dakazywali taho, szto Boh jeść i taho, szto Boha nima, bo paŭpadajuć ŭ dogmaty wiery i niwiery, i buduć jich mnożyć, astajuczysa biez dokazaŭ, zato robiaczysa worahami.

Baczysz?

Ty jeść i ni jeść. U twaho byćja i nibyćja nima dokazaŭ. Mahu skazać: ty żywy mahu skazać: ty miortwy.

Idziem dalej.

Mahu skazać: wierujuczyj i niwierujuczyj astajucca z Boham.

Wierujuczyj astajecca z Boham, jakoho nima ŭ ateistaŭ.

Ateist astajecca z Boham, jaki jeść ŭ wierujuczych.

Karaczej: wierujuczy z Boham, jakoho nima; ateist z Boham, jaki jeść.

Baczysz?

Jeśli piarakreścim twajo byćjo i nibyćjo, ta tak heta wychodzić ŭ ludziej, jak wyżej każu.

Ty astajeszsa pasiaredzinie, nitronuty, ali abudawany siołami dogmataŭ.

Czaławiek żywie ŭ wiarczalnym ruchu wakruh ronda, jakim jaŭlajaszsa ty i czaławieczyja słowy ab tabie.

Ci ty jeść, ni ni jeść, rondo astajecca i astajecca hety wiarczalny ruch ludziej.

Wierujuczyja ni ŭwachodziać u siaredzinu ronda. U jich tolki słowy ab hetaj siaredzinie, budtab tam pabywali i bywajuć. Ateisty śmijucca, szto nijakoho ronda nima, ali heta znoŭ tolki słowy i budtab jany tak samo pabywali i bywajuć tam, dzie „niczoho nima”, wiarnulisa i znajuć. Wuczonyja szukajuć bożaj czastki ŭ prawiłach fizyki i nachodziać sztoraz mieńszuju, a kanca ni widać. Śniłasa mnie definicja: bożaj czastki nima. U czastkach jeść nowyja czastki, i tak biez kanca. Aż prybory nijak ni zabaczać dalejszaho ciahu czastkaŭ. Trebo hladzieć u hłubinu. A heta dalecz. I czastki ŭciakajuć ad czaławieka, ad jaho woka nawat z pryboram.

Maci hawaryła da baćki: staŭ pasiaredzinie kuchni i jaszcze jaho mylaj. Pasuńsa. Zrabi miesco.

Hety wobraz pasuja da twajaho byćcia pasiaredzinie. Ty nijak ni pasuniaszsa. Usio astajeszsa pasiaredzinie jak rondo. I nichto napraŭdu ni znaja, ci ty jeść, ci ni jeść. Sztodzień my cibie mylajam.

Ty astajeszsa tolki abhaworanym.

Rondo heta moża być nasza sumleńnie.

Znaczyć, ja hawaru da sumleńnia abo da pustoho ronda.

Ali ci sumleńnie moża być pustatoju? Jano na peŭno traplaja da cibie i tolki tam raście.

Sumleńnia ni możno nawuczycca. Jano z pazurami wyskaczyć da czaławieka, chacia czaławiek hetaho ni chocza. Heta adno adzinaja żywoja miesco ŭ czaławieka. Z żywym sumlenniem czaławiek żywy. Bywajuć miortwyja żywuczyja ludzi, ŭ jakich sumleńnie dremla abo spić.

Czamu ty dremlasz abo śpisz u ludziach? Za mnoho pracy i ty zmuczyŭsab?

Znaju, szto atwieta ni budzia, szto ja sama pawinna najci adkaz. Ali ja ni nachodżu. Chibo szto sumleńnie należyć calikom da czaławieka i raście znizu, i tolki tady ty jim apiekujaszsa jak kasztoŭnaściu, jakaja czaławieka hryzie, bo tolki tady ty utapiŭ u jaho swaji zuby i dasiahajasz haspadara haławy i serca.

Niekataryja ludzi zamiest sumleńnia majuć wyŭczanuju na pamiać prapahandu fidei ad świataroŭ. Znaczyć jany pustyja, miortwyja. Jany prociŭ abortaŭ na prykład, i liczać heta jich żywym sumleńniem. Tolki heta – adno adzinaja waruszyć jich sumleńniem. Nawat jak i dzicia i maci pamre, aciakajuczy kroŭju, jany prociŭ abortaŭ. Niachaj pamirajuć, tolki kab abortu ni było. Każuć: tady ni budzia wojnaŭ. Bolszaj bałwanszczyny ni czuła.

A szto. A szto robić nawuka? Nawuka robić nowuju bombu.

Abort. Heta ab toja, jak ja paznajomiłasa z majeju mamaju. Ja ŭże heta raskazywała, ali ni na prastoj mowie, dy jaszcze raz trebo. I toja, szto zdaryłaso ŭsio lezia ŭ hoławu i ni prynosić spakoju. Mnie było pad dwa hody. Mama była ciażarnaja i ŭ jaje byŭ straszny krywaciok. Dachtara czakali, kab stała pamirać, i tolki tady możno było ratawać ciażarnuju żanczynu. Inaczaj zakon abwiniŭby dachtaroŭ, szto zrabili abort, a tady była poŭnaja zabarona abortaŭ.

Baczysz, szto było?

Jak zacznie pamirać, ta ŭratujam abo ni ŭratujam. Heta tolki jaszcze adna baba.

Mamy ni było ŭ chaci paŭ hoda. Ja jaje zabyłasa. Jana na zaŭsza zhubiła zdaroŭja.

Baba Paŭla, maci majaho baćki, kiepsko mnoju apiekawałasa. Ja ni chacieła jeści, bo jada była ni dziciaczaj, tolki jakiś mocno salony sup z mocno kisłaj kapusty, nidawaranaj, ćwiordaj jak badyli, ni papałokanaj. Ŭsio było za salonaja, za kisłaja, za ćwiordaja. Baba ŭmieła hatowić jadu tolki dla żywiny, bo tut ni trebo było wielmi staracca. Ja pachudzieła. Rano ni mahła adkryć waczej, jany zarastali toŭstym hnojam. U minie pajawiła chwaroba siroctwa. Ja pamiataju, szto minie niczoho ni cikawiło. Ni katy, ni kwietki, ni cacki. Ja hadzinami sidzieła na padłozi i kaływałasa z boku na bok. Baba minie ni kupała i ja zarasła brudam. U minie byli kuczarawyja wałasy, jakich baba ni mahła razczasać. Jana piarastała minie czasać.

Minie ceły czas ciahnuło na wanity.

Pamiataju, szto ja tady razuczyłasa lubić.

Baćko pracawaŭ na kaleji, a jaszcze ihraŭ na wiasiellach. Jon spadziawaŭsa, szto jaho maci minie dahledzić jak trebo. Pamiataju szto mnie stało ciażko chadzić. I ja piarastała hawaryć. A heta ŭsio praz toja, szto dachtara słuchali kaścielnych palitykaŭ i ni ratawali mamy ŭ poru, tolki czakali, kab stała pamirać, a patom ciażko jaje było wiarnuć da żyćcia.

Ja pamiataju toj dzień, kali mama wiarnułasa. Lico ŭ jaje było biełaja jak śnieh, a ŭ jaje czornych kuczarawych wałasach pajawilisa biełyja pałasy. Jaje papiarednija biełyja zuby byli pasieczany czornymi pustakami. Jana była dla minie czużaja. Ja zabyłasa, szto znaczyć mama. Jana pracianuła da minie ruki i skazała uśmiachajuczysa: chadzi da minie, chadzi da mamy.

Jana pracianuła da minie ruki z paścieli. Znaczyć wiarnułasa poznym wieczaram, kali ja spała, abo ŭ nacze. Łożak byŭ zialony i szyroki. Paściel była pałasataja. Sinija pałoski i żoŭtyja. Jana była jadwabnaja. Pieradwajenna. Heta pomniu.

Ja bajałasa. Bajałasa padyjci da hetaj czużoj blednaj żanczyny z czornymi wałasami z biełymi pałasami. Ja takoj mamy ni pamiatała. U wohule ni pamiatała mamy.

Pamiataju, szto mama zapłakała, ali ŭsmiachałasa praz ślozy. Kali ja odważyłasa padyjci da hetaho uśmiechu, jana minie obniała. Zaraz minie wykupała, razczasała maji wałasy. Adzieła ŭ czystuju saroczku. Saroczka była wykrachmalana i jana kałoła majo chudoja cieło. Mama, czudam wiornutaja da żyćcia, zaraz zrabiła dla minie dziciaczuju jadu. Heta pomniu. Heta było małako z razmoczanym sałodkim sucharkom. Ja paczuła papiaredni smak ŭ roci. Ali jeści ni mahła.

Ja zwanitawała. Pamiataju, szto patom mama karmiła minie ŭsiakimi witaminami i wamalcinaju, i waziła da dachtoroŭ. I pamiataju, szto jaszcze doŭho, doŭho rano woczy maji zarazstaŭ hnoj i adpluszczyć ich ad razu ja ni mahła, i hałasno płakała ad strachu, szto niczoho ni baczu. Mama nakryczała na baćku, szto da hetaho ŭsiaho dawioŭ, ni nazirajuczy baby Pauli. Baćko praz wakno ŭ kuchni nakryczaŭ na panstwo, jakoja amal ni dahrobiło jaho babu. Mama nakryczała na baćku, szto nazywaja jaje babaju. Ja ni baba – kryczała. Ja maju imia. Ni nazywaj minie tak nikoli bolsz.

Юрка Хмялеўскі. Ад Рэдактара

Амаль дваццаць гадоў таму правёў я асаблівае інтэрв’ю з Сакратам Яновічам. Гутарка была пісьмовая – у кніжку, якая ў 2000 г. выйшла пад загалоўкам „Nasze tysiąc lat”. Пісалі мы яе больш чым год. Была гэта мая ідэя. Хацеў я, каб у просты спосаб, ненавуковы, расказаць пра нашу беларускую прысутнасць на Падляшшы ад зарання ды наогул пра гісторыю і культуру беларусаў тут і за сённяшняю ўсходняю мяжою. Пры тым канцэнтруючыся на непарыўных польска-беларускіх сувязях і адвечным сужыцці абедзвюх нацый на падляшскай памежнай зямельцы. Таму гэту кніжку і напісалі мы на польскай, а не беларускай мове.

Безумоўна была патрэба выдання такой кніжкі, паколькі яе змест займальна і цікава тлумачыў звычайнаму чытачу элементарныя нават веды. Пярэчыў шматлікім шкодным міфам пра беларусаў і праваслаўных на Падляшшы. Кніжка была мною прыдуманая як працяг і дапаўненне славутай гавэнды Сакрата Яновіча „Białoruś, Białoruś”, якую напісаў ён на пачатку васьмідзесятых гадоў. Адразу прыняў ён маю прапанову, паколькі з таго часу з’явілася шмат новых фактаў, знікла няшчасная цэнзура, адкрыліся архівы.

Усю кніжку, помню, я акуратна перадумаў. Падзяліў яе на раздзелы, прысвечаныя гісторыі („Mały kraj z wielką historią”), рэлігіі („Śladem misjonarzy”) і літаратуры („Słowo jest wszystkim”). Кніжку пісалі мы так, што спярша я абдумваў па два-тры пытанні і пасылаў іх па пошце ў Крынкі. Пытанні не былі банальныя, часта на паўстаронкі. Я размалёўваў у іх фон і распытваў. Яновіч адсылаў мне адказы ўтрая і больш даўжэйшыя. Пісаў іх на звычайнай машынцы і я пасля ўпісваў іх у камп’ютар, аддрукоўваў і зноў адсылаў разам з новымі пытаннямі. Нібыта для карэктуры, але атрымоўваў адбіткі не толькі з праўкамі, бо з дапоўненымі выказваннямі.

Пасля амаль двух гадоў такой маруднай працы кніжка ўрэшце была гатовая. Асталося толькі прыдумаць загаловак. Здаўся я на суразмоўцу. І Яновіч урэшце прыдумаў, акцэнтуючы менавіта тысячу гадоў беларускай гісторыі, насуперак стэрэатыпам, што беларусы гэта нацыя свежай даты, нашмат малодшая ад палякаў ці расіян. А тут аказваецца, што беларускія карані не менш старадаўнія, а яшчэ якія яны багатыя!

Свядома даючы кніжцы такі загаловак мы дасканала ведалі, што можа ён не спадабацца некаторым незавельмі прыхільным нам палякам, для якіх беларусы гэта „невядома што”, а на Беласточчыне з’явіліся мабыць ўслед за царом, які разабраў Польшчу. Змест кніжкі, які князёў і магнатаў прыгадваў як беларускіх, мог не спадабацца таксама нашчадкам польскай шляхты і арыстакратам з „kresów”, што беларусаў атоесамліваюць выключна з „ludem białoruskim”, апісаным у тамах знакамітага польскага этнографа Міхала Федароўскага. „W dzieciństwie poznałam Białorusinów, dobrzy to ludzie” – сказала мне калісь вядомая варшаўская мастачка, якая ўжо не жыве. „Mieliśmy we dworze dobrego furmana Białorusina” – успамінала яна са слязамі ў вачах.

Затое гэтая кніжка безумоўна падбудоўвала беларускага чытача. „Ого, і мы можам ганарыцца сваёй гісторыяй” – мог падумаць не адзін з нашых, які беларус, бо любіць ён беларускія песні…

Гэтая кніжка была выдадзена поўнасцю прафесійна, дзякуючы перадусім мастацкаму афармленні знакамітага Лявона Тарасэвіча. Бадай ці не першая такая пасярод беларускіх выданняў на Беласточчыне, пераважна даволі сярмяжных і недапрацаваных. Але з яе мудрым і моцным загалоўкам было крыху і забаўнага клопату. Калі кніжка пабачыла ўрэшце свет, я задумаўся ці фармулёўка „Nasze tysiąc lat” да канца згодная з правіламі польскай мовы. Бо калі „tysiąc”, то „nasz”, а не „nasze”. Яновіч, калі сказаў я яму пра гэта, пераняўся крыху. Ён жа быў выпускніком польскай філалогіі Варшаўскага ўніверсітэта. Гэтая дылема была, аднак, навырост. Бо тут вырашае не так граматыка, колькі моўны звычай. Пасля я ўпэўніся ў гэтым, распытваючыся ў аднаго з прафесараў падчас нейкай навуковай канферэнцыі.

Кніжка выйшла ў даволі вялікім накладзе, бо ў тысячы экземпляраў. Для параўнання, тады кніжкі на Беласточчыне разыходзіліся ў тры разы меншым накладзе. А цяпер беларускія выданні дастаткова надрукаваць у дзвесце, а то і сто экземпляраў. Прытым прыходзіцца амаль усё раздаць дарма.

А нашу кніжку, памятаю, куплялі. Мела яна добрыя рэцэнзіі і была цёпла і з зацікаўленнем успрынятая чытачамі. Не толькі беларусамі, але і палякамі, якім дапамагла зразумець нашы справы, якія і для іх блізкія, чаго змест выразна і адназначна даказвае.

Узгадваю якраз цяпер „Nasze tysiąc lat” таму, што ў Міхалове, дзе працую як намеснік бургомістра, нядаўна знайшоўся ідыёт, які пакарыстаўся вось гэтай кніжкай, каб мне ўчыніць шкоду. Нажыў я ворага як самаўрадавец, што не здзіўляе. Такіх мае бадай ці не кожны чыноўнік на высокай пасадзе. Толькі ў маім выпадку гэты вораг закінуў мне не тое, што дрэнна ці неадпаведна выконваю сваю працу, але вырашыў мяне зняважыць у вачах жыхароў гміны. Зачэпкай стала вось гэтая кніжка, змест якой нязгодны з яго поглядамі, што вынікае з няведання ім тутэйшай гісторыі. А перадусім з заядласці, каб быць „чыстым палякам католікам”, нягледзячы на праваслаўныя ў палове яго карані. Ён адкрыта мне гаварыў, што змест гэтай кніжкі для яго неўспрымальны. Мала, што не пагаджаецца ён з беларускай рацыяй у ёй, то палічыў яе „варожай палякам”. І хаця гэта цалкам абсурд, мой вораг пачаў пераконваць іншых у маім нібыта беларускім нацыяналізме. Памеціў ён у кніжцы нейкія сказы і стаў паказваць знаёмым.

І вось напрыканцы сакавіка, быццам у час ваеннага становішча, па Міхалове былі раскінуты ананімкі афішкі-ўлёткі з тымі ж сказамі і каментарам абзываючым мяне ад „нацыяналістаў і шавіністаў”. Чагосьці такога, праўда, я не спадзяваўся. Стаў чакаць, які будзе рэзананс. У Вялікі Тыдзень пачалі прыходзіць да мяне ў магістрат абураныя жыхары і супрацоўнікі, спачуваючы мне. Размаўляў я з многімі асобамі, у тым ліку з міхалоўскім інтэлігентным ксяндзом, які заклікаў проста праігнараваць гэтае прыкрае здарэнне.

Раздаў я таксама дзесятак кніжак „Nasze tysiąc lat” і апублікаваў паясненне на гмінным фан-пейджы ў фейсбуку ды ў „Газеце Міхалова”. Пасля Вялікадня шум прыціх.

Дагэтуль у маёй працы і дзейнасці ці то ў „Часопісе”, у Гарадку, Крынках, ці цяпер у Міхалове ніколі нікому не перашкаджала мая прывязанасць да беларускасці. Наадварот, часта выклікала гэта зацікаўленне. І гэта папраўдзе не змянілася. Бо спроба, каб мне цяпер зашкодзіць, мела цалкам іншыя прычыны. У Міхалове, як у кожнай гміне, ёсць нейкая апазіцыя. Мая ангажаванасць на высокай пасадзе ў самаўрадзе пару асобам вельмі ж перашкаджае. Таму хтосьці прыдумаў вось такую абсурдную зачэпку.

Ну што ж, Сакрат Яновіч, якому ідыёты ўсё жыццё не давалі спакойна жыць абзываючы яго нацыяналістам, казаў так: „Не такое пражылі, перажывем і дэмакратыю”.

Сродкі для  падстраўнікавай залозы

Лекі з поля і лесу


 

(Працяг)

Рэцэпт № 3..Выдатныя народныя сродкі – лімон, пятрушка і часнык, на аснове якіх рыхтуецца наступны лек для лячэння падстраўнікавай залозы. Лімон трэба вызваліць ад костачак, але не чысціць ад лупіны, яшчэ лепш – узяць гатунак лімона, у якім няма костачак зусім. Такім чынам, у лупінах, але без костачак лімоны ў колькасці 1 кг, а таксама па 300 гр. часныку і пятрушкі перакруціць пры дапамозе мясасечкі і змяшаць. У прынцыпе, на гэтым сродак для лячэння падстраўнікавай залозы можна лічыць гатовым, захоўваць яго можна
ў халадзільніку, пажадана ў посудзе са шкла, напрыклад, у слоіку. У працэсе лячэння сродак неабходна прымаць па 1 ч.л. тройчы ў дзень, за 15 мін. да ежы. Для больш моцнага эфекту сродак можна запіваць спецыяльным настоем з лісця суніцы, чарніцы, брусніцы, які рыхтуецца наступным чынам. Лісце пералічаных раслін, а таксама кукурузныя лычыкі і струкі фасолі адмераць у роўных частках і, склаўшы ў тэрмас, заліць кіпенем, пакінуўшы такім чынам на некалькі гадзін запар. Запіваць трэба так: 1 ч.л. прапанаванай вышэй сумесі запіваецца трэць шклянкі настою. Гэтым досыць эфектыўным спосабам варта лячыцца на працягу трох месяцаў.

 

Рэцэпт №4. Рыхтаваць гэты сродак варта з вечара, для чаго нам спатрэбіцца пакет кефіру – паўлітра,
а таксама адна шклянка грэчкі. Грэцкія крупы неабходна старанна прамыць, а затым заліць іх кефірам, пасля чаго пакінуць настойвацца. Па сканчэнні 12 гадзіны падзяліць атрыманую сумесь на дзве роўныя часткі, адну з якіх з’есці як сняданак, а другую – як вячэру. Карысна было б абыходзіцца без іншых прыёмаў ежы хоць бы на працягу двух-трох дзён, хаця на абед можна зварыць агародніннае рагу, часам можна дазволіць сабе што-небудзь з садавіны. Такой дыеты варта прытрымлівацца на працягу 10 дзён, пасля чаго на той жа тэрмін зрабіць перапынак і паўтарыць усё зноў. Людзі, якія ўжылі на сабе дадзены спосаб, адзначаюць, што паляпшэнне наступае ўжо праз некалькі дзён, болі спыняюцца, адчуваецца лёгкасць у целе, уздуцце кішэчніка праходзіць.

 

Бабка – трыпутнік

Гэтая шматгадовая травяністая расліна знаёма кожнаму. У яе простае голае сцябло з дробнымі кветкачкамі наверсе, сабранымі ў коласавіднае суквецце. Лісце – у прыкаранёвай разетцы, шырокія, завостраныя,
з трывалымі жылкамі. Плён – яйкападобныя скрыначкі з бліскучымі зярняткамі. Цвіце ўсё лета. Сустракаецца паўсюдна, расце ля дарог, на пустках, каля хат.

Ужываюць лісце, суквецці, карані, насенне і свежы сок. Гаючыя ўласцівасці трыпутніка былі вядомыя яшчэ старажытным рымлянам і грэкам, арабскім і персідскім лекарам. Ён валодае антысептычным, абязбольвальным, ранагаючым,  адхарквальным дзеяннямі, ачышчае кроў, узмацняе сакраторную функцыю страўніка. Свежы сок эфектыўны пры гаенні ран, фурункулах, ацёках і ўдарах, укусах насякомых. Насенне, дзякуючы ўтрыманню слізі, дзейнічае змякчальна, ахінальна, супрацьзапаленча, бактэрыцыдна, спазмалітычна  і далікатна-паслабляльна. Выкарыстоўваюць трыпутнік пры гемароі, хваробах мачавых шляхоў, малярыі. Не варта ўжываць яго ўнутрана пры падвышанай кіслотнасці страўніка і схільнасці да згортвання тромбаў. Вонкава лісце прыкладваюць да язваў з «дзікім мясам», пры зубным болю. Адварам насення прамываюць вочы пры запаленні. З маладых лісткоў рыхтуюць вітамінныя салаты і дадаюць
у страў. Экстракты з бабкі ўваходзяць у склад крэмаў і ласьёнаў.  Пры парэзах, напрыклад пальца, дастаткова сарваць свежы ліст трыпутніка, вымыць, прыкласці да раны, і кроў спыняецца. Настой з трыпутніка ўжываюць пры захворваннях: страўніка, кішэчніка і хранічным гастрыце. Вонкава ўжываюць для лячэння гнойных ран, пры запаленні вачэй. У народнай медыцыне трыпутнік і прэпараты з яго ўжываюць пры коклюшы, запаленні вачэй, пры бранхіяльнай астме, сухотах, захворваннях мачавога пухіра. Адварам з лісця трыпутніка палошчуць рот пры парадантозе, запаленчых працэсах у паражніне рота.

Настой рыхтуюць так: адну сталовую лыжку здробненага лісця трыпутніка заліваюць шклянкай кіпеню, настойваюць 15 хвілін, працэджваюць, выкарыстоўваюць для паласкання, п’юць па сталовай лыжцы тры разы на дзень, хвілін за 30 да ежы.

Рыхтуюць парашок з трыпутніка так: сушаць лісце, здрабняюць у парашок, прысыпаюць парашком з лісця драпіны, язвы, пролежні, раны (калі няма свежых лісткоў).

Для лячэння запалення вачэй: лыжку сухога лісця трыпутніка заліваюць шклянкай кіпеню, кіпяцяць дзве хвіліны, настойваюць паўгадзіны, працэджваюць і робяць кампрэсы на вочы.

Кампрэсы з трыпутніка таксама дапамагаюць для лячэння ран, скурных захворванняў, фурункулаў, апёкаў. Для гэтага свежыя, вымытыя лісткі трыпутніка здрабняюць, накладваюць на тканіну, затым прыкладваюць да раны і мацуюць бінтом. Можна выкарыстоўваць і сухое лісце, папярэдне патрымаўшы іх дзве хвіліны ў кіпені. Таксама можна прыгатаваць настой з насення трыпутніка, які выкарыстоўваюць пры запаленні мачавога пухіра – ён  дзейнічае мякка слабільна. Рыхтуюць настой так: дзве сталовыя лыжкі насення заліваюць шклянкай кіпеню, кіпяцяць каля дзесяці хвілін, працэджваюць, прымаюць па адной сталовай лыжцы на ноч.

Як нарыхтоўваюць трыпутнік лекавы?

Перш чым ужываць карысную траву, варта вывучыць віды, якія растуць у канкрэтнай мясцовасці. Зразумела, выкарыстоўваць лісце або іншыя фрагменты ў лячэбных мэтах можна, калі трыпутнік сабраны ў экалагічна чыстым месцы, удалечыні ад дарог, прамысловай вытворчасці, месцаў выгулу хатніх жывёл. Гэтае зелле мае ўласцівасць збіраць і назапашваць шкодныя рэчывы з глебы і паветра. Таксама не трэба збіраць хворых або пашкоджаных шкоднікамі раслін.

У залежнасці ад часткі трыпутніка, неабходнай для лячэння таго ці іншага захворвання, збіраць і нарыхтоўваць лепш лепш у вызначаны час, калі канцэнтрацыя карысных уласцівасцяў ў ім максімальная. Лісце трыпутніка, сцёблы і кветкі найбольш карысныя ў перыяд пасля цвіцення і да пачатку даспявання насення. На лісці характэрны малюнак,  з вялікімі жыламі. Іх лепш збіраць на працягу 60 дзён пасля пачатку цвіцення. Насенне набірае найбольшую гаючую сілу да моманту паспявання. У каранях максімальная карысць здароўю аказваецца восенню, у верасні-лістападзе. Зразумела, варта ўлічыць канкрэтныя мясцовыя ўмовы, геаграфічнае становішча, спрыяльнае або не надвор’е
ў канкрэтным годзе.

Раслінная сыравіна падчас збору і нарыхтоўкі не павінна быць вільготнай. Яе лепш сушыць у прахалодным
і цёмным месцы, што забяспечыць доўгае далейшае захоўванне. Не варта збіраць сыравіну па расе або падчас дажджу, бо існуе небяспека, што яна згніе падчас высушвання.
Трыпутнік выдатна захоўваецца ў драўляных скрынках.

 

Міраслава Кастанчук
Працяг будзе

Halina Maksimjuk. Odviêdki

Było siête tohdy, koli mojoho dvojurudnoho brata Tolika narešti pustili do Bielśka, do nas. My dovho siêtoho čykali, často prosili diaďka i tiotku, až narešti našy mary spovnilisie. Odnoho razu diaďko jiêchav čohoś do Bielśka i zabrav Tolika z soboju, a potum pokinuv joho v nas.

Jak ja tiêšyłasie! Chotiêła odrazu vsio jomu pokazati, jak my žyvemo, što v nas je, i poznakomiti joho zo svojimi koležankami…

– A čom u vas taki mały pudvôrok? – na samum počatku zapytavsie Tolik. – A vašy chlivy de?

Ja jomu starałasie vytłumačyti, što to ne sioło, što tut trochu inakš… Ale vôn ciêły čas krutiv nosom.

– I chatka u vas takaja małaja, šče menša, čym naša, – narykav.

Mojiê zabavki tože jomu ne podobalisie, pokôl ja ne vyniała klockuv. A ja jich miêła mnôho. I do stavlania domôv, i do układania obrazkuv, i z literami, kob učytisie čytati… Tohdy to jomu až očy zasvitilisie. Vôn zaraz začav stavlati viêžu, jakiś môst, chatu, ne chotiêv naveť jiêsti, až mama rozzłovałasie. I radivom velmi zainteresovavsie, bo v jich u Knorozach była tôlko „točka” (to takoje jakby radivo, było v kažnuj chati v seliê, tam puskali muzyku i jakijeś, musit, vjadomosti, ale programu tam ne možna było pominiati i ničoho z tym zrobiti, chiba što vyłončyti i vsio). Tolik stojav pry našum radivi i miniav programy, i robiv to ticho, to strašenno hołosno. Mama nakuneć ne vyderžała i vyłončyła radivo z gniazdka, bojałasie, što Tolik joho popsuje, i tato bude kryčati.

Na druhi deń po snedani my pujšli do miêsta. Po hulici jiêzdili samochody. Tolik ne môh od jich odorvati očy, a ja išła zboku velmi zadovolana, što narešti štoś jomu podobajetsie, i starałasie vytłumačyti, što de znachoditsie. A potum my zajšli na rynok i mama môcno deržała nas za ruki, kob my ne zhubilisie sered tłumu ludi. To byv čertver, u nas v Bielśku v siêty deń vse byv veliki rynok. Mama štoś tam kupovała, a môj brat rozhladavsie kružka z rozdziavlanym rotom.

– Tôlki ludi to ono na Spasa pud cerkvoju byvaje, – pokrutiv vôn hołovoju. – I kôlko tut vsioho prodajut! U nas u sklepi vsio ne pomiêstiłosie b! Napevno!

A na našum rynkovi prodavali vsio-vsieniutko: kartopli, hurki, jabłka i pomidory, horčki i odežu, jajcia i kury, i kupu vsiakoji vsiačyny. U četver do Biêlśka pryjizdžali lude z usiêch bliźkich i daliêjšych siołuv. Odny prodavali, inšy kupovali. Usiudy čułosie, jak tiotki hovorat po-svojomu, mjastovy hovoryli po-pôlśki abo prynajmi staralisie. Cikavo na rynku było.

Potum my pujšli do našoho sklepu, bo treba było kupiti chliêba, nu i cukierki dla nas. A sklep byv veliki, samoobsługowy. My chodili za mamoju, kotora vkładała do koška potrêbny rečy. Nam kupiła vafelki i dropsy, z čoho my velmi tiêšylisie.

Koli my voročalisie dodomu, Tolik zagapivsie na jakiś samochod i raptom jak ne dasť hołovoju ob stovp. Na joho łobi odrazu vyskočyła velizna guza. Poka my dojšli do chaty, vôna vže pospiêła posiniêti. Ne pomohło prykładanie zimnoho noža ani mokroji šmatki. Lodu tohdy my ne miêli, bo šče ne było v nas lodôvki.

– Jak že ž ja joho pokažu svojim koležankam? – dumała ja. – Z takoju guzoju! To ž joho vsiê obsmijut!

Ale mama naveť čuti ne chotiêła, što my vyjdemo na huliciu.

– Odnoji guzy chvatit, – skazała vona. – Znajučy vas, to šče pozabivajetesie tam na jakôj-leń budovi. Doma pozabavlajtesie, i vsio.

Ale Tolikovi rozboliêłasie hołova, i vôn lôh i zasnuv. Pevno od toho, što tak davsie ob stovp. A ja sidiêła i perehladała knižku, bo što ž mniê było robiti v takôj sytuaciji? Do mene prybiêhli koležanki, ale mama skazała, što ja nikudy ne pujdu. Ja čuť ne rozpłakałasie.

Koli my v subotu odvezli Tolika do Knorozôv, to tiotka až perelakałasie. Taja guza tohdy vže zrobiłasia strašnaja, takaja zelono-sinia.

– Tebe tam pobili čy što? – zapytałasie Tolikova mama.

A moja mama až počyrvoniêła, jôj było velmi stydno, što ne prypilnovała chłopcia. Ale diaďko Gryša ono zasmijavsie i skazav, što doma tože môh de-nebuď datisie łobom. Bo i pravda, my tak biêhali i skakali, što ne raz prychodili i poderty, i posiniačany. Koli my skaržylisie, što nas što-nebuď bolit, bo my skaliêčylisie, to nam vse odkazuvali, što do vesiêla zahojitsie. Tolik usiêm na hulici chvalivsie, što byv u Bielśku, i rozkazuvav pro samochody, bo vony jomu najlepi zapometalisie. Na seliê tohdy jich tôlko ne jiêzdiło.

– Ale naohuł to ja b ne chotiêv tam žyti. U nas bôlš cikavych mistiôv i cikaviêjša robota, – pudsumovav vôn i pobiêh za diaďkom zaprehati konia, kob odvezti nas na prystanok do Chrabołôv.

Tiotka našykovała nam na dorohu kusok svôjśkoho chleba, i my pojiêchali. Tolik zadovolany pohaniav konia, a mniê było trochu smutno, što znov joho dovho ne pobaču. Ale potum podumała, što budu bavitisie z koležankami, i mniê raz-dva polohčało na dušê.

Bo mniê było fajno i tam, i tam. Ja lubiła i Biêlśk, i Knorozy. Ne chotiêłoś mniê navse ostavatisie v Knorozach, ja miêła koležanki i koleguv na svojôj hulici, miêła inšy zaniatki, čym mojiê braty i sestry na seliê . I čym staršy my stavali, tym mucniêj rozychodilisie našy dorohi. My vsio šče spotykalisie, zabavlalisie razom, ale toj magičny ditiačy sviêt uže zostavsie daleko za nami. Ale dobre, što vôn šče žyve v našych dušach i vspominkach.

Białoruska miniatura

Nieżyjący już niemiecki bestsellerowy pisarz, Ralph Giordano w 1994 roku podarował mi rozdział swojej książki „Ostpreussen, ade” („Prusy Wschodnie, żegnajcie”), publikowanej częściowo w pismie „Borussia”. Tytuł rozdziału brzmi: „Weissrussische miniatur”, czyli: „Białoruska miniatura”. Tolo Szaleńczyk na nowo przetłumaczył, bo się gdzieś zawieruszyła kopia. W „Borussii” ten rozdział nie był publikowany.

Tamara Bołdak-Janowska

Nie widać po niej tych 47 lat, do których bez skrupułów przyznaje się, ani się człowiek nie domyśla w niej matki dwóch studiujących córek, kiedy ona tak przede mną siedzi, skora do śmiechu i melancholijna, w jednym momencie entuzjastycznie wybuchająca, a w następnym zachmurzona z błyszczącymi oczami i podejrzanie wysokimi kośćmi policzkowymi, poetka i samozwańcza (jak o sobie mówi – „tatarska księżniczka” , na którą rzeczywiście wygląda) – Tamara Bołdak-Janowska.

Chodzi o jej los jako należącej do innej, białoruskiej mniejszości. O tym chcę się trochę więcej dowiedzieć.

Wstępnie dzięli się danymi statystycznymi, a to pewien rodzaj rozbiegu, który ma przetestować moje zainteresowanie – prawdziwe czy nie: taki egzamin podczas którego Tamara nie spuszcza ze mnie swoich migdałowych oczu.

Ta obecnie samodzielna Republika Białoruska, jak się dowiaduję, liczy dziś 10-11 milionów mieszkańców zarówno katolickiej, grekokatolickiej jak prawosławnej konfesji, a ostatnia stanowi większość. Liczba białoruskiej mniejszości w Polsce waha się pomiędzy 200 a 500 tysiącami, ale Tamara skłania się raczej ku dolnej granicy. Wobec polskiej polityki w stosunku do mniejszości moje wtrącone pytanie kwituje najpierw wybuchem „bah” (ba!), potem jednak dokładniej odpowie.

Pauza, podczas której zachodzi dalsze taksowanie mnie wzrokiem. Staram się wytrzymać spojrzenie pałających oczu tej „tatarskiej księżniczki”, i mam wrażenie, że pokonałem pierwszą przeszkodę, bowiem teraz dochodzi do głosu biografia.

Tamara urodziła się we wschodniej Polsce, 50 kilometrów od Białegostoku, w pobliżu ówczesnej granicy ze Związkiem Radzieckim. Ojciec miał tatarskie nazwisko – tak legitymuje się ten książęcy tytuł córki, przynajmniej częściowo, ale jego ślady nie wiodą do Złotej Ordy Dżyngischana, lecz do Warszawy, w przeciwieństwie do matczynej linii, która prowadzi nad Wołgę. Gdzieś tam na dole tego drzewa genealogicznego jest nawet podejrzewana żydowska babka, co całkiem pasowałoby do wielobarwnego obrazu wnuczki.

Tamara Bołdak-Janowska czuje się Białorusinką – „bez najmniejszych „ale” – chętnie rozmawia o państwowej samodzielności Republiki Białoruś, jednak przydaje temu humorystyczny akcent: „Wie pan, co Białorusini zrobili zaraz po zdobyciu państwowej niezależności? Dołożyli sobie dwa wolne dni świąteczne, jedno z kalendarza katolickiego, drugie – prawosławnego. To był, że tak powiem, pierwszy akt niezależności”. Jej wniosek z tego: „Jest to tolerancyjne współistnienie”. Mimo to Tamara zostaje w Polsce, poetka, która z uporem obstaje przy tym że polskość od 16. wieku bardzo dużo wzięła z białoruskiego języka i kultury, a język białoruski określa jako ojczysty (Muttersprache), jednakowoż – „ponieważ już tu żyję” – pisze w języku polskim. Co? Jak?

Otwiera dużą ciężką teczkę pełna kartek i manuskryptów – wszystkie pisane ręcznie To, co ona mówi i to, co ja czytam, koresponduje ze sobą, ten świat poetki Tamary Bołdak-Janowskiej: „Kwiat ma żółte serce i białe płatki”. Według Tamary Bołdak-Janowskiej – ten kwiat „uśmiecha się, pokazując białe zęby wokół swojej szyi” kwiat jest ścinany ciągle ścinany, „ale on nie krwawi. To jest kosmiczny oryginał”.

Bociany – one mają „zamiast trzeciej nogi, dziób. „Człowiek w tym miejscu ma Boga”.

Interweniuję: Czy pani jest wierząca?

„Nie można dziś powiedzieć, jak dawniej: wierzę w Boga. Można z tym żyć, że się w niego wierzy, nie definiując go. Ale jedna z dłoni Boga jest czarna i on nią niepotrzebnie zabija ludzi. Z powodu tej czarnej dłoni z trudem mi przychodzi czczenie Boga”.

Czytam: „Nie mam zielonych oczu, mam czarne, a więc jestem podejrzanie ruda”.

Podczas gdy Tamara objaśnia i kartkuje, kartkuje, i objaśnia, często się śmieje. To jest śmiech (właściwie rodzaj śmiechu), który sprawia mi ból, choć pojęcia nie mam, dlaczego.

Czytam: Zjadła obiad i czuje ból w gardle – skutki katastrofy w pobliskiej elektrowni atomowej Czarnobyl. „W taki sposób wciska mi się do gardła polityka”. „Ciężko jest – czytam dalej – myśleć w Polsce w sposób wolnomyślicielski, wypowiadać się w sposób wolny, chcieć być niezależnym. „Ten, kto to robi, jest podejrzany o współpracę na rzecz obcych mocarstw albo o to, że jest Żydem”.

Zaraz obok widzę topolę, która ma „morską falę w swoich liściach”. Cudowny obraz. Gdy to mówię, Tamara śmieje się znowu swoim bolesnym śmiechem. Teczka jest pełna rysunków, wśród nich kominy, krematoria.

Sama nawiązuje do Auschwitz. Nie była tam i nie chce tam jechać. „Aby to znać, nie muszę tam być”.

Po drodze do miejsca naszego spotkania jest to – ten komin, niedaleko centrum Olsztyna. Przechodziła obok tego komina i zobaczyła na nim nasmarowany przez kogoś następujący napis: „Tak uciekają Żydzi”. Mówi: Najgorsze jest to, że nikt przeciw temu nie protestuje. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż to, że oko przyzwyczaja się do zbrodniczego tekstu, do zbrodniczych symboli”. Tamara zaczęła pisać opowiadanie o prysznicach  w swoim stylu: „Wszędzie przez prysznice świata jeszcze dziś płynie gaz, który zabijał w Auschwitz, tylko że ludzie tego nie wiedzą. W swojej naiwności zawsze oczekują wody, ale i dziś mógłby tędy powędrować gaz.”

Zdumiewająca godzina.

Tamara Bołdak-Janowska opublikowała około stu wierszy w gazetach i czasopismach, a do tego trzy opowiadania. „To nie dotarło do odbiorcy, ponieważ mój sposób pisania, myślenia jest chyba za trudny dla czytelnika. Próbowałam wydać tomik wierszy, ale dotychczas bezskutecznie”.

Kiedyś dała komuś wiersze do czytania i one zostały potem pod nazwiskiem tej osoby, które powierzyła prace. „To chyba tylko mnie może się zdarzyć”.

I znowu ten śmiech, ten irytujący śmiech – pytający, bezradny, biczujący.

I nagle odkrywam jego tajemnicę, jego prawdziwą przyczynę. Oto został pogrzebany bardzo utalentowany człowiek przez złowrogie okoliczności, kiedy nie mogą się przebić styl i forma wielkiego talentu autsajdera, a poetycka i intelektualna energia poszła w próżnię, w brak rezonansu. Życie tej poetki Białorusinki Tamary Bołdak-Janowskiej przebiega na wąskiej krawędzi pomiędzy osobistymi ambicjami a rezygnacją, bezradnością i nie daje poczucia wewnętrznego pewności, i przez to obciąża zwątpieniem własne dzieło. Jej śmiech, który mnie od samego początku tak boleśnie dotykał, jest skutkiem pytania, stawianego przez wewnętrzną niepewność o własną wartość, na którą dotychczas nie było żadnej publicznej reakcji. To wręcz niewiarygodne, że ten brak nie zdusił kreatywności Tamary Bołdak-Janowskiej, nie zatkał źródła jej poetyki.

To, co nie jest publikowane, pisze na maszynie i sama publikuje. W ten sposób pojawia się co roku około trzydziestu egzemplarzy swego rodzaju inkunabułów, stos, jaki przede mną leży, a który dalej kartkuję i kartkuje. Czasami sprzedaje te tomiki, a czasami komuś podaruje. „Stopniowo staje się samodzielną wydawczynią czegoś, co w naszym stuleciu zanika, po prostu rozpływa się w powietrzu”. Ale podczas gdy ona to mówi, znowu staje się niezłomną „tatarską księżniczką”, ciemne oczy błyszczą, ciężkie brwi skaczą, wysokie kości policzkowe zdają się mienić, a na twarz spada pasmo czarnych włosów. Wojowniczość staje się widoczna i zapowiadająca przyszłość tej, która jest „inna” niż jej otoczenie i chce pozostać inna, „nie będąc zmuszoną przez ten fakt do cierpienia”.

I w tym nastroju powraca do polityki w stosunku do mniejszości i daje upust swemu białoruskiemu sercu: pozór nie odpowiada realności. Nikt w istocie nie zajmuje się potrzebami mniejszości. Cieszy się oczywiście z upadku komuny w roku 1989 na polskiej ziemi, uważa jednak, że uczucia większości wobec mniejszości negatywnie się nasilają, co dotyczy także Niemców czy Ukraińców, no i Żydów i Białorusinów. Czuje się na wstępie odrzucona wraz z jej wyobraźnią, fantazją, mentalnością. Już na wstępie nasila się polski nacjonalizm. Kiedy recytuje wiersze, a czuje na sali obecność tego nacjonalizmu, targają nią wielkie wewnętrzne sprzeczności co do statusu wolności od komuny.

Przyznaje, że ukształtowały ją dwie kultury, także polska. Wskazuje jednak na swoje pochodzenie, na swoje białoruskie korzenie, z czym jest coraz mocniej związana. I jakby to była jakaś szczególna geografia, z dumą zwraca uwagę, że polski wieszcz Mickiewicz, nie przypadkowo pochodzi ze wschodniej części Polski.

W końcu charakteryzuje siebie jako „pięciowymiarową”. Z narodowości jest Białorusinką. Jest Polką ze względu na tradycje wolnościowe. Jest krytyczna jak Rosjanka. Jest rozważna jak Żydówka. I jest zarozumiała jak tatarska księżniczka. Znowu śmieje się swoim, rozpoznawalnym już śmiechem, ale ja czuję teraz przy tym, obok pozostającego wciąż bólu, również głęboki podziw dla Tamary Bołdak-Janowskiej, białoruskiej poetki na polskiej ziemi, dla osoby, która nie chce się poddać, nie pozwala zaszeregować się, stłumić.

Z wyrzutami sumienia przemilczałem do tej chwili obecność Antoniego Janowskiego, męża Tamary – krótki wąs, broda i baczki, trzeźwe spojrzenie. Wprawdzie Tamara nie pozostawiła mi żadnego wyboru – określiła i prowadziła rozmowę, ale przynajmniej czy nie powinienem był spróbować wciągnąć Antoniego Janowskiego, który jawnie pozostaje w cieniu swojej dominującej żony?

Rozgrzeszenie przychodzi ku mojej uldze od niego samego. Kiedy tłumaczę się przed nim z mego braku taktu, śmieje się i mówi: „ Tamara i ja jesteśmy na tej samej długości fal, ale ona jest o wiele bardziej utalentowana niż ja”.

Jeśli tak jest, to jeszcze nie spotkałem bardziej sympatycznej przewagi  partnerki nad partnerem – i tak samo bardziej sympatycznej akceptacji takiej przewagi.

Na koniec naszego spotkania ona mówi coś, czego nie zapomnę do końca życia: „Przez całe życie szukałam ojczyzny, ale jej nie znalazłam. Dlatego mogę zrozumieć ból Niemców, którzy tutaj utracili swoją ojczyznę”. A potem, kiedy już wychodziliśmy: „Niemcy szczególnie powinni troszczyć się o zachowanie demokracji, ponieważ niemiecka demokracja ma wpływ na innych, również na Polaków, także na nas”.

Tamara Bołdak-Janowska – zdumiewające spotkanie!

 

Ralph Giordano
Przetłum. z niem. Antoni Janowski

Галерэя рэанімуе места Крынкі

Старадаўняе места Крынкі, рынак якога кшталтам парыжскага, мае галерэю. Такой галерэі і такога рынку не мае таксама і сталічна-падляшскі Беласток, адлеглы ад Крынак амаль паўсотні кіламетраў. Дабрацца туды можна на рэдкім аўтобусе, або ў хвілін сорак пяць на аўто, каб апынуцца на гэтым незвычайным кругавым скрыжаванні са шматвяковай гісторыяй. Калі шафёр кіруецца GPSам, уехаўшы ў Крынкі той голасам рэйдавага шафёра разгублена лямантуе, што «не тудою едзеш». Але заўсёднікі вернісажаў і сустрэч у рамках беларускіх трыялогаў на гэтым рынку ўжо не разгубляюцца, перамогшы па некалькі разоў гэтую пятлю. І іншыя, што ў першы раз прымалі ўдзел у мерапрыемствах сусветнага маштабу – як незвычайная прэм’ера «Антыгоны» – зноў сюды вернуцца. Тая адлегласць можа больш ментальная – паміж сталіцай ваяводства і местам на польска-беларускай мяжы. Можа тыя непераадольныя больш псіхалагічна. Лявон Тарасэвіч, прызнаны ў сучасным свеце мастак, скарачае гэтую адлегласць ва ўступе да каталога «Galeria Krynki Галерэя Крынкі. Krynki Gallery. 2011–2016” пішучы пра тое што найважнейшае: «Крынкі гэта золата». Каталог быў апублікаваны з нагоды пяцігоддзя Галерэі Крынкі і ён значна больш, чым дакументацыя мастацкай дзейнасці Фонду Віла Сакрата. Сябар памерлага чатыры гады таму вядомага беларускага пісьменніка Сакрата Яновіча (ад імя якога было сфармавана імя фонду) Лявон кажа, што Галерэя Крынкі была заснавана, «таму што ў польска-беластоцкім свеце для нас замала паветра». У непрыкметным белым будыначку, які быў і бібліятэкай. Яго ўздзеянне пашырылася на ўвесь свет. На зайздрасць іншым галерэям, паказвае тут усё «з вышэйшай паліцы». З імёнамі гучнымі на ўвесь свет, і прызабытымі. Пра ўсё можна прачытаць у тоўстым, каляровым тамішчы, поўным гісторый і анекдот ды фатаграфічнай дакументацыі таго, што паказвалася, пра дух месца. Пра тое, што з’яўляецца найбольш важным і адметным для крынкаўскай прасторы сярод іншых у Польшчы:

– Перш за ўсё гэтая галерэя для нас. Паяўляюцца тут людзі з такіх мастацкіх прастораў, якія нас цікавяць, маюць важнае значэнне, якія не маглі б быць паказаны ў іншым месцы, напрыклад, «Птушкі» Чабана. Ён чалавек, які жыве ў Крынках і рэзьбіць сюррэалістычных птушак, папраўляе тварэнне Пана Бога, – сказаў Лявон Тарасевіч у інтэрв’ю з Паўлам Грэсем, рэдактарам выдання. – Галерэя з’яўляецца адной з калон Фонду Віла Сакрата і служыць гэтай часты гэтай абшчыны, якая мае патрэбу ў кантакце з мастацтвам. Праграма Галерэі заснавана на дыялогу з іншымі культурамі і нацыянальнасцямі, іншымі творцамі. Назва з’яўляецца найбольш натуральнай. Важна адзначыць, што жыхары Крынак павінны зразумець, наколькі важная назва іх горада. Многія людзі ў свеце ведаюць, дзе знаходзяцца Крынкі. Мы пачалі працаваць, убачым, як гэта развіваецца. Галерэя ўяўляе сабой кацёл, дзе заўсёды штосьці кіпіць, бурліць, ён такі нам патрэбны.

Які незвычайны гэта «кацёл», сведчыць калекцыя 22 выстаў і адкрытых пленэрных праектаў, якія ў апошнія некалькі гадоў удалося падрыхтаваць Фонду ў рамках Галерэі Крынкі. Часам гэты «набор» у катле ахоплівае мастакоў, якіх, здавалася б, немагчыма спалучыць. З аднаго боку – „Beth Ha Kneseth. Reanimacja Wielkiej Synagogi” Міраслава Балкі. У 2014 годзе мастак адправіўся ў Крынкі па запрашэнні Тарасэвіча, працаваў з добраахвотнікамі пры расчыстцы зарослых руін сінагогі дзевятнаццатага стагоддзя, і праіснавала сцэна, калі паток вады (б’ючы з месца, дзе калісьці чыталі Тору) стаў пералівацца вясёлкай. Гэта сімвалічны вобраз застаўся ў памяці ўсіх удзельнікаў. Здарылася штосьці магічнае і метафізічнае. Міраслаў Балка, найвыдатны польскі сучасны скульптар, абнавіў прастору ды зварухнуў сэрцы. Адкрыліся руіны сінагогі, дзе б’ецца сэрца места, у якім яшчэ да Першай сусветнай вайны габрэі складалі 90 адсоткаў насельніцтва. З пажарнага шланга, за які трымаліся розныя людзі, хлынуў струмень вады. Крыніца біла некалькі хвілін. Ачышчала зямлю, руіны і сэрцы. Балка казаў, што мастацтва перш за ўсё ў перажыванні, а не толькі ў візуальным вопыце. Праект паказаў, як можна трапіць да людзей з ясным пасланнем павагі да іншых, закрануць сэрцы і разбудзіць памяць мясцовай супольнасці па крынкаўскіх габрэях.

Пасля ўсяго пяці гадоў існавання сёння крынкаўская галерэя мастацка бліжэй да праграмнай лініі беластоцкай галерэі Арсенал, бачнай у Польшчы ў якасці адной з самых значных калекцый сучаснага мастацтва. У Галерэі Крынкі хапіла месца для розных незвычайных выстаў, такой як «Птушкі» Яна Чабана, народнага скульптара з вёскі Баратыншчына, Станіслава Кагуцюка – жыхара Холмшчыны, званага «Нікіфарам з Плаваніц» ці Зэнка – Іларыёна Данілюка, памерлага ў 2000 годзе мастака-прымітывіста з-пад Гайнаўкі (родам з Каменя). З нагоды каталога ўвекавечваюцца хоць крышынкі памяці пра чалавека, які ўпрыгожваў сваімі карцінамі прыватныя кватэры, столі дамоў, лесвіцы. Падрыхтаваная ў кастрычніку 2013 года выстава стала прэзентацый зборніка фотаздымкаў яго прац з прыватных хат. Каб пашукаць яго працы, мастакі стукаліся ў дзверы гайнаўскіх блёкаў. Але дзякуючы настойлівасці і рашучасці Янкі Грыкі, выкладчыка факультэта мастацтва ўніверсітэта ў Любліне, створаны фатаграфічны збор большасці прац зробленых «Зэнкам», ён дачакаўся цікавасці з боку іншых арт-крытыкаў, і пісалі нават пра яго магістарскія дысертацыі. Янка Грыка сарганізаваў паказ прац Зэнка ў Люблінскай Бялай Галерэі. Працы «Зэнка» пайшлі ў свет, паказваюцца ў прэстыжных галерэях сучаснага мастацтва. Важнымі былі таксама для крынчан экспазіцыі Аляксандры Чарняўскай і Маргарыты Дмітрук, якая зрабіла сваю графіку прама на сценах галерэі. Фатаграфічная дакументацыя цяпер стала адзіным бачным следам яе працы. Важнай з’яўляецца таксама фотадакументацыя спалучаная з каментарамі Анды Ротэнберг пленэрнай рэалізацыі Міраслава Балкі „Beit Kneset Hagadol – Wielka Synagoga Reanimacja”, падрыхтаванай у рамках XV Трыялога ў 2014 ля Гарбарскай вуліцы ў Крынках. Ад выкарчавання пустазелля да фінальна б’ючай крыніцы, якая ў сонечным святле ператварылася ў вясёлку. Польскі мастак нагадаў жыхарам места яго назоў ад крыніц, якія б’юць у Крынках. Усяго пару дзесяцігоддзяў раней жылі побач з беларусам і палякамі таксама крынкаўскія яўрэі…

Каталог перакладзены на англійскую і беларускую мовы, з’яўляецца дасканалай рэкламай для Вілы Сакрата, але перш за ўсё для мастацкага духу места, які можа пашукаць кожны па-свойму. А зайсці ў Галерэю Крынкі, што па вуліцы Пілсудскага, 6, у будыначак з кафлянымі печкамі, з шэрымі сценамі трох залак, на якіх пабачым актуальныя выставы можна амаль штодзень – хопіць пазваніць па тэлефоне, што на лістку наклееным на шыбе. І адчыняць вам, і пакажуць, і раскажуць.

Міра Лукша

Halina Maksimjuk. Novy dom.

My perejiêchali od babuni, koli mniê šče ne było i štyroch rokuv. Ne do siêtoho velikoho domu, u kotorum teper žyvut mojiê baťki, ale do tak zvanoji liêtnioji kuchni. Tam usioho była małaja kuchnia z plitoju na štyry kruhi i stinôvka, u kotoruj paliłosie zimoju. Z mebluv my miêli kredens, stôł, stuleć i tuboretku. U kutkovi na stôlčyku stojało vidro z vodoju. Tato razom z susiêdom vykopali kołodeć, i v nas była velmi dobra voda. Pokojčyk od kuchni oddilała velika šafa. U pokojčyku stojav stôł, paru krêsioł, mamina mašyna Singer, sunduk, łôžko baťkôv, a za piêčkoju moje łôžko.

Nam zdavałosie, što my majem tak mnôho miêstia! Na pudłozi mama rozosłała chodniki, a na pôłočci v kutkovi tato postaviv radivo, ale tôlko tohdy, koli nam pudveli elektryčnosť. Bo peršy rôk abo i dva my svitili gaznikom. Vôn do diś stojit u nas u komory. Pro televizor nichto tohdy naveť ne dumav, bo vôn byv ne na našu kišeniu. Ja pomniu, jak časom uvečery tato dovho słuchav Vôlnoji Evropy albo BBC po-pôlśki, a potum z mamoju štoś tam šeptav. Mniê stroho prykazali, kob pro siête słuchanie nikomu ne hovoryti. Nu i ja ne hovoryła.

Potum baťki začali pomału staviti novy dôm. Najperuč šykovali pustaki. Ne kuplali, ono robili sami. Była takaja spicijalna mašyna: pustačarka. Do jijiê vkładałosie pryšykovanu mišaninu žužlu, žviru, cimentu, vapna i vody, i takimi tovkačami siête vsio zatovkałosie. Ja tože chotiêła pomahati. Dostavała najmenšy tovkač i diêło išło!

Potum zalili łavy (to pudstava domu), a posla šykovali fundamenty. Tohdy pryjizdžali tatovy braty i naveť tatuv baťko, a môj diêd, kob pomahati. Tato pozyčav betoniarku, i vony ciêły deń praciovali. Mama šykovała obiêd, a mene posyłali do miêsta po chliêb. A raz vysłali naveť po kovbasu. Ja zajšła pud masarniu, a tam – dovha koliêjčysko, usiê ždali popołudniovoji dostavy. Jak odčynili sklep i chłynuli lude, to mene małuju prydušyli do stiny. Ja počuła, jak moje pleče i ruka šorat ob nerômnu stinu. Stała kryčati. A taja baba, što mene prydušuvała, šče durno pytałasie:

A czego ty, dziecko, tak krzyczysz?
– Ty šče lepi kryčała b, kob tvôj tłusty zadok tak pošoryti! – podumała ja złôsno.

Ja vernułasie dodomu ciêła obderta i rozkryvavlana, ale prynesła puv kila kovbasy, bôlš ne davali. Mama poniuchała jijiê i skazała, što vona smerdit. Dovełosie zdobytu cinoju krovliê kovbasu vykinuti kuram. Mama odčyniła słojik z mjasom, pryšykovała kartopli i kotlety, ohurki, usiê pojiêli, vypili po kilišku i rozjiêchalisie. A mniê, musit, z tyždeń boliêli ruka i pleče.

Tato staviv dôm sam odin, ono do toho, na čôm ne znavsie, potrebovav robôtnikuv: do elektryčnosti, do piêčki, do vstavlania okon. I tak pomału naša chata bôlšała, a ja chodiła „na budovu” i vsiudy zahladała, i rozpytuvała, de što bude. Naveť pokojčyk sobiê vže vybrała.

Ohladati televiziju my chodili do susiêduv, tohdy same pokazuvali Klosa i Pancernych. Do kolegi biêhała ohladati Zwierzyniec i jakiś teatrzyk dla diti, kotoroho po pravdi kažučy ne velmi lubiła, ale jak ne było nic inšoho?.. Zatoje velmi mniê podobalisie seryjali Wakacje z duchami, Podróż za jeden uśmiech, Pan Samochodzik i templariusze i Stawiam na Tolka Banana, kotory pokazuvali v čytverhi zaraz po Ekranie z bratkiem. Pomniu, jak piêsniu z filmu pro Tolka Banana na kuneć seryjalu povtoryli, musit, zo try razy, a my z divčatami podililiś robotoju i ciêłu zapisali. Prosto kažna zapisuvała inšy radok, a posla my złožyli vsio do kupy.

Stare miał dżinsy, starą koszulę,
W dziurawych kamaszach szedł.
Z odwagą w sercu, z dumą na twarzy
Czy dobrze było czy źle.

Ne raz spivali jijiê pry ohniskach, na kolonijach čy obozach. To tohdy byv hit.

Gdzie świat szeroki, droga daleka,
Pod dachem utkanym z gwiazd,
Księżyc mu kumplem, głód był kolegą,
Tak przewędrował sto miast.

Svojoho televizora ja doždałasie, koli vže była v pjatuj klasi i my žyli v novuj chati. To byv čorno-biêły „Ametyst”. Kolorovy televizory pojavilisie para liêt puzniêj.

Pereselilisie my same pud Prečystu (praznik u našum starôm prychodi, 21 veresnia). Mama pudhotovlała vsio šče v starôj chati, ale hosti my pryjmali vže v novuj i ne zusiêm vykunčanuj. Jak ja tiêšyłasie! Tam była voda v kranach i velika vanna, i ja narešti miêła svôj pokojčyk! Mniê tudy vstavili novu versalku, potum prykupili bjurko z sekretarykom, stolik i dviê pufy. I to vsio. Aha! Šče ja dostała chodnik, kotory potum zaminiali na dyvan. Mama jakoś velmi chutko ponasadžuvała raznych kviêtok, kotory stojali na parapetach, porozviêšuvała ikony, i tak my začali nove žycie.

Ania zadovolana biêhała po schodach tudy-siudy, ale najlepi jôj było v mojôm pokojovi. Ja jijiê vyhaniała od sebe, bo mniê narešti chotiêłosie pobyti odnôj, ale de tam, vona jak myška vse znajšła jakujuś dyrku, kob uliêzti i trochu pošnyryti.

Odnoho razu ja zrobiła sobiê kogel-mogel, a Ania nasiêła na mene, kob jôj tože zrobiti. Zavelmi mniê ne chotiêłosie, ale što tam, ja jôj zrobiła, i vona stała joho jiêsti. Nabrała povny rot i nijak ne mohła kovknuti. Odstaviła sklanku na stolik i trymajučysie za rot chuteńko vybihła. Ja išła po jijiê slidach i znała, što bez pratania ne obujdetsie. Vona blovała tym koglom-moglom de popało, musit, ne posmakovav vôn jôj. Slidy veli ažno pud kuratnik. Bôlš vona nikoli v žyciu kogla-mogla ne jiêła. Mušu skazati, što ja tože stratiła na joho apetyt, na jakiś čas. A toje vsio my musili popratati, i to raz dva, bo mama miêła vernutisie z roboty čerez hodinu, a vona velmi ne lubiła bałaganu.

Ja tohdy była same v takôm vikovi, koli zbirajut razny pisniê i viêršyki i pojavlajetsie zacikavlenosť muzykoju i filmom. Kupiła sobiê gruby zešyty, zapisuvała tam pisniê (tuju ob Tolkovi Bananovi tože):

A potem odszedł, odszedł daleko,
Za siedem gór, siedem rzek.
Jednak o Tolku piosnka zostanie,
Czy chcecie wierzyć czy nie.
Piosnka o Tolku, Tolku Bananie,
Czy chcecie wierzyć czy nie.

Najperša, kotoru ja zapisała, była pro partyzana. Začynałasie: Wyruszał partyzant do boju / Żegnał swą lubą dziewczynę

I tak nazbiravsie odin zešyt, posla druhi.

Pomniu, što interesovałasie ja tože filmami i aktorami. Naveť kuplała sobie časopisy Film i Ekran, čytała artykuły, plotki ob pôlśkich i zahraničnych artystach, vytinała zdymki i vklejuvała jich do velikoho zešyta, zapisuvała jakijeś cikavy informaciji pro jich. Załožyła sobiê v kijosku spicjalnu tečku, de sklepova pokidała mniê zamovlany časopisy, bo inakš jich velmi chutko rozbirali.

A jak ja ono miêła jakijeś hrošy, to zaraz biêhła do kina. Najperuč na Poranki v nediêlu. Tam pokazuvali kazki, perevažno ruśki, ale vony byli fajno sfilmovany, i jakijeś filmy dla mołodiožy. Koli była trochu starša, to my z divčatami chodili na popołudniovy seansy. To vže byli zahraničny filmy, francuśki abo amerykański, časom angielśki. Naše bilśkove kino „Znicz” miełosiê tohdy całkom dobre.

Musit zo dva tyje zešyty z piêsniami i viêršykami zostalisie mniê na pametku. Moja dočka Marylka perehladaje jich časom, ale spivati ne choče, bo jôj podobajutsie zusiêm inšy pisniê.

Вектары Галіны Тварановіч

Галіна Тварановіч (Фота Міры Лукшы)

Беларуская літаратуразнаўца і паэтэса Галіна Паўлаўна Тварановіч нарадзілася ў 1955 г. у Дараганавае Магілёўскай вобласці. Скончыла філалагічны факультэт БДУ. 1985 годзе абараніла кандыдацкую дысертацыю, а ў 1999 г. – доктарскую. З 1983 года працавала навуковым супрацоўнікам у Інстытуце літаратуры Нацыянальнай акадэміі навук Беларусі. З 1999 г. выкладае ва Універсітэце ў Беластоку З 2001 г. – галоўны рэдактар часопіса «Studia Wchodniosłowiańskie» («Усходнеславянскія даследаванні»). Выдала некалькі паэтычных зборнікаў. Друкуецца з 1967 г., як літаратуразнаўца — з 1982 г. Аўтарка даследаванняў па ўзаемасувязях сучаснай беларускай прозы і прозы былой Югаславіі, па кампаратывістыцы, гісторыі беларускай літаратуры, сучасным літаратурным працэсе. Выдала м.інш. «Маральны свет героя: Беларуская і югаслаўская ваенная проза 60-70-х гг.» (1986), «Пакутаю здабыты мір: Тыпалогія характару ў беларускай і славенскай прозе» (1991) і інш. Адна з аўтараў «Гісторыі беларускай літаратуры ХХ ст.» (т. 1–4, 1999-2002). Яе паэтычныя зборнікі «Ускраек тысячагоддзя» (1996), «Верасы Дараганава» (2000), «Чацвёртая стража» (2004), «Бурштынавы яблык» (Беласток 2010) прасякнуты роздумам над праблемамі жыцця, лёсам чалавека ў Вечнасці, любоўю да роднай зямлі, хрысціянскімі матывамі. У перакладзе на польскую мову выйшла кніга «W nieba utulenie» (Białystok 1996). Перакладае з сербскай і польскай моў. Выдала „Пры брамах Радзімы. Літаратурнае аб’яднанне «Белавежа»: станаўленне, праблемы, асобы” (Беласток 2012) і інш. Пераклала са старапольскай мовы (у суаўтарстве з Янам Чыквіным) „Запіскі янычара Канстанціна Міхайловіча, серба
з Астровіцы” (Беласток 2008). Кніга «Пайсці, каб вярнуцца» ўзнікла на аснове шматгадовых дзённікавых запісаў аўтаркі.

Новы зборнік артыкулаў праф. Галіны Тварановіч «Вектары беларусазнаўчых даследаванняў. Традыцыя – Сучаснасць – Узаемасувязі», выдадзены Універсітэтам у Беластоку ў канцы 2016 г. Сама назва кнігі сведчыць аб намерах аўтаркі акрэсліць некаторыя прыярытэты сучаснай беларусістыкі ў Польшчы і Беларусі. Трыма тэматычна-праблемнымі вектарамі, накірункамі прадстаўлены тут навуковыя інтарэсы аўтаркі.

– Сярэдняму з іх, а менавіта асэнсаванню літаратурных узаемінаў беларусаў і паўднёвых славян я абавязана, – успамінае аўтарка, – яшчэ студэнцкаму захапленню творчасцю лаўрэата Нобелеўскай прэміі Іва Андрыча. У свой час па яго знакамітым рамане «Мост на Дрыні» мне пашчасціла напісаць і абараніць дыпломную працу, што прывяло да далейшай шматгадовай, можна сказаць, пажыццёвай любові да кампаратывістыкі – параўнальна-гістарычных даследаванняў, да даследаванняў, як выпрацоўвалася беларуска-балканская літаратурная традыцыя. Адным з заўсёды актуальных вектараў маіх даследчыцкіх інтарэсаў была і ёсць таксама сучасная беларуская літаратура. Прытым хочацца падкрэсліць, што своеасаблівай кропкай адліку пры асэнсаванні беларускага прыгожага пісьменства ХХ – пачатку ХХІ стст. для мяне з’яўляецца менавіта даўняя літаратура з яе духоўным, гуманістычным пафасам. Таксама цалкам невыпадкова кніга распачынаецца тэматычным блокам, прысвечаным творчасці сяброў Беларускага літаратурнага аб’яднання «Белавежа», якое набліжаецца да свайго шасцідзесяцігадовага юбілею (2018 г.). Творчы феномен гэтай унікальнай пісьменніцкай арганізацыі цікавіць мяне ўжо звыш паўтара дзесяцігоддзя. Аб тым, што «Белавежа» ўзнікла ў 1958 г. пры рэдакцыі тыднёвіка «Ніва» ў Беластоку, што з’яўляецца арганічнай часткай агульнага беларускага літаратурнага працэсу, яскрава сведчаць, між іншым, дачыненні з ёю вядомага беларускага эміграцыйнага пісьменніка Масея Сяднёва і народнага пісьменніка Беларусі Янкі Брыля – гэтымі выдатнымі творчымі асобамі яднаюцца першы і трэці вектары кнігі, ствараецца агульны кантэкст беларускай літаратуры ў Польшчы, Беларусі і на эміграцыі.

Кніга Галіны Тварановіч з’яўляецца зборам артыкулаў на беларускай, польскай, нямецкай і сербскай мовах. Першым артыкулам з’яўляецца „Jerzy Wołkowyckі – działacz i pisarz: geneza białoruskiego ruchu literackiego w Polsce”. Грамадская і прафесійная дзейнасць і цікавая паэтычная і празатарская спадчына ставяць Валкавыцкага на асаблівае месца ў гісторыі беларускай літаратуры ў Польшчы. Аўтарка адзначае, што Георгій Валкавыцкі, выпускнік прэстыжнага Літаратурнага інстытута ў Маскве, не навязваў калегам сваіх адносін да літаратуры, да творчага працэсу, рэалізаваў на практыцы глыбока прадуманую ім сваю літаратурна-эстэтычную праграму, якая пастаянна стала эстэтычнай платформай для ўсяго аб’яднання. Своеасаблівым пацвярджэннем плённасці выбранай Г. Валкавыцкім пазіцыі з’яўляецца артыкул «Белавежац Яша Бурш: традыцыя і наватарства. Паэт і мастак Я. Бурш (1928-2007)». Яша Бурш як першы з «белавежцаў» пачаў выкарыстоўваць верлібр, асноўваючы свае пошукі імкненнем да шчырасці ў самавыяўленні, што з’яўляецца асновай поспеху ў любой творчасці. Яго пытанне «Якая павінна быць паэзія?» было разгорнутае на літстаронцы «Белавежы» ў «Ніве» ў 1963 г. Аб тым, чым жыла «Белавежа», у тым ліку і пошукамі адказу на пытанне чым ёсць паэзія, якія ў яе крыніцы і якія заданні яна рэалізуе – сведчыць творчасць паэта-селяніна Уладзіміра Гайдука (1941- 2012) – аўтатэматычныя праблематыка асабліва відная ў яго ўжо выдадзенай пажыццёва кнізе «Дзівасіл» (2013) – што аналізуецца ў адным з артыкулаў кнігі. Аповесці Віктара Стахвюка «Мая Камчатка» і «Корсіка» выразна ўзбагацілі прасторавыя каардынаты творчасці беларускіх пісьменнікаў у Польшчы, у творах якіх сюжэт развіваецца перш за ўсё на Беласточчыне. З кнігай В. Стахвюка «Пакуль змеркне дзень» (2014) у белавежскую прозу ўвайшла тэматыка прадстаўленая ўпершыню, таксама і ў літаратуры метраполіі. Аўтарка падкрэслівае, што ў сваіх празатарскіх творах В. Стахвюк, аўтар паэтычнага зборніка «Багровы цень» (2002) застаецца быць верным сваім нацыянальным вытокам, уцвярджаючы чалавечыя гуманістычныя каштоўнасці. Культурна-гістарычнай аўры Бельска-Падляшскага, які займае асаблівае месца ў гісторыі ўсходніх славян і Вялікага Княства Літоўскага, а якога мінулае і сённяшняе сталі натхненнем для шэрагу белавежцаў (Юрка Геніюш, Мікола Гайдук, Юры Баена, Ян Чыквін, Надзея Артымовіч), аналізу яго феномена і творчасці захопленых ім аўтараў прысвечаны адзін з артыкулаў зборніка. Праф. Г. Тварановіч успамінае таксама працу іншых польскіх і беларускіх навукоўцаў, датычную да творчасці аўтараў БЛА «Белавежа». Былі абаронены дзве габілітацыйныя дысертацыі на гэтую тэму: Тэрэсы Занеўскай (1998), Гэлены Дуць-Файфер (2012), і дзве доктарскія: Бэаты Сівэк (2011) і Анны Саковіч (2007) ды працы ў розных навуковых цэнтрах Польшчы – у Варшаве, Любліне, Беластоку і Кракаве. Артыкул «Беластоцкія этапы жыццёва-творчага шляху Масея Сяднёва» – пра аднаго з самых яркіх прадстаўнікоў беларускай эміграцыйнай літаратуры таксама ўваходзіць у першую частку зборніка. Свае ўражанні ад часу праведзенага ў Беластоку Сяднёў унёс у свой «Беластоцкі сшытак». Беластоцкі этап М. Сяднёва працягнуўся ў 1991 г., калі ўстанавіліся яго новыя кантакты з «Нівай» і літаратурна-мастацкім часопісам «Тэрмапілы», дзе таксама паявілася творчасць і аналізы твораў Янкі Брыля. Другая частка даследавання кранае беларуска-паўднёваславянскія традыцыі (пачынаючы ад «Турэцкай хронікі серба Канстаніцна Міхайловіча», разглядаецца характар узаемаадносін беларусаў і сербаў, славенцаў, харватаў, разам з беларускім «залатым векам». Заключная, трэцяя частка кнігі факусіруе ўвагу на некаторых праблемах сучаснага літаратурнага працэсу.

У артыкуле «Беларуская паэзія ў процістаянні дэідэалагізацыі (творчасць Ніны Мацяш і Хрысціны Лялько)» аўтарка падкрэслівае, што навукова-тэхнічны прагрэс, не забяспечаны гуманістычнай ідэалогіяй, духоўнасцю, вядзе да дэградацыі, глабальнай катастрофы ўсяго чалавецтва. Разам з трагічнай дэхрысціянізацыяй Еўропы адбываецца звядзенне функцыі прыгожага пісьменства да гульні, забавы. Творчасць Н. Мацяш (1943-2008) і Х. Лялько (нар. 1956) сведчыць ад вернасці этнічным, нацыянальным каштоўнасцям, аб прыярытэце духоўнага зместу. У артыкуле «Літаратуразнаўчыя пошукі Алеся Яскевіча» аўтарка арганізуе ступень прафесійнага росту аднаго з найбольш яркіх прадстаўнікоў беларускай гуманітарнай навукі так званага філалагічнага пакалення. Раскрываецца шматаспектны характар навуковых інтарэсаў А. Яскевіча (нар. 1934): ад праблем фармавання новай літаратурнай традыцыі, псіхалогіі творчасці, праблем стылю і структуры твора да пытанняў перакладу і рытмічнай арганізацыі тэксту. Тэндэнцыі і накірункі развіцця беларусістыкі ў Польшчы і Беларусі прадстаўляюцца ў завяршаючым кнігу артыкуле «Вектары беларусазнаўчых доследаў», звяртаючы ўвагу на даследаванні, якія ўбачылі свет
у Варшаве, Мінску, Віцебску, Любліне, Кракаве, Брэсце, Баранавічах і Беластоку.

– Праблемна-тэматычнае поле літаратурна-крытычных артыкулаў Галіны Тварановіч закранае тры накірункі даследаванняў, – адзначае праф. Галіна Тычко з БДУ у Мінску. – Найперш гэта тое, што найбліжэйшае і найдаражэйшае сэрцу – мясцовы беластоцкі кантэкст існавання беларускага слова. Тое, што іспанскі пісьменнік Мігель дэ Унамуна называў «бясконцасцю і вечнасцю», якую «мы знаходзім толькі на сваім месцы і ў сваю гадзіну, у сваёй краіне, у сваёй эпосе». Тое, што ў гісторыі літаратуры выяўляецца праз прызму: індывід – нацыя – чалавецтва.

 

Міра Лукша

 

Галіна Тварановіч, Вектары беларусазнаўчых даследаванняў. Традыцыя – Сучаснасць – Узаемасувязі, выданне Універсітэта ў Беластоку, Беласток 2016.