O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce (2)

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш

 2. Julia (Dziuta) Bagniewska w latach 1931-1939 (z roczną przerwą w roku szkolnym 1937/1938) mieszkała w Wilnie u wujostwa Julii i Antoniego Nekandów-Trepków, ucząc się tam w gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej. Trepkowie nie mieli swego domu, tylko wynajmowali, dlatego w pamięci Pani Julii zachowały się kolejne mieszkania – na ul. Rydza Śmigłego, Kalwaryjskiej 23, Antokolskiej 54, Garbarskiej 7/5 – w domu sędziego Dowgiałły. Owdowiała wcześnie Maria Łowicka wysłała ją z Kalejczyc na Białostocczyźnie do Wilna, aby się tam uczyła w porządnej szkole. Zakwaterowała się u Trepków, gdyż Julia Trepkowa była rodzoną siostrą jej matki – Marii Łowickiej. Obie urodziły się w Mińsku jako córki Marii i Ryszarda Janowskich. Ryszard Janowski (1845-1921) był znanym w Mińsku lekarzem – okulistą i ginekologiem. Ukończył medycynę w Moskwie i w Mińsku z doktorem Grzybowskim miał klinikę. Jego żona Maria z Hłasków pochodziła z Czerepiety w powiecie lepelskim na Witebszczyźnie. Ojciec Ryszarda – Karol – był mińskim urzędnikiem.

Pani Julia wspominała: „U Janowskich były trzy córki: moja mama Maria (ur. w 1891 r.), Julia (ur. w 1887 r.) i najstarsza Kazimiera, która wyszła za mąż za socjalistę Sierhieja Skandrakowa oraz dwóch synów – Władysław młodszy od mamy o rok czy dwa, najmłodszy – Wacław. Ciocia Kazia skończyła agronomię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do I wojny światowej była dyrektorem stacji doświadczalnej w Hory-Horkach. Jak rewolucja wybuchła, jechała z rodziną do Mińska, do dziadka, który był sam, bo babcia już nie żyła. Jechali trzy miesiące. Dziadek nie doczekał”.

Julia Bagniewska, wspominając atmosferę domu wujostwa, opowiadała o ich służącej: „Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni – stała tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać, ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem mieszkało w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa, a Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi, zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz?” – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Julia Bagniewska wspominała Antoniego Nekandę-Trepkę wraz z jego towarzystwem, Włodzimierzem Samojło-Sulimą („Mamoczką”) i Antonim Łuckiewiczem. Zapamiętała jak portretował go Piotr Sierhijewicz. Jak bardzo się denerwował, że trzeba było siedzieć bez ruchu i pozować artyście. Zresztą na portrecie da się to zniecierpliwienie zaobserwować w wyrazie twarzy. Obecnie portret ten znajduje się w Szczecinie u Marka Nekandy-Trpki, wnuka Antoniego, a w 2003 r. był eksponowany na wystawach prac Piotra Sierhijewicza w Gdańsku i w Białymstoku.

Dzięki Marii Nekandzie-Trepce otrzymałam też wspomnienia, spisane przez Wandę Dzierżyńską, siostrę Antoniego (publikowame były w „Czasopisie” w 2006 r (nr. 7-8 – 12). Przywoływała w nim niektóre historie z jego życia – przeprowadzki, choroby, portretowanie…: „Tu w tym mieszkaniu na Antokolu zaszedł fakt, któren przykuł brata mego na trzy miesiące do łóżka. Było to przed samą Wielkanocą. Tonio poszedł do łaźni, znajdującej się o parę domów dalej. Tam pośliznął się, upadł i uderzył nogę tak silnie, że zemdlał. Uderzenie to spowodowało długą chorobę. Święta spędził w łóżku, a o wstaniu nie było i później mowy. Gdy sprowadzani do domu lekarze nic zaradzić nie mogli, odwiozła go bratowa do kliniki uniwersyteckiej. Był to jeden ze słonecznych dni wiosennych, gdy pewnego razu go odwiedziłam. Był umieszczony w głównym pawilonie na parterze. Już od drzwi widzę w blasku wiosennego słońca jego pogodną twarz. Ze zdziwieniem obserwuję jakieś jego zagadkowe ruchy rąk, które wykonywa w prawo i lewo. Dopiero po zbliżeniu się widzę, że jest to dzielenie się darami bożemi z sąsiadami leżącemi obok, a nie otrzymującemi żadnej żywności z domu.

Jeszcze miesiąc trzeba było przeleżeć, lecz nareszcie nastąpiło orzeczenie profesora, że z nogą jest dobrze i że szpital można opuścić. Z żywością jemu właściwą zrzucił szpitalne szatki, przywdział własne ubranie i nieciekaw obiadu, który właśnie przyniosła Aniela, siadł do dorożki, odrodzony, szczęśliwy, i odjechał.

 

Przenosiny na Garbarską

Po tylokrotnej zmianie mieszkania, zawsze usprawiedliwionej widokami lepszych warunków lokalu, braterstwo moi zamieszkali przy ulicy Garbarskiej. Na piętrze, słońce wschodnie i zachodnie, balkon z widokiem na Katedrę, Górę Zamkową i plac. Ruch śródmieścia pozostawał na Świętojerskim, tu dawały się słyszeć tylko kroki pieszych przechodniów. Rankami zaś i wieczorami rozlegały się dzwony pobliskich kościołów. Najbliższy był Bonifratrów, stary zakupturzony zakonnik, naprzeciw jak na dłoni wspaniała Królewska katedra z prastarą pogańską dzwonnicą. Na prawo wspaniały Ś-ty Jan wciśnięty w wąską ulicę. Nieco dalej Bernardyni, Ś-ty Michał i cacka gotyku Ś-ta Anna. A Dominikanie, a Ś-ta Katarzyna?! Byliśmy wówczas szczęśliwi świadomością, że to jest wszystko nasze, niezaprzeczenie nasze. Mieszkanie w śródmieściu udostępniało rzecz prosta udział w życiu umysłowym miasta. Oceniał to Tonio należycie i przeniesienie się na Garbarską uważał za bardzo pomyślną konjunkturę dla siebie. Miło tu było i przytulnie. Cierpliwe poprzestawanie na najniezbytniejszych sprzętach przez szereg lat musiało wreszcie pogodzić się z tem, że do mieszkania Braterstwa wkroczyło trochę komfortu w postaci gustownego garnituru mebli z dużym lustrem i nowego bufetu. Miejsce dla swej pracy obrał sobie Tonio u drzwi na balkon. Tu miał o każdej porze dnia widok na katedrę i górę Zamkową. Miał tu niewielki stoliczek, służący mu za biurko, arenę jego zmagań się z niejedną trudnością. Najczęściej zastawało się go przy tym jego biurku. Wstaje, wita się, ale widać, że myśl czemś mocno zajęta. Ześrodkowany skupiony wyraz. Widać, że ma coś trudnego do przerobienia, jakieś zagadnienie do rozstrzygnięcia, jakiś zawód do przebolenia lub jakąś własną omyłkę już nie do odrobienia. To wszystko w narzuconem wolą opanowaniu. Za chwilę jest z nami zrównoważony, spokojny, rozmawia o rzeczach pobieżnych. Prosty stoliczek inscenizował biurko. Pewnego razu ktoś zażartował, że pan  Profesor dla swej powagi powinien zdobyć się na biurko rzeczywiste. „Myślicie, że będę mądrzejszy pracując przy biurku?” – pyta śmiejąc się. Pamiętam jeden dzień. Jest początek czerwca – pogodny, gorący dzień. Bratowa załatwiła interesa w mieście i wraca po południu do domu. Aniela gotuje obiad. Dziewczynki już powróciły ze szkoły. Rozlega się dzwonek. I to pan przyszedł. Wchodzi z teką napełnioną papierami i umieszcza tę tekę na swoim stoliczku koło balkonu. W tej chwili żona daje mu list syna. List przynosi pomyślne wiadomości, które wnet się omawiają przez rodziców. Z jadalni słychać brzęk talerzy i za chwilę Aniela prosi państwa na obiad. Chciał jeszcze pobiec do ciemnego składziku, gdzie mokną wywołane wczoraj klisze. Lecz z Anielą nie można walczyć, trzeba siadać do stołu. Popołudniowe słońce zaczęło właśnie operować nad jadalnią i promienie jego złocą przedwcześnie swą głową panu domu, ciemne sploty małżonki i czarne głowy makolągw siostrzenic. „Ot panoczek dziś niczego sobie wygląda” – mówi Aniela, przynosząc drugą potrawę. „Aż i popatrzeć przyjemnie. A wczoraj zupełnie jak po chorobie wyglądał. Koniecznie jemu malować zachciało się. Ja jemu mówię, Kaziś, pan nasz dziś bardzo zmęczony, nadto kiepsko wygląda, a on jak przystał, to żadne moje gadanie nie pomogło. I kab hetomu malarzowi dogodzić, panoczek sausiem siebie zamoryu, siedziaczy tak bez ruchu całe pół godziny. Pahladziem jakij budzie portret. Nie kracz – mówi pan – portret będzie dobry, bo majster pierwszorzędny”. Anieli uwaga była słuszna. Bywały dnie, kiedy przychodził wyczerpany, blady. Dla słabych płuc i wątłej organizacji praca pedagogiczna była poważnym wysiłkiem. Odpoczynek poobiedni, tak niezbędny przy tym wydatku sił, nie zawsze był stosowany. Żałował nań czasu, dowodząc, że wypocznie kiedyś w grobie. Wrodzona czynność miała zawsze tysiąc rzeczy do wykonania i walczyła niestety skutecznie z potrzebą odpoczynku. Ten pedagog nieposieda trzymał siebie krótko. Słowo “trzeba” było dla niego bezapelacyjnym rozkazem. Jednak to surowość względem siebie nie wystarczała na wytłumaczenie portretu Siergiejewicza. Takiego Tonia oglądaliśmy tylko w chwilach ostatecznego przygnębienia lub ciężkiej choroby. Pogoda duszy i pogoda twarzy nawet jego badawczemu umysłowi nie dała się zetrzeć. Gdy myśl zgnębiała obnażała, sondowała rebus istnienia. Uczucie ratowało jej surowe wyniki, wielką słodyczą wydobyta z głębin duszy. Nie był optymistą, zbyt był na to głęboki. Lecz obnoszenie smutku i goryczy uważał za oddziaływanie szkodliwe. Natomiast jasnym dziecięcym uśmiechem pozdrawiał wszystko, co na miłość i współczucie zasługiwało. Wypieszczoną przez długie lata ideę pracy dla ludu realizował teraz w swej pedagogicznej działalności. Praca w szkole technicznej nie polegała tylko na wykładach i pokazach. Tu profesor jak w szkole średniej musiał ucznia uczyć osobiście. Zdaje się, że zdarzały się powody udawania się uczni do Tonia wprost do jego mieszkania, gdy sobie z materiałem wykładowym poradzić nie umieli. Poza wykładami podjął się kierownictwa kasą samopomocy nauczycieli P.S.T. w Wilnie. Oto list Kolegi inżyniera Tarłowskiego jako przyczynek do jego pracy. Tutaj przytaczam go dosłownie: “Sz. P. Inżynierze! Nie mogąc przyjść na dzisiejsze posiedzenie uczestników kasy P.S.T. pragnę chociaż listownie, Panu wyrazy mego uznania, więcej podziwu dla Jego imponującego zapału i niepospolitej wytrwałości, z jaką Pan na tym terenie pracuje, dla swojej idei jedyną mając pobudkę przeświadczenie o jej doniosłości i owocności. Nie mogę przy tem nie skłonić się specjalnie przed tą niezmienną życzliwością, z jaką obok troski o prowadzonej przez Pana instytucji traktuje Pan zawsze każdego bez różnicy klienta. Zechce Pan Panie Inżynierze przyjąć wyrazy mego wysokiego poważania i szczerego szacunku. Henryk Tarłowski”. A był to zdecydowany przeciwnik w poglądach społecznych i politycznych”.

Taki wizerunek Antoniego Nekandy-Trepki przekazali jego najbliżsi. A dowody na jego aktywność białoruską pozostały w archiwach i bibliotekach – w dokumentach i w wydawnictwach.

 

„Z głową i butami” w ruchu białoruskim

Dlaczego Antoni Nekanda-Trepka, wyznania ewangelickiego, stał się wybitnym działaczem białoruskim, skoro wywodził się ze środowiska polskiej szlachty, jako potomek Stanisława Nekandy-Trepki, który ożenił się z Antoniną Niesłuchowską.

Jego siostra Wanda wspominała: „Gdy ojciec przyjechał do Mińska i dostał posadę przy kolei Libawo-Romeńskiej, potrzebował mieszkania. Wskazano mu mieszkanie u pp. Niesłuchowskich. W oficynie było parę kawalerskich pokoi. Jeden z nich był wynajmowany przez dr. medycyny Antoniego Ziemięckiego. Do drugiego właśnie wprowadził się inżynier Stanisław Trepka. Swojskość biła od brzóz stojących przy ganku, prowadzącym do domu od niebrukowanego dziedzińca, porośniętego trawą. A atmosfera? Atmosfera domu, podwórza, tego małego państwa, pośród zalewu obczyzny, była tak swojska, jak „Ojcze nasz” odmawiane rano i wieczorem. Stanisław Trepka siadł do napisania listu do Rodziców. Zawiadamiał ich, że dostał mieszkanie u ludzi inteligentnych i dobrych i że chciałby mieć taką siedzibę z brzozami u proga i ciszę ranków i wieczorów niezmąconą obcemi odgłosami: „Jest to pierwsza noc spędzona pod własnym dachem. Wasze myśli, stroskane o mnie, czuję koło siebie. Lęk już jest zażegnany. Środowisko, w którym mi żyć przeznaczono, spełnia moje najśmielsze życzenia. Obawa rusycyzmu i nałamywania się do obcości odpada zupełnie. Mateczko droga, zmów dziękczynną modlitwę za łaskę dla syna swego. A ojczulek niech ani na chwilę nie wątpi, że leit-motivem życia na Białejrusi jest polskość”. Stanisław Trepka ożenił się z Antoniną Niesłuchowską. Ponieważ był wyznania ewangelickiego, umówiono się, że synowie ze związku będą ochrzczeni w kościele ewangelickim, zaś córki – w rzymskokatolickim, którego wyznawcami byli Niesłuchowscy. W domu Niesłuchowskich krzewiono tradycje polskości, co też odpowiadało Stanisławowi Trepce.

Jak to się więc stało, że poeta Jan Niesłuchowski (1851-1897), brat Antoniny wychowany w polskich tradycjach, stał się klasykiem literatury białoruskiej – Janką Łuczyną? Należał do pokolenia, które roznieciło białoruskie przebudzenie narodowe na początku XX w. Siostrzeńca i poetę łączyły bliskie więzy rodzinne, zwłaszcza wspólne pobyty w Zacierzewiu koło Nowego Świerżnia. Na zachowanym zdjęciu rodzinnym (z 1895 r.?) z Janem Niesłuchowskim w centrum, widnieje też jego siostrzeniec Antoni, wówczas gimnazjalista. Otrzymałam je od Marii Nekandy-Trepki z Białej Podlaskiej i opublikowałam w „Nivie” (nr 50, z 16.12.2001 r., s. 1). Pobyty w Zacierzewiu (obecnie Żacierava), gdzie po śmierci Lucjana Niesłuchowskiego, ojca Jana i Antoniny, gospodarzyła jego żona Antonina z córką Wiktorią, zbliżały Jana Niesłuchowskiego i całą rodzinę przyjeżdżajacą z Mińska z ludem białoruskim. Dlatego też język białoruski był ich „drugim językiem ojczystym”, jak pisała we wspomnieniach siostrzenica Janki Łuczyny – Wanda, która od wczesnego dzieciństwa jeździła do Zacierzewia i potem utrwaliła jego obraz w akwarelkach. O języku białoruskim pisała: „Osłuchał się z nim każdy z nas od dzieciństwa. Pogłębialiśmy tę znajomość za każdą bytnością na wsi. Brzmienie jego humorystyczne dla naszego ucha było nam w tej samej mierze miłe. Słuchaliśmy z przyjemnością lapidarnych wyrażeń i całych zdań w tym prastarym dialekcie”.

Syn Antoniego Nekandy-Trepki – Kazimierz – w 1980 r. pisał w liście do Marii Nekandy-Trepki: „Matka Antonina była siostrą Jana Niesłuchowskiego, który pod pseudonimem Janka Łuczyny napisał i wydał w 1903 r. zbiorek wierszy po białorusku pt. „Wiazanka”. Prawdopodobnie stąd zainteresowania Ojca sprawą białoruską, gdyż często bywał jako uczeń w majątku Zacierzew, gdy mieszkał tam wuj Jan N”. Po ukończeniu gimnazjum w Mińsku w latach 1897-1903 Antoni Nekanda-Trepka studiował w Instytucie Technologicznym w Petersburgu, który ukończył jako inżynier-technolog. Studia w Petersburgu zapewne również rozwinęły zainteresowania i wciągnęły go w rodzący się ruch białoruski. Tam w kręgu białoruskich działaczy, m.in. Wacława Iwanowskiego, Jana i Antoniego Łuckiewiczów, Franciszka Umiastowskiego, działał w kole studentów białoruskich. W 1903 r. był jednym z założycieli Białoruskiej Rewolucyjnej Hromady. W 1909 r. znalazł się w wydawnictwie „Zahlanie sonca i u nasza wakonca”. Te pierwsze kontakty z ruchem białoruskim zapewne w znacznym stopniu wyznaczyły jego przyszły los. Jego staraniem zapewne ukazał się w Petersburgu zbiorek utworów w języku białoruskim „Вязанка” Jana Niesłuchowskiego.

Po ukończeniu Instytutu Technologicznego w Petersburgu podjął studia w Liege w Belgii, które ukończył z wyróżnieniem w 1904 r. jako inżynier elektryk. Po studiach pracował jako konstruktor w fabryce mechanicznej Lilpopa, Raua i Loewensteina w Warszawie, a następnie jako inżynier w Handlowym Biurze Akcyjnym Towarzystwa „Siemens-Halske”, w latach 1905-1914 był kierownikiem filii w Warszawie Towarzystwa Elektrycznego „Westinghouse” z siedzibą w Moskwie. Do 1916 r. pracował w Biurze Handlowym Towarzystwa Akcyjnego „Volka” w Rewlu. W latach 1916-1918 był dyrektorem fabryki maszyn rolniczych w Wielkim Tokmaku na Ukrainie, a w latach 1920-1921 jej przedstawicielem w Warszawie. W 1918 r. powrócił do Mińska i uczył fizyki i kosmografii w polskim gimnazjum żeńskim oraz w białoruskim Instytucie Pedagogicznym. Wówczas był już żonaty. Ożenił się w 1906 r. z Julią Janowską, córką mińskiego lekarza Ryszarda Janowskiego. 30 lipca 1907 r. w Mińsku przyszedł na świat ich syn Kazimierz.

Na początku 1919 r. został wywieziony razem z Wacławem Iwanowskim przez bolszewików jako zakładnik do Smoleńska, skąd wrócił w ramach wymiany więźniów w 1920 r. Osiadł w Warszawie, gdzie był przedstawicielem Litwy Środkowej do spraw gospodarczych. W 1921 r. wraz z Leonem Dubiejkowskim, Bolesławem Druckim-Podbereskim znalazł się tam w Tymczasowym Zarządzie Białoruskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny. W 1921 r. osiadł też w Wilnie, gdzie intensywnie włączył się w białoruską działalność narodową. Kierował działalnością Związku Wileńskiego Kooperatyw. Jego syn Kazimierz pisał we wspomnianym wyżej liście: „Ojciec poświęcił się całkowicie działalności kulturalnej i pedagogicznej – bierze czynny udział w pracach Towarzystwa Szkoły Białoruskiej i był następnie przez parę lat dyrektorem Białoruskiego Gimnazjum w Wilnie. Jak wyżej wspomniałem, brał czynny udział w organizacjach białoruskich społeczno-oświatowych, natomiast nie był zaangażowany w działalności politycznej, gdyż uważał, że ktoś musi robić pracę oświatową, uświadamiającą lud. Napisał i wydał podręczniki po białorusku z fizyki i kosmografii”.


Cdn
Helena Głogowska

O Antonim Lucjanie Nekandzie-Trepce

1. 12 lutego 1942 r. – taką datę śmierci Antoniego Lucjana Nekandy-Trepki, wybitnego działacza białoruskiego, podaje się w niektórych źródłach. Czy jest dokładna, trudno stwierdzić. Tym bardziej, że w innych miejscach pojawia się październik 1942 r. Tak to jest, gdy ktoś umiera z dala od bliskich, w samotności. Gdy nie wiadomo gdzie jest jego grób. Los charakterystyczny dla tych, którzy zostali aresztowani po wejściu bolszewików po 17 września 1939 r. na wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Ofiarami nowej władzy wbrew potocznym opiniom stali się nie tylko Polacy, ale także wybitni Białorusini. Jednym z nich był Antoni Lucjan Nekanda-Trepka, pedagog, inżynier-elektryk, działacz białoruskiego ruchu narodowego I połowy XX wieku. Aresztowano go 29 października 1939 r. w Wilnie i skazano na 10 lat łagrów. Z okazji 75. rocznicy śmierci – nawet gdyby taka data okazała się nieprawdziwa – warto wspomnieć o zasługach tej wybitnej postaci.

Антон Люцыян Нэканда-Трэпка (1879-1942) – укладыш [FOTO]

Tropy

Przez lata los Antoniego Nekandy-Trepki mało kogo poza rodziną interesował. Po II wojnie światowej na emigracji wspomniał o nim Leonid Halak, absolwent Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego. W Polsce napomknął o nim Marian Pieciukiewicz we wspomnieniach „U poszukach zaczaravanych skarbau”. Historycy z Białorusi zostawili go całkiem na uboczu.

Jeszcze w latach 80. XX w. marzeniem Aleksandry Bergman, specjalistki od spraw białoruskich w II Rzeczypospolitej, było napisanie biografii Antoniego Nekandy-Trepki. Zamierzała to zrobić po biografiach Bronisława Taraszkiewicza i Antoniego Łuckiewicza. Taki przynajmniej pozostał ślad w jej korespondencji z Marianem Pieciukiewiczem. Niestety jej list do niego nie zachował się, ale odpowiadając nań 22 czerwca 1982 r. Marian Pieciukiewicz pisał: „Z przyjemnością przestudiowałem list Pani i uważam, że nie kto inny, ale Pani może napisać biograficzny artykuł o Antonim Nekando-Trepko, jak to napisała o Antonim Łuckiewiczu i Janie. Chętnie mogę służyć Pani tymi wiadomościami o Ant[onim] Trepce, jakie pozostały w mojej pamięci. Antoniego Trepko znam od 1923 r. i do 1939 r. Znam go jako nauczyciela fizyki i matematyki, jako dyrektora (jakiś czas) Gimnazjum Białoruskiego w Wilnie. Znałem i syna Jego Kazika, który obecnie mieszka w Szczecinie. Syna znałem jako ucznia starszych klas Gimnazjum Białoruskiego. Wiedziałem, że Kazik jest w Warszawie, a po wojnie zamieszkał w Szczecinie, ale kontakty zostały zerwane na zawsze. Że obecnie mieszka w Szczecinie, dowiedziałem się przypadkowo, bodaj od Piotra Radziuka, który po wojnie zamieszkał w Szczecinie i pracował w szkolnictwie średnim”.

Marian Pieciukiewicz pewnie już nie zdążył podzielić się z Aleksandrą Bergman wspomnieniami o Antonim Nekandzie-Trepce. W 1982 r. był już poważnie chory – trudno mu było pisać. Zmarł 23 września 1983 r. Aleksandra Bergman wprawdzie żyła jeszcze długo – do 20 czerwca 2005 r., ale stan jej zdrowia systematycznie się pogarszał i nie pozwalał na zajmowanie się badaniami biograficznymi.

Mieszkająca w Białej Podlaskiej Maria Nekanda-Trepka, która nosi to nazwisko po mężu, bratanku Antoniego Nekandy-Trepki, od dawna interesuje się historią rodziny. Pod koniec 1990 r. zwróciła się do Sokrata Janowicza jako autorytetu od spraw białoruskich o pomoc w poszukiwaniach informacji o „wujku Toniuku” jako białoruskim działaczu narodowym. Niestety, ten nie mógł jej zanadto pomóc. 21 stycznia 1991 r. pisał jej: „Długo nie byłem w stanie cokolwiek odpowiedzieć na list Pani, poszukując bez większego skutku szczegółowszych wiadomości o Antonim Trepce. Rzecz w tym, że Trepka był znanym niepodległościowym działaczem białoruskim i dlatego władze radzieckie wymazały jego imię nawet ze ściśle naukowych publikacji. (…) Trochę mi pomógł dr Jerzy Turonek z Warszawy. (…) Trepka zginął w syberyjskich łagrach, miejsce i rok śmierci nie są znane. Należał do czołówki działaczy odradzającej się Białorusi w początkach naszego stulecia. (…) Wstyd mi, ale niewiele ponadto jestem w stanie napisać Pani. Niestety nasza historia wymaga solidnego odgruzowywania, i to powolutku się czyni”.

Sokrat Janowicz radził Marii Nekandzie-Trepko zwrócić się do dr. Ryszarda Radzika z UMCS w Lublinie i do historyka Anatola Sidarewicza z redakcji „Litaratury i Mastactva” w Mińsku.

Nie wiem skąd nagle po ponad pięciu latach (13 grudnia 1996 r.) Sokrat Janowicz napisał do mnie: „Не можа таго быць, каб Вы не чулі пра Антона Нэканду-Трэпку, аднаго з пачынальнікаў Беларускага Адраджэння! Як і не можа быць, таксама, і таго, каб Вы не ведалі аб тым, як мала вядома цяпер пра гэту постаць. І вось крыніца сама прабілася на верх, і то блізу мяне самога: звярнулася да мяне далёкая сваячка нашага забытага героя, сп. Трэпка з Белай (Падляскай). Але яна няшмат ведае, затое ведае, хто менавіта ведае, прычым немала і дакументальна нават. Вельмі магчыма, таму гэткі цуд аб’явіўся, што яны не фанаты католікі, а пратэстанты ад пакаленняў… Культурная рэлігія, без варварскай дурноты. Хачу, каб Вы гэтым заняліся, ведаючы – хаця б з «Часопіса» – пра Ваш пафас у археалогіі беларускай гісторыі, адкопванні яе ўдзірванелых фундаментаў. Зарослых савецкай крапівой ды бальшавіцкім чартапалохам”.

Sokrat Janowicz dołączył do listu także artykuł Aleksandry Sękowskiej z „Jednoty” (1996, nr 11, s. 12-13) „Ci, którzy zginęli… …na nieludzkiej ziemi”, poświęcony Antoniemu Nekandzie-Trepce i jego bratu Władysławowi. Podał także kontakt do autorki. Przy najbliższej okazji odwiedziłam ją podczas pobytu w Warszawie. Wtedy też otrzymałam kopię ankiety ewangelików, uczestników II wojny światowej, wypełnionej przez Marię Nekandę-Trepkę 30 sierpnia 1995 r. na Antoniego. Znalazły się w niej podstawowe dane: data urodzenia – 11.02.1877, miejsce – Mińsk Litewski, aresztowany przez NKWD w październiku 1939 r. w Wilnie i więziony tam na Łukiszkach, w 1941 r. wywieziony do łagru w ZSRR, uwolniony po umowie Sikorski – Majski. Z ankiety wynika, że zmarł z głodu i wycieńczenia, a także ran na nogach w październiku 1942 r. w Czornej Reczce w Kazachstanie. Znalazły się w niej także kontakty do Marii Nekandy-Trepki i wnuka Antoniego – Marka, zamieszkałego w Szczecinie.

Artykuł Aleksandry Sękowskiej był więc pierwszym, poświęconym pamięci Antoniego Nekandy-Trepki. Powstał ponad pół wieku po jego śmierci na podstawie listów przechowywanych w zbiorach rodzinnych Trepków, a dostarczonych autorce przez Marię Nekandę-Trepkę.

Postać Antoniego Nekandy-Trepki okazała się na tyle frapująca, że badanie jego życia i działalności zajęło mi ponad dwadzieścia lat. W tym czasie udało się zebrać sporo materiałów z archiwów oraz zbiorów prywatnych. Wizyty w Gdyni u Julii Bagniewskiej, w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej, w Białej Podlaskiej u Marii Nekandy-Trepki oraz w Szczecinie u Marka Nekandy-Trepki pozwoliły zebrać także relacje i wspomnienia oraz fotografie. W 1999 r. ukazał się w Mińsku 5 tom Encyklopedii Historii Białorusi, w którym zamieszczono przygotowany przeze mnie biogram Antoniego Nekandy-Trepki. Wcześniej, bo w 1991 r., jego biogram znalazł się w książce „Państwowa Szkoła Techniczna im. Józefa Piłsudskiego w Wilnie”.

Ankieta z Kościoła ewangelicko-reformowanego w Warszawie oraz inne materiały podawały rozbieżne daty urodzenia i śmierci Antoniego Nekandy-Trepki. Nie znalazł się dotychczas żaden dokument źródłowy, taki jak metryka urodzenia czy akt zgonu, który precyzyjnie określił daty rozpoczynające i kończące jego życie. Dlatego pisząc jego biogram do encyklopedii podałam dwie możliwe – 11.02.1877 r. i 11.01.1879 r. jako potencjalne daty urodzenia oraz 12.02.1942 r. i październik 1942 r. jako daty śmierci. Wydawcy zadecydowali o wyborze pierwszych dat.

Wczytanie się we wspomnienia Wandy Dzierżyńskiej, siostry Antoniego, urodzonej 8 grudnia 1877 r., pozwoliło ustalić, że matka ich Antonina z Niesłuchowskich zmarła 15 lutego 1879 r. przy porodzie syna Antoniego, tak nazwanego na cześć matki. Taka data zachowała się na jej pomniku nagrobnym na Cmentarzu Kalwaryjskim w Mińsku. Można więc domniemywać, że co najmniej rok urodzenia podany w Encyklopedii Historii Białorusi jest nieprawidłowy. W żadnym z zachowanych dokumentów nie ma daty urodzenia. Na dyplomie z 1904 r. stwierdza się, że miał 24 lata, co potwierdzałoby jego urodzenie w 1879 r.

 

„Wujaszek Toniuk”

Tak Antoniego Trepkę nazywały przynajmniej trzy poznane przeze mnie na przełomie XX i XXI wieków kobiety – Ludwika (Lula) Dzierżyńska (1908 – 2009), Julia (Ziuta) Bagniewska (1921 – 2016) i Maria (Lalka) Nekanda-Trepka (ur. w 1922 r.). Podczas spotkań z nimi czas się cofał o sto lat co najmniej. Dzięki ostatniej z nich, mieszkającej po dziś dzień w Białej Podlaskiej, zainteresowałam się na dobre losem Antoniego Nekandy-Trepki. To ona w sierpniu 1997 r. przyjechała do Gdyni i zaprosiła na spotkanie z Julią Bagniewską. A potem pojechałam do Warszawy do Ludwiki Dzierżyńskiej. 6 kwietnia 1999 r. Ludwika Dzierżyńska pisała: „Dziękuję za starania i pracę, jaką Pani podjęła dla mojego Wuja Antoniego, aby utrwalić jego wysiłek i ofiarność dla idei, jaką uznał za swoją”.

Wizyty w Warszawie u Ludwiki Dzierżyńskiej przepełnione były wspomnieniami: „Moja mama i wuj Antoni jeździli do takiego majątku, który się nazywał Zacierzew (na Mińszczyźnie). Tam gospodarowała ich ciotka. Jeździli tam na lato. Mile to lato wspominali oboje. Przez kilka lat tam jeździli. I on tam zapoznał się z ludnością białoruską. On już stamtąd wywiózł sympatię do tych ludzi. A potem jak pojechał do Petersburga. Po wojnie osiedlił się w Wilnie. W Mińsku mieszkali oni na Zaułku Zacharzewskim, głównej ulicy. Byłam w Mińsku mając raz 4 lata, a potem 7. Mój dziadek poza tym miał dwa domy nad Świsłoczą w takiej dzielnicy na obrzeżu miasta. Jego córka Jadwiga wyszła za mąż za pana Parfjanowicza, który miał dużą działkę na Zaułku Zacharzewskim i tam miał 3 domy drewniane, które wynajmował.

W 1921 r. pojechałyśmy do Wilna, bo tam był wuj Tonio, którego mama bardzo kochała. (….) Wujostwo mieli mieszkanie. Wuj pisał podręczniki po białorusku. Był bardzo porywczy. Brakowało wówczas praw człowieka. Ojciec uważał go za fanatyka. Mama wujka rozumiała, ale mówiła: „Jaki on Białorusin, on Trepka. Toniczku co ty robisz?” Ale z nim nie można było rozmawiać. Wszystkie siostry mówiły: „Przecież ty jesteś starodawny szlachcic. Co Tobie trzeba?”. On był bardzo zaangażowany i to jego zgubiło, ten ruch białoruski. Dlatego oni [sowieci] przyszli dwa tygodnie po przyjściu i jego zabrali, nie za żadne inne grzechy, nie za wykłady w szkole technicznej. Oni mieli wywiad, wszystko wiedzieli, co kto robił. Żona Julia była świętą kobietą. Takiej cierpliwości i łagodności ja nie spotykałam. Ciężko jej było żyć. Ona bardzo kochała swego męża i wzajemnie. A wuj rzucił się z głową i butami w ruch białoruski.

Wuj to był gorączka. Gdy Kazimierz dorósł do wieku szkolnego, to wuj zarządził, że pójdzie do gimnazjum białoruskiego. I wtedy bomba wybuchła – zagotowało się w rodzinie, bo wszyscy byli oburzeni, że wuj wysyła syna do gimnazjum białoruskiego: „Jak to, chcesz z niego zrobić Białorusina?”. Żona ustąpiła. Kazio bardzo dużo przeżył. On miał usposobienie matki. Był nieskończenie cierpliwy, łagodny. Nigdy nie słyszałam od niego jakiejkolwiek krytyki ojca, żalu do niego. Tak samo ciocia, nigdy nic nie mówiła, nie sprzeciwiała się. Kazio był pozbawiony kolegów polskich. Było tak. Było u mnie kilka osób młodzieży i on przyszedł. I ktoś zapytał, gdzie się uczy. Nie pamiętam, co on odpowiedział. Skończył SGH. Pracował w Warszawie. Ożenił się w 1936 r.

Aniela była częścią posagu mojej cioci. Jak wychodziła za mąż, to rodzice dołożyli jej Anielę. Był to typ starej służącej. Gderała itd., przywiązana była bez granic. (…) Bardzo lubiliśmy się z wujkiem. On miał duże poczucie humoru. Bardzo lubił żartować. A ja wiedziałam na jakie tematy nie lubi żartować. Na przykład – na temat Białorusinów. Mama uwielbiała jego.

To rodzeństwo bardzo się kochało. Bardzo szanowali i kochali macochę.

Julia Bagniewska, której mama Maria (Mura) Łowicka była rodzoną siostrą Julii Trepkowej, mieszkała w latach gimnazjalnych w Wilnie. Aniela była jak członek rodziny. Rządziła całym domem. Wujek Toniuk, jak przyszło po niego NKWD, odchodząc powiedział: „Aniela, opiekuj się panią”, i Aniela opiekowała się nadzwyczajnie. Jak nie miały nic do jedzenia w Wilnie, to Aniela chodziła na wieś za Wilno kopać kartofle, brała wełnę do przędzenia, żeby zarobić. Ciocia też dorywczo pracowała, opiekowała się dziećmi. Aniela Kazia wychowywała, nami się opiekowała – mną i siostrą, a potem Markiem. Pilnowała, żebyśmy ubierały ciepłe pończochy i grubsze majtki. Była Białorusinką, katoliczką z okolic Postaw – Szarkowszczyzna, gmina Prozoroki. Bardzo zabawnie mówiła. Kiedyś, jak wujostwo mieszkali jeszcze na Antokolu, zajmowali pierwsze piętro, ale ubikacja była na strychu. Na łazienkę była odgrodzona część kuchni była tam wanna. Na piętro prowadziły drewniane schody. I kiedyś Aniela: „A rubli po schodach latają”. A wujek Toniuk na to: „Anielu to łap, będziesz miała pieniądze”. Aniela nie umiała ani pisać ani czytać. Ciocia Jula ją uczyła i nauczyła. Pisała, ale nie uznawała znaków przestankowych, pisała jednym ciągiem. Zabawne strasznie listy przychodziły, gdy wujostwo latem byli w Kalejczycach i Aniela zdawała im sprawozdania w listach. Kiedyś najmłodszy brat mamy i cioci mieszkał u wujostwa i Aniela w kuchni na kredensie miała taki wielki butel z jagodami czarnymi zasypany cukrem na sok. I pisała cioci, że coś się stało, bo „butel z jagodami pękł, i my z panem Wacławem po kuchni latali bez majtków jak ściekłe”. Kiedyś ciocia mówiła: „Anielu, jakżeż ty piszesz”? – „Tak, jak mnie pani nauczyła”.

Dokończenie nastąpi
Helena Głogowska

Успамінаю Гайнаўку паўвекавой даўнасці

З Гайнаўкай я быў звязаны з часоў свайго дзяцінства. Мая мама з вёскі Дольнае (зараз так называецца адна з гайнаўскіх вуліц на заходняй ускраіне горада) выйшла замуж у Новае Ляўкова. У Дольным – як я запамятаў – стаялі драўляныя хаты з саламянымі стрэхамі і вельмі часта былі яны спалучаныя з хлявом. Пяцьдзесят гадоў таму яшчэ жылі бацька і мачаха мае мамы, брат Федзя і сястра Вольга. Мы з бацькам і мамай наведвалі іх. Мой бацька вазіў мамінай сястры бульбу, буракі і капусту ды дровы на зіму. У Гайнаўцы жыве яшчэ толькі дваюрадны брат мамы Валодзя (ён пенсіянер).

Бацькі пакідалі  мяне на пару дзён у сям’і Федзі (драўляны дом і зараз стаіць пры вуліцы Электрычнай) і я меў ў Гайнаўцы новых калег. Вясной, летам і восенню мае гайнаўскія сябры вельмі любілі займацца футболам. Для гэтага мелі вялікую плошчу пасбішч-паплавоў побач вуліцы Электрычнай. На гэтай дачаснай спортпляцоўцы я навучыўся ездзіць на веласіпедзе. Зімой мы каталіся на каньках. Найчасцей з’язджалі на заснежаны луг з высокага насыпу чыгуначнай пуці, якая вядзе з Гайнаўкі ў Семяноўку. Дзяцей і моладзі збіралася процьма. Гоман і крыкі чутны былі пасля поўдня да змяркання ды яшчэ пазней і тады ўжо на вуліцы Паддольнай уключалі вулічнае электраасвятленне.

Дагэтуль сістэма вуліц у Гайнаўцы толькі крыху памянялася. Новых пабудавалі ўсяго некалькі, у тым ліку адну з найдаўжэйшых – вуліцу Ракавецкага (ад жыллёвага пасёлка Лясныя Калейкі да новапабудаванай бальніцы-шпіталя), Новую, Белавежскую і Жаб’яй Горкі. Вуліцы не былі такія шырокія як цяпер. На важнейшых быў брук або шлака (дзындра). Пасля ападкаў поўна гразі было на вуліцах Паддольнай, Электрычнай і іншых тады яшчэ не названых.

Вуліцы ў цэнтры горада мелі назвы: Сталіна (пасля 1 Мая і цяпер 3 Мая), Леніна (цяпер Арміі Краёвай), Л. Варынскага (зараз С. Баторыя), М. Бучка (цяпер кс. І. Верабея), Вызвалення (зараз Ю. Пілсудскага) і Пралетарыяцкая (зараз 11 Лістапада). Не было вуліц са скрыжаваннямі з кругавой развязкай (а цяпер іх чатыры). Зараз ёсць два скрыжаванні са святлафорамі. Найбольш тратуараў пабудавалі за апошнія дваццаць гадоў.

Яшчэ напрыканцы мінулага стагоддзя паабапал гайнаўскіх вуліц расло многа высокіх прыгожых дрэў: дубоў (шматлікія з іх растуць і цяпер, між іншым, пры вуліцах Белавежскай, Паркавай, Ю. Пілсудскага, а. Дзевятоўскага), ліпаў, клёнаў і бяроз. Дамы былі пераважна драўляныя. Царква таксама. Яна была адна на ўвесь горад (на яе месцы цяпер новы вялікі Святатроіцкі сабор). У горадзе быў двухпавярховы драўляны дом “Леснік” і ў ім кіно. Калі прывозілі цікавы кінафільм, былі па два кінасеансы ў адзін дзень. У “Лесніку” заснавалі духавы аркестр. У летнюю пару на пляцоўцы пад дубамі пры “Лесніку” ладзілі танцы. Калі пабудавалі мураваны вялікі Дом культуры “Гурнік”, тады і там пачалі арганізаваць усе культурныя мерапрыемствы. Цяпер гэта Гайнаўскі дом культуры.

Мураваныя шматпавярховыя жыллёвыя будынкі пачалі ставіць у цэнтры горада паабапал вуліцы 3 Мая, пры вуліцы С. Баторыя, пры колішняй вуліцы Вызвалення, вуліцы Аляксея Зіна, на пасёлку Пашкі і пры вуліцы Ліпавай. Прыватнае жыллёвае будаўніцтва разгарнулася ў раёне вуліц Варшаўскай, Скарпавай, Мастовай, Паддольнай, Простай, Доўгай, Новай, Паўднёвай, Электрычнай, Бельскай і іншых.

У шасцідзесятых гадах мінулага стагоддзя ў Гайнаўцы поўнай парай працавалі фабрыкі на базе драўніны: мэблевая фабрыка і г. зв. Паркецярня, хімічная фабрыка ды вялікі тартак. Цяпер не ўсе ведаюць, дзе знаходзіўся шкіпінарны завод (terpentyniarnia). Быў ён на месцы сённяшняга гарадскога парка. Драўніну з лесу ў тартак або на хімічную фабрыку вазілі вузкакалейкай. Ішла вялікая прадукцыя.

Добра памятаю колішні чыгуначны вакзал. Побач пуці стаяў доўгі драўляны будынак пачакальні для пасажыраў. У ім працавалі начальнік вакзала і дзяжурны руху паяздоў. У гэтым бараку быў бар. У ім абедалі не толькі чыгуначнікі. Ён быў адкрыты ад раніцы да вечара для ўсіх хто сюды заходзіў. Я і некаторыя мае аднакласнікі ў гады 1958 –1962 штодзень ездзілі цягніком з чыгуначнага паўстанка з надпісам “Нараўка” (хаця ён быў у Плянце, а да Нараўкі адсюль ажно 4 км) у агульнаадукацыйныя ліцэі (было іх два, адзін з беларускай мовай навучання) і ў прафесійныя школы. Цягнікі часта прыязджалі ды адпраўляліся ў Бельск-Падляшскі, Белавежу, Чаромху і далей у Варшаву, Семяноўку і далей у Цісоўку. Ва ўсе дні – буднія і святочныя ездзіла многа людзей. Хто на працу, хто ў школу, а хто толькі на базар. З даездам не было праблемаў. Цяпер не паедзеш пасажырскім поездам у Семяноўку, Белавежу або ў Бельск-Падляшскі. Апусцеў і заглух вакзал. Што такое магло б здарыцца, ніхто раней не прадбачваў.

У 1958 годзе я паступіў вучыцца ў гайнаўскі ліцэй. Меў гайнаўскіх калег, якіх бацькі былі дырэктарамі і кіраўнікамі гайнаўскіх фабрык і прадпрыемстваў. Адзін аднакласнік пасля ўрокаў ішоў да бацькі, які кіраваў прадпрыемствам Лясной недраўлянай прадукцыі “Лес” і мяне туды запрасіў. Шэф „Лесу” ветліва мяне прыняў і расказаў пра сваё прадпрыемства, чым яно займалася. А яно скупляла грыбы і ягады, лячэбныя зёлкі, а нават зайцоў. На экспарт высылалі ў заходнееўрапейскія краіны свежую і салёную пліску ды ягады-чарніцы. Жывых зайцоў экспартавалі на развод у Францыю і ў Італію. У замежныя краіны высылалі многа футаралаў для прэцызійнай апаратуры.

Пацікавіўся я, што прадукуюць на хімічнай фабрыцы. Тут працаваў да самай пенсіі брат маёй мамы Федзя. Ён мне тады сказаў, што ім, рабочым на гэтай фабрыцы, строга забаронена гаварыць пра яе вытворчасць. Іх, адыходзячых дадому пасля працы, заўсёды дакладна правяралі. І ў мяне былі толькі здагадкі, чаму тут усё было такое засакрэчанае.

У 1960 годзе ў Гайнаўцы пабудавалі дрэваапрацоўчы камбінат. У ім пасля заканчэння прафесійнай школы працаваў мой брат Кастусь. Быў столярам. Ён мне распавёў, што працавалі тады сем цэхаў: лесапільны, фрэзерны, паркетны, мазаікавага паркета, фарнірны, мэблевы і драўлянай упакоўкі (усялякіх скрынак, між іншым, да транспарту прадуктаў харчавання, грыбоў, садавіны і для прамысловасці). У мэблевым цэху выраблялі перш за ўсё высакаякасную кухонную мэблю пад назвай “Рэха пушчы” (1 000 камплектаў у год). У склад камплекта ўваходзілі буфет, шафка, палічка, вешалка, стол, столік і два крэслы.

Гайнаўка помніцца мне яшчэ невялікім ціхім і спакойным горадам. Было ў ім многа дрэў і ў цёплую пару года кветак. Садзілі іх перш-наперш паабапал галоўных вуліц. Прыгожы і задуменны быў горад каляровай восенню. Вецер шумеў у галінах высокіх дрэў, ападала лісце з пажаўцелых клёнаў, ліпаў і бяроз. Яно доўгі час шасцела пад нагамі. Вечарамі вуліцы былі ціхія-ціхія. Патаналі яны ў паўзмроку – тады няшмат было вулічных ліхтароў.

Янка Целушэцкі

Белтурызм – на розны смак (2)

2. Беларусь у 2017 годзе прадставіць магчымасці дзелавога турызму ў Барселоне і Франкфурце. У гэтым годзе Беларусь упершыню робіць акцэнт на ўдзеле ў выставах па дзелавым турызме і запрасіла турфірмы далучыцца. Акрамя таго, сёлета пасля перапынку ў некалькі гадоў вяртаецца з нацыянальным стэндам на выставу ITB у Берліне. У 2016 годзе нацыянальны стэнд Беларусі быў прадстаўлены на міжнародных выставах у Маскве, Мінску, Тэль-Авіве, Пекіне, Урумчы, Баку, Тбілісі, Варшаве і Лондане. На выставах, дзе не быў прадстаўлены стэнд, праходзілі прэзентацыі турыстычных магчымасцей Беларусі. Беларускі турызм таксама прэзентавалі падчас прэс-тураў і рэкламна-інфармацыйных тураў. Адно з галоўных мерапрыемстваў – прэс-тур для журналістаў з інфармацыйных агенцтваў краін СНД, арганізавана было БЕЛТА. Па яго выніках выйшлі матэрыялы, якія можна лічыць паўнавартаснымі даведнікамі. Па выніках прэс-тура фатографаў з Францыі плануецца выстава ў Версалі. Развіццё турызму з’яўляецца адным з прыярытэтных напрамкаў сацыяльна-эканамічнага развіцця Рэспублікі Беларусь. Дадзеная галіна ўзятая пад асаблівую апеку дзяржавы.

Мінск (Фота Міры Лукшы)

Першая Нацыянальная праграма развіцця турызму ў Рэспубліцы Беларусь была прынята ў 2004 годзе. Вынікам яе выканання стаў значны рост экспарту турыстычных паслуг, развіццё турыстычнай інфраструктуры ў краіне, спрашчэнне ўязнога рэжыму і ўмоў знаходжання замежных грамадзян на тэрыторыі Беларусі. Сёння ў Беларусі рэалізуецца шэраг дзяржпраграм, у якіх прадугледжаны меры і сродкі па стварэнні сучаснай інфраструктуры турызму ў розных рэгіёнах краіны.

Рэспубліканскі бюджэт сумесна з абласнымі бюджэтамі прымае ўдзел у аднаўленні помнікаў гісторыка-культурнай спадчыны ў рэгіёнах краіны. У 2012 годзе Саветам Міністраў зацверджана была дзяржпраграма «Замкі Беларусі». У рамках дзяржпраграмы да 2018 года плануецца ўладкаваць 38 замкаў, палацаў і замчышчаў. Асаблівая ўвага ў Беларусі надаецца развіццю аграэкатурызму. У мэтах стварэння спрыяльных умоў для развіцця турызму ў Рэспубліцы Беларусь, задавальнення патрэбнасцей грамадзян у адпачынку і аздараўленні кіраўніком дзяржавы быў прыняты ўказ прэзідэнта Рэспублікі Беларусь №371 «Аб некаторых мерах дзяржаўнай падтрымкі развіцця турызму ў Рэспубліцы Беларусь» і №372 «Аб мерах па развіцці аграэкатурызму у Рэспубліцы Беларусь».

У Беларусі актыўна распрацоўваюцца зялёныя маршруты, якія ствараюцца ўздоўж натуральных зялёных калідораў, далін рэк, гістарычных гандлёвых шляхоў і старых чыгунак. Сярод іх – маршрут па Лепельскім раёне Віцебскай вобласці пад назвай «Край жоўтых гарлачыкаў і сівых валуноў», па рэках Грыўда, Шчара і Нёман «Воднымі шляхамі Вялікага княства Літоўскага» і іншыя. Зялёныя маршруты з’яўляюцца асновай для рэалізацыі праектаў, звязаных з захаваннем прыродных ландшафтаў, культурнай спадчыны, з экалагічным турызмам і транспартам, не забруджваючымі навакольнае асяроддзе. Зараз ідзе актыўная работа па распрацоўцы новых турыстычных маршрутаў на тэрыторыі кожнай вобласці, праводзіцца збор заявак жадаючых заняцца аказаннем паслугаў у сферы аграэкатурызму. Для гаспадароў сельскіх сядзіб запланавана правядзенне спецыяльных адукацыйных і навучальных семінараў. Сёння ў Беларусі шырока разгорнута падрыхтоўка турыстычных кадраў. У гэтай сферы працуюць 20 вышэйшых і 8 сярэдніх навучальных устаноў. Агульны набор на гэтыя спецыяльнасці перавышае 2,1 тыс. чалавек.

 

Фота Міры Лукшы

Адпачынак на любы густ

Сёння кожны турыст і падарожнік можа выбраць у Беларусі адпачынак на любы густ. У Беларусі няма заснежаных гор і цёплага мора з пясчанымі пляжамі, але летам тут можна накупацца ў чыстых азёрах, а зімой пакатацца на лыжных курортах, і ў любую пару года – пабываць на рыцарскіх турнірах, народных святах, розных спартыўных спаборніцтвах, фестывалях, у тэатрах, музеях, на экскурсіях. Турыстычная інфраструктура Беларусі дае магчымасць з камфортам размясціцца, пакаштаваць нацыянальныя стравы, бяспечна і хутка дабрацца ў любы куток краіны, набыць сувеніры, – хваліцца Міністэрства. – Дзякуючы развіццю інфармацыйных тэхналогій, у Беларусі ствараецца нацыянальная сістэма анлайн-браніравання, якая дазваляе турысту замовіць нумары ў большасці гасцініц краіны.
Турыстычны патэнцыял Беларусі заключаецца ў разнастайнасці і прыгажосці прыроды, унікальнасці гісторыка-культурнай спадчыны. У рэспубліцы налічваецца больш за 15 тысяч аб’ектаў, якія маюць гістарычную, культурную, архітэктурную значнасць, а таксама памятных месцаў, звязаных з імёнамі выдатных дзеячаў сусветнай гісторыі і культуры. Для аматараў экалагічнага турызму адпачынак у Беларусі – унікальная магчымасць атрымаць асалоду ад прыродай у экалагічна чыстых, не кранутых урбанізацыяй кутках. Многія прыродныя аб’екты краіны лічацца эксклюзіўнымі ў Еўропе. У першую чаргу гэта нацыянальныя паркі «Нарачанскі», «Прыпяцкі», «Браслаўскія азёры», «Белавежская пушча», Бярэзінскі біясферны запаведнік, заказнікі «Налібоцкая пушча», «Блакітныя азёры» і многія іншыя.

Асаблівая ўвага ў Беларусі надаецца развіццю аграэкатурызму. Сёння турыстаў гатовы прыняць больш дзве тысячы сельскіх сядзіб. Усе яны абсалютна розныя і па-свойму каларытныя. У адных турыстам прапануюць асобны домік з камінам, більярдам і вясковай лазняй, у іншых – невялікі пакой у агульным з гаспадарамі доме і ўмывальнік з калодзежнай вадой на дварэ. Але ва ўсіх без выключэння сельскіх сядзібах гасцей смачна накормяць і арганізуюць мноства забаў.

У апошнія гады ўсё больш папулярным становіцца лячэбна-аздараўленчы турызм. Адпачынак і аздараўленне прапануюць гасцям 475 санаторна-курортных і аздараўленчых арганізацый, у тым ліку 75 санаторыяў і 2 пансіянаты. Усе санаторыі размешчаны ў зонах з асаблівым мікракліматам, многія з іх валодаюць уласнымі крыніцамі мінеральных вод, гразелячэбніцы. У Беларусь замежных гасцей прыцягвае высокая кваліфікацыя беларускіх лекараў, добрая аснашчанасць клінік, у цэлым высокі ўзровень якасці медыцынскіх паслуг.
Не губляе сваёй актуальнасці рэлігійны турызм. У сілу гістарычнага мінулага на тэрыторыі краіны стагоддзямі пражываюць побач прадстаўнікі розных рэлігій – хрысціяне, іудэі, мусульмане і іншыя. Вернікі прыязджаюць пакланіцца цудадзейным абразам і нятленным мошчам беларускіх святых: Ефрасінні Полацкай, праведнай княгіні Слуцкай Сафіі. У мінскім касцёле Святых Сымона і Алены і гродзенскім Фарным касцёле захоўваюцца дублікаты Турынскай плашчаніцы. У апошнія гады ў моду ўваходзіць ваенна-гістарычны турызм. Людзі прыязджаюць у Беларусь з розных канцоў свету, каб наведаць памятныя мясціны. Пра падзеі мінулага нагадваюць замкі і храмы абарончага тыпу, помнікі і стэлы, устаноўленыя ў гонар знакамітых бітваў, ваенныя і краязнаўчыя музеі. Мноства замежных гасцей прыязджае ў Беларусь, каб наведаць разнастайныя культурныя і спартыўныя мерапрыемствы міжнароднага ўзроўню. У першую чаргу гэта Міжнародны фестываль мастацтваў «Славянскі базар у Віцебску», тэатральны фестываль «Белая вежа» ў Брэсце і іншыя. Беларусь удзельнічае ў шэрагу трансгранічных праектаў – «Невядомая Еўропа» ў Гродзенскай вобласці, Еўрарэгіён «Паазер’е», «Бэлла – Дзвіна» ў Віцебскай вобласці. Усе яны дапамагаюць больш эфектыўна выкарыстоўваць гісторыка-культурную спадчыну і ўнікальны прыродны патэнцыял краіны.

Віцебск (Фота Міры Лукшы)

Дзе трэба пабываць у Беларусі

– прапануе міністэрства. Беларусь пачынаецца са сталіцы. Мінск – горад з амаль тысячагадовай гісторыяй. У вялікую айчынную вайну Мінск быў разбураны больш чым на 80%, у сувязі з гэтым тут практычна не захавалася старажытных пабудоў. Аднак сучасная планіроўка і добраўпарадкаванне, архітэктурныя ансамблі з шырокімі, светлымі вуліцамі і праспектамі, пышнай зелянінай бульвараў, сквераў і паркаў ствараюць сваё непаўторнае аблічча і каларыт. Для гасцей беларускай сталіцы распрацавана больш за 40 пешаходных і аўтобусных экскурсійных маршрутаў з наведваннем аб’ектаў гісторыка-культурнай спадчыны, музеяў, тэатраў, выставачных галерэй. Мірскі замкавы комплекс (Мірскі замак) – выдатны помнік абароннага дойлідства XVI стагоддзя. Уключаны ў Спіс сусветнай культурнай і прыроднай спадчыны ЮНЕСКА. У снежні 2010 года пасля рэстаўрацыйных работ Мірскі замак быў адкрыты для турыстаў. Нясвіжскі палацава-паркавы комплекс – унікальны помнік архітэктуры і садова-паркавага мастацтва XVI- XVIII стагоддзяў, звязаны з гісторыяй роду Радзівілаў. Уключаны ў Спіс сусветнай культурнай і прыроднай спадчыны ЮНЕСКА. У чэрвені 2011 года пасля актыўных рэстаўрацыйных работ Нясвіжскі замак адкрыў свае дзверы для наведвальнікаў…

Польска-беларускае прыгранічнае супрацоўніцтва ў галіне турызму.

Прэзентацыя трансгранічных праектаў у галіне турызму, абмен вопытам, а таксама магчымасці фінансавання праектаў у галіне турызму – гэта толькі некаторыя з тэм канферэнцыі па прыгранічнаму супрацоўніцтву Польшчы і Беларусі ў галіне турызму.
Сустрэча адбылася ў снежні 2016 г. у гатэлі Cristal у Беластоку. У ёй прынялі ўдзел прадстаўнікі індустрыі турызму на Падляшшы і Беларусі, а таксама намеснік міністра спорту і турызму Давід Лясэк, намеснік падляшскага маршалка Ян Дыюк, член маршалкоўскай управы Падляшскага ваяводства Багдан Дыюк і кіраўнік дэпартамента па турызме Міністэрства спорту і турызму Рэспублікі Беларусь Ганна Муха ды віцэ-прэзідэнт Падляшскай рэгіянальнай турыстычнай арганізацыі Валянціна Пятрочук. Гэта была першая такая канферэнцыя ў Беластоку, якая адбылася па ініцыятыве Міністэрства спорту і турызму.
Як падкрэсліў намеснік міністра Давід Лясэк, сход з’яўляўся часткай плана работы ў галіне развіцця турызму і адпачынку, які пачаўся з 1 студзеня 2017 года. Адзначыў: «Залежыць нам на сустрэчах, падчас якіх будуць прадстаўлены праекты, ідэі, вопыт і дасягненні індустрыі турызму, турыстычных арганізацый». Таксама паведаміў што Рада Міністраў адобрыла рэалізацыю Стратэгіі дзеля адказнага развіцця, у адпаведнасці з якім Міністэрства прапанавала праект пад назвай Дом польскіх турыстычных тэрытарыяльных брэндаў. «Мы хочам стварыць такі магазін тэрытарыяльных турысцкіх брэндаў на аснове прадуктаў, распрацаваных намі на працягу многіх гадоў, якія хочам падрыхтаваць, спрафесіяналізаваць і забяспечыць магчымасці іх інтэграцыі і інтэрнацыяналізацыі». Звярнуў таксама ўвагу на неабходнасць выкарыстоўваць усё больш лепшы клімат у польска-беларускіх палітычных адносінах, таксама геапалітычнай сітуацыі, а гэта азначае, што польскія турысты шукаюць цікавых прапаноў у Беларусі: «Я перакананы, што гэтае найвялікшае культурнае і прыроднае багацце памежжа мае важнае значэнне для стварэння адзінай прасторы для развіцця турызму». На добрае супрацоўніцтва з Беларуссю паказаў таксама маршалак Багдан Дыюк. Ён падкрэсліў важнасць адкрыцця на двух пунктах перасячэння мяжы з Беларуссю бязвізавага ўезду. Рух на мяжы з Беларуссю будзе большы, і гэта адаб’ецца не толькі на развіцці турызму, але і на іншых галінах гаспадаркі ў рэгіёне.

– Для таго, каб людзі сталі супрацоўнічаць адзін з адным, яны павінны сустрэцца, – сказаў Ян Забельскі. – Падарожжа з’яўляецца першым крокам, каб усталяваць адносіны, таксама эканамічныя.

Міраслава Кастанчук

Prawosławni Polacy w sieci

Bacznie obserwując od kilku lat społeczność białoruską i prawosławną w Polsce, mogłem zauważyć, że światy te wbrew obiegowej opinii katolickiej większości nie tylko się nie pokrywają, ale niekiedy ich stereotypowe utożsamianie zaczyna drażnić. Drażnić tych, którzy nie chcą widzieć w prawosławiu żadnych dodatkowych wschodnich pierwiastków. Ani ukraińskich (bo UPA), ani białoruskich (bo wstyd), ani rosyjskich (bo wyślą za Bug). Gdzie znajdziemy dowody owego rozdrażniania? W sprzyjającym nieskrępowanemu formułowaniu myśli życiu sieci.

Sprawy języka i narodowości, a przede wszystkim relacji z katolicką większością, wciąż rodzą internetowe dysputy, obfitują więc w zapytania ciekawskich gości, formułowane pod imieniem i nazwiskiem tyrady i niekończące się wymiany argumentów. Takie dyskusje na portalach społecznościowych, w których uczestniczą przede wszystkim młodsi przedstawiciele prawosławnej mniejszości z Podlasia, wskazują na pewną pogłębiającą się tendencję – liczebność białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce i jej zdeklarowanych obrońców jest tam odwrotnie proporcjonalna do liczby zdeklarowanych prawosławnych Polaków.

Skąd takie wnioski? Wystarczy spojrzeć na posty zamieszczone w grupie „Prawosławni” na Facebooku. Zwłaszcza te wprost odwołujące się do polityki, wydarzeń kulturalnych, społecznych czy ważnych rocznic. Debaty często sprowadzają się tam do zwarcia świadomych ruskiego pochodzenia etnicznego jednostek z dumnymi (?) prawosławnymi Polakami. Poniżej przedstawię cztery z zaobserwowanych postaw tych ostatnich, ilustrując je cytatami z wypowiedzi konkretnych osób (bez podawania danych).

 

  1. Wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. Kochajmy się. W imię tej miłości nie jątrzmy, nie dyskutujmy o przeszłości za wiele i nie wywołujmy sporów. Mamy przyjaciół katolików. Dobrze się nam z nimi układa i niech tak zostanie. Wystrzegajmy się radykalizmu.

Bo Polacy są jacyś gorsi? Mniej wartościowi? KAŻDY człowiek zasługuje na taki sam szacunek, to jest nasz chrześcijański obowiązek, tego uczył Chrystus, a swoimi słowami pluje Pani na jego nauczanie. Nieważne, czy człowiek jest Polakiem, Serbem, Amerykaninem, czy jest prawosławnym, katolikiem czy muzułmaninem.

Powyższy cytat, jak i nakreślony przeze mnie rys pacyfistyczno-chrześcijańskiej postawy licznych Polaków prawosławnych, na pierwszy rzut oka wydaje się godny najwyższego szacunku. Ja też się pod nim podpisuję. Robi się problem, gdy obrona czci polskiego narodu pojawia się nie jako zdrowa reakcja na jego jednoznaczną obrazę przez innego internautę, ale jako komentarz do dyskusji o pochodzeniu zdecydowanej większości prawosławnych na Podlasiu. Sam w takie dyskusję już się nie bawię, bo kończą się podobnie. Takie pytania pachną radykalizmem i podziałem. Pachną jakąś niezdrową emancypacją. A tego prawosławny Polak z Białegostoku czy Hajnówki nie lubi. Prawosławny Polak pragnie nade wszystko pokojowego współżycia z katolikami, nawet kosztem prawdy o sobie, bo na co innego jest zwyczajnie za słaby. W skali kraju stanowi kroplę w morzu i świadomy, że żyje w katolickiej Polsce, nie chce awantur ani sporów, których nie jest w stanie wygrać. Tak było już wcześniej, ale to głównie monoetniczny przekaz PRL-u zdyskredytował jakąkolwiek inność. Co innego dyskusje w gronie rodzinnym z gardłującą na „szlachtę” i „katolikou” babcią, a co innego to, co na pokaz, na zewnątrz. Tak oto młody prawosławny Polak podkreśla więc swą otwartość i szacunek względem religii katolickiej na gruncie ogólnochrześcijańskim, a podskórnie dlatego, że nie chce się z niczym wychylać. Nie lubi dyskusji burzącej spokojną egzystencję w państwie polskim. Nie lubi tematu przesuwających się granic, ani niepotrzebnych znaków zapytania nad korzeniami swego nazwiska. Ta konstrukcja psychiczna jest z jednej strony konsekwencją dawnego podziału klasowego na mogących więcej Polaków – panów i poddanych – ruskich chłopów, ale również uniwersalnej pod każdą szerokością geograficznego pasywności mniejszości.

W 2011 roku uczestniczyłem w zakończonych serią wywiadów badaniach terenowych w trzech gminach południowej Serbii. Dwie z nich – Preszevo i Bujanovac – były już de facto w całości etnicznie albańskie i tym samym muzułmańskie, zaś nieco lepiej wyglądało położenie prawosławnych jedynie w północnej Medvedzi. Co wyłaniało się z rozmów przeprowadzonych z lokalnymi serbskimi nauczycielami, politykami, urzędnikami? Odwzorowanie schematu podlaskiego. Serbowie powtarzali, że nie chcą konfliktu ze swoimi albańskimi sąsiadami, że żyje się tu nadzwyczaj zgodnie, odwiedza się ich przy okazji muzułmańskich świąt itp. Wierzymy przecież w jednego Pana, a czy ktoś go nazywa Allahem, czy Bogiem to rzecz drugorzędna. Spomiędzy wierszy, z rozmów nie rejestrowanych na dyktafonie, wyzierała jednak przede wszystkim niesłychana słabość Serbów w tych stronach i strach, że również tu powtórzy się scenariusz kosowski. Wyzierało poczucie demograficznej przegranej. Nie wychylaj się, bo i tak oni lada dzień nakryją nas czapkami samą swoją liczebnością. Żyj w zgodzie i szanuj ich religię, bo w razie czego mnożyć się będą ataki na cerkwie i na nas. Jest nas mało, a Belgrad daleko. Harde stanowisko prezentowali Serbowie w etnicznie mieszanej Medvedzi, o otwarcie antyalbańskim Niszu, czy Vranje nie wspominając. Uspokajające słowa o porozumieniu i dialogu bywają zatem poparte szczerą potrzebą współpracy i zrozumienia międzykulturowego, ale nie zawsze. Czasem świadczą po prostu o słabości. Tu przechodzimy do postawy numer dwa, ściśle z tą pierwszą powiązaną.

 

  1. Nie dajmy się sprowokować. Nie reagujmy, a jakoś to będzie.

Sytuacje (konfliktowe – dop. autora) się zdarzają, bo więcej nas dzieli niż łączy, a oni (katolicy) w większości przypadków są na nie , ale cóż. Bądźmy ugodowi, oby nie było gorzej.

 

Żeby nie ci „bandyci” (to o Żołnierzach Wyklętych – dop. autora) nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Polski. Zrobili coś okropnego, ale zrobili też sporo dobrego. I nie można o tym zapominać.

 

Luty 2017. ONR szykuje kolejny marsz Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. W Polsce pojawiają się reakcje pełne najwyższych słów krytyki i oburzenia. W obliczu podobnych manifestacji skrajnej prawicy we Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu przeważnie odbywają się liczne kontrmanifestacje. Jednakowoż przy okazji pierwszego marszu nacjonalistów w roku 2016 Cerkiew oraz sami wierni apelowali tak do hajnowian, jak i do siebie nawzajem, by mimo wezwań SLD i partii Razem zostali w domach. By swą postawą dowiedli, że nie dadzą się sprowokować. By poszli w ślady Chrystusa, nadstawiającego drugi policzek. I znów – sama postawa jest godna naśladowania, ale po głębszej analizie pachnie po prostu biernością i unikaniem tematu. Tu pozwolę sobie przywołać raz jeszcze badania terenowe z południowej Serbii. Tam kością niezgody stał się parę lat temu postawiony bez zgody władz pomnik ku czci albańskich partyzantów, którzy w latach 1999-2000 starali się oderwać dolinę Preszeva od Serbii. Był to więc paradoks – nielegalny pomnik obcej organizacji zbrojnej stanął na terenie państwa, od którego owa grupa pragnęła oderwać jego część. Absurd analogiczny do czczenia zabójcy prawosławnych akurat w prawosławnej Hajnówce. Czy ktoś z Serbów rzucił się do jego demontażu? Skądże znowu. Postawa Serbów z Preszeva była dokładnym odwzorowaniem pokojowego sprzeciwu Podlaszuków wobec akcji ONR. Dominowały głosy: Jest nam przykro. To nie powinno się zdarzyć, ale cóż możemy? Możemy skłonić głowy i nie reagować. Wszak my chrześcijanie. W imię pokojowego współistnienia udajmy, że to nie plucie w twarz, tylko padający deszcz.

Tak to w 2016 roku honoru prawosławnych na ulicach Hajnówki broniła ledwie garstka osób zgromadzonych w Bractwie Ikony Chrystusa Miłościwego. I tu jednakowoż warto zacytować, że uczestnicy protestu jednoznacznie odżegnywali się od stania w jednym szeregu z „lewakami”. Na stronie internetowej Bractwa czytamy: Moi drodzy ONRowcy, KOD i Petru wam wylazł na ulice w grubych tysiącach lewaków w obronie „Bolka”, a wy nic tylko ściągacie siły i przyjeżdżacie na dziesięciu pikietujących prawosławnych oraz ganiać i straszyć Burym hajnowian? Lewactwo z KODu wylazło wam w stolicy, a wy przyjechaliście stresować emerytów w Hajnówce? Poza tym PIS, dotrzymując umowy PO, wiezie już wam imigrantów na kilogramy, słabo tego tematu pilnowaliście i obietnic PISu. Panowie posłowie przyjechali pokrzyczeć do Hajnówki zamiast dopilnować problemu imigrantów. Wróg u bram, a was nie ma tam gdzie trzeba i szukacie wroga w Hajnówce, w mieście emerytów i rencistów, wyludnionym po rządach PO w Polsce!?

Jest to tyleż zatrważające co śmieszne, że narracja narodowo-nacjonalistyczna, odbierająca w powyższym wezwaniu prawo do bycia patriotą np. Platformie Obywatelskiej, dociera już nawet nie tyle do elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, co nawet do prawosławnych Polaków z Podlasia. Widać typ ten nie powinien już wybierać, jak to drzewiej bywało, między SLD, a PO, lecz między totalnym konformizmem (wstąpieniem do ONR) a częściowym konformizmem (wspólnym ściganiem wrogów Polski, acz z zachowaniem autonomii).

 

  1. Dlaczego w cerkwi kapłan naucza po rosyjsku, a nie po polsku? Dość skansenu. Idźmy naprzód!

Cerkiew powinna też iść z duchem czasu i nie odwracać się od młodzieży narodowości polskiej, a być może przyciągnęłaby ciekawość i uwagę wyznania katolickiego.

 

Moim zdaniem językiem ojczystym jest język polski i w tym języku chciałbym się modlić. Cerkiew musi iść z postępem.

 

Wraz z odrzucaniem kolejnych elementów lokalnego białoruskiego kolorytu Podlasia trwa też związane z dopasowywaniem do polskiej większości „odruszczanie prawosławia”. W grupie Prawosławni na Podlasiu co jakiś czas pojawiają się pytania o zasadność kazań w języku rosyjskim, bądź lubianej przez batiuszków trasiance, będącej zrusyfikowaną formą podlaskich gwar białorusko-ukraińskich. Co ciekawe, pytającym nie chodzi bynajmniej o utrwalenie języka dziadów, ale właśnie o zastąpienie jej poprawną polszczyzną. Wszak mieszkamy w Polsce, a nie w Rosji. Rosyjski, czy też coś brzmiącego nazbyt rosyjsko, powoduje wobec nas – młodych prawosławnych – groźbę ostracyzmu. A tego nie lubimy. Chcemy być tacy jak wszyscy. Ze strachu oczywiście. Prawosławie z orłem na piersi i polskim w cerkwi pozwala zaś cywilizacyjnie awansować i ostatecznie zakończyć etap „wysyłania do Rosji”, co czasem czynią katolicy. Mało tego. Jak dobrze pójdzie, to my sami będziemy mogli tam wysyłać innych (np. takich Tomków Sulimów).

Nie zna skali problemu też ten, kto nie odwiedził prawosławnych mohiłok. Jeden czy dwa nowe groby bez cyrylicznych napisów to byłoby jeszcze do zniesienia. Co jednak zrobić, gdy coraz liczniejsi prawosławni Polacy w imię postępu i zerwania z tym co obciąża ich nowo-polskie dusze upodabniają do katolickich również pomniki swego własnego istnienia? Nie sposób rozpoznać ani po imionach, ani obowiązkowej łacince, czy grób to prawosławny, czy katolicki. I tu pytanie – czy to cyrylica boli, czy obawa, że dzieci po prostu nie odnajdą grobu?

 

  1. Nie mam żadnych białoruskich, ukraińskich ani innych niepolskich korzeni. Żyję w Polsce, więc jestem Polakiem.

 

Bardzo bym prosił o niepisanie tekstów w stylu prowokatorów. Jak komuś nie podoba się żyć w Polsce i się wstydzi swej polskości, to droga otwarta na wschód.

 

W ostatnich dniach dostrzegłem w internecie ogłoszenie kurczącej się społeczności prawosławnych z wschodnich kresów województwa lubelskiego. Ksiądz prawosławny (broń Boże pop) z Tomaszowa Lubelskiego prosi w nim wiernych o wsparcie projektu oświetlenia cerkwi w ramach projektu unijnego. Pod tekstem takiej treści, zamieszczonym na łamach lokalnego portalu, jak na zawołanie pojawiły się anonimowe wezwania miłujących rodaków, by pomocy szukał u swych ukraińskich pobratymców, a nie tu. Obronna odpowiedź internautki Nadziei przyszła równie błyskawicznie: „Ksiądz nie ma rodaków na Ukrainie. Jest obywatelem Polski, wyznania prawosławnego, narodowości polskiej”. Tu przechodzimy do kluczowego punktu.

Wychylanie się w internetowym środowisku prawosławnych Polaków z tematyką białoruską, a już zwłaszcza formułowanie ocen jednoznacznych w swym charakterze, kończy się podobnie. „Lajkami” od wciąż tych samych osób (przeważnie aktywnych działaczy mniejszościowych) oraz rozlicznymi debatami z prawosławnymi Polakami, kończącymi się obronną deklaracją: ja tam jestem prawosławnym Polakiem / prawosławną Polką. Tu mówimy wyłącznie o religii, a nie o tożsamości uczestników grupy. Idźcie z tą propagandą i agitacją gdzie indziej. A jak się komu nie podoba, to na Białoruś. Sięganie po rzeczowe argumenty w rodzaju map narodowościowych, spisów powszechnych, statystyk, świadectw zwykłych ludzi i uczonych nie daje rezultatu. Dlaczego? Bo tak łatwiej.

Co jakiś czas na portalu orthphoto.net bądź we wspominanej grupie Prawosławni na Facebooku powraca dość radykalny w swej wymowie obrazek ze wsi Knorozy z domem obwieszonym flagami prawosławnych krajów i napisem „Prawosławie albo śmierć”. Zdjęcie wykonano w 2007, sam dom wygląda dziś inaczej, ale – co ważne dla naszych rozważań – już niejako zza grobu prowokuje do dyskusji w środowisku. Wzbudza on szczere oburzenie i wyzwala wyłącznie słowa krytyki, z którymi śpieszą oczywiście wszyscy wzorowi Polacy-prawosławni. Polak – prawosławny ma nie tylko wystrzegać się radykalizmu jako takiego, ale przede wszystkim radykalizmu w tym co dotyczy jego własnych korzeni i własnego ja. W odróżnieniu od cieszących się wybitną popularnością wśród młodych katolików grafik patriotycznych spod znaku falangi Polak – prawosławny unika jak diabeł święconej wody religijnego zakapiorstwa, często spotykanego w pokoleniu swoich ojców i dziadków. Jedyny radykalizm, do jakiego lgnie zwłaszcza część prawosławnych kibiców Jagi, jest ten wszechpolski i ONR-owski. Pod flagą biało-czerwoną, acz z prawosławnym kwiatkiem u kożucha. A gdy już będzie można, to i ten uwierający kwiatek trafi na śmietnik.

Mateusz Styrczula

Памятаю Баброўку, калі яна была дзікая

Рака Баброўка зімою (Фота Янкі Целушэцкага)

Успаміны


Рэчка Баброўка – правы ціхі прыток ракі Нараўкі. Плыве яна па плоскай даліне (і, між іншым, таму яна ў многіх месцах завілістая) побач даволі доўгай вёскі Новае Ляўкова і ўплывае ў Нараўку ў канцы гэтага сяла. На ўзгорку побач ракі ды пры рухлівай дарозе з Нараўкі ў Новае Ляўкова быў вялікі драўляны вятрак Зыгмунта і Люцыяна Закшэўскіх. У пяцідзесятыя гады мінулага стагоддзя вятрак ужо не малоў збожжа. А стаяў ён яшчэ доўгі час. Відаць яго было здалёк. Я памятаю яго з таго часу,  калі Баброўку я бачыў з акна свайго дома. У далі за ёй плыве рака Нараўка і яшчэ крыху далей на гарызонце віднее магутная Белавежская пушча.

Шэсцьдзесят гадоў таму вельмі прыгожай была гэтая ціхаплынная рэчка. Вада ў ёй была чыстая-чыстая. Рэчка была натуральная, дзікая. Летам прыемна пахла. Пах ішоў ад розных вадзяных раслін і надрэчных вербаў. Яна плыла павольна. Нялёгка акрэсліць, дзе яна бярэ свой пачатак. Адно адгалінаванне вядзе з-пад Лазовага ды іншыя, даўжэйшыя, з ваколіц Леснай і Міклашэва. Усе яны цякуць на тэрыторыі Нараўчанскай гміны. У адным месцы рэчку перасякае чыгунка з Гайнаўкі ў Семяноўку.

Шэсцьдзесят гадоў таму дно ракі зарастала, між іншым, канадскай эладзеяй. На невысокіх берагах раслі купчастыя кусты вярбы, алешніку, чаромхі, каліны ды вялікія старыя вольхі (некаторыя з іх яшчэ стаяць на левым беразе). Месцамі раслі кусцікі чорных і чырвоных парэчак. У маі ў надрэчных густых зарасніках выводзіў свае чароўныя трэлі сціплы начны спявак – салавей.

Хаця гэта невялікая рэчка, але мела яна свае тайны. Мела глыбокія ямы і віры. Між іншым, вялізарнага шчупака ў глыбокай яме на рацэ каля хаты Макара Марчука злавіў бродняй мой аднавясковец Андрэй Пучынскі са сваім калегам (ён расказаў мне пра гэта). А Саша Несцярук лавіў вялікіх мянтузоў рукамі у норах або з-пад навіслых берагоў. У берагах з зараснікамі былі норы і ў іх хавалася вялікая рыба. Вялося ў Баброўцы сама менш сем-восем відаў рыб. Плотак, шчупакоў, уюноў і келбаў была процьма. А колькі было ракаў!

Даўным-даўно тут пасяліліся прыроджаныя вадзяныя жыхары – бабры. Яны мелі свае хаткі. Будавалі гаці і грэблі. Пабудаваныя імі тамы падносілі ўзровень вады і набярэжныя лугі былі падмоклымі. Не ўсюды можна было дабрацца-дайсці на бераг ракі. Часта не дазваляла на гэта глыбокая твань-дрыгва. Бывала, тапіліся ў ёй каровы. Пераважна тады, калі пускалі іх на пашу, як у нашай вёсцы кажуць, спутанымі або яшчэ інакш стрыножанымі. А яшчэ іншых з ланцугом на шыі. Мой субяседнік, той жа Андрэй Пучынскі, бачыў трагічнае здарэнне. Ён якраз адвячоркам пасвіў кароў. Раку хацеў пераехаць фурманкай селянін з суседняй вёскі Плянты. Мужчына любіў выпіць і была к таму нагода – у той дзень дакапалі бульбу. І вось ён вяртаўся падвечар дадому. На Баброўцы ў гэтым месцы не было мастка. Ехаў селянін фурманкай і конь скрунуў на глыбокі брод і тады патапіліся запрэжаны ў воз конь і мужчына, які вельмі намагаўся яго ратаваць. Вось такая здарылася трагедыя.

Над Баброўкай былі і ёсць шырокія страката-квяцістыя сенажаці. Тут прасторная маляўнічая ваколіца. Ранняй вясной цвілі жоўтыя лотаці. Летам касцы касілі лугі і ў пагодлівыя дні паветра было настоенае прыемным пахам сена. Лугі касілі летам і восенню. Уборка атавы не кожны год удавалася. Калі прайшлі праліўныя восеньскія дажджы, рэчка выступала з берагоў і залівала сенажаці. Свежаскошаную траву выносілі на драўляных дручках-насілках на грудочкі. Дасушвалі яе ўжо на панадворках. Бывала і так, што пасля праліўнога дажджу атава так і паплыла з цячэннем ракі.

Сена з абарогаў і стагоў забіралі ў стадолы зімой, калі рака і вада на лугах замярзала. Дзеці мелі дзе катацца на каньках і санках. Рабілі гэтак званыя круцёлкі з драўлянага кола ад воза і падчэпленых да дручка саначак. Лёд быў вялікі ад Баброўкі да грэблі, якую пабудавалі, каб накіраваць цячэнне ракі Нараўкі ў бок існуючага ў пачатку мінулага стагоддзя вадзянога млына. Тут на рацэ быў глыбокі стаў, акаймаваны зараснікамі. Над ставам раслі вялікія вольхі. Шмат гадоў не было смельчака, які згадзіўся б яго пераплысці з аднаго берага на другі. Пра стаў старажылы расказвалі мне легенды, між іншым, пра затоплены ў ім сундук са скарбамі.

Першыя масты цераз раку будавалі драўляныя і паабапал з балясамі. Тоўстыя палі пад іх забівалі ў дно пры дапамозе гэтак званай „бабы”. Старэйшыя людзі ведаюць, як яны выглядалі. Часта летам на мастках моладзь дамаўлялася на вечаровыя сустрэчы ды прастойвала да поўначы. На адным з мастоў з бярвенняў я сядаў з вудай і лавіў плотак і акунёў. Мы лавілі шчупакоў і ментузоў кошыкам або калыскай, у якой нас – калі мы былі малечамі – калыхалі бацькі. Некаторыя вяскоўцы мелі прыхаваныя сеці або невады. Лавіць рыб імі было забаронена. Таму цягнулі сеці і сачкі падвечар ды далей ад рухлівай дарогі. Вудзільшчыкаў таксама кантралявалі стражнікі, ці выкупілі яны г. зв. карты вудзільшчыка і якога памеру рыбы ловяць (малых рыб не дазвалялася забіраць дадому).

Баброўка жыве ў маіх ўспамінах і таму, што падчас летніх канікул я з калегамі часта прыходзіў сюды купацца. Аднойчы летам пасля вялікага дажджу ў рэчцы прыбыло шмат вады. Каля моста яе ўзровень быў мне па шыю. Я набіраў у лёгкія паветра, затойваў дух і прысядаў а вада выносіла мяне на паверхню. Я захацеў навучыцца плаваць і навучыўся.

Паўвеку таму Баброўку меліяравалі. Змяніўся пейзаж і характар навакольнай мясцовасці. Паменшыўся ўзровень вады не толькі ў меліярацыйным рове, на які замянілі Баброўку. Не хапае яе таксама ў калодзежах маіх аднавяскоўцаў. Паменшалі накосы травы на сенажацях. Зніклі-прапалі шматлікія лугавыя кветкі і рачныя расліны. Над сенажацямі не чуваць як калісьці лугавых крыклівых кнігавак. Зараз сяляне пачалі сеяць менш мінеральных угнаенняў на сенажацях. Падчас летніх невялікіх паводак яны, як гэта бывала, не сплываюць у раку-роў і ў ім зноў усё смялей і смялей разводзіцца рыба. Жыве мая Баброўка!

Янка Целушэцкі

Zanikanie howorki

W 2009 r. samorząd Orli wprowadził w gminie jako pomocniczy język białoruski. Wkrótce stanęły też tablice z podwójnymi nazwami miejscowości. To za mało, aby powstrzymać zanik tutejszej rdzennej mowy. Ale dzięki temu przynajmniej historycznej prawdy wykasować już się nie da (orla.pl)

 

Od lat osiemdziesiątych XX w. z pokolenia na pokolenie gwałtownie znikają z życia nasze podlaskie gwary – swoja haworka. Obecnie dzieci na co dzień w ogóle nie rozmawiają już po swojomu, nie potrafią. Młodzież szkolna i licealna, ale ta pochodząca ze wsi, jeszcze rozumie i nawet sporadycznie używa mowy swych przodków, choć sprowadza się to już tylko do wyuczonych występów na scenie – piosenkarskich lub folklorystycznych scenek obrzędowych – ewentualnie przygotowanych przedtem wypowiedzi do kamery na potrzeby szkolnych filmów. Tak jest również w mojej gminie Orla, gdzie zdawałoby się warunki szczególnie sprzyjają zachowaniu tutejszej tożsamości. Zdecydowana większość mieszkańców deklaruje narodowość białoruską i jest to jedyna gmina, gdzie stoją tablice z podwójnymi polsko-białoruskimi nazwami miejscowości. Mimo to i tu nastąpiła nie mniejsza niż gdzie indziej dobrowolna asymilacja i polonizacja mniejszości białoruskiej. Co gorsza, taki stan rzeczy na naszym Podlasiu mało kogo martwi. Zainteresowałem się, dlaczego tak się dzieje na przykładzie własnej gminy.

 

Dawniej i dziś

Od dawien dawna, sam to dobrze pamiętam, wystarczyło, by w prawosławnej wsi pojawił się ktoś inny, nietutejszy, aby miejscowi, rozmawiając nie tylko z nim, ale nawet między sobą w jego obecności, od razu przechodzili na język polski. We własnym gronie rozmawiali oczywiście na swojej białoruskiej howorci, jednak do przyjezdnego sąsiada katolika wypadało już zwracać się po polsku.

Niemniej większa część orlańskich katolików rozmawiała i rozmawia po tutejszemu oraz w literackim języku białoruskim. Pozostali tylko po polsku, choć howorku rozumieją. Niektórzy z nich nawet nią władają, inni twierdzą, że próbowali, ale im to nie wychodzi.

Nowo zamieszkali katolicy i przedstawiciele innych nieprawosławnych wyznań rozmawiają wyłącznie po polsku, choć dzieci niektórych z nich uczyły się i uczą białoruskiego w szkole.

W Orli miejscowi do przyjezdnych zwracają się w sposób dwojaki – czasem po polsku, czasem po swojomu. Zależy to od sytuacji i stopnia zażyłości.

W latach powojennych w orlańskiej szkole w tzw. „polskich” klasach dzieci uczyły się po polsku, a w „białoruskich” po białorusku. Potem w szkołach średnich uczniowie z klas „białoruskich” miewali nawet przejściowe trudności z językiem polskim. Nie był to jednak dla nich jakiś duży problem.

Ponad dwadzieścia lat temu jedna z nauczycielek przyznała się mi, że miała kłopot z niektórymi wiejskimi uczniami, rozpoczynającymi naukę w szkole. W swych domach rozmawiali tylko po swojomu i języka polskiego jeszcze dobrze nie rozumieli. Obecnie takiego problemu nie ma, bo pierwszoklasiści z tamtych lat swoje dzieci wychowywali już w języku polskim.

Jeszcze nie tak dawno wywoływało zdziwienie, kiedy na wsi po polsku wychowywano nawet dzieci z małżeństw mieszanych. Obecnie zadziwia, a właściwie już przestało zadziwiać, że w czysto prawosławnych rodzinach rodzice i dziadkowie do dzieci zwracają się tylko polsku, a między sobą rozmawiają po swojomu.

Co o tym sądzą, zapytałem kilka osób na ulicy, w sklepach i w szkole. Oto, co usłyszałem.

Zainteresowanie nauką języka białoruskiego w szkole w Orli spada. Obecnie w szkole podstawowej na te zajęcia uczęszcza 49 na 108 uczniów, czyli 45 proc. Dziesięć lat temu było to 62 proc. W gimnazjum na 53 uczniów języka białoruskiego uczy się 20, czyli 37 proc. (dziesięć lat temu 43 proc.).

Wina rodziców

Irena Niewińska, emerytowana nauczycielka języka białoruskiego: – Kiedyś redaktor Prochowicz (z białoruskiej redakcji Polskiego Radia Białystok – aut.) zapytał mnie, dlaczego spada zainteresowanie nauką języka białoruskiego. A ja odpowiedziałam: – Jak można przymusić ucznia do nauki rodnaj mowy, kiedy jego rodzice wstydzą się jej? O czym tu mówić?

W Orli niezwykle rzadko można usłyszeć swojską mowę z ust uczniów. Większość nie potrafi, inni się wstydzą, nie chcą, by ich nazywano wieśniakami. Okazuje się, są wyjątki. Pracownica szkoły wyznała mi, że jej dwoje dzieci opanowały swojską mowę i nią się posługują. Syn rozmawia po swojomu z kolegą z Mikłasz.

Tu chcę zwrócić uwagę, co sam dobrze pamiętam, że zawsze były docinki nawet wtedy, gdy jeszcze wszyscy uczniowie między sobą rozmawiali po swojomu. Brało się to stąd, że ta mowa w poszczególnych wioskach nieco się od siebie różniła. Na przykład w Orli, Wólce, Mikłaszach i Krywiatyczach mówiono „robity”, w Koszelach „robyty”, a w Szczytach „robiti”.

Anna Niesteruk, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Orli: – Nasza mowa zanika. Zanika dlatego, że nie zależy na tym rodzicom. Nie podkreślają i nie przekonują dzieci, że nasza mowa to nic złego i tego nie trzeba się jej wstydzić, a odwrotnie – należy się nią szczycić, bo to ich korzenie, wielki skarb. Takiej pracy nikt za rodziców nie wykona, ani GOK, ani nauczyciel w szkole. Mam dwoje dzieci. Starsza córka śpiewa w młodzieżowym zespole, bierze udział w różnych konkursach piosenki białoruskiej, ale – choć nad tym pracuję – nie za bardzo chce rozmawiać na naszej howorci. Ale już młodszy syn swobodnie po swojomu rozmawia.

Łatwiej, gdy powiedzmy pięcioletnie dziecko mieszka jeszcze na wsi, bo może osłuchać się z żywą naszą mową także na ulicy od starszych, którzy przesiadują na ławkach – zaznacza Anna Niesteruk. – Równie dobrze, kiedy u kogoś w rodzinie dziadek i babcia nie rozmawiają po polsku z wnukami. Choć to zależy także od rodziców. Rodzice, przywożąc swoje dzieci do dziadków, mogą przecież po prostu powiedzieć: „Howorete po swojomu”.

To jest taka początkowa praca, którą powinni wykonać rodzice. Dopiero potem są ośrodki kultury, szkoły, gdzie można jeszcze bardziej przywiązać dziecko do naszej mowy, kultury, czy to poprzez czytanie, śpiew, czy zainteresowanie tradycją, folklorem. Przede wszystkim dziecku należy od małego wpajać: „To jest twoje bogactwo, że możesz rozmawiać w języku, w którym rozmawiali twoi przodkowie” – podkreśla Anna Niesteruk.

 

Obojętność

Starsi ludzie, zwłaszcza z wiosek wokół Orli, jeszcze dziś nie zawsze umieją swobodnie rozmawiać po polsku. Zauważyłem to w orlańskiej aptece. Niektórzy kupując lekarstwa zwracają się do „pani magister” tylko na swojej howorci. Pani Kasia, która tam pracuje, dojeżdżając z Bielska, na moje pytanie, czy nie jest to dla niej kłopot, z uśmiechem odpowiedziała:

– Skądże, to mi nie przeszkadza. Już się nauczyłam…

Przypomina mi się pewne zdarzenie z początku lat osiemdziesiątych, z czasów pierwszej „Solidarności”. Do Orli przyjechała skądś kobieta, szukając pomocy u szeptuchy (prawosławnej i posługującej się oczywiście howorkoj), wieść o której zaczynała rozchodzić się wtedy na całą Polskę. Zaszła też do geesowskiego sklepu spożywczego. Słysząc howorku nie wytrzymała, wybuchając ze złością i oburzeniem: „Po jakiemu wy rozmawiacie? Tu jest Polska!”. To zdarzenie jeszcze długo rozpamiętywano.

Dzisiejsze ekspedientki sklepowe w Orli to młode i średnie pokolenie mieszkańców. Mówią tak:

– Do klientów, gdy kogoś nie znamy, początkowo zwracamy się po polsku. Jednak nawet tutejsi najczęściej odzywają się do nas po polsku.

Kilka lat temu od pewnej ekspedientki, pochodzącej z sąsiedniej gminy, usłyszałem:

– Zauważyłam dystans do katolików, być może są ku temu jakieś podstawy. W mojej gminie prawie wszyscy prawosławni rozmawiali i rozmawiają po polsku. Młodzi w Orli też już po polsku rozmawiają, lecz wyczuwa się u nich pewną ostrożność wobec innych.

– Kiedyś – zwierzyła mi się inna ekspedientka – nasza rodzina była w gościach w Bielsku i moje dziecko (dziś dorosłe) za stołem odezwało się po swojomu: „Ja choczu”. Wówczas gospodyni natychmiast zwróciła uwagę: „Jak ty rozmawiasz?! Trzeba mówić „ja chcę”. Zrobiło nam się bardzo przykro i od tego czasu zaczęłam dzieci wychowywać po polsku. Ale naszą mowę znają. Od dziadków, którzy rozmawiają po swojomu.

– Moja teściowa nie potrafi składnie rozmawiać po polsku – powiedziała mi jedna z klientek. – To ja jej mówię, by nawet nie próbowała, bo to niedorzecznie wychodzi. Proszę, by rozmawiała tylko po swojomu.

– A moja teściowa odezwała się po swojomu do wnuka, mego synka, ucznia podstawówki – opowiada kolejna kupująca, bo mieszkamy z nią w jednym domu. Ten odreagował z oburzeniem: „Jak ty do mnie się odzywasz!?”. Co ciekawe, syn uczy się w szkole języka białoruskiego, a miejscowej howorki nie chce słyszeć. Sama nie rozumiem, dlaczego tak jest.

Mnie również, urodzonemu w Orli, trudno to zrozumieć. Zapytałem rodziców, gdzie tkwią przyczyny, dlaczego podchodzą do tego tak obojętnie.

Odpowiadali niechętnie. Niektórzy rozmówcy zjawisko, o które pytałem, tłumaczyli polityką naszego kraju, zakorzenioną wśród Polaków antypatią do wschodnich narodów. Inni przyznali, że poddali się temu, chcąc po prostu spokojnie żyć. Z ich wypowiedzi wyłania się taki o to mechanizm. Starsi rodzice swoje dzieci (dziś dorosłe) wychowali na swojej mowie i ci dobrze ją przyswoili. Jednak z czasem przestali rozmawiać po swojomu i zaczęli posługiwać się w życiu codziennym wyłącznie językiem polskim. To wymusiło sytuację, że i ci rodzice (dotyczy to średniego pokolenia) coraz częściej w kontaktach z dziećmi zaczęli posługiwać się językiem polskim. Szczególnie w obecności ich dzieci, czyli swoich wnuków, już całkowicie polskojęzycznych.

 

Tęsknota

Moi rozmówcy zwrócili uwagę na jeszcze jeden ściśle powiązany z tym problem – z roku na rok coraz mniej wiernych uczęszcza do cerkwi. To, że podczas nabożeństw jest mało osób starszych, jest zrozumiałe. Schorowani, niedołężni nie mają sił i zdrowia. Niepokojące jest jednak, że do cerkwi coraz mniej uczęszcza osób młodych i w średnim wieku. Duchowni losem howorki swych parafian zdają się nie przejmować. Choć w Orli w ostatnich miesiącach coś drgnęło. Jeden z nowych batiuszków, młody wiekiem, zaczął w pewnych momentach nabożeństw krótko tłumaczyć treść modlitw po swojomu i trochę po polsku. W taki sposób wygłasza też kazania podczas pogrzebów. Ludziom to bardzo odpowiada, choć niektórzy obawiają się, że zaraz im tego batiuszkę zabiorą…

Przypomina mi się zdarzenie, o którym opowiedział mi kilka lat temu robotnik z siemiatyckiej firmy, która w Orli kładła kanalizację. Oto w jednej z parafii w powiecie siemiatyckim batiuszka odmówił młodemu małżeństwu ochrzczenia dziecka. Jako powód podał to, że nie uczęszczali do swojej cerkwi. Młodzi tłumaczyli, że mieszkają w Warszawie, ale dziecko chcieliby ochrzcić w rodzinnej parafii. Nic to nie dało. Młodzi pojechali do Warszawy, gdzie dziecko ochrzcił im sam metropolita Sawa.

Jarosław Odzijewicz, sędziwy mieszkaniec Orli, opowiedział mi, jak go niezwykle zadziwiła pani Iwona, która stąd pochodzi, ale od dawna mieszka na Śląsku. Podeszła do niego na cmentarzu, by porozmawiać właśnie po swojomu. Pani Iwona, choć katoliczka, wychowała się w Orli na howorci. Jej tęsknota za tą mową być może wynika z zamieszkiwania wśród Ślązaków, którzy wielką troską i szacunkiem obdarzają swój śląski język.

Mama pani Iwony powiedziała mi: „Kiedy do mnie telefonuje zięć, a on katolik, to zawsze rozmowę zaczyna łamanym rosyjskim i to bardzo mnie raduje. Ale z kolei mąż mojej siostry – także ze Śląska – kiedy u nas w gościach trochę podpił, zaczął się oburzać na współbiesiadników, że cały czas przy stole rozmawiają po tutejszemu”.

 

W miłości, a we śnie

Zawładywanie przez język polski howorki w codziennych kontaktach międzyludzkich zaczęło się dawno, ponad pięćdziesiąt lat temu. Także w intymnej sferze uczuciowo-miłosnej. Moje rozmówczynie i o to zagadnąłem. Kobiety ze starszego i średniego pokolenia, czasem decydowały się na odwagę i wyznawały, w jakim języku okazywalły uczucia one same i ich rówieśnicy. Okazało się, że polsku. Na moje pytanie, dlaczego nie inaczej, odpowiadały: „Bo po swojomu to tak jakoś dziwnie…”.

Ciekawe, że gdy człowiek znajdzie się daleko od stron rodzinnych, howorka odradza się w snach. Przynajmniej przez jakiś czas, na początku. Tak było ze mną, gdy przyszło mi mieszkać na Śląsku. Kilka pierwszych miesięcy, pamiętam, śniłem tylko po swojomu. Gdzieś wyczytałem, że naukowo udowodniono, iż człowiek ma w sobie zakorzeniony swój język pierwotny, mimo że funkcjonuje w całkiem innym świecie. Objawia się to w ekstremalnych sytuacjach, na przykład podczas cierpień z bólu i gorączki pacjent w szpitalu zaczyna majaczyć w niezrozumiałym dla personelu języku. Takie przypadki były w świecie notowane. Znamy je również z filmów szpiegowskich.

 

*

Zanika nie tylko howorka, ale i tutejsza miejscowa tradycja. Choćby huczne niegdyś obchodzenie przez mieszkańców Orli i okolic Nowego Roku według kalendarza juliańskiego. Taki bal niegdyś zawsze organizował miejscowy GS, czasem ochotnicza straż pożarna. Pamiętam, wielokrotnie grywałem jako muzykant na takich zabawach w Orli i okolicznych miejscowościach. Ta tradycja zaczęła zanikać po zmianach ustrojowych po roku 1990. Przez krótki okres zwyczaj takich imprez próbowała wskrzesić orlańska młodzież. Dziś te bale kontynuowane są tylko w miastach, choć to już nie to, co kiedyś.

W Orli społeczeństwo postarzało się, posmutniało… Zabaw się już nie organizuje, choć skromne fajerwerki tej nocy można jeszcze usłyszeć.

A tak na marginesie, szykownie odremontowane wiejskie świetlice nie służą już do zabaw, od lat organizowane są tam jedynie stypy i raz w roku wiejskie zebranie z udziałem wójta.

Można odnieść wrażenie, że mieszkańcy, posługujący się całe życie howorkoju, nie wychodząc z domu odbyli wielką podróż, by znaleźć się gdzieś na językowej obczyźnie. Wszędzie, nie tylko w Orli, już wkrótce howorki pewnie nikt już nie usłyszy. Ale pamięć o niej, o korzeniach i pochodzeniu nie zginie bezpowrotnie. Historycznej prawdy skasować z ludzkiej pamięci się nie da.

Michał Mincewicz

Слова пра ўспаміны Мікалая Несцярэўскага

Мікалай Несцярэўскі – вядомы беларускі мастак, кераміст, жывапісец, скульптар, сябра Беларускага саюза мастакоў. Нарадзіўся ён 31 сакавіка 1931 года ў вёсцы Бацюты на Беласточчыне. Любоў да сваёй малой радзімы Мікалай Несцярэўскі пранёс праз усё жыццё і прысвяціў сваёй роднай вёсцы паэму „Бацюты”, якая была апублікавана ў „Czasopise” у 2015 годзе.

Мікалай Несцярэўскі з дзятлаўскімі сябрамі Фёдарам Красюком (злева) і Валерыем Петрыкевічам (справа) на ўласнай выставе твораў у Дзятлаве, 2016 г. (Фота Сяргея Чыгрына)

Мастак нарадзіўся ў сям’і беларускіх сялян праваслаўнага веравызнання. Бацька – Лаўрэн Маркавіч Несцярэўскі – быў хлебаробам, маці – Настасся Лявонцьеўна – хатняй гаспадыняй. У сям’і было трое дзяцей: Мікалай, Вольга і Галіна. На момант нараджэння малога Міколкі, сям’я жыла заможна: Несцярэўскія мелі 25 гектараў зямлі (18 – ворнай, астатнія – паплавы і сенакосы), былі коні, каровы, свінні, куры, гусі.

У 1938 годзе памёр яго бацька. Усе клопаты па хатняй гаспадарцы ляглі на плечы сямігадовага Міколкі і маці. Хлопчык рана навучыўся касіць траву, араць зямлю, сеяць жыта, збіраць ураджай. У верасні 1939 года, калі пачалася Другая сусветная вайна, немцы акупавалі Польшчу, потым на Беласточчыну прыйшлі войскі Чырвонай Арміі, а ў чэрвені 1941 года – зноў нямецка-фашысцкія акупанты. Пасля заканчэння вайны сям’ю Несцярэўскіх, як і тысячы беларусаў па нацыянальнасці, прымусова вывезлі ў Беларусь у мястэчка Дзятлава на арадзеншчыну.

Мікалай Несцярэўскі каля бюста маці (Фота Сяргея Чыгрына)

У 1947 годзе Мікалай Несцярэўскі пачаў працаваць вучнем, потым цесляром у арцелі „Чырвоны Кастрычнік” і адначасова вучыўся ў Дзятлаўскай вячэрняй школе рабочай моладзі. У 1953 – 1955 гадах працаваў майстрам сталярнага цэха Дзятлаўскага раённага прамкамбіната. У гэты час юнак актыўна ўдзельнічаў у мастацкай самадзейнасці – іграў у духавым аркестры, спяваў у хоры, танцаваў, рабіў першыя крокі ў выяўленчым мастацтве. З 1955 года ён – інструктар Дзятлаўскага раённага дома культуры.

У 1959 – 1962 гадах Несцярэўскі працаваў мастаком-афарміцелем у Дзятлаўскім раённым прамкамбінаце, потым настаўнікам працы, малявання і чарчэння ў Дзятлаўскай сярэдняй школе. І вядома ж, вучыўся, атрымаў вышэйшую адукацыю.

Цяпер Мікалай Несцярэўскі жыве ў Мінску. Але з вялікай радасцю наведвае родныя Бацюты і Дзятлава. Нядаўна Мікалай Лаўрэнцьевіч прыслаў мне свае ўспаміны пра Бацюты і Дзятлава. Успаміны ён назваў „З Бацютаў у Дзятлава”. Вядома ж, гэты твор не пратэндуе на нейкі літаратурны шэдэўр. Ды й з паэтычнага боку ён кволы, бо парушаецца і рытм яго, і рыфма ў асноўным дзеяслоўная, і шмат іншых паэтычных недарэчнасцяў. Але твор цікавы тым, што ён напісаны ад шчырага сэрца, ён адлюстроўвае тое, што перажыў чалавек, што бачыў, чым займаўся ў няпросты пасляваенны час, адлюстроўвае савецкую эпоху. „З Бацютаў у Дзятлава” – гэта маленькая споведзь вялікага мастака, шчырага беларуса, лёс якога быў няпростым, але цікавым. У гэтым упэўняцца і чытачы, калі прачытаюць успаміны Мікалая Несцярэўскага.

 

Сяргей Чыгрын

З Бацютаў у Дзятлава
Успаміны

1.

Ёсць вёска Бацюты на Беласточчыне,
Недалёка за вёскай рэчка Нарва цякла і цячэ.
Там мае родныя людзі жывуць, праваслаўнымі лічаць сябе.
У Бацютах я нарадзіўся, Мікалаем ахрысцілі мяне ў Тапільскай царкве.
Не па сваёй добрай волі ў Дзятлаве жыць апынуўся я,
З Польшчы ў Беларусь пасля вайны беларускі народ перасяліўся.
А польскі народ, хто хацеў, назаўсёды ў Польшчу падаўся,
А я часова жыць у Дзятлаве са сваякамі застаўся.

 

2.

Горад Дзятлава, ты мой дарагі,
Я цябе люблю і сардэчна кахаю,
Шчырым сэрцам заўсёды з табою,
Дзе б не быў, а цябе ўспамінаю.
Тут жыў я з роднай матуляй,
Пачынаў працаваць цесляром у арцелі.
Праца цяжкай была ў той арцелі,
Ды за працу нам грошай мала плацілі.
Ды сіл мелі многа мы, гарэлкі не пілі,
Бо былі мы зусім маладымі.
Нас не грэла лямпачка Ільіча,
Больш таго, яна нам не свяціла.
„Чырвоны Кастрычнік” – так арцель называлі,
Выконваць розныя планы нас прымушалі.
Мы сацыялізм-камунізм будавалі,
Ды не збудавалі, бо мы дрэнна жылі – выжывалі.
На нас з партрэтаў глядзелі вочы,
Пільна за намі ў арцелі сачылі:
З аднаго партрэта Сталіна чорныя вочы,
А з другога – прыжмураныя вочы Леніна Ільіча.
Дошкі хваёвыя нам абмяралі і выдавалі,
Каб з тых дошак розную мэблю рабіць казалі,
Мы дошкі піламі ўздоўж пілавалі,
Далатамі дзяўблі і гэблікамі стругалі…
Патрэбны людзям былі вокны і дзверы,
Іншым – зэдлікі, а каму і шыфаньеры.
Для школы рабілі мы дошкі і парты,
А для немаўлятак – арэлі і ложкі…
Горад Дзятлава, каханы ты мой, дарагі,
Помню, ты быў зруйнаваны і занядбалы.
Гэта было адразу пасля той вайны…
Я быў малады, пятнаццаць гадоў мне было тады.
Цяжка людзям жылося пасля той вайны,
Праўду кажу – людзі бедна жылі,
Не было ў людзей грошай, не было і яды,
А было гэта ў 1946 годзе пасля вайны.
Тры разы на год людзі святы адзначалі:
7 лістапада і два ў траўні месяцы.
На старой плошчы многа народу збіралі,
Ды чырвоныя сцягі ім усім выдавалі.
Насупраць трыбуны дзятлаўчане стаялі,
А мы на медных трубах маршы ігралі.
А чыноўнікі на трыбуне вышэй за ўсіх стаялі,
І людзям з трыбуны многа ўсяго абяцалі.
А людзі шырока раты свае адкрывалі
І разам ура на ўсю плошчу крычалі.
Рукі людзі ўгару высока ўздымалі
І ўсе, як адзін, аднагалосна за ўсё галасавалі…
Многа часу прайшло з той пары,
Няма больш магутнага СССРа.
Маем больш мы свабоды, ды ўсё на паперы,
А людзі звяртаюцца больш да Божае веры…

 

3.

Старажытны герб горада Дзятлава
На новай-старой плошчы цяпер стаіць,
Скажы, Божа, людзям, якія жывуць і будуць жыць,
Што будаваць трэба новае, а старое ж зберагаць і любіць.
Калі да былой матулінай хаты ў Дзятлава прыязджаю,
Іду на плошчу, дзе трыбуна старая стаяла, усё ўспамінаю.
У марах і ў сне, бывае, анёлам над плошчай ўзлятаю,
Ды былых дзятлаўчан і сяброў сваіх успамінаю…
Час прайшоў, стаў я вельмі старым,
Нават цяжка ў гэтым прызнацца.
Так было і так будзе заўжды мне здаецца…
Горад Дзятлава становіцца ўсё маладым.
Я вучыўся, ніколі не быў гультаём,
Вельмі многа ў жыцці працаваў.
І людзям сваім, чым мог дапамагаў,
І не піў, не курыў і ніколі не краў…

Мне цяпер не патрэбны дыпломы і медалі,
Іх сёння можна за грошы купіць і прадаць.
За грошы заўжды ўсё куплялі і прадавалі,
За грошы можна і родну краіну прадаць…
Памятаю, як з татам у полі каля Бацютаў збіраў камяні,
Бацька казаў: „Будаваць будзем хату на роднай зямлі,
А для гэтага патрэбны нам гэтыя камяні…”.
Нечакана тата памёр, мохам-травою параслі камяні…
Сёння імкнуся штосьці збудаваць ці зляпіць,
Ды час не стрымаць, неяк хутка ён сёння ляціць.
Да зямлі мяне цісне, цяжка стала рукамі рабіць.
Быццам торба з камянямі, што з татам збіраў, за плячыма вісіць.
Бывала ў юнацтве мне сна не хапала ўначы,
А цяпер я спаць не магу, не закрываюцца вочы,
Думкі розныя лезуць у маю галаву і спаць не даюць,
І доўгімі мне ўсё здаюцца бяссонныя ночы…
Летам на дачы жыву, там працы рознай хапае,
Рыдлёўкай капаю зямлю, адпачываць часу не маю,
Бо без працы жыць не магу, бо яна жыццё прадаўжае,
І мяне ад розных аптэчных лекаў яна зберагае.
У хаце усё, што мне трэба, я маю,
Многа што ўмею, шмат чаго знаю,
Гонар і слава ёсць, і грошы часамі маю,
Вось толькі здароўе дзе браць – гэтага я не знаю.
А яшчэ хвалюе да болю і сніцца,
Што сваіх сяброў не магу ўжо я далічыцца:
Дзе іх магілы і дзе хто ляжыць…
Сэрца старое маё шчыміць і баліць…

 

4.

Горад Дзятлава, ты стаў мне цяпер дарагім,
Шчырым сэрцам цябе я кахаю.
І паціху табе ўсё на памяць сваё аддаю,
Аддаю усю творчасць сваю, аддаю, што маю.
І толькі адно я шкадую на свеце:
Маці сваю, дарагую матулю сваю,
Што з дарог мяне дома заўсёды чакала…
Мама-мамачка, я адзін у журбе,
Пачакай, і я з Богам прылячу да цябе…

Мікалай Несцярэўскі,
г. Мінск

Minął miesiąc (03/2017)

W regionie. 29 stycznia w Zaleszanach i Bielsku Podlaskim odbyły się nabożeństwa żałobne w związku z 71. rocznicą pacyfikacji prawosławnych wsi Białostocczyzny. Modlono się w intencji ofiar zbrodni z 9 i 31 stycznia oraz 2 lutego 1946 r., dokonanych przez żołnierzy oddziału Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego pod dowództwem kpt. Romualda Rajsa „Burego”. Spacyfikowano wtedy Zanie, Zaleszany, Końcowiznę, Szpaki i Wólkę Wygonowską. Według danych Instytutu Pamięci Narodowej zginęło wówczas 79 osób (rodziny ofiar podają liczbę 82). W 2005 r. prokurator IPN uznał, „Burego” za winnego „zbrodniom przeciwko ludności popełnionym w celu wyniszczenia części obywateli polskich z powodu ich przynależności do białoruskiej grupy narodowościowej o wyznaniu prawosławnym”. Rodziny pomordowanych do dziś nie otrzymały żadnej rekompensaty za śmierć bliskich.

1 lutego w Uniwersyteckim Centrum Kultury w Kampusie Uniwersytetu w Białymstoku oraz 2 lutego w Centrum Kultury Prawosławnej, pod nazwą „Popiół i pamięć. 1946”, odbyły się czytania fragmentów informacji o ustaleniach końcowych śledztwa, prowadzonego przez IPN, w sprawie mordów dokonanych przez oddział „Burego” w 1946 r. Tekst – również wspomnienia mieszkańców pacyfikowanych wsi – prezentowali aktorzy Joanna Troc oraz Tomasz Taranta. Wydarzenia zorganizowali Centrum Kultury Prawosławnej w Białymstoku, białostockie koło Bractwa Cerkiewnego Świętych Cyryla i Metodego, Bractwo Cerkiewne Trzech Świętych Hierarchów.

12 lutego, po kilkuletnim remoncie, obejmującym m.in. wykonanie polichromii, dokonano poświęcenia cerkwi św. Jana Teologa w Supraślu. Uroczystej liturgii przewodniczył zwierzchnik Cerkwi w Polsce metropolita Sawa. XIX-wieczna świątynia znajduje się na terenie prawosławnego monasteru. Odebrano ją prawosławnym, tak jak i cały zespół monasterski, po I wojnie światowej. W latach 30. urządzono w niej salę gimnastyczną sierocińca. Świątynią stała się ponownie w latach wojny, jednak oficjalnie zwrócono ją wiernym w latach 50. Obecnie wszystkie budunki monasterskie stanowią własność Cerkwi.

 

Радыё Рацыя

Ушанавалі памяць героя на яго радзіме

2 лютага ў 179-ую гадавіну з дня нараджэння Кастуся Каліноўскага памяць гэтага славутага героя як штогод на яго радзіме ў Мастаўлянах у гміне Гарадок ушанавалі прадстаўнікі арганізацыі Беларуская Нацыянальная Памяць. Гэта студэнты каліноўцы з Беларусі, якія вучацца ў вышэйшых установах у Польшчы ў рамках фінансавай падтрымкі польскага ўраду – праграмы імя Кастуся Каліноўскага. У Мастаўлянах былі ўскладзены кветкі і запалены знічы ля помніка, які два гады таму быў там усталяваны па ініцыятыве галоўнага рэдактара Часопіса Юрыя Хмялеўскага, тады як дырэктара Гміннага цэнтра культуры ў Гарадку.

W dniach 15-19 lutego odbyły się w diecezji białostocko-gdańskiej obchody Światowych Dni Młodzieży Prawosławnej, zorganizowane przez diecezjalne Bractwo Młodzieży Prawosławnej. W ich ramach odbyły się uroczyste liturgie, spotkania dyskusyjne, a także specjalny bal, kulig i ognisko integracyjne.

Zarząd województwa podlaskiego przyznał dotacje na tegoroczne wydarzenia kulturalne w regionie. Przeznaczył na ten cel 750 tysięcy zł – udzielił wsparcia 105 wydarzeniom. Wśród nich znalazło się wiele przedsięwzięć organizowanych przez organizacje mniejszości białoruskiej. Największe wsparcie finansowe (po 30 tys. zł) otrzymały dwa międzynarodowe festiwale muzyki cerkiewnej – organizowany przez Stowarzyszenie „Miłośnicy Muzyki Cerkiewnej” i Fundację „Muzyka Cerkiewna”.

17 lutego w budynku Opery i Filharmonii Podlaskiej spotkało się ponad 200 uczestników „Zgromadzenia Śpiewnego”, podczas którego wykonywano razem utwory z kultowego projektu „Narodny Albom”. „Zgromadzenie Śpiewne” to projekt, który „jednoczy miłośników autentycznego folkloru oraz klasycznej muzyki dawnej”. Imprezie towarzyszyła prezentacja płyt CD i DVD ze spektaklu „Narodny Albom”, który w ubiegłym roku prezentowany był na scenie OiFP w Białymstoku.

20 lutego burmistrz Hajnówki odmówił zgody na II Hajnowski Marsz Żołnierzy Wyklętych, zaplanowany na 26 lutego. Decyzję władz Hajnówki poprzedziła gorąca dyskusja w Radzie Miejskiej, która prawie jednogłośnie (przy jednym głosie przeciw) sprzeciwiła się udzieleniu zgody na wspomniany marsz, ogłaszając w tej sprawie swoje stanowisko. Rada uznała, że marsz ma charakter prowokacyjny, a jego rezultatem może być dzielenie i skłócenie lokalnej społeczności. Warto zaznaczyć, iż na trasie marszu znalazł się w tym roku prawosławny Sobór Św. Trójcy, a jego godziny ustalono tak, by w tym czasie odbywało się w nim szczególne nabożeństwo w przeddzień Wielkiego Postu, kiedy wierni Cerkwi prawosławnej proszą o wybaczenie win i przebaczenie wszystkim, którzy świadomie lub nieświadomie, z własnej woli lub z innych przyczyn dopuścili się czynów niegodnych.

Гурт „Спадчына” з Бельскага белліцэя (Фота Міры Лукшы)

Беларуская песня – 2017

У студзені і лютым як штогод на Беласточчыне адбыліся агляды беларускай песні ў рамках фестывалю арганізаванага Беларускім грамадска-культурным таварыствам. Такое мерапрыемства прайшло ўжо 48-ы раз, паколькі ўсё пачалося ў 1970 годзе. У палове 1990-х агляды для павышэння іх рангу пераназваны былі фестывалем. У гэтым годзе быў гэта ўжо XXIV Фестываль „Беларуская песня – 2017”.

Спярша песенныя агляды прайшлі ў Сямятычах, Дуброве-Беластоцкай, Гайнаўцы, Бельску-Падляшскім і Беластоку. 11 лютага ў беластоцкай філармоніі адбыўся цэнтральны агляд. Выканаўцаў ацаняла камісія, у складзе якой быў м.інш. Міхась Дрынеўскі, мастацкі кіраўнік хору імя Цітовіча ў Мінску.

Ва ўсіх этапах фестывалю прыняло ўдзел больш за 600 асоб – фальклорныя калектывы, хоры, гурты, дуэты і салісты з Падляшша. 25 лаўрэатаў цэнтральнага агляду 17 лютага выступілі на гала-канцэрце ў Падляшскай оперы ў Беластоку. Госцем быў ансамбль танца „Гарадзенскія карункі” з Гродна, на завяршэнне выступіў беларускі народны ансамбль „Вербіца” з Мінска.

Спявачкі з калектыву „Цаглінкі” з Ляўкова Старога (Фота Міры Лукшы)

Гран-пры сёлетняга фестывалю атрымаў калектыў настаўніц беластоцкага прадшколля н-р 14 „Світанак”.

21 lutego Sąd Okręgowy w Białymstoku uchylił decyzję burmistrza Hajnówki o zakazie marszu nacjonalistów w tym mieście, uwzględniając odwołanie od niej organizatora wydarzenia. Sąd w uzasadnieniu posłużył się konstytucyjnym prawem do organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Dodał ponadto, iż „nie jest przy tym istotne, jak kontrowersyjne w odbiorze społecznym mają być poglądy manifestowane przez uczestników zgromadzenia, pod warunkiem że nie są one sprzeczne z obowiązującym prawem…”. Od decyzji sądu okręgowego władze Hajnówki złożyły odwołanie do sądu apelacyjnego. Ten w postanowieniu 23 lutego podzielił stanowisko sądu okręgowego. Od postanowienia sądu apelacyjnego nie przysługuje skarga kasacyjna. Czyt. tutaj

Muzeum Ikon w Supraślu obchodzi w tym roku 10-lecie powstania. Placówka jest oddziałem Muzeum Podlaskiego w Białymstoku, działa w zabudowaniach męskiego klasztoru prawosławnego Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w Supraślu. W zbiorach znajduje się ponad 1,2 tys. ikon, w tym unikalne XVI-wieczne supraskie freski oraz jedne z najbogatszych w Polsce kolekcji XVIII, XIX i XX-wiecznych. W ubiegłym roku muzeum odwiedziła rekordowa liczba ponad 41 tys. osób.

Nowy, nietypowy sposób przemytu papierosów z Białorusi odkryli funkcjonariusze warszawskiego Centralnego Biura Śledczego Policji i Służby Celnej. W specjalnie przygotowanych balach sosnowych, które przyjechały pociągiem z Białorusi do stacji Sokółka, znaleźli blisko 600 tys. papierosów. W 6-metrowych pniach wywiercone były wzdłuż otwory o średnicy 10 cm, gdzie poupychano sklejone taśmą papierosy. Wartość zabezpieczonego towaru to 400 tys. zł. Gdyby trafił do sprzedaży, Skarb Państwa straciłby 700 tys. zł.

Ponad 400 tys. zł zebrał białostocki sztab Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy podczas tegorocznego 25. Finału. To rekordowy wynik. W ubiegłym roku do puszek wolontariuszy wpadło 270 tys. zł.

 

W kraju. W dniach 30 stycznia – 2 lutego przebywała w Polsce delegacja Izby Reprezentantów Zgromadzenia Narodowego Białorusi. Wizyta odbyła się na zaproszenie wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego. Stronę białoruską reprezentowali zastępca przewodniczącego Izby Reprezentantów oraz przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych. Białoruscy goście spotkali się z wicemarszałkiem Terleckim oraz marszałkiem Senatu Stanisławem Karczewskim. Odbyły się też rozmowy z członkami polsko-białoruskiej grupy parlamentarnej, przedstawicielami Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Rozwoju.

10 lutego, w trakcie posiedzenia Sejmu poświęconego tegorocznej polityce zagranicznej, występujący przed posłami minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski część swojego przemówienia poświęcił Białorusi. Podkreślił, że „w ciągu minionego roku dokonała się zmiana polityki Polski wobec Białorusi”. Dodał: „Zrealizowaliśmy szereg ważnych wizyt i spotkań bilateralnych, które znacząco poszerzyły horyzont naszych stosunków. Podstawowym zadaniem będzie potwierdzenie normalizacji relacji dwustronnych konkretnymi decyzjami, przede wszystkim w zakresie współpracy gospodarczej, granicznej, wymiany handlowej, a także w zakresie normalizacji relacji ze środowiskami Polaków na Białorusi. Przygotowujemy się także do uruchomienia polsko-białoruskiej komisji historycznej”.

Trójka posłów PiS, Michał Cieślak, Wojciech Murdzek oraz Iwona Michałek, złożyli interpelację na ręce ministra Witolda Waszczykowskiego, dotyczącą „zagrożeń związanych z budową elektrowni atomowej w Ostrowcu w obwodzie grodzieńskim”. Jak napisali autorzy zapytania, „budowa elektrowni atomowej w Ostrowcu na Białorusi wywołuje wiele kontrowersji. Białoruś narusza wiele międzynarodowych wymogów dotyczących bezpieczeństwa jądrowego oraz, mimo braku doświadczenia w dziedzinie energii i technologii jądrowej, szybko postępuje z budową swojej pierwszej elektrowni jądrowej. Ponadto nie stosuje się do zaleceń wielu konwencji, chociażby Konwencji o ocenach oddziaływania na środowisko w kontekście transgranicznym”. Posłowie wspomnieli też o incydentach na placu budowy elektrowni, m.in. z 10 lipca 2016 roku, kiedy to korpus reaktora spadł z wysokości 4 m. Parlamentarzyści oczekują odpowiedzi, jakie działania zamierza podjąć polskie MSZ we wspomnianych kwestiach.

Jak wynika z komunikatu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych, białoruskie spółki zainteresowane są wejściem na jej parkiet. Ich wprowadzaniem chce się zająć białoruska firma doradczo-inwestycyjna Uniter. Jak podkreślają przedstawiciele Unitera, białoruskie spółki coraz mocniej odczuwają potrzebę dywersyfikacji źródeł finansowania i coraz częściej spoglądają w stronę GPW. „Ponieważ nie mamy rozwiniętego rynku kapitałowego, Warszawa jest naturalnym wyborem. Jest blisko, nie ma między nami różnic kulturowych. Polska giełda jest nastawiona na średnie spółki, a takich Białoruś może zaoferować najwięcej” – powiedział partner zarządzający Uniter Roman Osipov.

Dokument „Siaroża” w reżyserii Jerzego Kaliny, wyprodukowany przez Telewizję Biełsat, otrzymał wyróżnienie w konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obraz nagrodzono „za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy”.

 

W Republice Białoruś. 3 lutego odbyła się doroczna Wielka rozmowa z szefem państwa”. W spotkaniu z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką wzięli udział przedstawiciele około czterdziestu mediów, politolodzy, ekonomiści, członkowie partii politycznych i stowarzyszeń. Białoruski prezydent w znanym sobie bezpośrednim stylu odpowiadał na pytania dotyczące sytuacji politycznej i gospodarczej Białorusi, również w kontekście międzynarodowym (stosunek do Rosji, Unii Europejskiej, USA). Były też pytania odnoszące się do prywatnego życia Łukaszenki, w tym jego syna, poruszono ponadto kwestie związane z językiem białoruskim.

Opera i Filharmonia Podlaska podpisała umowę o współpracy z Białoruską Filharmonią Narodową w Mińsku. W białoruskiej stolicy spotkali się szefowie obu muzycznych instytucji: Damian Tanajewski, dyrektor OiFP oraz Aliaksandr Harbar, dyrektor mińskiej Filharmonii Narodowej. Jeszcze w tym sezonie białoruscy symfonicy zagrają w Białymstoku, a w przyszłym białostocka orkiestra wystąpi w Mińsku. Białostocka opera nawiązała też współpracę z Narodowym Teatrem Akademickim im. Janki Kupały. Porozumienie obowiązywać będzie przez dwa lata.

5 lutego z inicjatywy homelskiego oddziału Towarzystwa Mowy Białoruskiej im. Franciszka Skaryny otwarto Centrum Języka Białoruskiego. Planowane też jest stworzenie „gorącej linii” telefonicznej, zajmującej się obroną praw osób białoruskojęzycznych. Wolontariusze i aktywiści Centrum będą starali się nawiązywać kontakty z lokalnymi przedsiębiorcami i instytucjami oraz oferować profesjonalną pomoc dla poszerzenia obszarów używania języka białoruskiego.

W dniach 8-12 lutego odbyły się XXIV Mińskie Targi Książki. Uczestniczyło w niej kilkudziesięciu wystawców z całego świata. Po czterech latach nieobecności na Targi powróciły polskie stoiska. Ich organizatorem były Ambasada RP w Mińsku, Instytut Polski w Mińsku, Instytut Książki oraz wydawnictwo Ars Polona i firma UNIBEP.

7 lutego odbyła się ekstradycja z Białorusi do Azerbejdżanu znanego dziennikarza i blogera Aleksandra Łapszyna. Władze w Baku zarzucają mu naruszenie azerbejdżańskiej granicy i złamanie przepisów migracyjnych w czerwcu 2011 r. i październiku 2012 r. oraz „publiczne wypowiedzi antypaństwowe”. Aleksandr Łapszyn jest znanym rosyjskojęzycznym blogerem, obywatelem Rosji, Izraela i Ukrainy. Został zatrzymany 14 grudnia ubiegłego roku w Mińsku na wniosek władz Azerbejdżanu. Zarówno MSZ Rosji, jak i Izraela były przeciwko ekstradycji dziennikarza. Na ten temat wypowiedział się nawet prezydent Łukaszenka. Stwierdził on, że strona białoruska nie miała żadnych podstaw do niewydawania blogera, za którym list gończy wydał Interpol.

Jak zapowiedział rzecznik białoruskiego MSZ Dmitrij Mironczyk, władze rozważają możliwość wydłużenia bezwizowego wjazdu i pobytu na terytorium Białorusi do okresu12-14 dni. Ważnym argumentem przemawiającym za taką propozycją jest stworzenie możliwości leczenia uzdrowiskowego w białoruskich sanatoriach dla cudzoziemców; białoruskie władze liczą na dodatkowe dochody z tego tytułu. Przypomnijmy, iż od 12 lutego bez wiz mogą na pięć dni przylatywać obywatele 80 państw. Według danych, po trzech dniach obowiązywania nowego prawa, bez wiz przez lotnisko w Mińsku przybyło do Białorusi prawie 500 cudzoziemców.

13 lutego prezydent Aleksander Łukaszenka podpisał dekret, na mocy którego zredukowana ma zostać liczebność jego aparatu o 30 proc. Jak podało prezydenckie biuro prasowe, dekret ma na celu „udoskonalenie Administracji prezydenta Białorusi oraz optymalizację jej struktury i liczebności”. Nabierze on mocy prawnej 1 maja.

17 i 19 lutego w wielu miastach Białorusi (m.in. Mińsku, Mohylewie, Brześciu, Homlu, Witebsku, Grodnie) odbyły się protesty spowodowane prezydenckim dekretem „o darmozjadach”. Najliczniejszy tłum zebrał się w Homlu – od 3 do 4 tys. osób, najmniej protestujących wyszło na ulice Grodna – około 100 osób. Wprowadzony dekretem prezydenckim nr 3 w kwietniu 2015 r. podatek dotyczy osób, które nie przepracowały w ciągu roku przynajmniej 183 dni, i wynosi równowartość ok. 800 zł. Dotychczas podatek ten zasilił budżet państwa kwotą 15,6 mln rubli (ponad 30 mln zł).

19 lutego w Grodnie powstała nowa organizacja polonijna Wspólnota Polaków na Białorusi. Utworzyli go Mieczysław Jaśkiewicz i Helena Dubowska, zawieszeni 12 lutego członkowie nieuznawanego przez Mińsk Związku Polaków na Białorusi (ZPB). W zjeździe założycielskim wzięło udział 69 osób. Jak poinformowali twórcy nowej organizacji, do jej założenia skłonił ich brak zgody na wizję działania ZPB oraz sposób traktowania zasłużonych działaczy. Komitet założycielski zamierza rozpocząć starania o rejestrację organizacji na Białorusi.

Działacze Młodego Frontu protestowali w związku z rozpoczęciem budowy nowoczesnego biurowca kilkadziesiąt metrów od miejsca pamięci narodowej w Kuropatach. Doszło m.in. do bójki aktywistów z robotnikami. Interweniowała milicja. W nocy z 22 na 23 lutego doszło do napadu na protestujących – około dziesięciu mężczyzn w maskach, z okrzykami „Biała rasa!” pobiło aktywistów i wywróciło rozstawiony przez nich namiot. Milicja wszczęła postępowanie w sprawie zajścia.

24 lutego w stołecznej sali koncertowej Prime Hall, która może pomieścić ok 2 tys. widzów, odbył się koncert projektu „Narodny Albom”. Zaprezentowano go po dziewięcioletniej przerwie w nowym składzie, który wystąpił wcześniej na deskach OiFP w Białymstoku.

Białoruś dokonała zakupu ropy naftowej w Iranie. Transakcję zawarto poprzez kompanię Beloil Polska, firmę córkę Biełnaftachimu. 600 tys. baryłek ropy z Iranu przypłynie do portu w ukraińskiej Odessie lub do łotewskiego Ventspils.

Dodatkowe szyldy z historycznymi nazwami grodzieńskich ulic pojawiły się obok tych z oficjalnymi brzmieniami. Władze Grodna w ten sposób odpowiedziały na petycje mieszkańców miasta, zamieszczone przez portal informacyjny hrodna.life. Tablice podają najczęściej kilka nazw, które na przestrzeni wieków pojawiały się w grodzieńskiej przestrzeni miejskiej.

209 tys. dolarów zapłaciła w formie podatku dochodowego (13 proc. od kwoty 8 mln koron szwedzkich, czyli ok. 970 tys. USD) ubiegłoroczna laureatka Nagrody Nobla Świetłana Aleksijewicz. Wcześniej sugerowano jej zwrócenie się do prezydenta Łukaszenki z wnioskiem o anulowanie podatku, jednak noblistka nie uczyniła tego.

Podsumowano akcję zbiórki pieniędzy dla Alesia Czobata. Do niewidomego literata trafiły dary za dwa razy większą sumę niż zakładano. Białoruscy miłośnicy literatury zebrali 1195 rubli (2540 złotych). Darowizna została przekazana poecie przez grodzieńskich wolontariuszy. Za część środków kupili oni niezbędne rzeczy, jak zimowe buty, kołdry, prześcieradła, naczynia, koszulki, dres, koszule i skarpety. Na tym jednak akcja się nie kończy – jej organizatorzy planują na wiosnę zbiórkę pieniędzy na uporządkowanie podwórka i przeprowadzenie małego remontu domu literata.

Komitet Bezpieczeństwa Państwowego wycofał zarzuty wobec kompanii Triple, należącej do oligarchy Juryja Czyża. Wycofano również pretensje w stosunku do samego biznesmena oraz jego rodziny. Zwolniono też wcześniej zajęte mienie przedsiębiorcy. Czyż został zatrzymany w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa „uchylania się od opłacania podatków na szczególnie znaczną skalę”. Wcześniej przez lata uważany był za bliskiego przyjaciela i nieformalnego bankiera rodziny Łukaszenków. Oligarcha zrezygnował ze stanowiska dyrektora generalnego firmy Triple. Szefem kompanii został jego starszy syn Siarhiej.

Białoruś znalazła się na 18 miejscu największych eksporterów uzbrojenia na świecie. Jak informuje Sztokholmski Instytut Badania Problemów Pokoju w okresie 2012-2016 r. Białoruś sprzedała broń na sumę 645 mln dol. Ponad połowa podmiotów handlujących bronią, wymienionych na stronie białoruskiego Komitetu Wojskowo-Przemysłowego, to firmy prywatne.

 

Na świecie. Na początku lutego międzynarodowa organizacja obrony praw człowieka Freedom House opublikowała ranking „Wolność na świecie 2017”. Białoruś kolejny raz zaliczona została do krajów „nie wolnych”. Otrzymała 20 punktów na 100 możliwych. W raporcie 87 krajów nazwano „wolnymi”, 59 „częściowo wolnymi”, a 49 – wśród nich m.in. Białoruś, Rosję, Chiny i większość państw afrykańskich – „nie wolnymi”.

Od 6 lutego Rosja wprowadziła zakaz importu białoruskiej wołowiny wyprodukowanej w obwodzie mińskim. Zdaniem Siergieja Dankwierta, szefa Rossielchoznadzoru, rosyjskiego urzędu zajmującego się kontrolą jakości żywności, białoruskie mięso zagraża bezpieczeństwu sanitarnemu, gdyż nie wiadomo, skąd pochodzi. Rosjanie podejrzewają, że za pośrednictwem białoruskich firm przemycane jest do Rosji mięso państw trzecich, tj. z Unii Europejskiej i Ukrainy. Znamienne jest, że decyzję rosyjskiego urzędu ogłoszono kilka godzin po tym, jak prezydent Aleksander Łukaszenka zażądał od białoruskiego MSW wszczęcia postępowania wobec Dankwierta.

7 lutego wszedł w życie dokument wydany przez szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji Aleksandra Bortnikowa, nakazujący stworzenie stref nadgranicznych przy rosyjsko-białoruskiej granicy. Regionalne wydziały FSB mają „ustalić miejsca i czas wjazdu (przejścia) osób i pojazdów do strefy nadgranicznej oraz zorganizować ustanowienie znaków ostrzegawczych na wjazdach do strefy nadgranicznej”. Dotychczas nie istniały rosyjsko-białoruskie strefy nadgraniczne, gdyż granica pomiędzy państwami praktycznie nie istniała.

Aż 78 proc. Rosjan, uczestników sondażu przeprowadzonego przez państwowy ośrodek badań opinii publicznej WCIOM, uważa, że Rosja powinna wprowadzić tryb wizowy z Białorusią. Tylko 16 proc. respondentów jest zdania, że przekraczanie granicy pomiędzy obu państwami nie powinno wiązać się z żadnymi formalnościami (jak jest obecnie). Zdaniem komentatorów, jest to reakcja na ostatnie działania władz w Mińsku, które umożliwiły krótkoterminowy pobyt w Białorusi bez wiz obywatelom 80 państw – w tym UE i USA. Mimo tego wyniku, 40 proc. Rosjan wciąż uważa Białoruś za „państwo przyjazne”.

Władze Siemiatycz zdecydowały się na regularne wysyłanie lokalnego urzędnika na dyżury do Brukseli. To wspólne przedsięwzięcie Urzędu Miasta Siemiatycze i marszałka województwa podlaskiego pod patronatem wydziału konsularnego Ambasady RP w Królestwie Belgii. Ma ono na celu „ułatwienie siemiatyczanom kontaktu z władzami Siemiatycz i administracją samorządową, wzmocnienie poczucia łączności z rodzinnym miastem oraz zapewnienie bezpieczeństwa i opieki poza granicami kraju. Ma również wpłynąć na budowanie pozytywnego wizerunku Siemiatycz w Europie jako miasta otwartego na innowacyjność i sprawy europejskie”. Projekt zakłada możliwość załatwiania spraw administracyjnych w Brukseli, w tym związanych z nieruchomościami, podatkami, czy sprawami spadkowymi. Spotkania z urzędnikiem odbywać się będą w każdą pierwszą niedzielę miesiąca od 5 marca w godzinach 9-15 w biurze województwa podlaskiego w Brukseli (Avenue de Tervueren 48). Zgodnie z danymi siemiatyckiego magistratu w belgijskiej stolicy mieszka i pracuje około trzech tysięcy siemiatyczan (na 15 tys. mieszkańców miasta). Są najliczniejszą grupą polskich emigrantów w Brukseli.

Rosyjska edycja czasopisma „Forbes” oceniła zagraniczne linie lotnicze, które latają do Rosji. Białoruski przewoźnik Belavia uplasował się na drugiej pozycji – wyprzedziły go tylko linie lotnicze Emirates. Za to tak znane firmy jak KLM i Lufthansa zajęły miejsca niższe niż białoruska. Serwis świadczony przez zagranicznych przewoźników oceniali w ciągu kilku miesięcy eksperci z agencji Aviaport. Jako „anonimowi pasażerowie” sprawdzali oni poziom usług – od momentu zakupu biletu do opuszczenia pokładu samolotu. Sprawdzono też politykę cenową oraz punktualność.