Nasze piękne słowa – Tamara Bołdak-Janowska (9/2014)

felietonisci-05Pamiętacie nasze piękne wiejskie słowo „la”? Piękne? Uchodziło za niezbyt eleganckie, pospolite i właśnie – wiejskie. Mówić „la”, to jak pokazywać coś palcem. Używane w znaczeniu: o, tu to jest. Gdzie? A ni baczysz? La!
Aby pokazanie czegoś było pełne bez pokazywania palcem, trzeba było to coś pokazać twarzą, zadzierając głowę i wysuwając brodę. La! Tam heta lażyć.
Czasem mówiono: la, la, la! La-la-la! La, la, la! Hladzi! Chodziło o coś, o jakieś zjawisko, które jest ulotne i nie należy tego przegapić. Czasem używano „la”, aby pokazać, że rzecz wcale się nie zawieruszyła i la, na wiarchu pad samym nosam lażyć.
O, la, la, la, na niebi samalot, tam, hladzi, jon stralaja. La, la, la, tam! Uciakajmo!
Nie ma „la”, nie ma naszej kultury, nie ma nas. Powstaje w tym miejscu jakieś zmanipulowane dziwadło. Dziwadło to milczy i potakuje zmanipulowanym wiadomościom. Taż jany wiedajuć, szto haworać, janyż nam haworać praǔdu, a jak im ni wieryć, ta kamu wieryć? Janyż musiać hawaryć prauǔdu, taż jany tam byli i baczyli.
Tia… Byli tam, baczyli, ali ci skażuć, szto baczyli?
Ten, kto pierwszy krzyknął la, la, la, hladzi, stralajuć, ten widział. Może go prawdomówni pokażą i rzetelnie pokażą, co widział. Może sam nagrał telefonem komórkowym to, szto baczyǔ, i heta ukinia u internet. W Internecie jednak mnóstwo zmanipulowanych obrazków. Aż się wierzyć nie chce, że człowiek posługujący się najnowocześniejszą maszyną daje się na nie nabrać. Przy pomocy programów graficznych można stworzyć propagandowe cuda dla naiwnych. O la, nahladzieǔsa i ǔ wa ǔsio ad razu wieryć. Mamy w 21. wieku następującą sytuację: manipulatorów obrazkami i odbiorców biegłych tylko w klikaniu, a w istocie analfabetów, bardzo wierzących w obrazki.
Już przed laty pisałam o hodowli człowieka znieczulonego przy pomocy zmasowanej propagandy i obrazków dla bardzo wierzących w nie. Jak obuchem po głowie powtarza się to samo, to samo i jeszcze raz to samo. A idźcie wy wszyscy w cholerę – woła w końcu człowiek jeszcze myślący i wrażliwy, zmęczony tym propagandowym obuchem.
Coraz więcej ludzi znieczulonych i o lodowatym sercu.
Ale i ten wrażliwy i myślący czuje, jak mu lodowacieje serce. W związku z nieustającą wojenną propagandą, z manipulacją przy obrazkach, z codziennym pokazywaniem cywilnych trupów, ja również czuję, jak mi lodowacieje serce. To moja kapitulacja. Nie cieszę się z tego.
Człowiek zamyka się w domowym kręgu i coś tam mówi. Ot, coś o sprawach wąskich, codziennych, a jeśli odrobinę szerszych, to plemiennych. To za mało, aby nam rozwijał się krytyczny umysł, dotyczący egzystencji i świata, a taki być musi, inaczej będziemy jak zwierzęta, to znaczy będziemy gorsi niż zwierzęta, wszak bez krytycznego umysłu nie istniejemy w ogóle. Człowiek nieopowiedziany i nieopowiadający świata w sposób krytyczny przemija jak kot albo wróbel. Nie posiada treści. Treść podają mu media. On nie żyje sobą. Co innego mówi w domu, a co innego publicznie. Publicznie mówi to, co mu podają media. A co mówi w domu? A kto to wie! La, jaki czaławiek. Niczoho ni skaża i ja jaho bajusa.
W takiej sytuacji umiera sztuka, a przede wszystkim sztuka słowa. W mediach słowach pędzą jak durnieńkie.
La! Heta ty. Pohladzi na siabie. Możasz tolki rabić wojny? Na szto jakijaś razhawory, kali można zrabić wajnu i da woli nakraść trafiejaǔ. Jany uże niczyje. Biary da woli.
Bez krytycznego umysłu człowiek jest srającą bombą. Brydko hawaru? Heta patrafić zaǔsza. Jon zahłuszaja haworaszczych ludziej, srajuczy swajeju bombaju.
Czasem ktoś na wskazanie „la” odpowiadał: la, ciala. Albo odwrotnie. To wskazujący gdaknął złośliwie: la, ciala.
Twaja hołka lażyć la – dzie. „La – dzie”, czyli „tutaj”. Skróciliśmy sobie „la – dzie” na „la”. Albo inaczej: było „la, dzie”, czyli: „o, tutaj”. W „la – dzie” akcent kładliśmy na pierwszą sylabę.
Szkoda naszego „la”. Odeszło na zawsze. Może nie. Może żyje w jakiejś wiosce. Wioski jednak żyją dziś naśladownictwem miasta i same sobie niszczą swoje barwne języki.
Nie spotkałam w poezji Białorusinów naszego pięknego „la”.
Pamiętacie inny nasz krótki dźwięk: „ha”?
Jeśli ktoś czegoś nie usłyszał, pytał: ha?
Jeśli ktoś kogoś wezwała po imieniu, wezwany odpowiadał: ha?
Czasem ktoś złośliwie skomentował czyjeś niesłyszenie: ha, kaczarha.
Osoba, stale niesłysząca nas, stale odpowiadająca „ha”, zbyt często tak odpowiadająca, zyskiwała przydomek „hakało”? A ty jakojaś hakało, hetaho ni czujasz, taho ni czujasz. Usio ha dy ha. Hakało. Ustaǔ sabie słuchaǔku u wucho abo choć zapałkaju u wuchu padziubaj, bo zaǔsim ahłoch.
Polski pytający dźwięk „a?” Ma inne znaczenie: i co, widzisz, co narobiłeś? Aha? Masz za swoje.
Nasze „ha” oprócz „co?” miało znaczenie: tu jestem!
Dźwięki tego typu to wykrzykniki. Dużo ich. A, ach, aha, yhy, bach, bach-barach, buch, cap, tfu. Nie ma sensu wyliczanie, bo ich długą listę można zobaczyć na Wikipedii czy w spisach słów podlaskich, a w życiu to już mniej.
Charakterystyczny i niezapisywalny jest wykrzyknik, będący połączeniem „m” i h”, ale nie „mhm”, tylko w znaczeniu naszego „ha”, kiedy nie chce się otwierać ust, a ktoś wzywa nas po imieniu, i pyta „słyszysz”? I wtedy wymrukujemy to „em” plus „ha” przy zamkniętych ustach.
Najstraszniejsza sytuacja: wszystko ulegnie takiej zmianie, która cię likwiduje. Kolejny raz cytat z Maxa Schelera: „Jestem tu, gdzie nikt i nic nie jest mną”. To zdanie nie daje mi spokoju.
Bez „la”, bez „ha” nikt i nic nie jest mną. Żyje wewnątrz ogromnej straty.
Wszystko ulega takiej zmianie, która mnie likwiduje. To jest rewolucja, zmiana ustroju, likwidacja literatury.
Sztuka. Literatura. Język.
Językiem dominującym, duszącym języki „tubylcze”, zawsze i wszędzie jest język kolonizatora. Jeśli jakiś język umiera, to przez kolonizatora. Język polski nie umarł, choć był duszony przez kolonizatorów przez całe wieki. Język polski wręcz ożywał pod butem kolonizatora, ale przede wszystkim jednego: Rosji. To wobec Rosji język polski zachowywał zdeterminowaną odwagę istnienia. Inny (współczesny) kolonizator bardzo łatwo może zniszczyć ten język. Tak się dzieje, kiedy kolonizator dudni przez całą dobę, że przynosi wolność i cywilizuje.
Wszystko, co „ważne” lud tubylczy ma głosić w języku kolonizatora. Kolonizator, głoszący, że przynosi wolność i cywilizuje, ogłasza szereg konkursów i wymaga swego języka, bo inaczej nie zapewnia „sławy”, czy to w konkursach piosenek, czy nauki, czy czegoś innego, co trzeba wysłowić. W ten sposób język tubylców staje się wtórny i zaprzestaje rozwoju. Nawet stare piosenki żołnierskie zostają zamienione na piosenki kolonizatora. Upada rodzimy folklor, rodzima literatura i wszystko, co przez wieki kształtowało dany naród. Młode pokolenie żyje bez pamięci historycznej, bez tożsamości, ponieważ żyje życiem narzuconym przez kolonizatora, który zapewnia sławę, sukces, karierę i dobrze płaci. Bo to przecież jest wolność, bo to przecież cywilizuje. Z całą pewnością w tej sytuacji starsi ludzie mogą z bólem powtórzyć słowa Maxa Schelera: „Jestem tu, gdzie nic i nikt nie jest mną”. Ludzie starsi, jeśli są intelektualni, jeśli zachowali krytyczny umysł, będą uchodzić za dziwaków, niedoceniających wolności i tych nowych warunków, jak chce kolonizator – cywilizujących, i będą wykluczani z mediów, ze sztuki, z nauki, z literatury. Będą umierali jako ludzie głęboko nieszczęśliwi.
Nowy typ kolonizatora wszędzie tępi komunizm. Komunizm a stalinizm to są dwie różne sprawy. Trzeba by nad tym podyskutować, ale kolonizator nie pozwala. Komunizm to zło, najgorsze zło świata, i basta. Każdy ustrój ma swoje zło i basta, i widać to aż za dobrze. Jest taki arcydzielny film Julie Taymor o meksykańskiej genialnej malarce Fridzie Kahlo. W filmie z ust malarza Diega Rivery padają następujące słowa: „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie”.
Rzeczywiście tak jest?
Czym jest komunizm? Co takiego daje, że Diego może śmiało, bez najmniejszego zażenowania, powiedzieć, a reżyserka zachowuje to i uwypukla: „Wszyscy wielcy artyści to komunistyczne świnie”? Te słowa z filmu pozostają na długo w pamięci.
Egalitaryzm i wspólnota własności były charakterystyczne dla wspólnoty pierwotnej, a tęsknota za nią drzemie w każdym człowieku. To tęsknota za stanem bez relacji pan-niewolnik. Tylko i aż tyle. Rewolucje pożerają własne dzieci, więc reżimy komunistyczne zrobiły to – własne dzieci pożarły z nadzwyczajnym smakiem, w systemie łagrów. Jednak bez tęsknoty za życiem bez relacji pan-niewolnik i śladów walki o taki stan nie uda się żaden ustrój. A już na pewno nie uda się ustrój, kiedy to nowy kolonizator przechwytuje „walkę o wolność, demokrację i ucywilizowanie tubylców”.

Komentarze